Po dolary i wolność - Dariusz Wojciech Terlecki - ebook

Po dolary i wolność ebook

Dariusz Wojciech Terlecki

3,3

Opis

Ponad 100 lat temu miliony naszych rodaków wyemigrowały w nieznane. Byli pełni obaw, ale też nadziei na lepszą przyszłość. Do Stanów Zjednoczonych przybyły wtedy prawie trzy miliony emigrantów. To była największa emigracyjna fala, jaka kiedykolwiek w historii odpłynęła z terenów polskich. Z chłopów – do niedawna jeszcze pańszczyźnianych – stawali się obywatelami najsilniejszego już wkrótce kraju na świecie, dumnymi fundatorami imponujących kościołów. Prababcie i pradziadkowie dzisiejszej Polonii.

Jest to opowieść w konwencji reportażu, a motywem przewodnim - losy pradziadka, który wraz z żoną i synkiem, po lepsze jutro, z falą emigrantów, wyruszył w daleką podróż przez Atlantyk. Poznajemy niezwykłe historie, jak cała wieś składała się na opłacenie kosztów wyjazdu, a samą podróż organizował miejscowy proboszcz. W poszukiwaniu śladów swojego przodka autor dotarł też do wielu miejsc w Stanach Zjednoczonych, które niegdyś uchodziły za „małą Polskę”, rozmawiał również z wieloma osobami polskiego pochodzenia.

Losy Polaków w Ameryce to fascynująca a niekiedy dramatyczna historia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 358

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,3 (7 ocen)
1
1
4
1
0

Popularność




Projekt okładki i wyklejek

Aleksandra Szmak

Układ graficzny

Grzegorz Morawski, Zbigniew Bieroza

Redaktor prowadzący

Urszula Lewandowska

Redaktor merytoryczny

Mariola Hajnus

Redakcja techniczna

Andrzej Sobkowski

Skład wersji elektronicznej

Robert Fritzkowski

Korekta

Renata Kuk

Barbara Milanowska (Lingventa)

Wybór zdjęć

Dariusz Terlecki, Urszula Lewandowska

Zdjęcia ze zbiorów: agencji: CORBIS/Corbis via Getty Images, Mandadori Portfolio via Getty Images, Herve TARDY/Gamma-Rapho via Getty Images, Buyenlarge/Getty Images, Lewis W. Hine/George Eastman House/Getty Images, archiwum rodzinnego autora, Archiwum Diecezjalnego w Sandomierzu, Biblioteki Narodowej, Narodowego Archiwum Cyfrowego, Muzeum Emigracji w Gdyni, Muzeum Narodowego w Warszawie, Muzeum Polskiego w Ameryce, Grzegorza Rogowskiego, Wikimedia Commons

Zdjęcia współczesne: Dariusz Terlecki, Adrianna Kowalczyk-Czubak

Zdjęcie na 1. stronie okładki: emigrant z Polski (fot. CORBIS/Corbis via Getty Images)

Zdjęcia na wyklejkach: uczestnicy parady Pułaskiego w Nowym Jorku, 10 października 1937 roku (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe) oraz biuro przedsiębiorstwa żeglugowego Gdynia – America Line w Nowym Jorku (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Przygotowanie techniczne zdjęcia na 1. stronie okładki: Robert Ptasiński

Mapka na stronie 130: Anna Szymańska

© by MUZA SA, Warszawa 2019

© for the text by Dariusz Wojciech Terlecki

ISBN 978-83-287-1167-9

Sport i Turystyka – MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2019

FRAGMENT

Heniowi i Zosi

Od autora

Książka powstała z ciekawości. Ciekawości Henia, mojego Taty. Przez lata wciąż powracały pytania o zdarzenia sprzed wieku. O tę dziwną „siw kartę” (Schiffskarte). I o tajemniczego dziadka Mikołaja (mojego pradziadka). I o jego jeszcze bardziej ekscytujące eskapady do Ameryki. Półsłówka i ćwierćzdania prababci Tekli niczego nie wyjaśniały. Wręcz podsycały ciekawość. Zresztą niewiele ich w pamięci zostało. Tekla zmarła 35 lat przed tym, zanim ja ruszyłem tropem pradziadka. Ruszyłem, bo w końcu wypadało się dowiedzieć, jak to z tym Mikołajem było. Parę moich wizyt w muzeum imigracji na Ellis Island w Nowym Jorku było dodatkową inspiracją. Są jakieś dane o takich emigrantach jak Mikołaj. Jest gdzie szukać informacji. Na 80. urodziny Henia zdobyłem certyfikat potwierdzający przybycie do Nowego Jorku brata Mikołaja – Wojciecha. Taki trochę substytut tego, czego naprawdę poszukiwałem: bo przecież Wojciech to nie Mikołaj. Dwa lata później natrafiłem wreszcie na ślad Mikołaja. Szkoda, że Heń już tego nie zobaczył. Ale to od Niego i dzięki Niemu się zaczęło.

Próbując prześledzić losy Mikołaja, niespodziewanie natrafiałem na całe pokłady informacji – na ogół mało znanych – o pokoleniu Polaków, którzy ponad 100 lat temu porwali się na to, by rzucić wszystko w „starym kraju” i ruszyć w kosmos. Czyli do Ameryki. Miliony naszych rodaków wyemigrowały wtedy za ocean. Fenomen, który już nigdy później nie powtórzył się na taką skalę. Z chłopów – do niedawna jeszcze pańszczyźnianych – stawali się „obywatelami” najsilniejszego już wkrótce kraju na świecie, fundatorami imponujących kościołów – Polish Cathedral. Co więcej – dziesiątki tysięcy z nich na ochotnika wróciło do „starego kraju”, by walczyć o jego niepodległość lub granice podczas I wojny światowej i zaraz po jej zakończeniu. Kolejne warstwy tej historii, do których docierałem, coraz bardziej mnie wciągały i były bardziej ekscytujące.

Opowiadałem tę historię wielu osobom. Ku mojemu zdziwieniu – w czasach, kiedy ludzie nastawieni są głównie na mówienie, a nie na słuchanie – moi rozmówcy słuchali. Miałem wrażenie, że każdy kolejny słuchacz jest autentycznie zaciekawiony. Latem 2016 przegadałem parę nocy z dobrym znajomym w USA, Robertem Draganem, w jego domu w Tampie na Florydzie. „Masz materiał na książkę” – podsumował. Sam się zdziwiłem. Może i mam… Opublikowałem kiedyś kilka setek tekstów publicystycznych. W najlepszych krajowych dziennikach i tygodnikach opinii. Ale to było ćwierć wieku temu. Poza tym, co innego tekst dziennikarski, a co innego książka.

W tym czasie moja żona Jola podsunęła mi kilka książek do przeczytania. Robi tak czasem z jakiejś okazji albo i bez. Tym razem w jednej z nich wątek pisania książki był jedną z głównych nitek prowadzonej przez autora narracji. Spodobała mi się taka robota. Teraz mogę bez wątpliwości stwierdzić, że owo posunięcie mojej żony zaowocowało powstaniem niniejszej książki. W tym momencie widziałem już swój „reportaż historyczny” o poszukiwaniu śladów mojego pradziadka. Mikołaj stał się pretekstem do opowiedzenia o polskich emigrantach do USA sprzed ponad 100 lat, stał się leitmotivem tej opowieści z panoramą epoki w tle.

Historia mojego pradziadka nie jest całkowicie zamknięta. Więcej pozostaje pytań lub domysłów niż pewników co do jego losów w USA. Tymczasem więc nie mogłem zakończyć książki „wielkim finałem”, w którym kurtyna idzie w górę i oto w świetle reflektorów wychodzi na scenę potomek Mikołaja, a okazuje się nim… np. któryś z amerykańskich celebrytów. Nic z tego. Nie mogłem też zasugerować, że to „story” charakterystyczne dla pokolenia polskich emigrantów z początku XX wieku… Na razie taki bajkowy scenariusz nie wyłania się z materiałów, które zebrałem. Ale jak mówiła genealożka Ola Heska, pozwólmy czasem zadziałać przypadkowi. Niekiedy nowe informacje mogą pozwolić na dopisanie dalszego ciągu.

Dariusz Wojciech Terlecki

29 grudnia 2018

Prolog

Brali święte obrazy, różańce, suchary i kiełbasę na drogę i ruszali w wielki świat.W nieznane. Pełni obaw, co ich czeka na obcym lądzie, pełni nadziei na lepszy los.Prababcie i pradziadkowie dzisiejszej Polonii.

Przeszło 100 lat temu z ziem nieistniejącego od ponad wieku państwa polskiego ruszyła fala ludności. Prawdziwy exodus. Bez większych przeszkód dotarła za ocean. Do zaledwie 90-milionowego, młodego kraju – Stanów Zjednoczonych – przybyły prawie trzy miliony emigrantów. To największa emigracyjna fala, jaka kiedykolwiek w historii odpłynęła z terenów polskich. Do nabrzeży Nowego Jorku i Bostonu przybijały statki z Europy wiozące dość dziwnych przybyszy. W oczach miejscowych, w większości dość zamożnych, protestanckich Anglosasów, byli zdecydowanie „inni”: niepiśmienni, nieznający angielskiego, katolicy, skrajnie biedni, dopiero co wyzwoleni od pańszczyzny, bez kwalifikacji do pracy w przemyśle czy rzemiośle, a nawet na nowoczesnej farmie, poddani cara lub któregoś z dwóch innych cesarzy – mieszkańcy polskich wsi. Wyruszyli do Ameryki, choć wcześniej ani oni sami, ani nikt z rodziny czy z sąsiadów nie podróżował dalej niż o dzień drogi koniem, czyli najwyżej kilkadziesiąt wiorst[1]. Stanów nie znali ani z lekcji geografii, ani z internetu. Facebooka nie mieli. Czasem do ich wioski przyszedł list z USA od kogoś, kto wyjechał wcześniej. Tylko kto go umiał przeczytać?

Podróż do Ameryki wtedy dla tych ludzi była jak wyprawa w kosmos. Szokiem była już przesiadka z furmanki na kolej żelazną. Na transatlantyku nie wiedzieli, jak korzystać z toalet. Banan w paczce z prowiantem stanowił zagadkę. Mimo tych niebywale trudnych początków pokazali, że są twardzi, zdeterminowani i niezwykle odważni. W Nowym Świecie wielu dało radę. Potrafili bardzo ciężko pracować. Ofiarnie budowali wspaniałe, imponujące Amerykanom kościoły – „polskie katedry”. Za oceanem znakomicie się zorganizowali. No i mieli trochę szczęścia, bo zdążyli do tej swojej wymarzonej Ameryki w ostatniej chwili: po roku 1914 drzwi do Stanów się zamknęły, a w kolejnych dziesięcioleciach USA coraz bardziej restrykcyjnie podchodziło do imigrantów.

W czasie najcięższej próby polscy emigranci dali dowód niezwykłej ofiarności. W 1918 ponad 20 tysięcy z nich ponownie przepłynęło Atlantyk. Tym razem w drugą stronę. I już nie „za chlebem”, ale po wolność. Wolność dla tych, którzy zostali w kraju. Przybyli w samą porę. Trafili w sam środek piekła. Z Rosją wojna o przetrwanie państwa. Cztery powstania przeciwko Niemcom. Walki o Zaolzie. Plebiscyty na południu i północy kraju. Polscy Amerykanie byli znakomicie wyszkoleni i wyekwipowani. Doborowa armia z własną flotą samolotów i czołgami mogła zmienić losy wojny. W wojennym teatrze nie odegrali głównej roli. Na froncie byli krótko. Może za krótko?

Czy w Stanach nasi rodacy zrealizowali swój amerykański sen? Czy potomkowie emigrantów znad Wisły pamiętają o kraju pradziadków? Co dziś zostało z polskich dzielnic i polskich parafii?

Portret Mikołaja Terleckiego. Fot. archiwum rodzinne autora

MIKOŁAJ – ODKRYWANIE ATLANTYDY

Emigranci, obraz Franciszka Sikory. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Od godziny potężny transatlantyk „Lapland” wolno przesuwał się po Zatoce Nowojorskiej w kierunku rozwidlenia dwóch rzek opływających Manhattan: Hudson i East River. Zamierzał wpłynąć do portu przy południowym wybrzeżu Manhattanu, gdzie stłoczone cumowały statki handlowe wypełnione towarem z całego świata. Dla większości z jego pasażerów, po przesiadce na dużo mniejsze miejscowe promy, portem docelowym była niewielka wysepka u wybrzeża Nowego Jorku zwana Ellis Island.

„Lapland” zbudowano ledwie cztery lata wcześniej w brytyjskiej stoczni Harland & Wolff Limited, zlokalizowanej w północnoirlandzkim Belfaście. Stocznia należała do dwóch przedsiębiorców, Jamesa Harlanda i urodzonego w Hamburgu Gustava Wolffa. To z jej pochylni zjechało słynne trio „klasy olimpijskiej” – najpotężniejsze w historii transatlantyki: „Olimpic”, „Britannic” i „Titanic”. RMS „Titanic”, o trzy razy większym niż Lapland tonażu, supernowoczesny i superluksusowy, właśnie cztery miesiące wcześniej wyruszył w swój pierwszy i ostatni rejs z Europy do Nowego Jorku. „Lapland” przy swoich „olimpijskich” braciach był nieporównywalnie skromniejszy; 17,54 tys. BRT wyporności, 620 stóp długości i 70 szerokości, silniki parowe napędzały podwójną turbinę. Nad pokładem, oprócz dwóch poziomów kabin, wznosiły się dwa kominy i cztery maszty.

Mimo swych nieco mizernych parametrów na tle transatlantyckich „braci olimpijczyków” „Lapland” był jednak w stanie na tej samej trasie zabrać tę samą liczbę pasażerów co „Titanic”. Tylko towarzystwo było inne i standard podróży zgoła inny. Nad pokładem usytuowane były kabiny 394 pasażerów pierwszej i 352 drugiej klasy. Pod pokładem i bezpośrednio na nim podróżowało stłoczonych 1790 pasażerów klasy trzeciej. Płynęli już 10. dzień z Antwerpii, przez angielski Dover do portu w Nowym Jorku. Dla Harlanda i Wolffa to był złoty interes. Od trzech lat ich transatlantyki pływały na tej trasie i w kierunku Ameryki mieli zawsze komplet. Oprócz kilkuset eleganckich pasażerów w kabinach pierwszej i drugiej klasy, na i pod pokład udawało się upchnąć prawie dwa tysiące skrajnie ubogich emigrantów z Europy Środkowej i Wschodniej, kandydatów na obywateli Stanów Zjednoczonych. Ten dochodowy interes zakończyła dopiero I wojna światowa i przystąpienie do niej USA w 1917 roku. „Lapland” „zmobilizowano” wtedy do US Army.

U bram Nowego Świata

Prawie wszyscy pasażerowie „Laplandu” od paru godzin stoją już na pokładzie. Teraz większość przyklejona do lewej burty obserwuje przesuwającą się przed oczami majestatyczną Statuę Wolności. Ci z dolnego pokładu na ogół w milczeniu. Eleganckie panie i panowie z klasy pierwszej i drugiej pokazują sobie dobrze już widoczne za prawą burtą drapacze chmur nowojorskiego Manhattanu. Bywalcy popisują się znajomością charakterystycznych dla Manhattanu budowli: Most Brookliński, 100-metrowe „żelazko”, czyli wieżowiec Flatiron Building. Emblematy Nowego Jorku witają prowincjuszy z Europy w Nowym Świecie!

26-letni Mikołaj Terlecki stoi z tymi z dolnego pokładu przy lewej burcie razem ze swoją 21-letnią żoną Teklą i rocznym synem Józefem. Dla niego to już druga podróż do Ameryki. Na statku uchodzi za autorytet. On już tu był. Ponad cztery lata temu. Zarobił trochę dolarów, ale żony dla siebie nie znalazł. Po niespełna trzech latach wrócił do swoich Przyborowic, niedaleko Ostrowca Świętokrzyskiego, i ożenił się z Teklą, a teraz z nią i małym synkiem znowu dopływa do wybrzeża Ellis Island.

Wysepka Ellis Island w Zatoce Nowojorskiej to rodzaj obozu filtracyjnego dla przypływających z Europy emigrantów. Jedna z dwóch największych – obok Bostonu – amerykańskich „bram do Nowego Świata”. Setki tysięcy przybyszy co roku. 5 sierpnia 1912 roku cumuje tu tylko „Lapland” z Antwerpii. To tu immigration officers decydują, kogo wpuścić na amerykański kontynent, a kto będzie musiał wrócić, skąd przyjechał. Do Europy. Po zacumowaniu do nowojorskiego nabrzeża wszystko odbywa się bardzo sprawnie. 2536 pasażerów schodzi po trapach na ląd. 746 tych z pierwszej i drugiej klasy jest już w Ameryce. 1790 z trzeciej klasy kontynuuje podróż promami na nieodległą wysepkę Ellis Island. Tam są kierowani wprost do ogromnego, dwupiętrowego, nowoczesnego budynku. Na parterze Mikołaj oddaje na przechowanie swoją lichą walizkę, oznaczoną nazwiskiem i numerem. Clerks[2] pozwalają Tekli zatrzymać przy sobie tylko niewielkie zawiniątko – najpotrzebniejsze rzeczy dla dziecka. Rodzaj bagażu podręcznego. Tu cała trójka Terleckich i niemal dwa tysiące ich współpasażerów z „Laplandu” spędzi swoje pierwsze godziny, niektórzy może i dni lub tygodnie, w Ameryce.

Ellis Island wydaje się nowym mieszkańcom piękne. Lśniące podłogi, wielkie okna oświetlające przestronne wnętrza budynku, bieżąca woda. To niebywały kontrast z kurnymi chatkami, w jakich większość z nich mieszkała jeszcze niedawno. Jeśli Ellis Island to zaledwie przedpokój Ameryki, to wyobraźni nie starcza, jak mogą wyglądać pokoje…

Godziny oczekiwania na „badanie” przybyłych przez urzędników imigracyjnych USA są nerwowe. W tłumie zaludniającym parter rządowego budynku na wyspie – tzw. baggage room – słychać chyba wszystkie języki świata. Tego dnia najczęściej polski. Przeróżne dialekty i gwary. Najzaradniejsi w oczekiwaniu na swoją kolej już dogadują się z miejscowymi dokerami i wynajmują się do pracy w porcie. Pomoc przy rozładunku przypływających statków, drobne prace remontowe. Pierwsze dolary.

Mikołaj i Tekla mają szczęście. Może mały Józio zmiękczył serca urzędników…? Nie muszą długo czekać. Stają w kolejce do badania jako jedni z pierwszych. Mikołaj i jego rodzina prowadzeni są po szerokich schodach na górną kondygnację budynku. Ogromna sala z wysokim łukowym sklepieniem, trochę jak ich kościół w Kiełczynie, tylko dużo większa. No i pod sufitem, zamiast biblijnych malowideł, zawieszone kolorowe, gwiaździste sztandary. Wokół holu ustawiony szereg wysokich i wąskich stolików. Ambony jakieś? Katedry? W Kiełczynie, w kościele, ksiądz z takiej ambony prowadzi czytanie i wygłasza kazania na mszy. Tu umundurowani urzędnicy imigracyjni czekają na przyjezdnych. W rzeczywistości ambony te bardziej służą do „spowiedzi” przyjezdnych niż do ich pouczania i prawienia kazań przez tutejszych „kapłanów”. Mikołaja prowadzą do jednej z takich ambon.

– Your nationality? Narodowość? – pyta immigration officer przez tłumacza.

– No Polak przecież – odpowiada Mikołaj.

W tym czasie mieszkańców Kraju Przywiślańskiego, Kraju Warty czy Galicji szykowano już do walki przeciwko sobie w interesie trzech obcych monarchów. W Europie coraz głośniej mówiło się o wielkiej wojnie. Niewielu spośród 2600 pasażerów „Laplandu” – w większości wyruszających do mitycznej „Hameryki” z ziem polskich, od pokoleń poddanych cara lub jednego z dwóch cesarzy – stać było na taką identyfikację narodową. Państwo polskie nie istniało wszak od ponad 100 lat… Przez wielkie okna budynku bardzo dobrze widać Statuę Wolności – symbol marzeń o wolności i o wszystkim tym, co było nieosiągalne w dalekiej polskiej wsi. Z wyspy, przez okna budynku, Mikołaj wypatrzył już wyrastające niedaleko imponujące drapacze chmur Manhattanu. Symbol bogactwa i potęgi. I co z tego, że ten hipnotyzujący obrazek mignął mu już kiedyś, cztery lata temu, przed oczami. Powiedzieć, że Mikołaj nigdy czegoś takiego nie widział, to nic nie powiedzieć. Ma ze sobą pożyczone od całej rodziny i sąsiadów 35 dolarów i kartonową walizkę. Immigration officer nie wszystkich wpuszcza do raju. Mikołaj już wie, że nie pozwoli się odesłać z powrotem na statek i przez Antwerpię zawrócić na biedną wieś. Prędzej skoczy z nabrzeża do oceanu. Ucieknie im albo się utopi. Ale nie wróci.

Trzech urzędników: master officer, immigration officer i lekarz, kolejno, na pulpitach swoich „ambon” weryfikują uzyskane wcześniej na statku informacje w list or manifest[3] opisujące Józefa Terleckiego – obcokrajowca przybyłego 5 sierpnia 1912 roku z Antwerpii do portu w Nowym Jorku jako pasażer statku „Lapland”. Rozpoczyna master officer Stan D. Dranund. Mozoli się z tymi dziwnymi nazwiskami podróżnych. Największy kłopot ma z brzmieniem litery „T”. Dodatkowo jeszcze trafia mu się Tekla ze swoim „T” w imieniu. Urzędnik jest trochę poirytowany, a trochę zobojętniały. Oni wszyscy mają jakieś dziwaczne te nazwiska. Jak się tak pochrzcili, to niech teraz mają za swoje. Zniecierpliwiony clerk macha ręką i pisze coś na odczepnego w dokumentach imigracyjnych. A kto to sprawdzi? Ta pomyłka urzędników imigracyjnych z 5 sierpnia 1912 na Ellis Island na ponad 100 lat skutecznie zatrze ślady po podróży i przybyciu rodziny do USA.

Później idzie już gładko. Mikołaj Terlecki, lat 26, żonaty, pracownik fizyczny, nieznający angielskiego ani w mowie, ani w piśmie, przybyły z Rosji, narodowości polskiej, ostatnio zamieszkały we wsi Przyborowice, koło Radomia, syn Józefa… itd. Po rejestracji i zweryfikowaniu podstawowych danych rodzina Terleckich przepytywana jest na okoliczność wywołującą zawsze dużą nerwowość nowo przybyłych na wyspę. Dolary. Mikołaj ma 35 USD. Jest jednym z najbogatszych podróżnych. Stan Dranund badał już dzisiaj i takich, którzy zeszli z „Laplandu” zupełnie bez grosza przy duszy. Na przykład taki Jan Kowalski (przynajmniej nazwisko proste), lat 24, zamieszkały we wsi „Kasiuwka”, obywatel austriacki, niepiśmienny robotnik rolny. W tym czasie w Senacie USA po raz kolejny pojawia się projekt ustawy Emergency Quota Act, wymagający, aby z portów amerykańskich odsyłać do Europy wszystkich emigrantów, którzy nie przywieźli ze sobą przynajmniej 30 dolarów. To byłby złoty interes dla gospodarki USA. Każdego roku Stany zasiliłyby miliony dolarów wwożonych przez przybyszy z Europy! W 1912 Kowalski ma jeszcze szczęście. Kolejni prezydenci USA blokują ten pomysł. Tak samo, jak zamknięcie Stanów Zjednoczonych przed analfabetami. Jeszcze przez kilka lat Ameryka będzie otwarta nawet dla najbiedniejszych i niepiśmiennych emigrantów.

Następnie rodzina Terleckich zasypywana jest w „pokoju badań” kolejnymi, niełatwymi pytaniami sprawdzającymi. Podróżni z Europy muszą nieustannie zachować czujność, bo kolejne pytania wymagają już od emigrantów udowodnienia, że odrobili lekcje i rzeczywiście przygotowali się do tej rozmowy. Kolejny immigration officer dopytuje, czy obcokrajowiec był już kiedyś w Stanach Zjednoczonych. I tu niespodzianka! Informacja o tym, że dla Mikołaja to już druga podróż, wywołuje spore poruszenie w „pokoju badań”. To absolutna rzadkość wśród pasażerów trzeciej klasy spod pokładu „Laplandu”. Mikołaj był w Niagara Falls. W tym samym miejscu, do którego deklaruje, że udaje się i tym razem – do kuzyna, Jana Malczyka, 223 Kosciuszko Street, Niagara Falls. Też z Przyborowic. Pytania o poligamię lub anarchizm skierowane do bardzo konserwatywnych rolników z Europy, to czysta formalność. Miejsce urodzenia również niemal 100-procentowo pokrywa się z miejscem zamieszkania.

List or manifest bierze w swe ręce także lekarz, doktor R. Kemel, absolwent katolickiego University of Louvain w Belgii z 10-letnią praktyką chirurga. Badanie jest banalnie proste i szybkie. Terleccy wydają się zdrowi, choć wymizerowani wielotygodniową podróżą i stresem wynikłym z oczekiwania na badanie, które właśnie przechodzą, a wreszcie oczekiwaniem na werdykt trójki „badaczy”, którzy ich przepytują. Przybyły z Belgii chirurg nie ma zamiaru wnikać zanadto w szczegóły kondycji zdrowotnej swoich pacjentów. Absolwent University of Louvain szybko weryfikuje pozostałe rubryki z danymi Mikołaja: wzrost – pięć stóp, kolor włosów – brązowe, oczy – niebieskie, znaków szczególnych brak. Nie dopatruje się także żadnych symptomów chorób zakaźnych lub umysłowych.

Na końcu Stan Dranund i dr Kemel oświadczają, że wykonali badanie rodziny Terleckich: Mikołaja, Tekli i Josefa, zarówno „fizycznie”, jak i uzyskując informacje ustne. Na podstawie tychże danych stwierdzają, że badani cudzoziemcy nie są „ani idiotami, ani imbecylami, ani osobnikami ograniczonymi umysłowo”, tudzież szaleńcami. Ponadto zaświadczają, iż działając w oparciu o swoją najlepszą wiedzę i dochowując najwyższej staranności prowadzonego badania, nie stwierdzają, by ktokolwiek z badanych cudzoziemców był żebrakiem, dotknięty gruźlicą lub inną chorobą zakaźną, osobą skazaną za popełnione przestępstwa lub inne czyny kryminalne, a także wykroczenia przeciw moralności, takie jak poligamia, lub propagowanie poligamii, anarchizm, prostytucja (…), nie są kobietami lub dziewczętami przybywającymi do USA w celu uprawiania prostytucji ani też żadnego innego niemoralnego procederu[4].

Mikołaj i Tekla z malutkim Józiem przekraczają bramę do Nowego Świata. Bramę raju.

W Europie wojna idzie – wracajmy pilnować domu

Rodzina Terleckich dotarła do Ameryki w ostatniej chwili. W roku 1914 ruch pasażerski na Atlantyku bardzo zmalał, a w 1917 praktycznie zaniknął. Niemieckie U-Booty rozpoczęły ataki bez ostrzeżenia na każdą jednostkę pływającą, łącznie z handlowymi i pasażerskimi. W kwietniu roku 1917 USA przystąpiły do wojny, co w zasadzie było już tylko postawieniem kropki nad i w kwestii masowych podróży transoceanicznych pomiędzy Europą i Stanami. Z kolei po zakończeniu wielkiej wojny, Kongres i prezydent USA kolejnymi ustawami praktycznie zamknęli drzwi do Stanów dla emigrantów z Polski. Byli gorsi od miejscowych, bo zbyt biedni, niepiśmienni, nieznający angielskiego, o bardzo dziwnych obyczajach, jak na amerykańskie standardy fanatycznie religijni, w dodatku katolicy i generalnie „zbyt zacofani”, żeby się zaadaptować.

W 1913, zaledwie rok po przybyciu do Ameryki, Tekla decyduje:

– Wracam z Józiem do Przyborowic. W Europie wojna idzie. Trzeba pilnować domu. Mikołaj, ty zostań i zarabiaj. Jak to wszystko się uspokoi, to wtedy zobaczymy.

Trudno powiedzieć, jak 22-letnia Tekla z dwuletnim dzieckiem zamierzała bronić domu w czasach wojny. To był bardziej instynkt niż racjonalna decyzja. Pewnie marne miała nawet wyobrażenie o tym, jak ta wojna może wyglądać. Ostatnie intensywne działania zbrojne na obszarze Gór Świętokrzyskich miały miejsce w 1863 i 1864 roku. To wtedy oddziały generałów Mariana Langiewicza i Józefa Hauke-Bosaka walczyły z Rosjanami o Suchedniów, Wąchock, Bodzentyn, zdobyły nieodległy od Przyborowic Opatów. Zaledwie kilkaset metrów od domu Terleckich spłonął drewniany XVIII-wieczny kościół w Kiełczynie. Ale to była klasyczna wojna partyzancka. Świętokrzyska specjalność. O czym – na przestrzeni prawie 100 lat – mieli się przekonać kolejno Rosjanie, Niemcy, znowu Rosjanie i wreszcie polscy „bezpieczniacy” z Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego.

Tekla i Mikołaj urodzili się kilkanaście lat po walkach powstańców w Górach Świętokrzyskich. Może Józef, ojciec Mikołaja, który jako mały chłopiec słyszał, a niewykluczone nawet, że i widział, jak pali się ich kościół, opowiedział młodym „o tych wypadkach”? A może mówili też inni we wsi? 22 domy, 100 mieszkańców, wszyscy się znają, wiele rodzin jest spokrewnionych. Dobra historia do opowiadania po chałupach w długie jesienne czy zimowe wieczory.

Tymczasem wielka wojna 1914–1918 w niczym nie przypominała żadnej wcześniejszej. Tak zresztą jak każda następna wojna, niepodobna była do swoich poprzedniczek. Począwszy od liczby ofiar, poprzez skalę zbrodni, po technologię zabijania. Każda też naznaczyła historię ludzkości zbrodniczym emblematem: iperyt, Auschwitz, napalm…

Tekla miała rację. W 1913 wojna w Europie wisiała już na włosku. Największe mocarstwa europejskie podzieliły się na dwa wrogie obozy militarne: Anglicy, Francuzi i Rosjanie przeciw Niemcom, Austriakom z Węgrami i Włochom. Później dopiero Włosi – na szczęście dla siebie – zmienili koalicję. Francuzi kłócili się z Niemcami o Maroko. Habsburgowie chcieli linii kolejowej z Berlina do Bagdadu, Rosjanie marzyli o Bosforze kosztem upadającego Imperium Osmańskiego, Austro-Węgry zagarnęły Bośnię i Hercegowinę, aż wreszcie w 1912 wybuchła pierwsza wojna bałkańska, a rok później druga. Beczka pełna prochu już stała. Lont zwisał. Jeszcze tylko rok dzielił świat od zamachu w Sarajewie na arcyksięcia Franciszka Ferdynanda Habsburga.

W 1914 roku latem w Świętokrzyskie wkroczyli Austriacy. Do Kielc, symbolicznie, polska Pierwsza Kadrowa Piłsudskiego. Entuzjazmu nie było. Puste ulice i zatrzaśnięte okiennice. Wielkie rozczarowanie i żal legionistów. Legioniści nie wywołali kolejnego powstania w Kongresówce. Frustrację uwiecznił tekst Pierwszej Brygady: Leliśmy krew osamotnieni / (…) / Nie chcemy dziś od was uznania / Ni waszych mów, ni waszych łez / Skończyły się dni kołatania / Do waszych serc, do waszych kies.

W Przyborowicach stacjonowali Austriacy. Nie traktowali miejscowych jak wrogów do wytępienia. Z gospodarzami przehandlowali, lub po prostu zostawili im, elementy ekwipunku wojskowego przydatnego w gospodarstwie, nie oglądając się specjalnie na wojskowe regulaminy. C.k. armia nie była wzorem dyscypliny. Na szczęście dla mieszkańców Przyborowic ich wieś nawiedziły oddziały Szwejków i raczej nielicznych jeszcze w tym okresie c.k. dezerterów. Tekla i Józio przetrwali wojnę razem ze swoim dobytkiem.

Mikołaj pozostał w Stanach. Najwyraźniej nie miał jednak charakteru pozwalającego na prowadzenie spokojnego, stabilnego życia robotnika emigranta, przykutego wielogodzinną harówką do swojego warsztatu pracy (w fabryce lub na farmie) z przerwami tylko na sen. Według relacji rodzinnych wielokrotnie podróżował pomiędzy swoją wsią a USA. W amerykańskich archiwach są udokumentowane co najmniej dwie takie wyprawy. Na początku XX wieku podróże z Europy do Ameryki to był, jak już tu wspomniano, znakomity biznes. Duży, dynamicznie rosnący z roku na rok, bardzo agresywny, słabo uregulowany i kontrolowany, obrosły pośrednikami, oszustami lub tylko chciwymi, początkującymi przedsiębiorcami. Milionom emigrantów płynących za ocean towarzyszyły miliony dolarów, które na tych biedakach udawało się zarobić. Zarabiały linie oceaniczne i kolejowe – to oczywiste. Ale oprócz nich rząd USA już na miejscu wyciągał rękę po swoje. Do tego dochodziło mnóstwo pośredników, biur emigracyjnych i cała armia innych „załatwiaczy”. Mikołaj – niespokojny duch – gdzieś w tej międzykontynentalnej machinie robiącej biznes na emigrantach też musiał znaleźć swoje miejsce…

Od głodu i analfabetyzmu do Czwartej Dzielnicy

Wielokrotnie był Mikołaj Terlecki klientem linii oceanicznych obsługujących rejsy do Ameryki i z powrotem do Europy. Jednak w którymś momencie kontakty z rodziną w Polsce się urwały. Żadnych listów, brak wieści. Nie zachowały się prawie żadne zdjęcia. Tekla Terlecka, kobieta bardzo energiczna i lubiąca rozmawiać z ludźmi, do chwili śmierci w 1983 roku w Polsce, w Jeleniej Górze (Cieplice Śląskie-Zdrój), bardzo rzadko wspominała o swoim mężu. Żyjące córki i wnuczki też o nim nie mówią. Kamień w wodę…

Tekla potrafiła tylko rzucić niekiedy, że Mikołaj wyjechał, bo Zamielina, sąsiadka z domu Zamiela, pożyczyła mu pieniądze na bilet.

– Wszystko przez tę żółtą małpę! – mówiła.

Zamielina podpadła Tekli podwójnie, bo nie dość, że pożyczyła pieniądze na pierwszy wyjazd Mikołaja do Ameryki, to jeszcze miała specyficzny, jasnocytrynowy kolor włosów.

Nikt w naszej rodzinie prawie nic nie wiedział o moim pradziadku Mikołaju Terleckim.

– Nie wiesz, co to była za „siw karta”, z którą Mikołaj jechał do Ameryki? – pytał mnie już w XXI wieku parę razy jego wnuk Henryk Terlecki.

W Przyborowicach „siw karty”, będące 100 lat temu przepustką do mitycznej Ameryki, obrosły legendą. Ship card[5] albo – najczęściej w niemieckich liniach oceanicznych – Schiffskarte załatwiał dla Mikołaja miejscowy ksiądz z parafii w Kiełczynie. Ani na papierze, ani w pamięci ludzi nic więcej się o Mikołaju nie zachowało. Podobnie jak o bardzo wielu z trzech milionów emigrantów z ziem polskich do USA pod koniec XIX i na początku XX wieku.

W Polsce trudno było się czegoś więcej dowiedzieć. Nie było środków, zwyczaju oraz warunków do dokumentowania emigracji milionów najbiedniejszych współmieszkańców. W dodatku kolejne wojny, powstania i okupacje spustoszyły to, co zachowało się w muzeach i archiwach. Za to Amerykanie potrafią być niezwykle pedantyczni w archiwizowaniu swojej historii i eksponowaniu jej przed obliczem całego świata. Ellis Island musiało przyjąć Mikołaja, skoro pływał tam w tę i z powrotem. Ellis Island to był klucz do odnalezienia jego śladów. I choć początek był bardzo zniechęcający, to potem, po długich okresach absolutnie jałowego przeszukiwania różnych źródeł, następowały sensacyjne przełomy i odkrywały się zupełnie nieznane ścieżki, które przemierzał Mikołaj. Niekiedy jedynie poszlaki, że mógł je przemierzać… Jednocześnie, wraz z historią mojego pradziadka, odsłaniała się przede mną historia losów całych pokoleń Polaków, milionów ludzi znad Wisły, Warty i Niemna, którzy w tamtej epoce szukali swego miejsca na ziemi z dala od ojczyzny. Dla nich życie na innym kontynencie w tamtych realiach to tak, jak dla nas życie na innej planecie. Jakby wyłaniała się powoli z mroków pamięci historia zaginionego i zapomnianego lądu. I trzech milionów jego mieszkańców. Naszych współrodaków. Takiej naszej Atlantydy.

Dzisiaj ich potomkowie to 10-milionowa rzesza Amerykanów polskiego pochodzenia. Mogliby teoretycznie stanowić prawie 30 procent obywateli współczesnego polskiego państwa. Kiedyś świetnie zorganizowani w USA. Głównie wokół parafii. Budujący imponujące i zachwycające do dziś kościoły. Ze swoimi związkami, szkołami, kongresmenami, prasą, sklepami i sektorem usług, wreszcie całymi dzielnicami w największych miastach Stanów Zjednoczonych. Nawet z celebrytami, jak Ignacy Jan Paderewski czy bardziej współcześnie Zbigniew Brzeziński. Do tego zaprzyjaźnieni z prezydentami tego kraju, wpływający niekiedy nawet na kluczowe, strategiczne decyzje USA na świecie, jak o „niepodległej Polsce” w 1917, umorzeniu polskiego długu w 1989 lub rozszerzeniu NATO w 1999 i przyjęciu do niej Polski. Szkoda tylko, że już nie w Jałcie w 1944… Do tego w 1918 roku byli zdolni wystawić ponad 20-tysięczną armię generała Hallera, dzięki której szala zwycięstwa przechyliła się na korzyść Polski w wojnie o wschodnią Galicję. Potęga! A wszystko to w pierwszym pokoleniu biedni, niepiśmienni i niewykwalifikowani chłopi. Żaden z nich nigdy nie mieszkał w państwie polskim. I tak przez ponad 100 lat. Trzy pokolenia wstecz.

Pradziadek Mikołaja – Tomasz oraz prababcia Agnieszka urodzili się w niepodległej jeszcze, choć już niezupełnie suwerennej Rzeczpospolitej za panowania króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Ale Mikołaj nie poznał nigdy swojego pradziadka. Za to ojciec Józef i dziadek Andrzej mogli mu opowiadać, jak kończą ci, co się o tę Polskę starają. Powstańcy w 1863 toczyli w Świętokrzyskiem szczególnie zaciekłe walki. I nie wyszli z nich zwycięsko. A potem jeszcze przyszła zemsta po powstaniu. Ojciec Mikołaja – Józef, zapisany został w 1860 roku w księdze chrztu po polsku, ale już jego małżeństwo z Marianną Skowron w 1881 – cyrylicą. W dodatku w odbudowanym kościele, bo stary został spalony. Chcesz zbierać cięgi, zostań Polakiem. Oni w tej Ameryce byli Polakami. Świadomie i konsekwentnie przez pokolenia. I cięgi za to też jeszcze niekiedy zbierali. Nawet tam.

Nie mieli przemysłu jak Niemcy. Nie mieli władzy jak Anglosasi. Nie mieli pieniędzy jak Żydzi. Ale te miliony prostych, ciężko pracujących, głęboko wierzących, gotowych do poświęceń i mocno przywiązanych do tradycji, zwłaszcza religijnych i narodowych, naszych rodaków w USA było świetnie zorganizowanych i dość wpływowych. Potęga! Czwarta Dzielnica – po rosyjskiej, pruskiej i austriackiej – jak o nich czasem pisano przed 1914. Czasy świetności raczej już minęły. Co z tego zostało po 100 latach?

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

[1] Wiorsta – dawna rosyjska miara długości – ok. 1,07 km.

[2]Clerk (ang.) – urzędnik.

[3]List or manifest (ang.) – lista lub deklaracje personalne pasażerów okrętu, zawierające ich dane osobowe, informacje nt. rodziny, pochodzenia, stanu zdrowia itp. oraz plany pobytu w kraju, do którego przybyli.

[4] Formuła standardowego oświadczenia zawartego w manifeście okrętowym, składana przez lekarza i oficera imigracyjnego, badających przyjezdnych.

[5]Ship card (ang.), Schiffskarte (niem.) – bilet okrętowy, karta pokładowa; szyfkarta – tak potocznie nazywano ten bilet w Polsce na przełomie XIX i XX w., szczególnie wśród emigrantów do Ameryki.

Sport i Turystyka – MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz