Po dobrej stronie - Spencer Quinn - ebook

11 osób właśnie czyta

Opis

Poznajcie jedną z najciekawszych bohaterek współczesnej literatury: osamotnioną, złamaną życiem, pozbawioną złudzeń, jednak wciąż szukającą odkupienia i nowego celu. LeAnne Hogan to postać, która nie pozwoli o sobie zapomnieć.

Jadąc do Afganistanu, Hogan była doświadczonym żołnierzem i miała za sobą wiele udanych misji. Wraca okaleczona – zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Straciła oko, połowę jej twarzy pokrywają głębokie blizny, z trudem przypomina sobie szczegóły pechowej operacji wojskowej, w której niemal straciła życie. Jest zagubiona i podejrzewa, że wszystko, co się stało, to jej wina – choć nikt nie chce powiedzieć jej tego wprost.

Załamana kolejnym tragicznym wydarzeniem – nagłą śmiercią Marci, przyjaciółki, z którą dzieliła szpitalny pokój – wyrusza w podróż po kraju. Wspomina przeszłość i czuje, że dla niej nie ma już żadnej przyszłości. Świat, widziany dziś jednym tylko okiem, wydaje się miejscem obcym i groźnym. Kiedy w końcu LeAnne przyjeżdża do małego, tonącego w deszczu miasteczka w stanie Waszyngton, w którym wychowała się Marci, dokonuje niepokojącego odkrycia.

Tymczasem pewien bezpański pies – wielkie, silne stworzenie o czarnej sierści i zagadkowym spojrzeniu – o którym można powiedzieć wszystko, ale nie to, że jest słodkim psiakiem, wybiera ją na swoją opiekunkę.

LeAnne zostaje wciągnięta w historię równie niebezpieczną co jej ostatnia misja w Afganistanie.

Zakochałem się w tej powieści. – Stephen King

Nie można jej przegapić. – Harlan Coben

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 385

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału The Right Side

Copyright © 2017 by Pas de Deux

First published in USA in 2017by Atria Books, An Imprint of Simon & Schuster, Inc.1230 Avenue of the AmericasNew York, NY 10020

Atria Books and colophon are trademarks of Simon & Schuster, Inc.

Przekład Katarzyna Dudzik

Redakcja i korekta Julia Diduch, Dominika Rychel, Anna Hadała-Żołnik, Maria Brzozowska

Skład Tomasz Brzozowski

Projekt okładki Anna Dorfman

Zdjęcia na okładce Mark Owen / Arcangel (kobieta i droga), Artsilense / Shutterstock (pies), Joe Belanger / Shutterstock (góry i niebo), Early Spring / Shutterstock (buty), Sunti / Shutterstock (spodnie)

Konwersja do wersji elektronicznej Aleksandra Pieńkosz

Copyright © for this editionInsignis Media, Kraków 2019. Wszelkie prawa zastrzeżone.

ISBN pełnej wersji 978-83-66071-98-8

Insignis Media ul. Lubicz 17D/21–22, 31-503 Kraków tel. +48 (12) 636 01 90biuro@insignis.pl, www.insignis.pl

facebook.com/Wydawnictwo.Insignis

twitter.com/insignis_media (@insignis_media)

instagram.com/insignis_media (@insignis_media)

Snapchat: insignis_media

Joshowi, Angie i Cassie

1

– Chcę się tylko upewnić, że dobrze zapisałem pani nazwisko. – Mężczyzna obrócił się na krześle, żeby spojrzeć na ekran laptopa.

Z wiszącego na jego szyi identyfikatora można było wyczytać, że nazywa się Machado. Krzesło, na którym siedział, wydało skrzypnięcie, wyraźnie nieznośne dla kobiety siedzącej po drugiej stronie biurka. Przyprawiło ją o ból głowy pulsujący w tym samym miejscu co zwykle; ból przypominający eksplozję w zwolnionym tempie. Jego natężenie rosło bardzo powoli. Mogłoby się wydawać, że to przykre doznanie zniknie samo lub można je stłumić niewielkim wysiłkiem. Kobieta wiedziała jednak, że nie może na to liczyć.

Machado – doktor Ernest Machado, psychiatra, jak głosiła plakietka – mrużył oczy, wpatrując się w monitor.

– Wciąż nie mogę przyzwyczaić się do tych cholernych progresywnych szkieł – powiedział i postukał palcem w okulary.

– To przykre – przyznała kobieta.

Doktor Machado zerknął na nią, po czym poprawił okulary na nosie i znów zatopił wzrok w monitorze.

Oho, ukradkowe spojrzenie, pomyślała. A może powiedziała to na głos? Mogło tak być. Szczerze mówiąc, miała to gdzieś.

– LeAnne Hogan? – zapytał lekarz.

– Tak.

– LeAnne razem?

– Tak.

– Anne od dużej litery?

– To jakiś problem?

– Och, nie. Gdyby pani wiedziała, jakie imiona nam się trafiają…

Doktor Machado wklepał coś w komputer i obrócił się z powrotem twarzą do niej. Miała ochotę udusić go gołymi rękami, ale była to zalewie przelotna myśl, jedna z tysiąca, które właśnie kłębiły się w jej głowie.

Gapił się na nią, a jego wzrok ciągle uciekał gdzieś w bok. Teraz wszyscy patrzyli na nią w ten sposób.

– Może zaczniemy od tego, że powie mi pani, dlaczego się tutaj znalazła? Ma pani ochotę na kawę, wodę albo coś innego do picia?

– Dlaczego tutaj jestem?

– Z pani punktu widzenia.

Wzruszyła ramionami.

– Wysłano mnie tutaj – powiedziała. – Dostałam skierowanie.

– Tak, oczywiście, ale… Chodzi mi o szerszą perspektywę, LeAnne.

– Szerszą perspektywę? A czy to nie jest po prostu standardowa procedura?

Doktor Machado zanotował coś na kartce leżącej na podkładce – wyglądała jak jedna z tych typowych lekarskich podkładek, na których wypisuje się recepty. LeAnne brała teraz paroksetynę, prednizon, penicylinę i percocet i nie były to nawet wszystkie leki na literę P, jakie zażywała.

– Ma pani rację – odparł doktor Machado. – Ale co chciałaby pani osiągnąć? Tego właśnie pragnę się dowiedzieć. Jeśli zna pani swoje cele, możemy pomóc pani je osiągnąć.

Skinęła głową.

– Poproszę kawę. Z mlekiem i dużą ilością cukru.

Doktor Machado zamrugał powiekami. Podniósł się z krzesła i podszedł do ekspresu do kawy stojącego w kącie gabinetu.

– Przynajmniej dwie saszetki cukru. A najlepiej trzy.

* * *

Wstępne badanie w kierunku zespołu stresu pourazowego

Przed podjęciem służby wojskowej

1. Struktura rodziny i środowisko wychowawcze (rodzaj i jakość związków między członkami rodziny):

– Nikt na całym świecie nie śmieje się w tak szalony sposób – powiedział tata.

To tylko jeszcze bardziej rozśmieszyło LeAnne.

– Co cię tak bawi? – zapytał.

– Wszystko!

Rozpędziła się w paru szybkich, drobnych krokach, a potem zrobiła kilka gwiazd z rzędu. Swój popis zakończyła pełnym obrotem w powietrzu i pewnie wylądowała na obu stopach. Bułka z masłem.

– Ho, ho, gdzie się tego nauczyłaś?

– Na gimnastyce!

– Tak? – tata podszedł do pikapa i ściągnął z uchwytu na broń karabin kalibru 0,22 cala.

– Masz – rzekł. – Weź Małego O. Ja wezmę lodówkę.

Mały O, czyli Mały Obrońca. Tak tata nazywał „dwudziestkę dwójkę”. Często powtarzał, że obrona jest bardzo ważna. „Nasza rodzina zajmuje się tym od niepamiętnych czasów. Walczyliśmy już w wojnie secesyjnej. Nawiasem mówiąc, po obu stronach”. LeAnne wzięła od niego Małego O i sprawdziła, czy nie jest odbezpieczony – to numero uno, jak mawiał ojciec, pierwsza rzecz, którą trzeba zrobić, gdy bierze się broń do ręki. Trzymała karabin tak, jak należało – obiema dłońmi, z lufą skierowaną w dół pod kątem czterdziestu pięciu stopni. To właśnie w ten sposób nauczyła się stopni i mogła potem popisać się tą wiedzą na lekcji; dzięki temu dostała piątkę z plusem za aktywność, co stanowiło połowę oceny z matematyki. Razem z tatą weszła na długie, łagodnie nachylone zbocze porośnięte dorodnymi kaktusami – karnegiami olbrzymimi. Ojciec niósł lodówkę. Kilka kaktusów podziurawionych było pociskami, zawsze w górnej części, tam, gdzie byłaby głowa, gdyby kaktusy ją miały. Jednak to nie oni byli sprawcami obrażeń odniesionych przez kaktusy.

– Co jest, do cholery, nie tak z tymi ludźmi? – zapytał tata.

– To je rani?

– A jak myślisz? Spójrz na nie. Czy to w porządku, że ktoś je tak podziurawił?

– Nie. Ale chodziło mi o to, czy to sprawia im ból.

Tata pochylił głowę w jej stronę. LeAnne lubiła patrzeć na jego twarz – szeroką, o surowym wyrazie, z czujnymi oczami, które lśniły, kiedy wszystko układało się pomyślnie, tak jak teraz na pustyni.

– Dobre pytanie – odpowiedział.

Weszli na szczyt wzgórza i usiedli. Tata podniósł pokrywę lodówki turystycznej i otworzył puszkę zimnego piwa. Druga strona zbocza była stroma i najeżona skałami aż do samego podnóża. Na dole widać było wyschnięte koryto rzeki i dwie topole amerykańskie rosnące nieopodal. Między dwiema topolami zaparkowano stary przerdzewiały samochód, o ile o pozbawionej kół kupie złomu można powiedzieć, że ktoś ją zaparkował. Ale tak to właśnie wyglądało z punktu widzenia LeAnne. Zupełnie jakby ktoś kiedyś wybrał się na krótką przejażdżkę samochodem i zatrzymał się właśnie w tym ocienionym miejscu.

– Buick roadmaster, rocznik 1947. O ile dobrze pamiętam, stryj Rodney miał właśnie taki wóz.

– Kim był stryj Rodney?

– Twoim stryjecznym dziadkiem.

– Stryj Rodney był moim dziadkiem?

– Chryste. Po prostu… Nieważne. Zapomnij. Rodney pił na potęgę. Kopnął w kalendarz, kiedy byłem jeszcze dzieciakiem, młodszym od ciebie. Roadmastera pozbył się dużo wcześniej. Znałem go tylko ze starych zdjęć.

– Pokażesz mi je?

Tata pokręcił głową.

– Przepadły.

– W pożarze?

– Tak.

Tata wrzucił pustą puszkę do lodówki i uraczył się kolejnym zimnym piwem. Wręczył też LeAnne jednego z uwielbianych przez nią piernikowych ludzików z jasnozielonymi oczami. To mama piekła te pyszności.

Pożar był niezwykle ważnym wydarzeniem w historii rodziny. Spalił się położony nieopodal Flagstaff dom, w którym dorastał tata. W pożarze zginęli jego rodzice, czyli dziadkowie LeAnne. Tata był wtedy za granicą, właśnie zaczynał służbę, jeszcze nie spotkał mamy LeAnne, zatem i LeAnne nigdy nie poznała dziadków ze strony taty. Rodziców mamy również nie poznała, ale z zupełnie innych powodów.

– No dobrze – powiedział tata, pociągając spory łyk z puszki. – Dosyć tych pogaduszek. Zobaczmy, co potrafisz.

– Mam strzelać na siedząco?

– Czemu nie? – Tata wskazał ręką buicka roadmastera. – Prawe tylne światło jest chyba nienaruszone?

– Co to znaczy: nienaruszone?

– To znaczy, że coś jest nieuszkodzone, całe.

LeAnne spojrzała w dół. Według doktora Ralpundi, który przed rozpoczęciem sezonu badał wszystkich członków drużyn sportowych, miała sokoli wzrok. Lewym okiem potrafiła odczytać trzeci rząd od dołu na tablicy okulistycznej, prawym – nawet drugi i pierwszy.

– Tak, światło jest całe.

– Rozwal je.

Oczywiście to prawe oko było jej okiem dominującym, jednak celując, nie zamykała lewego – podobnie jak tata.

– Jeśli je zamkniesz, to skąd będziesz wiedzieć, czy z lewej strony nie zbliża się jakieś niebezpieczeństwo? – Zawsze bawiło ją, kiedy tata tak mówił; tak jakby ni z tego, ni z owego w jej kierunku mogła polecieć piłeczka bejsbolowa.

LeAnne podniosła Małego O. „Niech broń sama znajdzie cel”, mówił zawsze tata. To też śmieszyło LeAnne. Jak broń mogła zrobić coś „sama”? Broń to tylko rzecz. Jednak wkrótce przekonała się, że tata miał rację. Teraz, ignorując odległy cel, prawym okiem spojrzała na szczerbinkę i skoncentrowała się na przestrzeni między krawędziami w kształcie litery V. Wypuściła z płuc całe powietrze; miała wrażenie, że czas się zatrzymał. Kiedy znowu zaczął płynąć, pociągnęła za spust. Chociaż „pociągnęła” to zbyt mocne słowo. Użyła jedynie tyle siły, ile trzeba, żeby wcisnąć sprężynę długopisu, która wysuwa wkład.

Trzask. Cichy trzask. W końcu był to tylko kaliber 0,22. Odrzut też był niewielki, niczym kopnięcie płodu w brzuchu matki. Tylny reflektor pękł bezgłośnie. Drobne czerwone odłamki zamigotały w słońcu niczym krople zamrożonej krwi. Pocisk sięgnął celu.

– Taa – powiedział tata.

Zrobiło się zupełnie cicho. Na pustyni zawsze jest cicho, lecz teraz – kiedy już wybrzmiał huk strzałów – cisza jakby się wzmogła.

– A może to ten sam – zastanowiła się LeAnne.

– Co?

– Może to buick stryja Rodneya.

– Skąd ci to przyszło do głowy?

– Nie złość się, tato.

– Nie złoszczę się. Dlaczego miałbym się złościć? Pytam tylko, skąd, do cholery, wziął się w twojej głowie taki pomysł?

– Tak po prostu.

Tata znów na nią spojrzał i zmierzwił jej włosy.

– Ale czupryna.

– Mama mówi, że z moimi włosami nic nie da się zrobić.

– Naprawdę?

– Mówi, że wyglądają jak stóg siana.

– Serio?

– Mhm.

Tata odwrócił się, dopił piwo, wrzucił puszkę do lodówki i sięgnął po kolejną.

– Daj mi to cudeńko – poprosił.

LeAnne zabezpieczyła broń i podała ją ojcu.

– Być może to faktycznie stary roadmaster Rodneya.

– Naprawdę? – zapytała z ekscytacją LeAnne.

– Większe szanse niż na loterii. Loteria to jedna szansa na milion. A ten roadmaster? Jak wiele takich samochodów z tego akurat rocznika sprzedano w Arizonie? Kilka tysięcy?

– Czyli to jak jeden do kilku tysięcy? Takie jest prawdopodobieństwo?

Tata nie odpowiedział, zbliżył się do krawędzi zbocza i krzyknął: „Hej, Rodney! Uważaj!”. A potem, trzymając broń zupełnie od niechcenia, niczym zabawkę, oddał kilkanaście strzałów.

Zrobił to tak szybko, jakby puszczał serię z karabinu maszynowego. Na karoserii roadmastera pojawiły się rzędy śladów po kulach tak równe, że wyglądały jak zdobienia.

* * *

– Proszę – powiedział doktor Machado.

– Hm?

Niespodziewanie pojawił się po jej prawej stronie. Wzięła kawę i nawet nie podziękowała. Nie miała na to siły. Poza tym kim właściwie był ten dupek? I co ona tu robi? Upiła niewielki łyk.

– Wystarczająco słodka? – zapytał.

Co to niby miało znaczyć? Jeśli tak dalej pójdzie, ta rozmowa zakończy się rozlewem krwi.

– Grał pan kiedyś w bejsbol?

– Przepraszam, nie rozumiem.

– Bejsbol. Taki sport. Grał pan kiedyś?

– Nie. Dlaczego pani pyta?

LeAnne wzruszyła ramionami. Milczeli, ale nie siedzieli w ciszy – nie było w tym szpitalu takiego miejsca, w którym panowałaby cisza. Doktor Machado znowu usiadł po drugiej stronie biurka. Spojrzał na nią. Ona zaś popatrzyła na oprawione w ramkę i wiszące na ścianie zdjęcie: doktor Machado z żoną i dwójką małych chłopców – wszyscy uśmiechnięci i ubrani w koszulki polo. Miała ochotę zapytać go, czy grał kiedyś w polo.

– A może zaczniemy od początku? – zaproponował Machado.

Odwróciła się w jego stronę.

– Pani dzieciństwo; matka, ojciec, miejsce, gdzie pani dorastała, i tak dalej.

Już miała mu powiedzieć: „Zacznijmy od »i tak dalej«”, ale wybrała milczenie.

Doktor Machado przekartkował jakieś dokumenty. Miał bardzo zadbane dłonie, jakby właśnie wrócił od manicurzystki. LeAnne starała się nie myśleć o wyglądzie swoich paznokci. Zwłaszcza tych dwóch, które nadal w pełni nie odrosły.

– Wiem, że pani ojciec także był wojskowym. Starszy sierżant Rex Hogan, Zielone Berety. – Doktor Machado popatrzył na nią. – Proszę mi o nim opowiedzieć.

– Nie ma wiele do opowiadania.

– Z dokumentów wynika, że opuścił armię, kiedy miała pani… chwileczkę… osiem czy dziewięć lat? Co robił potem?

– Nie ma tego w papierach?

Doktor Machado pokiwał głową.

– Zawsze wolę potwierdzić informacje, które otrzymuję. – Nie miała ochoty niczego potwierdzać. – Czy może pani opisać swoją relację z nim? – ciągnął psychiatra. – A może woli pani zacząć od czegoś innego? Na przykład od matki?

Wstała.

– Wolałabym wrócić do mojego pokoju. Boli mnie głowa.

Doktor Machado położył dłonie płasko na biurku.

– Przykro mi to słyszeć. Przełożymy nasze spotkanie. Czy chce pani, żebym wezwał kogoś z personelu, kto pani pomoże?

– Pomoże mi?

– Odprowadzi panią.

– Dokąd?

– Do pani pokoju.

Powiedział to, jakby chciał dodać: „A dokąd niby miałaby pani pójść?”. Zrozumiała. Zrozumiała aż za dobrze. Miała oko – ha! oko! – na jego oparte o biurko dłonie. Dupek z wydelikaconymi rączkami. Te dłonie, na zasadzie przeciwieństwa, przypomniały jej inne dłonie, które tak szybko wynurzyły się spomiędzy fałd burki.

– Nie potrzebuję pomocy – oznajmiła.

2

Łóżko LeAnne stało przy oknie, a łóżko Marci – jej współlokatorki – przy ścianie naprzeciwko. Kiedy LeAnne wróciła, Marci leżała przykryta kołdrą, odwrócona twarzą do ściany. Spod pościeli wystawały tylko jej włosy – brązowe odrosty były dłuższe niż jasne końcówki – i fragment tatuażu na ramieniu: litery AXA i kształt przypominający pieczarkę. LeAnne wiedziała, że jest to wystrzelony w powietrze korek od szampana i słowa „NA MAXA”.

– Nadal mi nie wyjaśniłaś, co to za pozycja – zażartowała LeAnne.

– To nie było zabawne nawet za pierwszym razem – odparła Marci, podciągając wyżej kołdrę.

LeAnne wyjrzała przez okno. W pobliżu szpitala znajdowała się obwodnica. LeAnne śledziła wzrokiem karetkę, która skręciła z głównej drogi i podjechała bliżej, a potem zniknęła jej z oczu zasłonięta niższymi segmentami budynku. Jeszcze wczoraj gałęzie niskich drzew rosnących wzdłuż drogi, która prowadziła do szpitala, były zupełnie nagie, dzisiaj pokryły się drobnymi różowymi kwiatami.

– Wiśnie zakwitły.

– Gówno mnie to obchodzi – odburknęła Marci.

LeAnne usiadła na swoim łóżku. Nie czuła senności, mimo to wpełznięcie pod kołdrę wydawało jej się dobrym pomysłem. Ktoś zapukał do drzwi.

– Tak?! – zawołała LeAnne.

– Protezy oczne! – odpowiedział jej donośny, wesoły kobiecy głos.

LeAnne nie zareagowała. Po chwili drzwi się uchyliły, a kobieta wsadziła głowę do pokoju.

– Dzień dobry. Przepraszam, że zajęło mi to tak długo. – W tym momencie zauważyła Marci i zaczęła mówić ciszej: – Ups. Czy ona śpi?

– Nie – wymamrotała Marci w poduszkę.

– To dobrze – powiedziała kobieta. Miała ze sobą małe plastikowe pudełko. – To było prawdziwe wyzwanie: odtworzyć taki odcień błękitu. Niesamowity kolor, kojarzy mi się z kwitnącymi polami łubinu niebieskolistnego w Teksasie. Widziała pani kiedyś błękitny łubin?

– Nie.

– Musi to pani zobaczyć – odparła.

Weszła głębiej do pokoju, zostawiając za sobą otwarte drzwi. LeAnne nienawidziła, kiedy ktoś nie zamykał drzwi. Kiedyś nie zwracała na to uwagi, teraz chciała, żeby wszystkie drzwi były zawsze zamknięte.

– O co chodzi? – zapytała.

– Jeszcze raz przepraszam za opóźnienie. Tak jak mówiłam, to z powodu trudności z dopasowaniem koloru. Ostatecznie zwróciliśmy się do prawdziwego nowojorskiego artysty, z Brooklynu. Ubezpieczenie tego nie pokrywało, ale wysupłaliśmy dodatkowe środki z dużego cywilnego grantu. Myślę, że będzie pani zadowolona z rezultatu. – Kobieta uniosła pudełko.

– Co jest w środku?

– Trzy najlepsze, moim zdaniem, protezy. Nie potrafiłam wybrać żadnej z nich. A potem pomyślałam, że mogę zostawić pani tę decyzję.

LeAnne miała wrażenie, że rozmawiała już wcześniej z tą kobietą. Wytężyła pamięć, ale nie znalazła żadnego związanego z nią wspomnienia.

– Trzy? – zapytała.

– Chce pani zobaczyć więcej? W sumie powstało kilkanaście.

– Oczu? – upewniła się LeAnne.

Wyraz twarzy kobiety na chwilę stał się nieco mniej przyjazny. LeAnne wolała ją w takiej odsłonie, ale kobieta szybko odzyskała panowanie nad sobą.

– Tak, to protezy oka – odpowiedziała. – Jestem tu, żeby zrobić przymiarkę. Ale to właściwie czysta formalność, bo protezy zostały już przecież dopasowane.

LeAnne zastanawiała się przez chwilę.

– Zrobiono to w Niemczech?

– W Niemczech?

– Mam na myśli protezy. Czy dopasowano je w Landstuhl?

– Och nie, zajęliśmy się tym tutaj. Wiem, że łatwo się w tym wszystkim pogubić. Przepraszam, jeśli mówię zbyt szybko. – Kobieta dostrzegła chyba zmianę w wyrazie twarzy LeAnne. Odwróciła wzrok. – To znaczy, jeśli nie wytłumaczyłam pani wszystkiego odpowiednio.

– Ależ skąd. Pani wyjaśnienia są jasne. Wszystko rozumiem. Rzecz w tym… – nieświadomie podniosła głos – że już podjęłam decyzję.

– Ale… jeszcze ich pani nie widziała. Czy nie byłoby…

– Podjęłam decyzję… – przerwała jej LeAnne, a może to tylko jej głos podjął decyzję, może to jej głos chciał postawić sprawę na ostrzu noża, chciał zrobić to, tak, NA MAXA – …że nie chcę żadnego gówna w kolorze błękitnego łubinu.

Rzuciła się w kierunku plastikowego pudełka, ale kobieta zareagowała błyskawicznie, zupełnie jakby przewidziała, co się wydarzy, i chwyciła je pierwsza. Ten szybki ruch, a także świadomość, jak powolna się stała – a przecież kiedyś bez trudu łapała te cholerne afgańskie muchy – jeszcze bardziej rozwścieczyło LeAnne. Zerwała z oka opaskę i rzuciła nią z całej siły, nie w kobietę, nie w żaden konkretny cel, ale po prostu przed siebie. Opaska wyfrunęła przez drzwi i wylądowała na korytarzu.

Do pokoju zajrzał sanitariusz – rosły mężczyzna w zielonym uniformie. Faceta takiego rozmiaru najlepiej zaatakować w szyję. Ręce LeAnne wiedziały, jak to zrobić; przyjęły już odpowiednią pozycję i się napięły.

– Jakieś problemy? – zapytał.

– Żadnych – odparła kobieta.

Sanitariusz podał jej opaskę i wyszedł. Zanim zniknął z ich pola widzenia, zerknął szybko i ukradkowo – kolejne ukradkowe spojrzenie! – na twarz LeAnne. Nie uszło to jej uwadze. Co? Nie podobam ci się, wielkoludzie?

Kobieta położyła opaskę i plastikowe pudełko na stoliku na kółkach przy łóżku LeAnne.

– Zostawię to tutaj, żeby mogła pani dokonać wyboru według swoich preferencji. – Podeszła do drzwi. – Większość pacjentów woli protezę od opaski. Współczesne protezy do złudzenia przypominają żywe organy. Ale wybór należy oczywiście do pani.

Wyszła.

– „Do złudzenia przypominają żywe organy” – powtórzyła LeAnne. – Słyszałaś te bzdury?

Marci wciąż leżała w łóżku twarzą do ściany, owinięta szczelnie kołdrą.

– Chyba każdy w szpitalu słyszał.

– Masz jakiś problem?

– Najmniejszego – odparła Marci.

Było to oczywiście bzdurą. Marci miała problemy, chociaż nie tyle co wcześniejsza współlokatorka LeAnne, której imienia nie pamiętała. A może pomyliła ją ze swoją współlokatorką z niemieckiego szpitala? Miała tam w ogóle jakąś współlokatorkę? Wytężyła pamięć, ale jedynym wspomnieniem związanym ze szpitalem w Landstuhl był obraz kosza na śmieci wypełnionego zakrwawionymi bandażami; krew wyciekała spod niego na podłogę pokrytą białymi i czarnymi płytkami. Wisienka na torcie pamięci – robaczywa i spleśniała. Jednak tutaj, w Bethesdzie, wiśnie dopiero okryły się kwiatami.

– Pieprzone gnojki, nie mają o niczym pojęcia – rzuciła LeAnne.

– Ci, co robią protezy? – Marci przewróciła się na plecy i usiadła na łóżku.

LeAnne mówiła o kwiatach wiśni, ale przyznać się do tego oznaczałoby przyznać się do szaleństwa.

– Nieważne – odpowiedziała. – Sama nie wiem, co mówię.

Współlokatorka dziwnie na nią spojrzała. Czy dlatego, że LeAnne nie nosiła teraz opaski? Nawet jeśli tak, to czy mogła ją za to winić? Tymczasem Marci odsunęła kołdrę i przerzuciła nogi nad krawędzią łóżka. Tylko jedna noga dotknęła podłogi. Druga kończyła się kilkanaście centymetrów nad miejscem, gdzie powinno być kolano; kikut owinięty był grubą warstwą opatrunków. Marci sięgnęła po oparte o ścianę tuż przy wezgłowiu łóżka kule. Jedną chwyciła bez wysiłku, drugą strąciła na podłogę. Donośny stukot upadającej kuli wydawał się nie mieć końca. LeAnne nie po raz pierwszy była świadkiem takiej sceny. Wiedziała już, że Marci nie chce pomocy; milczała więc i wpatrywała się gdzieś w przestrzeń, dopóki współlokatorka nie opanowała sytuacji. Marci stęknęła cicho; udało jej się wstać.

– Trening? – zapytała LeAnne.

Marci skinęła głową i skierowała się do drzwi.

– Miałaś rację co do kwiatów wiśni! – krzyknęła za nią LeAnne, kiedy Marci była już na korytarzu.

LeAnne odniosła wrażenie, że usłyszawszy to, współlokatorka chciała pokazać jej środkowy palec, ale poruszając się o kulach, miała ograniczone pole manewru. Marci ruszyła przed siebie. W szpitalu można spotkać zarówno tych, którzy mają doświadczenie w poruszaniu się o kulach, jak i tych, dla których jest to zupełna nowość. Marci zaliczała się do drugiej grupy. LeAnne zamknęła drzwi.

Trafił im się wygodny pokój – niezbyt duży, ale z własną łazienką. LeAnne podeszła do umywalki, ochlapała twarz chłodną wodą i spojrzała w lustro. Chryste, pomóż mi.

* * *

– To nie ma nic wspólnego z talentem – powiedział pan Iglesias.

Trenował LeAnne od zawsze, to znaczy odkąd skończyła dwa lata. Był niskim, umięśnionym mężczyzną. Miał lekko kołyszący chód, nosił na szyi gruby, złoty łańcuch i zawsze zaczynał mówić po hiszpańsku, kiedy był naprawdę zadowolony z wyników LeAnne albo innej swojej podopiecznej.

– LeAnne ma ogromny talent, na dodatek szybko się uczy i nie boi się ciężkiej pracy. Problem polega na tym… Po prostu spójrzcie na nią.

– Co z nią? – mama i tata zadali to pytanie jednocześnie, nie patrząc na LeAnne, ale na pana Iglesiasa.

Stali przed liceum LeAnne. Właśnie zakończyły się klubowe mistrzostwa Arizony, w których LeAnne zajęła ósme miejsce w klasyfikacji generalnej. Rok wcześniej była czwarta. Mama i tata mówiący zgodnym chórem – fenomen. Po pierwszym semestrze dziewiątej klasy LeAnne jej rodzicie się rozwiedli. Tata został w ich dawnym domu, a mama przeniosła się do Scottsdale. LeAnne kursowała między nimi, ale mieszkała głównie z ojcem. Nowy mąż mamy, Alex, miał trójkę własnych dzieci i nie było dla niej wolnej sypialni. Nie przeszkadzało jej to. Ledwie zauważała Alexa – w porównaniu z tatą trudno nawet było nazwać go mężczyzną – i trójkę jego rozpuszczonych bogactwem bachorów, których życie sprowadzało się do zakupów i przesiadywania w domu.

– Chciałabym, żebyś przestała opowiadać, że Alex jest bogaty – powiedziała kiedyś mama. – Jest współwłaścicielem biura księgowego. To nie oznacza, że jest bogaty.

Ale mama wyglądała teraz na bogatą. Miała włosy bogaczki i skórę bogaczki – szczególnie na czole, gładkim jak wypolerowany kamień. Mimo to nadal jeździła tym samym minivanem i wciąż pracowała jako pomoc dentystyczna.

– Fakt, że tak kurczowo trzyma się tej pracy – rzekł tata pewnego wieczoru, kiedy wypił trochę zbyt dużo – mówi mi, że któregoś dnia jeszcze tu wróci. Na kolanach. Życzę powodzenia!

– Tato, proszę.

Rozwód rodziców – przykra sprawa, ale nie katastrofa. LeAnne nie miała powodów do narzekań. Dogadywała się z obojgiem rodziców, miała mnóstwo przyjaciół, zajęta była szkołą, treningami i zawodami. Jeden drobny szczegół: mama nie piekła już piernikowych ludzików z jasnozielonymi oczami, które LeAnne tak lubiła. Czasami za tym tęskniła.

– Jedenasty rok życia to punkt przełomowy – powiedziała kiedyś Tasha, jej najlepsza przyjaciółka z drużyny. – Jeśli twoi rodzice rozwiodą się, zanim skończysz jedenaście lat, masz przechlapane. Po jedenastym roku życia połączenia w mózgu są trwalsze i złe doświadczenia już im tak nie zaszkodzą.

– Serio? – powiedziała LeAnne, która miała dwanaście lat, gdy jej rodzice się rozwiedli. – Gdzie to usłyszałaś?

– Nie usłyszałam, przeczytałam. Można nawet powiedzieć, że zgłębiłam temat.

– Twoi rodzice się rozwodzą?

– Nie, chociaż… Nigdy nie wiadomo, prawda?

Rozśmieszyło to LeAnne, sama nie wiedziała czemu. Tasha także się roześmiała. Jak zauważyła kiedyś Tasha, śmiech LeAnne był zaraźliwy.

– Sprawdziłam to dla ciebie – powiedziała Tasha, kiedy wreszcie przestały się śmiać.

– Naprawdę?

– Zawsze możesz na mnie liczyć – zapewniła Tasha.

Stuknęły się pięściami, pięść Tashy na górze, pięść LeAnne na dole. Tasha nie wyrosła tak bardzo jak LeAnne. W ciągu tych wszystkich lat, kiedy ze sobą rywalizowały, Tasha tylko raz pokonała LeAnne, na jednych z ostatnich zawodów, w których LeAnne brała udział – stanowych mistrzostwach odbywających się w ich liceum. Tasha zdobyła wtedy trzecie miejsce.

* * *

– Co z nią? – powtórzył pan Iglesias, nieco zdziwiony. – Cóż, urosła trochę w ciągu ostatniego roku. Musieli państwo zauważyć.

– I co z tego? – powiedział tata. – Jest w doskonałej formie.

– Ona… – próbowała wtrącić coś mama, ale tata nie pozwolił jej dokończyć.

– Zajmę się tym, jeśli nie masz nic przeciwko.

LeAnne cofnęła się o krok. Po drugiej stronie parkingu rodzice Tashy, niewiele wyżsi od swojej córki, tulili ją i poklepywali po plecach. Mama Tashy co jakiś czas wspinała się na palce, jakby miała ochotę podskakiwać niczym mała dziewczynka i z trudem się od tego powstrzymywała. LeAnne uśmiechnęła się.

– Ależ spokojnie – powiedział pan Iglesias, unosząc dłoń. – Oczywiście, że jest w świetnej formie, to najsilniejsza dziewczynka, jaką kiedykolwiek trenowałem. Nie o to mi chodzi. Rzecz w tym, że bardzo urosła w tym roku. Kiedy ostatni raz ją mierzyłem, miała prawie metr osiemdziesiąt. Zastanówcie się państwo. Ile gimnastyczek o takim wzroście znajdziecie państwo wśród najlepszych zawodniczek?

Prawidłowa odpowiedź brzmiała: „Żadnej”. LeAnne od dłuższego czasu próbowała nie dopuścić do siebie tej myśli. Bo co mogła zrobić? Uwielbiała gimnastykę. I nie było to dla niej tylko hobby. Chciała zostać profesjonalistką. A jedyna ścieżka kariery dla zawodowych gimnastyczek to ta, która kończy się na olimpijskim podium.

– Cóż – rzekła mama – zawsze musi być ten pierwszy raz.

Na takie słowa, zwłaszcza padające z ust mamy, tata zwykle reagował sarkastycznym grymasem. Tym razem było inaczej.

– To prawda. Zawsze jest ten pierwszy raz. Bez dwóch zdań.

– Nie mówię, że nie – powiedział pan Iglesias. – Ale przecież nie musimy się spieszyć. Proszę przemyśleć na spokojnie kilka rzeczy. Na przykład to.

Wyciągnął zrolowaną gazetę z tylnej kieszeni spodni i otworzył ją na rozkładówce.

– Co to? – zapytał tata.

– Trzy najlepsze zawodniczki z zeszłego roku – odpowiedział trener. – Ogólnokrajowe zawody NCAA w skoku o tyczce kobiet. Zauważyli coś państwo?

Cała trójka pokiwała głowami: mama, tata, LeAnne. To naprawdę rzucało się w oczy.

– Taki sam wzrost, taka sama budowa ciała. Mało tego, LeAnne biega jak sarna i ma niesamowicie silne mięśnie klatki piersiowej. Ma też świetne poczucie czasu i taką kontrolę nad własnym ciałem, jaką mają tylko gimnastyczki. – Pan Iglesias wręczył swojej podopiecznej gazetę. – Skok o tyczce – powiedział i poklepał LeAnne po ramieniu. – Będziesz wymiatać.

* * *

Plastikowe pudełko było wyściełane aksamitem i miało trzy przegródki. Wyglądało jak szkatułka na biżuterię: tu pierścionki, tu naszyjniki, tu kolczyki. To, co leżało w środku, było zupełnie jak biżuteria – błyszczące, kolorowe i bardzo ozdobne.

– Moja szkatułka na biżuterię – powiedziała głośno LeAnne, patrząc znowu w lustro lewym okiem, tym słabszym, wciąż jednak na tyle sprawnym, że na tablicy okulistycznej odczytywała bez problemu trzeci rząd od dołu.

Nie ma co narzekać na taki wynik. Jednak kiedy masz dwoje oczu, niewiadome może zaatakować cię tylko od tyłu. Kiedy masz jedno, niewiadome zyskuje szerokie pole manewru. Otaczały ją trzy ślepe kwadranty; przez cały czas czuła, jak wąski jest teraz jej margines bezpieczeństwa. Kiedy spała, było inaczej. W snach widziała tak jak wcześniej. Wszystkie swoje koszmary oglądała na szerokim ekranie.

Poczuła, że łzy napłynęły do jej lewego oka. Lewego? Po prostu jedynego, jakie ma, do cholery! Łzy – to było żałosne. LeAnne gwałtownie pokręciła głową, wyciągnęła wydrukowaną na lśniącym papierze ulotkę i otworzyła ją. „Instrukcja użytkowania”.

Przeczytała instrukcję dwa razy, ale nic do niej nie dotarło. Instrukcja zawierała też obrazki przedstawiające atrakcyjną kobietę w wieku LeAnne, trochę do niej podobną. Miała ciemne włosy, niebieskie oko (też tylko lewe) i jasną cerę. Skóra kobiety z ulotki była nieskazitelna także wokół jej prawego oczodołu. Inaczej niż w wypadku LeAnne. Widziała kiedyś zdjęcie księżycowego krateru – ciemnej dziury pokrytej czymś, co wyglądało jak srebrzyste, rozgałęziające się promienie, niczym zamrożony rozbryzg. Jej czoło, skroń i policzek pokryte były nie srebrnymi, a czerwonymi nitkami. Pielęgniarki pocieszały ją, że to zniknie, zwłaszcza jeśli będzie używać kremu aloesowego, który nie znajdował się, co prawda, na liście preparatów zapewnianych przez Departament do spraw Kombatantów, ale był łatwo dostępny w internecie.

Zamknęła plastikowe pudełko i założyła opaskę – dużą i wygodną.

3

Czuła suchość nosie, w ustach. Wszystko wyschnięte na wiór. To przez tę przeklętą pustynię. Dziwne, ale przebywanie na pustyni w Arizonie nie wywoływało u niej takich objawów. Jak każda pustynia, także i ta znakomicie niosła dźwięki. Słyszała odległy huk wystrzałów ze sto pięćdziesiątek piątek i modliła się do Boga, żeby pociski trafiły tam, gdzie powinny, czyli w pozycje nieprzyjaciela. Bóg sprzyja… coś tam, coś tam. Próbowała sobie przypomnieć dalszy ciąg, ale linia ognia przesunęła się w jej stronę. Czyżby znalazła się w strefie ostrzału? Otworzyła oczy.

Oko.

Te obrazy wracały do niej nagle jak fala powodziowa, jak rozpędzona lokomotywa wypadająca z torów.

– Cholera.

Czy będzie musiała przeżywać to każdego poranka, aż do końca swojego pieprzonego życia? Dlaczego umysł skazywał ją na codzienne przypominanie sobie tego wszystkiego od nowa?

Co się z nią porobiło?

Zdała sobie sprawę, że ktoś puka do drzwi. Spojrzała na łóżko Marci. Puste. Światło, które wypełniało pokój, nie było światłem poranka.

– Kto tam?

– Kapitan Gerald Stallings, G-2.

LeAnne chwyciła butelkę z wodą, stojącą na szafce przy łóżku. Wypiła wszystko, do ostatniej kropli. Przypomniała sobie, komu sprzyjał Bóg – dużym batalionom. A więc jednak jej mózg nie zlasował się kompletnie. Usiadła na łóżku.

– Mogę wejść?

Zaczęła przetrząsać posłanie w poszukiwaniu opaski. Musiała zsunąć jej się z głowy w trakcie snu. Znalazła ją pod poduszką i założyła z powrotem.

– Jeśli szuka pan Marci, to nie ma jej tutaj.

Drzwi otworzyły się i do środka wszedł mężczyzna o łagodnej twarzy, ubrany w niebieski mundur z dwiema srebrnymi belkami na wyłogach. Spojrzał w jej stronę, stanął na baczność i, co było naprawdę dziwne, zasalutował jej. Kapitanowie zazwyczaj nie salutują sierżantom, zwłaszcza sierżantom mającym na sobie nie mundur, a piżamę.

– Nie – odpowiedział, opuszczając dłoń. – Szukam właśnie pani.

LeAnne zastanawiała się, czy ona także powinna zasalutować. W końcu wciąż była żołnierzem, chociaż już nie w czynnej służbie – no chyba że o czymś zapomniała? Na myśl o tym, że mogła o czymś zapomnieć, parsknęła śmiechem.

Kapitan Stallings uśmiechnął się.

– Chętnie pośmieję się razem z panią. Co panią tak rozbawiło?

– Gdybym tylko potrafiła to wyjaśnić… – powiedziała LeAnne.

Kąciki ust kapitana obniżyły się nieco, ale wciąż się uśmiechał.

– Cieszy mnie to, że mimo wszystko udało się pani zachować pogodę ducha.

– Czy my się znamy? Z moją pamięcią nie jest zbyt dobrze.

– Nie miałem przyjemności poznać pani wcześniej.

LeAnne spojrzała na kapitana, zastanawiając się, w jakim kierunku pójdzie ta rozmowa.

– W takim razie – zaczęła, próbując trzymać się jakoś toku konwersacji – skąd pan wie, co udało mi się zachować, a czego nie?

Na ustach kapitana wciąż błąkał się nikły uśmiech.

– Racja. Mój błąd. Ale naprawdę interesuje mnie, jak pani sobie radzi. – Zerknął na niski taboret stojący pod stolikiem na kółkach. – Mogę usiąść? – zapytał.

LeAnne wzruszyła ramionami.

Kapitan przyciągnął stołek i usiadł na nim, kładąc na kolanach teczkę z miękkiej brązowej skóry, ozdobioną mosiężnymi okuciami.

– G-2? – zapytała LeAnne.

– Tak.

– Czyli wywiad.

– Zgadza się.

– Czego pan chce?

– Dojdziemy od tego – powiedział Stallings. – O ile tylko czuje się pani na siłach.

Łagodny głos pasował do łagodnych rysów jego twarzy i stanowił dla niej przyjemną odmianę – nieczęsto słyszy się taki głos, gdy pracuje się w wojsku. Jednak jego spojrzenie nie było łagodne. Nie było też ostre. Raczej baczne.

– Wciąż odczuwa pani ból?

– Nie.

– Cieszy mnie to. Zażywa pani dużo leków?

– Nie.

Pokiwał uprzejmie głową. Jego spojrzenie stało się jeszcze bardziej uważne. LeAnne poczuła, że zaczyna mieć go dosyć.

– Próbujemy zrozumieć, co właściwie stało się siedemnastego stycznia – powiedział Stallings.

Siedemnastego stycznia? A dzisiaj jest…?

– To data ostatniej misji. Pani ostatniej misji. – Stallings zerknął do swojego telefonu. – Operacja Nocny Pociąg, o ile się nie mylę. Jeśli nie chce pani o tym rozmawiać, proszę powiedzieć.

– Nie o to chodzi – odpowiedziała LeAnne. – Ale jeśli niczego nie pamiętam, to jakich informacji mogę panu udzielić?

To ucięło temat. Na dobre. LeAnne przez chwilę cieszyła się swoim momentem triumfu. Kiedy przeminął – tak szybko! – miała jedynie ochotę wpełznąć z powrotem do łóżka i zakopać się w pościeli.

– Rozumiem – powiedział Stallings. – A tak przy okazji: skąd się w ogóle wziął ten kryptonim?

O co mu chodziło? Nie docierało do niego, że drzwi do jej pamięci zatrzasnęły się na amen? Jeśli wywiadu nie było stać na nic lepszego, to mieli przesrane. Dla LeAnne nie była to zresztą żadna nowina.

– Kto go wybrał? – nie ustępował Stallings.

Czujny wzrok, żadnych wątpliwości.

– Kapitan Cray – odpowiedziała spokojnym, a przynajmniej w miarę spokojnym głosem.

– Dowódca misji?

Skinęła głową niczym uprzejmy przedsiębiorca.

– Nocny Pociąg. Co to właściwie miało oznaczać?

– Nie wiem.

– Podoba mi się ta nazwa.

– Podoba się panu kryptonim operacji?

– Owszem. – Odłożył telefon na bok. – A może wrócimy teraz do pani ostatniego wspomnienia z tamtej nocy?

– Mówiłam już panu, nic nie pamiętam.

– Rozumiem – po raz kolejny zapewnił Stallings. Musiał mieć jakąś własną, inną od słownikowej, definicję tego słowa, bo wciąż drążył temat. – Dostała się pani do strefy ostrzału. Pamięta pani cokolwiek?

– Była pełnia.

– Tak? – Stallings otworzył teczkę i zaczął w niej szperać, przerzucając jakieś papiery. – Pierwszy raz o tym słyszę.

– Jak to?

– Jestem trochę zaskoczony, tylko tyle. Nie wspomniano o tym w żadnym raporcie ani wywiadzie.

– Nie wierzy mi pan?

– To nie jest kwestia wiary. To fakt, który można sprawdzić. – Wziął do ręki komórkę i przez chwilę lub dwie stukał palcem w ekran, po czym skinął głową. – Siedemnasty stycznia, wschód księżyca o 19.43 czasu lokalnego, zachód o godzinie 2.19. – Stallings przesunął swój stołek w kierunku LeAnne. – Pełnia. Pamięta pani coś jeszcze?

– Nie lubię pełni.

– Dlaczego?

– Nie lubię pełni w trakcie misji – odwarknęła LeAnne. – Równie dobrze mogłaby nam towarzyszyć orkiestra dęta.

Tak naprawdę wyprowadziła ją z równowagi fizyczna bliskość Stallingsa. Przysunął się zaledwie o kilka centymetrów, ale jego obecność stała się przez to bardziej odczuwalna. Mógłby już sobie pójść.

Kapitan wciąż kiwał potakująco głową – chciał w ten sposób okazać LeAnne swoje wsparcie, nie zdając sobie sprawy, że doprowadza ją tym do szału.

– Nie lubiłam – poprawiła się LeAnne. – Nie lubiłam pełni, gdy wypadała w czasie misji.

– Rozumiem. Czy powiedziała pani o tym dowódcy?

– To nie działa w ten sposób.

– Nie? W takim razie jak to działa?

– Walczył pan kiedyś?

– Nie.

W pokoju zapadła cisza – szpitalna cisza wypełniona półszeptami, odgłosami aparatury i odległymi syrenami karetek. LeAnne przypomniała się inna pełnia – trening w świetle księżyca, skoki o tyczce na stadionie, na którym poza nią nie było żywej duszy. To właśnie wtedy udało jej się odkryć optymalne ułożenie nadgarstka podczas skoku. Tamten nocny trening otworzył jej drogę do prawdziwych sukcesów.

Kapitan Stallings przestał się uśmiechać. LeAnne poczuła, że jest blisko celu. Czy to miało jakiś sens? Tak jej się wydawało.

– Chciałbym pokazać pani kilka zdjęć – oznajmił Stallings. – Zobaczymy, czy kogoś pani rozpozna.

LeAnne wzruszyła ramionami.

Stallings sięgnął ponownie do teczki i wyciągnął z niej plik zdjęć w formacie trzynaście na osiemnaście centymetrów. Pokazywał je LeAnne jedno po drugim. Kilka pierwszych fotografii przedstawiało Afgańczyków; niektórzy ubrani byli w stylu zachodnim, inni mieli na sobie tradycyjne stroje, dwóch nosiło mundury polowe afgańskiej armii.

– Nie – odpowiedziała LeAnne. – Nie, nie, nie, nie. I tego także nie.

– Jest pani pewna?

– Tak. Dlaczego pan pyta?

– Chciałem to tylko potwierdzić.

Stallings zamierzał odłożyć kolejne zdjęcie na spód stosu, kiedy LeAnne złapała go za kościsty nadgarstek. Poczuła, jak jest chłodny, co oznaczało, że ona sama była rozpalona. Kapitan otworzył szeroko oczy, jakby jej zachowanie go zdumiało. Przez chwilę doświadczyła swojej dawnej siły.

– Chciałabym jeszcze raz rzucić okiem.

– Oczywiście. Żaden problem. – Uwolnił rękę z uścisku. Pozwoliła mu. Jej dawna siła gdzieś odeszła. Albo w ogóle zniknęła. Próbowała odnaleźć ją w sobie, ale na próżno. – Wszystko w porządku? – zapytał Stallings.

– Tak.

– Wydawało mi się, że przez chwilę poczuła się pani gorzej.

– Nic mi nie jest.

Uważnie przypatrywała się zdjęciu. Wszystkich Afgańczyków cechowała pewnego rodzaju odmienność. Trzeba nauczyć się nie zwracać na nią uwagi, jeśli ma się zamiar cokolwiek tam, w Afganistanie, zrobić albo przynajmniej odróżnić jednego Afgańczyka od drugiego. Owa odmienność ujawniała się przede wszystkim wtedy, gdy stawali przed obiektywem aparatu albo gdy mieli do czynienia z zachodnimi kobietami. Znikała niemal zupełnie, kiedy się uśmiechali, ale z doświadczenia LeAnne wynikało, że nie zdarzało się to zbyt często.

Mężczyzna na zdjęciu nie uśmiechał się. Nosił podobne nakrycie głowy co prezydent Karzai, zrobione z karakułów, czyli, jak się dowiedziała w trakcie szkolenia, skór i futer abortowanych płodów jagniąt tej rasy. Czapka z karakułów? Czemu nie? A jednak przeszkadzało jej to wtedy i przeszkadzało teraz. Czy wszystko trzeba wykorzystać? Czy wszystko musi się dostać w chciwe ręce człowieka? Sfotografowany mężczyzna miał wąską twarz, odstające uszy i głęboko osadzone, ciemne, błyszczące inteligencją oczy. LeAnne wydawało się, że to on się jej przygląda.

– Zmieniła pani zdanie? – zapytał Stallings.

– Nie – odpowiedziała. – Nigdy wcześniej go nie widziałam. Kto to?

– Gulab Yar-Muhammad. Przynajmniej pod takim nazwiskiem go znamy. Yar-Muhammad znaczy „przyjaciel Mahometa”. To może być prawdziwe, wcale nie tak rzadkie nazwisko albo przydomek niosący pewne przesłanie. Nom de guerre, jeśli wie pani, co to znaczy.

Spojrzenie LeAnne ześlizgnęło się ze zdjęcia na nadgarstek Stallingsa. Lekko poczerwieniał od jej uścisku. Prawidłowo.

– Mamy informacje, które łączą go z wydarzeniami, jakie rozegrały się nocą siedemnastego stycznia.

– Jakie informacje?

– Przepraszam, ale niektóre szczegóły są tajne.

– Co, do diabła? Przecież mam poświadczenie bezpieczeństwa.

– Niestety, poruszając ten temat, wkraczamy w „szarą strefę” – oświadczył Stallings, a LeAnne zauważyła, że zagapił się na jej opaskę. – Ale – dodał, dostrzegając pewnie zmianę wyrazu jej twarzy – lepiej chyba zostawić dyskusje na ten temat prawnikom?

To zbiło LeAnne z tropu. Stallings zaczął opowiadać o Gulabie Yar-Muhammadzie, o rzeczach, które ten być może zrobił lub nie zrobił, o ludziach, których być może znał lub nie znał. LeAnne wykonała kilka nieznacznych ruchów lewą ręką, które mogły wydawać się bezcelowe, ale nie byłyby takie, gdyby trzymała w dłoni tyczkę. Jej nadgarstek wciąż pamiętał, wciąż był nadgarstkiem czempionki; nie zapomniał, co zrobić, żeby zapewnić jej tych kilka dodatkowych centymetrów, decydujących o wygranej. Och, skakać o tyczce w świetle księżyca w pełni! Niewiele brakowało, żeby zaczęła śnić o tym na jawie. Marzeniom bliżej jednak było do sennych wizji nawiedzających człowieka nocą: czaiły się na dnie jej prawego oczodołu, gdzie zawsze panowała ciemność. I nagle to sobie uświadomiła – teraz każdego dnia o każdej porze nosi w sobie noc.

– Czuje się pani zmęczona? – zapytał kapitan.

Skupiła wzrok na jego twarzy.

Przyglądał się jej z troską.

– Nie.

Wyciągnął rękę. Wyglądało to tak, jakby chciał ją poklepać po kolanie, ale sekundę później zmienił zdanie.

– Dokończymy innym razem. Będziemy wtedy wiedzieć więcej. Na każdy temat. Chciałbym jedynie, żeby przyjrzała się pani teraz jeszcze jednemu zdjęciu. – Wyciągnął ze stosu kolejną fotografię.

– To Katie.

– Katie?

– Oczywiście, Katie. Moja tłumaczka. Musiał pan to wiedzieć.

Pokiwał głową.

– Chciałem to tylko potwierdzić. Proszę mi o niej opowiedzieć.

– Co chce pan wiedzieć?

LeAnne spojrzała ponownie na zdjęcie. Katie – tak naprawę Kathena, ale wszyscy, to znaczy wszyscy Amerykanie, zwracali się do niej Katie – wpatrywała się gdzieś przed siebie pustym wzrokiem. Patrząc na to zdjęcie, nikt nie domyśliłby się, jak bardzo była zabawna; fotografia wiernie oddawała jednak jej urodę. Była drobną, zadziorną kobietą. Szybko zrzucała burkę, kiedy wchodziły do domów, w których przebywały tylko kobiety i dzieci. Na zewnątrz, w obecności pogrążonych w dyskusji mężczyzn, Katie wygłaszała pod adresem dyskutantów obraźliwe komentarze w języku angielskim. Z twarzą ukrytą za zasłoną burki wymyślała im od „imbecyli, zakutych łbów i nieuków”; rzucała te obelgi pogodnym tonem, starając się naśladować nienaganny akcent prezenterów BBC. W takich chwilach zwycięstwo wydawało się LeAnne możliwe, choć zarazem bardzo odległe.

– Coś jej się stało? – zapytała LeAnne. – Powiedzieli mi, że wszystko z nią w porządku. Nie było jej na liście.

– Nic jej się nie stało. Dzięki pani. Kathena wiele pani zawdzięcza. Niezależnie od wszystkiego.

– Niezależnie od wszystkiego? Nie rozumiem.

Kapitan Stallings schował zdjęcie i zamknął walizkę.

– To dopiero początek naszych rozmów. Mam nadzieję, że za kilka dni będę mógł powiedzieć pani więcej.

Wstał.

– Proszę skupić się na powrocie do zdrowia.

– Ale co miał pan na myśli, mówiąc o Katie?

Uśmiechnął się i powtórzył:

– Niedługo dowie się pani więcej.

Kiedy wyszedł, wstała i zaczęła szperać w szufladzie. Znalazła. Kiedy dostała tę listę? Tutaj? W Landstuhl? Jeszcze wcześniej? Kto jej to dał? I dlaczego? LeAnne nie potrafiła odpowiedzieć na żadne z tych pytań. Sprawdziła listę. Nie było na niej Katie. Zobaczyła sześć nazwisk w porządku alfabetycznym. Pięciu Afgańczyków i jeden Amerykanin – kapitan Jamie R. Cray, lat trzydzieści. Przyczyna śmierci: „Wybuch. Siły wroga”. Ta lakoniczna notatka była podsumowaniem dwóch błędów, które popełniła.

* * *

Marci wróciła do pokoju bez swoich kul. Nosiła teraz czarno-srebrną protezę nogi, wyglądającą bardzo nowocześnie i zarazem elegancko.

– Wow! – zawołała LeAnne. – To taka proteza, dzięki której można bardzo szybko biegać, prawda?

– Lepiej, kurwa, żeby tak było – odpowiedziała Marci, kuśtykając w kierunku łóżka, na którym po chwili usiadła, mocno zaciskając wargi.

– To boli?

– Jak skurwysyn. Podobno za jakiś czas ból przejdzie. – Marci przyglądała się swoim stopom: tej prawdziwej i tej sztucznej. Obie obute były w jaskrawoczerwone adidasy.

– Dostałaś nowe buty?

– Za darmo. Dobrze wiedzieć, że można dostać coś w życiu za darmo, LeAnne. Idzie ku lepszemu.

LeAnne podeszła do łóżka Marci, usiadła obok niej i objęła ją ramieniem. Razem przyglądały się nowej nodze Marci.

– Jest na swój sposób piękna – rzekła LeAnne. – Naprawdę.

– Niektórych facetów to kręci. Tak przynajmniej twierdzi moja fizjoterapeutka.

– Wierzę jej.

Marci pokiwała głową.

– Mężczyźni już niczym mnie nie zaskoczą.

LeAnne roześmiała się. Marci dołączyła do tego wybuchu wesołości. Hej! Czyżby mój śmiech wciąż był zaraźliwy?, pomyślała LeAnne i śmiech momentalnie uwiązł jej w gardle.

Ciąg dalszy książki dostępny w wersji pełnej.