Wydawca: Uroboros Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 365 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Po drugiej stronie cienia - Piotr Sender

Mroczna opowieść o nieznanym obliczu miasta

Urban fantasy rozgrywające się w Olsztynie i w jego znacznie mroczniejszym odbiciu.

Młody bogaty biznesmen Aleks pogrąża się w depresji, gdy jego żona zaginęła w nieznanych okolicznościach. Kierując się wskazówkami gromady dziwnych, niezbyt przystających do rzeczywistości osobników, trafia do cienistego odbicia swego ojczystego Olsztyna, gdzie znajduje żonę. Cała grupa pochodzących z naszego świata osób stara się odnaleźć drogę powrotną, lecz musi stawiać czoła groźnym potworom, żyjącym i nieustannie mutującym zakątkom miasta, a także tajemniczemu Królowi Żebraków.

Gdy sytuacja wydaje się już normować, Aleks niespodziewania doświadcza zdrady z najmniej spodziewanej strony.

Opinie o ebooku Po drugiej stronie cienia - Piotr Sender

Fragment ebooka Po drugiej stronie cienia - Piotr Sender

Piotr Sen­der

PO DRU­GIEJ STRO­NIE CIE­NIA

Co­py­ri­ght © by Piotr Sen­der, MMXIV

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Ro­dzi­com i Dziad­kom

Od autora

W 2007 roku prze­czy­ta­łem książ­kę Łu­ka­sza Or­bi­tow­skie­go. Była to ma­gicz­na po­wieść, dzię­ki któ­rej za­czą­łem pi­sać. Coś się we mnie otwo­rzy­ło za spra­wą hi­sto­rii i ma­gii utka­nej Or­bi­tow­ski­mi pal­ca­mi. Nie zdra­dzę fa­bu­ły książ­ki, pi­sząc tu­taj, że jej ak­cja dzie­je się głów­nie w Kra­ko­wie, że jest kry­mi­nal­na za­gad­ka i mnó­stwo oni­rycz­nej ma­gii.

Tam­te­go roku, a może tro­chę póź­niej – nie je­stem w sta­nie so­bie przy­po­mnieć – po­je­cha­łem na wy­ciecz­kę do Kra­ko­wa. Zwie­dza­łem Ka­zi­mierz, za prze­wod­ni­ka ma­jąc sło­wa pro­wa­dzą­ce mnie do miejsc opi­sa­nych w Tra­cę cie­pło, miejsc nie­ba­nal­nych, za­ka­mar­ków ży­cia au­to­ra. Była to świet­na wy­pra­wa, tym bar­dziej że od­by­łem ją ze wspa­nia­ły­mi przy­ja­ciół­mi.

Od tam­te­go cza­su ro­dził się we mnie po­mysł na­pi­sa­nia książ­ki, któ­ra sta­nie się swo­istym prze­wod­ni­kiem po mie­ście, gdzie fik­cyj­na hi­sto­ria bę­dzie się roz­gry­wać w re­al­nych miej­scach, wśród ist­nie­ją­cych bu­dyn­ków, i prze­pla­tać z praw­dzi­wy­mi wy­da­rze­nia­mi. Na­tu­ral­ne, że do tego celu wy­bra­łem mój Olsz­tyn, cy­tu­jąc sło­wa pio­sen­ki – „moją małą Ame­ry­kę”.

Jed­nak nie był­bym sobą, gdy­bym nie po­wy­my­ślał. Nie cho­dzi o samą fa­bu­łę, bo­ha­te­rów czy przed­sta­wio­ny świat, lecz o kil­ka spo­śród opi­sa­nych w książ­ce miejsc. Próż­no by ich szu­kać. Za­pra­szam do prze­czy­ta­nia tej opo­wie­ści, do od­na­le­zie­nia, a może na­wet zwie­dze­nia tego, co praw­dzi­we, i roz­po­zna­nia tego, co jest wy­two­rem mo­jej wy­obraź­ni. Złap­cie mnie na kłam­stwie.

Bę­dzie mi bar­dzo miło, je­śli ktoś wy­bie­rze się na wy­pra­wę po mie­ście z Kra­iny Ty­sią­ca Je­zior śla­da­mi mo­jej książ­ki, tak jak było ze mną w przy­pad­ku Tra­cę cie­pło. W głę­bi du­szy mam na­dzie­ję, że nie od­naj­dzie­cie Mia­sta po Dru­giej Stro­nie Cie­nia, że nie przej­dzie­cie na tam­tą stro­nę i nie spo­tka­cie istot cza­ją­cych się w ciem­nych za­uł­kach i za­ka­mar­kach stra­co­nych dusz. Je­śli jed­nak tam tra­fi­cie, pa­mię­taj­cie o świe­tle.

Tyl­ko ono może Was ura­to­wać.

Piotr Sen­der

Rozdział I

Zza nie­do­mknię­tych drzwi od ła­zien­ki do­bie­gał ko­bie­cy śpiew. De­li­kat­ny, we­so­ły i lek­ko za­chryp­nię­ty. Moja żona zda­wa­ła so­bie spra­wę, że nie jest gwiaz­dą popu, a w szko­le nie za­wsze do­sta­wa­ła piąt­ki z mu­zy­ki, jed­nak nic so­bie z tego nie ro­bi­ła, twier­dząc, że śpie­wać każ­dy może: cza­sem le­piej, a cza­sem tro­chę go­rzej. Uśmie­cha­łem się za każ­dym ra­zem, gdy za­czy­na­ła coś nu­cić; czę­sto od­gry­wa­ła przy tym sce­nę jak z fil­mu Gia.

Zu­peł­nie jak wte­dy.

Wy­szła z ła­zien­ki. Do­stoj­nie jak księż­nicz­ka, sek­sow­nie jak mo­del­ka. Le­żąc na łóż­ku, nie mo­głem się na­pa­trzeć na jej pięk­ne kształ­ty: dłu­gie nogi, wy­spor­to­wa­ne ra­mio­na, pro­ste ple­cy, pier­si i po­ślad­ki jak na­ma­lo­wa­ne – nie za duże, nie za małe, w sam raz. Per­fec­to, mó­wi­łem, a ko­le­dzy do­da­wa­li, że tra­fi­ło się śle­pej ku­rze ziar­no, i pew­nie mie­li ra­cję, bo jak in­a­czej wy­ja­śnić zwią­zek in­te­li­gent­ne­go oku­lar­ni­ka z po­li­tech­ni­ki z wy­spor­to­wa­ną i pięk­ną dziew­czy­ną z AWF-u?

Mag­da pod­no­si­ła do ust szklan­kę z wodą i uda­wa­ła, że pije dro­gie wino – po­wo­li i pro­wo­ka­cyj­nie, po­zwa­la­jąc, aby kil­ka kro­pel spły­nę­ło po szyi na biust. Od­gar­nia­ła dłu­gie, ciem­ne wło­sy i uśmie­cha­ła się do mnie. Ro­bi­ła dwa krocz­ki i w koń­cu znaj­do­wa­ła się na łóż­ku. Sia­da­ła na mo­ich ko­la­nach, ca­ło­wa­ła w usta i zsu­wa­ła się ni­żej, kon­ty­nu­ując po­ca­łun­ki. Za­my­ka­łem oczy i za­czy­na­łem się śmiać; gra­łem, jak mi ka­za­ła. To była jej sztu­ka, ja by­łem tyl­ko re­kwi­zy­tem. Lek­ko się spi­na­łem, gdy zdej­mo­wa­ła mi bia­łe gat­ki, ma­jąc na­dzie­ję, że coś z tego bę­dzie. Cza­sa­mi zmie­nia­li­śmy sce­na­riusz z ko­me­dii ro­man­tycz­nej na film dla do­ro­słych. Wła­ści­wie wo­la­łem tę wer­sję, nie­ste­ty, prze­waż­nie koń­czy­ło się na pierw­szej. Ma­dzia szyb­ko wsta­wa­ła, wkła­da­ła moje ga­cie, w któ­rych wy­glą­da­ła jak bab­cia w re­for­mach, i za­czy­na­ła śpie­wać. Pi­jac­ko i fał­szy­wie, tak lu­bi­li­śmy naj­bar­dziej.

– Do­bra, ko­niec tego! – za­chi­cho­ta­ła. – Mu­si­my się zbie­rać, bo nig­dzie nie zdą­ży­my.

– A mu­si­my w ogó­le gdzieś wy­cho­dzić? Sko­ro leżę nagi, może wy­ko­rzy­sta­my sy­tu­ację? – Pu­ści­łem oczko.

– Prze­stań! Prze­cież wy­star­czy, że pstryk­nę pal­ca­mi, i zno­wu się znaj­dziesz nagi w łóż­ku, wła­ści­wie gdzie­kol­wiek.

– Chcesz po­wie­dzieć, że je­stem ła­twy?

– Ko­cha­nie! Ty? Ła­twy? – obu­rzy­ła się te­atral­nie. – Daj spo­kój! Prze­cież je­steś jak… jak rów­na­nie ma­te­ma­tycz­ne z dwie­ma nie­wia­do­my­mi. Dla gim­na­zja­li­stek me­ga­trud­ny!

Spoj­rza­łem na nią kry­tycz­nie, ona na mnie za­wa­diac­ko i po se­kun­dzie wy­buch­nę­li­śmy śmie­chem. Uwiel­bia­łem te chwi­le.

– Idę wal­nąć ma­ki­jaż – po­wie­dzia­ła. Ścią­gnę­ła bia­łe majt­ki, rzu­ci­ła mi je na gło­wę i zno­wu znik­nę­ła w ła­zien­ce.

Póź­niej szli­śmy uli­cą; był wie­czór, pa­li­ły się la­tar­nie, pust­ki na chod­ni­kach. Mag­da wło­ży­ła dłu­gą, ak­sa­mit­nie czar­ną su­kien­kę pod­kre­śla­ją­cą jej ta­lię, do tego bia­łe, pu­szy­ste bo­ler­ko, bo noce na­wet o tam­tej po­rze roku sta­wa­ły się zim­ne. Ja mia­łem na so­bie do­brze do­pa­so­wa­ny gar­ni­tur od Guc­cie­go. Ostat­nio ćwi­czy­łem, więc le­żał jak ulał, a przy­najm­niej lu­bi­łem tak my­śleć.

Prze­cho­dząc pod la­tar­nia­mi, nie wi­dzia­łem na­szych cie­ni.

Za nami po­dą­ża­li oni. Nie do­strze­ga­łem ich, lecz czu­łem. Byli jak smród, któ­re­go źró­dła nie da się zlo­ka­li­zo­wać. Dziw­ne, bo na­wet wie­dzia­łem, w co byli ubra­ni. Ob­wi­słe blu­zy z kap­tu­ra­mi – brud­ne i dziu­ra­we, po­strzę­pio­ne, jak­by wiecz­nie ktoś je tar­gał, oraz dżin­sy umo­ru­sa­ne w bło­cie po ko­la­na. Chy­ba cho­dzi­li boso.

Ba­łem się, jed­nak nie mo­głem wy­do­być z sie­bie gło­su. Mag­da uśmie­cha­ła się ni­czym lal­ka, jak­by ktoś jej ten uśmiech przy­kle­ił. W jej oczach nie wi­dzia­łem lęku. Nie chcia­łem jej za­wieść i prze­stra­szyć, więc nic nie mó­wi­łem.

Szli­śmy krę­ty­mi ulicz­ka­mi mię­dzy sta­ry­mi ka­mie­ni­ca­mi. Po­ty­ka­łem się co chwi­la na ko­cich łbach. Moja żona kro­czy­ła pro­sto i pew­nie, mimo wy­so­kich ob­ca­sów. Chcia­łem za­py­tać, jak to robi, lecz usły­sza­łem szmer za ple­ca­mi – bose pla­śnię­cia na zim­nych i gład­kich ka­mie­niach. Mi­mo­wol­nie za­ci­sną­łem pię­ści, a moje ser­ce chy­ba się za­trzy­ma­ło, bo nie mo­głem za­czerp­nąć tchu. Wła­śnie po­my­śla­łem, że się udu­szę i umrę, kie­dy Mag­da spoj­rza­ła na mnie cie­pło. Mia­łem wra­że­nie, że wy­sta­wiam twarz do słoń­ca, któ­re­go pro­mie­nie de­li­kat­nie ogrze­wa­ją moją skó­rę. Roz­luź­ni­łem się i lek­ko uśmiech­ną­łem. Szli­śmy da­lej, nie spo­glą­da­jąc do tyłu.

Za­trzy­ma­li­śmy się przed bu­dyn­kiem z czer­wo­nej ce­gły. To zna­czy kie­dyś mu­sia­ła być czer­wo­na, te­raz była czar­na jak po po­ża­rze. Oświe­tla­ła nas jed­na la­tar­nia i w za­sa­dzie nie wi­dzia­łem, co znaj­du­je się poza jej za­się­giem – jak­by da­lej koń­czył się świat. Wbi­łem wzrok w zie­mię i zo­ba­czy­łem na­sze cie­nie; kształ­tem zu­peł­nie nie­po­dob­ne do ciał. Mój był zgar­bio­ny i mały, wy­da­wał się za­mknię­ty w so­bie, chro­nił się, jak­by cały czas spo­dzie­wał się cio­su. Na­to­miast Mag­dy był wy­so­ki i pro­sty, a na jego gło­wie wid­nia­ło coś po­dob­ne­go do ko­ro­ny. Po­cią­gnę­ła mnie za rękę w stro­nę ogrom­nych drew­nia­nych drzwi.

Za­par­łem się, nie chcia­łem wejść do środ­ka.

Moja żona wzru­szy­ła ra­mio­na­mi i po­de­szła do ta­jem­ni­cze­go wej­ścia. Chwy­ci­ła za klam­kę i bez tru­du otwo­rzy­ła trzy­me­tro­we odrzwia. Zio­nę­ła z nich ciem­ność. W dół pro­wa­dzi­ły nie­koń­czą­ce się scho­dy. Mag­da we­szła do środ­ka.

Chcia­łem ru­szyć za nią, lecz oni mnie za­trzy­ma­li. Chwy­ci­li mój cień i nie mo­głem zro­bić kro­ku, zu­peł­nie jak­by moje cia­ło przy­twier­dzo­ne było ko­twi­cą do chod­ni­ka. Si­ło­wa­łem się z nimi, krzy­cza­łem bez­gło­śnie, wy­ry­wa­łem się, ale nie po­tra­fi­łem prze­kro­czyć pro­gu bu­dyn­ku.

W koń­cu drzwi się po­ru­szy­ły; za­my­ka­ły się po­wo­li, jak­by ro­biąc mi na złość. W tam­tej chwi­li, któ­ra wy­da­wa­ła mi się wiecz­no­ścią, za­pra­gną­łem am­pu­ta­cji cie­nia. Nie chcia­łem go mieć. Może uda­ło­by mi się go ode­rwać, gdy­by nie strach przed nimi – obez­wład­nio­ny gro­zą nie po­tra­fi­łem się na­wet od­wró­cić.

Drzwi trza­snę­ły głu­cho.

Trzask.

Trzask.

Trzask.

Obu­dzi­łem się spa­ra­li­żo­wa­ny stra­chem. Krew pul­so­wa­ła w ży­łach, jak­by chcia­ła z nich uciec. Czu­łem wście­kłe ude­rze­nia tęt­na, od któ­rych mia­łem wra­że­nie, że ru­sza się cała skó­ra. Bok­ser­ki i ko­szul­ka le­pi­ły mi się do cia­ła, wszyst­ko było mo­kre i ohyd­ne. W dło­ni ści­ska­łem wy­mię­to­lo­ną po­dusz­kę, koł­dra spa­dła na pod­ło­gę.

Znów ten sen – po­my­śla­łem i usia­dłem na łóż­ku. Dla pew­no­ści spoj­rza­łem na ze­ga­rek, cho­ciaż nie mu­sia­łem tego ro­bić. Wie­dzia­łem, że tar­cza LCD po­ka­zu­je dwie czer­wo­ne trój­ki – trze­cia trzy­dzie­ści.

Zno­wu było tak samo.

Trzask.

Otwar­te okno ude­rza­ło ryt­micz­nie o fra­mu­gę. Wi­docz­nie w nocy ze­rwał się wiatr. Całe szczę­ście, in­a­czej nie da­ło­by się spać. Tego lata tem­pe­ra­tu­ra za dnia się­ga­ła trzy­dzie­stu stop­ni, a po zmierz­chu ma­la­ła tyl­ko nie­znacz­nie.

Wsta­łem i nie­mra­wo po­czła­pa­łem do ła­zien­ki. Usi­ło­wa­łem so­bie przy­po­mnieć, kie­dy ostat­nio mia­łem ten sen. Od pew­ne­go cza­su da­wał mi spo­kój. Oby nie wró­cił na do­bre, jak to miał w zwy­cza­ju. Nie­jed­no­krot­nie nie­prze­spa­ny ty­dzień od­bi­jał się na moim zdro­wiu, pra­cy i re­la­cjach z ludź­mi.

Jezu – po­my­śla­łem – ja­kiej zno­wu pra­cy, ja­kich re­la­cjach, sko­ro sie­dzę cały czas w miesz­ka­niu?

Za­pa­li­łem świa­tło, któ­re po­ra­zi­ło moje oczy. Na śle­po do­sze­dłem do umy­wal­ki, od­krę­ci­łem ku­rek. Prze­my­łem twarz lo­do­wa­tą wodą, uspo­ko­iłem od­dech i my­śli. Się­gną­łem po oku­la­ry le­żą­ce na pó­łecz­ce i je za­ło­ży­łem. Po­wo­li unio­słem po­wie­ki.

– Kur­wa mać – rzu­ci­łem do po­sta­ci w lu­strze.

Nie mia­łem po­ję­cia, jak mo­głem się tak za­pu­ścić. Kie­dyś wy­glą­da­łem nie­źle, te­raz jak me­nel: dłu­ga, rzad­ka bro­da, wąsy w tym sa­mym sty­lu, pod­krą­żo­ne oczy, prze­tłusz­czo­ne wło­sy do ra­mion. Jed­nym sło­wem – kosz­mar. Po­my­śla­łem, że po­wi­nie­nem coś z tym zro­bić. Już czas.

– Ale rano – do­da­łem na głos. – Rano wszyst­ko wy­da­je się lep­sze.

Sko­rzy­sta­łem z ki­bla, umy­łem ręce i po­sze­dłem do kuch­ni. Tam świa­tło za­pa­li­ło się samo, w do­dat­ku de­li­kat­nie i sub­tel­nie. Dla­cze­go nie za­mon­to­wa­łem so­bie cze­goś ta­kie­go w ła­zien­ce? Mój błąd.

Otwo­rzy­łem lo­dów­kę, a wła­ści­wie mon­stru­al­ną me­ta­lo­wą trum­nę ze świe­cą­cy­mi gu­zi­ka­mi. Przy­po­mi­na­ła sta­tek ko­smicz­ny. W środ­ku zia­ła pust­ka – tak dla kon­tra­stu z wy­glą­dem ze­wnętrz­nym. Oprócz mle­ka, ma­sła i trzech pla­ster­ków szyn­ki znaj­do­wa­ła się tam tyl­ko bu­tel­ka zmro­żo­nej whi­sky w dwóch trze­cich pu­sta. Na­la­łem so­bie do szklan­ki i od­sta­wi­łem bu­tel­kę.

Wró­ci­łem do po­ko­ju, gdzie za­sia­dłem w wy­god­nym fo­te­lu i od­pa­li­łem lap­top. Włą­czył się w mgnie­niu oka. Nie był to cud tech­ni­ki, jed­nak do użyt­ku do­mo­we­go wy­star­czał w sam raz. Włą­czy­łem prze­glą­dar­kę in­ter­ne­to­wą i klik­ną­łem w za­kład­kę „fo­rum”.

Wy­pi­łem so­lid­ny łyk, pa­lą­cy gar­dło i prze­łyk. Tego mi było trze­ba. Za­czą­łem ka­słać, jak za­wsze po al­ko­ho­lu. Wy­cią­gną­łem spod sto­łu bu­tel­kę wody i po­pi­łem, ła­go­dząc po­draż­nie­nie. Za­cho­wy­wa­łem się jak cio­ta, ale co po­ra­dzić, kie­dy nie po­tra­fi się pić?

Al­ko­ho­li­cy mają ła­twiej – po­my­śla­łem. – Szyb­ko ucie­ka­ją od pro­ble­mów. Jaki jest sens mę­cze­nia się z tym wszyst­kim? Dla­cze­go nie wy­brać ła­twej dro­gi? Dwa mie­chy pić, je­den trzeź­wieć, dwa mie­chy rzu­cać pi­cie, i po pro­ble­mie – pół roku i zdro­wy jak skur­wy­syn.

Po chwi­li do­tar­ło do mnie, że na­pi­sa­łem post o tym, o czym my­śla­łem. Za­sta­na­wia­łem się, czy go nie wy­ka­so­wać – jako ad­mi­ni­stra­tor mam pra­wo – ale da­łem spo­kój. Niech lu­dzie wie­dzą, z czym się bo­ry­kam, w koń­cu po to stwo­rzy­łem ten por­tal. Wła­ści­wie nie tyl­ko po to.

Za­gu­bie­ni. Może tro­chę nie­tra­fio­na na­zwa. Prze­ko­na­łem się o tym, gdy co ja­kiś czas po­ja­wiał się ma­ło­lat, za­kła­dał nowy te­mat i py­tał, czy oglą­da­li­śmy naj­now­sze od­cin­ki 4400 i czy nie wie­my, kie­dy moż­na się spo­dzie­wać na­stęp­nych. Sęk w tym, że fo­rum nie trak­to­wa­ło o se­ria­lu te­le­wi­zyj­nym, ale o lu­dziach za­gi­nio­nych, co za­wsze sta­ra­łem się wy­ja­śniać. Prze­waż­nie je­den post wy­star­czał, żeby mło­dzik, któ­ry na­wet nie zda­wał so­bie spra­wy z tego, że po­peł­nił faux pas, znik­nął z na­szej spo­łecz­no­ści.

Por­tal po­wstał osiem mie­się­cy temu, za­re­je­stro­wa­ło się w nim sto ty­się­cy użyt­kow­ni­ków, nie miał re­klam, nie za­ra­biał, ale dzię­ki nie­mu uda­ło się od­na­leźć sześć­set osiem­dzie­siąt pięć osób. Nie­ste­ty, wśród nich nie było Mag­dy, któ­ra nadal mia­ła sta­tus „za­gu­bio­ny/a”. Moja na­dzie­ja koń­czy­ła się wraz z wy­ga­śnię­ciem sta­tu­su na fo­rum, któ­ry po roku au­to­ma­tycz­nie zmie­niał się na „nig­dy nie­od­na­le­zio­ny/a”. Zo­stał jesz­cze mie­siąc.

Na­pi­łem się zno­wu, żeby ode­gnać złe my­śli.

„Prze­sa­dzasz – na­pi­sa­ła Mal­wa­34, któ­ra ostat­nio sta­ła mi się bliż­sza niż sio­stra. – Ga­dasz głu­po­ty, więc pew­nie pi­jesz. Pa­mię­tasz, co usta­li­li­śmy? Weź się za sie­bie w koń­cu. Dość tego cze­ka­nia. Nie wszyst­kim się uda­je. Ży­cie jest bo­le­sne, kłu­je, jak­byś przy pie­le­niu usiadł na kak­tu­sa, ale w koń­cu przy­cho­dzi czas, kie­dy wyj­mu­jesz wszyst­kie kol­ce i da­lej zaj­mu­jesz się ogrod­nic­twem, bo tak robi po­rząd­ny ogrod­nik, któ­rym je­steś”.

Ode­tchną­łem głę­bo­ko. Mia­ła ra­cję.

„Dzię­ki – wy­sła­łem jej pry­wat­ną wia­do­mość. – Ju­tro sprze­da­ję dom i wra­cam do pra­cy. Chy­ba już czas wy­rwać chwa­sty, spulch­nić zie­mię i za­sa­dzić nowe ro­śli­ny. Nie pierw­sza i nie ostat­nia bu­rza, któ­ra znisz­czy­ła plo­ny…”.

„Mą­dry chłop­czyk” – od­pi­sa­ła.

Do­pi­łem, na­la­łem so­bie ko­lej­ne­go drin­ka i przej­rza­łem nowe po­sty na fo­rum. Zno­wu za­gi­nę­ła mło­da dziew­czy­na i ja­kiś fa­cet jej szu­kał. Oj­ciec albo chło­pak – za mło­da, żeby mieć męża. Cho­ciaż nig­dy nie wia­do­mo. Sta­ty­sty­ka jest smut­na i nie­ubła­ga­na. W każ­dej dzie­dzi­nie. Rzad­ko su­mu­je­my i spraw­dza­my rze­czy, któ­re idą po na­szej my­śli, nie li­cząc pie­nię­dzy na kon­cie. „Co­raz wię­cej osób cho­ru­je na AIDS”. „Zwięk­szy­ła się licz­ba wy­pad­ków dro­go­wych w ostat­nich la­tach”. „W ubie­głym roku wy­rzu­ci­li­śmy w bło­to o dwa­dzie­ścia pro­cent wię­cej pie­nię­dzy, ku­pu­jąc pod­ro­bio­ne leki”. A czy ktoś sły­szał o wzro­ście licz­by lu­dzi wy­le­czo­nych z raka albo o spad­ku za­nie­czysz­czeń glo­bal­nych? Mó­wi­my o pię­ciu ty­sią­cach za­gi­nio­nych, ale nie wspo­mi­na­my sło­wem o pra­wie sied­miu­set od­na­le­zio­nych, a prze­cież to rów­nie waż­na in­for­ma­cja.

Za­gu­bie­ni sta­li się ostat­nio moim do­mem. Tu­taj od­na­la­złem lu­dzi, z któ­ry­mi mo­głem po­roz­ma­wiać o pro­ble­mach, oni mnie ro­zu­mie­li, bo też stra­ci­li uko­cha­ną oso­bę. Na fo­rum spo­tka­łem przy­ja­ciół o tych sa­mych za­in­te­re­so­wa­niach i ce­lach. Stwo­rzy­łem por­tal i by­łem kró­lem smut­ne­go kró­le­stwa, w któ­rym cza­sa­mi po­ja­wia­ło się szczę­ście. Chwi­le te re­kom­pen­so­wa­ły wszyst­kim trud wło­żo­ny w po­szu­ki­wa­nia, spraw­dza­nie szpi­ta­li, ob­dzwa­nia­nie ko­mi­sa­ria­tów, a na­wet wróż­bi­tów. Były to mo­men­ty po­wro­tu na­dziei, któ­ra za­sie­wa­ła ziar­no w na­szych umy­słach – „może i mnie się uda?”.

Dupa – po­my­śla­łem. – Nie uda­ło się, pora wstać, a wła­ści­wie iść spać. Beł­ko­cę na­wet w my­ślach…

Wsta­łem, zro­bi­łem chwiej­ny krok, ale zmie­ni­łem zda­nie; usia­dłem i za­sną­łem w fo­te­lu.

Śni­łem o za­gu­bio­nej whi­sky, któ­rej nie po­tra­fi­łem od­na­leźć.

***

Ra­nek był cięż­ki jak he­avy me­tal, któ­re­go słu­cha­łem. Zda­wa­ło mi się, że gło­wę mam zro­bio­ną z że­la­za, że je­stem na stat­ku i że wła­śnie tonę. Ka­pi­tan Kac opu­ści łaj­bę ostat­ni, a ja ra­zem z nim. Nie mo­głem zro­zu­mieć, jak to jest moż­li­we i dla­cze­go mu­szę tak cier­pieć. Na­wet gim­na­zja­li­ści nie czu­ją się tak pod­le po ta­kiej ilo­ści al­ko­ho­lu. W za­sa­dzie to pew­nie na­wet się nią nie upi­ja­ją.

Pod­nio­słem się z pod­ło­gi, na któ­rą mu­sia­łem się zsu­nąć we śnie. Nie pa­mię­ta­łem, dla­cze­go zna­la­złem się aku­rat tu­taj, a nie we wła­snym łóż­ku. Bu­ja­ło mną, a wła­ści­wie wszyst­kim do-oko­ła. Nie chcia­łem zga­dy­wać, co pod­cho­dzi mi do gar­dła.

Ru­szy­łem do ła­zien­ki. Wzią­łem prysz­nic, zgo­li­łem bro­dę, wąsy i ogo­li­łem łe­pe­ty­nę. O mały włos z roz­pę­du ogo­lił­bym i nogi, jed­nak w porę otrzeź­wia­łem. Spoj­rza­łem w lu­stro, z któ­re­go pa­trzył na mnie nagi i łysy przy­stoj­niak, oczy­wi­ście oce­nia­jąc od szyi w górę. Resz­ta cia­ła nadal na­le­ża­ła do za­pad­nię­te­go i za­ro­śnię­te­go cher­la­ka, któ­ry wy­czy­no­wo upra­wia je­den sport: sur­fo­wa­nie. Po in­ter­ne­cie.

Wło­ży­łem gar­ni­tur i za­chcia­ło mi się pła­kać na swój wi­dok. Już le­piej by­ło­by ubrać stra­cha na wró­ble i po­słać go na spo­tka­nie. Nie­ste­ty, nie mia­łem ni­cze­go in­ne­go pod ręką, a na za­ku­py nie było cza­su. Do­cho­dzi­ła ósma, a na dzie­wią­tą umó­wi­łem się z ro­dzi­ną Gaw­ri­ło­wi­czów.

Na śnia­da­nie wy­pi­łem her­ba­tę, bo tyl­ko na nią zdo­ła­łem się od­wa­żyć. Z moją kon­dy­cją było już cał­kiem nie­źle, jed­nak wo­la­łem nie igrać z roz­ka­pry­szo­nym żo­łąd­kiem. O ósmej czter­dzie­ści pięć wy­bie­głem z domu, po dro­dze chwy­ta­jąc tecz­kę z do­ku­men­ta­mi, przy­go­to­wa­ną dzień wcze­śniej, klu­czy­ki od sa­mo­cho­du, płaszcz i bu­tel­kę wody. Drzwi od miesz­ka­nia za­mknę­ły się za mną same. Po­dzię­ko­wa­łem w my­ślach za tech­ni­kę, któ­ra po­zwa­la na szyb­kie wyj­ście z domu bez ko­niecz­no­ści dłu­ba­nia klu­czem w zam­ku. Przy wcho­dze­niu wy­star­czy przy­ło­żyć do czyt­ni­ka pa­lec i oko, a ska­ner od­czy­tu­je li­nie pa­pi­lar­ne i siat­ków­kę i po po­twier­dze­niu da­nych otwie­ra drzwi. Za­bez­pie­cze­nie ro­dem ze Star Tre­ka, ale tak się dzie­je, jak czło­wiek na­oglą­da się za dużo fil­mów SF, a do tego nie ma co zro­bić z pie­niędz­mi. Nie są­dzi­łem, żeby kto­kol­wiek na świe­cie miał po­dob­ne za­bez­pie­cze­nia w zwy­kłym miesz­ka­niu, i by­łem z tego cho­ler­nie dum­ny.

Za­par­ko­wa­ny przed do­mem rolls-roy­ce lśnił wy­pu­co­wa­ną ka­ro­se­rią. Gra­na­to­wa bry­ka na­le­ża­ła do szczę­śliw­ca, któ­rym by­łem ja. Za­zwy­czaj trzy­ma­łem ją w ga­ra­żu, jed­nak kil­ka dni wcze­śniej po­pro­si­łem męża pani Joli, któ­ra raz w ty­go­dniu sprzą­ta­ła moje miesz­ka­nie, o od­sta­wie­nie auta do myj­ni. Ucie­szył się jak dziec­ko z moż­li­wo­ści po­pro­wa­dze­nia sa­mo­cho­du i za­ro­bie­nia kil­ku­na­stu zło­tych. Spi­sał się na me­dal.

Nie za bar­dzo ba­łem się o auto, zo­sta­wia­jąc je przed do­mem. Miesz­ka­łem w Re­dy­kaj­nach, spo­koj­nej dziel­ni­cy na skra­ju Olsz­ty­na. Ota­cza­ły ją lasy i je­zio­ra. Nie­wiel­ki blok, w któ­rym ku­pi­łem miesz­ka­nie, oka­zał się je­dy­nym tego ro­dza­ju bu­dyn­kiem; resz­ta osie­dla skła­da­ła się z jed­no­ro­dzin­nych dom­ków. Blok zo­stał od­da­ny do użyt­ku kil­ka mie­się­cy temu, a że stan­dard miesz­kań i ceny były wy­so­kie, to są­sia­dów mia­łem nie­wie­lu; więk­szość miła i ustat­ko­wa­na. Dro­gie sa­mo­cho­dy na po­dwór­kach, od­dziel­ne wej­ścia do miesz­kań i ogród­ki, pięk­ne fon­tan­ny. Oko­li­ca, w któ­rej po­sta­no­wi­łem żyć, zda­wa­ła się bez­piecz­na.

Sa­mo­cho­du nie pro­wa­dzi­łem od roku, ale po­dob­no tego się nie za­po­mi­na. Po­wta­rza­łem so­bie, że to jak z jaz­dą na ro­we­rze, mó­wie­niem czy od­dy­cha­niem. Usia­dłem za kie­row­ni­cą, zła­pa­łem drą­żek skrzy­ni bie­gów i stwier­dzi­łem, że nie mam po­ję­cia, z któ­rej stro­ny jest gaz, z któ­rej ha­mu­lec i sprzę­gło.

Jak moż­na to za­po­mnieć? – py­ta­łem w my­ślach. – No jak?!

Za­mkną­łem oczy i na spo­koj­nie przy­po­mnia­łem so­bie, co gdzie się znaj­du­je. Wła­ści­wie za­ję­ło mi to kil­ka se­kund, bo w rze­czy­wi­sto­ści wszyst­ko pa­mię­ta­łem, a chwi­lo­wa pust­ka w gło­wie po­ja­wi­ła się bar­dziej ze stre­su niż dłu­giej prze­rwy w pro­wa­dze­niu. Za­pa­li­łem sil­nik i z pi­skiem opon ru­szy­łem przed sie­bie.

To było wra­że­nie – czuć wiatr we wło­sach (tych, któ­re rano ogo­li­łem?) i ści­gać się z in­ny­mi. Przy­po­mnia­łem so­bie, co to kor­ki, czym jest zie­lo­na i czer­wo­na fala, cho­ciaż tej pierw­szej w Olsz­ty­nie ra­czej nie uświad­czysz. Je­cha­łem w stro­nę cen­trum, su­nąc dziu­ra­wy­mi uli­ca­mi; mi­ja­łem nowe ron­da i skle­py. Sie­dząc w miesz­ka­niu, mia­łem wra­że­nie, że mia­sto tak jak ja po­grą­żo­ne jest w smut­ku i bez­czyn­no­ści. My­śla­łem, że nic się nie zmie­ni, uli­ce i bu­dyn­ki będą ta­kie, ja­ki­mi je za­pa­mię­ta­łem. W głę­bi du­szy chcia­łem, żeby tak było, żeby ży­cie za­mar­ło i nie ucie­ka­ło mi przez pal­ce, kie­dy sie­dzia­łem bier­nie i pła­ka­łem. By­łem sa­mo­lub­ny. No i my­li­łem się – wie­le się zmie­ni­ło. Po­ja­wi­ły się pla­ce, nowe dziel­ni­ce, dro­gi; pa­trzy­łem na miej­sca, któ­rych nie po­zna­wa­łem.

Uli­ce w mie­ście mają swo­je nie­po­wta­rzal­ne hi­sto­rie. Nie­ste­ty, więk­szość tych, któ­re się za­pa­mię­tu­je, to opo­wie­ści o śmier­ci. Gdy­bym po­pro­sił ko­go­kol­wiek o opi­sa­nie dzie­jów uli­cy Bał­tyc­kiej, któ­rą wła­śnie je­cha­łem, zo­stał­bym zby­ty mam­ro­ta­niem i pół­słów­ka­mi. Na­wet gdy­bym za­ga­dał do sta­łe­go jej by­wal­ca, pana Jan­ka spod skle­pu, z no­sem wiel­kim i czer­wo­nym jak świa­tła sy­gna­li­za­cji – pana Jan­ka, któ­ry uwiel­bia opo­wia­dać, cho­ciaż rzad­ko ma słu­cha­czy – zo­ba­czył­bym tyl­ko iskier­kę pod­eks­cy­to­wa­nia w jego oczach. W jego gło­wie było wie­le hi­sto­rii zwią­za­nych z uli­cą teo­re­tycz­nie pro­wa­dzą­cą nad Bał­tyk, jed­nak ognik zgasł­by, za­stą­pio­ny na po­wrót pi­jac­ką męt­no­ścią źre­nic, po­nie­waż pan Ja­nek przy­po­mniał­by so­bie o bólu, ja­kim ob­da­rzy­ła jego i in­nych miesz­kań­ców ru­chli­wa dro­ga, przy któ­rej kra­węż­ni­kach prze­pi­jał wła­śnie swo­je ży­cie. Ob­ra­zy w Jan­ko­wej gło­wie uka­zy­wa­ły krwa­wy wy­pa­dek, gdy nie­bie­skie audi A6 wy­prze­dza­ło na po­dwój­nej cią­głej au­to­bus zwal­nia­ją­cy przed pa­sa­mi. Na przej­ściu dla pie­szych wła­śnie po­ja­wił się Mi­cha­łek nio­są­cy w siat­ce za­ku­py na zupę po­mi­do­ro­wą, o któ­re pro­si­ła go mama, a pro­si­ła, bo jego tato – pan Ja­nek – wra­ca­jąc zmę­czo­ny po pra­cy, za­po­mniał je zro­bić. Nie­bie­skie audi A6 wpa­dło na chło­pa­ka, a prze­ra­że­nie w oczach mło­de­go kie­row­cy pra­wie od­bi­ło się na szy­bie, kie­dy roz­bi­ja­ła ją jego gło­wa. Mał­żeń­stwo sta­ra­ją­ce się o dziec­ko, któ­re je­cha­ło z na­prze­ciw­ka zie­lo­nym ci­nqu­ecen­to, wła­śnie roz­ma­wia­ło o tym, co upiec na gril­lu. Mąż pa­trzył na żonę o se­kun­dę za dłu­go – za­ga­pił się, a mógł­by jesz­cze skrę­cić na chod­nik przed ja­dą­cym na nich audi i le­cą­cym w ich stro­nę Mi­chał­kiem…

Wszy­scy zgi­nę­li na miej­scu.

Pan Ja­nek nie opo­wie­dział­by mi tej hi­sto­rii. Nie usły­szał­bym nic od ni­ko­go, bo o ta­kich i po­dob­nych zda­rze­niach lu­dzie nie chcą roz­ma­wiać. Uli­ce są peł­ne mil­czą­cych opo­wie­ści.

Skrę­ci­łem w ale­ję Ro­ber­ta Schu­ma­na, któ­rą prze­je­cha­łem szyb­ko, na co w koń­cu po­zwo­lił mi brak dziur, kor­ków i dwu­pa­smo­wa jezd­nia (jed­na z nie­licz­nych tego typu w mie­ście). Na­stęp­nie wje­cha­łem w uli­cę Ar­mii Kra­jo­wej ma­ją­cą na swo­im kon­cie pew­nie wię­cej ofiar niż woj­na w Afga­ni­sta­nie. Stam­tąd już tyl­ko Obroń­ców To­bru­ku, Si­kor­skie­go i do­ce­lo­wa uli­ca Ja­roc­ka. Za oknem prze­wi­jał się kra­jo­braz roz­bu­dzo­ne­go mia­sta: lu­dzie w peł­nym słoń­cu po­dą­ża­li swo­imi ścież­ka­mi, a sa­mo­cho­dy pę­dzi­ły po czar­nych ży­łach aglo­me­ra­cji. Całą dro­gę przez otwar­tą szy­bę do­cho­dził do mo­ich uszu umiar­ko­wa­ny ha­łas; gło­sy lu­dzi, szum drzew i je­zio­ra, pisk opon, war­kot sil­ni­ków i świer­got pta­ków – tęt­no Olsz­ty­na. Po­czu­łem, że mogę za­cząć żyć na nowo…

Przed dom za­je­cha­łem po kil­ku mi­nu­tach i na­wet obe­szło się bez man­da­tu. Za­par­ko­wa­łem koło zie­lo­ne­go za­rdze­wia­łe­go busa. Jego ka­ro­se­ria tę­sk­ni­ła za zło­mo­wi­skiem i by­łem pew­ny, że data na sil­ni­ku zga­dza­ła się z datą koń­ca ko­mu­ni­zmu w Pol­sce. Po­wi­nien pójść w śla­dy ustro­ju i po­zwo­lić, żeby szlag go tra­fił.

– Dzień do­bry! – krzyk­ną­łem w stro­nę ro­dzi­ny sto­ją­cej przed furt­ką, gdy tyl­ko wy­sia­dłem z sa­mo­cho­du. – Pań­stwo Gaw­ri­ło­wi­cze?

– Da! – od­po­wie­dzia­ła pulch­na ko­bie­ta w chu­st­ce.

Na rę­kach trzy­ma­ła ma­łe­go chłop­ca ubru­dzo­ne­go cze­ko­la­dą. W za­sa­dzie cała piąt­ka dzie­cia­ków, mniej wię­cej w wie­ku od dwóch do sied­miu lat, była brud­na i za­nie­dba­na. A może mi się tyl­ko wy­da­wa­ło? Wy­glą­da­ły na prze­stra­szo­ne i za­cie­ka­wio­ne moją oso­bą, lecz mimo to wszyst­kie się uśmie­cha­ły.

– Ja panu dzwo­nił – ode­zwał się męż­czy­zna o zło­tych zę­bach i buj­nym za­ro­ście. – Pa­mię­ta?

– Tak, oczy­wi­ście. – Po­pra­wi­łem kra­wat i po­czu­łem się jak bła­zen.

Ro­dzi­na wy­glą­da­ła ubo­go i swoj­sko. No­si­li gu­mia­ki, spodnie dre­so­we, pod­ko­szul­ki, a ko­bie­ty mimo upa­łu wy­cią­gnię­te weł­nia­ne swe­try. Pa­so­wa­łem do nich jak skar­pet­ki do san­da­łów. Zro­bi­ło mi się żal tych ro­syj­skich imi­gran­tów. Po­my­śla­łem, że je­śli ko­mu­kol­wiek mam sprze­dać dom, to wła­śnie im. No i wła­ści­wie nie sprze­dać, tyl­ko od­dać, po­nie­waż po­zby­wa­łem się go za śmiesz­ną, sym­bo­licz­ną sumę.

– Są pań­stwo go­to­wi na oglą­da­nie? – za­py­ta­łem.

Bab­ka sto­ją­ca przy mat­ce za­wo­ła­ła coś w swo­im ję­zy­ku, a resz­ta przy­tak­nę­ła. W du­chu ma­rzy­łem o zu­peł­nie in­nej od­po­wie­dzi. Wca­le nie chcia­łem wcho­dzić do środ­ka.

Wzią­łem dwa głę­bo­kie wde­chy i ru­szy­łem przo­dem. W tecz­ce z do­ku­men­ta­mi mia­łem klu­cze do po­se­sji i domu, jed­nak oka­za­ły się zby­tecz­ne – furt­ka była wy­ła­ma­na. Daw­no tu nie za­glą­da­łem, więc się zdzi­wi­łem. Mło­do­cia­ni wan­da­le czę­sto roz­wa­la­li pu­ste bu­dyn­ki, jed­nak ja się za­bez­pie­czy­łem – alarm oraz co­ty­go­dnio­wa in­spek­cja So­lid Se­cu­ri­ty mia­ły chro­nić przed kra­dzie­ża­mi i de­wa­sta­cją. Jak się oka­za­ło, nie do koń­ca chro­ni­ły. Od­wró­ci­łem się w stro­nę Gaw­ri­ło­wi­czów z prze­pra­sza­ją­cym uśmie­chem, jed­nak ro­dzi­na zda­wa­ła się w ogó­le nie in­te­re­so­wać furt­ką. Wle­pia­li wzrok w dom, jak­by był zbu­do­wa­ny ze zło­ta.

Na wi­dok ogro­du po­czu­łem ucisk w brzu­chu. Mia­łem wra­że­nie, jak­by coś pró­bo­wa­ło się wy­do­stać z mo­je­go wnę­trza. Skurcz je­lit, ból żo­łąd­ka, zwę­że­nie krta­ni… le­d­wo mo­głem od­dy­chać. W koń­cu mu się uda­ło – szloch wy­rwał się z mo­je­go cia­ła. Łzy po­pły­nę­ły po po­licz­kach.

Na szczę­ście sze­dłem z przo­du i nikt tego nie za­uwa­żył.

Pa­mię­ta­łem, jak Ma­dzia w cie­płe wio­sen­ne dni, gdy tyl­ko stop­niał ostat­ni śnieg, wy­cho­dzi­ła na dwór w ro­bo­czych rę­ka­wi­cach i dre­sie, aby pie­lę­gno­wać ogród. Wkła­da­ła w nie­go dużo pra­cy i za­wzię­cie do­pro­wa­dza­ła ra­ba­ty do po­rząd­ku. Sta­ra­ła się, aby każ­de­go lata oto­cze­nie domu zmie­nia­ło odro­bi­nę wy­gląd. Wpro­wa­dza­ła inne od­mia­ny i ko­lo­ry kwia­tów, in­a­czej przy­ci­na­ła drze­wa, roz­ko­py­wa­ła traw­nik, by two­rzyć dróż­ki z drob­nych ka­mie­ni, wła­ści­wie ma­lut­kie la­bi­ryn­ty, któ­rych kształt za­le­żał od jej na­stro­ju. Gdy sta­ną­łem na za­ro­śnię­tym traw­ni­ku i zo­ba­czy­łem zdzi­cza­łe ja­bło­nie, za­chwasz­czo­ne kępy kwia­tów, zry­tą przez kre­ty zie­mię, zro­zu­mia­łem, że Mag­da­le­na Mał­go­rza­ta Bej­nar ode­szła na za­wsze.

Prze­tar­łem chu­s­tecz­ką oczy, uda­jąc, że wy­cie­ram nos. Przy­sta­ną­łem przed drzwia­mi i po­wo­li, szu­ka­jąc od­po­wied­nie­go klu­cza, od­dy­cha­łem głę­bo­ko. Mu­sia­łem się uspo­ko­ić, wziąć w garść.

Otwo­rzy­łem dom i od­wró­ci­łem się do ro­dzi­ny.

– Za­pra­szam.

Nic nie od­po­wie­dzie­li, tyl­ko jak za­hip­no­ty­zo­wa­ni we­szli do środ­ka.

Za­pa­li­łem świa­tło w przed­po­ko­ju, z któ­re­go wcho­dzi­ło się do kuch­ni, sa­lo­nu, ła­zien­ki i na pierw­sze pię­tro. Bab­ka Gaw­ri­ło­wi­czo­wa prze­że­gna­ła się kil­ka razy lewą ręką i plu­nę­ła za sie­bie na pod­ło­gę. Nie sko­men­to­wa­łem tego. Za­fa­scy­no­wa­ny przy­glą­da­łem się ob­ra­zom, rzeź­bom, ogrom­ne­mu ży­ran­do­lo­wi, któ­ry zaj­mo­wał cały su­fit, i czer­wo­ne­mu dy­wa­no­wi pro­wa­dzą­ce­mu do scho­dów na pię­tro, ni­czym z hol­ly­wo­odz­kich po­ka­zów fil­mo­wych. Za­po­mnia­łem, że Mag­da uwiel­bia­ła szo­ko­wać. Każ­dy, kto wcho­dził do domu, miał onie­mieć z za­chwy­tu. Moja żona za­czerp­nę­ła ten po­mysł z ba­ro­ko­wych ko­ścio­łów, któ­rych ogrom­ny prze­pych po­ka­zy­wał wier­nym wiel­kość ich Boga. Oczy­wi­ście w rze­czy­wi­sto­ści mia­ło się to ni­jak do wspa­nia­ło­ści go­spo­da­rza, jed­nak na wcho­dzą­cych ro­bi­ło wra­że­nie. Dom bę­dzie w sam raz dla tej ro­dzi­ny – po­my­śla­łem, przy­glą­da­jąc się twa­rzom Ro­sjan. – Dla nas był za duży, na­wet przy pla­no­wa­nej dwój­ce dzie­ci. Ogrom­ny sa­lon, wiel­ka kuch­nia, trzy ła­zien­ki, sy­pial­nia, sześć po­koi. Bę­dzie im tu do­brze.

Nie­waż­ne, ile se­tek ty­się­cy kosz­to­wa­ła dział­ka i bu­dy­nek. Od­da­wa­łem je za dar­mo, by po­zbyć się wspo­mnień, bólu i po­móc ubo­gim. I tak mia­łem za­miar im jesz­cze po­ma­gać – sami tego nie utrzy­ma­ją. Oczy­wi­ście nie wie­dzie­li o tym. Byli prze­ko­na­ni, że ku­pu­ją miesz­ka­nie po atrak­cyj­nej ce­nie, że tra­fi­ła im się wiel­ka oka­zja. Do­wie­dzia­łem się o nich od mo­je­go przy­ja­cie­la Mar­ka, któ­ry pra­co­wał w opie­ce spo­łecz­nej i zaj­mo­wał się tą ro­dzi­ną. Opo­wie­dział, jak ucie­kli z Ro­sji do Pol­ski. Za­pro­po­no­wa­łem mu ci­chą po­moc.

– Robi wra­że­nie, praw­da? – za­py­ta­łem.

– Prie­kra­snyj! – od­po­wie­dzia­ła ko­bie­ta, po czym po­sta­wi­ła dwu­lat­ka na pod­ło­dze.

Dzie­ci mo­men­tal­nie roz­pierz­chły się po ca­łym domu, krzy­cząc i śmie­jąc się. Ro­dzi­ce na­wet nie sta­ra­li się nad nimi za­pa­no­wać, spoj­rze­li tyl­ko na mnie py­ta­ją­co. Uśmiech­ną­łem się.

Zwie­dzi­li­śmy po­zo­sta­łe po­miesz­cze­nia. Za­pro­jek­to­wa­ne przez Mag­dę w sty­lach, któ­rych nazw nig­dy nie po­tra­fi­łem za­pa­mię­tać. W każ­dym ra­zie wszyst­ko do sie­bie pa­so­wa­ło. Po­ko­je były jak Ma­dzia: sub­tel­ne i peł­ne wdzię­ku lub kon­tro­wer­syj­ne i ostre, jak cho­ciaż­by na­sza sy­pial­nia, gdzie w ścia­nie wy­rzeź­bio­na zo­sta­ła wiel­ka dupa albo głów­ka pe­ni­sa, w za­leż­no­ści od tego, jak na nią spoj­rzeć. W pew­nym mo­men­cie sta­ra, po­pę­ka­na jak ze­schnię­ta zie­mia Ro­sjan­ka zła­pa­ła mnie za rękę i za­czę­ła ją ca­ło­wać, pła­cząc przy tym ze szczę­ścia. Pró­bo­wa­łem się wy­rwać, lecz nie da­wa­ła za wy­gra­ną. W koń­cu to ja się pod­da­łem i po­zwo­li­łem jej na tę po­ufa­łość. Po­czu­łem na­wet za­do­wo­le­nie.

– No do­brze… – za­czą­łem i de­li­kat­nie, lecz sta­now­czo wy­rwa­łem dłoń z uści­sku bab­ki. – To ja zo­sta­wię pań­stwu pa­pie­ry, niech się pań­stwo za­po­zna­ją, a ju­tro przy­ja­dę i na spo­koj­nie pod­pi­sze­my umo­wę. Zga­dza­ją się pań­stwo?

– Da! Pan szcze­dryj, dom prie­kra­snyj. Dzię­ku­je­my – od­po­wie­dział męż­czy­zna i uści­snę­li­śmy so­bie ręce.

Zo­sta­wi­łem do­ku­men­ty na sto­le w kuch­ni, po­że­gna­łem się i wy­sze­dłem, ci­cho za­my­ka­jąc za sobą drzwi. Przy­wi­tał mnie cie­pły po­wiew po­wie­trza, pro­mie­nie słoń­ca do­da­ły otu­chy. Nad­szedł dzień zmian, na któ­ry wresz­cie by­łem go­to­wy – po­go­dzi­łem się ze śmier­cią Mag­dy. Dla mnie ode­szła na za­wsze.

Wsia­dłem do rolls-roy­ce’a, włą­czy­łem pły­tę Black Sab­bath i od­je­cha­łem w stro­nę bu­dyn­ku AB Cor­po­ra­tion. Wra­ca­łem do pra­cy. Skąd mo­głem wie­dzieć, że wszyst­ko po­to­czy się in­a­czej?

Rozdział II

Sta­łem na po­bo­czu, dro­gą pę­dzi­ły sa­mo­cho­dy i ża­den nie chciał się za­trzy­mać. Przed­nie, lewe koło mo­je­go rolls-roy­ce’a przy­po­mi­na­ło zrzu­co­ną skó­rę węża. Pra­wie nic z nie­go nie po­zo­sta­ło.

– Szlag by cię tra­fił! – wark­ną­łem.

Po­tra­fi­łem wy­mie­nić ze­psu­tą opo­nę, ale nie mia­łem na to cza­su. Zresz­tą, na­wet gdy­bym się nie śpie­szył, i tak za­dzwo­nił­bym po la­we­tę.

W koń­cu spe­szył mnie wzrok prze­chod­niów i tro­chę się uspo­ko­iłem. Wie­dzia­łem, że nie zdą­żę na czas do pra­cy. Ze­bra­nie za­rzą­du mia­ło się za­cząć za dwa­dzie­ścia mi­nut. Zła­pa­nie tak­sów­ki i przedar­cie się przez kor­ki w tak krót­kim cza­sie było nie­moż­li­we. Je­dy­nym roz­wią­za­niem stał się nad­jeż­dża­ją­cy au­to­bus.

Wbie­głem do roz­kle­ko­ta­ne­go po­jaz­du, ku­pi­łem bi­let u kie­row­cy gbu­ra i usia­dłem na wol­nym miej­scu. Za­sta­na­wia­łem się, jak to bę­dzie w pra­cy; jak mnie przyj­mą. Nie chcia­łem, żeby oka­zy­wa­li mi współ­czu­cie, wo­la­łem, żeby nor­mal­nie po­de­szli do swo­ich obo­wiąz­ków i trak­to­wa­li mnie jak wspól­ni­ka i sze­fa. Kie­dy tak roz­my­śla­łem, nie za­uwa­ży­łem, że jadę w zu­peł­nie inną stro­nę.

– No ja pie… – rzu­ci­łem i się ro­zej­rza­łem.

Sie­dzia­łem koło mło­dej ko­bie­ty z dziec­kiem, któ­ra skrzy­wi­ła się i od­wró­ci­ła wzrok. Na szczę­ście nie­da­le­ko stał mło­dy chło­pak z czer­wo­nym iro­ke­zem na gło­wie. Pod­sze­dłem do nie­go i za­py­ta­łem:

– Prze­pra­szam, do­kąd je­dzie ten au­to­bus?

Punk spoj­rzał na mnie dziw­nie, wy­jął słu­chaw­ki z uszu, a do mnie do­le­ciał ci­chy dźwięk ostrej mu­zy­ki.

– Słu­cham? – za­py­tał.

– Do­kąd je­dzie ten au­to­bus?

– Na Za­to­rze.

– A prze­jeż­dża koło dwor­ca?

W od­po­wie­dzi tyl­ko kiw­nął gło­wą, po czym wró­cił do słu­cha­nia pun­ko­we­go ka­wał­ka. Wy­sia­dłem na naj­bliż­szym przy­stan­ku.

Dwo­rzec głów­ny mie­ścił się kil­ka ulic da­lej. Z po­cząt­ku bie­głem, lecz za­dysz­ka i kol­ka sku­tecz­nie mi to utrud­nia­ły. W koń­cu mu­sia­łem zwol­nić do mar­szu. Z moją kon­dy­cją nie było naj­le­piej. Znów ogar­nę­ło mnie po­czu­cie bez­na­dziej­no­ści. Przez ten cały pech zwią­za­ny ze spóź­nie­niem i nie­spraw­nym sa­mo­cho­dem czu­łem się okrop­nie, a gdy w do­dat­ku uświa­do­mi­łem so­bie, jak szyb­ko zmie­nia mi się na­strój i że za­cho­wu­ję się jak baba, sa­mo­po­czu­cie jesz­cze bar­dziej mi sia­dło.

Na­wet gwar na uli­cach za­czął mnie pe­szyć. Daw­no nie wy­cho­dzi­łem na mia­sto o ta­kiej po­rze. Czu­łem się jak ska­za­niec, któ­ry od­sie­dział wy­rok i po dłu­gim cza­sie za krat­ka­mi zna­lazł się na wol­no­ści. Wszyst­ko zda­wa­ło się nowe i inne, jak­bym za­marzł w ka­wał­ku góry lo­do­wej i te­raz po­wo­li się roz­ta­piał, pod­czas gdy czas biegł swo­im nor­mal­nym, sza­leń­czym tem­pem, i jak­bym na­gle ode­rwał się od zmar­z­li­ny i spo­strzegł, że ży­cie się zmie­ni­ło. Nie­ste­ty, ja po­zo­sta­łem taki sam. Na­tłok lu­dzi pę­dzą­cych na zła­ma­nie kar­ku swo­imi ścież­ka­mi, sa­mo­cho­dów trą­bią­cych i war­czą­cych jak me­cha­nicz­ne stwo­ry, świa­teł dla pie­szych, mu­zy­ki z otwar­tych knajp oraz in­nych nie­zro­zu­mia­łych dźwię­ków wy­da­wa­nych przez wszyst­kie obiek­ty w mie­ście utwier­dził mnie w prze­ko­na­niu, że ta­kie ży­cie jest nie dla mnie. Po­wi­nie­nem sie­dzieć w domu, prze­glą­dać fo­rum i gnić od środ­ka.

– Pięk­ny dzień dziś mamy – usły­sza­łem skrze­czą­cy, pi­skli­wy głos za ple­ca­mi i po­czu­łem, że ktoś ła­pie mnie za rękę.

Z po­cząt­ku chcia­łem się wy­rwać i po pro­stu uciec. Nie mia­łem cza­su dla bie­da­ków, łga­rzy, że­bra­ków czy zło­dziei. Od­wró­ci­łem się i zo­ba­czy­łem sta­rą Cy­gan­kę. Sta­ła zgar­bio­na, pod­pie­ra­jąc się drew­nia­ną la­ską o fi­ku­śnym kształ­cie. Wy­glą­da­ła na ro­do­wi­tą Rom­kę. No­si­ła dłu­gą, czer­wo­ną spód­ni­cę i kil­ka czar­nych chust, do tego ciem­ną bluz­kę i opa­skę na gło­wie, któ­ra pod­trzy­my­wa­ła buj­ne, kru­czo­czar­ne wło­sy. Wy­czu­wa­łem od niej cierp­ki za­pach al­ko­ho­lu. Znaj­do­wa­li­śmy się w jed­nym z tu­ne­li pro­wa­dzą­cych na dwo­rzec.

Nie wiem, z ja­kie­go po­wo­du się za­trzy­ma­łem. Do tej pory za­sta­na­wiam się, co mnie zmu­si­ło, żeby spoj­rzeć na tę ko­bie­tę. Może zro­bi­ło mi się jej żal? Zo­rien­to­wa­łem się, że mu­sia­ła tam miesz­kać – na ster­cie kar­to­nów i szmat le­żą­cych za jej ple­ca­mi. Wo­kół niej sie­dzia­ło z dzie­sięć ko­tów. Róż­nej ma­ści i wiel­ko­ści. Tu­li­ły się do jej nóg, wy­le­gi­wa­ły na pa­pie­rzy­skach i uważ­nie na mnie spo­glą­da­ły. A może tyl­ko mi się wy­da­wa­ło?

– Prze­pra­szam, śpie­szę się – od­po­wie­dzia­łem i de­li­kat­nie spró­bo­wa­łem oswo­bo­dzić rękę.

Nie uda­ło mi się. Czu­łem, jak­by zła­pa­ły mnie sta­lo­we szczyp­ce.

– Jest pięk­ny, więc go za­pa­mię­taj. To może być ostat­ni taki dzień, ostat­ni, w któ­rym zo­ba­czysz słoń­ce!

Mó­wi­ła w dziw­ny spo­sób, jak­by znaj­do­wa­ła się gdzieś da­le­ko – w gro­cie albo stud­ni. Przy­siągł­bym, że sły­sza­łem echo. Spoj­rza­łem w jej oczy i wy­da­ło mi się, że skry­wa­ją ja­kąś ta­jem­ni­cę. W ciem­no­ści jej źre­nic do­strze­głem głę­bię praw­dy, mia­łem wra­że­nie, że pod po­wierzch­nią sza­leń­stwa kry­je się wie­dza. Pra­wie uwie­rzy­łem, że sta­rusz­ka mówi z sen­sem. Po­trzą­sną­łem jed­nak gło­wą.

– Do­brze, do­brze. – Się­gną­łem do kie­sze­ni, wy­ją­łem port­fel, a z nie­go kil­ka drob­nych. – A te­raz pani wy­ba­czy, na­praw­dę się śpie­szę. – Wci­sną­łem jej w dłoń pie­nią­dze, dzię­ki cze­mu pu­ści­ła moją rękę, i ru­szy­łem przed sie­bie.

–  Zo­stań w domu, Aleks – usły­sza­łem za ple­ca­mi.

Za­trzy­ma­łem się. Sta­łem chwi­lę, szyb­ko kal­ku­lu­jąc, co wła­ści­wie za­szło. Cy­gan­ka mu­sia­ła zo­ba­czyć mój do­wód oso­bi­sty albo inny do­ku­ment, gdy otwie­ra­łem port­fel. In­a­czej nie mo­gła po­znać mo­je­go imie­nia. Cwa­nia­ra.

Po­sze­dłem da­lej, nie oglą­da­jąc się za sie­bie.

***

Wie­żo­wiec AB Cor­po­ra­tion przy uli­cy Dą­browsz­cza­ków, nie­da­le­ko wię­zie­nia i nie­opo­dal I Li­ceum Ogól­no­kształ­cą­ce­go, do któ­re­go cho­dzi­łem, gó­ro­wał nad wszyst­kim jak Je­zus Chry­stus z Cor­co­va­do w Rio de Ja­ne­iro. Z tą jed­nak róż­ni­cą, że lu­dzie się do nie­go nie mo­dli­li. Swo­ją wiel­ko­ścią przy­ćmił każ­dy bu­dy­nek w mie­ście. Zbu­do­wa­no go na wzór ogrom­ne­go lu­stra i dzię­ki in­no­wa­cyj­nej kon­struk­cji do­stał się na­wet na okład­ki ma­ga­zy­nów ar­chi­tek­to­nicz­nych. Sło­wem – ro­bił wra­że­nie.

Sta­ną­łem przed wej­ściem i się ro­zej­rza­łem. Lu­dzie szli chod­ni­ka­mi jak­by nig­dy nic. Dla nich to był zwy­czaj­ny dzień. W ich ży­ciu nic się nie zmie­ni­ło. Sta­wia­li kro­ki pew­nie i wie­dzie­li, do­kąd zmie­rza­ją. Mój cel był mgli­sty, moje ży­cie nie­pew­ne, a ścież­ki, któ­ry­mi po­dą­ża­łem, mia­ły same za­krę­ty…

Ode­tchną­łem głę­bo­ko, spoj­rza­łem przed sie­bie, gdzie w lu­strza­nych ścia­nach od­bi­jał się za­gu­bio­ny męż­czy­zna w po­gnie­cio­nym gar­ni­tu­rze i ogrom­ne słoń­ce, przed któ­re­go pro­mie­nia­mi mu­sia­łem osło­nić oczy. Ru­szy­łem. Nie śpie­szy­łem się, bo i tak by­łem spóź­nio­ny. Drzwi roz­su­nę­ły się przede mną z ci­chym sze­le­stem, z góry ude­rzył zim­ny po­dmuch wen­ty­la­cji.

Mi­nął pra­wie rok, od kie­dy by­łem tu po raz ostat­ni. Hol nie zmie­nił się wca­le. Na środ­ku sta­ła znie­na­wi­dzo­na prze­ze mnie fon­tan­na. Chcia­łem wy­wa­lić ją z pro­jek­tu, uwa­ża­łem, że jest nie­po­trzeb­nym sym­bo­lem bo­gac­twa. Pro­te­sto­wał pro­jek­tant, pro­te­sto­wał me­ne­dżer, a gdy Mag­da po­dzie­li­ła ich zda­nie, da­łem spo­kój. Pod ścia­na­mi sta­ły mięk­kie sofy i fo­te­le, przed nimi szkla­ne sto­li­ki, a gdzie­nieg­dzie au­to­ma­ty z kawą, wodą i czymś do je­dze­nia. W po­bli­żu pię­ciu wind znaj­do­wa­ło się ogrom­ne, drew­nia­ne biur­ko przy­po­mi­na­ją­ce ladę w eks­klu­zyw­nym pu­bie albo kon­tu­ar re­cep­cjo­ni­sty w dro­gim ho­te­lu. Sie­dzia­ły za nim czte­ry ko­bie­ty w uni­for­mach fir­my. Nie­na­gan­ne i re­pre­zen­ta­cyj­ne, jak nowe lal­ki do­pie­ro co wy­ję­te z pu­deł­ka.

– Dzień do­bry. – Sta­ną­łem przed ladą i uśmiech­ną­łem się.

– Dzień do­bry, w czym mogę po­móc? – od­po­wie­dzia­ła rów­nież z uśmie­chem mło­da blon­dyn­ka.

– Je­stem umó­wio­ny na ze­bra­nie. Tro­chę się spóź­ni­łem…

– A ja­kie do­kład­nie ze­bra­nie, je­śli moż­na wie­dzieć?

– Rady AB Cor­po­ra­tion.

Za­sta­na­wia­łem się, czy dziew­czy­na wie o ze­bra­niu i czy w ogó­le po­wi­nie­nem z nią o tym roz­ma­wiać. Sen­sow­niej by­ło­by wsiąść do win­dy i po­je­chać na od­po­wied­nie pię­tro, jed­nak pra­wie na pew­no któ­raś z ko­biet za­trzy­ma­ła­by mnie py­ta­nia­mi, cze­go szu­kam i do­kąd zmie­rzam. Zresz­tą nie mia­łem po­ję­cia, w któ­rym po­ko­ju od­by­wa się kon­fe-ren­cja.

– Spo­tka­nie jest na dzie­sią­tym pię­trze w po­ko­ju ty­siąc trzy­dzie­stym szó­stym. Ale jest ofi­cjal­ne i za­mknię­te dla go­ści oraz osób z ze­wnątrz. Ro­zu­miem, że jest pan umó­wio­ny z jed­nym z pre­ze­sów? Może po­cze­kał­by pan, aż ze­bra­nie do­bie­gnie koń­ca?

– Wo­lał­bym jed­nak zna­leźć się na tym spo­tka­niu. Wie pani, by­łem na nie umó­wio­ny…

– Pana god­ność? – prze­rwa­ła mi.

– Alek­san­der Bej­nar.

Chwi­lę szu­ka­ła cze­goś w kom­pu­te­rze. Jej ko­le­żan­ki pa­trzy­ły na mnie z nie­mym zdzi­wie­niem, a jed­na za­czę­ła kasz­leć i sztur­chać dziew­czy­nę pod sto­łem. Rzu­ci­łem im przy­ja­zny uśmiech i jak na za­wo­ła­nie spło­nę­ły ru­mień­ca­mi.

– A tak! Prze­pra­szam pana bar­dzo. Rze­czy­wi­ście jest pan umó­wio­ny na spo­tka­nie, na­wet mam tu­taj do­kład­ne wy­tycz­ne, żeby panu wska­zać miej­sce ze­bra­nia. Jesz­cze raz naj­moc­niej prze­pra­szam…

– Nic się nie sta­ło. Ale je­stem już spóź­nio­ny i po­wi­nie­nem się śpie­szyć.

– Tak, tak. Oczy­wi­ście. Pro­szę za mną. – Wsta­ła, po­pra­wi­ła spód­nicz­kę i skie­ro­wa­ła się w stro­nę win­dy.

Ru­szy­łem przed nią, żeby wci­snąć gu­zik i uspraw­nić do­sta­nie się na górę. Zza ple­ców do­bie­gły mnie pod­nie­co­ne szep­ty: „To on!”. Uśmiech­ną­łem się pod no­sem.

– Pa­nie pre­ze­sie! – usły­sza­łem, lecz z po­cząt­ku nie za­re­ago­wa­łem. – Pa­nie pre­ze­sie!

Od­wró­ci­łem się i zo­ba­czy­łem blon­dyn­kę, z któ­rą roz­ma­wia­łem. Sta­ła za mną z rę­ka­mi za­ło­żo­ny­mi z tyłu, w po­zie uka­zu­ją­cej skru­chę.

– Prze­pra­szam…

– Nic się nie sta­ło, na­praw­dę.

– Czy po­ra­dzi…

– Tak, tak. Znam ten bu­dy­nek jak wła­sną kie­szeń. Dzię­ku­ję. – W mo­men­cie gdy skoń­czy­łem mó­wić, drzwi win­dy otwo­rzy­ły się z ci­chym „ding-dong”.

W win­dzie moje my­śli skie­ro­wa­ły się ku ze­bra­niu i temu, jak zo­sta­nę przy­ję­ty. Mia­łem na­dzie­ję, że nie jak wraż­li­we dziec­ko, któ­re ła­two zra­nić. Fazę su­ro­we­go jaj­ka prze­sze­dłem już daw­no, te­raz pra­gną­łem wró­cić do pra­cy, za­jąć się sobą i wznieść fir­mę na go­spo­dar­cze wy­ży­ny. Aleks Bej­nar Cor­po­ra­tion ma w pla­nach pod­bi­cie świa­to­we­go ryn­ku…

Sta­ną­łem w dłu­gim i sze­ro­kim ko­ry­ta­rzu przed salą nu­mer ty­siąc trzy­dzie­ści sześć. Prze­strzeń, w któ­rej się znaj­do­wa­łem, wy­da­wa­ła się roz­cią­gać w nie­skoń­czo­ność. Po pra­wej i le­wej stro­nie były drzwi do ko­lej­nych po­koi. Nie­któ­re z nich otwar­te. Sły­sza­łem cha­rak­te­ry­stycz­ny szum kom­pu­te­rów i mia­ro­we stu­ka­nie w kla­wia­tu­rę. Po­czu­łem żal, że ci wszy­scy lu­dzie mu­sie­li pra­co­wać w tak pięk­ny dzień. Nie­ste­ty, nie­dłu­go sam do nich do­łą­czę.

Otwo­rzy­łem drzwi i wsze­dłem do środ­ka.

W sali kon­fe­ren­cyj­nej stał dłu­gi stół, przy któ­rym sie­dzie­li wszy­scy pre­ze­si i człon­ko­wie za­rzą­du. Zwró­ci­li się w moją stro­nę. Ocze­ki­wa­li mo­je­go przy­by­cia, a na ich twa­rzach ma­lo­wał się wy­raz dez­orien­ta­cji i nie­po­ko­ju.

– Dzień do­bry – rzu­ci­łem i mach­ną­łem dło­nią, żeby nie wsta­wa­li. – Pro­szę, kon­ty­nu­uj­cie ze­bra­nie. Bar­dzo prze­pra­szam za spóź­nie­nie…

– Aleks, do cho­le­ry! – rzu­cił łysy chło­pak w dre­sie, któ­ry stał przed bia­łą ta­bli­cą. Pod­szedł do mnie i uści­snął moc­no dłoń. – Do­brze, że je­steś. W koń­cu mo­że­my bez stre­su da­lej pro­wa­dzić spo­tka­nie.

– Kon­ty­nu­uj­cie – po­wtó­rzy­łem lek­ko zmie­sza­ny, pu­ści­łem dłoń Ada­ma i za­ją­łem jed­no z wol­nych miejsc.

Kon­fe­ren­cja ru­szy­ła swo­im mo­no­ton­nym to­rem. Każ­dy chciał coś po­wie­dzieć, do­dać, zwe­ry­fi­ko­wać – zbyt dużo spraw na jed­no spo­tka­nie; było po sta­re­mu.

Adam Płot­ka – przy­ja­ciel, współ­za­ło­ży­ciel fir­my i awan­tur­nik. To on utrzy­my­wał wszyst­ko w ry­zach pod moją nie­obec­ność. Prze­jął obo­wiąz­ki i nie dał fir­mie upaść. Za­wdzię­cza­łem mu nie tyl­ko to; bez nie­go w ogó­le nie wy­szedł­bym z domu.

Przy­po­mnia­łem so­bie, jak le­ża­łem w ubra­niu za­ko­pa­ny w po­ście­li. Nie pa­mię­ta­łem, kie­dy ostat­ni raz zmie­nia­łem ciu­chy czy bra­łem ką­piel. Bez zna­cze­nia. Dzwo­nek do domu brzę­czał i mia­łem wra­że­nie, że za chwi­lę się prze­pa­li. Wła­ści­wie wte­dy od­dał­bym wszyst­ko, żeby tak się sta­ło. Do tego na­gle za­czął dzwo­nić te­le­fon i ktoś ło­mo­tał w drzwi. Nie­zno­śna ka­ko­fo­nia dzia­ła­ła mi na ner­wy. Chcia­łem spać, ale w tych wa­run­kach się nie dało. Mu­sia­łem wstać i prze­pę­dzić in­tru­za.

– Cze­go? – po­wie­dzia­łem wro­go, otwie­ra­jąc drzwi.

– Gów­na psie­go – od­po­wie­dział Adam i wszedł bez ce­re­mo­nii do miesz­ka­nia.

Po­krę­ci­łem z re­zy­gna­cją gło­wą i skie­ro­wa­łem się w stro­nę łóż­ka. W po­ko­ju było ciem­no i dusz­no, do­brze się z tym czu­łem. Przy­ja­ciel jed­nak nie po­tra­fił znieść na­stro­ju przy­gnę­bie­nia i pod­da­nia, więc pierw­sze, co zro­bił, to pod­niósł ża­lu­zje i otwo­rzył okna.

– Ja pier­do­lę, weź się w garść – wy­ce­dził pod no­sem, lecz nie prze­ko­ny­wał mnie wca­le. Ga­dał jak­by do sie­bie.

Rzu­ci­łem się na po­sła­nie, jed­nak Adam nie dał za wy­gra­ną.

– Wsta­waj! Rób mi coś do pi­cia, go­ściem je­stem! – Pod­szedł i zdarł ze mnie koł­drę. – No rusz się, mó­wię!

Zro­bi­łem, co ka­zał, tro­chę ma­chi­nal­nie, jak zom­bi. Te­raz wiem, że bez tych prób przy­wró­ce­nia mnie do nor­mal­no­ści w ogó­le by mi się nie uda­ło.

– I jak? – Py­ta­nie, a na­stęp­nie ha­łas wie­lu gło­sów prze­rwa­ły moje wspo­mnie­nia.

– My­ślę, że… – prze­rwa­łem i ro­zej­rza­łem się po ze­bra­nych. – My­ślę, że po­win­ni­śmy iść w zu­peł­nie in­nym kie­run­ku.

Za­pa­dła ci­sza, prze­ry­wa­na ci­chy­mi sap­nię­cia­mi dez­apro­ba­ty. Pre­ze­si fir­my wle­pi­li we mnie zdzi­wio­ne spoj­rze­nia.

– Oj, Aleks, chy­ba jed­nak za krót­ko by­łeś na urlo­pie – po­wie­dział chłod­no Bar­tek, któ­re­go gru­by ty­łek le­d­wo mie­ścił się na sie­dze­niu krze­sła. – Bzdu­ry wy­ga­du­jesz.

– Moż­li­we, ale to ja mam sześć­dzie­siąt pro­cent udzia­łów w tej fir­mie i to ja de­cy­du­ję, w ja­kim kie­run­ku bę­dzie się ona roz­wi­jać.

Do­strze­głem, że twa­rze męż­czyzn i ko­biet tę­że­ją ze zło­ści. Nie spo­dzie­wa­li się ta­kie­go ob­ro­tu spra­wy. Do tej pory wszyst­ko dzia­ło się po ich my­śli – to oni de­cy­do­wa­li, co ma się stać z AB Cor­po­ra­tion. Adam miał twar­dy orzech do zgry­zie­nia, kie­dy chciał prze­for­so­wać ja­kiś pro­jekt. Prze­waż­nie mu­siał wal­czyć z po­zo­sta­ły­mi za­rząd­ca­mi kor­po­ra­cji, gdyż jako je­dy­ny po­tra­fił my­śleć per­spek­ty­wicz­nie i miał od­waż­ne po­my­sły, któ­re z re­gu­ły nie po­do­ba­ły się za­sie­dzia­łym i sno­bi­stycz­nym udzia­łow­com. Oni naj­chęt­niej grza­li­by swo­je stoł­ki i li­czy­li do­cho­dy. Mie­li gdzieś fir­mę i jej roz­wój.

– Więc jaki kie­ru­nek masz na my­śli? – za­py­tał scep­tycz­nie tłu­sty Bar­tosz.

– Za­chód.

– Słu­cham?!

Za­czę­li się kłó­cić i spie­rać, prze­krzy­ku­jąc na­wza­jem. Dzia­ło się tak za­wsze, po­nie­waż wie­dzie­li, że mało mogą wskó-rać. Po­zo­sta­ło więc im tyl­ko ga­da­nie, któ­re­go chwy­ta­li się jak koła ra­tun­ko­we­go. Ich pro­blem, że było dziu­ra­we i po­wo­li to­nę­li.

– Spo­kój! – zde­ner­wo­wał się Adam. – Ci­sza! Daj­cie Alek­so­wi do­koń­czyć!

Uśmiech­ną­łem się.

– Ukra­ina, Li­twa, Bia­ło­ruś, Ru­mu­nia, Ło­twa, Pol­ska, a na­wet Ro­sja, wszyst­kie te kra­je zo­sta­ły za­la­ne przez na­sze pro­duk­ty. Nig­dzie tam nie ku­pisz in­nych ukła­dów sca­lo­nych niż na­sze. Prze­twor­ni­ki, opor­ni­ki, licz­ni­ki, mi­kro­pro­ce­so­ry, wszyst­ko, co małe, opa­trzo­ne jest sy­gna­tu­rą AB. Mamy ugrun­to­wa­ną po­zy­cję, wręcz nud­ną. Nie ma kon­ku­ren­cji, mo­że­my dyk­to­wać ceny. Tyl­ko po co je pod­wyż­szać, sko­ro moż­na roz­sze­rzyć ry­nek zby­tu?

– Po­cze­kaj, po­cze­kaj! – prze­rwał mi dzia­dek Ja­nusz, naj­star­szy w ra­dzie. – A co z umo­wą o nie­ty­kal­no­ści? Mie­li­śmy nie prze­kra­czać za­chod­nich gra­nic, Tech­nik Her­r­scher nie bę­dzie za­do­wo­lo­ne.

– Prze­pra­szam, czy pan mówi o tym ust­nym zo­bo­wią­za­niu, któ­re pa­dło pięć lat temu na jed­nej z im­prez? Pro­szę mi przy­po­mnieć, gdyż ja, po wy­pi­tym wte­dy pół li­tra – prze­sa­dza-łem – mogę nie pa­mię­tać do­kład­nie. – Spoj­rza­łem na nie­go bez­na­mięt­nie.

– Nie­miec­ka fir­ma nig­dy nie zła­ma­ła umo­wy! – żach­nął się Ja­nusz.

– My też jej nie zła­mie­my. Nie da się zła­mać cze­goś, co nie ist­nie­je.

Znów wy­bu­chła wrza­wa. Mia­łem tego do­syć.

– Do­brze! To nie ma sen­su. Koń­czy­my na dzi­siaj, a sko­ro jest już Aleks, to do­wie­cie się o pla­nach ma­ilo­wo. – Adam od­su­nął swo­je krze­sło, pod­szedł do ta­bli­cy i za­czął ją ście­rać. – Do wi­dze­nia!

Lu­dzie jak na ko­men­dę wsta­li z miejsc i dys­ku­tu­jąc, wy­szli z sali. Nie­któ­rzy rzu­ca­li mi nie­na­wist­ne spoj­rze­nia, więc spu­ści­łem wzrok. Nie chcia­łem ni­ko­go zde­ner­wo­wać, nie lu­bi­łem tego po­czu­cia winy, jed­nak nie mia­łem wy­bo­ru. Moja fir­ma sta­ła w miej­scu od dwóch lat.

– Dzię­ku­ję – ode­zwa­łem się, kie­dy wszy­scy prócz Ada­ma wy­szli.

Przy­ja­ciel stał przy oknie i opie­ra­jąc się o pa­ra­pet, spo­glą­dał w dal na to­ną­ce w pro­mie­niach słoń­ca mia­sto.

– Nie ma za co. – Usły­sza­łem nut­kę go­ry­czy w jego gło­sie.

– Je­steś na mnie zły?

– Zły? Nie. Skąd… Je­stem tyl­ko odro­bi­nę wkur­wio­ny! – Od­wró­cił się w moją stro­nę. – Dla­cze­go mi nie po­wie­dzia­łeś? Po cho­le­rę ja się przy­go­to­wy­wa­łem do tego spo­tka­nia? Hę?

– No, wy­bacz. Do­pie­ro te­raz na to wpa­dłem. Prze­cież gdy­bym wie­dział, to in­a­czej bym to ro­ze­grał…

– Wiesz, że oni nie po­zwo­lą tak ła­two zre­ali­zo­wać two­ich pla­nów? – Spoj­rzał na mnie ła­god­nie; emo­cje już go opu­ści­ły.

– W du­pie ich mam – od­po­wie­dzia­łem i wy­buch­nę­li­śmy śmie­chem.

Ja­kiś czas trwa­ło, za­nim uda­ło się nam uspo­ko­ić i zła­pać od­dech. Na­sze twa­rze spło­nę­ły ru­mień­ca­mi, a oczy za­czę­ły łza­wić. Wy­glą­da­li­śmy ko­micz­nie. Ktoś z ze­wnątrz, wi­dząc nas, mógł­by po­my­śleć, że osza­le­li­śmy. W za­sa­dzie nie było w tym wszyst­kim ni­cze­go śmiesz­ne­go, jed­nak przy­ja­ciół moż­na po­znać po tym, że re­cho­czą z żar­tów, któ­rych nikt oprócz nich nie ro­zu­mie.

– Do­bra! Do­syć! Nie mogę od­dy­chać! – Adam wy­pro­sto­wał się, lecz cią­gle trzy­mał dło­nie na brzu­chu, jak­by chciał po­wstrzy­mać na­pły­wa­ją­ce fale śmie­chu. – Idzie­my na piwo?

– Chcia­łem jesz­cze zajść do biu­ra. Wiesz, mu­szę po­wo­li wró­cić do for­my i nad­ro­bić za­le­gło­ści. – Wy­tar­łem łzy ze­bra­ne z ką­ci­ków oczu.

– Tak, tak. Po pro­stu się mi­gasz, ale jak chcesz. Może wie­czo­rem?

– Może.

– Je­ste­śmy w kon­tak­cie. – Po­pra­wił dres, za­brał ne­se­ser ze sto­łu i ru­szył do wyj­ścia.

– Będę dzwo­nił.

Wy­szedł z sali, śmiesz­nie po­włó­cząc no­ga­mi. Sta­łem jesz­cze chwi­lę, my­śląc o Ada­mie i o tym, co dla mnie zro­bił, po czym, gdy za­czą­łem się za bar­dzo roz­czu­lać, po­sze­dłem do win­dy. Mój ga­bi­net mie­ścił się na ostat­nim, dwu­dzie­stym pię­trze bu­dyn­ku.

Drzwi do po­ko­ju nu­mer dwa ty­sią­ce nie róż­ni­ły się ni­czym od po­zo­sta­łych trzech par na ko­ry­ta­rzu. Spo­glą­da­łem na nie i roz­my­śla­łem, dla­cze­go nie po­wie­si­li­śmy żad­nej ta­blicz­ki. Prze­cież lu­dzie mogą po­błą­dzić, to nor­mal­ne. Z dru­giej stro­ny, wy­pi­sy­wa­nie in­for­ma­cji „Pre­zes nu­mer 1”, „Pre­zes nu­mer 2” wy­da­wa­ło się głu­pie, a „Pre­zes Adam Płot­ka”, „Pre­zes Alek­san­der Bej­nar” – zbyt pro­tek­cjo­nal­ne. Osta­tecz­nie to tyl­ko trzy wej­ścia, tra­fie­nie na wła­ści­we nie po­win­no za­jąć aż tak dużo cza­su, na­wet bez zna­jo­mo­ści nu­me­rów. Ostat­nie drzwi pro­wa­dzi­ły na ko­ry­tarz, z któ­re­go prze­cho­dzi­ło się do dzie­się­ciu mniej­szych ga­bi­ne­tów.

Pa­no­wa­ła ci­sza i do­pie­ro gdy usły­sza­łem de­li­kat­ny klik ze­gar­ka przy­po­mi­na­ją­ce­go, że wła­śnie wy­bi­ła peł­na go­dzi­na, uświa­do­mi­łem so­bie upływ cza­su. Chwi­la się prze­cią­ga­ła – sto­jąc przed drzwia­mi do biu­ra, zła­pa­łem się na tym, że od­da­lam od sie­bie mo­ment prze­stą­pie­nia pro­gu.

– To jak, Aleks? Wcho­dzisz czy nie? Chy­ba nie bę­dzie tak strasz­nie… – rzu­ci­łem na głos, żeby ode­gnać złe my­śli i do­dać so­bie otu­chy. Do otwar­cia drzwi uży­łem kar­ty ma­gne­tycz­nej.

W środ­ku przy­wi­ta­ła mnie ciem­ność prze­kre­ślo­na cien­ki­mi smu­ga­mi świa­tła wy­do­by­wa­ją­cy­mi się spo­mię­dzy ża­lu­zji. Przez ja­kiś czas moje oczy przy­zwy­cza­ja­ły się do mro­ku, a my­śli krą­ży­ły wo­kół tego, czy na­praw­dę mu­szę tu prze­by­wać.

Może uda mi się za­cząć pra­cę bez wcho­dze­nia do tego biu­ra? – po­my­śla­łem głu­pio.

Drzwi za­mknę­ły się za mną po­wo­li. Nie za­pa­li­łem świa­tła – w ciem­no­ści prze­sze­dłem do wiel­kie­go dę­bo­we­go biur­ka sto­ją­ce­go pod okna­mi. Wy­ma­ca­łem na bla­cie pa­nel, na któ­rym wci­sną­łem kil­ka przy­ci­sków. Usły­sza­łem szum me­cha­ni­zmu i ża­lu­zje za­czę­ły się po­wo­li pod­no­sić, a ga­bi­net za­la­ły zło­ci­ste pro­mie­nie słoń­ca.

Moim oczom uka­za­ło się zdję­cie w ram­ce na biur­ku. Przed­sta­wia­ło Mag­dę i mnie przy­tu­lo­nych do sie­bie. By­li­śmy wte­dy na wy­ciecz­ce w Nor­we­gii, chy­ba w ja­kimś klu­bie. Za­mkną­łem oczy, wspo­mi­na­jąc tam­te cza­sy. Mia­łem wra­że­nie, że to wszyst­ko dzia­ło się wczo­raj. Pa­mię­ta­łem do­kład­nie smak drin­ków, do­tyk jej dło­ni, uśmiech bar­man­ki i za­pach dymu ty­to­nio­we­go. Wcią­gną­łem głę­bo­ko po­wie­trze i po­czu­łem wa­ni­lio­wy aro­mat pa­pie­ro­sów. Wy­da­wał się taki re­al­ny…

Nie­spo­dzie­wa­nie usły­sza­łem od­głos po­cie­ra­nia za­pał­ki o dra­skę.

– Je­zus Ma­ry­ja! – krzyk­ną­łem, otwie­ra­jąc oczy.

Od­sko­czy­łem do tyłu, a ram­ka ze zdję­ciem spa­dła na pod­ło­gę. Stłu­kła się.

Nie wie­rzy­łem wła­snym oczom. Na­prze­ciw mnie, na ka­na­pie prze­zna­czo­nej dla go­ści, sie­dział siwy sta­rzec o dłu­gich wło­sach. Pod­pa­lał drew­nia­ną faj­kę, py­ka­jąc z niej raz za ra­zem i wy­dmu­chu­jąc kłę­by dymu. Miał na so­bie dłu­gi czar­ny płaszcz prze­ciw­desz­czo­wy, na gło­wie ka­pe­lusz z ron­dem i wy­glą­dał, jak­by przy­był z lat trzy­dzie­stych.

– K-kim pan jest?! I co pan tu robi? – Pod­sze­dłem do biur­ka i po­chy­li­łem się nad pul­pi­tem, żeby w ra­zie po­trze­by we­zwać ochro­nę.

Fa­cet po­wo­li pod­niósł na mnie wzrok. Pa­lił da­lej, nic so­bie ze mnie nie ro­biąc. Już mia­łem wci­snąć gu­zik i rzu­cić wią­zan­kę po­że­gnal­nych słów, kie­dy prze­mó­wił ci­cho i nie­śpiesz­nie:

– Jak ci się żyje, Aleks?

Nie zdzi­wi­ło mnie, że zna moje imię. W za­sa­dzie mało kto z lu­dzi bę­dą­cych w bran­ży go nie znał. Za­ło­ży­łem, że i z nim tak jest.

– Z kim mam przy­jem­ność?

Uspo­ko­iłem się nie­co.

Męż­czy­zna wstał z tru­dem, po­ma­ga­jąc so­bie drew­nia­ną la­ską o zło­tej gał­ce w kształ­cie gło­wy kota. La­skę zdo­bi­ły dziw­ne wzo­ry, któ­rych nie po­tra­fi­łem roz­róż­nić z tej od­le­gło­ści. Nie­zna­jo­my po­wo­li zbli­żał się do mnie.

– Mów mi Pre­stor.

– Słu­cham?

– Pres-tor. – Za­cią­gnął się faj­ką i wy­pu­ścił w moją stro­nę chmu­rę dymu w kształ­cie ide­al­ne­go okrę­gu.

– Py­ta­łem o imię i na­zwi­sko.

– Pre­stor – po­wtó­rzył z upo­rem.

– Niech bę­dzie… Do­bra, nie­waż­ne. Nie przyj­mu­ję dzi­siaj ni­ko­go, nie wiem, jak się tu zna­la­złeś, i pro­szę, że­byś w tej chwi­li stąd wy­szedł. – Da­ro­wa­łem so­bie grzecz­no­ścio­we zwro­ty.

– Mam do cie­bie spra­wę, Aleks.

– Nie in­te­re­su­je mnie.

– Ależ owszem, in­te­re­su­je.

– Słu­chaj…

Męż­czy­zna szyb­ko wy­pu­ścił siwy ob­łok z ust, zno­wu w moją stro­nę. Mu­sia­łem przy­mknąć oczy i wstrzy­mać od­dech, bo nie mo­głem wy­trzy­mać tego gry­zą­ce­go smro­du. Kie­dy pod­nio­słem po­wie­ki, fa­cet stał tuż przede mną, zu­peł­nie jak­by dzie­lą­ce nas me­try po­ko­nał jed­nym su­sem, jed­nak jego po­sta­wa nie wska­zy­wa­ła na to, żeby wło­żył w to wy­si­łek. Do­kład­nie wi­dzia­łem bruz­dy i zmarszcz­ki na jego twa­rzy. To była twarz star­ca.

– Chcesz wie­dzieć, co się sta­ło z Mag­dą, Aleks? – Odór jego od­de­chu był rów­nie du­szą­cy jak woń ty­to­niu.

W jed­nej chwi­li do­tar­ła do mnie waga tego, co po­wie­dział. Ob­lał mnie zim­ny pot, po­czu­łem, jak wło­sy jeżą mi się na skó­rze. Wła­śnie mia­łem usły­szeć wia­do­mość, na któ­rą cze­ka­łem od roku.

– Je­śli coś jej zro­bi­łeś… Je­śli to two­ja spraw­ka… – Za­ci­sną­łem pię­ści.

– Spo­koj­nie, Aleks. Po­wo­li.

– Ga­daj! Co się sta­ło z Mag­dą?

– Po­wie­dzia­łem, że­byś się uspo­ko­ił. Naj­pierw mu­sisz zro­zu­mieć, że ko­niecz­ne jest za­cho­wa­nie pew­nych re­guł, za­sad. Mu­sisz być sys­te­ma­tycz­ny, obo­wiąz­ko­wy i punk­tu­al­ny. To ostat­nie jest bar­dzo waż­ne, Aleks.

– Co ty pier­do­lisz?!

– Ju­tro w nocy, o go­dzi­nie trze­ciej trzy­dzie­ści trzy, masz być w sa­lo­nie swo­je­go domu. Ro­zu­miesz, Aleks? – Od­su­nął się i po­wo­li ru­szył w kie­run­ku wyj­ścia.

– O co cho­dzi? Ona żyje? Ga­daj albo we­zwę ochro­nę!

– Do­wiesz się wszyst­kie­go ju­tro. Bądź w domu, Aleks, ko­niecz­nie. In­a­czej wszyst­ko na nic.

Wci­sną­łem gu­zik za­wia­da­mia­ją­cy ochro­nę o nie­bez­pie­czeń­stwie. We­dług umo­wy z fir­mą Se­cu­ri­ty mie­li się zja­wić w cią­gu czter­dzie­stu se­kund. Nie mu­sia­łem na­wet za­trzy­my­wać fa­ce­ta, osza­co­wa­łem, że w tym cza­sie na pew­no nie doj­dzie do win­dy. Kuś­ty­kał o la­sce – nie do­trze na­wet do dru­gich drzwi na ko­ry­ta­rzu.

– Za­cze­kaj! – Na wszel­ki wy­pa­dek po­sta­no­wi­łem go spo­wol­nić.

Nie po­słu­chał. Zła­pał za klam­kę i po­cią­gnął.

– Pa­mię­taj, Aleks, o na­szej umo­wie. Je­śli chcesz wie­dzieć… – po­wie­dział i wy­szedł.