Plugawy spisek - Maxime Chattam - ebook
Opis

"Zło, niczym wirus, rozprzestrzenia się wśród tych, którzy starają się je zgłębić, a uśpiony gen przemocy czai się w każdym z nas. Mocny thriller autora bestsellerowej „Trylogii Zła"". Seria bestialskich morderstw wstrząsa Francją. Uznawszy wreszcie swoją bezsilność, żandarmeria paryska decyduje się poprosić o pomoc emerytowanego kryminologa, Richarda Mikelisa. Dołącza on do trojga śledczych: Alexisa Timée, Ludivine Vancker i olbrzymiego Segnona. Detektywi nie nadążają jednak za rozwojem wypadków – częstotliwość morderstw i ich brutalność wyraźnie wzrasta niemal z dnia na dzień. Uduszona i zgwałcona dziewczyna, przypadkowi podróżni strąceni z peronu pod pędzący pociąg przez nastolatka, zakatowani turyści, prostytutka obdarta ze skóry… łączy ich tylko jeden element – symbol *e wyryty na ciele ofiar lub namalowany sprayem na ścianie. Droga śladami przestępców prowadzi śledczych przez Szkocję, Polskę, aż do Kanady, a także przez obwarowane hasłami czeluście Internetu i tajne akta porzucone przez niemieckich żołnierzy po II wojnie światowej. Niestety wygląda na to, że ofiara okaże się sprawcą, a podejrzany tylko nieszczęsną marionetką…"

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 486

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Nakładem Wydawnictwa Sonia Draga ukazały się
następujące powieści Maxime’a Chattama:

Otchłań zła

W ciemnościach strachu

Diabelskie zaklęcia

Krew czasu

Tajemnice chaosu

Drapieżcy

Teoria Gai

Przymierze trojga

Królowa Malroncja

Jądro ziemi

Obietnica mroku

Requiem otchłani

Upiorny zegar

Nastrój, w jakim pisze się i czyta książkę, jest niemal tak samo ważny, jak zawarte w niej słowa, dlatego tworząc tę historię, otaczałem się dźwiękami muzyki. Oto utwory najbardziej w niej obecne – szczerze Wam je polecam do lektury niniejszej powieści:

Marc Streitenfeld, Prometheus

ten sam Marc Streitenfeld, The Grey

Howard Shore, Milczenie owiec

Faustine, mojej żonie.

Pisanie tak mrocznej opowieści jest niczym rejs

pod ciemnym niebem, badanie stref dyskomfortu.

Żeby lepiej zrozumieć. Człowieka i cywilizację.

To, co w nas najgorsze. Żeby lepiej kochać całą resztę.

Podczas tych poszukiwań była ona gwiazdą

błyszczącą nad moją głową.

Codziennie wskazywała mi drogę, bym wracał cały

i zdrów do właściwego portu, i bym się nie gubił.

Mojej gwieździe, która prowadzi mnie przez otchłanie.

CZĘŚĆ PIERWSZA
ON
1

Człowiek to tylko przechodzień. Oto, co zdawała się mówić góra.

Kolosalna grań wystrzeliwała ze skały, wysoka na tysiąc metrów, szara, pokryta siecią białych żłobień, z których przy każdym porywie wiatru wzlatywały w górę spirale pyłu, oszałamiające wzniesienie dominujące nad doliną, osłaniające miasteczko La Giettaz stałym cieniem, niewzruszone wobec potęgi odwiecznego słońca.

Okazała góra przytłaczała krajobraz od milionów lat i będzie nad nim dominować jeszcze przez co najmniej tyle samo czasu.

Miasteczko wciśnięte pomiędzy dwie fałdy gigantycznej bryły skalnej składało się z maleńkich domków z cegieł, desek i dachówek pokrywających chwiejne chatki, skromnych budowli łatanych wysuszoną gliną i wiązkami chrustu, wiecznie zagrożonych podczas burzy, poniewieranych przez zimę i każdy gwałtowniejszy wiatr.

Tutaj krajobraz całym sobą przypominał człowiekowi, że zaledwie przechodzi on po skorupie Ziemi. Że jest tylko dość uporczywym robakiem, którego wkrótce będzie można zidentyfikować wyłącznie po skamielinach jego cywilizacji. Góra za to nie odczuje niemal wcale tej krótkiej obecności u swego podnóża.

Tymczasem człowiek odcisnął delikatny przejściowy ślad na spokojnej masie, ciemną nitkę widoczną w świetle poranka, starannie ułożoną na zboczach wstążkę smoły, która wiła się od miasteczka aż do połowy wysokości wzniesienia.

Alexis Timée prowadził nachylony nad kierownicą, czubki palców ledwo wystawały spod rękawów puchowej kurtki. Ogrzewanie w wypożyczonym samochodzie nie działało. Wielki szal otulający jego szyję przypominał węża usiłującego udusić swoją ofiarę. Z każdym wydechem rodziła się przelotna chimera i rozpraszała natychmiast we wnętrzu auta. Alexis nie lubił jazdy w górach. A trasa przez Alpy, szczerze mówiąc, nie należała do najłatwiejszych.

Mała corsa zwolniła przed ostrym zakrętem, a następnie rozpędziła się, żeby pokonać wzniesienie, pnąc się po zakosach drogi. Alexis jechał dość szybko, silnik wył, gdyż kierowca późno zmieniał biegi, chcąc zostawić La Giettaz jak najdalej za sobą. Na szczęście na tej wysokości nie leżał śnieg, jeszcze nie: był początek października.

Alexis rzucił okiem na tekturową kopertę ślizgającą się na zakrętach po fotelu pasażera.

Symbol*e został nakreślony ręcznie czarnym grubym pisakiem na czerwonej kopercie.

Czerwonej jak krew,pomyślał natychmiast Alexis.

To nie moment, żeby o tym myśleć!

Powinien raczej skupić się na drodze. Wjazd na farmę musi się znajdować już niedaleko, o ile wskazówki mieszkańców miasteczka były prawidłowe.

Nieco wyżej, w połowie zakrętu, widniała drewniana, zniszczona przez niepogodę tabliczka wskazująca na odbiegającą w bok drogę między świerkami. Dało się na niej jeszcze odczytać napis „La Mongette”.

Alexis dotarł już prawie do celu.

Corsa zatrzęsła się, wjeżdżając w wypełnione kamieniami koleiny, i ruszyła przesieką lasu przytulonego do zbocza góry, by wkrótce dotrzeć na niewielką polanę, na której stała stara kamienna farma.

Alexis minął stajnię i zaparkował auto obok przedpotopowego jeepa.

Zanim wysiadł, rozejrzał się po okolicy.

Przede wszystkim spokój. Wiatr nie poruszał nawet olbrzymimi gałęziami iglaków. Ani śladu życia.

Ogromna kawka usiadła gwałtownie na masce samochodu – Alexis aż podskoczył. Ptak zrobił dwa kroki z rozwartym dziobem i odwróciwszy głowę, spoglądał czarnymi paciorkami oczu na młodego człowieka. Para wydobywająca się z ust żandarma zdawała się przyciągać jego uwagę. Po chwili, równie niespodziewanie jak się pojawił, ptak odleciał na wysoką gałąź.

Alexis sięgnął po czerwoną kopertę i wysiadł. Otoczył go chłód.

Z komina farmy buchał gęsty dym. Przynajmniej nie pocałuje klamki.

Dostrzegł ruch firanki w oknie i po chwili naprzeciw wyszedł mężczyzna.

Zbliżający się do pięćdziesiątki, łysy, o niemal przeźroczystych oczach, szarych, wpadających w zieleń: Alexis rozpoznał go natychmiast.

Richard Mikelis.

Był o dziwo o wiele bardziej postawny niż wskazywałyby na to zdjęcia. Przypominał drwala.

– Pan w sprawie lekcji matematyki? – spytał spokojnym, niskim i głębokim głosem, jak gdyby ten dobywał się z wnętrza ziemi.

– Proszę? – zmieszał się Alexis.

– Lekcje dla Sachy, mojej córki, to pan?

Uświadamiając sobie, że jest w cywilu, Alexis pokręcił łagodnie głową i wyciągnął rękę.

Mikelis ujął ją w swoją stwardniałą dłoń o szczupłych palcach, które jednak mogłyby miażdżyć kości.

– Adiutant Alexis Timée, żandarm wydziału śledczego w Paryżu. Czy zechciałby mi pan poświęcić chwilę?

Mikelis nagle zesztywniał, a jego spojrzenie się wyostrzyło. Wbił wzrok w oczy młodego żandarma i ten ostatni odniósł nieprzyjemne wrażenie, jakby unieruchomił go rzeźniczy hak. Hipnotyzujący. Richard Mikelis emanował magnetyzmem.

– Chodzi o moją żonę? – spytał, nie mrugnąwszy nawet powieką.

– Nie, nie, to nic osobistego, zapewniam pana. To trochę... skomplikowane, czy mógłbym wejść i wszystko panu przedstawić?

– Wie pan, że nie współpracuję już z policją ani żandarmerią, prawda?

– Tak mi powiedziano.

– Więc co pan tu robi?

– Muszę z panem porozmawiać.

Richard Mikelis skrzyżował ręce na piersiach, aż pod napiętym materiałem zarysowała się potężna muskulatura. Miał na sobie tylko koszulkę i wełniany sweter, ale wydawało się, że nie marznie.

– Przyjechałem specjalnie z Paryża, żeby się z panem zobaczyć – nalegał Alexis.

– Nie udzielam konsultacji, mógł pan zadzwonić, zaoszczędziłby pan sobie czasu. Przykro mi.

– Wiedziałem, że przez telefon mi pan odmówi, dlatego przywiozłem to.

Alexis uniósł przed sobą czerwoną kopertę.

Otoczone szarozieloną tęczówką źrenice zatrzymały się na teczce z aktami.

– Chyba pan nie rozumie, młody człowieku: jestem na emeryturze.

– Jest pan najlepszym kryminologiem w kraju, być może w całej Europie. Potrzebuję pańskiej opinii, to ważne. Proszę mi wierzyć, że nie zawracałbym panu głowy, gdyby tak nie było. Proszę mi tylko pozwolić przedstawić panu zawartość tej teczki.

Richard Mikelis wziął głęboki oddech, nie kryjąc już zniecierpliwienia.

– Wkurza mnie pan, chłopcze. Nie praktykuję już, traci pan czas.

Mikelis odwrócił się na pięcie i zamierzał odejść, gdy Alexis zawołał:

– Wiem, że zrezygnował pan ze względu na bliskich, żeby poświęcić się rodzinie, ale jesteśmy bezradni! Potrzebujemy zewnętrznej opinii, to poważna sprawa! Tylko kilka minut, nie proszę, żeby pan wrócił do służby, chodzi mi tylko o pańską ocenę sytuacji...

Mikelis znieruchomiał, odwrócił się, by ponownie spojrzeć na Alexisa:

– Nie wydaje się opinii w ciągu kilku minut, to tak nie działa.

– Mogę zostawić panu te dokumenty do przeczytania, na jak długo pan sobie zażyczy. Może się pan ze mną skon...

Mikelis uniósł rękę, jakby chcąc go powstrzymać:

– Przeszedłem na emeryturę, bo ta praca zżera od wewnątrz. Bo żeby zrozumieć przemoc, trzeba ją dopuścić do siebie, a ona łagodnie się rozprzestrzenia, skaża system myślenia, plami uczucia, zabarwia fantazje, to prawdziwe gówno, rozumie pan? Nie chcę wychowywać dzieci, mając to w głowie.

Alexis skinął głową z powagą.

– Przemoc jest zaraźliwa – rzekł. – W taki czy inny sposób.

Mikelis przyjrzał mu się uważnie: jego przejrzyste, niezamącone spojrzenie wywoływało uczucie dyskomfortu.

– Owszem, jest zaraźliwa – przyznał cicho.

Żandarm potrząsnął teczką.

– O to właśnie chodzi. Stoimy w obliczu epidemii. Nowego typu. A pan jest jedynym ekspertem, który może nam pomóc.

– Nie, nie jestem jedynym, niech się pan lepiej doinformuje, młody człowieku. W przeciwieństwie do mnie, wielu z rozkoszą panu pomoże.

– Okażą się równie bezradni jak my.

Mikelis westchnął, zmęczony rozmową.

– To naprawdę poważna sprawa – nalegał Alexis, zrozpaczony.

– Dlaczego sądzi pan, że jestem bardziej kompetentny niż ktoś inny?

– Znam pańską przeszłość. Pańskie ekspertyzy. Jest pan najlepszy. Jest pan nie tylko biblią wiedzy kryminalistycznej, ale czuje pan zbrodnię, potrafi pan ją zrozumieć, zna pan jej język. Czytałem wszystko na pana temat. To ja przekonałem pułkownika, żeby pozwolił mi zwrócić się do pana o pomoc.

– Schlebianie mi na nic się tu zda, przykro mi.

– Liczę na pańską ciekawość – dodał szybko Alexis. – Jestem pewien, że nigdy nie widział pan tego, co mam do pokazania.

Był rozgorączkowany, jego głosowi brakowało pewności. Zebrał siły, wziął głęboki oddech i dodał:

– Nie pobłądziliśmy dlatego, że to coś, czego nikt jeszcze nie widział, ale dlatego, że to nas przerosło.

Mikelis przechylił głowę, zaciekawiony. Milczał dłuższą chwilę. Kawka przyglądała się całej scenie, siedząc na gałęzi. Zaskrzeczała prześmiewczo, po czym odleciała w kierunku doliny.

– Żeby aż żandarmeria czuła się bezsilna! Naprawdę musicie być w niezłych tarapatach – rzekł wreszcie Mikelis. – Żona przyjedzie na obiad, chcę, żeby pan wyjechał przed jej powrotem.

Odsunął się, wskazując drzwi domu.

– Ma pan niecałą godzinę.

2

Richard Mikelis postawił dwie filiżanki z gorącą kawą na biało-czerwonej kraciastej ceracie.

W kominku trzaskał ogień, a w kuchni unosił się zapach grzanek.

Stanąwszy w progu salonu, Alexis rozejrzał się po długim pomieszczeniu umeblowanym starociami i ozdobionym licznymi zdjęciami rodzinnymi w ramkach na ścianie. Richard Mikelis z dziećmi, dziewczynką i jej młodszym braciszkiem, z ciemnowłosą kobietą o matowej cerze i długich kręconych włosach. Byli wszędzie. Na nartach, na plaży, w Disneylandzie, w lesie, podczas uroczystości rodzinnych – dziesiątki ujęć mających utrwalić chwile szczęścia.

– To moje totemy – powiedział Mikelis za jego plecami.

– Proszę?

– Patrzy pan na te wszystkie zdjęcia? To są moje totemy. Mają mnie chronić przed złymi duchami. To mój kokon, moje gniazdo. Niech pan siada.

Podsunął żandarmowi filiżankę z kawą.

– Dobrze tu chyba panu.

– Nie żałuję przejścia na emeryturę – odparł natychmiast Mikelis – jeśli o to panu chodzi. Ta góra mnie uspokaja, a moja rodzina jest przy mnie. Nie chcę tu przywoływać dawnych duchów. Dlatego opowie mi pan swoją historię bardzo szybko, żeby zaspokoić moją ciekawość i żeby pański pułkownik wiedział, że pana wysłuchałem, ale że nic nie mogę dla pana zrobić. Potem zjedzie pan w głąb doliny, wsiądzie do pociągu i przekaże wiadomość ode mnie: nawet w najbardziej krytycznej sytuacji Richard Mikelis nie zdecyduje się na działanie. Słucham pana.

Alexis przełknął ślinę, obejmując dłońmi gorącą filiżankę, następnie zrobił ruch w stronę czerwonej teczki, ale gospodarz przeszkodził mu stanowczym tonem:

– Nie, żadnych zdjęć, żadnych raportów. Chcę usłyszeć o wszystkim z pana ust. Proszę mówić własnymi słowami.

Żandarm skinął powoli głową. Wyprostował się, aż dało się słyszeć trzaskanie kręgów. Rozważał, od czego zacząć.

– Niech pan zacznie od tego, co najważniejsze – poradził Mikelis, jak gdyby czytał w jego myślach.

Alexis zdecydował się na chronologiczną relację wydarzeń.

– Pierwsza ofiara została znaleziona na brzegu Marny, w 77. departamencie, w pobliżu miejscowości Annet.

– Pierwsza ofiara... czyli chodzi o zbrodnie seryjne?

Alexis skinął głową.

– To było pod koniec czerwca. Została naprawdę brzydko pokiereszowana. Nie chodzi nawet o to, że leżała w wodzie. Nie spędziła tam dużo czasu. Nosiła ślady długotrwałego brutalnego traktowania. Tortury, gwałty – komplet. Liczne ślady podduszania, nakładające się na siebie. Z początku lekarz sądowy uważał, że morderca miał trudności z uduszeniem jej, że podchodził do tego trzy lub cztery razy. Znalazł jednak również charakterystyczne ślady reanimacji: siniaki w okolicy mostkowo-żebrowej, wybroczyny w okolicy nosa itd. Najwyraźniej typ, który jej to zrobił, okaleczał ją, gwałcił i dusił do momentu, aż życie zaczynało z niej ulatywać. Po czym ją reanimował. Zrobił to kilkakrotnie, aż w końcu nie udało mu się jej odratować. Nazywała się Cl...

– Bez nazwisk. Proszę mówić dalej.

Alex, na chwilę wybity z rytmu, zwilżył wargi, zanim wrócił do przerwanej historii:

– Drugą ofiarę znaleziono na początku sierpnia w lesie w pobliżu Port-Marly, w departamencie Yvelines. Znowu kobieta, tym razem nieco starsza, trzydzieści trzy lata. Te same obrażenia, ten sam sposób działania, ta sama chęć uduszenia i reanimowania ofiary, aż do momentu, w którym przestaje to już być możliwe.

– Departament 78. nie należy do pańskiego sektora, dlaczego pan się tym zajął?

– Wydział śledczy w Paryżu może od dwa tysiące dwunastego roku legalnie działać na szczeblu krajowym. Możemy przejmować akta z całego terytorium, o ile są one związane z otwartą przez nas sprawą. Tak było w tym przypadku.

– W jaki sposób powiązaliście ze sobą te dwie sprawy? Ten sam podpis przestępcy?

– Tak jest. Dusi ofiary za pomocą ich bielizny w trakcie gwałtu, następnie reanimuje je, znowu gwałci, i tak w kółko. W obydwu przypadkach wtargnął do domów ofiar: znaleźliśmy ślady walki, krew, spermę... Nic jednak nie wskazywało na włamanie. Stąd przezwisko, jakie mu nadaliśmy: Duch. To nie wszystko. Plecy ofiar naznacza literą.

Mikelis uniósł brwi, zaskoczony.

– Składa po kolei jakieś słowo?

– Nie, to za każdym razem jest ta sama litera: e poprzedzone gwiazdką.

W tym momencie Alexis wyciągnął z czerwonej koperty zdjęcie i przesunął je po blacie stołu w stronę kryminologa.

Różowa cera, liczne pieprzyki na poziomie lędźwi.

Kawałek obrzmiałej, pokaleczonej skóry pod łopatkami, purpurowa bruzda i głęboko wytatuowany w ciele osobliwy przekaz: *e.

– Dwie ofiary w ciągu niespełna czterech miesięcy – stwierdził Mikelis.

– Jeśli o tego chodzi, to tak.

Nie odłożywszy zdjęcia, Mikelis uniósł przeźroczyste spojrzenie na żandarma.

– Jest ktoś inny?

– No, chyba że sprawca cierpi na rozdwojenie osobowości. Trzy ciała znalezione na wschodzie Francji, pomiędzy lipcem a sierpniem, w ustronnych miejscach. Ten nie przetrzymuje swoich ofiar zbyt długo, zabija je sprawnie, choć różnymi metodami. Udusił tylko jedną z nich. To dzika bestia. Zwierzę.

– Czyżby pierwszy zabójca nim nie był?

– Jest bardziej metodyczny. Czuć, że realizuje uporządkowaną fantazję. Zabójca ze wschodu to rzeźnik. Kompletny wariat. Jego nazwaliśmy Bestią.

– Pobraliście również jego DNA?

– O ile w przypadku Ducha dysponujemy pozostawioną przez niego spermą, o tyle o Bestii nie wiemy nic. Być może używa prezerwatyw.

Mikelis skrzywił się i zmarszczył brwi.

– Ciężko wówczas mówić o szaleńcu, który nad sobą nie panuje!

– Być może nie dochodzi do wytrysku... Kondom jest tylko jedną z opcji.

– Lekarz sądowy nie próbował szukać śladów lubryfikantów?

– To by było... trudne. Mówiąc, że to wściekła bestia, wyrażałem się łagodnie.

– Mając do dyspozycji trzy ciała, musieliście znaleźć włosy łonowe tego typa, czyż nie?

– Nie. Nic. Ani jednego włoska, kompletnie nic.

– Coś musi po sobie zostawiać, przynajmniej w wypadku jednej z trzech zbrodni, nie może za każdym razem być czysty.

– Tylko że... za każdym razem... to prawdziwy horror. Wie pan, on... on je...

– No co? Co im robi?

– Uważamy, że je zjada.

Tym razem Mikelis zamarł na krótką chwilę z otwartymi ustami.

– Dlaczego tak sądzicie?

– Wskazują na to ślady po ugryzieniach. Wyrwane kawałki ciała, których nie możemy odnaleźć. Ten facet ma olbrzymią gębę. To jedyna wskazówka, jaką dysponujemy, o ile można to tak nazwać. Największe usta, jakie lekarz sądowy kiedykolwiek widział. I wyjątkowe uzębienie.

– To znaczy?

Alexis przełknął ślinę, nieco zakłopotany, że musi poruszyć ten temat.

– Ma ostre zęby. Jakby same kły.

Kryminolog w zamyśleniu zasłonił usta wielką dłonią. Oderwał ją po chwili, żeby zapytać jak najbardziej poważnie:

– Polujecie na wampira?

– Chwilami się zastanawiam...

– Macie tu człowieka na wpół psychotycznego, na wpół psychopatycznego. Cechuje go szaleństwo tego pierwszego i drobiazgowość drugiego, jeśli chodzi o środki ostrożności. To dość wyjątkowe, przyznaję.

– Mówiłem panu.

Mikelis przełknął łyk kawy i spytał:

– Co łączy te dwie serie morderstw?

– Trzy dziewczyny znalezione na wschodzie Francji mają również *e wyryte nożem na lewym pośladku.

Mikelis milczał przez chwilę zbity z tropu, zagubiony w myślach.

– Jesteście pewni, że działają inaczej, że na pewno chodzi o dwóch różnych morderców? – spytał wreszcie.

– Na to wygląda.

– Jakieś inne wskazówki?

– Nic w przypadku pierwszego. Drugi jest mniej dokładny. Oprócz śladów po ugryzieniach, na dwóch z trzech miejsc zbrodni znaleźliśmy odciski opon samochodowych.

– Zidentyfikowano model?

– Ustaliliśmy rozstaw osi, promień skrętu i rodzaj opony. Zdaniem ekspertów z IRCGN*[1] to renault twingo pierwszej generacji.

– Brak DNA w miejscach ugryzień? Ślina...

– Nie... Trzeba przyznać, że... za każdym razem to istna rzeź. Lekarz sądowy nie był w stanie nic zrobić, wszędzie pełno krwi ofiary, a to niszczy materiał biologiczny, jeśli jest go mało.

– Macie więc dwóch seryjnych morderców, którzy – z tego, co wam na razie wiadomo – rozpoczęli działalność przestępczą mniej więcej w tym samym czasie i którzy podpisują się tym samym symbolem.

– Nie wiemy, czy sobie pomagają, czy się między sobą komunikują, czy też chodzi o dwóch zboczeńców, którzy rzucili sobie wyzwanie w więzieniu, a teraz żyją z dala od siebie. Ale coś ich łączy, to prawda.

– Przyjrzyjcie się amerykańskim przypadkom, takim jak Norris i Bittaker, Ottis Toole i Henry Lee Lucas, czy też bliżej nas, w Niemczech, sprawie Lewendela i Wirtza. Istnieją duety seryjnych morderców. Wiele się można z tych przykładów dowiedzieć.

– Wiem. Ale tym razem być może nie działają razem, lecz równolegle.

– To trzeba jeszcze udowodnić; żeby dowiedzieć się więcej, należałoby dokładnie przeanalizować akta.

Alexis rzucił okiem na opasłą czerwoną kopertę. Czy powinien zrozumieć tę ostatnią uwagę jako zachętę?

Mikelis słuchał uważnie, wyglądał na zaangażowanego, nadeszła pora, żeby mu powiedzieć o wszystkim.

– To jeszcze nie wszystko – ciągnął dalej żandarm. – Miesiąc temu jedna z naszych jednostek specjalizująca się w walce z pedofilią trafiła na ślad zdjęć krążących po internetowych forach: gwałcone dzieciaki ze znakiem *e wymalowanym na czerwono na plecach. Dwóch chłopców. Trzech ekspertów psychiatrów, których poprosiliśmy o ekspertyzę, twierdziło, że mamy do czynienia z trzecim przestępcą: za dużo różnic i niewiele punktów wspólnych między zbrodniami na dorosłych i przestępstwami seksualnymi na tych dzieciach.

Alexis zrobił pauzę, jak gdyby chcąc wzmocnić efekt, po czym dokończył beznamiętnym tonem:

– Mamy więc trzech aktywnych kryminalistów, którzy w ten sam sposób podpisują swoje czyny.

Mikelis wbił w niego nieprzenikniony wzrok, z jedną dłonią na zdjęciu ofiary z pieprzykami, a drugą na filiżance z letnią kawą.

– Sądzi pan, że mamy do czynienia ze zorganizowaną siatką przestępczą czy tylko z obłędem byłych więźniów?

– Nie mam pojęcia. Nic nie wiemy. Trop pedofilskich zdjęć się urywa, wtopiły się w setki innych w sieci, nie sposób dotrzeć do ich autora.

– Jedynym łącznikiem jest ten symbol... A co z dwoma mordercami? Wysunięto już jakieś przypuszczenia?

– Nadal pracujemy nad bilingami połączeń przychodzących i wychodzących z telefonów komórkowych w strefach, gdzie znaleziono ofiary, w przedziale czasu zgodnym z popełnionymi zbrodniami: dziesiątki tysięcy numerów do porównania. Analizujemy taśmy z kamer przemysłowych, które udało nam się zdobyć w okolicy: z parkingów, banków, punktów poboru opłat w nadziei, że trafimy na jakiś znaczący element. To ogromna praca, a wyników jak na razie nie mamy.

– Żadnego twingo na nagraniach z kamer przemysłowych na stacjach paliw albo przy bankomatach?

– Wszystko przejrzeliśmy, nic, co by można było wykorzystać. Tym bardziej że kamer nie było wiele. Zbrodnie popełniono w okolicach wiejskich, gdzie nie umieszcza się tego typu sprzętu.

– Nic w bazie próbek genetycznych?

– Nie, Ducha w niej nie ma. Mamy odciski butów z lasu Dabo, znalezione w pobliżu zwłok jednej z dziewczyn. Buty wycieczkowe marki Timberland, ale nie zidentyfikowano jeszcze dokładnie modelu. Numer trzydzieści sześć, a więc sądząc po rozmiarze, nie należały do mordercy. To wszystko, co mamy.

– Żadnego świadka? W ani jednym przypadku?

– Nikogo. Chociaż badaliśmy sąsiedztwo, wszystkich przepytywaliśmy, nawet na okolicznych stacjach benzynowych. Nic. Goście są ostrożni.

– Wyjątkowo ostrożni.

Alexis skinął głową z ponurą miną.

– Wiemy dobrze, co to oznacza: oni na tym nie poprzestaną. Trzeba ich szybko znaleźć, w przeciwnym razie wkrótce będziemy mieć na głowie kolejne zwłoki. Tak więc pobieżnie zarysowałem panu całą sprawę.

Mikelis dokończył kawę, po czym wstał i oparł się o zlew. Alexis przyglądał mu się uważnie, doszukując się najmniejszego choćby zainteresowania. Kryminolog westchnął i wzruszył ramionami.

– Nie wiem, co panu powiedzieć.

– Proszę przyznać, że z czymś takim jeszcze się pan nie spotkał. Że nawet pan nie zajmował się taką sprawą.

Mikelis zatopił lodowate spojrzenie w oczach młodego żandarma.

– Nie skuszę się na wyzwanie. Rzeczywiście, to... Nie spodziewałem się czegoś takiego, ale i tak nie mogę nic dla pana zrobić. Nie wydaje się opinii w pięć minut, na to potrzeba czasu, trzeba wszystko przeczytać, szczegółowo zbadać i zaangażować się. Czego nie zrobię.

– Wiedział pan to wszystko, a jednak wpuścił mnie do środka. Dlaczego więc otworzył pan przede mną drzwi?

– Jestem człowiekiem ciekawskim, ot co. Podam panu nazwiska kilku kompetentnych ekspertów, niech pan się ich poradzi. Podejrzewam, że żandarmeria stworzyła specjalną komórkę do pracy nad tymi zbrodniami.

– Owszem. Działamy przy sekcji śledczej w Paryżu, Porte de...

– Porte de Bagnolet, wiem. W Paryżu mieszka doskonały kryminolog, człowiek, do którego mam pełne zaufanie, zadzwonię do niego, jestem pewien, że wam pomoże.

Alexis Timée patrzył wyczekująco na Mikelisa.

Liczył na coś więcej. Miał nadzieję, że kiedy zrelacjonuje całą sprawę, jej zasięg i wyjątkowy wymiar wystarczą, by kryminolog zrezygnował z emerytury. Nie tylko ze względu na jego reputację, ale przede wszystkim na rzeczywiste kompetencje. Richard Mikelis był ponadprzeciętny. Przypominał bardziej bohatera literackiego niż eksperta, biorąc pod uwagę jego wiedzę, zaangażowanie, umiejętności i sukcesy.

– To pana potrzebujemy, nikogo innego.

Alexis wypowiedział te słowa kategorycznym, nieznoszącym sprzeciwu tonem.

– A więc niepotrzebnie przebył pan tę całą drogę. Przykro mi.

– Nic pan nie czuje, wiedząc, że te wszystkie osoby zginęły i że...

Mikelis powstrzymał go, wyciągając nagle przed siebie palec wskazujący:

– Niech pan nie usiłuje brać mnie na empatię, to nic nie da. Proszę sobie darować to kazanie. Otworzyłem przed panem drzwi, bo pokonał pan daleką drogę, żeby się ze mną spotkać. A teraz pan wie, że nie mogę nic zrobić, więc niech pan już jedzie, młody człowieku.

Alexis pochylił głowę.

Był nie tyle sfrustrowany, ile zawiedziony. Sobą samym. Swoim brakiem waleczności, siły przekonywania. Miał nadzieję, że wystarczy się tutaj pojawić i przedstawić wyjątkowość śledztwa, żeby Mikelis do niego dołączył. Tyle razy wyobrażał sobie tę chwilę w pociągu z Paryża do Lyonu, że w nią uwierzył.

– Przekażę panu nazwisko osoby, którą mam na myśli – dodał kryminolog. – To zawodowiec, pomoże wam. Ale nie spodziewajcie się też za wiele. Wie pan lepiej niż ja: to śledztwo jest najważniejsze, na nim wszystko się opiera. Tacy ludzie jak ja nie czynią cudów. My tylko rozpatrujemy inne możliwości, to wszystko.

Alexis wstał i sięgnął po kurtkę.

– Dziękuję za kawę – powiedział cicho.

Był już na progu, kiedy Mikelis złapał go za ramię.

– Proszę nie udawać, że zapomniał pan o aktach, nie będę się z nimi zapoznawał – powiedział, wpychając mu kopertę w ręce. – Powtarzam: jestem na emeryturze, to wszystko przestało mnie interesować. Miłej podróży!

Na krótką chwilę w Alexisie zrodziła się nadzieja. Mikelis kładł duży nacisk na swoją emeryturę. Jak gdyby chciał sam siebie przekonać?

Mimo to przybrał wyraz twarzy kogoś, kto podjął nieodwołalną decyzję. Kleszcze na ramieniu Alexisa zmniejszyły uścisk.

Przed odjazdem młody żandarm spojrzał jeszcze w lusterko wsteczne. Dostrzegł, jak firanka w oknie odsuwa się na bok. Niemal czuł na sobie przenikliwy wzrok kryminologa...

Zawrócił opla na kamienistej drodze i po chwili zostawił zagubioną wśród gór farmę za sobą.

Spróbował szczęścia u najlepszego.

Teraz miał już pewność: mogą liczyć wyłącznie na siebie. Niewielka grupa śledczych żandarmerii. Nie będzie pomocy z zewnątrz, żadnego zbawczego wsparcia ani zastrzyków świeżej energii.

Garstka mężczyzn i kobiet przeciwko anonimowej grupie kierującej się ohydną żądzą podpisywania swoich zbrodni tym samym symbolem.

*e.

[1] Instytut Badań Kryminalistycznych Żandarmerii Narodowej.

3

Zamigotały neonowe lampy, rozświetlając niewielkie pomieszczenie, w którym pracował Alexis Timée. Jak co rano, młody żandarm mechanicznym ruchem włączył komputer, odłożył plecak pod ścianę i napełnił szklankę sokiem pomarańczowym z kartonu, który wydobył z szuflady biurka. Kochał rutynę, czuł się dzięki niej pewniej.

Na ścianie za jego plecami wisiała niebiesko-biała flaga z logo New York Giants, drużyny amerykańskiego futbolu, którą wspierał z nieco przesadnym entuzjazmem, o czym świadczyły zdjęcia z dedykacjami poprzypinane pinezkami wokół flagi, kask przy ekranie komputera, breloczki na klucze, długopisy, podstawki pod kubki, podkładka pod myszkę, a nawet duży kubek, z którego pił. Przeróżne biało-niebiesko-czerwone przedmioty ozdobione nieśmiertelnym symbolem NY wypełniały znaczną część pomieszczenia, które Alexis zajmował z dwoma kolegami.

Szare światło październikowego poranka wpadało nieśmiało przez dwa okna z podniesionymi żaluzjami. Alexis zauważył swoje odbicie w szybie. Kasztanowe włosy w misternie ułożonym nieładzie, trzydniowy zarost, orzechowe oczy i schodzona wojskowa kurtka narzucona na brązowy sweter z grubej wełny. Kiepsko prezentował się tego ranka. Biła od niego porażka. I rozczarowanie. Minął wzrokiem swoje odbicie i przyjrzał się fasadzie budynku stojącego po drugiej stronie bulwaru Davout, przy Porte de Bagnolet, w XX dzielnicy. Był smutny mglisty poranek. Taki, który powinno się spędzać w łóżku przed telewizorem, dopóki pościel nie stanie się za gorąca, a ciało zmęczone wypoczywaniem. Na czytaniu. Na marzeniu o nadchodzących wakacjach.

Ranek przede wszystkim przyprawiający o depresję.

Dostrzegł gdzieś w dole na dziedzińcu ruch i zobaczył zbliżającą się Ludivine. Dało się ją rozpoznać z odległości pięciuset metrów po blond lokach podskakujących przy każdym kroku.

W tym samym momencie do biura wszedł porucznik Dabo, mierzący metr dziewięćdziesiąt pięć i o posturze zawodowego gracza w rugby, i Alexis przywitał się z nim. Jego spojrzenie było jeszcze ciemniejsze niż skóra. Jak wszyscy detektywi wydziału śledczego w Paryżu – WŚ, jak go nazywali między sobą – pracował zazwyczaj po cywilnemu. Dziś miał na sobie spodnie od dresu i grubą bluzę z kapturem, z wyhaftowanym na przodzie napisem „Eye of the Tiger”. Był to jego ulubiony strój. Idealnie do niego pasował, podkreślał imponujące umięśnienie.

Segnon Dabo usiadł na krześle, które zaskrzypiało pod jego ciężarem, i włączył komputer, równocześnie ciągnąc za kabel słuchawek, żeby schować iPoda.

– Co tam słychać u Giantów? – spytał niskim głosem.

Alexis nie odpowiedział, wiedział, że olbrzym wciąż jeszcze zatopiony jest w swoich myślach, że zapomniał o wczorajszej nieobecności młodszego kolegi i poszukiwaniu Richarda Mikelisa.

Weszła Ludivine z komórką w ręce. Widmowy blask wyświetlacza sprawił, że jej błękitne oczy zalśniły lodowatym blaskiem.

– A ty znajdziesz sobie faceta w dniu, w którym przestaniesz żyć z telefonem przy uchu! – zażartował Segnon na powitanie.

– Ja już mam faceta. Nawet wielu...

– Nie wkurzają się, że więcej tweetujesz niż z nimi rozmawiasz?

Ludivine wystawiła mu środkowy palec i schowała iPhone’a, dostrzegając Alexisa przy oknie.

– Alex! No i? Co z Mikelisem?

Segnon nagle się ocknął:

– Cholera, prawda! No więc?

Alexis pokręcił powoli głową z niechęcią.

– Nic z tego.

– Dlaczego? – spytał Segnon.

– Skończył na dobre. Już nie chce się w tym babrać. To go już nie interesuje.

– Przedstawiłeś mu sprawę?

– W zarysie.

– I nic nie powiedział? Niczego nie zaproponował?

– Poda nam tylko nazwisko znajomego kompetentnego kryminologa.

– Co za dupek! – oburzyła się Ludivine, zarzucając kurtkę na wieszak.

Alexis zerknął na jej wysportowaną sylwetkę. Obcisłe jeansy opinały jej godną podziwu pupę, a piersi prześwitywały przez sweter Abercrombie. Uwielbiał na nią patrzyć. Choć tego ranka nawet kształty Ludivine nie zdołały dodać mu otuchy.

Pracowali razem od siedmiu miesięcy i wiecznie się przekomarzali, dokuczali sobie nawzajem, a czasami, w chwilach zmęczenia, padali jedno na drugie, ale nigdy nic między nimi nie zaszło.

– Udało wam się wczoraj posunąć sprawy naprzód? – spytał Alexis.

– Skończyłam analizować wszystkie numery telefonów – odparła blondynka.

– Wszystkie?

– Wszystkie. Pięć piekielnych dni.

Żandarmi otrzymali od wszystkich operatorów telekomunikacyjnych listę numerów używanych w pobliżu miejsca zbrodni w ciągu dwunastu godzin przed zbrodnią i po niej. Setki tysięcy numerów, które należało wprowadzić do programu wspomagającego śledztwo: Analyst Network. Porównywał wszystkie nazwiska, które wystąpiły w protokołach, pojazdy, adresy i numery telefonów, podświetlając te, które w jakiś sposób się pokrywały. O ile człowiekowi zdarzało się pominąć coś podczas wielomiesięcznego śledztwa, to maszyna była nieomylna.

Alexis popatrzył na nią z podziwem. Koleżanka się nie obijała.

Dopił sok pomarańczowy jednym haustem i rozejrzał się po pokoju. Musi się skupić. Zostawić za sobą zawiedzione poprzedniego dnia nadzieje. Od dziesięciu dni rozpatrywali pomoc Mikelisa, aż stał się swego rodzaju obsesją i Alexis poszedł walczyć z przełożonymi o możliwość włączenia go, cywila, do śledztwa, w imię jego nadzwyczajnych umiejętności, w imię niezrównanego doświadczenia, w imię mnożących się ofiar i braku jakichkolwiek poszlak, które pozwoliłyby WŚ nadać śledztwu właściwy kierunek. Wszystko na nic.

Segnon czytał już maile otoczony zdjęciami żony i dwojga dzieci, z rękami wspartymi na dwóch stertach papierów gromadzonych od wielu tygodni. Kolos czuł się pewniej w bałaganie. Zbierał nieotwarte przesyłki, DVD z filmami, które zamawiał i których nigdy nie oglądał z powodu braku czasu, komiksy, które uwielbiał, lecz do których nawet nie zaglądał, puste opakowania z Amazona; między nim a krwawą rzeczywistością, w której pracował na co dzień, wznosiła się kolorowa ściana. Jego warstwa ochronna, jego kokon.

Przestrzeń do pracy Ludivine była zupełnie inna. Dokładnie uporządkowana, bez żadnych osobistych ozdób, politura biurka wyraźnie widoczna. Kobieta siedziała głęboko na krześle, ramiona skrzyżowała na piersiach i wpatrywała się w Alexisa, jej złociste bujne włosy niemal zasłaniały bladą twarzyczkę. Niesforne pukle otaczały usta, niczym pnącza oplatające wejście do parku, wiły się wokół oczu o niebieskim chłodnym spojrzeniu. Śledziła go. Czekała na ciąg dalszy.

Alexis koordynował pracę komórki, był ich łącznikiem z dwoma innymi biurami znajdującymi się piętro wyżej, które również pracowały nad sprawą *e.

Grupa trzech żandarmów przeczesywała Internet w poszukiwaniu mniej lub bardziej mrocznych forów, gdzie symbolowi temu przypisano by jakieś znaczenie. Inna ekipa gromadziła wszystkie protokoły z zeznaniami potencjalnych świadków przesłuchanych w ciągu trzech ostatnich miesięcy: pracowników stacji benzynowych, osób mieszkających w pobliżu miejsc zbrodni, bliskich ofiar. Było tam wszystko: tysiące stron sprawozdań, przeanalizowanych w najdrobniejszych szczegółach i krok po kroku archiwizowanych w programie komputerowym według słów kluczowych – głównie nazw własnych, ale też miejsc, przedsiębiorstw, szkół...

I ani śladu jakiegokolwiek tropu.

Przyjrzeli się aktom wszystkich zboczeńców wypuszczonych na wolność od początku roku, następnie zrobili to samo z jednostkami psychiatrycznymi. Wysłali okólniki do wszystkich żandarmerii i wszystkich komisariatów, żeby mieć pewność, że dotrze do nich każda najdrobniejsza informacja o gwałcicielach lub osobach z zaburzeniami zachowań seksualnych. Do tej pory nie mieli niczego sensownego. Żadnych konkretów.

Chociaż jednak owszem, coś mieli.

Mieli ofiary.

Pięć trupów.

Alexis obrócił się twarzą do ściany.

W całości była wyłożona korkiem. Poprzypinano do niej pinezkami, jedne na drugich, dziesiątki dokumentów. Wydrukowane z Google Maps plany każdego miejsca zbrodni, portrety ofiar za życia – tutaj nikt nie uważał się za bohatera filmu policyjnego i nie wywieszał ohydnych zdjęć zamordowanych ciał, nikt nie miał ochoty pracować cały dzień z czymś takim przed oczami. Spisane dużymi literami notatki przypominające o wieku, zawodzie, miejscu zamieszkania każdej z nich, a także o kilku ważniejszych wydarzeniach w porządku chronologicznym. U stóp tej żałobnej panoramy piętrzyły się przydatne akta, raporty z sekcji zwłok, najważniejsze protokoły, syntezy laboratoryjne...

– Zdążyłaś przejrzeć profile przestępców seksualnych, którzy mają prawo jazdy na ciężarówkę? – spytał Alexis przypatrującą mu się kobietę.

Trzy miejsca zbrodni popełnionych przez Bestię były oddalone o niecałe trzydzieści kilometrów od autostrady A4, co doprowadziło Alexisa i jego kolegów do rozważenia tropu kierowcy ciężarówki. Wiedział, że dwie profesje powtarzają się regularnie wśród seryjnych morderców. Dwa zawody, które ci nietypowi kryminaliści wyjątkowo sobie upodobali. Na dwóch przeciwległych biegunach. Jeden stacjonarny i socjalny, drugi bez stałej siedziby i dla samotnika.

Lekarz i kierowca ciężarówek.

– Zajmiemy się tym dzisiaj z Segnonem. Nadal jednak jestem zdania, że to zły pomysł. Ślady kół świadczą o tym, że to nie ciężarówka, Alex. Raczej bardzo mobilny gość, który nie waha się przejechać wielu kilometrów, żeby znaleźć ofiarę.

– To nie przypadek, że autostrada A4 przypomina czerwoną linię łączącą jego zbrodnie. Zna ją dobrze, czuje się tam pewnie albo... No nie wiem! W każdym razie to trop do sprawdzenia. Niczego nie możemy pominąć. Chciałbym też, żebyśmy zebrali dane wszystkich osób zatrudnionych przy obsłudze autostrady na pasujących odcinkach i wprowadzili je do programu. Nigdy nic nie wiadomo. Będę nadal przeglądał taśmy z parkingów przy autostradzie i stacji obsługi pojazdów. Nie powiesz mi, że w którymś z tych miejsc nie zatrzymało się choćby jedno twingo pierwszej generacji!

– A gdyby tak rozszerzyć strefę poszukiwań? – zasugerował Segnon.

– Czyli?

– Na razie zebraliśmy numery telefonów i nagrania wideo z dwunastu godzin przed popełnieniem zbrodni i po, ale co, jeśli lekarze sądowi pomylili się o jeden dzień? Wyobrażasz sobie, że siedzimy w tym bagnie, bo od początku szukamy w złym przedziale czasowym?

Alexis przemierzył niewielkie pomieszczenie i poklepał dłonią zdjęcie jednej z ofiar Bestii.

– Agna Prenow, śmierć ustalono na noc z szesnastego na siedemnastego lipca. Rodzina zgłosiła jej zaginięcie szesnastego późnym popołudniem, kuzyn widział ją na ulicy około osiemnastej. To ostatni świadek. Jakiś dzieciak znalazł to, co z niej zostało, w drodze do szkoły, siedemnastego lipca rano. W tym przypadku nie może być mowy o pomyłce.

Alexis przesunął się w bok i wskazał na wyblakłą podobiznę, najwyraźniej powiększenie zdjęcia z dokumentu tożsamości, przedstawiającego tęgą nastolatkę z grzywką opadającą na okulary.

– Sophie Ledouin jadła kolację z rodzicami wieczorem dwudziestego drugiego sierpnia. Około dwudziestej pierwszej wyszła z zamiarem nocowania u koleżanki. Spacerowicze znaleźli ją dopiero dziesięć dni później. Lekarz sądowy jest w jej przypadku dość stanowczy: zaawansowany stan rozkładu. Mam pokazać zdjęcia? Kłębiło się w niej tyle robaków, że można było odnieść wrażenie, iż jeszcze się rusza! Odnotowano setki poczwarek, wiele się już wylęgło, w kilku kolejnych cyklach. Tamten tydzień był bardzo upalny, ale entomolog twierdzi, że potrzeba było co najmniej ośmiu dni, żeby zdążyły rozmnożyć się do tego stopnia i żeby ciało znalazło się w takim stanie. W jej przypadku rozszerzyliśmy czas poszukiwań do czterdziestu ośmiu godzin.

Alexis cofnął się jeszcze i dotknął palcem zdjęcia trzeciej i ostatniej ofiary Bestii.

– Armelle Callet, w jej przypadku czas zgonu jest mniej precyzyjnie określony. Przyjaciółka zmarłej twierdzi, że widziała ją polującą na klienta na skraju lasu czternastego września po południu, potem już nie zauważył jej nikt, do czasu aż znaleziono jej szczątki. Choć i tutaj lekarz sądowy jest dość pewny siebie, ustalił datę na piętnastego, nie później. Nie zaczniemy wszystkiego od nowa, tracąc dziesięć dni, tylko dlatego, że nie ufamy naszym ekspertom.

– Dlaczego skupiamy się przede wszystkim na Bestii? – spytał Segnon. – Dlaczego nie na Duchu?

– To dwie zbrodnie w okolicy miejskiej i żadnych śladów. Jest przesadnie ostrożny. Niczego nie pozostawia przypadkowi. Jest pewny siebie.

– No właśnie, w mieście mamy większe szanse na znalezienie świadka!

– Już nie umiem w to wierzyć, zrobiliśmy, co było w naszej mocy, jeśli chodzi o dochodzenie. Nie, jestem przekonany, że jeśli coś można znaleźć, to właśnie po stronie Bestii, bo daje się bardziej ponieść popędom, nie panuje nad sobą równie umiejętnie jak ten pierwszy. Z pewnością popełnia jakieś błędy.

Segnon zrobił wielkie oczy i zacisnął wargi w wyrazie powątpiewania.

– Oby! Bo na razie pływamy w oceanie pełnym rekinów i nie widzę nawet cienia statku zdążającego nam na pomoc, kapitanie!

– Wszystko w swoim czasie, Segnon. Facet nie może być geniuszem, któremu zawsze dopisuje szczęście. Musi coś być. Zawsze coś jest. Gdzieś tu, pod naszym nosem, wystarczy uważnie i wytrwale szukać.

Ludivine obserwowała Alexisa przez zasłonę blond loków. Nie poruszyła się od początku rozmowy.

– Widzisz, odwalasz swoją robotę równie dobrze, jak zrobiłby to Mikelis – rzuciła z porozumiewawczym uśmiechem. – W sumie nic nie straciliśmy.

Alexis wzruszył ramionami.

Unosił się na powierzchni morza przemocy, posuwał się naprzód, nie bardzo wiedząc, gdzie się znajduje ani dokąd ciągnie dziewięciu żandarmów zaangażowanych w pełnym wymiarze czasu przy tej sprawie. Mikelis znał ten ocean lepiej niż ktokolwiek inny.

Nie, tak naprawdę to on był oceanem.

Każda cząsteczka wody z tej wodnej otchłani, każda molekuła przemocy przenikała przez jego umysł. Mówił jej językiem. Niczym mistrzowie szachowi, którzy przewidują zawsze wiele ruchów naprzód, Mikelis patrzył globalnie na wszystkie zbrodnie, panował nad szachownicą. Na tym polegała jego siła.

Alexis westchnął, opadając na fotel. On nawet nie potrafił grać w szachy.

Nieco przed osiemnastą troje żandarmów uniosło głowy znad ekranów komputerów i stosów akt na dźwięk pospiesznych kroków na korytarzu. Drzwi otworzyły się gwałtownie, odsłaniając pucołowatą twarz Lionela Teixa, jednego ze śledczych wydziału:

– Chodźcie szybko zobaczyć wiadomości! Natychmiast!

Wszyscy wstali i udali się do dużego pomieszczenia, na którego ścianie wisiał telewizor.

Przyglądali się zmieniającym się obrazom.

Dworzec kolejowy. Przerażone postacie. Pulsujące reflektory wozów strażackich oświetlające całe otoczenie na biało i czerwono. Wykrzywione strachem, pełne niepokoju i niezrozumienia twarze. Obrazy budzące lęk. I męski głos w tle, oderwany, kontrastujący z tym, co działo się na wizji, kładący nacisk na słowa, jak gdyby ich powaga mogła zmniejszyć dramatyzm wydarzeń: „...jeszcze przyczyn tego czynu. Zdaniem pierwszych świadków mężczyzna to nastolatek, ubrany w bluzę z kapturem zasłaniającym twarz. Wiele osób twierdzi, że widziało go krążącego nerwowo w oczekiwaniu na pociąg na chwilę przed tym, jak zepchnął trzy osoby na szyny, w tym jedną kobietę z wózkiem. Należy dodać, że chłopak, zdaniem wielu osób, namalował coś sprayem na ścianie tuż przed popełnieniem szalonego czynu. Przypominam, że według ostatnich doniesień młody człowiek zabił cztery osoby, w tym niemowlę, po czym sam rzucił się pod koła pociągu wjeżdżającego na stację”.

Segnon zerknął na Lionela Teixa.

– Paskudna sprawa... Po co...

– Patrz!

Kamera najechała na ścianę dworca.

Na murze z cegieł namalowano sprayem symbol. Miał około metra średnicy. Gwiazda i litera.

*e.

Kolos cofnął się na swoim krześle.

– Kurwa... to jakaś epidemia!

4

Nie wyły już syreny, wyłączono policyjne reflektory. Zostało tylko surowe światło neonów na peronach i bladych, niemal żółtych żarówek dworcowych.

Wozy strażackie barykadowały główne wejście, a plastikowe taśmy rozpięto naprędce między latarniami, żeby powstrzymać ruch.

Alexis, Segnon i Ludivine okazali swoje odznaki, lecz stojący na straży policjant wahał się przez chwilę. Nie był przyzwyczajony do wojskowych na swoim terenie, a jeszcze mniej do żandarmów w cywilu.

– Wydział śledczy – wyjaśnił krótko Alexis. – Pański komendant powinien wiedzieć o naszej wizycie, powiadomiliśmy go.

Ludivine naciągnęła kurtkę i ukryła w niej brodę, chroniąc się tym sposobem przed chłodem. Październikowy wiatr zatrzymał się na czarnym poliamidzie.

Mężczyzna przepuścił ich bez dalszych formalności. Tymczasem z naprzeciwka nadchodził oficer policji sądowej – około trzydziestki, nieogolony, krótko ostrzyżony, w czarnej lotniczej kurtce.

– Jesteście z paryskiego WŚ? To miło, że chcecie zobaczyć rzeź z bliska.

– Dziękujemy za udostępnienie terenu – odparł Alexis.

– Podobno macie jakieś wyjaśnienie dla czynu tego świra? – rzekł, otwierając drzwi budynku.

– Został pan źle poinformowany. Natomiast interesuje nas graffiti, które wykonał przed skokiem.

Na małym podmiejskim dworcu panowało zamieszanie, w powietrzu unosił się zapach kawy, środków odkażających i potu. Psychologowie, psychiatrzy i pielęgniarze z ostrego dyżuru opiekowali się garstką kobiet i mężczyzn znajdujących się wciąż pod wpływem szoku, w tym jednym młodym człowiekiem, kompletnie spłoszonym, który nie przestawał kiwać głową. Kilku strażaków dzieliło się zawartością termosu, paląc papierosy wokół naprędce zorganizowanego stołu. Policjanci wmieszali się w grupkę lokalnych dziennikarzy, którym aparaty fotograficzne zwisające u szyi zastępowały identyfikatory, oraz przedstawicieli władz miejskich i regionalnych.

Oficer policji przedarł się przez tłum i wyprowadził troje wojskowych na zewnątrz, po czym wskazał palcem na ścianę pomiędzy drzwiami i oknem jednego z biur dworcowych.

*e.

Znak nie większy niż plakat w czasopiśmie.

Namalowany czerwoną farbą. Na wysokości wzroku człowieka.

Enigmatyczny podpis.

– Czy świadkowie słyszeli, żeby coś mówił? – spytała Ludivine.

– Nie. Strażacy natychmiast zajęli się osobami w największym szoku, a koledzy próbowali zebrać jak największą ilość świadectw. Na razie jednak wiemy tylko, że to nastolatek i że był wyjątkowo poruszony.

– Znamy nazwisko? – dopytywał Segnon.

– Jeszcze nie. To zajmie trochę czasu.

Oficer zwrócił się w stronę torów i spojrzał na białą łunę, jasną jak słońce w południe. Ustawione na żwirze przenośne reflektory na wysokich stojakach wystawały nad perony. Podkreślały cienie krzątających się, zgiętych wpół nad szynami strażaków. Twarze niektórych były zielonkawe, inni słaniali się na nogach, nieco na uboczu. Dwóch kolejnych ułożyło wielkie udo na folii ratunkowej na brzegu peronu. Były tam jeszcze inne kawałki mięsa, niektóre owinięte ciemną powłoką. Skrawkami ubrań.

– Facet się postarał – dodał oficer. – Zazwyczaj przy wypadkach kolejowych mamy do czynienia z odciętymi kończynami, ale jeśli człowiek lubi układanki, sprawę załatwia się dość szybko. Ten przyjął pociąg prosto na głowę. Wszystko eksplodowało. Reszta przeszła pod kołami. Ciało właściwie zostało przewrócone na lewą stronę. Rozszarpane. Skóra wewnątrz i na zew...

– Chyba wystarczy – uciął Segnon.

Ludivine dostrzegła cztery kolejne słońca przy innym torze i spytała:

– Co z pozostałymi ofiarami?

– Matka i dziecko zidentyfikowani na podstawie dokumentów, druga ofiara przez obecną tu bliską osobę. Czekamy jeszcze na informacje o ostatniej.

Alexis wręczył mu wizytówkę z nagryzmolonym numerem komórki:

– Wystąpię z oficjalną prośbą, ale gdyby mógł mnie pan informować o wszystkim: tożsamość, kopie ciekawych protokołów, to by nam zaoszczędziło czasu.

Oficer policji sądowej skinął głową.

– Czym się właściwie zajmujecie? O co chodzi z tym rysunkiem? Anarchiści?

– Nie wiemy jeszcze, ale znaleziono już ten znak na wielu truposzach.

Tym razem to oficer wytrzeszczył oczy.

– Poważnie? Czyli... nasz chłopak działał już wcześniej?

– To możliwe – potwierdził Alexis, który starał się być przyjacielski, żeby gliniarz przekazywał mu wszystkie dane, nie wdając się jednak w szczegóły.

Segnon wskazał palcem na kamerę monitoringu.

– Przejęliście nagrania?

– Tak, przyjrzymy się im wieczorem przy ciepłej pizzy. Ale jeśli was to interesuje, mamy już wideo z całą sceną.

Troje żandarmów wbiło w niego wzrok.

– OK. Najwyraźniej was to kręci. Chodźcie za mną.

Wyprowadził ich na tyły dworca, do cuchnącego zastanym powietrzem biura, gdzie tłoczyło się już około pół tuzina osób, z których większość rozmawiała przez telefon. Oficer kazał sobie podać iPhone’a i przekazał go wojskowym.

– Dziewiętnastoletni chłopak uznał, że młodzik zachowuje się dziwnie, i zaczął go nagrywać, kiedy ten zabrał się do malowania po murze.

Mały ekran się poruszył. Pojawiła się postać w drelichu i czarnej bluzie, głowę zasłaniał jej kaptur i wystający spod niego daszek czapki. Człowiek stał odwrócony tyłem i malował swój tajemniczy rysunek na oczach oszołomionych pasażerów, z których żaden nie śmiał się odezwać. Kiedy tylko skończył swoje dzieło, wyrzucił pojemnik z farbą i zniknął w czeluściach najbliższego podziemnego przejścia. Koniec nagrania.

Rozczarowany Alexis otworzył usta, żeby podziękować policjantowi, ten jednak dotknął palcem ekranu i uruchomił drugie nagranie.

– Świadek dostrzegł, że grafficiarz pojawił się na sąsiednim peronie, więc znowu zaczął nagrywać. To najlepsza część.

Dwa tory dzieliły nagrywającego od zakapturzonego nastolatka. Przeciwległy peron był zatłoczony. Grafficiarz w oczekiwaniu na pociąg wbijał wzrok w horyzont. Jego lewa noga poruszała się w nerwowym rytmie. Twarz miał zasłoniętą przez kaptur, ale żandarmi mogli dostrzec jego brodę i usta. Chłopak zagryzał wargi.

Niewielki czarny zegar o żółtych cyfrach pokazywał 17.12.

Otaczający go ludzie zdawali się go nie zauważać, zagłębieni w myślach, ze wzrokiem utkwionym w wyświetlaczach komórek, książkach lub czasopismach albo zajęci rozmową. Wszyscy starali się zabić nudę, nie zwracając uwagi na tego, który lada moment sprawi, że ich świat runie.

Chłopak nie mógł ustać w miejscu. Chodził tam i z powrotem po peronie, wypatrując nadjeżdżającego pociągu, przyglądając się badawczo sylwetkom ludzi wokół niego. Daszek czapki zwracał się raz ku jednym, raz ku drugim. Niczym palec szukający ofiary, którą skaże na śmierć.

– O której to się wydarzyło? – spytał Alexis.

– Zdarzenie? Pociąg przyjechał o siedemnastej czternaście.

Naraz chłopak ruszył naprzód, szedł powoli, przyglądając się uważnie tłumowi. Kamera śledziła jego ruchy. Momentami obraz stawał się nieostry, lecz był stosunkowo stabilny, autofokus działał bardzo szybko.

Grafficiarz zatrzymał się za plecami starszej kobiety opartej o żelazny słup. Przyjrzawszy się ludziom stojącym wokoło, ruszył dalej.

– Wygląda to tak, jakby szukał kogoś konkretnego – stwierdziła Ludivine chłodno.

Nagle chłopak znieruchomiał. Zawahał się przy dwojgu dzieciach w wieku około dziesięciu lat, które beztrosko sobie rozmawiały. Rozejrzał się w lewo i w prawo. Wokół dzieci utworzyła się niewielka pusta przestrzeń. Były odizolowane.

Idealne ofiary, Alexis zaskoczył samego siebie tą myślą. Nieco na uboczu. Łatwo je zepchnąć.

Zegar w głębi obrazu wskazywał teraz 17.13.

Grafficiarz potarł twarz, po czym wznowił swoją osobliwą przechadzkę. Minął powoli kobietę kołyszącą machinalnym gestem dziecko w wózku, tuż obok trzydziestoletniego mężczyzny, jakby wyjętego ze szkicu projektanta mody, z olbrzymimi słuchawkami na uszach, odizolowanego od całego świata. Nagle chłopak nieomal upadł na wznak, kiedy jakiś mężczyzna w garniturze i krawacie odepchnął go bezwzględnie, żeby zbliżyć się do brzegu peronu.

Grafficiarz odzyskał równowagę, a daszek jego czapki skierował się powoli w stronę karku mężczyzny. Czterdziestolatka, któremu najwyraźniej bardzo się spieszyło.

Kaptur odwrócił się najpierw w prawo, potem w lewo, by wreszcie znieruchomieć na wysokości pleców mężczyzny.

17.14.

Alexis miał wrażenie, że wszystkich zebranych przeszedł dreszcz, podczas gdy z daleka słychać już było nadjeżdżający pociąg.

Grafficiarz znajdował się teraz w odległości zaledwie kilku centymetrów od mężczyzny w garniturze.

Hałas maszyny i skrzypienie żelaznych kół na torach nasilały się, wypełniając głośnik w telefonie.

Nagle mężczyzna runął do przodu. Ręce rozłożył na boki, jakby do lotu, a jego twarz zmieniła się w maskę zaskoczenia i przerażenia.

Chłopak chwycił teraz stojącą obok niego kobietę i zepchnął ją na tory. Spadła w dół natychmiast, pociągając za sobą wózek, z którego pośród pierwszych krzyków wypadł biały kształt.

Szkic projektanta mody zdążył właśnie zauważyć, że coś się dzieje poza słuchawkami i muzyką, gdy grafficiarz złapał go za ramiona i pozbawił równowagi.

W tej samej chwili matka dziecka podniosła się z krzykiem. Nie zdążyła podbiec do niemowlęcia, gdyż z prawej strony wyświetlacza już wyłaniał się olbrzymi kształt. Usta mężczyzny w garniturze otworzyły się szeroko, kiedy uderzyła w niego lokomotywa.

Pochłonęła go natychmiast.

Następnie uderzyła w kobietę z taką siłą, że Alexis odniósł wrażenie, iż ta w ułamku sekundy rozpada się na kawałki. Meloman natomiast nie zdążył nawet dotknąć ziemi, bo pociąg już roztrzaskiwał mu kości i wyrzucał w stronę peronu niczym piłkę.

Chwilę później pociąg zajmował już niemal cały ekran, a jego huk tłumił częściowo wrzask tłumu.

Kamera opadła w dół i znieruchomiała na ujęciu chodnika i kawałka białego znoszonego adidasa.

Wszystko stało się w ciągu niespełna dwóch sekund. Grafficiarz zadziałał precyzyjnie i z determinacją. Nie zawahał się. Nikt nie zdążył interweniować i go powstrzymać.

Oficer policji sądowej położył dłoń na ekranie, chcąc przejąć telefon.

– Minęło jeszcze kilka minut, zanim chłopak pomyślał o wyłączeniu kamerki, ale nie ma tam już niczego ciekawego.

Alexis spojrzał na Ludivine i Segnona. Ten ostatni uniósł brwi i się skrzywił.

– Przygnębiające – stwierdził.

Gliniarz skinął głową i dodał:

– Świadkowie twierdzą, że nastolatek następnie odwrócił się na pięcie i rzucił pod nadjeżdżający z drugiej strony pociąg. Nikt nie mógł nic zrobić.

– Ktoś widział, jak pojawił się na dworcu? Pieszo? Samochodem? – spytał Alexis.

– Nic mi na ten temat nie wiadomo. Do jutra powinniśmy mieć wszystkie zeznania. Ale zanim przez to wszystko przebrniemy...

– Sporo wam to zajmie? – dokończyła Ludivine ze sztucznym uśmiechem, żeby nie zabrzmieć zbyt sarkastycznie.

– Sądząc po okrucieństwie tych zdarzeń, media zaraz spadną nam na głowy, a więc i prefekt też... nie, postaramy się działać szybko, proszę się nie obawiać.

– Zechciałby nam pan przygotować raport na temat nagrań z kamer dworcowych? – spytał Segnon.

Oficer przytaknął. Na jego twarzy pojawił się wyraz zniecierpliwienia.

– Najważniejsze będzie teraz dla nas zidentyfikowanie grafficiarza – podsumował Alexis.

Policjant potrząsnął wizytówką.

– Mam pański telefon i adres mailowy, przekażę co trzeba, kiedy tylko sam dostanę tę informację. Możecie mi powiedzieć coś więcej o tych trupach z powtarzającym się rysunkiem?

– Na razie niewiele wiemy – skłamał Alexis. – Jeśli to pomoże, zrobię panu raport, kiedy tylko czegoś się dowiemy. Dziękuję, że nas pan przyjął. Czekamy na dalsze informacje. Powodzenia!

Alexis poklepał go przyjacielsko po ramieniu i wyprowadził swoich ludzi na zewnątrz.

– Co o tym myślisz? – spytała Ludivine.

– Nastolatek to świr! – odparł natychmiast Segnon. – Stawiam dziesięć euro, że ma założoną kartę w jakimś psychiatryku!

Ludivine wpatrywała się w Alexisa, który się nie odezwał.

– O czym myślisz? – nalegała.

– Nie czuję tego. Całej tej sprawy, nie czuję jej. Widzieliście, jak starannie wybierał ofiary? Najpierw pomyślał o starej kobiecie, potem o dzieciach, ale w końcu jego uwagę zwróciła kobieta z wózkiem.

Troje żandarmów przekroczyło plastikową taśmę i ruszyło przez plac w kierunku auta.

– Przede wszystkim typ, który go popchnął – zauważył Segnon.

– Nie mam pewności. Tego zepchnął w ramach zemsty. Wydaje mi się, że kobieta z wózkiem mu się spodobała.

– Może miał jakiś uraz na tle kobiet i dzieci.

Alexis potrząsnął głową i się skrzywił.

– Nie sądzę, żeby o to chodziło. Popatrzcie, co robi, zanim ich zabije. Maluje na murze, przy wszystkich. Jak gdyby chciał przekazać całemu światu wiadomość. Kiedy przyjrzymy się bliżej ofiarom, widzimy coś na kształt... idealnej rodziny. Zaatakował jej fundamenty: kobietę z dzieckiem, człowieka biznesu i przystojnego młodzieńca. Tatuś sukcesu, doskonała mama i dzieci.

– Myślisz, że chciał uderzyć tam, gdzie zaboli najbardziej?

Ludivine energicznie pokiwała głową.

– Alex ma rację. Dużo czasu zajęło mu wybranie ofiar. Nie chodziło mu o byle kogo. Porwał się na to, co najbardziej zrani społeczeństwo.

– Poszukamy po stronie radykalnych ruchów? – zasugerował Segnon. – Skrajna lewica i skrajna prawica? Anarchiści? Złożę jutro wniosek do DCRI[2] o podanie informacji na temat tych ugrupowań. Właściwie nie pytaliśmy ich jeszcze, czy coś wiedzą na temat tego symbolu!

– Tak zrobimy.

– Wydajesz się niezadowolony – zauważyła Ludivine. – To nagranie tak cię zbulwersowało?

Alexis otworzył drzwi peugeota 206 i zastygł na chwilę w bezruchu.

– Chodzi o całe to nagromadzenie wydarzeń. Najpierw dwóch facetów jeździ po kraju i kroi ciała, potem pedofilskie zdjęcia, a teraz jeszcze to? Pułkownik chce utrzymać sprawę w tajemnicy, żeby nie musieć użerać się z politykami i dziennikarzami, ja jestem za, ale to wszystko zaczyna nas przerastać. Wszystkie żandarmerie powinny się tym zająć. Potrzebujemy ekspertów, środków, więcej ludzi. Dzieje się coś wielkiego! A sądząc po tempie, w jakim to się toczy, jeszcze się naoglądamy różnych rzeczy!

Segnon stał po drugiej stronie pojazdu.

– Powinniśmy wywrzeć nacisk na pułkownika?

Alexis zawahał się, po czym ruchem głowy wskazał na dworzec.

– Na razie wywrzemy nacisk, żeby dostać wszystko, co się tylko da, w sprawie tego chłopaka. Jego komputer, komórkę, wszystko.

– Gliniarze się nie zgodzą.

– To już problem pułkownika, niech sobie radzi z sędzią śledczym. Ten chłopak to nasz priorytet. Musiał się gdzieś albo od kogoś nauczyć rysować ten symbol. Musimy się dowiedzieć, co on oznacza. Szukaliśmy drzwi do świata świrów i właśnie je znaleźliśmy.

Alexis rzucił po raz ostatni okiem na dziedziniec rozjaśniony przez żółtawe żarówki latarni. Nieco dalej, nad dachem dworca, lśniły białe kule światła.

Młody żandarm wyobraził sobie, jak blask reflektorów podkreśla kolor krwi. Musi niemal lśnić.

W czasie swojej krótkiej kariery Alexis naoglądał się już wielu okrucieństw. Czasami przejawów szaleństwa. Ale całkowita bezsensowność dzisiejszej zbrodni przerastała go.

Miał przed oczyma twarz matki, która rozumie, że jest już za późno. Dla niej i dla dziecka. Jej krzyk rozpaczy. Aparat nie zarejestrował zderzenia lokomotywy z jej ciałem, lecz Alexis wyobraził to sobie bez trudu. Brutalnie.

W tamtym chłopcu musiała wrzeć nienawiść, żeby tak chcieć zadawać ból. Ogromna nienawiść. Absolutna.

Nienawiść aż po śmierć. Nie tylko swoją własną.

Bezwzględna nienawiść. Ostateczna.

Fanatyczny kult destrukcji. Bólu.

Żeby świat cierpiał razem z nim.

Alexis wziął głęboki wdech, siadając za kierownicą. Gdy się tak zastanowić, to wcale nie było szaleństwo. Chłopak zaplanował swój czyn. Żeby zaszokować. Wstrząsnąć społeczeństwem.

Chodziło o zemstę.

Alexis zatrzasnął drzwi.

[2] Centralna Dyrekcja Wywiadu Wewnętrznego (przyp. tłum.).

5

Z oddali słychać było rozmowy.

Łagodne, stanowcze głosy. Przyjemne dla ucha.

Nasilały się.

Alexis z trudem uniósł powieki, miał wrażenie, że skurczyły się podczas snu i stały się za małe dla jego oczu. Potarł je dłonią, chcąc przywrócić im elastyczność. Trudna pobudka. Był skonany. Wciąż jeszcze otulało go podnoszące na duchu ciepło kołdry; wysunął policzek niczym sondę, której zadaniem było zbadanie temperatury panującej w mieszkaniu.

Za późno się położył. Długo nie mógł zgasić lampy. Alexis miewał okresy przygnębienia. Kiedy obawiał się chwili, w której przyłoży głowę do poduszki, otoczony mrokiem, sam na sam z rzeczywistością, z samotnością. W tych momentach, które powinny przynosić rozluźnienie, jego umysł wypełniał się najgorszymi wspomnieniami. Podstępnie. Najpierw pojawiały się zatruwające codzienność drobiazgi: problemy z pieniędzmi, cieknąca od dwóch miesięcy spłuczka, sześć czy osiem tygodni, podczas których nie znalazł czasu, żeby zadzwonić do matki i zapytać, co u niej słychać, maile od kumpli, na które nie odpisał, wieczny celibat, trzydziestolatek bez kobiety, brak widoków na dzieci... Następnie, kiedy już odsunął od siebie to wszystko, kiedy pozbył się przyziemnych spraw, w stanie połowicznego otępienia, w przedsionku snu, na granicy mroku duszy, pojawiali się zmarli.

Niczym odległe, nieśmiałe cienie, zbliżali się powoli, muskając jego świadomość.

A kiedy sylwetki te opanowały w pełni jego myśli, było już za późno. Alexis nie mógł zasnąć. Widział ludzi, których zwłoki odkrył albo których życie skrupulatnie analizował; gwałtowne śmierci nawiedzały go w chwilach słabości.

Alexis z czasem się przekonał: duchy istnieją. Gnieżdżą się w szczelinie między jawą a snem. W przestrzeni między dwoma światami, gdzie świadomość skłania się ku nieświadomości, na wąskiej granicy, gdzie człowiek dostrzega jeszcze różne rzeczy, choć nie panuje już nad myślami. Duchy żywią się samotnością, która przypomina im ich własną sytuację.

Alexis nienawidził spać sam. A przecież lubił swoje życie samotnika, pracę do późnych godzin, wyjścia z kolegami, komiksy, gry wideo, a przede wszystkim mecze futbolu amerykańskiego oglądane w Internecie. Mimo to chciał, żeby ktoś koło niego zasypiał i odpędzał duchy. Od środków nasennych Alexis wolał towarzystwo dziewcząt napotkanych w barach, czasami nawet płacił za eskortę, która znikała, gdy tylko zapadł w sen. Wszystkie te kobiety, których imiona zapominał wraz z nadejściem świtu, liczyły się na swój sposób, były czymś więcej niż przejściową ekstazą. Ich ludzkość dodawała mu chwilowej pewności siebie. Ciepło ich ciał działało na niego niczym naturalny środek uspokajający. Jak terapia homeopatyczna na chandrę.

Głosy w radiu rozmawiały o polityce amerykańskiej. O wyborach.

Alexis usiadł i się przeciągnął.

Tego ranka nikogo nie było przy nim w łóżku. Oto dlaczego źle spał. Ciepło drugiego człowieka miało w sobie coś pierwotnie odprężającego.

Skierował się bezpośrednio do łazienki, żeby wziąć prysznic, spłukać ostatnie strzępki snu ze skóry, a przecierając wierzchem dłoni zaparowane lustro, odpędził od siebie myśl o ogoleniu się.

Z kubkiem New York Giants pełnym gorącej kawy obserwował, jak XX dzielnica budzi się do życia. W oknach zapalały się światła i tyleż samo oczu otwierało się na nowy dzień.

Sobotni poranek, początek października.

Nie będzie miał weekendu dla siebie, podobnie jak żaden z członków wydziału śledczego. Nie po tym, co wydarzyło się poprzedniego popołudnia na dworcu w Herblay, małym, spokojnym miasteczku w sąsiedztwie stolicy, które tym sposobem znalazło się na pierwszych stronach gazet. Nie po pięciu seryjnych morderstwach, odkryciu pedofilskich zdjęć, a teraz jeszcze poczwórnym zabójstwie i samobójstwie. Przyjdzie im spędzić dzień na dręczeniu gliniarzy o podanie tożsamości grafficiarza; pułkownik WŚ spędzi ten czas z sędzią śledczym, zatruwając mu weekend, dopóki ten nie zdecyduje się wziąć sprawy w swoje ręce.

Alexis mieszkał w nowym dziewięciopiętrowym budynku w centralnej części koszar. Był to ponury mrówkowiec, w którym zakwaterowano pięćdziesiąt cztery rodziny żandarmów – duszny, zamknięty pojemnik. Po wyjściu z holu przemierzył dziedziniec i wszedł do budynku żandarmerii, skąd skierował się na pierwsze piętro, gdzie się mieściło jego biuro.

Ludivine zastał już przed dwoma ekranami komputera – na jednym miała otwarte okna przeróżnych sieci społecznościowych, na drugim najnowsze depesze wydane przez FBI.

– Nigdy nie sypiasz? – spytał Alexis, wyciągając w jej kierunku zamkniętą pięść.

Ludivine przywitała go tym samym gestem, ich dłonie się zderzyły.

– Śpią tylko lenie – odparła, nie odwracając wzroku od ekranów.

– Przerażeni nie śpią.

– Sądząc po cieniach pod twoimi oczami, masz sporo lęków.

Pokręcił głową z niechęcią.

– Zawsze musisz mieć ostatnie słowo, co? Dobra, wydarzyło się coś nowego przez noc?

– Nic. Dzwoniłam już do oficera policji śledczej, z którym widzieliśmy się wczoraj. Trzy wiadomości w ciągu godziny. Powinien zrozumieć, że to pilne.

W drzwiach pojawiła się olbrzymia postać Segnona. Trzymał przed sobą kopertę formatu A4.

– Już jesteś? – zdziwił się Alexis.

Kolos miał worki pod oczyma.

– Byłem na górze z Cyrilem. Dostaliśmy raport od odontologa w sprawie ugryzień Bestii na trzech ofiarach.

– Znaleźli DNA przy ranach? – spytał natychmiast Alexis.

– Nic, co by można było wykorzystać.

Segnon wyciągnął z koperty kilka różowych kartek i potrząsnął nimi, Alexis rozpoznał je bez czytania. Formularze analizy odontologicznej Interpolu. Typowe pliki. Różowe w wypadku zmarłych. Dla żywych, na przykład zaginionych, używano żółtych kartek.

– Ekspert ustalił, że ślady ugryzień pasują do siebie w przypadku tych trzech zbrodni. Za każdym razem to ta sama szczęka.

– Nie mieliśmy co do tego większych wątpliwości – stwierdziła ironicznie Ludivine.

Nie wypuszczając z ręki różowego pliku, Segnon zaczął przewracać kartki raportu, na którym widniały liczne szkice ołówkiem.

– Za to, i tu sprawa zaczyna się robić ciekawa, ekspert twierdzi, iż, cytuję: „łuk zębowy przybiera kształt litery U, którego topografia podniebienna nie odpowiada niczemu znanemu”.

Koledzy spojrzeli po sobie z powątpiewaniem.

– Czy to oznacza, że facet cierpi na malformację? Zajęcza warga? – spytała Ludivine z nadzieją.

Alexis przysiadł na brzegu biurka. Być może szczęście właśnie się do nich uśmiechnęło. Deformacja zębów to coś lepszego niż tatuaż albo blizna na ciele, to prawdziwe znamię. Trzeba będzie wysłać okólnik do każdego dentysty w kraju, do każdego szpitala. Istnieje spora szansa, że prędzej czy później karta pacjenta gdzieś wypłynie.

Segnon ciągnął ponuro:

– Posłuchajcie raczej, co pisze dalej: „Układ, a także nagromadzenie zębów typowych dla mięsożerców (siekaczy, a przede wszystkim kłów) skłania do oceny, iż mamy do czynienia ze zwierzęciem, nawet jeśli szczęka – bardzo duża i o nietypowym kształcie – pasuje budową bardziej do człowieka, choć należy być tu ostrożnym w ocenie, tak dalece całość jest osobliwa”. Dalej mamy detale techniczne. „Może chodzić o połączenie macrodontii (związanej być może z gigantyzmem przysadkowym) i podwojenia struktur zęba, choć nagromadzenie jest...”.

– Czyli co? To facet czy jakieś zwierzę? – spytała rozdrażniona Ludivine, która lubiła konkrety i jasne stawianie sprawy.

– Rzeczą oczywistą jest, że to człowiek. Nie wyobrażam sobie, w jaki sposób miałby przetransportować zwierzę i zmusić je do gryzienia. Zresztą po co miałby coś takiego robić?

– Nie byłby to pierwszy świr, który...

Segnon przerwał im i dokończył:

– Lekarz podsumowuje sugestią, żeby sprawdzić pacjentów, którzy przeszli operację estetyczną zębów. W niektórych środowiskach „gotyckich” to bardzo modne. Każą sobie doprawiać sztuczne zęby o osobliwych kształtach albo spiłowywać swoje do rozmiaru kła. Najwięksi ekstremiści ostrzą sobie wszystkie zęby, żeby upodobnić się do rekina. Ekspert twierdzi, że najczęściej tego typu operacji dokonuje się w Anglii i w Niemczech. Mimo to pozostaje sceptyczny co do możliwości, iż chodzi tu o ludzką szczękę z powodu osobliwej topografii podniebienia, chyba że mamy tu do czynienia ze znaczną deformacją.

– Trop wydaje się interesujący – stwierdził Alexis, sięgając po różowe kartki. – Zaraz to wszystkim przefaksujemy. Szczęka jest na tyle wyjątkowa, że każdy dentysta czy szpital zachowałby dokumentację.

– Zapominamy o hipotezie zwierzęcia? – zdziwił się Segnon.

– Jak byś to wyjaśnił? Jakie mogłoby to być zwierzę?

– Nie mam pojęcia, możemy poprosić o pomoc weterynarza albo eksperta z zoo.

Ludivine pokręciła głową, zgadzając się z opinią Alexisa.

– Zboczeniec, który realizuje złożoną fantazję polegającą na zabijaniu, i ona tak mu się podoba, że powtarza scenę kilkakrotnie – myślisz, że ktoś taki obarczałby się jeszcze zwierzęciem? Po co? Żeby zmuszać je do gryzienia ofiar? To trochę... idiotyczne, nie sądzisz?

– Wiemy, że dziewczynom brakuje kawałków ciała, całych kęsów! Uważam, że mniej szalone jest wyobrażanie sobie, iż to zwierzę je pożera niż że człowiek ze zniekształconą szczęką!

– Daj spokój, to kompletnie niewiarygodne – odparła Ludivine. – Nie słyszałam jeszcze, żeby facet mieszał fantazje z obsesją dzikich zwierząt.

– Nie unikniemy precedensów – zaprotestował Segnon.

– Poza tym wyobrażasz sobą całą logistykę? Sprowadzić zwierzę – jakiekolwiek by ono było – a najwyraźniej nie chodzi o zwykłego psiaka, ale raczej o niedźwiedzia albo lwa, sądząc po rozmiarze ugryzień! – zmusić je do posłuszeństwa, do kąsania, a to wszystko nie pozostawiając choćby najmniejszego śladu czy też włosa na ziemi? Geniusz kryminalny i makiawelizm mają mimo wszystko swoje granice. To nie film, Segnon!

Alexis potrząsnął różowymi formularzami.