Wydawca: Bernardinum Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 226 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Po co praktykować, gdy się wierzy? - Alain Quilici, Denis La Balme

"Jestem katolikiem niepraktykującym", czy nawet częściej: "Jestem wierzącym niepraktykującym", to sformułowania, które wcale nie należą dziś do rzadkości. Wielu ludzi odnajduje się w tego rodzaju deklaracjach. Nabrały one cech utartych formuł. Przestają nas nawet zdumiewać. Wręcz porażają swoją banalnością.

Denis La Balme, jako filozof, postanowił rozważyć na nowo znaczenie powyższych sformułowań. Alain Quilici, dominikanin, autor wielu książek, nie pozostał natomiast obojętny wobec faktu, że praktyki religijne traktowane są jako opcja, którą da się pominąć. Rozważania obu autorów wzajemnie się dopełniają, podejmując istotny dziś temat: Po co praktykować, gdy się wierzy??

Opinie o ebooku Po co praktykować, gdy się wierzy? - Alain Quilici, Denis La Balme

Fragment ebooka Po co praktykować, gdy się wierzy? - Alain Quilici, Denis La Balme

Ty­tuł ory­gi­na­łu

Po­urqu­oi pra­ti­qu­er qu­and on est croy­ant?

© Édi­tions des Béa­ti­tu­des 2008

Bur­tin, 41-600 No­uan-le-Fu­ze­lier

So­ci­été des Oeu­vres Com­mu­nau­ta­ires, gru­dzień 2008

© Wy­daw­nic­two „Ber­nar­di­num”, Sp. z o.o.

Pel­plin 2013

re­dak­cja

Anna Fasz­czo­wa

pro­jekt okład­ki

Mar­cin Li­piń­ski

Ni­hil ob­stat

ks. Zdzi­sław Be­ne­dict

cen­zor ksiąg re­li­gij­nych

Im­pri­ma­tur

f Ry­szard Ka­sy­na

Bi­skup Pel­pliń­ski

Pel­plin, dnia 14 stycz­nia 2013 r.

L.dz. 2/2013/K.0rd.

Wy­daw­nic­two „Ber­nar­di­num” Sp. z o.o.

ul. Bi­sku­pa Do­mi­ni­ka 11, 83-130 Pel­plin

tel. +48 58 536 17 57; fax +48 58 536 17 26

ber­nar­di­num@ber­nar­di­num.com.pl

www.ber­nar­di­num.com.pl

ISBN 978-83-7823-047-2

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

PRZEDMOWA

„Je­stem ka­to­li­kiem nie­prak­ty­ku­ją­cym”, czy na­wet czę­ściej: „Je­stem wie­rzą­cym nie­prak­ty­ku­ją­cym”, to sfor­mu­ło­wa­nia, któ­re wca­le nie na­le­żą dziś do rzad­ko­ści. Wie­lu lu­dzi od­naj­du­je się w tego ro­dza­ju de­kla­ra­cjach. Na­bra­ły one cech utar­tych for­muł. Prze­sta­ją nas na­wet zdu­mie­wać. Wręcz po­ra­ża­ją swo­ją ba­nal­no­ścią.

De­nis La Bal­me, jako fi­lo­zof, po­sta­no­wił roz­wa­żyć na nowo zna­cze­nie po­wyż­szych sfor­mu­ło­wań. Z lo­gicz­ne­go punk­tu wi­dze­nia sta­wia spra­wę na­stę­pu­ją­co: czy nie ma sprzecz­no­ści w tym, że dana oso­ba uwa­ża się za wie­rzą­cą i nie­prak­ty­ku­ją­cą? Czy wia­ra i prak­ty­ki re­li­gij­ne nie są czymś nie­roz­łącz­nym? Jego wy­wód zmie­rza do re­flek­sji nad samą moż­li­wo­ścią by­cia wie­rzą­cym nie­prak­ty­ku­ją­cym. Taka jest treść pierw­szej czę­ści ni­niej­szej książ­ki. De­nis La Bal­me się­ga do źró­deł tego współ­cze­sne­go po­dej­ścia, od­wo­łu­jąc się mię­dzy in­ny­mi do my­śli Je­ana-Ja­cqu­esa Ro­us­se­au.

Ala­in Qu­ili­ci, do­mi­ni­ka­nin, au­tor wie­lu ksią­żek, nie po­zo­stał na­to­miast obo­jęt­ny wo­bec fak­tu, że prak­ty­ki re­li­gij­ne trak­to­wa­ne są jako opcja, któ­rą da się po­mi­nąć. Zbyt wie­lu wie­rzą­cych, rów­nież wie­rzą­cych ka­to­li­ków, uwa­ża wpraw­dzie wia­rę za coś istot­ne­go, lecz jej prak­ty­ko­wa­nie za spra­wę dru­go­rzęd­ną. Lu­dzie dziś – twier­dzi Ala­in Qu­ili­ci – po­win­ni od­na­leźć dro­gę do praw­dzi­we­go Po­kar­mu, do sa­me­go źró­dła Ży­cia. Jest rze­czą god­ną po­ża­ło­wa­nia, że wie­lu za­gu­bi­ło wraż­li­wość na pięk­no ce­le­bra­cji eu­cha­ry­stycz­nej. Świa­dom tego, że nie­prak­ty­ku­ją­cy ka­to­li­cy nie do­strze­ga­ją skar­bu, któ­ry jest tak bli­sko, Ala­in Qu­ili­ci OP pro­po­nu­je, żeby mó­wić, wręcz ob­wiesz­czać zna­cze­nie prak­tyk re­li­gij­nych w ży­ciu wie­rzą­cych. Jego wy­wód za­war­ty zo­stał w dru­giej czę­ści książ­ki.

Roz­wa­ża­nia obu au­to­rów wza­jem­nie się do­peł­nia­ją. De­nis La Bal­me pyta: „Czy moż­na wie­rzyć i nie prak­ty­ko­wać?”, zaś Ala­in Qu­ili­ci OP sta­wia nas wo­bec kwe­stii: „Dla­cze­go prak­ty­ko­wać, gdy się wie­rzy?”. Obaj uzna­li za waż­ne, by w Anek­sach, od­wo­łu­jąc się do spe­cja­li­stów, uka­zać re­la­cje za­cho­dzą­ce mię­dzy wia­rą a prak­ty­ką w in­nych re­li­giach. W ni­niej­szej książ­ce, bę­dą­cej ko­lej­nym owo­cem ich współ­pra­cy1, po­dej­mu­ją de­li­kat­ny te­mat, któ­re­go dzi­siaj nie spo­sób po­mi­nąć.

CZĘŚĆ PIERWSZADENIS LA BALMECzy można wierzyći nie praktykować?

I. Porzucanie praktyk religijnych

1. Po­wszech­ny brak prak­tyk

Kim są „wie­rzą­cy nie­prak­ty­ku­ją­cy”? Wszy­scy, któ­rzy w ten spo­sób sie­bie okre­śla­ją, po­twier­dza­ją brak prak­tyk re­li­gij­nych (w przy­pad­ku chrze­ści­ja­ni­na ozna­cza to brak mo­dli­twy, cho­dze­nia do ko­ścio­ła, uczest­nic­twa we Mszy świę­tej itd.), ale mó­wią, że wie­rzą. Uwa­ża­ją się za wie­rzą­cych, nie prak­ty­ku­jąc swej wia­ry, czy­li nie re­ali­zu­jąc jej w co­dzien­nym ży­ciu. Nie jest więc pew­ne, czy fak­tycz­nie wie­rzą. Być może za­tem nie­słusz­nie na­zy­wa­ją sie­bie ludź­mi wie­rzą­cy­mi?

Brak prak­tyk re­li­gij­nych jest sze­ro­ko roz­po­wszech­nio­nym zwy­cza­jem. Wie­lu chrze­ści­jan zo­sta­ło ochrzczo­nych, przy­stą­pi­ło do Pierw­szej Ko­mu­nii świę­tej, do bierz­mo­wa­nia, a jed­nak daw­no temu po­rzu­ci­ło Ko­ściół. Na­rze­cze­ni przy­go­to­wu­ją­cy się do mał­żeń­stwa są w przy­tła­cza­ją­cej więk­szo­ści – jak sami mó­wią – „ka­to­li­ka­mi nie­prak­ty­ku­ją­cy­mi”. Po­dob­nie jest z wie­lo­ma człon­ka­mi ro­dzin spo­ty­ka­ją­cy­mi się na po­grze­bie albo z nie­któ­ry­mi ro­dzi­ca­mi za­pi­su­ją­cy­mi swo­je dzie­ci na lek­cje re­li­gii. Wszyst­kie naj­now­sze son­da­że wska­zu­ją na po­rzu­ca­nie wia­ry, a przede wszyst­kim prak­tyk re­li­gij­nych.

Co­raz mniej Fran­cu­zów przy­zna­je się otwar­cie do swe­go ka­to­li­cy­zmu, po­cząw­szy od wie­rzą­cych uczniów cho­dzą­cych do ko­le­dży i pry­wat­nych li­ce­ów ka­to­lic­kich. Wie­lu uczniów wsty­dzi się wo­bec ko­le­gów tego, że wie­rzy, i, co gor­sza, że prak­ty­ku­je. Na­wet lu­dziom do­ro­słym, in­te­lek­tu­ali­stom, na­ukow­com czy fi­lo­zo­fom, trud­no jest o tym gło­śno mó­wić. Przy­zna­wa­nie się do swe­go ka­to­li­cy­zmu to na­ra­ża­nie się na dys­kwa­li­fi­ka­cję w płasz­czyź­nie in­te­lek­tu­al­nej. Myśl chrze­ści­jań­ską uwa­ża się bo­wiem za ska­żo­ną przez wia­rę, a nie za ra­cjo­nal­ną i obiek­tyw­ną. Od­po­wie­dzial­ne­mu po­li­ty­ko­wi dzien­ni­ka­rze każą się nie­ustan­nie tłu­ma­czyć i uspra­wie­dli­wiać, że jest ka­to­li­kiem, gdyż dla nich jest to rów­no­znacz­ne z sek­ciar­stwem i wstecz­nic­twem. Dy­rek­tor ka­to­lic­kiej te­le­wi­zji KTO, Da­mien Du­fo­ur, są­dzi, że mamy do czy­nie­nia z ewi­dent­nym kom­plek­sem przy­zna­wa­nia się do wia­ry. Nie po­ma­ga w tym ob­raz Ko­ścio­ła pre­zen­to­wa­ny w me­diach2. Re­kla­my po­ka­zu­ją mni­chów i za­kon­ni­ków w gro­te­sko­wych sy­tu­acjach, a naj­mniej­sze gor­szą­ce wy­da­rze­nie z ich udzia­łem bez­li­to­śnie przed­sta­wia się w re­por­ta­żach czy dzien­ni­kach te­le­wi­zyj­nych. Gdy­by w po­dob­ny spo­sób po­stę­po­wa­no z ra­bi­na­mi lub ima­ma­mi, czy nie wy­wo­ła­ło­by to sil­nych re­ak­cji w ich wspól­no­tach?

Sy­tu­acja, w któ­rej wia­ra, zwłasz­cza chrze­ści­jań­ska, jest dys­kre­dy­to­wa­na, z pew­no­ścią nie pro­wa­dzi do an­ty­kle­ry­ka­li­zmu we wcze­śniej­szym wy­da­niu, ro­dzi jed­nak ugrzecz­nio­ną lub kpią­cą obo­jęt­ność, po­łą­czo­ną z ol­brzy­mią nie­wie­dzą. Otwar­te przy­zna­wa­nie się do wia­ry chrze­ści­jań­skiej, na­wet w li­ceum ka­to­lic­kim, wy­da­wa­ło­by się, przy­chyl­nie do niej na­sta­wio­nym, wią­że się nie­kie­dy z hero izmem. Ro­sną­ce po­wo­dze­nie szkol­nic­twa pry­wat­ne­go nie po­win­no prze­sła­niać rze­czy­wi­stych mo­ty­wa­cji ro­dzi­ców za­pi­su­ją­cych swo­je dzie­ci do tego ro­dza­ju szkół. Naj­czę­ściej nie czy­nią oni tego ze wzglę­du na prze­ko­na­nia re­li­gij­ne, ale żeby unik­nąć nie­po­wo­dzeń dziec­ka w na­uce i prze­mo­cy w szko­le. Ro­dzi­ców przy­cią­ga­ją pew­ne ramy, dys­cy­pli­na, na­wet ry­gor, o któ­ry trud­no w szko­le pu­blicz­nej; rzad­ko jed­nak to, co pro­po­nu­je w da­nej pla­ców­ce dusz­pa­ster­stwo.

Fran­cu­zi py­ta­ni w an­kie­tach o prze­ko­na­nia re­li­gij­ne nie od­po­wia­da­ją szcze­rze i chęt­nie. Na pod­sta­wie an­kiet moż­na jed­nak za­uwa­żyć, że co­raz mniej prak­ty­ku­je spo­śród tych, któ­rzy uwa­ża­ją się za ka­to­li­ków. 13% przy­zna­je się do oka­zjo­nal­nych (z uwa­gi na szcze­gól­ne oko­licz­no­ści) prak­tyk re­li­gij­nych. 47% (!) uwa­ża się za wie­rzą­cych nie­prak­ty­ku­ją­cych3. Je­dy­nie 8-9% (za­leż­nie od son­da­ży) prak­ty­ku­je re­gu­lar­nie. Te ostat­nie dane do­ty­czą­ce prak­tyk spa­dły zresz­tą z 13% w 1988 roku do mniej niż 9% obec­nie. Prak­ty­ku­ją­cy ka­to­li­cy cho­dzą re­gu­lar­nie na Mszę świę­tą, ale rzad­ko czy­ta­ją Pi­smo Świę­te, pra­wie nie uczest­ni­czą w ka­te­che­zach czy w mo­dli­twie ró­żań­co­wej, jesz­cze rza­dziej cho­dzą na spo­tka­nia grup mo­dli­tew­nych czy ad­o­ra­cję Naj­święt­sze­go Sa­kra­men­tu. Sta­ty­sty­ki wska­zu­ją na sys­te­ma­tycz­ny spa­dek licz­by chrztów dzie­ci (z 444 571 w 1992 roku do 385 460 w 2002 roku), jak rów­nież licz­by wy­świę­ca­nych księ­ży (1000 rok­rocz­nie na po­cząt­ku lat pięć­dzie­sią­tych XX wie­ku do 105 w 2003 roku4). Nie cho­dzi o to, żeby po­tę­piać czy osą­dzać, ale żeby zwy­czaj­nie stwier­dzić, że prak­ty­ku­ją­cy chrze­ści­ja­nie są w mniej­szo­ści i ich licz­ba sta­le spa­da.

Nikt nie może po­zo­sta­wać na ten fakt obo­jęt­nym. Dla­cze­go co­raz mniej ka­to­li­ków prak­ty­ku­je? Jak do­szło do tego, że Ko­ściół stra­cił na atrak­cyj­no­ści i zna­cze­niu? Dla­cze­go uczest­nic­two we Mszy świę­tej jest igno­ro­wa­ne przez tylu ka­to­li­ków?

Trze­ba bę­dzie naj­pierw ujaw­nić przy­czy­ny, nie­kie­dy ukry­te, z po­wo­du któ­rych do­szło do ta­kie­go osła­bie­nia prak­ty­ki chrze­ści­jań­skiej wia­ry. Nie­prak­ty­ku­ją­cy ka­to­lik musi za­dać so­bie py­ta­nie, czy po­rzu­ca­jąc Ko­ściół, może w dal­szym cią­gu na­zy­wać sie­bie chrze­ści­ja­ni­nem. Ale i ten, kto prak­ty­ku­je, kto uwa­ża się za „do­bre­go” chrze­ści­ja­ni­na, po­wi­nien za­dać so­bie py­ta­nie, dla­cze­go tylu jego bra­ci nie chce go na­śla­do­wać. Kto wie, czy nie ja sam by­łem przy­czy­ną zgor­sze­nia lub prze­szko­dy w wie­rze mo­ich bli­skich? Każ­dy ka­to­lik we­zwa­ny jest do roz­wa­że­nia w su­mie­niu tej kwe­stii, co sta­no­wi je­den z prze­ja­wów od­po­wie­dzial­no­ści i so­li­dar­no­ści, ja­kie z chwi­lą chrztu sta­ły się na­szym udzia­łem. Czy za­wsze je­ste­śmy do­bry­mi świad­ka­mi? Czy księ­ża nie mają so­bie nic do za­rzu­ce­nia? Co my­śleć na przy­kład o ce­le­bran­sach ostro stro­fu­ją­cych wier­nych, któ­rzy nie śpie­wa­ją pod­czas li­tur­gii? Nie­zręcz­na for­ma po­uczeń mo­ral­nych, na przy­kład pod­czas ka­za­nia, może nie­któ­rych wier­nych na dłu­go znie­chę­cić do po­ja­wie­nia się w ko­ście­le. A co z ro­dzi­ca­mi, któ­rzy zmu­sza­ją swo­je dzie­ci, już do­ro­słe, do cho­dze­nia na Mszę, a gdy nie idą, mają im to za złe i tym sa­mym wy­mie­rza­ją im karę? Czy to naj­lep­szy spo­sób, by je za­chę­cić? Czy

Po­wszech­ny brak prak­tyk za­wsze wzbu­dza­my w in­nych pra­gnie­nie prak­ty­ko­wa­nia i mo­dli­twy w Ko­ście­le?

Nie­tz­sche, któ­ry, zresz­tą, ob­rał so­bie chrze­ści­jań­stwo za ulu­bio­ny cel ata­ków, czę­sto mó­wił swo­im bli­skim, że pa­trząc na chrze­ści­jan wy­cho­dzą­cych z ko­ścio­ła, wca­le nie ma ocho­ty do nie­go wstę­po­wać. Ko­ściół nie jest ze­wnętrz­ną wo­bec nas in­sty­tu­cją, zło­żo­ną je­dy­nie z pa­pie­ża, bi­sku­pów i pre­zbi­te­rów – jest tak­że, i przede wszyst­kim, lu­dem wie­rzą­cych, wspól­no­tą bra­ci Je­zu­sa, do któ­rej się przy­łą­czam; jest moją praw­dzi­wą ro­dzi­ną na zie­mi i w nie­bie. Sło­wa te od­no­szą się do nas wszyst­kich jako do człon­ków tej sa­mej ro­dzi­ny.

Rzecz w tym, by wie­dzieć, czy słusz­nie ktoś uwa­ża się za wie­rzą­ce­go, gdy nie prak­ty­ku­je. Albo ja­kim ro­dza­jem czło­wie­ka wie­rzą­ce­go ktoś taki jest? Co brak prak­tyk od­sła­nia z sa­mej isto­ty wia­ry? Czy mogę wie­rzyć tak samo i w to samo, kie­dy prak­ty­ku­ję i kie­dy nie prak­ty­ku­ję? Czy prak­ty­ka i wia­ra są do tego stop­nia roz­dziel­ne, iż da się po­twier­dzić jed­ną, ne­gu­jąc za­ra­zem dru­gą? Czym za­tem jest wia­ra, któ­rej się nie prak­ty­ku­je? Czy fak­tycz­nie ma ra­cję ktoś, kto uwa­ża się za ka­to­li­ka, a od lat nie prze­stą­pił pro­gu świą­ty­ni?

Jak okre­ślić „nie­prak­ty­ku­ją­ce­go” eko­lo­ga? Co są­dzić o kimś, kto wy­gła­sza pięk­ne prze­mo­wy na te­mat ocie­ple­nia kli­ma­tu, pięk­na przy­ro­dy itp., ale wska­ku­je do wiel­kie­go auta, żeby je­chać po pie­czy­wo na dru­gi ko­niec uli­cy, albo kto po­chwa­la me­to­dę re­cy­klin­gu śmie­ci, ale nie ma ocho­ty se­gre­go­wać wła­snych? Czy da­ło­by się po­wie­dzieć o kimś ta­kim, że jest „eko­lo­gicz­ny”? A kim jest nie­prak­ty­ku­ją­cy nu­dy­sta?! A kim spor­to­wiec, któ­ry w ogó­le nie upra­wiał­by spor­tu? A mąż, któ­ry nie oka­zy­wał­by mi­ło­ści swo­jej żo­nie? Czy mi­łość, któ­rej się nie oka­zu­je, jest jesz – cze mi­ło­ścią? Czy moż­na mó­wić o mi­ło­ści do dziec­ka, je­śli nig­dy się go nie przy­tu­li­ło?

Czym jest taka wia­ra, któ­rej się nie prak­ty­ku­je? Czy po­sia­da­ne prze­ko­na­nia da się po­go­dzić z bra­kiem wcie­la­nia ich w ży­cie? Czy brak prak­tyk, ogól­nie rzecz bio­rąc, nie na­ru­sza w zna­czą­cy spo­sób sa­mej wia­ry?

Czy czło­wiek wie­rzą­cy na­praw­dę wie­rzy, kie­dy nie prak­ty­ku­je? Czy wy­ra­że­nie „wie­rzą­cy nie­prak­ty­ku­ją­cy” ma jesz­cze ja­kiś sens? Czy nie jest samo w so­bie sprzecz­ne?

Aby pod­jąć pró­bę od­po­wie­dzi na te py­ta­nia, trze­ba przed­sta­wić po­wo­dy cał­ko­wi­te­go za­nie­cha­nia prak­tyk albo po­dej­mo­wa­nia ich tyl­ko przy­pad­ko­wo i epi­zo­dycz­nie. Dla­cze­go tak wie­lu chrze­ści­jan opusz­cza dziś Ko­ściół, a szcze­gól­nie Mszę świę­tą?

Czy za prak­ty­ka­mi re­li­gij­ny­mi lub za ich bra­kiem nie stoi swo­iste po­ję­cie wia­ry? Re­du­ku­je się ją do su­biek­tyw­ne­go prze­ko­na­nia, ze­spo­łu po­glą­dów, mniej lub bar­dziej mgli­stych opi­nii bez kon­kret­nych kon­se­kwen­cji i oso­bi­ste­go za­an­ga­żo­wa­nia. Wszyst­ko dzie­je się tak, jak­by przed­mio­tem wia­ry był zbiór idei, do któ­rych moż­na przy­lgnąć ro­zu­mem, nie przyj­mu­jąc prak­tycz­nych tego skut­ków na płasz­czyź­nie wy­bo­rów ży­cio­wych.

Czym w grun­cie rze­czy jest wia­ra? Do ja­kiej wia­ry, w co czy kogo, je­ste­śmy za­pro­sze­ni, kie­dy uwa­ża­my się za chrze­ści­jan?

2. Uspra­wie­dli­wia­nie bra­ku prak­tyk

Po­wo­dów, któ­re uspra­wie­dli­wia­ją brak prak­tyk re­li­gij­nych lub ich ogra­ni­cze­nie do mi­ni­mum, jest nie­ma­ło. U wie­lu lu­dzi wia­ra i prak­ty­ka nie na­le­żą dziś do tej sa­mej sfe­ry i nie moż­na ani nie na­le­ży ich ze sobą mie­szać. Wia­ra po­strze­ga­na jest jako coś we­wnętrz­ne­go i głę­bo­ko oso­bi­ste­go, a prak­ty­ka jako coś ze­wnętrz­ne­go i płyt­kie­go. Wia­ra to coś czy­ste­go, cze­go prak­ty­ka nie po­win­na za­bru­dzić. Ów roz­ziew mię­dzy tym, co we­wnętrz­ne i czy­ste, a tym, co ze­wnętrz­ne i nie­czy­ste, wi­dać we wszyst­kich dzie­dzi­nach, na­wet da­le­kich od ja­kiej­kol­wiek re­li­gij­no­ści.

Z tego ro­dza­ju lo­gi­ką mamy do czy­nie­nia na przy­kład w przy­pad­ku rze­czy­wi­sto­ści okre­śla­nej jako nie­wy­sło­wio­na. Ła­two przy­cho­dzi nam do gło­wy, że kie­dy do­świad­cza­my cze­goś moc­ne­go, wiel­kie­go, in­ten­syw­ne­go, nie je­ste­śmy w sta­nie od­dać tego sło­wa­mi. Nie po­win­ni­śmy na­wet pró­bo­wać tego ro­bić, żeby tej rze­czy­wi­sto­ści nie znie­kształ­cić. Wo­li­my wte­dy za­milk­nąć. Z jed­nej stro­ny za­tem mamy czy­stość tego, co jest od­bie­ra­ne we­wnętrz­nie, z dru­giej zaś nie­do­sko­na­łość i nie­czy­stość tego, co jest wy­ra­ża­ne na ze­wnątrz i sfor­mu­ło­wa­ne w mo­wie. Moż­na by jed­nak za­dać so­bie py­ta­nie: czym jest od­czu­cie, któ­re nie zo­sta­je wy­po­wie­dzia­ne, uświa­do­mio­ne i pod­da­ne re­flek­sji?

Lo­gi­kę tę wi­dać tak­że w pew­nym po­dej­ściu do mał­żeń­stwa. Twier­dzi się, iż wy­star­czy sama mi­łość, że więź mi­ło­sna jest czymś oso­bi­stym, nie ma za­tem po­trze­by wy­ra­żać jej po­przez ze­wnętrz­ne i spo­łecz­ne za­an­ga­żo­wa­nie. W osta­tecz­no­ści, nie­bra­nie ślu­bu sta­no­wi tu do­wód mi­ło­ści. Wcho­dze­nie w mał­żeń­stwo to na­ra­ża­nie mi­ło­ści na wy­na­tu­rze­nie, „ubra­nie” jej w umow­ny, pu­blicz­ny akt, któ­ry tyl­ko ją znie­kształ­ca. Lu­dzie, któ­rzy się po­bie­ra­ją, tak na­praw­dę się nie ko­cha­ją, po­nie­waż po­trze­bu­ją wi­dzial­ne­go, ze­wnętrz­ne­go za­an­ga­żo­wa­nia, żeby się nie­ja­ko upew­nić co do siły ich rze­ko­mej mi­ło­ści.

Taki spo­sób my­śle­nia w na­tu­ral­ny spo­sób prze­ni­ka do re­li­gij­no­ści: prak­ty­ko­wa­nie, a zwłasz­cza kult, kala czy­stość wia­ry. Wia­ra, oso­bi­sta wia­ra jest – jak się uwa­ża – czyst­sza, wznio­ślej­sza, pięk­niej­sza niż jej ze­wnętrz­ne prze­ja­wy. Wie­rzą­cy nie­prak­ty­ku­ją­cy może są­dzić, że jest lep­szym wie­rzą­cym niż ten, kto prak­ty­ku­je, kto wy­ra­ża na ze­wnątrz swo­ją wia­rę i od­czu­wa po­trze­bę świad­cze­nia o niej, by po­czuć się pew­niej. W ten spo­sób w mnie­ma­niu nie­prak­ty­ku­ją­ce­go wia­ra i prak­ty­ka sta­ją się so­bie wro­gie: praw­dzi­wa wia­ra od­su­wa na bok prak­ty­ki re­li­gij­ne, oce­nia­jąc je jako nie­po­trzeb­ne i nie­bez­piecz­ne, od­bie­ra­ją­ce wie­rze jej szcze­rość i au­ten­tycz­ność.

Chrze­ści­ja­nie nie­prak­ty­ku­ją­cy my­ślą, że istot­ne jest samo ży­cie, a nie kult, Msza świę­ta, mo­dli­twa. Jed­ną prak­ty­kę prze­ciw­sta­wia­ją dru­giej. Roz­dzie­la­ją za­an­ga­żo­wa­nie w wie­rze, w Ko­ście­le od za­an­ga­żo­wa­nia w świe­cie. Mogą po­wie­dzieć, że prak­ty­ku­ją swo­ją wia­rę, ale poza Ko­ścio­łem. Mó­wią, że żyją jak chrze­ści­ja­nie i to im wy­star­czy. Twier­dzą na­wet, że ich prak­ty­ka jest war­to­ściow­sza od kul­tu. Za hi­po­kry­tów uwa­ża­ją oso­by, któ­re za­do­wa­la­ją się mo­dli­twą, ale nie żyją po chrze­ści­jań­sku. Uwa­ża­ją je za zdol­ne pro­sić Boga o prze­ba­cze­nie, ale nie­prze­ba­cza­ją­ce swo­im bli­skim, zdol­ne gło­sić mi­ło­sier­dzie, ale nie­peł­nią­ce uczyn­ków mi­ło­sier­dzia itd. Wy­glą­da­ją one na chrze­ści­jan, ale ich po­boż­ność jest za­fał­szo­wa­na. Oni sami za to są praw­dzi­wi, na­wet je­śli ich nie wi­dać i je­śli nie wy­su­wa­ją się na­przód. Praw­dzi­wa wia­ra – jak mó­wią – jest ukry­ta, da­le­ka od osten­ta­cji i nie po­zwa­la się za­mknąć w ko­ściel­nych mu­rach. Trze­ba przy­znać, że pięt­nu­jąc ob­łu­dę nie­któ­rych osób prak­ty­ku­ją­cych, mają nie­jed­no­krot­nie ra­cję. Nie wy­star­czy bo­wiem cho­dzić na Mszę i re­gu­lar­nie się mo­dlić, aby być w po­rząd­ku z Bo­giem i brać­mi. Być chrze­ści­ja­ni­nem to coś wy­jąt­ko­wo pa­sjo­nu­ją­ce­go, ale rów­nież wy­ma­ga­ją­ce­go.

Jed­nak od­dzie­la­nie fak­tu ży­cia po chrze­ści­jań­sku od fak­tu prak­ty­ko­wa­nia swej wia­ry w Ko­ście­le jest nie­po­waż­ne. Uspra­wie­dli­wia­nie bra­ku kul­tu przez moc­ne pod­kre­śla­nie roz­dzia­łu mię­dzy prak­tycz­ną re­ali­za­cją w ży­ciu war­to­ści chrze­ści­jań­skich (mi­łość, sza­cu­nek, prze­ba­cze­nie, wiel­ko­dusz­ność itd.) a uczest­nic­twem w ży­ciu Ko­ścio­ła, zwłasz­cza w jego wy­mia­rze sa­kra­men­tal­nym, nie świad­czy ani o od­wa­dze, ani o rze­czo­wo­ści. Nie moż­na tego uznać ani za słusz­ne, ani za spra­wie­dli­we.

Prze­szko­dy w re­gu­lar­nym prak­ty­ko­wa­niu wia­ry mogą być bar­dzo pro­za­icz­ne i sta­no­wić prze­jaw le­ni­stwa lub za­nie­dba­nia. Na Mszę świę­tą bo­wiem trze­ba prze­wi­dzieć czas, na­sta­wić w nie­dzie­lę rano bu­dzik, wstać… Udział w Eu­cha­ry­stii do­ma­ga się zresz­tą wy­sił­ku: uwa­gi, sku­pie­nia. Do­ty­czy to na­wet po­sta­wy cia­ła – na­le­ży wstać, usiąść, zno­wu wstać, nie­kie­dy uklęk­nąć. Zresz­tą, w ogó­le mo­dli­twa wy­ma­ga wy­go­spo­da­ro­wa­nia pew­ne­go cza­su i prze­zna­cze­nia go dla Boga. Na­wet zwy­czaj­nej mo­dli­twy w ro­dzi­nie nie bę­dzie bez odro­bi­ny or­ga­ni­za­cji i woli. Ko­niecz­ne ży­cio­we za­da­nia, suk­ce­sy za­wo­do­we, ale tak­że obo­wiąz­ki i tro­ski wy­peł­nia­ją cały dzień, a Bóg jest ostat­nim ob­słu­żo­nym, je­śli w ogó­le się jesz­cze o Nim pa­mię­ta…

Msze świę­te od­bie­ra­ne są jako rze­czy­wi­stość sztyw­na, smut­na, w któ­rej trud­no uczest­ni­czyć. Mają one poza tym po­wta­rza­ją­cą się struk­tu­rę: ko­lej­ność wy­stę­po­wa­nia czy­tań, psal­mu, mo­dli­twy wier­nych, Ko­mu­nii świę­tej jest za­wsze taka sama. Bar­dziej uciąż­li­we może być uczest­nic­two we Mszy świę­tej ani­że­li w wy­kła­dzie. Eu­cha­ry­stia ma za­wsze po­dob­ny prze­bieg, w okre­ślo­nych mo­men­tach po­ja­wia­ją się te same ge­sty, któ­rym to­wa­rzy­szą te same sło­wa – wy­po­wia­da­ne wpraw­dzie przez sa­me­go Chry­stu­sa w trak­cie ostat­niej Wie­cze­rzy, ale jed­nak te same. Stąd wra­że­nie zmę­cze­nia i nie­ukry­wa­nej nudy, któ­rych nie roz­wie­ją śpie­wy uwa­ża­ne za ba­nal­ne i ni­ja­kie. Na Mszę świę­tą idzie się jak na spek­takl, moż­na więc po­czuć się roz­cza­ro­wa­nym i prze­stać na nią przy­cho­dzić. Za tym roz­cza­ro­wa­niem stoi ego­izm: czło­wiek nie przy­cho­dzi na Mszę przede wszyst­kim dla Boga, ale dla sie­bie. Chce „od­czuć” Bożą mi­łość, coś prze­żyć, po­czuć się le­piej. Kie­dy ka­za­nie oka­zu­je się mało tra­fio­ne, śpie­wy nie­wy­star­cza­ją­co pod­nio­słe, asy­sta nie dość roz­mo­dlo­na, a gra or­ga­ni­sty kiep­ska, czło­wiek wy­cho­dzi roz­cza­ro­wa­ny, a na­wet roz­gnie­wa­ny, i nie ma zbyt­niej chę­ci po­ja­wić się zno­wu w świą­ty­ni.

Aby zre­kom­pen­so­wać so­bie ten brak wy­raź­nej sa­tys­fak­cji, chrze­ści­ja­nie zwra­ca­ją się w stro­nę ru­chów na­zy­wa­nych cha­ry­zma­tycz­ny­mi. Ta­kie wspól­no­ty jak na przy­kład Em­ma­nu­el czy Wspól­no­ta Bło­go­sła­wieństw dają moż­li­wość uczest­nic­twa w bar­dziej ra­do­snej, ży­wej ce­le­bra­cji, pod­czas któ­rej moż­na śpie­wać, kla­skać, a na­wet tań­czyć. Nie trze­ba ga­nić róż­nych prze­ja­wów tej sa­mej wia­ry. Jan Pa­weł II czę­sto się nimi cie­szył, wi­dząc w Od­no­wie Cha­ry­zma­tycz­nej zwia­stu­ny tak upra­gnio­nej no­wej ewan­ge­li­za­cji. Jed­nak mo­ty­wy, dla któ­rych moż­na przy­lgnąć do tych prak­tyk na mar­gi­ne­sie „ofi­cjal­ne­go” prak­ty­ko­wa­nia, nie za­wsze są zdro­we. Je­śli w grę wcho­dzi je­dy­nie pięk­no ce­le­bra­cji lub spo­tkań mo­dli­tew­nych, by­ło­by to krót­ko­wzrocz­ne. Nie­któ­rym zda­rza się na­wet wpaść w pu­łap­kę od­dzie­la­nia swo­jej wspól­no­ty – Em­ma­nu­el, Opus Dei czy ja­kiej­kol­wiek in­nej – od Ko­ścio­ła; wolą bar­dziej tę od tam­tej, za­po­mi­na­jąc, że prze­cież na­le­żą do wspól­no­ty znacz­nie więk­szej niż oni sami.

Do wspo­mnia­nej pew­nej sztyw­no­ści li­tur­gii do­cho­dzi jesz­cze obo­wią­zek nie­dziel­nej Mszy świę­tej, co lu­dzie dziś nie za­wsze na­le­ży­cie ro­zu­mie­ją. Obo­wią­zek ten bywa uwa­ża­ny za krę­po­wa­nie wol­no­ści, a na­wet po­gwał­ce­nie oso­bi­stej swo­bo­dy wy­zna­wa­nia wia­ry, jako przy­mus i prze­moc. Kie­dy więc do sztyw­no­ści ce­re­mo­nii do­cho­dzi jej ob­li­ga­to­ryj­ny cha­rak­ter, nie­wie­le już trze­ba, by współ­cze­sny czło­wiek po­rzu­cił Ko­ściół.

3. Za­chę­ta do bra­ku prak­tyk

Po­wo­dy od­da­le­nia się od kul­tu lub jego ogra­ni­cze­nia są za­tem róż­no­ra­kie, mogą jed­nak spro­wa­dzać się do jed­ne­go – za­sad­ni­cze­go i pod­sta­wo­we­go po­wo­du.

Od pew­ne­go cza­su lu­dzie po­strze­ga­ją wia­rę przede wszyst­kim jako wy­bór. Do nich na­le­ży wy­bór, czy wie­rzą czy nie wie­rzą, oraz przy­na­leż­ność, lub nie, do okre­ślo­nej re­li­gii. Sam wy­bór za­le­ży od ich wła­snej wraż­li­wo­ści. Ka­to­li­kiem za­tem był­by ktoś, kto „czu­je”, że praw­da znaj­du­je się w prze­sła­niu chrze­ści­jań­skim, agno­sty­kiem ten, kto mówi, że o ni­czym nie wie, zaś ate­istą czło­wiek, któ­ry twier­dzi, że nie od­czu­wa ist­nie­nia Boga itd. Wia­ra wy­pły­wa­ła­by za­tem z na­szych oso­bi­stych wra­żeń. Nie mia­ła­by in­ne­go uza­sad­nie­nia poza nimi i za­le­ża­ła­by je­dy­nie od nas.

Rów­nież z uwa­gi na te od­czu­cia, a na­wet wspo­mnia­ną wraż­li­wość, od­rzu­ca się prak­ty­ki re­li­gij­ne, bo – jak sły­szy­my – nie „od­czu­wa się” ta­kiej ko­niecz­no­ści, nie „do­świad­cza się” ta­kiej po­trze­by.

Wraż­li­wość ta do­cho­dzi w nas tak­że do gło­su, kie­dy Msza nas roz­cza­ro­wu­je, ka­za­nie usy­pia, a śpie­wy nie po­ry­wa­ją tak, jak by­śmy so­bie tego ży­czy­li. Miej­sce, ja­kie przy­zna­je się wła­snym od­czu­ciom czy wraż­li­wo­ści w ob­sza­rze wia­ry, jak rów­nież bra­ku prak­tyk re­li­gij­nych, jest bar­dzo duże.

A jed­nak to szcze­gól­ne po­dej­ście do re­li­gii w ogó­le ma swo­je po­cząt­ki gdzie in­dziej. Na pew­no nie tyl­ko fi­lo­zo­fia od­po­wia­da za po­wszech­nie pa­nu­ją­ce opi­nie, by­ło­by jed­nak ab­sur­dem twier­dzić, że nie od­gry­wa ona żad­nej roli w for­mo­wa­niu albo de­for­mo­wa­niu umy­słów. To wła­śnie fi­lo­zo­fo­wie, od­no­sząc się do tego za­gad­nie­nia, zre­du­ko­wa­li wia­rę do wy­bo­ru za­leż­ne­go od na­szej wraż­li­wo­ści i oso­bi­stej hi­sto­rii ży­cia.

Taki fi­lo­zof jak Jean-Paul Sar­tre od­rzu­cił Boga bez żad­ne­go uza­sad­nie­nia. Zde­cy­do­wał, że po­zbę­dzie się Go jako zbęd­nej hi­po­te­zy. Prze­ko­na­nie re­li­gij­ne jest ta­kim sa­mym prze­ko­na­niem jak każ­de inne: moż­na od­czu­wać jego ko­niecz­ność albo zbęd­ność. Opi­su­jąc swój de­fi­ni­tyw­ny wy­bór, czy­li od­rzu­ce­nie Boga, Sar­tre uży­wa na­stę­pu­ją­cych słów: „Bóg ist­niał, ale ja w ogó­le się tym nie zaj­mo­wa­łem. A póź­niej w La Ro­chel­le, cze­ka­jąc któ­re­goś dnia na pan­ny Ma­cha­do, z któ­ry­mi jeź­dzi­łem ra­zem rano do li­ceum, znie­cier­pli­wi­łem się ich spóź­nie­niem i żeby czymś za­jąć so­bie czas, po­sta­no­wi­łem po­my­śleć o Bogu. «A więc – po­wie­dzia­łem so­bie – Bóg nie ist­nie­je». Była to au­ten­tycz­na oczy­wi­stość, choć zu­peł­nie nie wie­dzia­łem, na czym ona się opie­ra­ła. I na tym ko­niec, już nig­dy wię­cej o tym nie my­śla­łem; ani nie zaj­mo­wa­łem się tym umar­łym Bo­giem, ani mnie nie ob­cho­dzi­ło, czy żyje. Przy­pusz­czam, że by­ło­by trud­no zna­leźć mniej re­li­gij­ną na­tu­rę od mo­jej. Kwe­stię tę za­ła­twi­łem raz na za­wsze, w wie­ku 12 lat”5.

Sko­ro wia­ra to je­dy­nie oso­bi­sty wy­bór wy­pły­wa­ją­cy z ludz­kiej wraż­li­wo­ści, to po­dob­nie dzie­je się z jej prak­ty­ko­wa­niem. Cho­dze­nie do ko­ścio­ła, przyj­mo­wa­nie sa­kra­men­tów, udział we Mszy świę­tej są je­dy­nie su­biek­tyw­ny­mi wy­bo­ra­mi, któ­re wy­ni­ka­ją z na­sze­go oso­bi­ste­go po­dej­ścia do Boga. Prak­ty­ki re­li­gij­ne mają tę samą na­tu­rę co wia­ra: je­śli „czu­ję”, że Bóg za­pra­sza mnie do słu­cha­nia Jego sło­wa, je­śli od­czu­wam ko­niecz­ność pój­ścia na Mszę, wte­dy idę. W prze­ciw­nym ra­zie – nie. Każ­dy czu­je to, co chce. Każ­dy robi, co chce. Czyż nie na tym po­le­ga by­cie wol­nym czło­wie­kiem? Jak w tej sy­tu­acji nie od­czu­wać obo­wiąz­ku pój­ścia na Mszę jako przy­mu­su, prze­szko­dy dla na­szej peł­nej au­to­no­mii? Czy wol­ność nie ozna­cza by­cia w zgo­dzie z sa­mym sobą, z tym, co od­czu­wa się w głę­bi sie­bie?

Ta­kie czy­sto zmy­sło­we, oso­bi­ste i fa­kul­ta­tyw­ne po­dej­ście do wia­ry jest dzi­siaj bar­dzo roz­po­wszech­nio­ne. Prze­kra­cza ono, zresz­tą, wy­łącz­nie ramy re­li­gii, gdyż do­ty­czy wszyst­kich ludz­kich czy­nów. Nic – jak się zda­je – nie umy­ka tej lo­gi­ce do­sko­na­łej au­to­no­mii: od aktu gło­so­wa­nia do wy­bo­ru za­wo­du, od na­szych zo­bo­wią­zań aż po wy­bór za­war­cia mał­żeń­stwa i za­ło­że­nia ro­dzi­ny, od na­szych upodo­bań do­ty­czą­cych spo­so­bu ubie­ra­nia się aż po ży­cie sek­su­al­ne itd. Za­ni­ka mo­ral­ność obiek­tyw­na na rzecz cał­kiem su­biek­tyw­nej „mo­ral­no­ści” – każ­dy sam so­bie ma da­wać war­to­ści. Je­ste­śmy tym sa­mym zno­wu ode­sła­ni do mo­ral­no­ści Sar­tre’a, a ra­czej do ne­ga­cji mo­ral­no­ści, co uspra­wie­dli­wia on i uza­sad­nia we wszyst­kich swo­ich tek­stach6.

Żeby jed­nak zro­zu­mieć fun­da­men­ty tego współ­cze­sne­go po­dej­ścia do wia­ry i do jej fa­kul­ta­tyw­ne­go prak­ty­ko­wa­nia, trze­ba się­gnąć spo­ro wstecz. Fi­lo­zo­fem, któ­ry nie­za­prze­czal­nie upra­wo­moc­nił taki spo­sób po­strze­ga­nia re­li­gii, jest Jean-Ja­cqu­es Ro­us­se­au.

4. Re­li­gia na­tu­ral­na u Ro­us­se­au

Jean-Ja­cqu­es Ro­us­se­au po­dej­mu­je te­mat re­li­gii w swo­im dzie­le o wy­cho­wa­niu no­szą­cym ty­tuł Emil czy­li o wy­cho­wa­niu. Opi­su­je w nim ide­al­ne wy­cho­wa­nie pew­ne­go fik­cyj­ne­go chłop­ca o imie­niu Emil. Księ­ga IV trak­tu­je o jego wy­cho­wa­niu re­li­gij­nym. Myśl Ro­us­se­au wi­dać w fik­cyj­nym zwie­rze­niu, ja­kie swe­mu „ucznio­wi” czy­ni pe­wien wi­ka­ry. Tekst ten nosi ty­tuł Wy­zna­nie wia­ry wi­ka­re­go sa­baudz­kie­go i obej­mu­je pra­wie całą IV Księ­gę.

Wi­ka­ry na wstę­pie mówi Emi­lo­wi, że ma za sobą dłu­gi i uciąż­li­wy okres zwąt­pie­nia. Nie mo­gąc zy­skać żad­nej pew­no­ści, za­czął roz­pacz­li­wie po­szu­ki­wać praw­dy, czy­ta­jąc fi­lo­zo­fów. Ale ra­tu­nek z ich stro­ny nie nad­szedł. Fi­lo­zo­fo­wie – jak twier­dzi wi­ka­ry – prze­czą so­bie na­wza­jem, są dum­ni, za­nad­to pew­ni sie­bie, do­gma­tycz­ni i my­ślą je­dy­nie, jak dla swej wła­snej chwa­ły wpro­wa­dzić w błąd ro­dzaj ludz­ki. Roz­cza­ro­wa­ny ra­cjo­nal­nym po­zna­niem, któ­re nie dość, że nie roz­wia­ło jego wąt­pli­wo­ści, bar­dziej jesz­cze je po­więk­szy­ło, wi­ka­ry w spo­sób na­tu­ral­ny do­szedł do ufa­nia tyl­ko jed­ne­mu: we­wnętrz­ne­mu świa­tłu. Mówi do swe­go ucznia: „Wy­bra­łem więc in­ne­go prze­wod­ni­ka. Po­wie­dzia­łem so­bie: radź­my się le­piej świa­tła we­wnętrz­ne­go”7. Dla­cze­go Ro­us­se­au mówi o we­wnętrz­nym świe­tle?

Wi­ka­ry – choć na­le­ża­ło­by od tej chwi­li mó­wić: Ro­us­se­au, któ­re­go jest on rzecz­ni­kiem – prze­pro­wa­dzi te­raz, aby się „wy­tłu­ma­czyć”, apo­lo­gię wra­że­nia. Jest ono, zda­niem Ro­us­se­au, o tyle cen­ne, że usta­na­wia mój bez­po­śred­ni kon­takt z tym, co czu­ję. Nie mogę ra­cjo­nal­nie wąt­pić, że trzy­mam w ręku książ­kę, że je­stem głod­ny albo że jest mi zim­no. W tym sen­sie „nie może być fał­szem, że czu­ję to, co czu­ję”8. Błąd nie tkwi w sa­mym wra­że­niu, ale w tym, co o nim my­ślę. Za­wsze praw­dą jest, że kij za­nu­rzo­ny w wo­dzie wy­da­je mi się zła­ma­ny, ale to moja myśl każe mi są­dzić, że tak fak­tycz­nie jest. To ona i je­dy­nie ona mnie zwo­dzi. Moż­li­wość błę­du tkwi nie w sa­mym wra­że­niu, ale w tym, co o nim po­my­ślę. Po­wi­nie­nem za­tem trzy­mać się wra­że­nia, aby mieć pew­ność, że się nie mylę. Na przy­kład za­miast my­śleć, że to mój przy­ja­ciel idzie w moim kie­run­ku, po­wi­nie­nem po­prze­stać na tym, co wi­dzę, a wi­dzę nie­wy­raź­ną syl­wet­kę, któ­ra z da­le­ka przy­po­mi­na mo­je­go przy­ja­cie­la. Nie oce­nia­jąc tego, co do­świad­czam, trzy­mam się tego, co do­świad­czam, i w ten spo­sób nig­dy nie mogę się po­my­lić. Wra­że­nie – zda­niem Ro­us­se­au – jest bez­po­śred­nie i pew­ne, zaś osąd, swo­bod­ny i ka­pry­śny, pro­wa­dzi do róż­nych in­ter­pre­ta­cji i błę­dów. Po­nie­waż wra­że­nie jest nie­pod­wa­żal­ne, a osąd wąt­pli­wy, Ro­us­se­au usta­na­wia re­gu­łę, któ­ra leży u pod­staw wia­ry: trze­ba być po­słusz­nym, słu­chać od­czu­cia, iść za „we­wnętrz­nym świa­tłem” i od­rzu­cić osąd. Czu­ję to, co jest praw­dą, resz­ta może być tyl­ko wąt­pli­wa. Ro­us­se­au za­pra­sza nas, by­śmy pod­da­li się wła­snej wraż­li­wo­ści, aby nie od­sta­wać od re­aliów. Ów dziw­ny fi­lo­zof pro­po­nu­je nam nie my­śleć, ale czuć.

Ro­us­se­au wy­po­wia­da się na te­mat „oczy­wi­sto­ści ser­ca”, czy­li tego, co bez­po­śred­nio, w oczy­wi­sty spo­sób od­czu­wa­my. Te oczy­wi­sto­ści ser­ca są rów­nież „ar­ty­ku­ła­mi wia­ry”, a ar­ty­ku­ły te sta­ną się fun­da­men­ta­mi „re­li­gii na­tu­ral­nej”. Wia­ra jest więc je­dy­nie zmy­sło­wa, a pew­na dla­te­go, że je­dy­nie zmy­sło­wa. Nig­dy Ro­us­se­au nie uka­zu­je tego, w co wie­rzy; za­do­wa­la się po­wie­dze­niem, że „czu­je”, co jest praw­dą: „Wiem o tym stąd, że (…) czu­ję w so­bie”9; „nie wiem, lecz na so­bie do­świad­czam, że…”10; „Wi­dzę to, a ra­czej czu­ję”11. Jego ro­zum nie jest prze­ko­na­ny, a in­te­li­gen­cja w ża­den spo­sób po­cią­gnię­ta, wy­star­czy je­dy­nie „we­wnętrz­ne prze­ko­na­nie”12, żeby wie­rzyć. Wia­ra jest czy­sto zmy­sło­wa.

Ów pry­mat wra­żeń czy też od­czu­wa­nia nad ro­zu­mem i in­te­li­gen­cją za­sa­dza się na dwóch przed­sta­wio­nych przez Ro­us­se­au ar­gu­men­tach.

Zgod­nie z pierw­szym wcze­śniej­sze od ro­zu­mu jest od­czu­cie, ma więc w so­bie coś czy­ste­go, pier­wot­ne­go: „Żyć – to dla nas zna­czy czuć. Od­czu­wa­nie nie­wąt­pli­wie po­prze­dza ro­zum. Już mamy uczu­cia, za­nim zdo­by­li­śmy po­ję­cia”13. Od­czu­cie (albo to, co od­czu­wal­ne) jest tym sa­mym wol­ne od ja­kie­go­kol­wiek wpły­wu, znisz­cze­nia, ja­kiej­kol­wiek ze­wnętrz­nej in­ter­wen­cji. Owa uprzed­niość od­czu­cia wo­bec ro­zu­mu od­sy­ła do bez­po­śred­nie­go aspek­tu wra­że­nia: przed­miot jest od­czu­wa­ny pier­wot­nie, bez­po­śred­nio, za­nim po­ja­wi się choć­by mgli­sta i zwo­dzą­ca nas myśl.

Dru­gi ar­gu­ment do­ty­czy sa­mej ce­lo­wo­ści wra­że­nia. Wra­że­nie, za­pi­sa­ne w nas dużo wcze­śniej ani­że­li my­śle­nie, jest nam dane po to, by nas pod­trzy­mać przy ży­ciu. Wra­że­nie jest czymś na wskroś wi­tal­nym. Głód, pra­gnie­nie, cie­pło, zim­no, go­rycz, kwa­śność itd. nie są je­dy­nie fa­kul­ta­tyw­ny­mi wra­że­nia­mi, bez któ­rych mógł­bym się po pro­stu obejść. Są one dla mo­je­go ży­cia nie­odzow­ne. Ko­muś, kto nie ma ape­ty­tu albo prze­sta­je go od­czu­wać, gro­zi nie­bez­pie­czeń­stwo. Ko­muś, kto nie od­czu­wa pra­gnie­nia albo cie­pła, za­gra­ża cho­ro­ba, a na­wet śmierć. Wra­że­nie nie pro­wa­dzi z nami ja­kiejś gry – jest na­szym naj­lep­szym sprzy­mie­rzeń­cem. Jego ce­lem jest za­cho­wa­nie nas przy ży­ciu. Dla­te­go mo­że­my, a na­wet po­win­ni­śmy na nie li­czyć. Nie mogę li­czyć ani na świat ze­wnętrz­ny, ani na moje my­śle­nie, ani na in­nych lu­dzi, ani na tra­dy­cje i in­sty­tu­cje. Mogę li­czyć wy­łącz­nie na sa­me­go sie­bie, na to, co do­świad­czam, co od­czu­wam.

Cze­go więc uczy mnie moje we­wnętrz­ne wra­że­nie? Uczy mnie trzech waż­nych spraw, któ­re sta­ną się u Ro­us­se­au fi­la­ra­mi re­li­gii na­tu­ral­nej.

Wi­ka­ry sa­baudz­ki mówi do Emi­la, że ma­te­ria jest w ru­chu albo w spo­czyn­ku. Sko­ro nie za­wsze jest w ru­chu, to zna­czy, że ruch nie jest dla niej czymś istot­nym, nie jest wpi­sa­ny w jej na­tu­rę, ale po­cho­dzi od cze­goś in­ne­go niż ona sama. Sko­ro ma­te­ria nie ma żad­nej siły, aby sa­mo­dziel­nie dzia­łać, ozna­cza to, że przyj­mu­je ruch. Tak więc je­śli ogra­ni­czam się do tego, co wi­dzę, je­dy­nie do mo­ich wra­żeń, to cały ma­te­rial­ny wszech­świat jawi mi się jako bę­dą­cy w ru­chu. Je­że­li wszech­świat jest ma­te­rial­ny, ozna­cza to, że otrzy­mu­je on ruch od cze­goś in­ne­go niż on sam. Ro­us­se­au za­tem czu­je, czy­li wie, że ruch świa­ta za­kła­da jego ze­wnętrz­ną przy­czy­nę: „Świat za­tem nie jest ol­brzy­mim zwie­rzę­ciem, któ­re ru­sza się spon­ta­nicz­nie. Musi więc ist­nieć ja­kaś ze­wnętrz­na przy­czy­na tego ru­chu, któ­rej ja nie mogę do­strzec. A jed­nak we­wnętrz­ne prze­ko­na­nie o tej przy­czy­nie jest tak nie­od­par­te, że nie mogę wi­dzieć za­cho­dzą­ce­go słoń­ca nie wy­obra­ża­jąc so­bie za­ra­zem siły, któ­ra to spra­wia, ani po­my­śleć, że zie­mia krę­ci się, nie wi­dząc jak gdy­by ręki, któ­ra nią ob­ra­ca”14.

Po­nie­waż wszel­ki ruch za­kła­da ja­kąś przy­czy­nę, aby wy­tłu­ma­czyć w ogó­le ruch we wszech­świe­cie, je­stem zmu­szo­ny przy­jąć przy­czy­nę osta­tecz­ną, któ­ra sama w so­bie nie jest już uprzy­czy­no­wa­na. Stąd sfor­mu­ło­wa­nie pierw­sze­go ar­ty­ku­łu wia­ry tej re­li­gij­no­ści na­tu­ral­nej: „I to jest pierw­sza moja za­sa­da. Wie­rzę więc, że ja­kaś po­tęż­na wola po­ru­sza świat i oży­wia przy­ro­dę. Taki jest pierw­szy mój do­gmat, czy­li pierw­szy ar­ty­kuł wia­ry”15. Ro­us­se­au na­zy­wa tę przy­czy­nę wszel­kie­go ru­chu „wolą”, aże­by wska­zać, że przy­czy­na ta po­win­na mieć za­sa­dę swe­go ru­chu w so­bie. W jaki spo­sób ta wola (któ­rej Ro­us­se­au nie na­zy­wa jesz­cze Bo­giem) po­ru­sza ów wszech­świat? Jak po­jąć, że nie­ma­te­rial­na wola mo­gła­by oży­wiać świat ma­te­rial­ny? Ro­us­se­au od­po­wia­da, że nic na ten te­mat nie wie, do­da­jąc: „lecz na so­bie do­świad­czam, że [ona to] po­wo­du­je”16, i to wy­star­czy.

Wi­ka­ry cią­gnie swój wy­kład, przy­na­glo­ny ko­niecz­no­ścią re­li­gij­ne­go wy­cho­wa­nia Emi­la, i for­mu­łu­je dru­gi ar­ty­kuł wia­ry: „O ile ruch ma­te­rii wska­zu­je mi na wolę, okre­ślo­ne pra­wa tego ru­chu świad­czą o ro­zu­mie – i to [jest] mój dru­gi ar­ty­kuł wia­ry”17. Ruch sam w so­bie za­kła­da ja­kąś wolę (pierw­szy ar­ty­kuł), ale pra­wa tego ru­chu za­kła­da­ją ja­kąś wolę ro­zum­ną (dru­gi ar­ty­kuł). Opie­ra­jąc się wy­łącz­nie na swo­ich wra­że­niach, Ro­us­se­au wi­dzi wszech­obec­ność po­rząd­ku na tym świe­cie: har­mo­nię by­tów, nie­zwy­kłą współ­pra­cę każ­de­go ele­men­tu dla za­cho­wa­nia wszyst­kich po­zo­sta­łych, sub­tel­ny cykl pór roku, nie­zwy­kły me­cha­nizm cha­rak­te­ry­zu­ją­cy każ­dy or­ga­nizm żywy itd. Dla Ro­us­se­au jest rze­czą nie­moż­li­wą, aby nie wi­dzieć, że świat jest do­sko­na­le upo­rząd­ko­wa­ny: „Ja­kim-że nie uprze­dzo­nym oczom wi­docz­ny po­rzą­dek pa­nu­ją­cy w świe­cie nie mówi o Naj­wyż­szym Ro­zu­mie?”18. Har­mo­nij­ny po­rzą­dek świa­ta po­zwa­la wi­ka­re­mu po­dzi­wiać „wy­na­laz­cę w szcze­gó­łach jego dzie­ła”19. Tak więc po­rzą­dek za­kła­da ja­kiś ro­zum. Ro­zum­ne upo­rząd­ko­wa­nie może być dzie­łem je­dy­nie ja­kie­goś ro­zu­mu. To oso­bi­ste prze­ko­na­nie wzmoc­nio­ne jest obec­no­ścią istot ro­zum­nych, czy­li osób: „Nie (…) mogę uwie­rzyć, (…) aże­by śle­py traf mógł stwo­rzyć isto­ty ro­zum­ne i żeby od tego, co nie my­śli, mo­gło po­cho­dzić to, co my­śli”20. Ro­us­se­au czu­je, że wszech­świat jest kie­ro­wa­ny przez Naj­wyż­szy Ro­zum. Ten Naj­wyż­szy Ro­zum, któ­ry wpra­wia wszech­świat w ruch i wszyst­ko po­rząd­ku­je, Ro­us­se­au de­cy­du­je się w koń­cu na­zwać Bo­giem. Wi­ka­ry po­spiesz­nie do­da­je, że nic nie wie o Bogu, że nie może Go znać, ale że wi­dzi Go w Jego dzie­łach. One to po­zwa­la­ją nam przy­pi­sy­wać Mu trzy cha­rak­te­ry­stycz­ne atry­bu­ty: ro­zum, po­tę­gę i do­broć.

Ro­us­se­au czu­je, że Bóg jest ro­zum­ny. Nie zna zu­peł­nie Bo­skie­go ro­zu­mu. Nie wie, jak Bóg my­śli i na­wet, czy my­śli („Bóg jest ro­zum­ny, lecz co to zna­czy?”21). Na­sze we­wnętrz­ne od­czu­cie mówi nam je­dy­nie, że Bóg o wszyst­kim wie i wszyst­ko zna, po­nie­waż jest za­sa­dą wszyst­kie­go. Ro­zum Boga moż­na od­czy­tać z upo­rząd­ko­wa­nia świa­ta.

Bóg jest rów­nież po­tęż­ny. Sko­ro wszyst­ko uczy­nił, to ze wzglę­du na swą wszech­moc. Je­śli po­tę­ga ludz­ka dzia­ła po­przez środ­ki, to Bo­ska po­tę­ga dzia­ła sama z sie­bie: „Bóg może dla­te­go, że chce. Jego wola jest czy­nią­cą Siłą”22. W przy­pad­ku Boga wy­star­czy chcieć, żeby móc – w tym tkwi Jego wszech­moc.

I, w koń­cu, Bóg jest do­bry. „Ten, kto wszyst­ko może, chcieć może tyl­ko do­bra”23. Tak więc do­broć Boga jest skut­kiem Jego siły. Wi­ka­ry okre­śla do­broć jako umi­ło­wa­nie po­rząd­ku, po­nie­waż to przez po­rzą­dek Bóg pod­trzy­mu­je wszyst­ko, co ist­nie­je, i wią­że każ­dą część z ca­ło­ścią. Za­cho­wu­jąc ów po­rzą­dek, Bóg jest „spra­wie­dli­wy”. Spra­wie­dli­wość Boga wy­pły­wa więc z Jego do­bro­ci.

Tak więc ro­zum, siła oraz do­broć łą­czą się w Bogu i prze­ni­ka­ją. „Bóg naj­do­sko­nal­szy, po­nie­waż jest źró­dłem wszel­kiej siły, po­wi­nien być i naj­spra­wie­dliw­szy”24.

Wi­ka­ry po­dej­mu­je ko­lej­ne roz­wa­ża­nie, pod