Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 488

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Płonący pokój - Michael Connelly

„Seria najznamienitszych kryminałów, jakie kiedykolwiek wyszły spod pióra Amerykanina”. Washington Post Harry Bosch, detektyw Wydziału Zabójstw, przejmuje śledztwo w sprawie niedawnej śmierci mężczyzny, która nastąpiła w wyniku komplikacji wywołanych przypadkowym postrzałem sprzed dekady. Detektyw dysponuje w zasadzie tylko świeżymi zwłokami. Nawet najbardziej doświadczony policjant musiałby uznać to dochodzenie za karkołomne, jednak nowa partnerka Boscha, Lucia Soto, której detektyw ma przekazać swoją wiedzę, nie ma zamiaru zrezygnować. Detektywi muszą rozwiązać sprawę morderstwa, która okazuje się bardzo wrażliwa politycznie i obciążona poważnymi konsekwencjami. Po wydobyciu kuli, która przez dziesięć lat tkwiła w kręgosłupie ofiary, poszukują nowych tropów w dawnych aktach i dokumentach. Wkrótce odkrywają, że postrzał wcale nie był przypadkowy. Śledztwo nabiera tempa, prowadząc detektywów do kolejnej nierozwiązanej zagadki sprzed lat, o jeszcze większym brzemieniu moralnym… „Harry Bosch jest jedną z najbardziej popularnych i nieprzemijających postaci w amerykańskiej powieści kryminalnej”. Chicago Tribune „Connelly stworzył jedne z najlepszych współczesnych powieści detektywistycznych. Fabuła jest inteligentnie poprowadzona , a napięcie rośnie aż do samego, nieprzewidywalnego, finału”. USA Today

Opinie o ebooku Płonący pokój - Michael Connelly

Fragment ebooka Płonący pokój - Michael Connelly

Tytuł oryginału:

THE BURNING ROOM

Copyright © 2014 by Hieronymus, Inc.

Copyright © 2017 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Łukasz Kuć

Korekta: Emilia Grzeszczak, Maria Zając, Edyta Antoniak-Kiedos

ISBN: 978-83-8110-266-7

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Detektywowi Rickowi Jacksonowi,

z podziękowaniem za służbę w Mieście Aniołów

i z nadzieją, że za drugim podejściem

spodobają mu się uroki emerytury.

Trafiaj do dołka za pierwszym razem!

Książka ta nie jest oparta na faktach. Wszystkie zawarte w niej nazwiska, postacie i wydarzenia są wytworem wyobraźni autora, a jakiekolwiek podobieństwo do prawdziwych osób, żywych bądź martwych, do przedsiębiorstw i zdarzeń jest czysto przypadkowe.

1

Boschowi zdawało się to jakąś szczególnie okrutną, niekończącą się torturą. Teresa Corazon garbiła się nad stalowym stołem, a jej dłonie w zakrwawionych rękawiczkach zanurzone były głęboko w pozbawionym wnętrzności ciele. Operowała kleszczami oraz jakimś instrumentem o długim ostrzu, który nazywała „nożem do masła”. Nie była zbyt wysoka, musiała więc stanąć na palcach, żeby dosięgnąć swym narzędziem we właściwe miejsce. Dla uzyskania efektu dźwigni wsparła się biodrem o stół sekcyjny.

W tej makabrycznej scenie Boschowi najbardziej doskwierał widok potwornie okaleczonego przed śmiercią ciała. Zwłokom brakowało obu nóg, a jedno ramię kończyło się tuż poniżej barku. Chirurgiczne blizny były stare, lecz ich intensywnie czerwony kolor sprawiał, że wyglądały na świeże. Usta mężczyzny otwierały się w niemym krzyku, a oczy wpatrywały się w sufit, jakby błagając Boga o litość. Bosch dobrze wiedział, że martwi nie cierpią już okrucieństw tego życia, ale mimo wszystko miał ochotę powiedzieć „dość”. Zapytać, kiedy to się skończy. Przecież śmierć winna przynosić wytchnienie po mękach żywota.

Ale nic nie powiedział. Stał w milczeniu i tylko patrzył, jak setki razy wcześniej. Ważniejsza od oburzenia i chęci zaprotestowania przeciwko dalszym okrucieństwom wobec ciała Orlanda Merceda była konieczność uzyskania pocisku, który Corazon próbowała wyjąć z kręgosłupa martwego mężczyzny.

Teresa opadła z powrotem na pięty, aby odpocząć. Wypuściła powietrze z płuc, pokrywając osłonę na oczy tymczasową mgiełką. Zerknęła na Boscha przez zaparowany plastik.

– Już blisko – powiedziała. – I wiesz co? Słusznie zrobili, że nie próbowali jej od razu wyciągnąć. Musieliby przeciąć cały Th-12.

Bosch kiwnął głową, wiedząc, że miała na myśli dwunasty kręg odcinka piersiowego kręgosłupa.

Corazon odwróciła się do stolika, na którym spoczywało jej instrumentarium.

– Potrzebuję czegoś innego… – rzekła.

Odłożyła „nóż do masła” do stalowego zlewu. Z kranu cały czas płynęła woda, toteż jej poziom utrzymywał się w okolicach otworu przelewowego. Teresa sięgnęła dłonią w lewo, ku zestawowi wysterylizowanych narzędzi chirurgicznych, wybrała jakiś długi, wysmukły instrument i ponownie zabrała się do pracy, zanurzając ręce w pustym kadłubie ofiary. Wszystkie narządy wewnętrzne oraz jelita zostały usunięte, zważone i zapakowane w worki, tak że pozostała jedynie skorupa na rusztowaniu żeber. Corazon raz jeszcze wspięła się na palce i naprężając z całej siły górną połowę swego ciała, stalową wykałaczką wydobyła wreszcie pocisk z kręgosłupa. Bosch usłyszał grzechot w klatce piersiowej ofiary.

– Mam!

Teresa wysunęła ramiona z ziejącego otworu, położyła długie narzędzie na stole, po czym spryskała jego cążki wodą z węża. Następnie uniosła „wykałaczkę”, przez chwilę badawczo przyglądała się znalezisku. W końcu wcisnęła stopą podłogowy aktywator dyktafonu i zaczęła mówić do mikrofonu.

– Z przedniej części dwunastego kręgu piersiowego wyjęto pocisk. Odkształcony, z wyraźnymi spłaszczeniami. Sporządzę dokumentację fotograficzną i oznaczę ją swoimi inicjałami, a następnie przekażę detektywowi Hieronymusowi Boschowi z Sekcji Spraw Otwartych i Niewyjaśnionych Departamentu Policji Los Angeles.

Znów nacisnęła stopą pedał rejestratora dźwięku i wyłączyła nagrywanie. Mogli rozmawiać nieoficjalnie. Uśmiechnęła się do Boscha przez plastikową szybkę.

– Przepraszam, Harry, wiesz, jaka ze mnie formalistka.

– Nie sądziłem, że będziesz pamiętać.

Kiedyś łączył go z Teresą krótki romans, ale minęło sporo czasu. Poza nią niewiele osób wiedziało, jak mu na imię.

– Oczywiście, że pamiętam – odpowiedziała z udawanym oburzeniem.

W zachowaniu Teresy Corazon dawało się obecnie wyczuć nieomal pokorę, co kiedyś wydawało się nie do pomyślenia. Była karierowiczką, która w końcu dostała to, czego pragnęła – stanowisko głównego medyka sądowego wraz ze wszystkimi jego przywilejami i pułapkami, do których należały także występy w telewizyjnych reality show. Gdy jednak obejmuje się tak wysokie stanowisko publiczne, siłą rzeczy człowiek staje się politykiem, a politycy czasami wypadają z łask. Teresa zaliczyła twarde lądowanie i znów znajdowała się w miejscu, od którego zaczynała: była zastępcą koronera i miała pełne ręce roboty, jak wszyscy inni w tej instytucji. Tyle dobrego, że przynajmniej pozwolono jej zachować własną salę sekcyjną. Na razie.

Corazon położyła pocisk na kontuarze, zrobiła mu zdjęcia, a następnie oznaczyła go nieścieralnym czarnym markerem. Bosch już czekał z małą foliową torebką na materiał dowodowy, do której wsunęła kulę. Zgodnie z procedurą napisał na woreczku inicjały swoje i wykonującego autopsję medyka i zaczął się przyglądać zniekształconemu pociskowi. Mimo wyraźnych uszkodzeń kuli Harry doszedł do wniosku, że prawdopodobnie pochodzi ona z broni kalibru .308, czyli z karabinu. A jeśli tak, to dostali właśnie bardzo ważną nową informację w sprawie.

– Zostaniesz do końca, czy masz już wszystko, po co przyszedłeś?

Zadała to pytanie tak, jakby między nimi jeszcze coś było. Bosch podniósł torebkę z dowodem rzeczowym.

– Muszę to dać do zbadania. Wiele oczu przygląda się tej sprawie.

– No tak. W takim razie dokończę sama. A nawiasem mówiąc, co się stało z twoją partnerką? Wydawało mi się, że widziałam ją w holu.

– Musiała zadzwonić.

– Ach, a ja myślałam, że chce nas zostawić sam na sam. Mówiłeś jej o nas?

Uśmiechnęła się i zatrzepotała rzęsami. Harry odwrócił wzrok, zakłopotany.

– Nie, Tereso. Wiesz, że nie rozmawiam o takich rzeczach.

Kiwnęła głową.

– Nigdy nie rozmawiałeś. Jesteś mężczyzną, który nie zdradza swoich tajemnic.

– Staram się – odrzekł, zwracając oczy na Teresę. – Poza tym to było dawno.

– I ogień zgasł, co?

Bosch spróbował zmienić temat.

– Przejdźmy do rzeczy. Nie znalazłaś nic więcej ponad to, o czym napisano w szpitalu, tak?

Teresa dała za wygraną.

– Nie, wszystko się zgadza. Sepsa. Zakażenie krwi, mówiąc potocznie. Możesz to puścić do mediów.

– A co z tym postrzałem? Nie widzisz związku? Zeznasz tak przed sądem?

Corazon pokręciła głową, nim jeszcze Bosch skończył mówić.

– Pan Merced zmarł z powodu zakażenia krwi, ale jego śmierć, moim zdaniem, należy traktować jako zabójstwo. Morderstwo, które ciągnęło się przez dziesięć lat, Harry, i chętnie tak zeznam. Mam nadzieję, że ta kula pomoże ci znaleźć sprawcę.

Bosch skinął głową i ścisnął w ręce plastikowy woreczek z pociskiem.

– Ja też – powiedział.

2

Bosch zjechał windą na parter. W ostatnich latach władze hrabstwa wydały na remont siedziby koronera trzydzieści milionów dolarów, ale windy poruszały się tak samo opieszale jak dawniej. Lucię Soto zastał przy tylnej rampie, opartą o puste nosze na kółkach i wpatrzoną w ekran swojej komórki. Była niska, proporcjonalnie zbudowana i ważyła nie więcej niż pięćdziesiąt kilogramów. Miała na sobie stylowy, brązowy żakiet, modny obecnie wśród kobiet detektywów, bo pozwalał chować broń na biodrze, niekoniecznie w torebce. Poza tym żadna sukienka nie przydawała kobiecie tyle władzy i autorytetu. Pod spód Soto włożyła kremową bluzkę, która dobrze pasowała do jej gładkiej, śniadej skóry.

Lucia podniosła wzrok na Boscha i nerwowo się wyprostowała, jak dziecko, które zostało przyłapane na czymś zdrożnym.

– Mam – powiedział Bosch, unosząc torebkę z pociskiem.

Soto wzięła ją od niego i przez chwilę przyglądała się kuli. Za jej plecami pojawiło się dwóch pracowników kostnicy, którzy popchnęli pusty wózek w kierunku drzwi tak zwanej Wielkiej Krypty. Była to nowa przybudówka, w której mieściła się chłodnia wielkości sklepu Mayfair Market. To tam wjeżdżały wszystkie zwłoki, by czekać na swoją kolejkę.

– Duża – powiedziała Soto.

– I długa – dodał Bosch. – Wydaje mi się, że powinniśmy szukać karabinu.

– Jest w niezbyt dobrym stanie – skomentowała Lucia. – Wygląda jak grzybek.

Oddała woreczek Boschowi, który schował go do kieszeni płaszcza.

– Do analizy porównawczej chyba wystarczy – powiedział. – Może będziemy mieć farta.

Mężczyźni za plecami Soto otworzyli drzwi Wielkiej Krypty, żeby wprowadzić tam wózek. Ze środka powiało zimnym powietrzem, a wraz z nim dobył się nieprzyjemny chemiczny odór. Lucia odwróciła się i zdążyła jeszcze omieść wzrokiem gigantyczne wnętrze chłodni: rzędy zwłok, jeden za drugim, rozlokowane na czteropoziomowym rusztowaniu. Zmarli owinięci byli w matową folię, spod której wystawały im tylko stopy. Karteczki z nazwiskami, przyczepione do dużych palców, trzepotały w podmuchach wentylatorów.

Soto szybko odwróciła oczy.

– Wszystko w porządku? – zapytał Bosch, widząc, że nagle pobladła na twarzy.

– Tak, wszystko gra. To po prostu wydaje mi się… okropne.

– A pomyśl, że i tak mamy do czynienia ze znacznym postępem. Kiedyś zwłoki leżały pokotem na korytarzach. Czasem upychano je jedne na drugich, zwłaszcza po burzliwym weekendzie. Ależ wtedy zalatywało.

Soto uniosła rękę, powstrzymując Boscha przed dalszym wywodem.

– Skończyliśmy tutaj?

– Tak.

Harry ruszył przed siebie, a Lucia poszła w jego ślady. Miała skłonność do chodzenia tuż za nim i Bosch czasem się zastanawiał, czy to jakiś dziwny sposób okazywania szacunku wobec jego wieku, stopnia, a może czegoś innego, czy może zwykły brak pewności siebie. Skierował się ku schodom na końcu rampy, skąd prowadził skrót na parking dla gości.

– Dokąd jedziemy? – spytała Soto.

– Oddamy pocisk do analizy. À propos farta: dzisiaj mają w laboratorium broni palnej „środę otwartych drzwi”. Potem skoczymy po akta i dowody rzeczowe na Hollenbeck.

– Okej.

Zeszli po schodach i ruszyli przez parking dla pracowników. Ten dla gości znajdował się z boku budynku.

– Dzwoniłaś? – zapytał Bosch.

– Słucham? – odpowiedziała pytaniem zaskoczona Soto.

– Mówiłaś, że musisz zadzwonić.

– Ach… Tak, dzwoniłam. Przepraszam.

– Nie ma problemu. Załatwiłaś, co chciałaś?

– Tak, dzięki.

Bosch domyślał się, że Lucia nigdzie nie dzwoniła. Podejrzewał, iż Soto wolała się wymigać od sekcji zwłok, ponieważ nigdy dotąd nie widziała wypatroszonego ludzkiego ciała. Dopiero niedawno trafiła do Sekcji Spraw Otwartych i Niewyjaśnionych i w ogóle Wydziału Zabójstw i było to jej trzecie śledztwo prowadzone wspólnie z Boschem, a zarazem pierwsze, w którym mieli trupa na tyle świeżego, że nadawał się do przeprowadzenia autopsji. Zgłaszając się do jednostki, Soto zakładała zapewne, że nie będzie musiała uczestniczyć w sekcjach zwłok. Najtrudniejszym elementem pracy w Wydziale Zabójstw i Rozbojów był widok i zapach rozkładających się ludzkich ciał. Do czegoś takiego nie sposób się przyzwyczaić. Na szczęście w jednostce zajmującej się zbrodniami sprzed lat zazwyczaj nie było takiej konieczności.

Ostatnimi czasy poziom przestępczości w Los Angeles znacznie zmalał, w tym także – a może przede wszystkim – liczba popełnianych zabójstw. Fakt ten sprawił, że miejscowa policja zmieniła swoje priorytety oraz praktyki śledcze. Ponieważ nowych spraw było mniej, kierownictwo Wydziału Zabójstw postanowiło skupić się na wyjaśnianiu tych zadawnionych. A skoro w ciągu minionego półwiecza zarejestrowano w aktach ponad dziesięć tysięcy zabójstw, których sprawców nie ustalono, roboty nie brakowało. W poprzednim roku Sekcja Spraw Otwartych i Niewyjaśnionych powiększyła się nieomal trzykrotnie i otrzymała nowe szefostwo, które składało się obecnie z kapitana i dwóch poruczników. Przeniesiono do niej wielu zaprawionych w bojach detektywów z Sekcji Specjalnej oraz z innych elitarnych jednostek Wydziału Zabójstw. W skład nowej jednostki weszli również młodsi funkcjonariusze z niewielkim doświadczeniem. Obowiązująca na dziewiątym piętrze Biura Komendanta Głównego doktryna głosiła, że na zewnątrz rozpościera się nowy, nieznany świat, w którym dominują nowoczesne technologie oraz odmienne postrzeganie rzeczywistości, i choć nic nie może zastąpić śledczego know-how, nie zaszkodzi połączyć siły i wziąć pod uwagę innego punktu widzenia tudzież odmiennych doświadczeń życiowych.

Wspomnianych młodych detektywów – szyderczo nazywanych „elitką” – kierowano do Sekcji Spraw Otwartych i Niewyjaśnionych z rozmaitych powodów: niektórzy korzystali z koneksji politycznych, inni wykazywali się szczególną bystrością, a jeszcze innych nagradzano w ten sposób za heroizm w pełnieniu służby. Jeden z takich śledczych pracował wcześniej jako informatyk w szpitalu, gdzie administrował skomputeryzowanym systemem wypisywania recept, i zanim został policjantem, odegrał kluczową rolę w wyjaśnieniu sprawy morderstwa pewnego pacjenta. Inny detektyw studiował chemię i był stypendystą Fundacji Rhodesa. W wydziale znalazł się nawet były śledczy policji z Haiti.

Soto miała zaledwie dwadzieścia osiem lat i niecałe pięć lat stażu. Zaliczała się do tak zwanych „gładkich rękawów”  – na mundurze nie miała ani jednego paska – a na stanowisko detektywa awansowała dzięki korzystnemu zbiegowi okoliczności. Jako Meksykanka z pochodzenia mówiła biegle po angielsku i po hiszpańsku. W karierze pomógł jej również fakt, że stała się jednodniową bohaterką mediów: gdy w sklepie alkoholowym w Pico-Union wybuchła strzelanina z napastnikami, w której zginęli niewinni ludzie, ona i jej partner skupili na sobie uwagę czterech bandytów. Tamten policjant został śmiertelnie ranny, ale Soto sama zdjęła dwóch rabusiów, pozostałych zaś trzymała w szachu, dopóki na miejsce nie przybyła jednostka SWAT i nie dokończyła dzieła. Napastnicy okazali się członkami gangu z Trzynastej Ulicy, jednego z najgroźniejszych w mieście, a heroiczna postawa młodej policjantki wywołała szeroki oddźwięk w gazetach, w Internecie oraz w telewizji. Komendant policji Gregory Malins przyznał obojgu funkcjonariuszom Medal za Odwagę – z tym że partner Lucy otrzymał to odznaczenie pośmiertnie.

Kapitan Crowder, nowy szef Sekcji Spraw Otwartych i Niewyjaśnionych, uznał, że najlepszym sposobem na pełne wykorzystanie wydziałowego narybku będzie rozbicie dotychczasowych dwójek i przydzielenie każdemu ze starych wyjadaczy partnera bez doświadczenia. Bosch był w jednostce najstarszy i miał najdłuższy staż, dlatego otrzymał do pary najmłodszą z nowych – Lucię Soto.

– Jesteś starym wygą, Harry – tłumaczył mu Crowder. – Chcę, żebyś miał oko na tę dziewczynę, bo jest kompletnym żółtodziobem.

Bosch nie przejmował się zbytnio, gdy wypominano mu wiek, niemniej jednak wiadomość, że dostanie nowego partnera, wcale go nie ucieszyła. Zaczynał się ostatni rok jego pracy w departamencie, z wolna zbliżała się policyjna emerytura. Każdy dzień, jaki mu jeszcze został w pracy, był dlań na wagę złota. Spędzone w niej godziny traktował jak diamenty, coś najbardziej wartościowego na świecie. Po namyśle uznał, że być może tak właśnie należy zakończyć karierę – szkoląc młodego, niedoświadczonego detektywa i znosząc wszystko, co się z tym zadaniem wiązało. Kiedy Crowder oznajmił mu, że jego nową partnerką będzie Lucia Soto, Harry poczuł się zadowolony. Jak wszyscy zatrudnieni w departamencie, słyszał o wyczynie Soto i jej bohaterskiej postawie wobec bandytów. Bosch wiedział, jak to jest kogoś zabić podczas służby, a także, co oznacza śmierć partnera. Rozumiał tę mieszaninę rozpaczy i poczucia winy, którą musiała odczuwać Soto. Doszedł do wniosku, że będzie mu się z nią dobrze pracować i że zrobi z niej solidnego dochodzeniowca.

Przy okazji Lucia wniosła w ten układ miły i niespodziewany dla Boscha bonus. Ponieważ była kobietą, podczas wyjazdów służbowych nie musiał dzielić z nią hotelowego pokoju, bo każde dostawało własny. To było naprawdę coś. Funkcjonariusze z ich sekcji podróżowali często i traktowali noclegi w hotelach jak chleb powszedni. Większość sprawców zabójstw wyjeżdżała w siną dal w nadziei, że fizyczna odległość od miejsca zbrodni uchroni ich przed odpowiedzialnością. Bosch bardzo chciał doczekać do emerytury bez konieczności dzielenia łazienki z jakimś facetem i znoszenia jego chrapania czy innych odgłosów wydawanych w ciasnym pokoju któregoś z hoteli sieci Holiday Inn.

Wtedy, w ciemnej uliczce, Soto nie wahała się ani chwili, wyjmując broń mimo liczebnej przewagi przeciwnika, jednak przyglądanie się sekcji zwłok to coś zupełnie innego. Tego ranka, gdy Bosch powiedział jej, że złapali świeży trop i muszą pojechać do siedziby koronera na sekcję, Soto przyjęła to ze skrywaną niechęcią. Jej pierwsze pytanie brzmiało: „Czy naprawdę oboje musimy w tym uczestniczyć?”. Śledztwa prowadzone przez Sekcję Spraw Otwartych i Niewyjaśnionych dotyczyły zbrodni sprzed lat, w związku z czym zwłoki przebywały w ziemi na tyle długo, że śledczym pozostawała właściwie tylko analiza starych kartotek i materiału dowodowego. Dzięki temu Soto mogła rozpracowywać najcięższe zbrodnie – czyli morderstwa – bez konieczności oglądania autopsji. Ani zwłok na miejscu zbrodni.

Przynajmniej tak się wydawało do dzisiejszego ranka, kiedy Crowder zadzwonił do Boscha, gdy ten był jeszcze w domu.

Kapitan spytał, czy Bosch miał już okazję czytać poranne wydanie „Los Angeles Timesa”, ten zaś odparł, że go nie prenumeruje. Tak nakazywała długoletnia tradycja obustronnej wzgardy, jaką darzyły się te dwa światy: wymiar sprawiedliwości i media.

Wtedy kapitan zaczął opowiadać o artykule z pierwszej strony, który miał się stać przyczynkiem do nowego zadania dla Boscha i Soto. Słuchając, Harry otworzył laptopa i znalazł witrynę internetową „Timesa”, na której cała historia została mocno wyeksponowana.

Tytuł głosił: „Orlando Merced nie żyje”. Nazwisko Merceda stało się w Los Angeles głośne dziesięć lat temu, gdy padł on ofiarą strzelaniny na Mariachi Plaza w Boyle Heights. Pocisk, który przypadkiem trafił go w brzuch, przeleciał wcześniej przez cały plac od strony Boyle Avenue; policja uznała, że była to zabłąkana kula z wymiany ognia między gangami.

Do zdarzenia doszło w sobotę o godzinie szesnastej. Merced miał wtedy trzydzieści jeden lat i grał w zespole mariachi na vihueli, podobnym do gitary pięciostrunowym instrumencie wchodzącym w skład tradycyjnej meksykańskiej kapeli ludowej. Wraz z trójką kolegów z zespołu Orlando należał do kilkunastu mariachis polujących na placu na jakiś zarobek – koncert w restauracji, quinceañerę, może nawet wesele last minute. Kula, która go niespodziewanie ugodziła, najpierw zniszczyła mahoniową obudowę instrumentu, a następnie wbiła mu się w potężny brzuch i utknęła w kręgosłupie mężczyzny.

Normalnie Orlando Merced byłby jedną z wielu ofiar tego miasta, o której media piszą i natychmiast zapominają – wzmianka na cztery akapity w „Timesie”, trzydziestosekundowa relacja w kanałach anglojęzycznych, trochę dłużej w mediach latynoskich.

Wszystko zmienił jednak drobny kaprys losu: trzy miesiące wcześniej Merced i jego zespół, Los Reyes Jalisco, występowali na weselu Armanda, Zeyasa, członka rady miejskiej, który ubiegał się właśnie o stanowisko burmistrza.

Merced przeżył. Kula uszkodziła mu kręgosłup, czyniąc zeń inwalidę i gwiazdę kampanii. Zeyas woził biedaka na wózku na wiece i dbał, by ten był obecny podczas wszystkich jego przemówień. Wskazywał niewinną ofiarę strzelaniny jako symbol zaniedbań, które dotknęły wschodnie dzielnice Los Angeles. Poziom przestępczości był tam wysoki, a zainteresowanie ze strony policji nikłe i ten, kto postrzelił Merceda, nadal nie został ujęty. Władze nie potrafiły sobie poradzić z gangami, podstawowe usługi świadczone przez miasto kulały, a dawno planowane inwestycje, jak na przykład rozbudowa złotej linii metra, mocno się opóźniały. Zeyas obiecał, że jako burmistrz wszystko to zmieni. Wykorzystywał Merceda i wschodnie Los Angeles, by utworzyć sobie bazę wyborczą, wysforował się przed liczną zgraję konkurentów, przeszedł do drugiej tury i z łatwością wygrał wybory. Orlando Merced przez cały ten czas tkwił u jego boku, na wózku inwalidzkim, ubrany w charro, czyli strój meksykańskiego jeźdźca, a niekiedy w zakrwawioną koszulę, tę samą, którą nosił w dniu postrzału.

Zeyas rządził dwie kadencje. W tym czasie wschodnia część miasta cieszyła się większym zainteresowaniem władz i uwagą policji, poziom przestępczości zmalał, a złota linia metra została zbudowana – włącznie z przystankiem pod Mariachi Plaza. Burmistrz pławił się w blasku swojego sukcesu. Jednak osoby, która postrzeliła Orlanda Merceda, nigdy nie złapano, a z czasem pocisk tkwiący w jego ciele zaczął zbierać swoje smutne żniwo. Częste infekcje kończyły się pobytami w szpitalu, niezbędne stało się również przeprowadzenie kilku operacji chirurgicznych. Merced stracił najpierw jedną nogę, a potem drugą. Co gorsza, trzeba też było amputować rękę, która kiedyś wybijała rytm na vihueli.

W końcu Orlando Merced zmarł.

– Piłeczka jest po naszej stronie – powiedział Boschowi Crowder. – Mam gdzieś to, co wypisuje ta cholerna gazeta, to my musimy zdecydować, czy sprawę potraktujemy jako zabójstwo. Jeśli z medycznego punktu widzenia przyczyną jego śmierci była tamta strzelanina dziesięć lat temu, to musimy rozpocząć śledztwo, którym zajmiesz się ty i Lucy Farciara.

– Jasne.

– Sekcja zwłok powinna wykazać, czy mamy do czynienia z zabójstwem, czy śmiercią naturalną.

– Jasne.

Bosch nie wymigiwał się od żadnej sprawy, ponieważ wiedział, że te mu się wkrótce skończą. Zdziwiło go jednak, dlaczego Crowder przekazuje śledztwo dotyczące Merceda właśnie jemu i młodej Soto. Przecież od początku podejrzewano, że kula w ciele Meksykanina została wystrzelona z broni gangstera. To oznaczało, że nowe dochodzenie niemal na pewno będzie musiało się skoncentrować na Białym Płocie i innych największych gangach wschodniego Los Angeles, które grasowały w dzielnicy Boyle Heights. A to znowu oznaczało, że w trakcie śledztwa niezbędna będzie znajomość hiszpańskiego. Oczywiście Soto posługiwała się tym językiem biegle, ale zdolności Boscha były w tym zakresie dość ograniczone. Umiał zamówić taco z przewoźnego baru oraz kazać podejrzanemu uklęknąć i założyć ręce za głowę, ale prowadzenie rozmów i przesłuchań po hiszpańsku przekraczało jego możliwości. To zadanie musiałoby przypaść w udziale jego młodej partnerce, która zdaniem Boscha wciąż nie miała odpowiednich kwalifikacji. W wydziale pracowały jeszcze przynajmniej dwa inne zespoły znające język hiszpański i dysponujące odpowiednim doświadczeniem, więc Crowder powinien był wyznaczyć któryś z nich.

Fakt, że kapitan nie dokonał tego oczywistego wyboru, wydał się Boschowi podejrzany. Z jednej strony polecenie, aby sprawę przydzielić zespołowi Bosch–Soto mogło przyjść z samej góry – śledztwo było delikatnej natury i budziło spore zainteresowanie prasy, dlatego zaangażowanie w nie Soto, bohaterskiej policjantki, miało wywołać pozytywną reakcję mediów. Należało jednak brać pod uwagę również inną, mroczniejszą alternatywę: być może Crowder chciał, aby Bosch i Soto ponieśli klęskę. Wtedy decyzja komendanta policji, który formując Sekcję Spraw Otwartych i Niewyjaśnionych, porzucił tradycję i doświadczenie na rzecz młodości, zostałaby publicznie zdeprecjonowana. Preferowanie przez kierownictwo młodych, niedoświadczonych detektywów kosztem starych wyg czekających na stanowiska w Wydziale Zabójstw i Rozbojów nie zostało mile przyjęte w szeregach policji. Być może Crowder planował skompromitować komendanta. Bosch odsunął od siebie spekulacje na temat pobudek kapitana. Skręcili z Soto za róg i weszli na parking dla gości. Rozmyślając nad planem działań, Harry uświadomił sobie, że znajdują się niecałe półtora kilometra od komendy na Hollenbeck, a do Mariachi Plaza jest stąd jeszcze bliżej. Mogliby pojechać Mission Road do skrzyżowania z Pierwszą, a potem sto jedynką. Góra dziesięć minut. Postanowił odwrócić kolejność czynności, o których mówił wcześniej partnerce.

Byli w połowie drogi do samochodu, gdy Bosch usłyszał, jak ktoś za ich plecami woła Soto po nazwisku. Odwrócił się i zobaczył jakąś kobietę z mikrofonem bezprzewodowym w ręku. Szła przez parking dla pracowników, a biegnący za nią operator lawirował między pojazdami, starając się utrzymać kamerę w górze.

– Cholera – zaklął Bosch i rozejrzał się w poszukiwaniu innych dziennikarzy.

Ktoś – pewnie Corazon – musiał dać mediom cynk.

Harry poznał dziennikarkę, nie mógł sobie jednak przypomnieć, gdzie pracuje ani na której konferencji prasowej ją widział. Z całą pewnością nie znali się osobiście. Reporterka podeszła od razu do partnerki Boscha i wyciągnęła rękę z mikrofonem. Soto dużo lepiej radziła sobie z mediami. Przynajmniej ostatnio.

– Pani detektyw, jestem Katie Ashton z Kanału Piatego. Pamięta mnie pani?

– Hm, ja chyba…

– Czy śmierć Orlanda Merceda została oficjalnie zakwalifikowana jako zabójstwo?

– Jeszcze nie – odrzekł Bosch szybko, mimo że to nie on znajdował się w obiektywie.

Kamera i mikrofon natychmiast zwróciły się w jego stronę. Harry nie lubił występować w mediach, uznał jednak, że lepiej, aby dziennikarze dowiedzieli się o sprawie czegoś więcej.

– Biuro koronera analizuje wyniki autopsji pana Merceda i podejmie w tej kwestii stosowną decyzję. Mamy nadzieję wkrótce ją poznać.

– Czy spowoduje ona wszczęcie śledztwa w sprawie postrzelenia pana Merceda?

– Ta sprawa jest wciąż otwarta. Tylko tyle możemy na razie powiedzieć.

Ashton bez słowa obróciła się o dziewięćdziesiąt stopni w prawo i podsunęła mikrofon pod brodę Soto.

– Pani detektyw, dostała pani od komendanta policji medal za odwagę w związku ze strzelaniną w Pico-Union. Czy teraz planuje pani dorwać tego, kto zabił Orlanda Merceda?

Soto przez chwilę sprawiała wrażenie skonsternowanej, ale odpowiedziała.

– Nikogo nie planuję dorwać.

Przepchnąwszy się obok operatora kamery, który robił wszystko, by móc ich filmować znad ramienia Ashton, Harry podszedł do partnerki i odwrócił ją w kierunku samochodu.

– Wystarczy – powiedział. – Jeśli chce pani dowiedzieć się więcej, proszę zadzwonić do działu prasowego.

Zostawili dziennikarkę i kamerzystę i szybko ruszyli do auta. Bosch usiadł za kierownicą.

– Dobra odpowiedź – rzucił, uruchamiając silnik.

– To znaczy? – zdziwiła się Soto.

– Z tym dorwaniem człowieka, który postrzelił Merceda.

– Aha.

Wyjechali na Mission i skierowali się na południe. Oddaliwszy się o kilka przecznic od siedziby koronera, Harry zjechał na bok, zatrzymał wóz i wyciągnął do Soto rękę.

– Pokaż no na chwilę swój telefon – powiedział.

– Słucham? – zdziwiła się Lucia.

– Pokaż mi telefon. Kiedy szliśmy na sekcję zwłok, powiedziałaś, że musisz zadzwonić. Chcę wiedzieć, czy nie dzwoniłaś do tej dziennikarki. Nie mogę pracować z partnerem, który kabluje mediom.

– Nie, Harry, nie dzwoniłam do niej.

– Dobra, w takim razie pokaż mi swoją komórkę.

Soto z oburzeniem podała Boschowi telefon. Był to iPhone, taki sam, jaki miał Harry. Znalazł listę połączeń. Od poprzedniego wieczoru Lucie do nikogo nie telefonowała. Ostatnia rozmowa – połączenie przychodzące – miała miejsce dziś rano. Dzwonił Bosch, żeby jej powiedzieć o nowej sprawie, którą im przydzielono.

– Wysłałaś jej esemesa?

Otworzył odpowiednią aplikację i stwierdził, że ostatnie wiadomości były adresowane do niejakiej Adriany, po hiszpańsku. Pokazał telefon partnerce.

– Kto to jest? I co tu jest napisane?

– Moja przyjaciółka. Słuchaj, ja po prostu nie chciałam tam iść, rozumiesz?

Bosch obrzucił ją wzrokiem.

– Gdzie tam? O czym ty…

– Do sali sekcyjnej! Nie chciałam na to patrzeć.

– I dlatego mnie okłamałaś?

– Przepraszam, Harry. Wstyd mi. Ale nie dałabym rady.

Bosch oddał jej telefon.

– Więcej mnie nie okłamuj.

Harry zerknął w boczne lusterko i włączył się do ruchu. Milczeli do chwili, gdy Bosch ustawił się na lewym pasie jezdni, sposobiąc się do skrętu w Pierwszą. Soto zdała sobie sprawę, że nie zmierzają do laboratorium balistycznego.

– Dokąd jedziemy?

– Niedaleko. Pomyślałem, że może najpierw pokręcimy się parę minut po Mariachi Plaza, a potem skoczymy na Hollenbeck po akta.

– Rozumiem. A co z analizą balistyczną?

– Załatwimy to później. Czy to, że nie chciałaś uczestniczyć w sekcji, miało jakiś związek z tamtą strzelaniną?

– Nie. To znaczy… nie wiem. Po prostu nie chciałam na to patrzeć i tyle.

Bosch chwilowo odpuścił. Po dwóch minutach dojechali do Mariachi Plaza, gdzie parkowały już dwa wozy transmisyjne, gotowe do nadawania relacji na żywo.

– Oni naprawdę dostali szału – skomentował Harry. – Wrócimy później.

Pojechali dalej, mijając pojazdy telewizji. Komenda w Hollenbeck znajdowała się niecały kilometr od placu. Był to nowoczesny budynek z fasadą ze szklanych paneli ustawionych pod takim kątem, że promienie słońca odbijały się od nich we wszystkich kierunkach. Przypominał raczej siedzibę jakiejś korporacji niż komendę policji. Bosch wjechał na parking dla gości i wyłączył silnik.

– Będzie przyjemnie – powiedział.

– To znaczy?

– Sama zobaczysz.

3

Bosch nigdy nie przepadał za sytuacjami, w których jakiemuś zespołowi odbierano ważną sprawę, by przydzielić ją komuś innemu. Kiedy jeszcze pracował w sekcji zabójstw komendy Hollywood, najważniejsze śledztwa przechwytywał od nich elitarny Wydział Zabójstw i Rozbojów. A gdy później sam został w nim zatrudniony, znalazł się nagle po drugiej stronie i zaczął podbierać dochodzenia lokalnym jednostkom. W Sekcji Spraw Otwartych i Niewyjaśnionych zdarzało się to rzadko, ponieważ koncentrowano się tu na zbrodniach sprzed lat. Mimo to, choć do postrzału doszło przed dziesięcioma laty, w archiwum wydziałowym próżno było szukać akt sprawy Merceda. Dokumentacja wciąż znajdowała się u dwóch śledczych, którzy zajmowali się tym dochodzeniem od samego początku. Aż do teraz.

Bosch i Soto weszli na komendę „drzwiami dla interesantów”, jak nazywano wejście od parkingu, a następnie korytarzem na tyłach budynku dotarli do części zajmowanej przez detektywów. Harry zapukał w otwarte drzwi gabinetu porucznika.

– Porucznik Garcia?

– Zgadza się.

Bosch wkroczył do wnętrza maleńkiego biura, a Soto poszła w jego ślady.

– Nazywam się Bosch, a to jest detektyw Soto. Jesteśmy z Sekcji Spraw Otwartych i Niewyjaśnionych, przyjechaliśmy po dokumentację Merceda. Szukamy Rodrigueza i Rojasa.

Garcia skinął głową. Wyglądał jak typowy funkcjonariusz wyższego stopnia policji Los Angeles: biała koszula, nijaki krawat, marynarka zwisająca z oparcia fotela. Nosił spinki do mankietów w kształcie małych policyjnych odznak, których nie założyłby żaden pracujący na ulicy gliniarz. Zbyt kłuły w oczy, poza tym łatwo je zgubić w jakiejś szamotaninie.

– Tak, komenda nas informowała. Czekają na was. Sekcja Przestępstw Przeciwko Zdrowiu i Życiu jest na tyłach, za rogiem. Trzeba minąć mleczarnię.

– Dzięki, poruczniku.

Bosch odwrócił się do wyjścia i niemal zderzył się z Soto, która nie zrozumiała, że rozmowa właśnie dobiegła końca. Spłoszona, cofnęła się i również obróciła na pięcie.

– Chwileczkę – powiedział Garcia.

Bosch spojrzał na porucznika.

– Mam prośbę. Jak już to zamkniecie, nie zapomnijcie o moich ludziach.

Porucznik dał do zrozumienia, że w razie rozwiązania tak ważnej sprawy Bosch i Soto powinni się podzielić zasługami. Jeśli chodzi o priorytetowe śledztwa, często bywało tak, że to lokalni detektywi odwalali najgorszą robotę, natomiast śmietankę spijały grube ryby z centrum. To na nich spływały potem laury za wieńczące śledztwo aresztowania. Ponieważ Bosch bywał na miejscu jednych i drugich, dobrze rozumiał prośbę Garcii.

– Nie zapomnimy – obiecał. – Nawet więcej: jeśli pan pozwoli, w odpowiedniej chwili skorzystamy z ich pomocy.

Harry mówił o aresztowaniu. Gdy osiągną punkt, w którym zidentyfikują już podejrzanego i dostaną nakaz aresztowania, wówczas Bosch zwróci się o pomoc do Rodrigueza i Rojasa.

– Trzymam za słowo – odrzekł Garcia.

Wyszli z gabinetu i znaleźli to, czego szukali. Sekcja mieściła się w niewielkiej wnęce, zaraz za pokojem dla karmiących matek. Władze miasta zarządziły ostatnio, by wszystkie instytucje publiczne wygospodarowały „pokoje rodzinne”, w których zarówno pracownice, jak i interesantki mogłyby w spokoju karmić dzieci piersią. Ponieważ żadnej z dziewiętnastu komend w mieście nie zaprojektowano tak, by uwzględnić tego rodzaju pomieszczenie, wydano nakaz odpowiedniego przystosowania jednego z pokoi przesłuchań. Każdy z nich został pomalowany w kojące pastelowe barwy, pojawiły się tam też postaci z kreskówek. W szczególnych sytuacjach, kiedy brakowało miejsca, salki te wykorzystywano do zwykłych czynności śledczych i zaskoczeni przestępcy składali zeznania przed SpongeBobem Kanciastoportym i Kermitem Żabą.

Sekcja Przestępstw Przeciwko Zdrowiu i Życiu komendy Hollenbeck składała się z pięciu biurek ustawionych w ten sposób, że dwie pary detektywów siedziały twarzami do siebie, a szef zajmował miejsce u szczytu tego „stolika”. Pod napisem „Sekcja Przestępstw Przeciwko Zdrowiu i Życiu” siedziało tylko dwóch mężczyzn. Bosch uznał, że są to właśnie Oscar Rodriguez i Benito Rojas.

Na biurku jednego z nich piętrzyły się trzy niebieskie segregatory, z których dwa – jak dostrzegł Harry – oznaczono napisem MERCED. Trzeci nosił tytuł DONOSY. Na blacie stało również kartonowe pudło oklejone czerwoną taśmą do zabezpieczania dowodów rzeczowych, a o nogę mebla oparty był czarny futerał, w którym musiał się znajdować instrument muzyczny należący kiedyś do Orlanda Merceda. Zdobiły go rozmaite naklejki, informujące o podróżach właściciela do wielu miast i regionów na całym południowym zachodzie Stanów Zjednoczonych, a także do Meksyku.

– Czołem, koledzy – powiedział Bosch. – Jesteśmy z Niewyjaśnionych.

– Widać – odrzekł jeden z mężczyzn. – Grube ryby.

Harry kiwnął głową. Sam zachowywał się tak samo, gdy odbierano mu jakieś śledztwo. Wyciągnął rękę do zdenerwowanego detektywa.

– Harry Bosch. A to Lucia Soto. Ty jesteś Oscar czy Benito?

Mężczyzna niechętnie potrząsnął dłonią Boscha.

– Ben.

– Miło cię poznać. I bardzo mi przykro w związku z tą sprawą. Obojgu nam jest głupio. Nikt nie lubi robić czegoś takiego. Wiem, że wykonaliście kawał roboty i że to nie fair. Ale jest jak jest. Wszyscy wykonujemy to, co nam każą ci geniusze z góry.

Przemówienie najwyraźniej wpłynęło na Rojasa łagodząco. Jego partner sprawiał wrażenie obojętnego.

– Bierzcie materiały – powiedział Rodriguez. – I powodzenia, stary.

– Właściwie to chodzi nie tylko o materiały – rzekł Bosch. – Potrzebujemy waszej pomocy. Zarówno teraz, jak i później, kiedy się już z nimi zapoznamy. Chcę wam zadać parę pytań w tej sprawie. Jesteście naszą kopalnią wiedzy. Przecież zajmujecie się tym od samego początku. Strzeliłbym sobie w stopę, gdybym was nie poprosił o pomoc.

– Wyjęli pocisk? – zapytał Rodriguez.

– Tak – odparł Bosch. – Właśnie wracamy z sekcji zwłok.

Harry sięgnął do kieszeni i wyjął z niej nabój. Podał torebkę Rodriguezowi, a potem obserwował jego reakcję. Ten odwrócił się i podał woreczek z pociskiem swojemu partnerowi.

– Jasny gwint – rzucił Rojas. – To wygląda na .308.

Bosch skinął głową i odebrał dowód rzeczowy.

– Też tak sądzę. Za chwilę jedziemy do laboratorium balistycznego. Nie wiedzieliście, że to karabin?

– Niby skąd? – zdziwił się Rodriguez. – Przecież nie mieliśmy tej pieprzonej kuli.

– A oglądaliście zdjęcia rentgenowskie ze szpitala? – spytała Soto.

Rodriguez i Rojas spojrzeli na nią tak, jakby Lucy zamierzała podać w wątpliwość całą ich dotychczasową pracę. Boschowi wolno było zadawać pytania, ponieważ miał doświadczenie, ale Soto nie mogła sobie na to pozwolić.

– No, oglądaliśmy – odpowiedział Rodriguez poirytowanym tonem. – Zrobili je pod fatalnym kątem, widać tylko grzybek. Chuja się dało z tego wywnioskować.

Soto kiwnęła głową. Bosch postanowił ściągnąć ją z pierwszej linii.

– Słuchajcie, jeżeli nie macie w tej chwili za dużo do roboty, to chcielibyśmy zaprosić was na kawę i pogadać o tym, co jest w tych aktach.

Wyraz twarzy Rodrigueza uzmysłowił Boschowi, że właśnie popełnił błąd.

– Dziesięć lat śledztwa i kubek kawy w nagrodę – powiedział. – Dziękuję, kurwa, bardzo, ale obejdzie się.

Rodriguez wskazał brodą na Soto.

– Poza tym masz tu ze sobą heroina con la pistola. Stary, przecież to Lucy Farciara. My ci nie jesteśmy potrzebni.

Bosch zrozumiał, że Rodrigueza wkurzyła nie tylko utrata prowadzonej dotąd sprawy. Jego złość brała się również z faktu, że wciąż pracował jako zwykły lokalny detektyw, podczas gdy Soto, mimo zerowego doświadczenia, awansowano do elitarnej sekcji. Widząc, że w tej sytuacji nic już się nie da zrobić, Harry postanowił opuścić komendę, nim będzie za późno. Zauważył, że Rojas nie wsparł swojego partnera, gdy ten szydził z Soto, ani nie zajął stanowiska, jeśli chodzi o przekazanie śledztwa. Bosch postanowił, że gdy zajdzie potrzeba, zwróci się właśnie do niego.

– Dobra, w takim razie weźmiemy tylko materiały.

Harry ruszył do przodu, położył trzy segregatory na pudle z dowodami rzeczowymi i wszystko to podniósł.

– Lucia, zabierz futerał na gitarę – polecił.

– To jest vihuela, brachu – rzucił Rodriguez. – Lepiej się odpowiednio przygotuj na konferencję prasową.

– Racja – powiedział Bosch. – Dzięki.

Wyprostował się wraz ze swoim brzemieniem i spojrzał kontrolnie na biurko, czy czegoś nie zapomnieli.

– Okej, chłopaki, dzięki za współpracę. Będziemy w kontakcie.

Skierował się do wyjścia z wnęki, a Soto podążyła za nim.

– Pewnie – odezwał się Rodriguez do ich pleców. – Tylko zabierzcie ze sobą kawkę.

Milczeli, dopóki nie znaleźli się na parkingu.

– Przepraszam, Harry – powiedziała w końcu Soto. – Naprawdę nie powinnam się zajmować tą sprawą. Ani nawet być w tym wydziale.

– Nie słuchaj ich, Lucio. Dasz sobie świetnie radę. Poza tym jesteś mi w tym dochodzeniu cholernie potrzebna. Masz do odegrania bardzo ważną rolę.

– Jaką, tłumaczki? To nie zajęcie dla detektywa. Mam poczucie, że dostałam coś, na co nie zasługuję. Czuję się tak zresztą od chwili, kiedy przydzielono mnie do zabójstw. Powinnam zajmować się kradzieżami.

Bosch postawił pudło i segregatory na masce samochodu, wyjął kluczyki i otworzył bagażnik. Futerał na instrument, pudło i segregatory ledwo się zmieściły do środka. Harry pstryknął zatrzaskami i otworzywszy futerał, patrzył na vihuelę, nie dotykając jej. Lśniące drewno instrumentu roztrzaskał pojedynczy pocisk, po którym pozostał otwór. Bosch zamknął pokrowiec, odwrócił się i wreszcie odpowiedział partnerce.

– Posłuchaj, Lucio. W kradzieżach tylko byś się marnowała. Pracujemy razem dopiero kilka tygodni, ale ja już wiem, że jesteś dobrym gliną i że zostaniesz świetnym detektywem. Przestań zaniżać własną wartość. Zawsze znajdą się ludzie, którzy będą coś do ciebie mieli. Sama widziałaś. Nie wolno się nimi przejmować. Chcą mieć to, co ty masz, i trudno, nic na to nie poradzisz.

Soto kiwnęła głową.

– Dziękuję. I proszę cię, mów mi Lucy. Kiedy mówisz „Lucia”, wydaje mi się, że nigdy nie zostaniemy prawdziwymi partnerami.

– W takim razie, Lucy, musisz pamiętać jeszcze o jednym. To jest śledztwo zabrane komuś innemu. Polecenie z góry i myk. Nikt nie lubi, jak ktoś z centrali przychodzi i podbiera mu sprawę. Ludzie gadają, ale potem im przechodzi. A tamci dwaj? Jeszcze nam będą pomagać. Zobaczysz.

Soto nie była przekonana.

– Jeśli chodzi o Rodrigueza, to wątpię. Jest cholernie obrażony, tak łatwo nie odpuści – powiedziała.

– Ale koniec końców jest detektywem i zrobi to, co należy. Jedziemy.

– Okej.

Wsiedli do samochodu i pojechali Pierwszą Wschodnią, minęli chiński cmentarz i dostali się na trasę szybkiego ruchu numer 10. Stamtąd po dwóch minutach dotarli do zjazdu na Cal State, gdzie mieściło się Regionalne Laboratorium Kryminalistyczne.

Był to czteropiętrowy budynek stojący w samym środku kampusu. Został wzniesiony ze wspólnych środków Departamentu Policji Los Angeles oraz Biura Szeryfa Hrabstwa Los Angeles. Decyzję o tym wspólnym przedsięwzięciu podyktowała czysta logika, gdyż obie instytucje zajmowały się aż jedną trzecią przestępstw popełnianych w Kalifornii, przy czym wiele z nich się zazębiało.

Jednakże w samej strukturze laboratorium istniały odrębne jednostki wykonujące zlecenia obu wspomnianych organów. Jedną z nich był Zespół Analiz Balistycznych Policji Los Angeles. Pracowali w nim technicy, którzy w specjalnej ciemni za pomocą laserów i komputerów badali pociski z najrozmaitszych śledztw.

I tu właśnie tliła się nadzieja na rozwiązanie sprawy Merceda. Być może dochodzenie prowadzone przez Rodrigueza i Rojasa dziesięć lat temu nie było najbardziej drobiazgowe, ale przecież technicy nie dysponowali wówczas ani nabojem (który utkwił w ciele Merceda), ani łuską. Szanse były niewielkie, jeśli jednak kulę wyjętą z kręgosłupa ofiary dałoby się dopasować do innego przestępstwa, wówczas przed Boschem i Soto odkryłoby się mnóstwo nowych tropów.

Procedura postępowania przyjęta w laboratorium przewidywała przekazanie pocisku bądź łuski do analizy i oczekiwanie w kolejce, czasem przez całe tygodnie, na odpowiedź i raport. Na szczęście w „środę otwartych drzwi” można było wejść i zgłosić nabój na zasadzie „kto pierwszy, ten lepszy”.

Bosch zameldował się w biurze szefa laboratorium balistycznego, skąd skierowano go do technika o nazwisku Chung i jakże stosownym imieniu Gun. Trudno było o lepszy dobór imienia. Bosch współpracował już z Gunem i wiedział, że to jego prawdziwe imię z aktu urodzenia, a nie ksywka.

– Cześć, Gun, jak leci?

– Bardzo dobrze, Harry. Co mi dzisiaj przynosisz?

– Po pierwsze, przedstawię ci moją nową partnerkę, Lucy Soto. A po drugie, mam dla ciebie twardy orzech do zgryzienia.

Chung uścisnął rękę Soto, po czym Bosch przekazał mu woreczek z nabojem. Technik otworzył go nożyczkami i wyjął pocisk. Zważył go w dłoni, a następnie umieścił pod szkłem powiększającym, które przyciągnął sobie na wysięgniku.

– To jest remington .308, pocisk półpłaszczowy. Grzybkuje się maksymalnie. Takich nabojów używa się do strzałów na dużą odległość.

– Masz na myśli snajperów?

– Raczej myśliwych.

Harry skinął głową.

– Da się coś z nim zrobić?

Bosch pytał, czy stan naboju nie wyklucza analizy porównawczej. Pocisk przeszedł przez przedni i tylny panel drewnianej vihueli Orlanda Merceda, a następnie spenetrował jego ciało i utknął w dwunastym kręgu piersiowym. Wszystko to powodowało odkształcenia, w związku z czym trzon naboju nie mógł pozostać nienaruszony. A to właśnie na trzonie pozostają niepowtarzalne, charakterystyczne dla każdej lufy żłobienia, dzięki którym można porównywać ze sobą pociski znajdujące się w bazie danych BulletTrax.

W przypadku kuli, którą Bosch dał właśnie Chungowi, nieuszkodzony fragment mierzył maksymalnie pół centymetra. Technik zlustrował ją uważnie pod powiększalnikiem. Najwyraźniej nie spieszył się z decyzją, czy nabój nadaje się do profilowania balistycznego.

Bosch nie omieszkał wywrzeć stosownego nacisku.

– Sprawa sprzed dziesięciu lat – powiedział. – Koroner przed chwilą wyciągnął to z kręgosłupa ofiary. Wydaje mi się, że to nasza jedyna szansa, żeby ruszyć do przodu.

Chung kiwnął głową.

– Proces jest dwufazowy, Harry – rzekł. – Po pierwsze, muszę zobaczyć, czy w ogóle jest nad czym pracować. Po drugie, nawet jeśli wprowadzimy go do systemu, nie ma gwarancji trafienia. Baza nabojów karabinowych jest dość ograniczona. Większość naszych pocisków pochodzi z broni krótkiej.

– To jasne – odparł Harry. – Więc jak sądzisz? Nada się?

Chung odsunął się od powiększalnika i podniósł oczy na Boscha i Soto.

– Myślę, że mogę spróbować – powiedział.

– Doskonale – ucieszył się Bosch. – Ile to potrwa, mniej więcej?

– Mamy dziś trochę luzu. Zaraz się tym zajmę i zobaczymy.

– Dzięki, Gun. Zostawić cię i zająć się swoimi sprawami?

– Jak chcesz. Na parterze jest kafeteria, jeśli macie ochotę na kawę.

– Świetny pomysł.

Gdy tylko Bosch i Soto usiedli w kawiarni, on nad czarną kawą, a ona nad dietetyczną colą, zabrzęczał telefon Harry’ego. Dzwonił Crowder z komendy głównej.

– Harry, gdzie jesteście?

– W regionalnym, przywieźliśmy pocisk.

– Coś z tego będzie?

– Jeszcze nie wiemy. Czekamy, aż wprowadzą dane do bazy.

– W porządku. Ale teraz musicie natychmiast wracać.

– Dlaczego, co się stało?

– Mamy tu rodzinę Merceda, są wszystkie media. Za dwadzieścia pięć minut zaczyna się konferencja prasowa.

– Konferencja? Wcale nie musimy…

– Nieważne, Harry. Ponieważ liczba dziennikarzy osiągnęła masę krytyczną, komendant zorganizował konferencję prasową. Medyk sądowy ogłosił, że kwalifikują sprawę jako zabójstwo.

Bosch z trudem się powstrzymał, żeby nie skląć Teresy na głos.

– Szef chce, żebyście ty i Soto stali obok niego – powiedział Crowder. – Macie natychmiast wracać.

Bosch przez chwilę nie odpowiadał.

– Harry, słyszałeś mnie? – zapytał Crowder.

– Słyszałem. Już jedziemy.

4

Na pierwszym piętrze komendy głównej, naprzeciwko sekretariatu Biura Prasowego Policji, znajdowała się wielka sala, którą wykorzystywano do organizowania konferencji prasowych. Bosch i Soto tkwili tuż obok, w niewielkim pokoju narad, w którym porucznik DeSimone z Biura zapoznawał ich z choreografią konferencji. Zakładała ona, że jako pierwszy zabierze głos komendant Malins i przedstawi wszystkich członków rodziny Orlanda Merceda. Następnie przekaże mikrofon Boschowi i Soto. Ponieważ większość zebranych dziennikarzy reprezentowała media hiszpańskojęzyczne, Soto miała się przygotować do udzielania odpowiedzi w tym języku, ale już po głównej części konferencji. Bosch przerwał DeSimone’owi w pół słowa pytaniem, co konkretnie znajdzie się w komunikacie.

– Opiszemy tę sprawę dokładniej, powiemy też, że wczorajsza śmierć pana Merceda zrestartowała śledztwo – odparł DeSimone.

Harry nie cierpiał takich wyrażeń jak „restartować śledztwo”.

– No dobra, to zajmie jakieś pięć sekund – rzucił. – Czy konferencja prasowa jest nam naprawdę niezbę…

– Detektywie Bosch – przerwał mu DeSimone. – Przed godziną dziesiątą dzisiejszego ranka do mojego biura wpłynęło osiemnaście próśb o ujawnienie informacji w tej sprawie. Może dla pana to niewiele, taki sobie leniwy dzionek, ale medialna bestia przywiązuje do tego wielką wagę. Doszliśmy do wniosku, że w tej sytuacji najlepszym wyjściem będzie zorganizowanie konferencji prasowej. Pan podsumuje dotychczasowe ustalenia, opowie im o wynikach sekcji zwłok, zresztą oni już wiedzą, że śmierć uznano za wynik zabójstwa, i tak dalej. Powie pan, że pocisk, który tkwił w ciele ofiary przez dziesięć lat, jest teraz porównywany z innymi w krajowej bazie danych. A potem odpowie pan na kilka pytań. Poświęcicie kwadrans i będziecie mogli wrócić do swoich zajęć.

– Nie cierpię konferencji prasowych – powiedział Bosch. – Moim zdaniem do niczego dobrego nie prowadzą. Tylko wszystko komplikują.

DeSimone spojrzał na niego i się uśmiechnął.

– Wie pan co? Ja pana nie proszę. Ja panu rozkazuję być obecnym na tej konferencji.

Bosch zerknął na Soto. Miał nadzieję, że się teraz uczy.

– Kiedy zaczynamy?

– Dziennikarze już czekają w sali obok. Wejdziemy razem z komendantem, gdy tylko się zjawi.

Bosch poczuł w kieszeni wibrowanie telefonu. Odsunął się od DeSimone’a i odebrał. Dzwonił Gun Chung.

– Tylko dobre wieści, Gun – powiedział. – Proszę!

– Przykro mi, Harry, nic z tego. Żadnego trafienia w BulletTrax.

Bosch znów pochwycił spojrzenie Soto i potrząsnął głową.

– Jesteś tam, Harry?

– Tak, Gun, jestem. Coś jeszcze?

– Chyba zidentyfikowałem typ broni.

To nieco złagodziło rozczarowanie Boscha.

– Co ustaliłeś? – zapytał.

– Sześć bruzd prawoskrętnych, skok dwanaście cali. Myślę, że to kimber model 84. Nazwa katalogowa montana. Strzelba myśliwska.

Liczba bruzd i skok gwintu, stanowiące cechy charakterystyczne wewnętrznej części lufy każdej broni palnej, pozwalały Chungowi zidentyfikować dany model, jeśli nawet pocisku nie dało się dopasować do konkretnej sztuki. Było to lepsze niż nic i Bosch ucieszył się, że w wyniku sekcji zwłok otrzymał nową informację.

– To ci w czymś pomoże? – zapytał Chung.

– Każda informacja może pomóc – odrzekł Harry. – Czy to droga broń?

– Tania nie jest, ale można kupić używaną.

Bosch pokiwał głową.

– Dzięki, Gun.

– Do usług. Odbierzesz sobie ten nabój czy mam go zatrzymać?

– Muszę go odebrać i zanieść do magazynu dowodów rzeczowych.

– Jasne. Ale pamiętaj, Harry, że jak mi dostarczysz łuskę od tego naboju, to będzie całkiem inna rozmowa. W bazie danych jest znacznie więcej łusek niż pocisków. Daj mi łuskę i wracamy do sprawy.

Bosch wiedział, że to niemożliwe. Nie da się znaleźć łuski po dziesięciu latach od wystrzału.

– Okej, Gun, dzięki.

Schował telefon i wrócił do DeSimone’a.

– Dzwonili z laboratorium balistycznego – powiedział. – Kula, którą wyjęliśmy z Merceda, nie figuruje w bazie danych. Wracamy do punktu wyjścia. Trzeba odwołać tę konferencję. Nie ma nic do ogłoszenia.

DeSimone potrząsnął głową.

– Niczego nie będziemy odwoływać. Po prostu niech pan nie wspomina o pocisku. Proszę się zwrócić do opinii publicznej o pomoc w śledztwie. Dziesięć lat temu społeczeństwo strasznie garnęło się do pomocy i trzeba sprawić, by znowu tak się stało. Da pan radę, Bosch. Poza tym chyba nie chce pan ogłosić, że pocisk to ślepa uliczka? Niech sprawca myśli, że coś mamy.

Harry nie był zachwycony, że facet od kontaktów z mediami mówi mu, jak prowadzić dochodzenie, dlatego nie powiedział ani słowa o tym, że Gun Chung wstępnie zidentyfikował model broni, z której strzelano. Rozważał, czy nie powinien się odwrócić i po prostu odejść, zamiast czekać na tę całą komedię, ale uznał, że wtedy Soto zostałaby sama, wrobiona w sytuację, której zapewne kompletnie nie rozumiała, a jego by odsunięto od sprawy.

Krótkofalówka przy boku DeSimone’a zaskrzeczała z informacją, że szef jedzie już na dół.

– Okej, do roboty.

Wyszli na korytarz i czekali na przyjazd windy z dziewiątego piętra. Gdy drzwi się otwarły, ukazał się komendant, a za nim jakiś człowiek, w którym Bosch natychmiast rozpoznał Armanda Zeyasa, byłego burmistrza Los Angeles, który dziesięć lat temu nagłośnił przypadek Orlanda Merceda. Szef ciągnął go ze sobą na konferencję. A może to Zeyas się tego domagał? Podobno miał zamiar startować w wyborach na gubernatora stanu. Sprawa Merceda już raz przyniosła mu polityczny sukces, więc dlaczego nie miałby spróbować ponownie?

Tego rodzaju cyniczne myśli nawiedzały Boscha tym łatwiej, że zdążył doświadczyć niejednej przykrej rzeczy, jednak oczy Soto na widok Zeyasa rozbłysły. Dla społeczności latynoskiej facet był prawdziwym bohaterem. Tym, który przetarł szlak.

Za Zeyasem i komendantem policji szedł mężczyzna, którego Bosch również rozpoznał – Connor Spivak, główny strateg polityczny eksburmistrza. Wyglądało na to, że wspiera Zeyasa w realizacji niezbyt już tajnego planu, by najbliższą kadencję spędzić w siedzibie gubernatora stanu Kalifornia.

DeSimone podszedł do komendanta i szepnął mu coś do ucha. Malins kiwnął głową i zbliżył się do Boscha. Znali się od dziesięcioleci. Byli mniej więcej w tym samym wieku i mieli za sobą podobną ścieżkę kariery: patrole, Wydział Dochodzeniowy w Hollywood, Wydział Zabójstw i Rozbojów. O ile jednak Bosch czuł się w tym ostatnim jak w domu, o tyle ambicje Malinsa sięgały wyżej: wybrał administrację i szybko awansował w pionie dowodzenia, aż wreszcie Komisja do spraw Policji mianowała go na najwyższe stanowisko. Zbliżał się koniec jego pierwszej pięcioletniej kadencji i wkrótce miał się ubiegać o ponowną nominację. Sprawę tę powszechnie uważano za przesądzoną.

– Harry Bosch – rzekł komendant kordialnie. – Podobno masz jakieś wątpliwości związane z konferencją.

Bosch skinął głową, nieco zawstydzony. Stali w ciasnym korytarzu i wszyscy mogli słyszeć rozmowę. Nie zaprzeczył jednak, że jest przeciwny omawianiu tej sprawy na oczach mediów.

– Jedyny trop, szefie, jaki mieliśmy, ten pocisk, to ślepa uliczka – powiedział. – Nie wiem, o czym tu gadać z prasą.

Malins skinął głową, ale nie zgodził się ze zdaniem Boscha.

– Tematów jest całe mnóstwo. Musimy uspokoić mieszkańców miasta i zapewnić ich, że nie zapomnimy o Orlandzie Mercedzie. Że nadal szukamy tego, kto to zrobił, i że go znajdziemy. To jest najważniejsze przesłanie, ważniejsze niż jakiś trop.

Harry nie powiedział głośno tego, co naprawdę pomyślał.

– Skoro tak pan twierdzi.

Komendant znów kiwnął głową.

– Tak twierdzę. Albo liczy się każdy, albo nie liczy się nikt. Czy nie tak mi kiedyś powiedziałeś?

Bosch potwierdził.

– To mi się podoba! – wtrącił Zeyas. – Albo liczy się każdy, albo nie liczy się nikt. Dobre.

Harry nie umiał ukryć przerażenia w oczach. W ustach Zeyasa jego słowa brzmiały jak hasło wyborcze.

Komendant spojrzał ponad ramieniem Boscha na Soto, która stała jak zwykle dwa kroki z tyłu.

– Pani detektyw Soto – powiedział, podając jej rękę. – Jak panią traktują w wydziale?

Lucy potrząsnęła dłonią komendanta.

– Bardzo dobrze, panie komendancie. Uczę się od najlepszych. – Wskazała głową Boscha.

Komendant się uśmiechnął. Dała mu sposobność do wygłoszenia pochwały.

– Od tego gościa? – powiedział. – To naprawdę bezcenny typ, Soto. Goryl, przywódca stada. Ucz się od tego starego wygi jak najpilniej, póki możesz.

– Tak jest – odparła z żarem Soto. – Nie omieszkam.

Promieniała. Komendant również. Wszyscy byli zadowoleni.

Bosch zdał sobie sprawę, że to sam szef musiał skojarzyć go z Soto. Crowder wykonywał tylko jego rozkazy.

– No dobrze – odezwał się DeSimone. – Chodźmy. Rodzina Mercedów jest już w sali konferencyjnej, siedzą w pierwszym rzędzie. Komendant Malins wejdzie na podium pierwszy i przedstawi ich. Potem pan burmistrz powie parę słów, a detektyw Bosch omówi…

– Może weźmiemy ze sobą detektyw Soto? – przerwał mu komendant. – Ona wie o tej sprawie tyle samo co detektyw Bosch, zgadza się? No właśnie. Nie masz chyba nic przeciwko temu, Harry?

Szef spojrzał na Boscha, ten zaś potrząsnął głową.

– Nie mam. To wasze przedstawienie.

Cała grupa przesunęła się w głąb korytarza. Jeden z podwładnych DeSimone’a stał przed otwartymi drzwiami do sali konferencyjnej. Wszedł do środka, żeby dać sygnał wszystkim, którzy na to czekali. Włączono światła, kamery, dyktafony.

Soto podeszła do Boscha i szepnęła:

– Harry, ja nigdy tego nie robiłam. Co mam mówić?

– Słyszałaś DeSimone’a. Gadaj krótko, powiedz, że ponownie prowadzimy śledztwo i chcielibyśmy prosić mieszkańców o pomoc. Jeśli ktoś pamięta lub wie cokolwiek na ten temat, niech zadzwoni na specjalną anonimową linię albo bezpośrednio do Sekcji Spraw Otwartych i Niewyjaśnionych. O strzelbie nie wspominaj. To chcemy zachować dla siebie.

– Okej.

– Tylko pamiętaj: krótko. Politycy będą bić pianę, ale ty masz się streszczać.

– Jasne.

Weszli do sali. W środku znajdowały się podwyższenie z umieszczonym centralnie pulpitem oraz trzy rzędy stołów dla dziennikarzy, dokładnie naprzeciwko podium. Za stołami widać było drugie podwyższenie, na którym ustawiono kamery, filmujące ponad głowami reporterów. Bosch i Soto wspięli się za komendantem i byłym burmistrzem na scenę i stanęli z tyłu. Harry rzucił okiem na rząd krzeseł ustawionych przed dziennikarzami. Siedziało na nich czworo ludzi: trzy kobiety i mężczyzna. Bosch nie miał jednak pojęcia, jakie związki łączyły ich z Orlandem Mercedem. Sprawa była dla niego zupełnie świeża i nie zdążył jeszcze poznać żadnego z członków rodziny. To również doskwierało mu w całym tym przedsięwzięciu.

– Dziękuję państwu za przybycie – rzekł DeSimone do mikrofonu na podium. – Pozwolą państwo, że przedstawię komendanta policji, pana Gregory’ego Malinsa, który zabierze głos jako pierwszy. Po nim wypowiedzą się były burmistrz, pan Armando Zeyas, oraz detektyw Lucia Soto. Panie komendancie?

Szef zajął pozycję przed mikrofonem i zaczął mówić. Już dawno przywykł do występów przed kamerami i dziennikarzami, więc wygłosił swą przemowę, nie korzystając z notatek.

– Szanowni państwo, dziesięć lat temu Orlando Merced został trafiony na Mariachi Plaza przez zabłąkany pocisk. Wskutek odniesionej rany pan Merced uległ paraliżowi i długo walczył o powrót do zdrowia oraz o szansę na prowadzenie normalnego życia. Wczorajszego ranka walkę tę przegrał. Zebraliśmy się tutaj, aby oświadczyć, iż nigdy o nim nie zapomnimy. Sekcja Spraw Otwartych i Niewyjaśnionych przejęła dziś śledztwo i dołoży wszelkich starań, aby ustalić tożsamość osoby, która postrzeliła Orlanda Merceda. Jak państwo wiecie, jego śmierć uznano za zabójstwo, dlatego nie ustaniemy, dopóki człowiek odpowiedzialny za tę zbrodnię nie zostanie aresztowany.

Przerwał na moment, być może po to, by dać dziennikarzom robiącym gorączkowe notatki chwilę wytchnienia.

– Są dziś z nami członkowie rodziny Orlanda Merceda. Jego ojciec Hector, matka Irma, siostra Adelina oraz żona Candelaria. W ich obecności obiecujemy, że nie zapomnimy o ich synu, bracie i mężu i że śledztwo będzie prowadzone energicznie i do samego końca. Teraz kilka słów powie były burmistrz miasta, pan Armando Zeyas, który przyjaźnił się z panem Mercedem i jego rodziną.

Komendant cofnął się o krok, a na jego miejscu stanął Zeyas.

– Szanowni państwo, dzięki Orlandowi Mercedowi poznałem bolesny problem przestępczości i przemocy trapiący naszą społeczność – zaczął. – Ale gdy już zostaliśmy przyjaciółmi, nauczyłem się od tego człowieka znacznie więcej. Nauczyłem się wytrwałości. Współczucia. Nauczyłem się, że można radzić sobie w życiu tylko z tymi kartami w ręku, które dał nam los. Dane mi było bezpośrednio obserwować, jak potężny jest ludzki duch. Orlando nigdy nie pytał: „Dlaczego ja?”, a jedynie: „Co dalej?”. Był dla mnie bohaterem, ponieważ brał to, co życie mu dawało, i robił z tego najlepszy użytek. Pod wieloma względami było to coś znacznie piękniejszego niż muzyka, którą kiedyś wydobywał ze swojego instrumentu. Niniejszym zobowiązuję się pomagać w prowadzonym dochodzeniu w każdy możliwy sposób. Nie jestem już burmistrzem, ale kocham to miasto i jego mieszkańców. W chwilach takich jak ta powinniśmy trzymać się wszyscy razem, stać się naprawdę Miastem Aniołów. W chwilach takich jak ta rozumiemy, że w naszym mieście i w naszym społeczeństwie liczy się każdy albo nie liczy się nikt. Dziękuję.

DeSimone wrócił do mikrofonu i poinformował zebranych, że śledztwo w sprawie prowadzą detektywi Bosch i Soto i za chwilę pani Soto przekaże dziennikarzom najnowsze ustalenia, w razie potrzeby również w języku hiszpańskim. Lucy niepewnie podeszła do mikrofonu i obniżyła statyw tak, by sięgał jej do ust.

– Hm, postępowanie jest prowadzone wielotorowo, dlatego prosimy opinię publiczną o pomoc. Dziesięć lat temu otrzymaliśmy ogromne wsparcie. Dzwoniło wiele osób ze wskazówkami dla policji. O kontakt prosimy wszystkich, którzy mogą być w posiadaniu jakichkolwiek informacji o tamtym wydarzeniu. Wystarczy zadzwonić na numer anonimowy albo bezpośrednio do Sekcji Spraw Otwartych i Niewyjaśnionych. Jeśli nawet ktoś sądzi, że wie coś, o czym my już wiemy, niech i tak zadzwoni.

Soto odwróciła się i zerknęła na Boscha, jakby pytając, czy powinna coś jeszcze dodać. Zeyas wykorzystał tę chwilę, żeby wejść raz jeszcze na podium. Delikatnie położył jedną rękę na plecach Soto, drugą zaś przysunął sobie mikrofon do ust.

– Chciałbym tylko przypomnieć, że dziesięć lat temu zobowiązałem się wobec przedstawicieli mediów, iż osobiście przekażę dwadzieścia pięć tysięcy dolarów każdemu, kto dostarczy informacji umożliwiającej wyjaśnienie tej sprawy. Nikt nigdy nie odebrał nagrody, dlatego moje zobowiązanie jest wciąż aktualne, tyle tylko że obecnie kwota ta wynosi pięćdziesiąt tysięcy dolarów. Co więcej, zamierzam prosić moich dawnych kolegów z rady miasta, by ze swej strony wyznaczyli identyczną nagrodę. Dziękuję.

Bosch nieomal jęknął. Oferta nagrody finansowej zawsze zmieniała strukturę telefonów przychodzących w danej sprawie. Mieli teraz z Soto prawie stuprocentową gwarancję, że zaczną odbierać dziesiątki nic niewartych połączeń od ludzi wygadujących niestworzone bzdury w nadziei, że zarobią trochę forsy. Oferta eksburmistrza wszystko zmieniła.

DeSimone podszedł do Soto i zapytał reporterów, czy mają jakieś pytania. Od razu podniósł się las rąk, więc DeSimone musiał wybierać. Pierwszy dziennikarz, facet, którego Bosch kojarzył z „Timesem”, spytał o dokładną przyczynę śmierci Merceda oraz dlaczego zgon, który nastąpił dziesięć lat po postrzale, można było sklasyfikować jako zabójstwo. Soto znów zerknęła na Boscha niepewna, co odpowiedzieć. Harry zrobił krok do przodu i przyciągnął mikrofon do siebie.

– Sekcję zwłok przeprowadzono zaledwie dziś rano, dlatego brak jeszcze oficjalnych ustaleń. Jednak zdaniem koronera śmierć pana Merceda nastąpiła wskutek wystrzału sprzed dziesięciu lat. Nieoficjalnie za przyczynę śmierci uważa się zakażenie krwi mające bezpośredni związek z odniesioną przez pana Merceda raną postrzałową. Dlatego kwalifikujemy to śledztwo jako dochodzenie w sprawie zabójstwa.

Dziennikarz od razu odbił piłeczkę, pytając, czy zdołano wydobyć pocisk tkwiący dotąd w ciele i czy będzie on przydatny w śledztwie. Bosch nadal trzymał mikrofon. Zdawał sobie sprawę, że reporter mówi z zimną, kliniczną bezdusznością o ciele człowieka, którego kochało czworo ludzi siedzących w pierwszym rzędzie tej sali.

– Tak, pocisk wyjęto. Został przekazany do Regionalnego Laboratorium Kryminalistycznego do analizy porównawczej. Sądzimy, że okaże się bardzo pomocny w śledztwie.

– Macie jakieś trafienie? – zawołał inny dziennikarz.

DeSimone szybko wszedł na podium od strony Soto i zabrał Boschowi mikrofon.

– Tej kwestii nie będziemy teraz omawiać – oświadczył. – Śledztwo jest w toku, chwilowo nic więcej nie możemy zdradzić.

– A dlaczego do prowadzenia sprawy został przydzielony śledczy z bardzo małym doświadczeniem? – wykrzyknął facet z „Timesa”.

Nastąpiła krótka pauza, ponieważ nikt nie wiedział, kto powinien na to odpowiedzieć i czy w ogóle należało odpowiadać, skoro DeSimone właśnie zakończył konferencję. Wreszcie odezwał się rzecznik prasowy:

– Jak powiedziałem, nie możemy nic więcej zdradzić…

Komendant stanął za jego plecami i klepnął go w ramię.

DeSimone cofnął się, ustępując miejsca szefowi.

– Być może detektyw Soto nie posiada zbyt długiego stażu, ale doskonale wie, co się dzieje na ulicach miasta i co to znaczy pełnić w nim policyjną służbę. Jej partnerem jest najbardziej doświadczony detektyw pracujący w sekcji. Nikt nie prowadził więcej spraw o zabójstwo niż detektyw Bosch. Mam pełne zaufanie do osób odpowiedzialnych za dochodzenie i nie żywię najmniejszych obaw o jego wynik. Sprawa zostanie doprowadzona do końca.

Komendant cofnął się, a DeSimone ponownie oświadczył, że konferencja dobiegła końca. Tym razem poskutkowało. Dziennikarze zaczęli się zbierać, operatorzy składali swój sprzęt. Bosch zszedł ze sceny i ruszył w stronę pierwszego rzędu, gdzie przedstawił się czworgu członkom rodziny Merceda i uścisnął im dłonie. Szybko zdał sobie jednak sprawę, że niewiele rozumieją z tego, co do nich mówi. Dał sygnał Soto, żeby podeszła i umówiła go z tymi ludźmi na najbliższy odpowiadający im termin. Chciał z nimi porozmawiać, ale nie pod okiem mediów.

Harry cofnął się i obserwował Soto przy pracy, gdy nagle zjawił się DeSimone z informacją, że komendant chce z nim pogadać w swoim gabinecie. Bosch wyszedł z sali konferencyjnej i skierował się ku windom, licząc, że jeszcze dogoni szefa i jego świtę. Spóźnił się jednak, więc kolejną windą wjechał na dziewiąte piętro i wkroczył na teren Biura Komendanta Policji, gdzie niebawem wpuszczono go do wewnętrznego sanktuarium. Malins siedział już za biurkiem i czekał. Po Zeyasie i jego zauszniku nie było śladu.

– Wybacz, Harry, że cię w to wkopałem. Wiem, że nigdy nie przepadałeś za tym cyrkiem.

– W porządku. Domyślam się, że to było konieczne.

– Naprawdę musimy się uporać z tą sprawą. Zrób wszystko, co w twojej mocy.

– Zawsze tak robię.

– Dlatego właśnie kazałem Crowderowi wyznaczyć ciebie.

Bosch kiwnął głową, nie bardzo wiedząc, czy powinien podziękować za przydzielenie mu żółtodzioba, i to do rozwikłania sprawy obciążonej politycznie i narażonej na niepowodzenie.

– Jest jeszcze coś, o czym muszę wiedzieć, szefie?

Komendant na chwilę spuścił wzrok i przyglądał się blatowi swojego biurka. Wreszcie podniósł jakąś wizytówkę i podał ją Harry’emu. Bosch wziął ją i odczytał imię, nazwisko i numer telefonu Connora Spivaka.

– To człowiek burmistrza. Informuj ich o wszystkich postępach w śledztwie.

– Byłego burmistrza, chciał pan powiedzieć, prawda?

Malins rzucił mu spojrzenie w rodzaju „nie mam czasu na takie przekomarzania”.

– Po prostu ich informuj – powtórzył.

Bosch schował wizytówkę do kieszeni koszuli. Wiedział, że przekaże Spivakowi możliwie jak najmniej. Komendant pewnie też się tego domyślał.

– Czyli co? – rzekł Bosch. – Jestem starym gorylem i wyjadaczem…?

Szef się uśmiechnął.

– Nie obrażaj się, Harry. To był komplement. Stary goryl wie wszystko, co się dzieje w jego gromadzie. Ma całe niezbędne doświadczenie. Widziałem na National Geographic, stąd wiem, że stado małp nazywa się gromadą.

Bosch skinął głową.

– Dobrze wiedzieć.