Wydawca: Buchmann Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 547 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Płytkie nacięcie - Karin Slaughter

 

 

Karin Slaughter jest bardzo odważną pisarką. Zabiera nas w mroczne, straszne miejsca, gdzie inni pisarze nigdy się nie zapuszczają.

Tess Gerritsen

Druga część z kryminalnego cyklu, którego akcja rozgrywa się w hrabstwie Grant, na amerykańskiej prowincji.

To może być najtrudniejsza, a na pewno najbardziej bolesna – bo dotycząca dzieci – sprawa w karierze Jeffreya Tollivera, komendanta policji w niewielkim Heartsdale w stanie Georgia. W tym samym czasie, gdy Sara Linton – miejscowa doktor pediatrii i koroner – znajduje w publicznej toalecie poćwiartowane zwłoki noworodka, policjant musi zapobiec morderstwu nastoletniego Marka Pattersona przez domniemaną matkę dziecka, Jenny Weaver. Tylko dzięki interwencji policjanta udaje się uratować życie Marka. Jenny, niestety, nie miała tyle szczęścia…

Jak wykaże sekcja zwłok, nie miała go również wcześniej – liczne ślady na ciele dziewczynki jasno wskazują, że stosowano wobec niej najpotworniejsze formy przemocy, również seksualnej. Kto mógł się dopuścić takiego bestialstwa wobec dziecka? Odpowiedź na to pytanie przejdzie najśmielsze oczekiwania Tollivera i Linton, a skala okrucieństwa, jakie wyrządzono, na zawsze już położy się cieniem na historii na pozór spokojnego, normalnego miasteczka.

W serii Fabryka Sensacji ukazały się najnowsze książki Karin Slaughter:

„Upadek” i „Zbrodniarz”, a także „Zaślepienie”, pierwszy tom z cyklu hrabstwo Grant. W przygotowaniu są inne tytuły z tej serii: „Zimny strach”, „Fatum”, i „Niewierny”.

 

Karin Slaughter jest jedną z lepszych autorek kryminałów w Ameryce.

„The Washington Post”

Opinie o ebooku Płytkie nacięcie - Karin Slaughter

Fragment ebooka Płytkie nacięcie - Karin Slaughter

PŁYT­KIE NA­CIĘ­CIE

KA­RIN SLAU­GH­TER

prze­ło­żył

Lech Z. Żo­łę­dziow­ski

Warszawa 2013

Ty­tuł ory­gi­na­łu Kis­scut

Co­py­ri­ght © by Ka­rin Slau­gh­ter, 2002

All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Prze­kład Lech Z. Żo­łę­dziow­ski

Ko­rek­ta Na­ta­lia Kra­szew­ska

Pro­jekt gra­ficz­ny wnę­trza i okład­ka Krzysz­tof Kieł­ba­siń­ski

Skład TYPO

ISBN 978-83-7881-164-0

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej Mi­chał Olew­nik / Wy­daw­nic­two W.A.B.i Mi­chał La­tu­sek / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.

00-372 War­sza­wa, ul. Fok­sal 17

tel. 22 828 98 08, 22 894 60 54

biu­ro@gwfok­sal.pl

De­dy­ku­ję Do­ris Smart, któ­rej mi­ło­ścią były fut­bol w Au­burn i czy­ta­nie – w tej wła­śnie ko­lej­no­ści

SOBOTA 1

Dan­cing qu­een – nu­ci­ła Sara Lin­ton w takt mu­zy­ki, ro­biąc ko­lej­ne okrą­że­nie. – Young and swe­et, only se­ven­te­en.

Z le­wej stro­ny do­biegł ją gło­śny hur­kot ro­lek. Obej­rza­ła się i w ostat­niej chwi­li po­chwy­ci­ła chłop­ca, za­nim zdą­żył na nią wpaść.

– Ju­stin? – Uśmiech­nę­ła się na wi­dok sied­mio­lat­ka i chwy­ci­ła go za ko­szul­kę, bo nogi na łyż­wo­rol­kach wy­gię­ły mu się w kost­kach.

– Dzień do­bry, pani dok­tor – wy­sa­pał, ła­piąc po­wie­trze. By na nią spoj­rzeć, mu­siał od­chy­lić zbyt duży kask, któ­ry ochra­niał jego gło­wę.

Sara pa­trzy­ła na nie­go, sta­ra­jąc się nie par­sk­nąć śmie­chem.

– Cześć, Ju­stin.

– Lubi pani taką mu­zy­kę? Moja mama też.

Spo­glą­dał na nią z lek­ko roz­chy­lo­ny­mi usta­mi. Jak więk­szość jej ma­łych pa­cjen­tów, Ju­stin wy­da­wał się za­sko­czo­ny tym, że spo­ty­ka ją poza kli­ni­ką. Cza­sem mia­ła wra­że­nie, że dzie­ci chy­ba wy­obra­ża­ją so­bie, iż miesz­ka w piw­ni­cy pod ga­bi­ne­tem i tyl­ko cze­ka, aż zja­wią się u niej z prze­zię­bie­niem albo go­rącz­ką.

– Bo wi­dzia­łem, jak pani śpie­wa­ła. – Ju­stin znów od­chy­lił kask do tyłu i przy oka­zji ude­rzył się w nos na­ło­kiet­ni­kiem.

– Po­cze­kaj. – Sara po­chy­li­ła się, by skró­cić mu pa­sek pod bro­dą. Mu­zy­ka była tak gło­śna, że po­czu­ła, jak pla­sti­ko­wa sprzącz­ka lek­ko wi­bru­je od ba­sów.

– Dzię­ki! – wy­krzyk­nął Ju­stin, nie wia­do­mo dla­cze­go kła­dąc obie dło­nie na ka­sku. Stra­cił przy tym rów­no­wa­gę i żeby nie upaść, mu­siał przy­trzy­mać się jej nogi.

Sara znów zła­pa­ła go za ko­szul­kę i pod­pro­wa­dzi­ła do po­rę­czy oka­la­ją­cej tor. Sama też przy­mie­rza­ła łyż­wo­rol­ki, ale zde­cy­do­wa­ła się w koń­cu na tra­dy­cyj­ne wrot­ki na czte­rech kół­kach. Nie mia­ła ocho­ty fik­nąć ko­zła na oczach po­ło­wy mia­stecz­ka. Ju­stin chwy­cił się po­rę­czy i za­chi­cho­tał, pa­trząc na jej wrot­ki.

– Ale pani ma wiel­kie nogi.

Sara spoj­rza­ła za­że­no­wa­na na swe sto­py. Od cza­su gdy skoń­czy­ła sie­dem lat, wszy­scy wciąż jej do­ku­cza­li z po­wo­du du­żych stóp. Mimo że była te­raz pra­wie trzy­dzie­ści lat star­sza, po­dob­nie jak wte­dy po­czu­ła gwał­tow­ną chęć, by scho­wać się pod koł­drę z mi­secz­ką lo­dów cze­ko­la­do­wych.

– Bo pani ma wrot­ki dla chło­pa­ków! – za­wo­łał Ju­stin, pu­ścił po­ręcz i mach­nął ręką w stro­nę jej wro­tek.

Sara zła­pa­ła go w ostat­niej chwi­li, ra­tu­jąc przed nie­chyb­nym upad­kiem.

– Ko­cha­siu – szep­nę­ła mu słod­ko do ucha – przy­po­mnę ci to, kie­dy przyj­dziesz do mnie na szcze­pie­nie.

Ju­stin z wy­sił­kiem uśmiech­nął się do pani dok­tor.

– Chy­ba mama mnie woła – wy­mam­ro­tał. Od­je­chał, trzy­ma­jąc się po­rę­czy i oglą­da­jąc przez ra­mię, by się upew­nić, że Sara za nim nie idzie.

Sara opar­ła się o po­ręcz, skrzy­żo­wa­ła ra­mio­na i pa­trzy­ła jak Ju­stin się od­da­la. Jak więk­szość pe­dia­trów, lu­bi­ła dzie­ci, ale to nie zna­czy­ło wca­le, że ma ocho­tę spę­dzać w ich to­wa­rzy­stwie so­bot­nie wie­czo­ry.

– To twój dzi­siej­szy ka­wa­ler? – spy­ta­ła Tes­sa, za­trzy­mu­jąc się obok.

Sara ob­rzu­ci­ła sio­strę po­nu­rym spoj­rze­niem.

– Nie wiesz przy­pad­kiem, jak ja da­łam się w to wro­bić?

– Bo mnie ko­chasz? – Tes­sa uśmiech­nę­ła się nie­pew­nie.

– Ja­sne – od­par­ła Sara i od­wza­jem­ni­ła uśmiech.

W od­da­li doj­rza­ła De­vo­na Loc­kwo­oda, ak­tu­al­ne­go chło­pa­ka Tes­sy, za­trud­nio­ne­go w ro­dzin­nej fir­mie hy­drau­licz­nej Lin­to­nów. Wiódł swe­go bra­tan­ka po to­rze dla ma­łych dzie­ci, a oj­ciec chłop­ca nie spusz­czał z nich czuj­ne­go spoj­rze­nia.

– Jego mat­ka mnie nie zno­si – mruk­nę­ła Tes­sa. – Ile razy się do nie­go zbli­żam, pa­trzy na mnie wil­kiem.

– Tata tak samo re­agu­je na na­szych zna­jo­mych – przy­po­mnia­ła jej Sara.

De­von za­uwa­żył, że go ob­ser­wu­ją, i po­ma­chał ręką.

– Świet­nie so­bie ra­dzi z dzieć­mi – za­uwa­ży­ła Sara, od­ma­chu­jąc.

– Ręce też ma spraw­ne – po­wie­dzia­ła ci­cho Tes­sa, jak­by do sie­bie, po czym spoj­rza­ła na Sarę. – No wła­śnie, a gdzie Jef­frey?

Sara po­pa­trzy­ła w stro­nę wej­ścia. Sama też się nad tym za­sta­na­wia­ła. I za­raz ze zdzi­wie­niem po­my­śla­ła, że nie po­win­no jej wła­ści­wie ob­cho­dzić, co się dzie­je z jej by­łym mę­żem.

– Nie wiem – od­par­ła. – Od kie­dy tu się zro­bi­ło tak tłocz­no?

– Jest so­bo­ta, se­zon pił­kar­ski jesz­cze się nie za­czął, więc co in­ne­go moż­na ro­bić? – od­rze­kła Tes­sa i nie da­jąc się zbyć, po­wtó­rzy­ła: – No to gdzie Jef­frey?

– Może nie przyj­dzie.

Uśmie­szek na twa­rzy Tes­sy świad­czył, że ma w za­na­drzu ja­kąś zło­śli­wość.

– No pro­szę, mów.

– Nie mam nic do po­wie­dze­nia – oświad­czy­ła Tes­sa ta­kim to­nem, że Sara nie była pew­na, czy sio­stra ją oszu­ku­je, czy nie.

– Tyl­ko się wi­du­je­my – prze­rwa­ła Sara, nie wie­dząc, kogo chce bar­dziej prze­ko­nać: sio­strę czy samą sie­bie. – To nic po­waż­ne­go – do­da­ła.

– Wiem.

– Wła­ści­wie na­wet się nie ca­łu­je­my.

Tes­sa unio­sła dło­nie w ge­ście pod­da­nia.

– Wiem – po­wtó­rzy­ła z uśmiesz­kiem.

– Spo­tka­li­śmy się tyl­ko parę razy. Nic wię­cej.

– Nie mu­sisz mnie prze­ko­ny­wać.

Sara jęk­nę­ła i opar­ła się o po­ręcz. Czu­ła się głu­pio, jak na­sto­lat­ka, nie jak doj­rza­ła ko­bie­ta. Roz­wio­dła się z Jef­frey­em dwa lata temu, gdy przy­ła­pa­ła go z wła­ści­ciel­ką za­kła­du szyl­dziar­skie­go. To, że za­czę­ła się z nim znów spo­ty­kać, było rów­nie nie­zro­zu­mia­łe dla niej, jak i dla ca­łej ro­dzi­ny. Z gło­śni­ków po­pły­nę­ła bal­la­da i świa­tła przy­ga­sły. Spod su­fi­tu zje­cha­ła lu­strza­na kula rzu­ca­ją­ca na cały tor świe­tli­ste re­flek­sy.

– Mu­szę iść do to­a­le­ty – po­wie­dzia­ła Sara. – Roz­glą­daj się za Jef­fem, do­bra?

Tes­sa rzu­ci­ła spoj­rze­nie po­nad ra­mie­niem sio­stry.

– Wła­śnie ktoś tam wcho­dzi.

– Te­raz mają tam dwie ka­bi­ny.

Sara spoj­rza­ła w stro­nę dam­skiej to­a­le­ty i za­uwa­ży­ła tęgą na­sto­lat­kę, któ­ra wła­śnie wcho­dzi­ła do środ­ka. Jen­ny We­aver, jed­na z jej pa­cjen­tek. Sara po­ma­cha­ła do niej, ale dziew­czy­na jej nie za­uwa­ży­ła.

– Miej­my na­dzie­ję, że wy­trzy­masz – par­sk­nę­ła Tes­sa.

Sara zmarsz­czy­ła brwi, pa­trząc, jak ko­lej­na na­sto­lat­ka, któ­rej nie zna­ła, zni­ka za drzwia­mi to­a­le­ty. Jak tak da­lej pój­dzie, prę­dzej jej ner­ki wy­sią­dą, nim Jef­frey się tu po­ja­wi.

Tes­sa kiw­nę­ła gło­wą w stro­nę drzwi.

– Mó­wi­łaś może o wy­so­kim przy­stoj­nym bru­ne­cie?

Z głu­pa­wym uśmiesz­kiem na twa­rzy Sara pa­trzy­ła, jak Jef­frey zmie­rza w kie­run­ku par­kie­tu. Wciąż jesz­cze był w swym ro­bo­czym stro­ju – ciem­no­gra­fi­to­wym gar­ni­tu­rze i bor­do­wym kra­wa­cie. Bę­dąc sze­fem po­li­cji w hrab­stwie Grant, znał więk­szość osób na sali. Roz­glą­dał się, za­pew­ne szu­ka­jąc wzro­kiem Sary, i od cza­su do cza­su sta­wał, żeby się z kimś przy­wi­tać. Sara po­sta­no­wi­ła nie uła­twiać mu za­da­nia i nie wy­chy­lać się z tłu­mu. W za­ist­nia­łej sy­tu­acji wo­la­ła zo­sta­wić jemu całą ini­cja­ty­wę. Po­zna­ła Jef­freya przy oka­zji jed­nej ze spraw w po­cząt­kach ka­rie­ry na sta­no­wi­sku miej­skie­go ko­ro­ne­ra. Przy­ję­ła obo­wiąz­ki le­ka­rza po­li­cyj­ne­go, bo po­trzeb­ne jej były do­dat­ko­we pie­nią­dze na spła­ce­nie od­cho­dzą­ce­go na eme­ry­tu­rę wspól­ni­ka Kli­ni­ki Dzie­cię­cej w He­arts­da­le. I mimo że dok­to­ra Bar­neya spła­ci­ła już wie­le lat temu, pra­cy dla po­li­cji nie prze­rwa­ła. Lu­bi­ła wy­zwa­nia sta­wia­ne przez pa­to­lo­gię są­do­wą.

Dwa­na­ście lat temu od­by­ła staż w po­go­to­wiu Gra­dy Ho­spi­tal w Atlan­cie i przej­ście z tej peł­nej na­pię­cia pra­cy, gdzie czę­sto se­kun­dy de­cy­do­wa­ły o ży­ciu i śmier­ci, do zaj­mo­wa­nia się nie­straw­no­ścia­mi i za­pa­le­nia­mi za­tok, sta­no­wi­ło dla niej ogrom­ny szok. Pra­ca ko­ro­ne­ra sta­wia­ła przed nią wy­zwa­nia, któ­re utrzy­my­wa­ły jej umysł w sta­nie go­to­wo­ści.

W koń­cu Jef­frey ją do­strzegł i uśmiech­nął się, pró­bu­jąc uwol­nić dłoń z uści­sku Bet­ty Rey­nolds, wła­ści­ciel­ki miej­sco­we­go skle­pu z tan­de­tą. Uśmiech za­marł mu na twa­rzy, gdy ta nie dała za wy­gra­ną.

Sara do­my­śla­ła się, o co Bet­ty cho­dzi. W cią­gu ostat­nich trzech mie­się­cy ktoś dwu­krot­nie wła­my­wał się do jej skle­pu. Z po­sta­wy Bet­ty biło roz­draż­nie­nie i mimo że Jef­frey my­śla­mi wy­raź­nie był gdzie in­dziej, nie prze­sta­wa­ła mó­wić.

W koń­cu Jef­frey ski­nął gło­wą i klep­nął ją po ra­mie­niu, za­pew­ne obie­cu­jąc spo­tka­nie na­stęp­ne­go dnia. Uwol­niw­szy się wresz­cie, pod­szedł do Sary z chy­trym uśmiesz­kiem na twa­rzy.

– Hej – rzu­cił.

Sara ma­chi­nal­nie po­da­ła mu rękę, jak wszy­scy, z któ­ry­mi roz­ma­wiał przed chwi­lą.

– Cześć, Jef­frey – ode­zwa­ła się Tes­sa nie­spo­dzie­wa­nie ostrym to­nem. Za­zwy­czaj to Ed­die, ich oj­ciec, by­wał dla Jef­freya nie­przy­jem­ny.

Jef­frey uśmiech­nął się nie­pew­nie.

– Cześć, Tes­sie.

– Mhm – mruk­nę­ła, ode­pchnę­ła się od po­rę­czy i od­je­cha­ła, rzu­ca­jąc Sa­rze zna­czą­ce spoj­rze­nie.

– Co jej się sta­ło? – zdzi­wił się Jef­frey.

Sara pró­bo­wa­ła wy­co­fać rękę, ale Jef­frey przy­trzy­mał jej dłoń na tyle dłu­go, by nie mia­ła wąt­pli­wo­ści, kto tu rzą­dzi. Za­wsze był bar­dzo pew­ny sie­bie i wła­śnie ta ce­cha po­cią­ga­ła ją w nim naj­bar­dziej.

Skrzy­żo­wa­ła ra­mio­na i po­wie­dzia­ła:

– Póź­no się zja­wiasz.

– Nie mo­głem się wy­rwać.

– A co, jej męża wy­nio­sło z mia­sta?

Spoj­rzał na nią tak, jak pa­trzył na prze­słu­chi­wa­nych, o któ­rych wie­dział, że kła­mią.

– Mia­łem roz­mo­wę z Fran­kiem – oświad­czył, wy­mie­nia­jąc imię swe­go za­stęp­cy i sze­fa sek­cji do­cho­dze­nio­wej w hrab­stwie Grant. – Uprze­dzi­łem go, że dzi­siaj on rzą­dzi. Nie chcę, żeby nam coś prze­szko­dzi­ło.

– W czym?

W ką­ci­kach ust po­ja­wił się ten ty­po­wy dla Jef­freya chy­try uśmie­szek.

– Po­sta­no­wi­łem cię dzi­siaj uwieść.

Za­śmia­ła się i gdy po­chy­lił się, żeby ją po­ca­ło­wać, zro­bi­ła unik.

– Po­ca­łun­ki le­piej wy­cho­dzą, kie­dy usta się do­ty­ka­ją – za­pro­te­sto­wał.

– Ale nie­ko­niecz­nie w obec­no­ści po­ło­wy mo­ich pa­cjen­tów – od­par­ła.

– No to chodź­my stąd.

Wbrew sa­mej so­bie prze­szła pod po­rę­czą i wzię­ła go za rękę. Po­cią­gnął ją za sobą w stro­nę to­a­let i we­pchnął w kąt osło­nię­ty od lu­dzi.

– Tu le­piej? – za­py­tał.

– Mhm – od­par­ła, pa­trząc na nie­go lek­ko z góry, bo wrot­ki do­da­wa­ły jej parę cen­ty­me­trów. – Znacz­nie le­piej. Wła­śnie wy­bie­ra­łam się do to­a­le­ty.

Od­wró­ci­ła się, ale za­trzy­mał ją i ob­jął w ta­lii.

– Jeff – rze­kła, wie­dząc, że go ta­kim to­nem na pew­no nie od­stra­szy.

– Je­steś taka pięk­na.

Prze­wró­ci­ła ocza­mi jak pod­lo­tek.

Za­śmiał się, nie ustę­pu­jąc.

– Całą ostat­nią noc my­śla­łem o ca­ło­wa­niu się z tobą.

– Do­praw­dy?

– Bra­ku­je mi tego, jak sma­ku­jesz.

Spró­bo­wa­ła przy­brać znu­dzo­ny ton.

– Kup so­bie col­ga­te.

– Nie ten smak mia­łem na my­śli.

Otwo­rzy­ła usta zdzi­wio­na, a Jef­frey uśmiech­nął się za­do­wo­lo­ny z jej re­ak­cji. Sara po­czu­ła dziw­ne wier­ce­nie w doł­ku i już mia­ła coś po­wie­dzieć – choć nie bar­dzo wie­dzia­ła co – gdy ode­zwał się pa­ger by­łe­go męża.

Jeff pa­trzył na nią, jak­by nie sły­szał brzę­cze­nia.

Sara chrząk­nę­ła.

– Nie po­wi­nie­neś tego ode­brać? – spy­ta­ła.

W koń­cu rzu­cił okiem na pa­ger przy­pię­ty do pa­ska i mruk­nął: „Cho­le­ra”.

– Coś się sta­ło?

– Wła­ma­nie – rzu­cił ze zło­ścią.

– Mó­wi­łeś, że to Frank ma służ­bę.

– On jest od dro­bia­zgów. Mu­szę za­dzwo­nić z au­to­ma­tu.

– A gdzie two­ja ko­mór­ka?

– Ba­te­ria pa­dła. – Iry­ta­cja Jef­freya po­wo­li mi­ja­ła i uśmiech­nął się do Sary uspo­ka­ja­ją­co. – Nie bój się, nic nam dziś nie sta­nie na prze­szko­dzie. – Do­tknął dło­nią jej po­licz­ka. – Nie ma dla mnie waż­niej­szych spraw niż dzi­siej­szy wie­czór.

– A co, spo­ty­kasz się z kimś po ko­la­cji? – po­sta­no­wi­ła się po­dro­czyć. – To mo­że­my tę ko­la­cję od­wo­łać, je­śli wo­lisz.

Spoj­rzał na nią spod przy­mru­żo­nych po­wiek i od­wró­cił się.

Sara sap­nę­ła pod no­sem: „Jezu ko­cha­ny”, opar­ła się o ścia­nę i pa­trzy­ła za nim, jak od­cho­dzi. Nie mo­gła uwie­rzyć, że w nie­speł­na trzy mi­nu­ty uda­ło mu się zro­bić z niej kom­plet­ną idiot­kę. Wzdry­gnę­ła się na od­głos trza­śnię­cia drzwi od to­a­le­ty. Obok sta­nę­ła Jen­ny We­aver, wpa­tru­jąc się w tor, jak­by się nad czymś za­sta­na­wia­ła. Czar­na blu­za z dłu­gi­mi rę­ka­wa­mi kon­tra­sto­wa­ła z zie­mi­stą bar­wą jej skó­ry. Dziew­czy­na trzy­ma­ła ciem­no­czer­wo­ny ple­cak i w chwi­li gdy Sara się do niej zbli­ży­ła, Jen­ny za­rzu­ci­ła go so­bie na ra­mię, za­ha­cza­jąc o pierś Sary.

– Aua – syk­nę­ła Sara, co­fa­jąc się.

Jen­ny za­mru­ga­ła i wi­dać było, że do­pie­ro te­raz za­uwa­ży­ła swo­ją le­kar­kę. Ucie­kła wzro­kiem i ci­cho i nie­wy­raź­nie wy­mam­ro­ta­ła: „Prze­pra­szam”.

– Nic nie szko­dzi – rzu­ci­ła Sara, chcąc ją wcią­gnąć w roz­mo­wę. Jen­ny wy­glą­da­ła na zde­ner­wo­wa­ną. – A co u cie­bie? Wszyst­ko w po­rząd­ku?

– Tak, pani dok­tor – od­par­ła Jen­ny, przy­tu­li­ła do sie­bie ple­cak i ode­szła, za­nim Sara zdo­ła­ła po­wie­dzieć coś wię­cej.

Sara pa­trzy­ła za dziew­czy­ną, jak ta zmie­rza w kie­run­ku grup­ki mło­dzie­ży wy­sta­ją­cej przed wej­ściem do sali gier wi­deo. Blask z ekra­nów nada­wał skó­rze Jen­ny zie­lon­ka­wy od­cień. Sara czu­ła, że coś się sta­ło, ale nie mo­gła po­biec za nią i za­żą­dać wy­ja­śnień. W tym wie­ku wszyst­ko bywa dra­ma­tem, a zna­jąc na­sto­let­nie dziew­czę­ta, Sara do­my­śla­ła się, że pew­nie cho­dzi o ja­kie­goś chło­pa­ka. Bal­la­da skoń­czy­ła się i świa­tła znów roz­bły­sły. Z gło­śni­ków ryk­nął rock i Sara po­czu­ła, jak ni­skie tony re­zo­nu­ją jej w pier­si. Wrot­ka­rze na par­kie­cie do­sto­so­wa­li się do tem­pa utwo­ru i Sara ze smut­kiem po­my­śla­ła, że ona nig­dy nie była tak zwin­na jak oni. Mimo że od cza­su, gdy była w ich wie­ku, tor „Ska­tie’s” już kil­ka­krot­nie zmie­nił wła­ści­cie­li, wciąż był ulu­bio­nym miej­scem spo­tkań mło­dzie­ży z hrab­stwa Grant. Wie­le week­en­do­wych wie­czo­rów spę­dzi­ła na ty­łach bu­dyn­ku, od­da­jąc się nie­win­nym piesz­czo­tom ze Ste­ve’em Man­nem, jej pierw­szym praw­dzi­wym chło­pa­kiem. Był to bar­dziej układ niż na­mięt­ny zwią­zek, obo­je bo­wiem mie­li przed sobą je­den cel: wy­do­stać się z Grant. Póź­niej, gdy byli już w kla­sie ma­tu­ral­nej, oj­ciec Ste­ve’a do­stał za­wa­łu i chło­pak mu­siał prze­jąć ro­dzin­ny sklep z wy­ro­ba­mi me­ta­lo­wy­mi, któ­ry pro­wa­dził nie­prze­rwa­nie do dziś. Miał już też żonę i dzie­ci. Sa­rze uda­ło się wpraw­dzie uciec do Atlan­ty, ale parę lat póź­niej wró­ci­ła.

I oto znów była w „Ska­tie’s” i po­now­nie za­no­si­ło się na piesz­czo­ty z Jef­fem Tol­li­ve­rem. Taki przy­najm­niej mia­ła za­miar.

Sara otrzą­snę­ła się ze wspo­mnień i ru­szy­ła do to­a­le­ty. Chwy­ci­ła za klam­kę i gwał­tow­nie cof­nę­ła rękę, po­czuw­szy coś lep­kie­go. W tej czę­ści hali świa­tło było przy­ćmio­ne i Sara mu­sia­ła przy­su­nąć dłoń do sa­mej twa­rzy, żeby zo­ba­czyć, co to ta­kie­go. Wy­star­czył jej sam za­pach, by zo­rien­to­wać się, z czym ma do czy­nie­nia. Rzu­ci­ła okiem na bluz­kę tam, gdzie otarł się o nią ple­cak Jen­ny We­aver.

Przez całą sze­ro­kość cią­gnę­ła się łu­kiem wą­ska smu­ga krwi.

2

Jef­frey po­sta­no­wił nie wy­ry­wać te­le­fo­nu ze ścia­ny, choć na to wła­śnie miał naj­więk­szą ocho­tę. Wziął głę­bo­ki od­dech, wy­brał nu­mer te­le­fo­nu po­ste­run­ku i cier­pli­wie słu­chał sy­gna­łu.

Te­le­fon ode­bra­ła jego se­kre­tar­ka, Mar­la Simms, któ­ra do­ra­bia­ła na pół eta­tu jako dys­po­zy­tor­ka.

– Do­bry wie­czór, po­li­cja hrab­stwa Grant, pro­szę cze­kać – rzu­ci­ła i roz­łą­czy­ła się, nie da­jąc mu szan­sy, by mógł coś po­wie­dzieć.

Jesz­cze raz na­brał po­wie­trza, pró­bu­jąc za­pa­no­wać nad ro­sną­cym roz­draż­nie­niem. Po­my­ślał o Sa­rze, któ­ra pew­nie szu­ka te­raz pre­tek­stu, żeby wy­co­fać się z ich spo­tka­nia. Na każ­dy jego krok do przo­du ona ro­bi­ła dwa do tyłu. Ro­zu­miał jej po­wo­dy, ale nie było mu przez to ani tro­chę we­se­lej.

Oparł się o ścia­nę, czu­jąc, jak pot ście­ka mu po ple­cach. Sierp­nio­we upa­ły roz­krę­ca­ły się na do­bre i w po­rów­na­niu z nimi re­kor­do­wo wy­so­kie tem­pe­ra­tu­ry, ja­kie na­wie­dzi­ły Geo­r­gię w czerw­cu i lip­cu, przy­po­mi­na­ły zimę. Wy­cho­dząc na dwór, miał cza­sem wra­że­nie, że od­dy­cha jak przez mo­krą szma­tę do pod­ło­gi. Po­lu­zo­wał kra­wat i roz­piął ko­szu­lę pod szy­ją.

Sprzed bu­dyn­ku do­biegł go krót­ki wy­buch śmie­chu. Jef­frey wyj­rzał za róg w stro­nę par­kin­gu. Koło zde­ze­lo­wa­ne­go ca­ma­ro sta­ła gru­pa chłop­ców po­da­ją­cych so­bie z rąk do rąk pa­pie­ro­sa. Au­to­mat te­le­fo­nicz­ny wi­siał na bocz­nej ścia­nie bu­dyn­ku i Jef­freya za­sła­niał ja­skra­wy zie­lo­no­żół­ty da­szek. Zda­wa­ło mu się, że czu­je za­pach traw­ki, ale nie był pe­wien. Za­cho­wa­nie chłop­ców nie wró­ży­ło nic do­bre­go. Wie­dział o tym nie dla­te­go, że był po­li­cjan­tem, ale dla­te­go, że bę­dąc w ich wie­ku, ob­ra­cał się w po­dob­nym to­wa­rzy­stwie.

Za­czął du­mać, czy nie na­le­ża­ło­by do nich po­dejść, i wte­dy usły­szał głos Mar­li.

– Do­bry wie­czór, po­li­cja hrab­stwa Grant, dzię­ku­ję za cier­pli­wość. W czym mogę po­móc?

– Mar­la, tu Jef­frey.

– Cześć, sze­fie – po­wie­dzia­ła. – Prze­pra­szam, że za­wra­ca­łam panu gło­wę. To fał­szy­wy alarm.

– Gdzie? – spy­tał, ma­jąc świe­żo w pa­mię­ci roz­mo­wę z Bet­ty Rey­nolds, wła­ści­ciel­ką skle­pu z tan­de­tą.

– W pral­ni – od­po­wie­dzia­ła. – Sta­ry Bur­gess włą­czył alarm nie­chcą­cy.

Po­my­ślał, że to dość za­baw­ne, iż Mar­la, bę­dąc sama po sie­dem­dzie­siąt­ce, na­zy­wa Bil­la Bur­ges­sa sta­rym, jed­nak po­sta­no­wił to prze­mil­czeć.

– Coś jesz­cze? – spy­tał.

– Brad za­mel­do­wał, że w knaj­pie coś się dzie­je, ale ni­cze­go nie zna­leź­li.

– A co za­mel­do­wał?

– Tyl­ko tyle, że chy­ba coś za­uwa­żył, ale nic wię­cej. Wie pan, jaki jest Brad, mel­du­je na­wet o wła­snym cie­niu. – Za­chi­cho­ta­ła. Brad był kimś w ro­dza­ju po­ste­run­ko­wej ma­skot­ki. Miał dwa­dzie­ścia je­den lat, a jego pu­cu­ło­wa­ta twarz i roz­wi­chrzo­ne ja­sne wło­sy nada­wa­ły mu chło­pię­cy wy­gląd. Star­si po­li­cjan­ci ro­bi­li mu ka­wa­ły, za­bie­ra­jąc czap­kę i zo­sta­wia­jąc ją w róż­nych miej­scach w mie­ście. W ubie­głym ty­go­dniu Jef­frey wi­dział ją na po­mni­ku ge­ne­ra­ła Lee przed szko­łą.

Jef­frey po­my­ślał o Sa­rze.

– Dziś do­wo­dzi Frank. Póki ktoś nie zgi­nie, nie za­wra­caj­cie mi gło­wy.

– A jak już, to dwa ptasz­ki jed­nym strza­łem. – Mar­la znów za­chi­cho­ta­ła. – Ko­ro­ner i szef na jed­no we­zwa­nie.

W ta­kich chwi­lach sta­rał się pa­mię­tać, że prze­niósł się z Bir­ming­ham do Grant wła­śnie dla­te­go, że chciał miesz­kać w ma­łym mia­stecz­ku, gdzie wszy­scy wszyst­kich zna­ją i wszyst­ko o wszyst­kich wie­dzą, tak­że o nim. Miał jesz­cze coś po­wie­dzieć, gdy z par­kin­gu do­biegł go gło­śny krzyk.

Wyj­rzał zza rogu, zo­ba­czył dziew­czy­nę i usły­szał jej wrzask:

– Kur­wa mać, ty gno­ju!

– Sze­fie? – ode­zwa­ła się Mar­la.

– Nie roz­łą­czaj się – szep­nął, czu­jąc, jak od fu­rii w gło­sie dziew­czy­ny kur­czy mu się żo­łą­dek.

Wie­dział z do­świad­cze­nia, że naj­gor­sze, co może się przy­tra­fić w so­bot­ni wie­czór, to roz­wście­czo­na dziew­czy­na. Z chło­pa­ka­mi po­tra­fił so­bie ra­dzić. Szpa­nu­ją tyl­ko i cze­ka­ją, żeby ich ktoś po­wstrzy­mał od bój­ki. Dziew­czę­ta trud­niej wy­pro­wa­dzić z rów­no­wa­gi, ale jesz­cze trud­niej je uspo­ko­ić. Wście­kła na­sto­lat­ka po­tra­fi być na­praw­dę nie­bez­piecz­na, szcze­gól­nie kie­dy w ręku ma broń.

– Za­bi­ję cię, ty skur­wy­sy­nu! – roz­dar­ła się w kie­run­ku jed­ne­go z chłop­ców.

Jego ko­le­dzy szyb­ko się roz­pierz­chli, two­rząc pół­okrąg, i chło­pak zo­stał sam na sam z pi­sto­le­tem wy­ce­lo­wa­nym w jego klat­kę pier­sio­wą. Dziew­czy­na sta­ła parę me­trów od nie­go i te­raz po­de­szła jesz­cze o krok bli­żej.

– Cho­le­ra – syk­nął Jef­frey i przy­po­mniaw­szy so­bie o słu­chaw­ce trzy­ma­nej w ręku, do­dał: – Po­de­ślij mi tu za­raz Fran­ka i Mat­ta.

– Są w Ma­di­son.

– No to Lenę i Bra­da. Tyl­ko dys­kret­nie. Na par­kin­gu „Ska­tie’s” jest dziew­czy­na ze splu­wą.

Od­wie­sił słu­chaw­kę, czu­jąc, jak na­pi­na­ją mu się mię­śnie. Za­schło mu w gar­dle, a tęt­ni­ca w szyi pul­so­wa­ła jak wąż. W cią­gu paru se­kund prze­le­cia­ło mu przez gło­wę sto my­śli, ale wszyst­kie je od sie­bie ode­pchnął, zdjął ma­ry­nar­kę, prze­krę­cił do tyłu ka­bu­rę i wy­szedł na par­king z rę­ka­mi od­sta­wio­ny­mi na boki. Dziew­czy­na spoj­rza­ła na nie­go, ale pi­sto­let w jej dło­ni po­zo­sta­wał wy­ce­lo­wa­ny w chłop­ca. Mie­rzy­ła w brzuch i Jef­frey wi­dział, jak jej ręka dy­go­ce. Na szczę­ście pa­lec nie spo­czy­wał jesz­cze na spu­ście.

Jef­frey ru­szył wzdłuż ścia­ny bu­dyn­ku. Dziew­czy­na sta­ła od­wró­co­na ty­łem do hali, przed nią roz­cią­gał się par­king i dro­ga. Miał na­dzie­ję, że Lena oka­że się na tyle spryt­na, by ka­zać Bra­do­wi po­dejść od stro­ny bu­dyn­ku. Nie miał po­ję­cia, co dziew­czy­na zro­bi, kie­dy po­czu­je się osa­czo­na, ale wie­dział, że je­den nie­ostroż­ny ruch może spo­wo­do­wać śmierć wie­lu lu­dzi.

Gdy zna­lazł się oko­ło sze­ściu me­trów od dziew­czy­ny, po­wie­dział gło­śno: „Hej”, sta­ra­jąc się ścią­gnąć uwa­gę wszyst­kich na sie­bie.

Dziew­czy­na drgnę­ła, choć już wcze­śniej go za­uwa­ży­ła, i te­raz jej pa­lec owi­nął się wo­kół spu­stu. Była to be­ret­ta ka­li­ber .32, tak zwa­na „pu­kaw­ka na my­szy”, któ­rą nie­wie­le moż­na zdzia­łać z więk­szej od­le­gło­ści, ale któ­ra z bli­ska po­tra­fi na­ro­bić wie­le szkód. Dziew­czy­na mia­ła w ma­ga­zyn­ku osiem szans na za­bi­cie i je­śli po­tra­fi strze­lać – a z tej od­le­gło­ści na­wet mał­pie trud­no by­ło­by chy­bić – trzy­ma w swo­ich rę­kach los ośmiu osób.

– Wszy­scy do tyłu – roz­ka­zał chłop­com ota­cza­ją­cym parę głów­nych bo­ha­te­rów. Po chwi­li wa­ha­nia prze­su­nę­li się w stro­nę wjaz­du na par­king. Na­wet z tej od­le­gło­ści Jef­frey wy­czuł w po­wie­trzu in­ten­syw­ny za­pach ma­ri­hu­any. Chło­pak chwiał się na no­gach i Jef­frey po­my­ślał, że mu­siał pew­nie dużo wy­pa­lić, nim dał się dziew­czy­nie za­sko­czyć.

– Niech pan odej­dzie – ode­zwa­ła się dziew­czy­na. Mia­ła na so­bie czar­ny strój, a rę­ka­wy blu­zy pod­wi­nę­ła po­wy­żej łok­ci. Mu­sia­ła mieć oko­ło trzy­na­stu, czter­na­stu lat. Mó­wi­ła gło­sem ci­chym, ale do­bit­nym. – Po­wie­dzia­łam, żeby pan od­szedł – po­wtó­rzy­ła.

Jef­frey nie ru­szył się.

Dziew­czy­na prze­nio­sła spoj­rze­nie na chło­pa­ka i do­da­ła:

– I tak go za­bi­ję.

Jef­frey wy­cią­gnął ku niej ręce.

– Dla­cze­go? – za­py­tał.

Py­ta­nie ją za­sko­czy­ło, i o to mu cho­dzi­ło. Lu­dzie wy­ma­chu­ją­cy bro­nią nie by­wa­ją w na­stro­ju do re­flek­sji. Lufa jej pi­sto­le­tu drgnę­ła.

– Żeby go po­wstrzy­mać – oświad­czy­ła, zwra­ca­jąc ku nie­mu twarz.

– Przed czym?

Za­sta­no­wi­ła się chwi­lę.

– Nie pana spra­wa.

– Nie? – za­py­tał, ro­biąc krok do przo­du, po­tem jesz­cze je­den, i za­trzy­mał się nie wię­cej niż czte­ry me­try od niej. Dość bli­sko, żeby wszyst­ko do­kład­nie wi­dzieć, i za da­le­ko, żeby móc co­kol­wiek zro­bić.

– Nie, pro­szę pana – od­po­wie­dzia­ła. Jej do­bre ma­nie­ry tro­chę go uspo­ko­iły. Dziew­czę­ta, któ­re mó­wią „pro­szę pana”, na ogół nie strze­la­ją do lu­dzi.

– Po­słu­chaj – za­czął Jef­frey, my­śląc go­rącz­ko­wo, co jej po­wie­dzieć. – Wiesz, kim je­stem?

– Tak – od­par­ła. – Jest pan sze­fem po­li­cji.

– Zga­dza się. A ty kto je­steś? Jak ci na imię?

Zi­gno­ro­wa­ła py­ta­nie, ale chło­piec po­ru­szył się, jak­by do jego odu­rzo­ne­go mó­zgu do­pie­ro te­raz coś do­tar­ło.

– Jen­ny, ma na imię Jen­ny – po­wie­dział.

– Jen­ny? – Jef­frey uśmiech­nął się. – Ład­ne imię.

– Tak, no do­bra – za­jąk­nę­ła się Jen­ny, nie­co zbi­ta z tro­pu, jed­nak szyb­ko się opa­no­wa­ła i do­da­ła: – Niech się pan nie od­zy­wa. Nie chcę z pa­nem roz­ma­wiać.

– A może jed­nak? – po­wie­dział Jef­frey. – Bo my­ślę, że masz pro­ble­my i trosz­kę się po­gu­bi­łaś.

Przez chwi­lę wy­glą­da­ło, jak­by się nad tym za­sta­na­wia­ła, po­tem jed­nak znów wy­ce­lo­wa­ła pi­sto­let w pierś chło­pa­ka. Ręka wciąż jej drża­ła.

– Niech pan stąd idzie albo go za­bi­ję.

– Z tego pi­sto­le­tu? – za­py­tał Jef­frey. – Czy wiesz, co to zna­czy ko­goś za­strze­lić? Wiesz, ja­kie to uczu­cie?

Wi­dział, że się nad tym za­sta­na­wia, i po­my­ślał, że pew­nie wcze­śniej w ogó­le jej to nie przy­szło do gło­wy.

Jen­ny była dość tęga, mia­ła ze dwa­dzie­ścia ki­lo­gra­mów nad­wa­gi. Wy­glą­da­ła na jed­ną z tych dziew­cząt, któ­re nie lu­bią zwra­cać na sie­bie uwa­gi i sta­ra­ją się za­wsze wto­pić w oto­cze­nie. Przy­stoj­ny chło­pak, do któ­re­go mie­rzy­ła, był pew­nie obiek­tem od­rzu­co­ne­go za­du­rze­nia. Za jego cza­sów po­sta­wi­ła­by chło­pa­ko­wi zło­śli­wy li­ścik w szkol­nej szaf­ce. Te­raz ce­lo­wa­ła do nie­go z pi­sto­le­tu.

– Jen­ny – ode­zwał się Jef­frey, za­sta­na­wia­jąc się jed­no­cze­śnie, czy pi­sto­let jest w ogó­le za­ła­do­wa­ny – za­sta­nów się. Dla ta­kie­go jak on nie war­to pa­ko­wać się w ta­ra­pa­ty.

– Niech pan stąd idzie – po­wtó­rzy­ła Jen­ny mniej zde­cy­do­wa­nym to­nem. Wol­ną ręką otar­ła twarz i Jef­frey zdał so­bie spra­wę, że dziew­czy­na pła­cze.

– Jen­ny, my­ślę, że nie… – prze­rwał, bo w tym mo­men­cie od­bez­pie­czy­ła pi­sto­let. Me­ta­licz­ny szczęk prze­wier­cił mu uszy. Się­gnął do tyłu i po­ło­żył rękę na rę­ko­je­ści re­wol­we­ru, ale go nie wy­cią­gnął. Sta­rał się mó­wić spo­koj­nym, roz­sąd­nym to­nem. – Co się sta­ło, Jen­ny? Po­roz­ma­wiaj­my o tym. Na pew­no nie jest aż tak źle.

Znów otar­ła twarz.

– Wła­śnie, że jest, pro­szę pana – po­wie­dzia­ła. – Jest aż tak źle.

Po­wie­dzia­ła to tak zim­no, że Jef­frey­owi prze­bie­gły ciar­ki po ple­cach. Opa­no­wał dreszcz i wy­cią­gnął re­wol­wer. Nie­na­wi­dził bro­ni, bo jako po­li­cjant wie­dział, ile może na­ro­bić szko­dy. No­sił re­wol­wer, bo mu­siał, a nie dla­te­go, że chciał. W cią­gu dwu­dzie­stu lat służ­by za­le­d­wie kil­ka razy do ko­goś ce­lo­wał i tyl­ko dwa razy wy­strze­lił, a i to nie bez­po­śred­nio do czło­wie­ka.

– Jen­ny – spró­bo­wał jesz­cze raz, tym ra­zem na­da­jąc swe­mu gło­so­wi groź­ny ton – spójrz na mnie.

Nie od­ry­wa­ła wzro­ku od sto­ją­ce­go przed nią chło­pa­ka i zda­wa­ło się, że trwa to całą wiecz­ność. Jef­frey za­milkł w na­dziei, że dzię­ki temu po­czu­je, iż to ona pa­nu­je nad sy­tu­acją. Po­wo­li zwró­ci­ła ku nie­mu wzrok i do­pie­ro wte­dy doj­rza­ła re­wol­wer w jego dło­ni. Ner­wo­wo ob­li­za­ła war­gi, ana­li­zu­jąc za­gro­że­nie. W jej gło­sie za­brzmiał ten sam mar­twy ton, gdy po­wie­dzia­ła:

– To niech pan mnie za­strze­li.

Po­my­ślał, że się prze­sły­szał. Ocze­ki­wał zu­peł­nie in­nej re­ak­cji.

– Za­strzel mnie albo ja za­bi­ję jego – po­wtó­rzy­ła.

Mó­wiąc to, unio­sła be­ret­tę na wy­so­kość gło­wy chłop­ca.

Jef­frey zo­ba­czył, jak roz­sta­wia nogi i obej­mu­je rę­ko­jeść pi­sto­le­tu dru­gą dło­nią. Przy­bra­ła po­sta­wę ko­goś, kto wie, jak ob­cho­dzić się z bro­nią. Ręce prze­sta­ły jej się trząść i utkwi­ła wzrok w chłop­cu.

– Cho­le­ra – jęk­nął chło­pak i na as­falt z plu­skiem po­pły­nął jego mocz.

Wy­strze­li­ła i Jef­frey uniósł re­wol­wer, ale jej po­cisk mi­nął gło­wę ofia­ry i odłu­pał frag­ment pla­sti­ko­we­go szyl­du i dasz­ku na ścia­nie bu­dyn­ku.

– Co to było? – syk­nął Jef­frey. Tyl­ko jego opa­no­wa­niu za­wdzię­cza­ła, że nie po­cią­gnął za spust. Tra­fi­ła w sam śro­dek krop­ki nad „i” w na­pi­sie „Ska­tie’s” i Jef­frey po­my­ślał, że wąt­pli­we, by któ­ryś z jego pod­wład­nych po­tra­fił strze­lić tak cel­nie, szcze­gól­nie w ta­kim stre­sie.

– To było ostrze­że­nie – od­par­ła Jen­ny, choć on nie ocze­ki­wał od­po­wie­dzi. – Za­strzel mnie – po­wtó­rzy­ła – bo przy­się­gam na Boga, że roz­wa­lę mu łeb. – Ob­li­za­ła war­gi. – Zro­bię to, bo wiem, jak się tym po­słu­gi­wać. – Dla lep­sze­go efek­tu mach­nę­ła pi­sto­le­tem. – Wiesz, że po­tra­fię to zro­bić.

Zno­wu przy­bra­ła po­sta­wę strze­lec­ką. Być może lu­dzie na par­kin­gu roz­pierz­chli się albo na­wet za­czę­li krzy­czeć, jed­nak Jef­frey nie zwró­cił na to uwa­gi. Wi­dział tyl­ko dym do­by­wa­ją­cy się z lufy pi­sto­le­tu.

Opa­no­wał od­dech i po­wie­dział spo­koj­nie:

– Mię­dzy szyl­dem a czło­wie­kiem jest wiel­ka róż­ni­ca.

Mruk­nę­ła coś pod no­sem i mu­siał się wy­si­lić, żeby to do­sły­szeć.

– To nie jest czło­wiek.

Ką­tem oka Jef­frey za­re­je­stro­wał ja­kiś ruch. Od razu roz­po­znał Sarę, któ­ra zdję­ła wrot­ki i sta­ła w bia­łych skar­pet­kach, kon­tra­stu­ją­cych z czer­nią as­fal­tu.

– Ko­cha­nie?! – za­wo­ła­ła gło­sem peł­nym na­pię­cia i stra­chu. – Jen­ny?

– Niech pani odej­dzie – rzu­ci­ła Jen­ny gło­sem na­dą­sa­ne­go dziec­ka, któ­rym w isto­cie była, a nie nie­do­szłej mor­der­czy­ni sprzed paru se­kund. – Pro­szę.

– Nic jej nie jest – po­wie­dzia­ła Sara. – Zna­la­złam ją w środ­ku i nic jej nie jest.

Pi­sto­let za­drżał jej w dło­ni, jed­nak chwi­lę póź­niej za­wzię­tość wró­ci­ła i Jen­ny znów go unio­sła, pew­nie mie­rząc mię­dzy oczy chłop­ca. Wraz z za­wzię­to­ścią po­wró­cił też mar­twy ton, któ­rym po­wie­dzia­ła:

– Kła­mie pani.

Jef­frey­owi wy­star­czy­ło jed­no spoj­rze­nie na Sarę, by mieć pew­ność, że dziew­czy­na wie, co mówi. Sara nie umia­ła kła­mać i od razu było to po niej wi­dać. Zresz­tą na­wet z tej od­le­gło­ści wi­dział krew na jej bluz­ce i dżin­sach. Wi­docz­nie ktoś w hali zo­stał ran­ny i praw­do­po­dob­nie już nie żył. Spoj­rzał znów na Jen­ny i te­raz już w jej de­li­kat­nej, dziew­czę­cej buzi zo­ba­czył praw­dzi­we za­gro­że­nie.

Uzmy­sło­wił so­bie na­gle, że jego re­wol­wer jest wciąż za­bez­pie­czo­ny. Od­bez­pie­czył go, rzu­ca­jąc Sa­rze ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie, żeby nie pod­cho­dzi­ła.

– Jen­ny? – Sara gło­śno prze­łknę­ła śli­nę.

Jef­frey nig­dy wcze­śniej nie sły­szał ta­kie­go ner­wo­we­go za­śpie­wu w jej gło­sie – Sara nig­dy nie krzy­cza­ła na dzie­ci, jed­nak to, co Jen­ny zro­bi­ła w hali, naj­wy­raź­niej ją od­mie­ni­ło. Nie miał po­ję­cia, co to mo­gło być. Na to­rze nie było żad­nej strze­la­ni­ny, a Bu­ell Par­ker, gli­niarz od­po­wie­dzial­ny za ochro­nę hali za­pew­nił go, że wszyst­ko jest w po­rząd­ku. Cie­ka­we, gdzie on się te­raz po­dzie­wa, prze­mknę­ło mu przez gło­wę. A może jest w środ­ku i pil­nu­je miej­sca prze­stęp­stwa i tego, by nikt nie wy­cho­dził? Co Jen­ny tam zro­bi­ła? Dużo by dał, gdy­by na par­kin­gu moż­na było te­raz wci­snąć pau­zę i pójść zo­ba­czyć, co się sta­ło.

Jef­frey wpro­wa­dził na­bój do lufy swo­jej dzie­wiąt­ki. Szczęk spo­wo­do­wał, że Sara gwał­tow­nie ob­ró­ci­ła gło­wę i wy­cią­gnę­ła ku nie­mu rękę dło­nią do dołu, jak­by mó­wiąc: „Nie, spo­koj­nie, nie rób tego”. Spoj­rzał po­nad jej ra­mie­niem w stro­nę wej­ścia do hali. Spo­dzie­wał się tłu­mu ga­piów z no­sa­mi przy­kle­jo­ny­mi do szyb, jed­nak ni­ko­go tam nie było. Czyż­by to, co wy­da­rzy­ło się w środ­ku, było o tyle cie­kaw­sze od sce­ny roz­gry­wa­ją­cej się na par­kin­gu?

Sara pod­ję­ła jesz­cze jed­ną pró­bę.

– Nic jej nie jest. Chodź i zo­bacz sama.

– Pani dok­tor – po­wie­dzia­ła Jen­ny ła­mią­cym się gło­sem – niech pani nic do mnie nie mówi.

– Ko­cha­nie – cią­gnę­ła Sara rów­nie drżą­cym gło­sem – spójrz na mnie, tyl­ko po­patrz. – I gdy dziew­czy­na nie za­re­ago­wa­ła, do­da­ła: – Nic jej nie jest. Uwierz mi.

– Kła­mie pani – od­rze­kła Jen­ny – wszy­scy kła­mią. – Zwró­ci­ła się do chło­pa­ka. – A ty je­steś naj­gor­szy ze wszyst­kich. Bę­dziesz się sma­żył w pie­kle za to, co zro­bi­łeś, by­dla­ku.

W na­głym przy­pły­wie gnie­wu chło­pak za­war­czał, roz­bry­zgu­jąc kro­pel­ki śli­ny.

– To się tam spo­tka­my, ty szma­to.

Jen­ny znie­ru­cho­mia­ła i coś zda­wa­ło się prze­pły­wać mię­dzy nimi. Gdy się ode­zwa­ła, zro­bi­ła to nie­mal dzie­cin­nym gło­si­kiem.

– Wiem, że tak.

Jef­frey ką­tem oka za­uwa­żył, że Sara robi krok do przo­du, a dziew­czy­na wce­lo­wu­je lufę pi­sto­le­tu w gło­wę chłop­ca. Sta­ła nie­ru­cho­mo, cze­ka­jąc. Jej ręce prze­sta­ły drżeć, usta mia­ła za­cię­te, dłoń pew­nie trzy­ma­ła pi­sto­let. Wy­glą­da­ła na bar­dziej po­go­dzo­ną z tym, co ją cze­ka, niż Jef­frey.

– Jen­ny… – ode­zwał się Jef­frey, wciąż szu­ka­jąc wyj­ścia z sy­tu­acji. Nie miał za­mia­ru strze­lać do tego dziec­ka. To w ogó­le nie wcho­dzi­ło w ra­chu­bę.

Jen­ny spoj­rza­ła w kie­run­ku wjaz­du na par­king i Jef­frey po­dą­żył wzro­kiem za nią. Wresz­cie zja­wił się ra­dio­wóz i wy­sie­dli z nie­go Lena Adams i Brad z bro­nią w rę­kach. Wraz z Jef­frey­em two­rzy­li pod­ręcz­ni­ko­wą for­ma­cję trój­ką­ta.

– Strze­laj – po­wie­dzia­ła Jen­ny, trzy­ma­jąc pi­sto­let wy­mie­rzo­ny w chłop­ca.

– Stać – roz­ka­zał Jef­frey po­li­cjan­tom.

Brad po­słu­chał na­tych­miast, ale Lena przez mo­ment się wa­ha­ła. Jef­frey spoj­rzał na nią ostro, go­tów po­wtó­rzyć roz­kaz, i w koń­cu ona też opu­ści­ła broń.

– Zro­bię to – wy­mam­ro­ta­ła Jen­ny.

Sta­ła nie­ru­cho­ma jak po­sąg i Jef­frey za­sta­no­wił się, co w niej jest ta­kie­go, co skła­nia ją do ta­kiej zim­nej za­wzię­to­ści.

Jen­ny od­chrząk­nę­ła i po­wie­dzia­ła:

– Zro­bię to. Już to kie­dyś zro­bi­łam.

Jef­frey spoj­rzał na Sarę, jak­by szu­ka­jąc u niej po­twier­dze­nia, że do­brze sły­szy, jed­nak ona sta­ła tyl­ko wpa­trzo­na w dziew­czyn­kę z pi­sto­le­tem.

– Zro­bi­łam to już – po­wtó­rzy­ła Jen­ny. – Strze­laj albo go za­bi­ję, a po­tem i tak się za­strze­lę.

Po raz pierw­szy tego wie­czo­ru Jef­frey prze­ana­li­zo­wał pa­ra­me­try strza­łu. Pró­bo­wał się prze­móc i wy­tłu­ma­czyć so­bie, że bez wzglę­du na swój wiek dziew­czy­na sta­no­wi dla chłop­ca praw­dzi­we za­gro­że­nie. I je­śli po­strze­li ją w nogę albo w ra­mię, bę­dzie mia­ła dość cza­su, by po­cią­gnąć za spust. Na­wet je­śli strze­li jej w kor­pus, nim upad­nie, bę­dzie mia­ła szan­sę wy­strze­lić. Ce­lo­wa­ła w nie­go tak, że chło­pak umrze, za­nim jesz­cze jej cia­ło do­tknie zie­mi.

– Męż­czyź­ni są tacy sła­bi – syk­nę­ła Jen­ny, uno­sząc pi­sto­let do oczu. – Nig­dy nie po­tra­fi­cie zro­bić, co trze­ba. Tyl­ko się od­gra­ża­cie, ale nig­dy nic nie ro­bi­cie.

– Jen­ny… – po­wie­dzia­ła Sara bła­gal­nym gło­sem.

– Li­czę do pię­ciu – oświad­czy­ła Jen­ny. – Je­den.

Jef­frey prze­łknął śli­nę. Ser­ce wa­li­ło mu tak gło­śno, że bar­dziej wi­dział, niż sły­szał, że dziew­czy­na li­czy.

– Dwa.

– Jen­ny, pro­szę cię. – Sara zło­ży­ła dło­nie jak do mo­dli­twy. Były bru­nat­ne, pra­wie czar­ne od krwi.

– Trzy.

Jef­frey wy­ce­lo­wał. Wciąż nie wie­rzył, że to zro­bi. To nie­moż­li­we, ona nie może tego zro­bić. Nie ma wię­cej niż trzy­na­ście lat. Trzy­na­sto­let­nie dziew­czyn­ki nie strze­la­ją do lu­dzi. To by­ło­by sa­mo­bój­stwo.

– Czte­ry.

Jef­frey zo­ba­czył, jak jej pa­lec za­ci­ska się na spu­ście, jak mię­śnie na jej przed­ra­mie­niu po­wo­li na­pi­na­ją się, wpra­wia­jąc pa­lec w ruch.

– Pięć! – krzyk­nę­ła i na szyi wy­stą­pi­ły jej żyły. – Strze­laj, do ja­snej cho­le­ry! – wrza­snę­ła, go­tu­jąc się na od­rzut pi­sto­le­tu.

Jef­frey zo­ba­czył, jak jej ra­mię sztyw­nie­je, a nad­gar­stek nie­ru­cho­mie­je. Wszyst­ko dzia­ło się tak wol­no, że wi­dział, jak po ko­lei na­pi­na­ją się jej mię­śnie na przed­ra­mie­niu i jak pa­lec za­czy­na na­ci­skać spust.

Dała mu jesz­cze ostat­nią szan­sę.

– Strze­laj! – krzyk­nę­ła.

Wy­strze­lił.

3

Gdy­by go nie uto­pi­ła w musz­li klo­ze­to­wej, w dwu­dzie­stym ósmym ty­go­dniu cią­ży dziec­ko Jen­ny We­aver mia­ło­by już szan­sę prze­ży­cia poza ło­nem mat­ki. Płód był pra­wi­dło­wo roz­wi­nię­ty i do­brze od­ży­wio­ny. Pień mó­zgu nie był uszko­dzo­ny, a z po­mo­cą le­kar­ską płu­ca z cza­sem by się roz­wi­nę­ły. Dziec­ko na­uczy­ło­by się chwy­tać, po­ru­szać sto­pa­mi i mru­gać. W koń­cu z jego ust po­pły­nę­ły­by dźwię­ki bę­dą­ce wy­ra­zem cze­goś in­ne­go niż prze­ra­że­nie, te­raz tak wi­docz­ne. Dziec­ko zdą­ży­ło wziąć pierw­szy od­dech, by roz­po­cząć ży­cie, i za­raz po­tem zo­sta­ło za­bi­te. Od po­nad trzech go­dzin Sara bie­dzi­ła się nad po­skła­da­niem dziec­ka z ka­wał­ków zo­sta­wio­nych przez Jen­ny We­aver w to­a­le­cie i w czer­wo­nym ple­ca­ku, któ­ry od­na­leź­li w ko­szu na śmie­ci koło sali gier wi­deo. Uży­wa­jąc drob­ne­go ście­gu w miej­sce zwy­kłych szwów, Sara zszy­ła ma­leń­kie ciał­ko w coś, co mo­gło ucho­dzić za dziec­ko. Sara mu­sia­ła po­wtór­nie za­wią­zać kil­ka szwów, bo jej pal­ce stra­ci­ły swą zwy­kłą zwin­ność, a ręce trzę­sły się.

Nie­ste­ty, nie­wie­le to dało. Zszy­wa­nie ma­łe­go kor­pu­su i za­wią­zy­wa­nie drob­niut­kich szwów było jak zma­ga­nie się ze sta­rym swe­trem. Po na­pra­wie­niu jed­ne­go miej­sca po­ja­wia­ło się inne, któ­re­go nie da­wa­ło się po­pra­wić. Nie było szans na usu­nię­cie śla­dów tra­ge­dii, jaka spo­tka­ła to dziec­ko. W koń­cu Sara po­go­dzi­ła się z fak­tem, że nie uda jej się osią­gnąć celu, któ­ry przed sobą po­sta­wi­ła. Dziec­ko tra­fi do gro­bu, wy­glą­da­jąc w du­żej mie­rze jak wte­dy, gdy mat­ka wi­dzia­ła je po raz ostat­ni.

Sara wes­tchnę­ła głę­bo­ko, raz jesz­cze prze­czy­ta­ła pro­to­kół i pod­pi­sa­ła się pod koń­co­wy­mi wnio­ska­mi. Nie cze­ka­ła z roz­po­czę­ciem sek­cji na Jef­freya czy Fran­ka, nikt nie wi­dział więc, jak skła­da­ła cia­ło z po­cię­tych frag­men­tów. Zro­bi­ła to ce­lo­wo, w oba­wie, że na oczach świad­ków nie da so­bie rady.

Sara usia­dła na krze­śle i przez szy­bę od­dzie­la­ją­cą jej biu­ro od kost­ni­cy spoj­rza­ła na czar­ny wo­rek ze zwło­ka­mi zło­żo­ny na sto­le do sek­cji. Za­my­śli­ła się i oczy­ma wy­obraź­ni zo­ba­czy­ła zu­peł­nie inny ob­raz niż ten, któ­ry opi­sa­ła w ra­por­cie. W miej­sce śmier­ci uj­rza­ła ży­cie peł­ne śmie­chu, pła­czu i mi­ło­ści, ży­cie, ja­kie­go dziec­ko Jen­ny We­aver już nig­dy nie za­zna. Sama Jen­ny też go wła­ści­wie nie za­zna­ła.

Od cza­su prze­by­tej przed paru laty cią­ży po­za­ma­cicz­nej Sara nie mo­gła mieć dzie­ci. Po­cząt­ko­wo trud­no jej było się z tym po­go­dzić, ale z bie­giem lat po­czu­cie krzyw­dy sta­ło się mniej doj­mu­ją­ce i Sara wy­zwo­li­ła się z ma­rzeń o czymś, cze­go nie mo­gła mieć. Jed­nak to le­żą­ce na sto­le nie­chcia­ne dziec­ko, któ­re­mu wła­sna mat­ka ode­bra­ła ży­cie, na­gle oży­wi­ło w niej tam­te od­czu­cia.

Pra­ca Sary po­le­ga­ła na tro­sce o dzie­ci. Trzy­ma­ła je, tu­li­ła w ra­mio­nach i prze­ma­wia­ła do nich piesz­czo­tli­wie. Ro­bi­ła to, cze­go nig­dy nie bę­dzie mo­gła zro­bić dla wła­sne­go dziec­ka. I sie­dząc te­raz w kost­ni­cy i wpa­tru­jąc się w czar­ny wo­rek, po­czu­ła, jak gwał­tow­nie ogar­nia ją tę­sk­no­ta za dziec­kiem i jak uczu­cie pust­ki ści­ska jej ser­ce. Sły­sząc kro­ki na scho­dach, Sara wy­pro­sto­wa­ła się i otar­ła łzy, sta­ra­jąc się otrzą­snąć z odrę­twie­nia. Na wi­dok Jef­freya opar­ła dło­nie o blat biur­ka i cięż­ko pod­nio­sła się na nogi. Roz­glą­da­jąc się go­rącz­ko­wo za oku­la­ra­mi, do­strze­gła przez szy­bę, że Jef­frey nie wcho­dzi jak zwy­kle pro­sto do niej, tyl­ko za­trzy­mu­je się przy czar­nym wor­ku. Je­śli na­wet ją za­uwa­żył, to nie dał tego po so­bie po­znać. Sta­nął, po­chy­lo­ny nad sto­łem, i za­ło­żył ręce do tyłu. Była cie­ka­wa, o czym te­raz my­śli i czy za­sta­na­wia się, jak mo­gło­by wy­glą­dać ży­cie tego dziec­ka. I może też nad tym, że Sara mu ta­kie­go nie dała.

Od­chrząk­nę­ła gło­śno i we­szła na salę, przy­ci­ska­jąc do pier­si sko­ro­szyt z do­ku­men­ta­mi. Po­ło­ży­ła go na kra­wę­dzi sto­łu i sta­nę­ła na­prze­ciw Jef­freya. Cia­ło le­ża­ło mię­dzy nimi, omo­ta­ne w zbyt wiel­ki wo­rek jak w koc. Nie mo­gła zmu­sić się, by za­su­nąć za­mek i osta­tecz­nie ska­zać dziec­ko na wiecz­ną ciem­ność, za­nim tra­fi do chłod­ni.

Mil­cza­ła, bo nic jej nie przy­cho­dzi­ło do gło­wy. Wsu­nę­ła rękę do kie­sze­ni ki­tla i ze zdzi­wie­niem od­na­la­zła oku­la­ry. Wła­śnie je za­kła­da­ła, gdy Jef­frey wresz­cie się ode­zwał. Jego głos był chro­pa­wy i ni­ski, jak­by go ostat­nio w ogó­le nie uży­wał.

– Więc tak to wy­glą­da, kie­dy ktoś pró­bu­je spu­ścić dziec­ko do sra­cza.

Ser­ce jej się ści­snę­ło na jego bez­dusz­ność. Mil­cza­ła, nie wie­dząc, jak za­re­ago­wać. Chcąc za­jąć czymś ręce, zdję­ła oku­la­ry i za­czę­ła je prze­cie­rać ro­giem bluz­ki.

Jef­frey za­czerp­nął głę­bo­ko po­wie­trza i po­wo­li je wy­pu­ścił. Po­chy­li­ła ku nie­mu gło­wę, bo zda­ło jej się, iż czu­je od nie­go al­ko­hol, choć wie­dzia­ła, że to mało praw­do­po­dob­ne. Jef­frey rzad­ko po­zwa­lał so­bie na wię­cej niż na jed­no piwo i ro­bił to naj­czę­ściej, za­sia­da­jąc przed te­le­wi­zo­rem, by obej­rzeć so­bot­ni mecz uni­wer­sy­tec­kich dru­żyn fut­bo­lo­wych.

– Ta­kie ma­leń­kie stop­ki – bąk­nął, ze wzro­kiem wciąż utkwio­nym w cie­le no­wo­rod­ka. – Za­wsze są ta­kie małe?

Sara wciąż mil­cza­ła. Pa­trzy­ła na ma­leń­kie sto­py, na dzie­sięć pa­lusz­ków, na zmarszcz­ki na pod­bi­ciu. Ta­kie stop­ki mat­ki ca­łu­ją i co­dzien­nie prze­li­cza­ją w nich pa­lusz­ki, jak ogrod­ni­cy li­czą­cy roz­wi­ja­ją­ce się pąki róż.

Sara przy­gry­zła war­gę, sta­ra­jąc się nie pod­da­wać emo­cjom, jed­nak to uczu­cie pust­ki w pier­siach ją przy­tła­cza­ło i bez­wied­nie po­ło­ży­ła rękę na ser­cu.

Kie­dy znów pod­nio­sła wzrok, stwier­dzi­ła, że Jef­frey wle­pia w nią prze­krwio­ne oczy. Gał­ki po­kry­te były roz­cho­dzą­cy­mi się pro­mie­ni­ście od tę­czó­wek cie­niut­ki­mi czer­wo­ny­mi żył­ka­mi. Nie była pew­na, czy ich źró­dłem jest al­ko­hol czy jego przy­gnę­bie­nie.

– Zda­wa­ło mi się, że nie pi­jesz – po­wie­dzia­ła, świa­do­ma tonu pre­ten­sji w swym gło­sie.

– A mnie się zda­wa­ło, że nie za­bi­jam dzie­ci – od­parł i wpa­trzył się w ja­kiś punkt za jej ple­ca­mi.

Sara chcia­ła­by mu po­móc, ale czu­ła się obez­wład­nio­na wła­snym przy­gnę­bie­niem.

– To przez Fran­ka – wy­ja­śnił. – Dał mi tro­chę whi­sky.

– I co, po­mo­gło?

Jego oczy za­szkli­ły się i zo­ba­czy­ła, że usi­łu­je wal­czyć z łza­mi. Po­ru­szył szczę­ką, po­tem uśmiech­nął się smut­no.

– Jef­frey…

Ale nie dał jej szan­sy.

– Zna­la­złaś coś? – spy­tał su­cho.

– Nie.

– Sam nie wiem… – prze­rwał i spu­ścił wzrok, ale nie na dziec­ko. Jego oczy utkwio­ne były w ka­fel­kach pod­ło­gi. – Nie wiem, jak się za­cho­wać – po­wie­dział w koń­cu. – Nie wiem, co mam ro­bić.

Sa­rze zro­bi­ło się go żal. Pa­trze­nie na za­ła­ma­ne­go Jef­freya było bar­dziej bo­le­sne niż zma­ga­nie się z wła­sny­mi od­czu­cia­mi. Obe­szła stół i po­ło­ży­ła mu rękę na ra­mie­niu, jed­nak on się do niej nie od­wró­cił.

– My­ślisz, że ona by go za­strze­li­ła? – za­py­tał.

Sara po­czu­ła ucisk w gar­dle, bo i ją drę­czy­ło to py­ta­nie. Jen­ny cały czas sta­ła od­wró­co­na do niej ple­ca­mi i tyl­ko Jef­frey, Lena i Brad mo­gli wi­dzieć do­kład­nie to, co się dzia­ło.

– Saro?

W jego wzro­ku doj­rza­ła wy­raź­nie, że ocze­ku­je od niej praw­dy, a nie uni­ków.

– Tak – od­po­wie­dzia­ła, sta­ra­jąc się, by za­brzmia­ło to prze­ko­nu­ją­co. – Mia­łeś ja­sną sy­tu­ację. Nie było in­ne­go wyj­ścia.

Jef­frey od­szedł parę kro­ków i oparł się ple­ca­mi o ścia­nę.

– Oj­cem jest pew­nie Mark, praw­da? – Oparł gło­wę o ścia­nę. – Ten chło­pak, któ­re­go chcia­ła za­strze­lić.

Sara wło­ży­ła ręce do kie­sze­ni i zmu­si­ła się do po­zo­sta­nia w miej­scu, choć coś ją ku nie­mu cią­gnę­ło.

– Na to wy­glą­da – przy­tak­nę­ła.

– Jego ro­dzi­ce zga­dza­ją się na roz­mo­wę z nim do­pie­ro ju­tro. Sły­sza­łaś o tym?

Za­prze­czy­ła po­wol­nym ru­chem gło­wy. Mark nie był o nic po­dej­rza­ny i nie moż­na było aresz­to­wać go tyl­ko za to, że ktoś ce­lo­wał do nie­go z pi­sto­le­tu.

– Oświad­czy­li, że dość już prze­szedł. – Jef­frey opu­ścił gło­wę. – Dla­cze­go ona to zro­bi­ła? Przez co mu­sia­ła przejść, że uzna­ła…? – Za­milkł i pod­niósł wzrok na Sarę. – Była jed­ną z two­ich pa­cjen­tek, praw­da?

– Prze­nio­sła się tu­taj z mat­ką ja­kieś trzy lata temu. – Sara pró­bo­wa­ła przy­brać rze­czo­wy ton. Wie­dzia­ła, że bar­dziej po­mo­że Jef­frey­owi, trak­tu­jąc tę spra­wę jak każ­dą inną bez roz­wo­dze­nia się nad jego oso­bi­stym udzia­łem w tym strasz­nym wy­da­rze­niu. I fakt, że ona wo­la­ła­by in­a­czej, w tym aku­rat mo­men­cie nie miał więk­sze­go zna­cze­nia.

– Skąd? – za­py­tał.

– Chy­ba gdzieś z pół­no­cy. Mat­ka przy­je­cha­ła tu po bar­dzo bo­le­snym roz­wo­dzie.

– Skąd to wiesz?

– Ro­dzi­ce opo­wia­da­ją mi róż­ne rze­czy. – Za­wie­si­ła głos. – Nie wie­dzia­łam, że Jen­ny jest w cią­ży. Nie po­ka­zy­wa­ła się u mnie od pół roku, może dłu­żej. – Po­ło­ży­ła rękę na pier­si. – Była ta­kim mi­łym dziec­kiem. Nig­dy bym nie po­my­śla­ła, że stać ją na coś ta­kie­go.

Jef­frey po­ki­wał gło­wą i po­tarł po­wie­ki.

– Tes­sa nie jest pew­na, czy uda jej się zi­den­ty­fi­ko­wać tę dru­gą dziew­czy­nę, któ­ra wcho­dzi­ła do to­a­le­ty. Brad ma wziąć ze szko­ły kro­ni­kę szkol­ną, może to coś da. Ty też ją obej­rzyj.

– Oczy­wi­ście… Był strasz­ny tłum – po­wie­dział, ma­jąc na my­śli tor dla wrot­ka­rzy. – Ale lu­dzie się ro­ze­szli, za­nim zdą­ży­li­śmy ich prze­słu­chać. Chy­ba nie uda nam się od­na­leźć wszyst­kich.

– Do­wie­dzia­łeś się cze­goś?

Po­trzą­snął gło­wą.

– Je­steś pew­na, że tyl­ko one dwie wcho­dzi­ły do to­a­le­ty? Jen­ny i ta dru­ga dziew­czy­na?

– Ni­ko­go in­ne­go nie wi­dzia­łam – od­par­ła, choć po dzi­siej­szym wie­czo­rze nie mo­gła już być ni­cze­go pew­na. – Nie przy­glą­da­łam się jej. Gdy­by była moją pa­cjent­ką, pew­nie bym ją roz­po­zna­ła, ale też nie na pew­no… – Prze­rwa­ła, pró­bu­jąc coś jesz­cze so­bie przy­po­mnieć, ale nic no­we­go nie przy­szło jej do gło­wy. – Była wy­so­ka i chy­ba mia­ła na gło­wie ba­se­bal­lów­kę.

Spoj­rzał na nią z za­in­te­re­so­wa­niem.

– Pa­mię­tasz ko­lor?

– Było ciem­no – od­par­ła, czu­jąc, że spra­wia mu za­wód. Po­my­śla­ła, że ro­zu­mie te­raz, dla­cze­go tylu świad­ków tak chęt­nie skła­da nie­praw­dzi­we ze­zna­nia. Czu­ła się głu­pio, nie umie­jąc po­wie­dzieć nic o tam­tej dziew­czy­nie, i sta­ra­ła się to nad­ro­bić, szu­ka­jąc w pa­mię­ci choć­by strzę­pów in­for­ma­cji, któ­re rów­nie do­brze mo­gły być je­dy­nie wy­two­rem jej wy­obraź­ni. – Te­raz to już na­wet nie je­stem pew­na, czy to była ba­se­bal­lów­ka. Nie przy­glą­da­łam się jej – do­da­ła, uśmie­cha­jąc się. – Roz­glą­da­łam się za tobą.

Nie od­wza­jem­nił jej uśmie­chu i po­wie­dział tyl­ko:

– Roz­ma­wia­łem z jej mat­ką.

– I co jej po­wie­dzia­łeś?

– Za­strze­li­łem pani cór­kę, pani We­aver – po­wie­dział sztucz­nie bez­tro­skim to­nem. – Bar­dzo mi przy­kro.

Sara przy­gry­zła dol­ną war­gę. Gdy­by miesz­ka­li w więk­szej miej­sco­wo­ści, Jef­frey nie mu­siał­by sam za­wia­da­miać ro­dzi­ny. Zo­stał­by cza­so­wo od­su­nię­ty od spra­wy i cze­kał­by na wy­nik do­cho­dze­nia. Hrab­stwo Grant było jed­nak tak małe, że wszyst­ko spa­da­ło na jego bar­ki.

– Nie chcia­ła wy­ra­zić zgo­dy na sek­cję – cią­gnął. – Mu­sia­łem ją prze­ko­nać, że nie ma wy­bo­ru. Stwier­dzi­ła, że to bę­dzie tak… – prze­rwał – jak­by ją za­bi­jać po raz dru­gi.

Sara po­czu­ła, jak ją ści­ska w doł­ku z żalu i po­czu­cia winy.

– Na­zwa­ła mnie mor­der­cą dzie­ci – po­wie­dział. – Od dziś je­stem mor­der­cą dzie­ci.

Sara za­prze­czy­ła ru­chem gło­wy.

– Nie mia­łeś wy­bo­ru – rze­kła prze­ko­na­na, że tak było na­praw­dę. Kie­dyś się z tym męż­czy­zną ko­cha­ła i dzie­li­ła z nim ży­cie. I za­wsze wie­rzy­ła w słusz­ność jego oce­ny. – Po­stą­pi­łeś zgod­nie z re­gu­ła­mi – do­da­ła.

Par­sk­nął szy­der­czo.

– Jeff…

– My­ślisz, że ona by to zro­bi­ła? – po­wtó­rzył. – Bo ja wąt­pię. Ana­li­zu­ję wszyst­ko i do­cho­dzę do wnio­sku, że chy­ba jed­nak by od­pu­ści­ła, że może…

– Po­patrz tu – prze­rwa­ła Sara, wska­zu­jąc na stół. – Za­bi­ła wła­sne dziec­ko, Jef­frey. My­ślisz, że nie by­ła­by zdol­na za­bić tak­że jego ojca?

– Tego już nig­dy się nie do­wie­my.

Ci­sza, któ­ra za­pa­dła, była jak gę­sta chmu­ra. Po­kry­te ka­fel­ka­mi i su­ro­we w wy­glą­dzie po­miesz­cze­nia kost­ni­cy znaj­do­wa­ły się w su­te­re­nie szpi­ta­la i je­dy­nym dźwię­kiem za­kłó­ca­ją­cym ci­szę był szum sprę­ża­rek w sza­fach chłod­ni­czych. Jed­na z nich aku­rat wy­łą­czy­ła się z gło­śnym pstryk­nię­ciem, któ­re od­bi­ło się głu­chym echem od ścian.

– Czy dziec­ko było żywe? – spy­tał Jef­frey. – Uro­dzi­ło się żywe?

– Nie prze­ży­ło­by bez po­mo­cy le­kar­skiej – po­wie­dzia­ła Sara i oczy­wi­ście nie była to od­po­wiedź na jego py­ta­nie. Z ja­kie­goś po­wo­du chcia­ła kryć Jen­ny.

– Ale była żywa? – nie da­wał się zbyć.

– Była bar­dzo mała – od­par­ła – więc ra­czej by się jej nie uda­ło…

Jef­frey pod­szedł do sto­łu, wsa­dził ręce do kie­sze­ni i wbił wzrok w no­wo­rod­ka.

– Chcę… – po­wie­dział ci­cho – chcę iść do domu. I chcę, że­byś ty po­szła ze mną.

– Do­brze. – Kiw­nę­ła gło­wą choć wca­le nie była pew­na, czy do­brze go zro­zu­mia­ła.

– I chcę się z tobą ko­chać – do­dał.

W oczach Sary mu­sia­ło od­ma­lo­wać się za­sko­cze­nie.

– Chcę… – za­wie­sił głos.

Sara przy­glą­da­ła mu się ze ści­śnię­tym ser­cem.

– Chcesz zro­bić dziec­ko.

Po zdu­mie­niu w oczach Jef­freya po­zna­ła, że nie przy­szło mu to w ogó­le do gło­wy, i po­czu­ła się na­wet tro­chę upo­ko­rzo­na. Ser­ce po­de­szło jej do gar­dła i nie mo­gła wy­du­sić z sie­bie sło­wa.

Po­trzą­snął gło­wą.

– Nie to mia­łem na my­śli.

Sara od­wró­ci­ła się, czu­jąc, jak ją palą po­licz­ki. Nie przy­cho­dzi­ło jej nic do gło­wy, czym mo­gła­by po­kryć tam­te sło­wa.

– Prze­cież wiem, że nie mo­żesz… – po­wie­dział.

– Mniej­sza z tym.

– Cho­dzi mi tyl­ko o to, że…

Choć jej wście­kłość była ad­re­so­wa­na do sa­mej sie­bie, a nie do Jef­freya, wark­nę­ła na nie­go opry­skli­wie:

– Po­wie­dzia­łam, mniej­sza z tym.

Jef­frey na chwi­lę za­milkł, naj­wy­raź­niej za­sta­na­wia­jąc się, co po­wie­dzieć. W koń­cu ża­ło­snym to­nem oświad­czył:

– Bo chciał­bym cof­nąć czas o pięć go­dzin, ro­zu­miesz? – Po­cze­kał, aż się od­wró­ci, i do­dał: – Chciał­bym zno­wu stać z tobą na tym cho­ler­nym to­rze i jak ten za­sra­ny pa­ger się ode­zwie, to wy­rzu­cić go pro­sto do śmie­ci.

Sara pa­trzy­ła na nie­go w mil­cze­niu, bo­jąc się ode­zwać.

– Tyl­ko o tym ma­rzę, Saro – po­wtó­rzył. – Ni­cze­go in­ne­go nie mia­łem na my­śli. A w tam­tej spra­wie…

Uci­szy­ła go, pod­no­sząc dłoń. Na scho­dach roz­le­gły się kro­ki dwóch osób. Sara prze­szła do biu­ra, ocie­ra­jąc po dro­dze łzy. Z pu­deł­ka na biur­ku wy­cią­gnę­ła chu­s­tecz­kę hi­gie­nicz­ną i wy­dmu­cha­ła nos, po­tem po­li­czy­ła po­wo­li do pię­ciu, sta­ra­jąc się dojść do sie­bie i prze­łknąć uczu­cie upo­ko­rze­nia.

Kie­dy się ob­ró­ci­ła, de­tek­tyw Lena Adams i Brad Ste­phens byli już w kost­ni­cy i sta­li obok Jef­freya, któ­re­mu rów­nież uda­ło się przy­brać ma­skę obo­jęt­no­ści. Wszy­scy tro­je trzy­ma­li ręce za sobą, jak to ro­bią po­li­cjan­ci na miej­scu prze­stęp­stwa w oba­wie, by przy­pad­kiem nie za­trzeć śla­dów. W tej chwi­li Sara wszyst­kich ich nie­na­wi­dzi­ła, na­wet Bra­da Ste­phen­sa, któ­ry był wy­jąt­ko­wo nie­szko­dli­wym po­czciw­cem.

– Dzień do­bry, pani dok­tor – po­wie­dział Brad, zdej­mu­jąc na jej wi­dok czap­kę. Twarz miał bled­szą niż zwy­kle, a w oczach krę­ci­ły mu się łzy.

– Przejdź się… – za­czę­ła Sara, ale mu­sia­ła prze­rwać, by od­chrząk­nąć – przejdź się na górę i przy­nieś mi kil­ka prze­ście­ra­deł. Tak ze czte­ry. Nie­po­trzeb­ne jej były prze­ście­ra­dła, ale Brad był kie­dyś jej pa­cjen­tem i wciąż czu­ła po­trze­bę, by się nim opie­ko­wać.

– Do­brze, pani dok­tor. – Brad uśmiech­nął się do niej ura­do­wa­ny, że ma coś do zro­bie­nia.

Po jego wyj­ściu Lena spy­ta­ła rze­czo­wym to­nem:

– Z dziec­kiem już po wszyst­kim?

Jef­frey po­twier­dził, mimo że go przy tym nie było. Do­strzegł sko­ro­szyt z do­ku­men­ta­mi na dru­gim koń­cu sto­łu i wy­cią­gnął rękę. Sara nie ode­zwa­ła się ani sło­wem, pa­trząc, jak wyj­mu­je z kie­sze­ni pió­ro i pod­pi­su­je się pod pro­to­ko­łem sek­cji. Mia­ła świa­do­mość, że prze­pro­wa­dza­jąc sek­cję bez obec­no­ści choć­by jed­ne­go świad­ka, zła­ma­ła kil­ka prze­pi­sów.

– Dziew­czy­na jest w chłod­ni? – spy­ta­ła Lena, ru­sza­jąc do drzwi. W jej ru­chach było coś non­sza­lanc­kie­go, jak­by to, co na nią cze­ka­ło za tymi drzwia­mi, było dla niej czymś zu­peł­nie zwy­czaj­nym. Sara wie­dzia­ła, że Lena ostat­nio dużo prze­szła, jed­nak jej po­sta­wa tro­chę ją zi­ry­to­wa­ła. – Tu­taj? – spy­ta­ła, trzy­ma­jąc dłoń na drzwiach chłod­ni.

Sara przy­tak­nę­ła gło­wą ale nie po­ru­szy­ła się. Jef­frey pod­szedł do Leny, żeby jej po­móc, i Sara po­spiesz­nie za­su­nę­ła za­mek na tor­bie z no­wo­rod­kiem, jak­by bo­jąc się, że się roz­my­śli.

Kie­dy Lena i Jef­frey wy­to­czy­li no­sze z cia­łem Jen­ny We­aver, ser­ce Sary wa­li­ło jak mło­tem. Pod­je­cha­li do sto­łu i za­blo­ko­wa­li kół­ka, cze­ka­jąc, aż Sara prze­su­nie wo­rek z no­wo­rod­kiem. W koń­cu Jef­frey wziął go na ręce i Sara od­wró­ci­ła gło­wę, wi­dząc, że pod­trzy­mu­je dło­nią coś, co mu­sia­ło być głów­ką dziec­ka. Po­szedł do chłod­ni, wlo­kąc po pod­ło­dze pu­stą koń­ców­kę wor­ka.

Lena z osten­ta­cyj­ną nie­cier­pli­wo­ścią spoj­rza­ła na ze­ga­rek i Sara po­czu­ła, że ma ocho­tę ude­rzyć ją w twarz. Opa­no­wa­ła się i po­de­szła do me­ta­lo­wej szaf­ki koło umy­wa­lek. Otwo­rzy­ła ste­ryl­ne opa­ko­wa­nie i na­ło­ży­ła far­tuch, zer­ka­jąc spod oka w stro­nę chłod­ni i za­sta­na­wia­jąc się, dla­cze­go Jef­frey tak się grze­bie. Po­ja­wił się, do­pie­ro gdy Sara chwy­ci­ła wo­rek, by po­móc Le­nie prze­nieść cia­ło Jen­ny na stół.

– Po­zwól – po­wie­dział, po czym wziął rogi wor­ka z rąk Leny i po­mógł prze­su­nąć go na bia­ły, ema­lio­wa­ny stół. Jen­ny była cięż­ka i gdy zło­żo­no ją na bla­cie, uło­żo­ne na koń­cu sto­łu na­rzę­dzia chi­rur­gicz­ne gło­śno za­brzę­cza­ły.

Sara uło­ży­ła gło­wę dziew­czy­ny na czar­nej pod­pór­ce, sta­ra­jąc się pa­trzeć na nią ocza­mi pa­to­lo­ga, a nie pe­dia­try. W cią­gu dzie­się­ciu lat pra­cy w cha­rak­te­rze ko­ro­ne­ra hrab­stwa Grant, zda­rzy­ły jej się tyl­ko czte­ry przy­pad­ki, że oso­bi­ście zna­ła de­na­tów, jed­nak Jen­ny była pierw­szą ofia­rą, któ­ra kie­dyś była rów­nież pa­cjent­ką jej kli­ni­ki.

Sara przy­su­nę­ła do sie­bie tacę z czy­sty­mi na­rzę­dzia­mi, upew­nia­jąc się, że jest na niej wszyst­ko, co jej po­trzeb­ne. Dwa gu­mo­we węże u szczy­tu sto­łu słu­ży­ły do opróż­nia­nia cia­ła z pły­nów ustro­jo­wych. Nad nimi wi­sia­ła duża waga słu­żą­ca do wa­że­nia na­rzą­dów. Na dru­gim koń­cu sto­łu znaj­do­wa­ła się taca z na­rzę­dzia­mi słu­żą­cy­mi do roz­ci­na­nia cia­ła. Blat wy­po­sa­żo­ny był w ry­nien­kę i wy­so­kie ob­ra­mo­wa­nie za­po­bie­ga­ją­ce roz­le­wa­niu się pły­nów i miał wy­raź­ny spa­dek w stro­nę du­że­go, mo­sięż­ne­go otwo­ru od­pły­wo­we­go.

Car­los, asy­stent Sary w kost­ni­cy, wcze­śniej okrył cia­ło Jen­ny We­aver du­żym, bia­łym prze­ście­ra­dłem i na jej szyi wi­dać było te­raz śred­niej wiel­ko­ści czer­wo­ną pla­mę. Car­los zaj­mo­wał się Jen­ny w cza­sie, gdy Sara pra­co­wa­ła nad dziec­kiem. Zro­bił jej prze­świe­tle­nia i przy­go­to­wał zwło­ki do sek­cji, pod­czas gdy Sara bez­sku­tecz­nie usi­ło­wa­ła zro­bić coś z no­wo­rod­kiem. Nie oka­zał zdzi­wie­nia, gdy po za­koń­czo­nej pra­cy Sara ka­za­ła mu iść do domu.

Sara zsu­nę­ła prze­ście­ra­dło na wy­so­kość klat­ki pier­sio­wej. Rana była ogrom­na i z pra­wej stro­ny szyi strzę­py cia­ła zwi­sa­ły jak ka­wał­ki su­ro­we­go mię­sa. W czar­nej od za­schnię­tej krwi ra­nie wi­dać było frag­men­ty chrzą­stek i ko­ści.

Po­de­szła do prze­glą­dar­ki na ścia­nie i włą­czy­ła pod­świe­tle­nie. Ja­rze­niów­ka za­mi­go­ta­ła i oświe­tli­ła wy­ko­na­ne przez Car­lo­sa kli­sze rent­ge­now­skie Jen­ny We­aver.

Przy­glą­da­ła im się w sku­pie­niu, po­cząt­ko­wo nie bar­dzo ro­zu­mie­jąc to, co wi­dzi. Za­nim się ode­zwa­ła, dla pew­no­ści spraw­dzi­ła jesz­cze na­zwi­sko w spi­sie.

– Te li­nie, któ­re tu wi­dać, to zła­ma­nie le­wej ko­ści ra­mien­nej, któ­re moim zda­niem mia­ło miej­sce nie­ca­ły rok temu. Nie wy­glą­da to na ty­po­we zła­ma­nie, zwłasz­cza u ko­goś, kto nie upra­wiał spor­tu, więc za­kła­dam, że przy­czy­ną był akt prze­mo­cy.

– Wie­dzia­łaś o tym? – spy­tał Jef­frey.

– Oczy­wi­ście, że nie – od­par­ła Sara. – Zło­ży­ła­bym za­wia­do­mie­nie. Każ­dy le­karz tak by po­stą­pił.

– Ja­sne – po­wie­dział Jef­frey, uno­sząc dłoń w obron­nym ge­ście. Jej ton mu­siał być chy­ba bar­dziej za­czep­ny, niż my­śla­ła, bo Lena za­czę­ła przy­glą­dać się cze­muś na po­sadz­ce.

Sara od­wró­ci­ła się w stro­nę prze­glą­dar­ki.

– Są rów­nież śla­dy ura­zu w oko­li­cy chrząst­ki że­bro­wej, któ­ra znaj­du­je się tu, koło że­bra. – Wska­za­ła pal­cem. – Wy­żej, w oko­li­cy most­ka wy­stę­pu­je stłu­cze­nie, któ­re mo­gło po­wstać w wy­ni­ku moc­ne­go pchnię­cia lub ude­rze­nia wstecz­ne­go. To zna­czy do tyłu. – Od­cze­ka­ła chwi­lę, za­sta­na­wia­jąc się, czy Jen­ny zgło­si­ła się z tym do ja­kie­goś le­ka­rza. Na­wet sta­ży­sta do­my­ślił­by się, że tego ro­dza­ju uraz to spra­wa moc­no po­dej­rza­na. – My­ślę, że ten, kto jej to zro­bił, był od niej wyż­szy. To świe­ży uraz – do­da­ła i umie­ści­ła w prze­glą­dar­ce na­stęp­ne zdję­cie. Przyj­rza­ła mu się ze skrzy­żo­wa­ny­mi ra­mio­na­mi. – To jest ob­ręcz bio­dro­wa – wy­ja­śni­ła. – Zwróć­cie uwa­gę na cień na ko­ści kul­szo­wej. Wska­zy­wa­ło­by to na ura­zo­wy na­cisk na kość ło­no­wą. W me­dy­cy­nie na­zy­wa się to zła­ma­niem uci­sko­wym.

– A ten ucisk od cze­go? – za­py­tał Jef­frey.

Ku za­sko­cze­niu Sary, na py­ta­nie Jef­freya od­po­wie­dzia­ła Lena.

– Zo­sta­ła zgwał­co­na. – Po­wie­dzia­ła to tak obo­jęt­nym to­nem, jak­by mó­wi­ła o ko­lo­rze oczu dziew­czy­ny. – Bru­tal­nie zgwał­co­na, zga­dza się?

Sara przy­tak­nę­ła. Chcia­ła jesz­cze coś po­wie­dzieć, ale usły­sza­ła kro­ki na scho­dach i po cha­rak­te­ry­stycz­nym szu­ra­niu po­zna­ła, że wra­ca Brad.

– Pro­szę – po­wie­dział, wsu­wa­jąc się ty­łem przez drzwi. W rę­kach trzy­mał kil­ka prze­ście­ra­deł i dyn­da­ją­cą czap­kę.

– A po­szew­ki przy­nio­słeś? – rzu­ci­ła Sara.

– Ojej – wes­tchnął Brad i po­trzą­snął gło­wą. – Nie, prze­pra­szam.

– Chy­ba są na sa­mej gó­rze. Przy­nieś co naj­mniej czte­ry.

– Już lecę, pani dok­tor – od­parł, ukła­da­jąc prze­ście­ra­dła na sto­le przy drzwiach.

Kie­dy wy­szedł, Lena zło­ży­ła ręce na pier­siach.

– On już nie ma dwu­na­stu lat – oświad­czy­ła su­cho.

Po raz pierw­szy od po­ja­wie­nia się Leny w kost­ni­cy Jef­frey pod­niósł na nią wzrok i mruk­nął: „Ci­cho bądź”, co jak na nie­go było za­cho­wa­niem dość nie­ty­po­wym.

Lena za­czer­wie­ni­ła się i za­mil­kła, co też było nie­ty­po­we.

– Na stłu­cze­nie klat­ki pier­sio­wej mu­sia­ła uży­wać ty­le­no­lu. Nic in­ne­go się nie na­da­je – cią­gnę­ła Sara. – Pęk­nię­cie ko­ści mied­ni­cy mo­gło za­go­ić się samo. To by wy­ja­śnia­ło, dla­cze­go ostat­nio przy­ty­ła. Mu­sia­ła mieć kło­po­ty z po­ru­sza­niem się.

– My­ślisz, że to ten jej chło­pak się nad nią znę­cał? – za­py­tał Jef­frey.

– Ktoś na pew­no – od­par­ła Sara, raz jesz­cze przy­glą­da­jąc się kli­szom, by upew­nić się, że ni­cze­go nie prze­ga­pi­ła. Ba­da­jąc Jen­ny We­aver, ani razu nie na­tknę­ła się na śla­dy prze­mo­cy fi­zycz­nej. Zu­peł­nie nie ro­zu­mia­ła, jak to się sta­ło, że dziew­czyn­ce uda­ło się je ukryć, i dla­cze­go to zro­bi­ła. Tyle że oczy­wi­ście nie ka­za­ła swym prze­zię­bio­nym pa­cjen­tom ro­bić prze­świe­tleń, a Jen­ny nig­dy nie roz­bie­ra­ła się do ba­da­nia. Na­sto­lat­ki po­tra­fią być bar­dzo draż­li­we na punk­cie swe­go cia­ła i nie chcąc jej za­wsty­dzać przy osłu­chi­wa­niu płuc i ser­ca, wsu­wa­ła jej ste­to­skop pod bluz­kę.

Sara wró­ci­ła do sto­łu i na nowo pod­ję­ła oglę­dzi­ny. Po­czu­ła, że ręce jej się tro­chę trzę­są, i ścią­ga­jąc prze­ście­ra­dło, była tak za­ab­sor­bo­wa­na opa­no­wa­niem tego drże­nia, że nie od razu za­uwa­ży­ła to, co uka­za­ło się ich oczom.

– O cho­le­ra – po­wie­dzia­ła Lena i prze­cią­gle gwizd­nę­ła.

Jef­frey tym ra­zem jej nie upo­mniał i trud­no mu się było dzi­wić. Całe cia­ło dziew­czy­ny, a zwłasz­cza jej przed­ra­mio­na i nogi, było po­kry­te dzie­siąt­ka­mi drob­nych na­cięć. Na­cię­cia były w róż­nych sta­diach go­je­nia, jed­nak nie­któ­re mu­sia­ły po­cho­dzić za­le­d­wie sprzed paru dni.

– A co to ta­kie­go?! – wy­krzyk­nął Jef­frey. – Pró­bo­wa­ła się za­bić czy jak?

Sara przyj­rza­ła się na­cię­ciom. Żad­ne nie prze­bie­ga­ło w po­przek nad­garst­ka ani w miej­scach rzu­ca­ją­cych się w oczy ko­muś po­stron­ne­mu. Te­raz było już wia­do­mo, dla­cze­go w środ­ku lata Jen­ny mia­ła na so­bie blu­zę z dłu­gi­mi rę­ka­wa­mi. Ciąg krót­kich głę­bo­kich na­cięć na le­wym przed­ra­mie­niu za­czy­nał się ja­kieś sie­dem cen­ty­me­trów po­wy­żej nad­garst­ka, w miej­scu, do któ­re­go mógł się pod­wi­nąć rę­kaw, na­to­miast licz­ne ciem­ne bli­zny wska­zy­wa­ły, że cały pro­ce­der trwał już od daw­na. Na­cię­cia na no­gach były o wie­le głęb­sze i wy­da­wa­ły się krzy­żo­wać. Po uło­że­niu blizn wi­dać było, że na­cię­cia roz­cho­dzą się pro­mie­ni­ście od ko­la­na w górę uda. Rany nie­wąt­pli­wie za­da­ła so­bie sama Jen­ny.

– Co to jest? – za­py­tał Jef­frey, choć nie mógł mieć wąt­pli­wo­ści.

– To szny­ty – wy­ja­śni­ła Lena.

– Sa­mo­oka­le­cze­nia – po­pra­wi­ła ją Sara, jak­by mo­gło to coś zmie­nić. – Już mia­łam z tym do czy­nie­nia w kli­ni­ce.

– Ale dla­cze­go? – spy­tał Jef­frey. – Po co ktoś miał­by ro­bić coś ta­kie­go?

– Prze­waż­nie z głu­po­ty – od­par­ła Sara, czu­jąc, jak iry­ta­cja skrę­ca jej żo­łą­dek. Ileż razy ba­da­ła tę dziew­czy­nę? Co jesz­cze prze­ga­pi­ła? – Cza­sem chcą się prze­ko­nać, ja­kie to uczu­cie. Za­zwy­czaj to tyl­ko po­pi­sy­wa­nie się bez my­śle­nia o skut­kach. Ale to tu­taj… – prze­rwa­ła, wpa­tru­jąc się w głę­bo­kie na­cię­cia na le­wym udzie – to co in­ne­go. Ukry­wa­ła je i nie chcia­ła, żeby ktoś to zo­ba­czył.

– Ale dla­cze­go? – po­wtó­rzył Jef­frey. – Po co to ro­bi­ła?

– Sa­mo­kon­tro­la – po­wie­dzia­ła Lena i Sa­rze nie spodo­ba­ło się, jak mó­wiąc to, spoj­rza­ła na dziew­czy­nę. W jej wzro­ku był nie­mal po­dziw.

– To ob­jaw głę­bo­kiej psy­cho­zy – rzu­ci­ła Sara. – Za­zwy­czaj ro­bią to bu­li­micz­ki albo ano­rek­tycz­ki. To ro­dzaj nie­na­wi­ści do sa­mej sie­bie. – Ob­rzu­ci­ła Lenę wy­mow­nym spoj­rze­niem. – Prze­waż­nie ma to głęb­szą przy­czy­nę. Na przy­kład mo­le­sto­wa­nie sek­su­al­ne albo gwałt.

Lena przez se­kun­dę wy­trzy­ma­ła jej spoj­rze­nie, po­tem od­wró­ci­ła wzrok.

– Mogą też być inne przy­czy­ny – cią­gnę­ła Sara. – Nad­uży­wa­nie środ­ków odu­rza­ją­cych, cho­ro­ba psy­chicz­na, pro­ble­my w szko­le czy w domu.

Mó­wiąc to, po­de­szła do szaf­ki i wy­ję­ła pla­sti­ko­wy wzier­nik. Na­ło­ży­ła dru­gą parę rę­ka­wi­czek, roz­pa­ko­wa­ła wzier­nik i z pstryk­nię­ciem za­trza­sku otwo­rzy­ła go. Dźwięk ten spo­wo­do­wał, że Lena wzdry­gnę­ła się lek­ko i Sara z ulgą po­my­śla­ła, że po­li­cjant­ka mie­wa jed­nak ja­kieś ludz­kie re­ak­cje.

Po­de­szła do cia­ła i roz­ło­ży­ła nogi Jen­ny. Znie­ru­cho­mia­ła, nie mo­gąc uwie­rzyć wła­snym oczom. Wzier­nik wy­padł jej z rąk na stół.

– Co się sta­ło? – spy­ta­ła Lena.

Sara nie od­po­wie­dzia­ła. My­śla­ła, że po tym, co wi­dzia­ła dziś wie­czo­rem, nic już nie zdo­ła jej za­sko­czyć. My­li­ła się.

– Co się sta­ło? – po­wtó­rzy­ła Lena.

– To nie było jej dziec­ko. Ona nig­dy nie ro­dzi­ła.

Jef­frey kiw­nął gło­wą na wzier­nik.

– Skąd mo­żesz wie­dzieć, sko­ro jej na­wet nie zba­da­łaś?

Sara spoj­rza­ła na nich, nie bar­dzo wie­dząc, jak to po­wie­dzieć.

– Ma za­szy­tą po­chwę – wy­krztu­si­ła wresz­cie. – Są­dząc po sta­dium wy­go­je­nia, za­szy­to ją co naj­mniej sześć mie­się­cy temu.

NIEDZIELA 4

Lena wyj­rza­ła przez okno i ko­lej­ny raz prze­je­cha­ła ję­zy­kiem po przed­nich zę­bach. Nie mo­gła się przy­zwy­cza­ić do tym­cza­so­wych pro­tez. Za trzy ty­go­dnie mia­ła do­stać czte­ry sta­łe im­plan­ty, któ­re wkrę­cą jej w dzią­sła jak ża­ró­wecz­ki, i nie po­tra­fi­ła so­bie wy­obra­zić, jak bę­dzie się z tym czu­ła. A na ra­zie pro­te­zy sta­no­wi­ły pa­miąt­kę tego, co wy­da­rzy­ło się czte­ry mie­sią­ce temu.

Pa­trzy­ła na su­ną­ce za szy­bą sa­mo­cho­du wi­do­ki, sta­ra­jąc się uwol­nić od wspo­mnień. Hrab­stwo Grant było małe, ale i tak więk­sze od Re­ece, gdzie do­ra­sta­ła z Sy­bil, swo­ją sio­strą bliź­niacz­ką. Ich oj­ciec po­niósł śmierć na służ­bie osiem mie­się­cy przed ich uro­dze­niem, mat­ka zmar­ła, wy­da­jąc je na świat. Obo­wią­zek wy­cho­wa­nia dziew­czy­nek spadł na wuja, Han­ka Nor­to­na, mi­ło­śni­ka szyb­kiej jaz­dy i al­ko­ho­lu, któ­ry przez ich całe dzie­ciń­stwo bez­sku­tecz­nie wal­czył z uza­leż­nie­nia­mi. Któ­re­goś sło­necz­ne­go po­po­łu­dnia, co­fa­jąc po pi­ja­ne­mu przed do­mem sa­mo­chód, po­trą­cił Sy­bil, w wy­ni­ku cze­go dziew­czyn­ka stra­ci­ła wzrok. Lena za­wsze ob­wi­nia­ła go o ka­lec­two sio­stry i nig­dy nie wy­ba­czy­ła mu roli, jaką w tym ode­grał. Jego re­ak­cją na jej nie­na­wiść było cho­wa­nie się za nie­prze­nik­nio­nym mu­rem nie­chę­ci. Wza­jem­ne ura­zy z prze­szło­ści unie­moż­li­wia­ły oboj­gu doj­ście do po­ro­zu­mie­nia. Na­wet te­raz, gdy Sy­bil już nie żyła, a ona sama le­d­wo uszła z ży­ciem, nie po­tra­fi­ła go trak­to­wać in­a­czej, jak tyl­ko jako zło ko­niecz­ne.

– Ale upał – mruk­nął Hank, ocie­ra­jąc kark sta­rą po­strzę­pio­ną chu­s­tecz­ką.

Kli­ma­ty­za­cja bu­cza­ła tak gło­śno, że Lena le­d­wo go sły­sza­ła. Sta­ry mer­ce­des Han­ka przy­po­mi­nał czołg i wszyst­ko w jego wnę­trzu było na wy­rost. Sie­dze­nia były za wiel­kie, we wgłę­bie­niu na nogi moż­na by zmie­ścić ko­nia, a po­krę­tła na de­sce roz­dziel­czej były ogrom­ne i aż kłu­ły w oczy. Za­pro­jek­to­wa­no je nie tyle z my­ślą o ła­two­ści ob­słu­gi, ile po to, żeby ro­bić wra­że­nie. Ale trze­ba było przy­znać, że ten ma­syw­ny po­jazd da­wał po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa i na­wet na wy­bo­istej żwi­ro­wej dro­dze do domu Leny sa­mo­chód zda­wał się pły­nąć.

– Strasz­ny upał – po­wtó­rzył Hank. Z upły­wem lat ro­bił to co­raz czę­ściej, jak­by po­wta­rza­nie tego sa­me­go mia­ło zre­kom­pen­so­wać fakt, że miał nie­wie­le no­we­go do po­wie­dze­nia.

– Mhm – po­twier­dzi­ła Lena, nie od­wra­ca­jąc gło­wy od okna. Czu­ła, że Hank na nią pa­trzy i pró­bu­je na­wią­zać kon­takt. Po ja­kimś cza­sie pod­dał się i włą­czył ra­dio.

Lena od­wró­ci­ła się od okna i od­chy­li­ła gło­wę na opar­cie fo­te­la. Któ­rejś nie­dzie­li tuż po wyj­ściu ze szpi­ta­la zgo­dzi­ła się to­wa­rzy­szyć wu­jo­wi do ko­ścio­ła i w cią­gu ko­lej­nych mie­się­cy we­szło im to w zwy­czaj. Jeź­dzi­ła bar­dziej dla­te­go, że bała się zo­sta­wać w domu sama, niż z po­trze­by du­cha. Uwa­ża­ła, że nie musi już nig­dy ni­ko­go pro­sić o wy­ba­cze­nie. Swo­je dłu­gi wo­bec Boga, czy też tego ko­goś, kto za­rzą­dzał jej lo­sa­mi, spła­ci­ła czte­ry mie­sią­ce temu, kie­dy zo­sta­ła na­fa­sze­ro­wa­na nar­ko­ty­ka­mi, zgwał­co­na i prze­nie­sio­na do strasz­li­we­go świa­ta bólu i fał­szy­wych do­znań.

Hank znów prze­rwał jej tok my­śle­nia.

– Do­brze się czu­jesz, dzie­cin­ko?

„Co za głu­pie py­ta­nie – po­my­śla­ła Lena. – Kur­wa, cóż za idio­tycz­ne py­ta­nie.”

– Lee?

– Słu­cham – po­wie­dzia­ła, sły­sząc, jak se­ple­ni przez pro­te­zy.

– Nan zno­wu dzwo­ni­ła.

– Tak, wiem.

Nan Tho­mas, ostat­nia ko­chan­ka Sy­bil przed jej śmier­cią. Już od mie­sią­ca wy­dzwa­nia­ła.

– Ma ja­kieś rze­czy Sy­bil – po­wie­dział Hank, wie­dząc, że Lena i tak o tym wie. – Chce ci je tyl­ko od­dać.

– Niech je odda to­bie – od­par­ła Lena. Nie mia­ła ocho­ty się z nią spo­ty­kać i Hank do­sko­na­le o tym wie­dział. Mimo to wciąż do tego wra­cał.

Hank spró­bo­wał z in­nej becz­ki.

– A ta dziew­czy­na wczo­raj… – za­czął, ści­sza­jąc ra­dio. – By­łaś tam, nie?

– By­łam – wy­mam­ro­ta­ła Lena i za­ci­snę­ła szczę­ki, by nie wy­buch­nąć pła­czem. Czy kie­dy­kol­wiek jesz­cze bę­dzie mo­gła nor­mal­nie mó­wić? Czy na­wet wła­sny głos bę­dzie jej wciąż przy­po­mi­nać, co jej tam­ten zro­bił?

Tam­ten, po­my­śla­ła, nie chcąc na­wet w my­ślach uży­wać jego imie­nia. Spoj­rza­ła na ręce zło­żo­ne na udach i na iden­tycz­ne bli­zny na obu dło­niach. Gdy­by Hank nie sie­dział obok, ob­ró­ci­ła­by je i zaj­rza­ła na we­wnętrz­ną stro­nę, tam gdzie gwoź­dzie wbi­te w nie prze­szły na wy­lot. Ta­kie same bli­zny mia­ła też na sto­pach, w po­ło­wie od­le­gło­ści mię­dzy pal­ca­mi i kost­ką. Dwa mie­sią­ce fi­zjo­te­ra­pii przy­wró­ci­ły spraw­ność jej dło­niom; mo­gła też już cho­dzić, nie krzy­wiąc się z bólu, ale bli­zny po­zo­sta­ną na za­wsze.

Lena nie­wie­le pa­mię­ta­ła z tego, co się z nią dzia­ło po po­rwa­niu. Do­pie­ro te bli­zny i szpi­tal­na hi­sto­ria cho­ro­by po­zwo­li­ły jej od­two­rzyć wy­da­rze­nia. Wszyst­ko, co pa­mię­ta­ła, to chwi­le, gdy nar­ko­ty­ki prze­sta­wa­ły dzia­łać, tam­ten przy­cho­dził, sia­dał obok na pod­ło­dze i za­czy­nał opo­wia­dać o swo­im dzie­ciń­stwie i do­tych­cza­so­wym ży­ciu, zu­peł­nie jak­by byli ko­chan­ka­mi, któ­rzy chcą się le­piej po­znać.

Le­nie za­pa­dły w pa­mięć nie­któ­re szcze­gó­ły z jego ży­cia: jego pierw­szy po­ca­łu­nek, pierw­szy seks, jego na­dzie­je, ma­rze­nia i cho­re ob­se­sje. Na­wie­dza­ły ją te­raz rów­nie ła­two jak wspo­mnie­nia z wła­sne­go ży­cia. Czy opo­wia­da­ła mu wte­dy po­dob­ne rze­czy o so­bie? Nie mo­gła so­bie przy­po­mnieć i to ją bar­dziej prze­ra­ża­ło niż jej fi­zycz­ne cier­pie­nia. Cza­sa­mi mia­ła wra­że­nie, że wszyst­kie te bli­zny są nie­istot­ne w po­rów­na­niu z in­tym­ny­mi roz­mo­wa­mi, ja­kie pro­wa­dzi­ła ze swym prze­śla­dow­cą. Ma­ni­pu­lo­wał nią tak, że nie pa­no­wa­ła nad wła­sny­mi my­śla­mi. Zgwał­cił nie tyl­ko jej cia­ło, ale i umysł.

Na­wet te­raz jego wspo­mnie­nia mie­sza­ły się z jej wła­sny­mi i chwi­la­mi nie była już pew­na, czy to przy­da­rzy­ło się jemu, czy jej. Za­brał jej też Sy­bil, je­dy­ną oso­bę na świe­cie, któ­ra mo­gła­by to wszyst­ko roz­wi­kłać, zwró­cić jej ży­cie i jej dzie­ciń­stwo.

– Lee? – Hank wy­rwał ją z za­my­śle­nia, wy­cią­ga­jąc ku niej pacz­kę gumy do żu­cia.

Po­trzą­snę­ła gło­wą i pa­trzy­ła, jak Hank, trzy­ma­jąc kie­row­ni­cę, pró­bu­je wy­su­nąć pa­sek ju­icy fru­it. Rę­ka­wy ko­szu­li miał pod­wi­nię­te i na jego bia­łych zie­mi­stych rę­kach wi­dać było głę­bo­kie zmarszcz­ki. Te bli­zny były okrop­ne i ich wi­dok przy­po­mniał jej o Jen­ny We­aver. Wczo­raj Jef­frey do­py­ty­wał się, po co ktoś miał­by się ce­lo­wo ciąć, jed­nak Lena wie­dzia­ła, że ból może przy­nieść uko­je­nie. Ja­kieś sześć ty­go­dni po wyj­ściu ze szpi­ta­la przy­pad­ko­wo przy­trza­snę­ła so­bie pal­ce drzwia­mi od sa­mo­cho­du. Pie­ką­cy ból prze­szył całe ra­mię i przez kró­ciut­ką chwi­lę spra­wi­ło jej to przy­jem­ność. Po­my­śla­ła wte­dy: „A więc tak to jest, kie­dy zno­wu coś się czu­je”.