Wydawca: Pascal Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 443 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Płonące Anioły - Bear Grylls

Myślał, że stracił bliskich na zawsze. Teraz zrobi wszystko, by ich odzyskać.
 
Współczesny spisek, który wskrzesza z popiołów hitlerowską Trzecią Rzeszę. Przypadnie do gustu fanom klasycznej powieści szpiegowskiej.
„Mail on Sunday”
 
Zwłoki nordyckiej bogini odkryte w arktycznym lodowcu…
Nazistowska maszyna ukryta w jaskiniach podziemnego jeziora…
Dwunastolatek z Kenii, któremu podano eksperymentalny wirus...
Grupa wyszkolonych żołnierzy planująca zemstę w sercu afrykańskiego kontynentu...
 
Jakie jeszcze tajemnice skrywa dżungla?
Prawdę może odkryć tylko on.
Will Jaeger. Myśliwy…
 
Drugi tom (po Locie widmo) trzymającego w napięciu thrillera Beara Gryllsa!

Opinie o ebooku Płonące Anioły - Bear Grylls

Fragment ebooka Płonące Anioły - Bear Grylls

Ty­tuł ory­gi­nal­ny: Bur­ning An­gels

Au­tor: Bear Grylls

Tłu­ma­cze­nie: Mar­cin Ko­wal­czyk

Re­dak­cja: Jo­an­na Ku­ła­kow­ska-Lis

Ko­rek­ta: Emi­lia Grzesz­czak

Re­dak­cja tech­nicz­na: Ja­ro­sław Ja­błoń­ski

Opra­co­wa­nie gra­ficz­ne okład­ki: Stu­dio KA­RAN­DASZ

Pro­jekt okład­ki ory­gi­nal­nej: Black­she­ep

Zdję­cie na okład­ce: Alex Bühr­mann

Re­dak­tor pro­wa­dzą­ca: An­ge­li­ka Ogroc­ka

Re­dak­tor na­czel­na: Agniesz­ka Het­nał

Co­py­ri­ght © Bear Grylls Ven­tu­res 2016

Trans­la­tion co­py­ri­ght © 2016 by Mar­cin Ko­wal­czyk

Co­py­ri­ght for the Po­lish edi­tion © Wy­daw­nic­two Pas­cal

Ta książ­ka jest fik­cją li­te­rac­ką. Ja­kie­kol­wiek po­do­bień­stwo do rze­czy­wi­stych osób, ży­wych lub zmar­łych, au­ten­tycz­nych miejsc, wy­da­rzeń lub zja­wisk jest czy­sto przy­pad­ko­we. Bo­ha­te­ro­wie i wy­da­rze­nia opi­sa­ne w tej książ­ce są two­rem wy­obraź­ni au­to­ra bądź zo­sta­ły zna­czą­co prze­two­rzo­ne pod ką­tem wy­ko­rzy­sta­nia w po­wie­ści.

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część tej książ­ki nie może być po­wie­la­na lub prze­ka­zy­wa­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy, za wy­jąt­kiem re­cen­zen­tów, któ­rzy mogą przy­to­czyć krót­kie frag­men­ty tek­stu.

Biel­sko-Bia­ła 2016

Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o.

ul. Za­po­ra 25

43-382 Biel­sko-Bia­ła

tel. 338282828, fax 338282829

pas­cal@pas­cal.pl

www.pas­cal.pl

ISBN 978-83-7642-917-5

Przygotowanie eBooka: Jarosław Jabłoński

Pa­mię­ci Ro­ge­ra Go­we­ra, któ­ry zgi­nął z ręki kłu­sow­ni­ków pod­czas lotu pa­tro­lo­we­go nad Afry­ką Wschod­nią, oraz dla Ro­ger Go­wer Me­mo­rial Fund i Tusk Trust, dwóch naj­więk­szych or­ga­ni­za­cji cha­ry­ta­tyw­nych zaj­mu­ją­cych się ochro­ną afry­kań­skiej przy­ro­dy.

PODZIĘKOWANIA

Moje po­dzię­ko­wa­nia kie­ru­ję przede wszyst­kim do agen­tek li­te­rac­kich w PFD: Ca­ro­li­ne Mi­chel, An­na­bel Me­rul­lo i Lau­ry Wil­liams – za ich cięż­ką pra­cę i wspar­cie, ja­kie­go udzie­li­ły mi przy wy­da­niu tej książ­ki. Dzię­ku­ję Jo­no­wi Wo­odo­wi, Je­mi­mie For­re­ster i ca­łe­mu ze­spo­ło­wi wy­daw­nic­twa Orion Pu­bli­shing Gro­up, Mal­col­mo­wi Edward­so­wi, Mar­ko­wi Ru­she­ro­wi i Le­an­ne Oli­ver, któ­rzy two­rzą „Eki­pę Gryl­l­sa”. Dzię­ku­ję wszyst­kim z BGV za wy­sił­ki na rzecz ekra­ni­za­cji przy­gód Wil­la Ja­ege­ra.

Po­dzię­ko­wa­nia na­le­żą się tak­że wie­lu in­nym oso­bom: Ha­mi­sho­wi de Bret­ton-Gor­do­no­wi, Ol­lie­mu Mor­to­no­wi oraz Ia­ino­wi Thomp­so­no­wi z Avon Pro­tec­tion, za cen­ne wska­zów­ki, dzię­ki któ­rym mo­głem umie­ścić w książ­ce wąt­ki zwią­za­ne z bro­nią che­micz­ną, bio­lo­gicz­ną i ato­mo­wą oraz przed­sta­wić spo­so­by ochro­ny przed tym za­gro­że­niem. Chri­so­wi Da­niel­so­wi i po­zo­sta­łym oso­bom z Hy­brid Air Ve­hic­les dzię­ku­ję za wska­zów­ki do­ty­czą­ce Air­lan­de­ra oraz jego moż­li­wo­ści; Anne i Pau­lo­wi Sher­ra­tom za wszyst­kie in­for­ma­cje na te­mat zim­nej woj­ny, któ­ra za­czę­ła się za­raz po za­koń­cze­niu dru­giej woj­ny świa­to­wej, a Pe­te­ro­wi Mes­sa­ge’owi za przej­rze­nie i kon­struk­tyw­ną kry­ty­kę pierw­szych wer­sji tej książ­ki.

Szcze­gól­ne po­dzię­ko­wa­nia skła­dam Da­mie­no­wi Le­wi­so­wi za to, że po­mógł mi wy­ko­rzy­stać wszyst­kie ma­te­ria­ły ozna­czo­ne jako „ści­śle taj­ne”, któ­re od­kry­li­śmy w skrzy­ni woj­sko­wej mo­je­go dziad­ka. Spo­sób, w jaki przy­wró­ci­łeś zna­le­zio­ne tam do­ku­men­ty i pa­miąt­ki do ży­cia, na­da­jąc im współ­cze­sny kon­tekst, to praw­dzi­wy maj­stersz­tyk.

Bear Grylls Al­pi­ni­sta, od­kryw­ca, zdo­byw­ca czar­ne­go pasa w ka­ra­te. Prze­szedł szko­le­nie w bry­tyj­skich od­dzia­łach spe­cjal­nych SAS, gdzie na­uczył się sztu­ki prze­trwa­nia. W wie­ku 21 lat prze­żył cięż­ki wy­pa­dek pod­czas sko­ku spa­do­chro­no­we­go – zła­mał krę­go­słup w trzech miej­scach. Mimo to po dwóch la­tach re­ha­bi­li­ta­cji zre­ali­zo­wał swe dzie­cię­ce ma­rze­nie i jako naj­młod­szy Bry­tyj­czyk w hi­sto­rii sta­nął na szczy­cie Mo­unt Eve­re­stu. Wy­czyn ten od­no­to­wa­no w Księ­dze re­kor­dów Gu­in­nes­sa. Jest zna­ny dzię­ki swym fa­scy­nu­ją­cym wy­pra­wom oraz pro­gra­mom, któ­re przed te­le­wi­zo­ra­mi gro­ma­dzą po­nad mi­liard wi­dzów w 150 kra­jach.

OD AUTORA

Książ­ka ta in­spi­ro­wa­na jest praw­dzi­wy­mi wy­da­rze­nia­mi z ży­cia mo­je­go dziad­ka, bry­ga­die­ra Wil­lia­ma Edwar­da Ha­rvey’a Gryl­l­sa, Ofi­ce­ra Or­de­ru Im­pe­rium Bry­tyj­skie­go z 15/19 Kró­lew­skie­go Puł­ku Jego Kró­lew­skiej Mo­ści, do­wód­cy Tar­get For­ce, taj­nej jed­nost­ki po­wo­ła­nej na po­le­ce­nie Win­sto­na Chur­chil­la pod ko­niec dru­giej woj­ny świa­to­wej. Była to jed­na z naj­bar­dziej utaj­nio­nych grup agen­tów ope­ra­cyj­nych, jaką kie­dy­kol­wiek utwo­rzy­ło Mi­ni­ster­stwo Woj­ny, a jej głów­ne za­da­nie po­le­ga­ło na od­na­le­zie­niu i ochro­nie se­kret­nych tech­no­lo­gii, bro­ni, a tak­że na­ukow­ców i wy­so­kiej ran­gi na­zi­stów, któ­rzy mo­gli­by po­móc Za­cho­do­wi z star­ciu z no­wym su­per­mo­car­stwem – Związ­kiem So­wiec­kim.

Nikt z na­szej ro­dzi­ny nie miał po­ję­cia, że dzia­dek stał na cze­le Tar­get For­ce, aż do cza­su, gdy – wie­le lat po jego śmier­ci i po upły­wie sie­dem­dzie­się­cio­let­nie­go okre­su za­pi­sa­ne­go w usta­wie o ta­jem­ni­cy pań­stwo­wej – od­taj­nio­no te in­for­ma­cje. Wła­śnie to wy­da­rze­nie i od­kry­wa­nie ko­lej­nych szcze­gó­łów z ży­cia dziad­ka, sta­ło się in­spi­ra­cją do na­pi­sa­nia ni­niej­szej po­wie­ści.

Dzia­dek był czło­wie­kiem ma­ło­mów­nym, ale wspo­mi­nam go bar­dzo cie­pło z cza­sów mo­je­go dzie­ciń­stwa. Lu­bił pa­lić faj­kę, miał sar­ka­stycz­ne po­czu­cie hu­mo­ru, a lu­dzie, któ­ry­mi do­wo­dził, uwiel­bia­li go.

Dla mnie jed­nak za­wsze był po pro­stu Dziad­kiem Te­dem.

„Da­ily Mail”, sier­pień 2015

OD­NA­LE­ZIE­NIE „Zło­te­go po­cią­gu”: wy­zna­nie na łożu śmier­ci do­pro­wa­dzi­ło po­szu­ki­wa­czy skar­bów do od­na­le­zie­nia miej­sca, w któ­rym na­zi­ści ukry­li zło­ty po­ciąg. Pol­skie wła­dze po­twier­dza­ją, iż do­star­czo­no im do­wód z ba­dań wy­ko­na­nych geo­ra­da­rem.

W Pol­sce od­na­le­zio­no na­zi­stow­ski zło­ty po­ciąg − czło­wiek, któ­ry po­ma­gał w jego ukry­ciu pod ko­niec dru­giej woj­ny świa­to­wej, tuż przed śmier­cią wska­zał to miej­sce. W ze­szłym ty­go­dniu do władz zgło­si­ło się dwóch męż­czyzn, oby­wa­tel Nie­miec i oby­wa­tel Pol­ski, twier­dząc, iż w po­bli­żu Wał­brzy­cha, mia­sta w po­łu­dnio­wo-za­chod­niej Pol­sce, od­na­leź­li po­ciąg, któ­ry, jak się uwa­ża, prze­wo­ził ja­kieś skar­by. Piotr Żu­chow­ski, ge­ne­ral­ny in­spek­tor ochro­ny za­byt­ków, po­wie­dział: „Nie wie­my, co jest w tym po­cią­gu. Za­pew­ne sprzęt woj­sko­wy, ale być może tak­że bi­żu­te­ria, dzie­ła sztu­ki i ar­chi­wal­ne do­ku­men­ty. Nie­miec­kie po­cią­gi pan­cer­ne pod ko­niec woj­ny for­mo­wa­no w celu prze­wo­że­nia bar­dzo cen­nych ma­te­ria­łów, a wła­śnie z po­cią­giem pan­cer­nym mamy tu do czy­nie­nia”. Lo­kal­na plot­ka gło­si, że w oko­li­cach zam­ku Książ Niem­cy bu­do­wa­li ogrom­ny pod­ziem­ny kom­pleks ko­le­jo­wy, w któ­rym mie­li za­miar ukryć skar­by Trze­ciej Rze­szy. Do drą­że­nia po­tęż­nej sie­ci tu­ne­li – na­zwa­nej Rie­se (z niem. „ol­brzym”) – wy­ko­rzy­sty­wa­no więź­niów obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych. W tu­ne­lach, nie­na­ra­żo­nych na na­lo­ty alian­tów, mie­ścić się mia­ły za­kła­dy pro­du­ku­ją­ce broń stra­te­gicz­ną.

„Sun”, paź­dzier­nik 2015

We­dług obo­wią­zu­ją­cej jesz­cze do nie­daw­na ofi­cjal­nej wer­sji hi­sto­rii eli­tar­na jed­nost­ka SAS (Spe­cial Air Se­rvi­ce), utwo­rzo­na w 1942 roku, zo­sta­ła roz­wią­za­na w 1945… Jed­nak­że w no­wej książ­ce, któ­ra wy­szła spod pió­ra uzna­ne­go hi­sto­ry­ka Da­mie­na Le­wi­sa, ujaw­nio­no fakt, iż sa­mot­na, trzy­dzie­sto­oso­bo­wa, su­per­taj­na jed­nost­ka SAS kon­ty­nu­owa­ła wal­kę. Pod ko­niec woj­ny gru­pa ta zo­sta­ła wy­sła­na na nie­ofi­cjal­ną mi­sję po­lo­wa­nia na na­zi­stów, któ­rzy do­pu­ści­li się zbrod­ni wo­jen­nych.

Ce­lem było zna­le­zie­nie po­two­rów z SS i Ge­sta­po, któ­rzy za­mor­do­wa­li ich to­wa­rzy­szy, a tak­że set­ki fran­cu­skich cy­wi­li pró­bu­ją­cych przyjść im z po­mo­cą. Do 1948 roku ze­spół ujął po­nad 100 naj­gor­szych opraw­ców – wie­lu z nich unik­nę­ło od­po­wie­dzial­no­ści i pro­ce­su w No­rym­ber­dze w 1945 i 1946 – i po­sta­wił ich w koń­cu przed ob­li­czem sądu.

Ten nie­wiel­ki od­dział SAS, któ­re­go człon­ków na­zy­wa­no „Taj­ny­mi My­śli­wy­mi”, miał swo­ją kwa­te­rę głów­ną w Hyde Park Ho­tel w Lon­dy­nie. Fun­du­sze wy­ło­żył ro­syj­ski ary­sto­kra­ta na uchodźc­twie, pra­cu­ją­cy dla bry­tyj­skie­go War Of­fi­ce (Mi­ni­ster­stwo Obro­ny Na­ro­do­wej Wiel­kiej Bry­ta­nii), ksią­żę Ju­rij Go­li­cyn.

To wła­śnie człon­ko­wie tej gru­py jako pierw­si od­kry­li praw­dę o na­zi­stow­skich obo­zach za­gła­dy… Obóz Na­tzwe­iler-Stru­thof w po­bli­żu Stras­bur­ga był sce­ną po­twor­nych eks­pe­ry­men­tów prze­pro­wa­dzo­nych na więź­niach. Wła­śnie tam ko­men­dant obo­zu, Jo­sef Kra­mer, ba­dał moż­li­wo­ści wy­ko­rzy­sta­nia gazu do mor­do­wa­nia Ży­dów.

BBC, sty­czeń 2016

NA­UKOW­CY TWIER­DZĄ, IŻÖTZI – „CZŁO­WIEK LODU” – MIAŁ W ŻO­ŁĄD­KU GROŹ­NĄ BAK­TE­RIĘ

Ana­li­za tre­ści żo­łąd­ko­wej mu­mii czło­wie­ka ży­ją­ce­go 5300 lat temu do­wio­dła, iż przed śmier­cią cier­piał na za­pa­le­nie żo­łąd­ka typu B. Zda­niem na­ukow­ców, Ötzi, „czło­wiek lodu”, bo ta­kie na­zwy nada­no za­mar­z­nię­te­mu cia­łu od­kry­te­mu w 1991 roku w Al­pach, cier­piał z po­wo­du po­wszech­nej dziś in­fek­cji bak­te­ryj­nej. 

Prze­pro­wa­dzo­ne ba­da­nia ge­ne­tycz­ne bak­te­rii – He­li­co­bac­ter py­lo­ri – po­mo­gły prze­śle­dzić hi­sto­rię tego mi­kro­ba, któ­ra jest ści­śle zwią­za­na z dzie­ja­mi mi­gra­cji czło­wie­ka.

Pro­fe­sor Al­bert Zink, dy­rek­tor In­sty­tu­tu Mu­mii i Czło­wie­ka Lodu Eu­ro­pej­skiej Aka­de­mii w Bol­za­no, stwier­dził: „Jed­nym z pierw­szych wy­zwań było po­zy­ska­nie pró­bek z żo­łąd­ka, bez ry­zy­ka uszko­dze­nia mu­mii. Dla­te­go wła­śnie mu­sie­li­śmy cał­ko­wi­cie od­mro­zić cia­ło, aby uzy­skać do­stęp po­przez roz­cię­cie…”.

Rozdział 1

16 paź­dzier­ni­ka 1942, lo­do­wiec Hel­he­im, Gren­lan­dia

Porucz­nik SS Her­man Wirth starł z twa­rzy płat­ki pró­szą­ce­go wciąż śnie­gu, któ­re wpa­da­ły mu do oczu i ogra­ni­cza­ły pole wi­dze­nia. Zmu­sił się, by po­dejść jesz­cze krok bli­żej – te­raz ich twa­rze od­da­lo­ne były za­le­d­wie o kil­ka­dzie­siąt cen­ty­me­trów. Spoj­rzał na lo­do­wą ta­flę i z tru­dem stłu­mił okrzyk prze­ra­że­nia.

Oczy ko­bie­ty były sze­ro­ko otwar­te – nie za­mknę­ły ich na­wet przed­śmiert­ne kon­wul­sje. Oczy­wi­ście mia­ły błę­kit­ny ko­lor – do­kład­nie tak, jak się tego spo­dzie­wał. Cała resz­ta oka­za­ła się jed­nak da­le­ka od ide­ałów i ma­rzeń.

Te oczy zda­wa­ły się wwier­cać w jego mózg. Sza­lo­ne, szkli­ste, jak oczy upio­ra. Ni­czym wy­ce­lo­wa­ne pro­sto w nie­go lufy ka­ra­bi­nu.

Gdy umie­ra­ła, z jej oczu mu­sia­ły pły­nąć krwa­we łzy. Wirth z nie­do­wie­rza­niem przy­glą­dał się roz­ma­za­nym smu­gom, któ­re za­czy­na­ły się w ką­ci­kach oczu, spły­wa­ły w dół i zbie­ra­ły w na­brzmia­łe kro­ple, by w tej po­sta­ci za­mar­z­nąć na wie­ki.

Ca­łym wy­sił­kiem woli ode­rwał spoj­rze­nie od jej oczu i prze­niósł wzrok ni­żej, na usta. To o nich roz­my­ślał przez te nie­zli­czo­ne noce, trzę­sąc się z zim­na, któ­re prze­szy­wa­ło na­wet gru­by, pu­cho­wy śpi­wór.

Wy­obra­żał so­bie te usta, ma­rzył o nich bez­u­stan­nie. Wmó­wił so­bie, że będą peł­ne, nie­co wy­dę­te i wspa­nia­le ró­żo­we – mia­ły to być usta ar­che­ty­po­wej ger­mań­skiej dziew­czy­ny cze­ka­ją­cej pięć ty­się­cy lat na po­ca­łu­nek, któ­ry przy­wró­ci ją do ży­cia.

Jego po­ca­łu­nek.

Jed­nak te­raz, gdy się im przy­glą­dał, wzbie­ra­ła w nim fala od­ra­zy. Od­wró­cił gło­wę i kil­ka­krot­nie od­kaszl­nął w od­ru­chu wy­miot­nym. W lo­do­wej szcze­li­nie wył wiatr.

Jej po­ca­łu­nek był­by po­ca­łun­kiem śmier­ci, piesz­czo­tą de­mo­na – córy dia­bła.

Usta wy­peł­nia­ła szkar­łat­na masa – bań­ka krwi roz­la­ła się przed jej twa­rzą i – za­ma­rza­jąc w lo­dzie – utwo­rzy­ła kosz­mar­ny po­grze­bo­wy ca­łun. Krew z ust łą­czy­ła się z ko­lej­ną smu­gą szkar­łat­nej cie­czy, któ­ra w ostat­nich chwi­lach ży­cia wy­do­sta­ła się z nosa.

Prze­niósł wzrok ni­żej i omiótł spoj­rze­niem całe zmro­żo­ne cia­ło, uważ­nie oglą­da­jąc je od le­wej do pra­wej. Z ja­kie­goś po­wo­du ko­bie­ta przed śmier­cią ze­rwa­ła z sie­bie ubra­nie. Mu­sia­ła po­tem czoł­gać się jesz­cze ka­wa­łek po lo­dzie, aż w koń­cu wpa­dła w tę szcze­li­nę. Nie po­le­cia­ła jed­nak da­le­ko – cia­ło za­trzy­ma­ło się na pół­ce, gdzie za­mar­z­ło w cią­gu kil­ku go­dzin.

Było tak ide­al­nie za­cho­wa­ne… ale tak da­le­kie od ide­ału.

Wirth ze zdzi­wie­niem do­strze­gał ko­lej­ne szcze­gó­ły: struż­ki krwi zna­czy­ły na­wet jej pa­chy – przed śmier­cią ta nor­dyc­ka bo­gi­ni mu­sia­ła do­słow­nie po­cić się krwią.

Po­wo­li prze­niósł wzrok jesz­cze ni­żej, oba­wia­jąc się tego, co może zo­ba­czyć. Nie po­my­lił się – gęsta, za­mar­z­nię­ta krwa­wa maź była tak­że tam – mu­sia­ła wy­pły­nąć z jej po­chwy i od­by­tu w chwi­li, gdy ser­ce ude­rzy­ło po raz ostat­ni.

Wirth od­wró­cił się i zwy­mio­to­wał.

Treść żo­łąd­ka prze­le­cia­ła przez siat­kę za­bez­pie­cza­ją­cą klat­kę, w któ­rej go tu spusz­czo­no, i znik­nę­ła w głę­bi szcze­li­ny. Wy­mio­to­wał dłu­go, aż w koń­cu za­niósł się krót­kim kasz­lem.

Wcze­pił pal­ce w siat­kę i pod­niósł się z ko­lan. Uniósł wzrok w górę, na świa­tła moc­nych re­flek­to­rów, któ­re roz­ja­śnia­ły frag­ment szcze­li­ny, rzu­ca­jąc wo­kół nie­go roz­tań­czo­ne, sza­lo­ne cie­nie.

Tam na gó­rze na Var – ta­kie bo­wiem imię nada­no sta­ro­żyt­nej nor­dyc­kiej księż­nicz­ce – cze­kał ge­ne­rał Kam­m­ler.

Kam­m­ler. Co, na Boga, Wirth ma mu po­wie­dzieć – i po­ka­zać? Osła­wio­ny ge­ne­rał SS przy­le­ciał aż tu­taj, by stać się świad­kiem uwol­nie­nia tej ko­bie­ty z oko­wów lodu, a po­tem oso­bi­ście prze­ka­zać wie­ści o jej wskrze­sze­niu sa­me­mu Füh­re­ro­wi.

Ma­rze­nie Hi­tle­ra w koń­cu mia­ło się speł­nić.

Ale Wirth za­czy­nał mieć wąt­pli­wo­ści.

Zmu­sił się do po­now­ne­go spoj­rze­nia na tru­pa. Im dłu­żej się przy­glą­dał, tym bar­dziej był prze­ra­żo­ny. Wy­glą­da­ło to tak, jak­by cia­ło ko­bie­ty to­czy­ło wal­kę ze sobą, jak­by po­sta­no­wi­ło od­rzu­cić wszyst­kie or­ga­ny, po­zbyć się ich wszel­ki­mi do­stęp­ny­mi otwo­ra­mi. Są­dząc po śla­dach za­mar­z­nię­tej krwi i tka­nek, po upad­ku ko­bie­ta mu­sia­ła przez ja­kiś czas jesz­cze żyć i na­dal krwa­wić.

Wirth już nie wie­rzył, że przy­czy­ną śmier­ci mógł być upa­dek w głąb lo­do­wej szcze­li­ny. Albo mróz. Jej cia­ło mu­sia­ła opa­no­wać ja­kaś dia­belska, sta­ro­żyt­na cho­ro­ba, któ­ra za­bi­ja­ła ją, gdy szła przez lo­do­wiec.

Ale kto sły­szał, by pła­kać krwią?

Wy­mio­to­wać krwią?

Po­cić się krwią?

Si­kać krwią?

Co – w imię Boga Naj­wyż­sze­go – mo­gło to spo­wo­do­wać?

Co – na Boga – mo­gło ją za­bić?

Tak bar­dzo od­bie­ga­ło to od wi­ze­run­ku aryj­skiej pra­mat­ki, któ­rą wszy­scy pra­gnę­li od­na­leźć. To nie była nor­dyc­ka bo­gi­ni woj­ny, o któ­rej przez te wszyst­kie noce śnił Wirth. A prze­cież tak bar­dzo chciał do­wieść świa­tu ist­nie­nia nie­prze­rwa­nej, wspa­nia­łej aryj­skiej li­nii się­ga­ją­cej pięć ty­się­cy lat wstecz. Przed sobą nie miał jed­nak sta­ro­żyt­nej an­te­nat­ki na­zi­stow­skie­go nad­czło­wie­ka – Über­men­scha. To nie była ide­al­na, nie­bie­sko­oka blond pięk­ność, któ­rą za­mie­rza­li od­szu­kać i przy­wo­łać z za­mierz­chłej prze­szło­ści.

Hi­tler już od tak daw­na pra­gnął osta­tecz­ne­go do­wo­du.

Przed Wir­them le­ża­ło jed­nak coś zu­peł­nie in­ne­go – ko­bie­ta-de­mon.

Wpa­tru­jąc się w te pu­ste, za­krwa­wio­ne oczy, błysz­czą­ce upior­nym bla­skiem, uświa­do­mił so­bie na­gle, że stoi przed uchy­lo­ną bra­mą wio­dącą wprost do pie­kiel­nych ot­chła­ni.

Za­to­czył się w tył, jak naj­da­lej od za­mar­z­nię­te­go cia­ła, się­ga­jąc jed­no­cze­śnie nad gło­wę i z ca­łych sił po­cią­ga­jąc za lin­kę sy­gna­li­za­cyj­ną. W górę! Za­bierz­cie mnie stąd! W górę! Uru­chom­cie wy­cią­gar­kę!

Wy­so­ko nad nim za­sko­czył sil­nik. Wirth po­czuł, jak klat­ka drgnę­ła i za­czę­ła su­nąć w górę. Prze­ra­ża­ją­cy, krwa­wy blok lodu po­wo­li zni­kał z pola wi­dze­nia.

Gdy przy­gar­bio­na po­stać Wir­tha wy­chy­nę­ła w koń­cu po­nad kra­wędź szcze­li­ny, słoń­ce wi­szą­ce ni­sko nad ho­ry­zon­tem rzu­ca­ło je­dy­nie lek­ki blask na chło­sta­ną wia­trem i śnie­giem kra­inę. Wy­do­stał się z klat­ki i sta­nął na bez­kre­snym lo­dow­cu. Mi­ja­ni war­tow­ni­cy, któ­rzy utwo­rzy­li przed nim szpa­ler, pró­bo­wa­li strze­lać ob­ca­sa­mi, jed­nak ich po­tęż­ne, fu­trza­ne buty z gu­mo­wy­mi po­de­szwa­mi, ob­le­pio­ny­mi gru­bą war­stwą lodu i śnie­gu, wy­da­wa­ły je­dy­nie głu­chy, płyt­ki od­głos.

Wirth, po­grą­żo­ny w nie­przy­jem­nych my­ślach, od­po­wie­dział wy­mu­szo­nym, mało en­tu­zja­stycz­nym sa­lu­tem. Chro­niąc się przed prze­szy­wa­ją­cym wia­trem, ścią­gnął płaszcz wo­kół zdrę­twia­łe­go cia­ła i przy­spie­szył kro­ku, by jak naj­szyb­ciej zna­leźć się w po­bli­skim na­mio­cie.

Bez­li­to­sny wiatr po­ry­wał czar­ny dym uno­szą­cy się z ko­mi­na – ogień w ku­chen­ce sta­no­wił obiet­ni­cę so­lid­ne­go śnia­da­nia.

Trzej po­zo­sta­li es­es­ma­ni byli już na no­gach. Z re­gu­ły i tak wsta­wa­li wcze­śnie, ale per­spek­ty­wa wy­do­by­cia ko­bie­ty z jej lo­do­we­go gro­bu spra­wia­ła, iż tego dnia mie­li jesz­cze sil­niej­szą mo­ty­wa­cję.

Po­cząt­ko­wo Wir­tho­wi to­wa­rzy­szy­ło tyl­ko dwóch ofi­ce­rów – po­rucz­nik Otto Rahn oraz ge­ne­rał Ri­chard Dar­re. Jed­nak nie­ocze­ki­wa­nie i bez wcze­śniej­sze­go po­wia­do­mie­nia do­łą­czył do nich ge­ne­rał Hans Kam­m­ler. Chciał uczest­ni­czyć w koń­co­wym eta­pie tej epo­ko­wej ope­ra­cji. Na po­kła­dzie sa­mo­lo­tu, któ­rym przy­le­ciał, do­tar­ły tak­że sa­nie śnież­ne do trans­por­tu zna­le­zi­ska.

Całą ope­ra­cją do­wo­dził ofi­cjal­nie ge­ne­rał Dar­re, ale każ­dy zda­wał so­bie spra­wę, iż rze­czy­wi­stą wła­dzę dzier­żył te­raz Kam­m­ler. To on był prze­cież czło­wie­kiem Hi­tle­ra. Miał bez­po­śred­ni do­stęp do Füh­re­ra i, mó­wiąc szcze­rze, Wirth bar­dzo się cie­szył, iż ge­ne­rał bę­dzie na­ocz­nym świad­kiem jego naj­więk­sze­go trium­fu.

Przy­naj­mniej tak spra­wy się mia­ły jesz­cze nie­daw­no – czter­dzie­ści osiem go­dzin temu wszyst­ko wy­glą­da­ło ina­czej; wy­da­wa­ło się, że cze­ka ich wspa­nia­łe za­koń­cze­nie am­bit­ne­go przed­się­wzię­cia. Ale tego ran­ka… Wirth stra­cił cały za­pał i nie cie­szył się no­wym dniem, per­spek­ty­wą śnia­da­nia czy to­wa­rzy­stwem ko­le­gów z SS.

Za­czął za­sta­na­wiać się, po co w ogó­le się tu zna­lazł – za­wdzię­czał to jed­nak tyl­ko sa­me­mu so­bie i po­zie na­ukow­ca, ba­da­cza sta­ro­żyt­nych kul­tur i re­li­gii, czym zy­skał za­in­te­re­so­wa­nie Him­m­le­ra i Hi­tle­ra. Le­gi­ty­ma­cję człon­kow­ską par­tii na­zi­stow­skiej otrzy­mał z rąk sa­me­go Füh­re­ra, co było ho­no­rem za­re­zer­wo­wa­nym dla nie­licz­nych.

W 1936 roku za­ło­żył Deut­sche Ah­ne­ner­be, na­zi­stow­ską or­ga­ni­za­cję na­uko­wą, któ­ra mia­ła zaj­mo­wać się, zgod­nie z na­zwą, ba­da­nia­mi nad dzie­dzic­twem przod­ków. Jej ce­lem było udo­wod­nie­nie, że ist­niał mi­tycz­ny nor­dyc­ki lud, pa­nu­ją­cy nie­gdyś nad ca­łym świa­tem, z któ­re­go wprost wy­wo­dzi się aryj­ska rasa. Jak gło­si­ła le­gen­da, ja­sno­wło­si, nie­bie­sko­ocy lu­dzie za­miesz­ki­wa­li le­gen­dar­ną kra­inę o na­zwie Hi­per­bo­rea, któ­ra le­ża­ła gdzieś da­le­ko na pół­no­cy, naj­praw­do­po­dob­niej za ko­łem pod­bie­gu­no­wym.

Licz­ne wy­pra­wy – do Fin­lan­dii, Szwe­cji i na Ark­ty­kę – nie przy­nio­sły ocze­ki­wa­nych re­zul­ta­tów. Wte­dy jed­nak do gru­py żoł­nie­rzy wy­sła­nej na Gren­lan­dię z za­da­niem za­ło­że­nia sta­cji me­te­oro­lo­gicz­nej za­czę­ły do­cie­rać in­te­re­su­ją­ce in­for­ma­cje o od­kry­ciu cia­ła ko­bie­ty, któ­re przed wie­ka­mi zo­sta­ło uwię­zio­ne w bry­le lodu.

Ta­kie wła­śnie były po­cząt­ki tej brze­mien­nej w skut­ki mi­sji.

Wirth był mi­ło­śni­kiem ar­che­olo­gii i opor­tu­ni­stą. Z całą pew­no­ścią nie był jed­nak za­go­rza­łym na­zi­stą. Jako pre­zes Ah­ne­ner­be mu­siał po pro­stu współ­pra­co­wać z kre­atu­ra­mi ze świ­ty Hi­tle­ra – dwie z nich cze­ka­ły te­raz na nie­go w na­mio­cie.

Wie­dział, że to nie może się do­brze skoń­czyć. Zbyt wie­le pa­dło obiet­nic – nie­któ­re zło­żo­ne bez­po­śred­nio Füh­re­ro­wi. Z tym wszyst­kim wią­za­ło się już za dużo ocze­ki­wań, zbyt wie­le na­dziei i am­bi­cji.

Jed­nak Wirth wi­dział jej twarz – twarz tak dłu­go po­szu­ki­wa­nej ko­bie­ty, któ­ra oka­za­ła się upio­rem.

Rozdział 2

Wtu­lił gło­wę w ra­mio­na i prze­bił się przez dwie war­stwy gru­be­go ma­te­ria­łu, za­wie­szo­ne­go u wej­ścia do na­mio­tu – jed­na mia­ła bro­nić wnę­trza przed mor­der­czym zim­nem i wci­ska­ją­cym się w każ­dą szcze­li­nę śnie­giem, a dru­ga za­po­bie­gać uciecz­ce na ze­wnątrz cie­pła wy­dzie­la­ne­go przez ludz­kie cia­ła i roz­grza­ny do czer­wo­no­ści pie­cyk.

Ude­rzył go za­pach świe­żo pa­rzo­nej kawy. Trzy pary peł­nych ocze­ki­wa­nia oczu na­tych­miast zwró­ci­ły się w jego stro­nę.

– Mój dro­gi Wirth, skąd ta smut­na mina? – spy­tał ge­ne­rał Kam­m­ler. – Dziś jest prze­cież nasz dzień!

– Nie zrzu­ci­łeś chy­ba na­szej dro­giej Frau na dno szcze­li­ny? – krzy­wy uśmiech po­ja­wił się na twa­rzy Otto Rah­na. – A może spró­bo­wa­łeś obu­dzić ją po­ca­łun­kiem, a ona dała ci w twarz?

Za­re­cho­tał, a Kam­m­ler mu za­wtó­ro­wał.

Twar­do­gło­wy ge­ne­rał SS i nie­co znie­wie­ścia­ły pa­le­on­to­log zda­wa­li się na­wią­zy­wać nie­zwy­kłą nić po­ro­zu­mie­nia. Wirth nie mógł tego po­jąć, po­dob­nie jak wie­lu in­nych rze­czy, któ­re dzia­ły się w Re­ichu. Trze­ci czło­wiek w na­mio­cie – ge­ne­rał SS Ri­chard Wal­ter Dar­re – ukrył gry­mas nie­za­do­wo­le­nia za kub­kiem z kawą. Jego ciem­ne oczy roz­bły­sły pod gę­sty­mi brwia­mi, ale wą­skie usta po­zo­sta­ły za­ci­śnię­te.

– No więc, co tam? – do­ma­gał się od­po­wie­dzi Kam­m­ler. – Czy na­sza lo­do­wa dziew­czy­na jest już go­to­wa? – Wska­zał na za­sta­wio­ny do śnia­da­nia stół. – A może po­win­ni­śmy za­cząć od uczty?

Wirth za­drżał. Na­dal czuł mdło­ści. Może le­piej bę­dzie, je­śli ta trój­ka zje­dzie na dół i spo­tka się oko w oko z tym, co na nich tam cze­ka, jesz­cze przed po­sił­kiem?

– Chy­ba le­piej bę­dzie to zro­bić, Herr Ge­ne­ral, przed śnia­da­niem.

– Wy­da­je się pan ja­kiś przy­bi­ty, Herr Lieu­te­nant – za­uwa­żył Kam­m­ler. – Czyż­by nie wszyst­ko było zgod­ne z na­szy­mi ocze­ki­wa­nia­mi? Nie jest nie­bie­sko­okim blond anio­łem pół­no­cy?

– Uwol­ni­li­ście ją z lodu? – wszedł mu w sło­wo ge­ne­rał Dar­re. – Wi­dać jej twarz? Co ona mówi o na­szej Frei?

Dar­re z lu­bo­ścią wy­po­wie­dział imię sta­ro­żyt­nej nor­dyc­kiej bo­gi­ni, któ­rym zwykł okre­ślać ko­bie­tę zna­le­zioną pod lo­dem.

– To z całą pew­no­ścią na­sza Ha­ria­sa – za­opo­no­wał Rahn. – Ha­ria­sa sta­ro­żyt­nej pół­no­cy.

Ha­ria­sa była in­nym nor­dyc­kim bó­stwem, a jej imię ozna­cza­ło „bo­gi­nię z dłu­gi­mi wło­sa­mi”. Trzy dni temu wy­da­wa­ło się to wy­jąt­ko­wo traf­ne mia­no.

Przez wie­le ty­go­dni ze­spół mo­zol­nie odłu­py­wał lód, ka­wa­łek po ka­wał­ku, by zbli­żyć się do uwię­zio­ne­go w nim cia­ła i przyj­rzeć mu się z bli­ska. Gdy w koń­cu się to uda­ło, ich oczom uka­za­ła się po­stać ko­bie­ty głę­bo­ko za­to­pio­nej w ścia­nę szcze­li­ny. Od­wró­co­na była do nich ple­ca­mi, ale to wte­dy wy­star­czy­ło – do­strze­gli dłu­gie, zło­ci­ste wło­sy sple­cio­ne w gru­be war­ko­cze.

Wszy­scy – Wirth, Rahn i Dar­re – po­czu­li przy­pływ eks­cy­ta­cji. Je­śli jej rysy rów­nież od­po­wia­da­ły­by wzo­ro­wi aryj­skiej rasy, od­nie­śli­by nie­wia­ry­god­ny suk­ces. Hi­tler ob­sy­pał­by ich ła­ska­mi. Te­raz trze­ba było tyl­ko wy­kuć blok lodu z uwię­zio­nym w środ­ku cia­łem, by móc spoj­rzeć jej pro­sto w twarz.

Cóż, Wirth wła­śnie tego do­ko­nał… i było to prze­ży­cie, któ­re zje­ży­ło mu wło­sy na gło­wie.

– Wy­da­je mi się, że nie do koń­ca tego ocze­ki­wa­li­śmy, pa­no­wie ge­ne­ra­ło­wie – wy­ją­kał w koń­cu. – Naj­le­piej by­ło­by, gdy­by pa­no­wie sami to zo­ba­czy­li.

Kam­m­ler pierw­szy po­de­rwał się na nogi. Jego czo­ło prze­ci­na­ła zmarszcz­ka gnie­wu. To on nadał za­mar­z­nię­tej ko­bie­cie imię trze­ciej nor­dyc­kiej bo­gi­ni. „Bę­dzie wiel­bio­na przez wszyst­kich, któ­rzy ją uj­rzą” – za­de­kla­ro­wał ja­kiś czas temu. „Wła­śnie dla­te­go po­wie­dzia­łem Füh­re­ro­wi, że na­zwa­li­śmy ją Var – uko­cha­ną”.

Jed­nak­że tyl­ko anioł mógł­by po­ko­chać to okrwa­wio­ne, zbru­ka­ne cia­ło. A jed­ne­go Wirth był pe­wien – w tej chwi­li w tym na­mio­cie anio­łów moż­na było szu­kać ze świe­cą.

Wy­pro­wa­dził po­zo­sta­łych, ma­jąc wra­że­nie, że wła­śnie po­dą­ża na cze­le wła­sne­go kon­duk­tu po­grze­bo­we­go. We­szli do klat­ki i ka­za­li się opu­ścić. Włą­czo­no po­tęż­ne re­flek­to­ry, któ­rych blask po­wo­li ro­bił się co­raz ja­śniej­szy. Do­tych­czas Wirth ka­zał trzy­mać je wy­ga­szo­ne – nie chciał, aby wy­dzie­la­ne przez nie cie­pło roz­to­pi­ło lód i przed­wcze­śnie uwol­ni­ło cze­ka­ją­cą na nich ko­bie­tę. Mu­sia­ła po­zo­stać za­mro­żo­na, aby bez­piecz­nie prze­trans­por­to­wać ją do ber­liń­skiej sie­dzi­by Ah­ne­ner­be.

Spoj­rzał na sto­ją­ce­go po prze­ciw­nej stro­nie klat­ki Rah­na, ar­che­olo­ga i awan­tur­ni­ka. Twarz męż­czy­zny była le­d­wo wi­docz­na w głę­bo­kim cie­niu. Czar­ny, fil­co­wy ka­pe­lusz z sze­ro­kim ron­dem stał się jego zna­kiem roz­po­znaw­czym, a świa­do­my tego Rahn no­sił go bez wzglę­du na oko­licz­no­ści.

Wirth od­czu­wał z Rah­nem pew­ną więź du­cho­wą. Łą­czy­ły ich wspól­ne ma­rze­nia, pa­sje i prze­ko­na­nia. Ale rów­nież te same lęki.

Klat­ka za­trzy­ma­ła się gwał­tow­nie. Przez ja­kiś czas ko­ły­sa­ła się jak ja­kieś sza­lo­ne wa­ha­dło, do­pó­ki łań­cuch, na któ­rym wi­sia­ła, nie usta­bi­li­zo­wał ich pro­wi­zo­rycz­nej win­dy.

Czte­ry pary oczu wpa­try­wa­ły się w twarz uwię­zio­nej w lo­dzie ko­bie­ty. Wirth czuł, jak zmie­nia się na­sta­wie­nie es­es­ma­nów, gdy ich wzrok roz­po­znał w szkar­łat­nych lo­do­wych ma­za­kach za­krze­płą krew. Szok i nie­do­wie­rza­nie ode­bra­ły im głos.

Pierw­szy ci­szę prze­rwał ge­ne­rał Kam­m­ler. Od­wró­cił się do Wir­tha, a jego twarz jak za­wsze była nie­prze­nik­nio­na – zim­ne ga­dzie spoj­rze­nie nie zdra­dza­ło ab­so­lut­nie żad­nych uczuć.

– Füh­rer cze­ka – po­wie­dział przy­ci­szo­nym gło­sem. – A my nie za­mie­rza­my go za­wieść.

Pau­za.

– Zrób­cie wszyst­ko, by była god­na imie­nia Var – do­dał do­bit­nie.

Wirth po­krę­cił gło­wą z nie­do­wie­rza­niem.

– Kon­ty­nu­uje­my nasz plan? Ale Herr Ge­ne­ral, ry­zy­ko…

– Ja­kie ry­zy­ko, po­rucz­ni­ku?

– Prze­cież nie mamy po­ję­cia, co ją za­bi­ło… – Wirth wska­zał na cia­ło. – Co spo­wo­do­wa­ło wszyst­kie te…

– Nie ma żad­ne­go ry­zy­ka – prze­rwał mu Kam­m­ler. – Za­mar­z­ła w tym lo­dzie przed pię­cio­ma mi­le­nia­mi. To pięć ty­się­cy lat temu. Ob­my­je­cie ją. Spra­wi­cie, by była pięk­na. Nor­dyc­ka, aryj­ska… ide­al­na. Zro­bi­cie wszyst­ko, by Füh­rer był za­do­wo­lo­ny.

– Ale jak, Herr Ge­ne­ral? – spy­tał Wirth. – Wi­dział pan prze­cież…

– Od­mroź­cie ją, do cho­le­ry – wark­nął Kam­m­ler i wska­zu­jąc na lo­do­wy blok, do­dał: – Prze­cież wy z Ah­ne­ner­be eks­pe­ry­men­to­wa­li­ście już wie­lo­krot­nie z ży­wy­mi ludź­mi. Za­mra­ża­cie ich i od­mra­ża­cie od lat, nie­praw­daż?

– Tak, Herr Ge­ne­ral – przy­znał Wirth. – Nie ja oso­bi­ście, ale rze­czy­wi­ście, prze­pro­wa­dza­li­śmy eks­pe­ry­men­ty z za­mra­ża­niem, z uży­ciem sło­nej wody…

– Da­ruj­cie so­bie szcze­gó­ły – Kam­m­ler wy­ce­lo­wał pal­cem w za­krwa­wio­ne cia­ło. – Ma­cie znów tchnąć w nią ży­cie. Zrób­cie wszyst­ko, co trze­ba, by ze­trzeć z niej to pięt­no śmier­ci. Wy­pal­cie… to spoj­rze­nie z jej oczu. Musi stać się ko­bie­tą z naj­pięk­niej­szych snów na­sze­go Füh­re­ra.

– Tak jest, Herr Ge­ne­ral – Wirth zmu­sił się do od­po­wie­dzi.

Kam­m­ler prze­niósł wzrok z Wir­tha na Rah­na i do­dał:

– Je­śli tego nie zro­bi­cie, je­śli nie spro­sta­cie temu za­da­niu, za­pła­ci­cie za to wła­sny­mi gło­wa­mi.

Wy­krzyk­nął krót­ki roz­kaz i klat­ka ru­szy­ła w górę. Wszy­scy mil­cze­li. Gdy znów sta­nę­li na kra­wę­dzi lo­dow­ca, Kam­m­ler raz jesz­cze spoj­rzał na lu­dzi z Ah­ne­ner­be.

– Nie mam już ocho­ty na śnia­da­nie – po­wie­dział, strze­lił ob­ca­sa­mi i wy­rzu­cił rękę w na­zi­stow­skim po­zdro­wie­niu. – Heil Hi­tler!

– Heil Hi­tler! – od­po­wie­dzie­li.

Ge­ne­rał Hans Kam­m­ler od­wró­cił się i po­szedł w stro­nę cze­ka­ją­ce­go na nie­go sa­mo­lo­tu, któ­ry miał za­brać go pro­sto do Nie­miec.

Rozdział 3

Cza­sy współ­cze­sne

Pilot trans­por­to­we­go sa­mo­lo­tu C-130 Her­cu­les pod­niósł wzrok na Wil­la Ja­ege­ra.

– To chy­ba pew­na prze­sa­da, ko­le­go. Wzię­li­ście ca­łe­go her­cu­le­sa tyl­ko dla sie­bie? – spy­tał z sil­nym po­łu­dnio­wym ak­cen­tem, naj­praw­do­po­dob­niej tek­sań­skim. – Jest was tyl­ko trzech, praw­da?

Ja­eger rzu­cił wzro­kiem za sie­bie, na dwóch to­wa­rzy­szy, któ­rzy sie­dzie­li w głów­nym prze­dzia­le trans­por­to­wym na skła­da­nych, płó­cien­nych sie­dze­niach.

– Tak, je­ste­śmy tyl­ko we trzech – po­twier­dził.

– Więc to chy­ba nie­co za duża ma­szy­na, nie?

Ja­eger wsiadł na po­kład sa­mo­lo­tu w peł­nym stro­ju do sko­ków spa­do­chro­no­wych z du­żej wy­so­ko­ści, w ka­sku, z ma­ską tle­no­wą i w nie­po­ręcz­nym kom­bi­ne­zo­nie. Pi­lot nie miał naj­mniej­szych szans, by go roz­po­znać.

Przy­naj­mniej na ra­zie.

Ja­eger wzru­szył ra­mio­na­mi.

– My­śle­li­śmy, że bę­dzie nas wię­cej. Wiesz, jak to jest: nie wszy­scy dali radę.

A po krót­kiej chwi­li do­dał:

– Utknę­li w Ama­zo­nii.

Po­zwo­lił, by to sło­wo za­wi­sło w po­wie­trzu na do­brych kil­ka se­kund.

– W Ama­zo­nii? – pod­jął pi­lot. – W dżun­gli? Co to było? Nie­uda­ny skok?

– Coś gor­sze­go – Ja­eger po­lu­zo­wał pa­ski ka­sku, jak­by chciał za­czerp­nąć po­wie­trza. – Nie dali rady… gdyż… zgi­nę­li.

Pi­lot ob­rzu­cił go uważ­nym spoj­rze­niem.

– Zgi­nę­li? Ale jak? Wy­pa­dek?

Ja­eger za­czął mó­wić po­wo­li, ak­cen­tu­jąc nie­mal każ­dy wy­raz.

– Nie. To nie był wy­pa­dek. Nie wy­glą­da­ło to na wy­pa­dek. Bar­dziej na za­pla­no­wa­ne, świa­do­mie prze­pro­wa­dzo­ne mor­der­stwo.

– Mor­der­stwo? Co ta­kie­go? – pi­lot się­gnął przed sie­bie i zmniej­szył nie­co ciąg. – Za­raz osią­gnie­my wy­so­kość prze­lo­to­wą… Dwa­dzie­ścia je­den mi­nut do sko­ku.

Krót­ka pau­za.

– Mor­der­stwo? Ale kto zgi­nął? I dla­cze­go?

W od­po­wie­dzi Ja­eger zdjął kask, na­dal jed­nak miał na gło­wie je­dwab­ną ko­mi­niar­kę. Za­kła­dał ją przy każ­dym sko­ku z trzy­dzie­stu ty­się­cy stóp – na tej wy­so­ko­ści mo­gło być zim­niej niż na szczy­cie Eve­re­stu.

Pi­lot na­dal nie był w sta­nie go roz­po­znać, ale wi­dział oczy Ja­ege­ra, a w tej chwi­li jego wzrok mógł­by za­bić.

– Uwa­żam, że to było mor­der­stwo – po­wtó­rzył Ja­eger. – Mor­der­stwo z zim­ną krwią. Za­baw­ne, ale to mia­ło miej­sce po sko­ku z C-130.

Ro­zej­rzał się po ka­bi­nie i do­dał:

– To była ma­szy­na bar­dzo po­dob­na do tej…

Pi­lot po­trzą­snął gło­wą, naj­wy­raź­niej za­czy­nał ro­bić się ner­wo­wy.

– Ko­le­go, nie ro­zu­miem… ale za­raz, twój głos brzmi ja­koś zna­jo­mo. Tak to zresz­tą z wami jest, An­go­le: wszy­scy brzmi­cie tak samo. Bez ura­zy.

– Ro­zu­miem – Ja­eger wy­krzy­wił usta w uśmie­chu, ale jego oczy po­zo­sta­ły po­waż­ne – spoj­rze­nie w nie mo­gło­by zmro­zić krew w ży­łach. – Chy­ba słu­ży­łeś w SOAR*, za­nim od­sze­dłeś ze służ­by.

* SOAR – Spe­cial Ope­ra­tions Avia­tion Re­gi­ment (Air­bor­ne) – 160 Pułk Lot­ni­czy Ope­ra­cji Spe­cjal­nych, eli­tar­na jed­nost­ka spe­cjal­na Sił Zbroj­nych USA, za­ło­żo­na w 1981 roku, pro­wa­dzą­ca ope­ra­cje z wy­ko­rzy­sta­niem śmi­głow­ców. Jej człon­ko­wie okre­śla­ni są mia­nem Ni­ght­stal­kers – Noc­ni Łow­cy (przyp. tłum.).

– W SOAR? – pi­lot wy­glą­dał na za­sko­czo­ne­go. – Tak, rze­czy­wi­ście, słu­ży­łem tam… Ale skąd… Czy ja po­wi­nie­nem cię skądś znać?

Wzrok Ja­ege­ra stał się jesz­cze tward­szy.

– Raz Noc­ny Łow­ca, za­wsze Noc­ny Łow­ca – czy nie tak się o was mówi?

– Tak, tak rze­czy­wi­ście mó­wią – w gło­sie pi­lo­ta dało się już wy­czuć strach. – Ale, za­py­tam jesz­cze raz, czy my się skądś zna­my?

Rze­czy­wi­ście, zna­my się. Cho­ciaż mnie­mam, że wo­lał­byś ni­g­dy się ze mną nie spo­tkać. Bo te­raz je­stem, ko­le­go, two­im naj­gor­szym kosz­ma­rem. To ty za­wio­złeś mnie i moją dru­ży­nę pro­sto w ser­ce Ama­zo­nii i nie­ste­ty nie skoń­czy­ło się to do­brze…

Trzy mie­sią­ce wcze­śniej Ja­eger sta­nął na cze­le dzie­się­cio­oso­bo­wej eks­pe­dy­cji, któ­rej za­da­niem było od­szu­ka­nie sa­mo­lo­tu za­gi­nio­ne­go w cza­sie dru­giej woj­ny świa­to­wej w ama­zoń­skiej dżun­gli. Wy­na­ję­li wte­dy do­kład­nie tę samą fir­mę trans­por­to­wą, co te­raz. Po dro­dze pi­lot wspo­mniał, że słu­żył w jed­no­st­ce spe­cjal­nej SOAR, któ­rej człon­ko­wie zna­ni byli tak­że jako Noc­ni Łow­cy.

Gdy Ja­eger słu­żył w si­łach spe­cjal­nych, pi­lo­ci SOAR kil­ka­krot­nie wy­cią­ga­li jego i jego lu­dzi z po­waż­nych opa­łów. Mot­to SOAR brzmia­ło: „Śmierć cze­ka w ciem­no­ści”, ale Ja­eger ni­g­dy nie są­dził, że to on i jego ze­spół mogą stać się ce­lem.

Pod­niósł dłoń do twa­rzy i jed­nym ru­chem ścią­gnął ko­mi­niar­kę.

– Śmierć cze­ka w ciem­no­ści… i rze­czy­wi­ście cze­ka­ła tam na nas, a ty po­mo­głeś jej nas na­mie­rzyć. Mało bra­ko­wa­ło, a zgi­nę­li­byśmy wszy­scy, co do jed­ne­go.

Pi­lot wpa­try­wał się w nie­go przez chwi­lę ocza­mi peł­ny­mi nie­do­wie­rza­nia, po czym zwró­cił się do męż­czy­zny sie­dzą­ce­go w fo­te­lu obok.

– Przej­mu­jesz ste­ry, Dan – po­wie­dział ci­cho do dru­gie­go pi­lo­ta. – Mu­szę za­mie­nić słów­ko z na­szym… an­giel­skim przy­ja­cie­lem. Wy­wo­łaj Dal­las-Fort Worth. Anu­luj lot. Niech prze­kie­ru­ją nas…

– Nie ro­bił­bym tego – prze­rwał mu Ja­eger. – Na two­im miej­scu bym tego nie ro­bił.

Jego ru­chy były tak szyb­kie, że pi­lot le­d­wo był w sta­nie je za­uwa­żyć, nie mó­wiąc już o sta­wia­niu ja­kie­go­kol­wiek opo­ru. Płyn­nie wy­cią­gnął pi­sto­let SIG Sau­er P228, ka­li­ber 9 mi­li­me­trów, ulu­bio­ną broń eli­tar­nych jed­no­stek, i mało de­li­kat­nie przy­tknął ją do po­ty­li­cy pi­lo­ta.

Ko­lo­ry od­pły­nę­ły mu z twa­rzy.

– Co… co do ja­snej cho­le­ry? Chcesz po­rwać mój sa­mo­lot?

– Chy­ba le­piej, że­byś w to uwie­rzył – Ja­eger uśmiech­nął się i rzu­cił do dru­gie­go pi­lo­ta: – Ty też je­steś Noc­nym Łow­cą? Ta­kim sa­mym zdra­dziec­kim śmie­ciem jak ten tu­taj?

– Co mam mu po­wie­dzieć, Jim? – wy­mam­ro­tał dru­gi pi­lot. – Co od­po­wie­dzieć temu skur­wy…

– Ja ci po­wiem, jak masz mi od­po­wie­dzieć – prze­rwał mu Ja­eger, od­blo­ko­wu­jąc fo­tel pi­lo­ta i zde­cy­do­wa­nym ru­chem okrę­ca­jąc go do sie­bie. Wy­ce­lo­wał pro­sto w czo­ło męż­czy­zny. – Masz mó­wić szyb­ko, zgod­nie z praw­dą i ni­cze­go nie po­mi­ja­jąc, albo już pierw­sza kula roz­trza­ska mu mózg.

Pi­lot wy­trzesz­czył oczy z prze­ra­że­nia: – Po­wiedz mu, Dan. On jest na tyle sza­lo­ny, żeby to zro­bić.

– Tak, obaj słu­ży­li­śmy w SOAR – po­śpie­szył z od­po­wie­dzią dru­gi pi­lot. – W tej sa­mej jed­no­st­ce.

– Może więc dasz mi prób­kę swo­ich umie­jęt­no­ści. Wiem, że SOAR nie ma so­bie rów­nych, wszy­scy z bry­tyj­skich jed­no­stek spe­cjal­nych wy­so­ko was ce­ni­my. Udo­wod­nij, że się nie my­li­my. Kurs na Kubę. Przy gra­ni­cy zejdź jak naj­ni­żej, do­pó­ki nie wy­le­ci­my z ame­ry­kań­skiej prze­strze­ni po­wietrz­nej. Nie chcę, by kto­kol­wiek wie­dział, że tu je­ste­śmy.

Dru­gi pi­lot spoj­rzał na pierw­sze­go, któ­ry kiw­nął gło­wą: – Zrób, jak mówi.

– Kurs na Kubę – po­twier­dził przez za­ci­śnię­te zęby. – Ja­kieś szcze­gól­ne miej­sce? Do wy­bo­ru mamy kil­ka ty­się­cy mil ku­bań­skie­go wy­brze­ża.

– Zrzut nad małą wy­spą. Do­kład­ne współ­rzęd­ne do­sta­niesz póź­niej, gdy bę­dzie­my już bli­żej celu. Chcę, że­by­śmy do­le­cie­li tam za­raz po za­cho­dzie słoń­ca, pod osło­ną ciem­no­ści. Ustaw od­po­wied­nią pręd­kość.

– Ja­kie skrom­ne wy­ma­ga­nia – wark­nął dru­gi pi­lot.

– Trzy­maj kurs na po­łu­dnio­wy wschód i sta­łą pręd­kość. A ja w tym cza­sie za­dam kil­ka py­tań two­je­mu kum­plo­wi.

Ja­eger roz­ło­żył sie­dze­nie na­wi­ga­to­ra, umiesz­czo­ne w tyl­nej czę­ści kok­pi­tu, usiadł i opu­ścił lufę swo­je­go SIG-a na wy­so­kość ge­ni­ta­liów pierw­sze­go pi­lo­ta.

– No więc py­ta­nia. – Za­du­mał się. – Licz­ne py­ta­nia.

Pi­lot wzru­szył ra­mio­na­mi.

– W po­rząd­ku. Co mi tam, strze­laj.

Ja­eger rzu­cił prze­lot­ne spoj­rze­nie na koń­ców­kę lufy i uśmiech­nął się zło­śli­wie.

– Na­praw­dę tego chcesz?

Pi­lot stę­żał.

– Nie, to tyl­ko taka me­ta­fo­ra.

– Py­ta­nie nu­mer je­den. Dla­cze­go po­sła­łeś mój ze­spół na pew­ną śmierć, wte­dy, w Ama­zo­nii?

– Hej, spo­koj­nie, nie mia­łem o ni­czym po­ję­cia, nikt nic nie mó­wił o za­bi­ja­niu.

Ja­eger moc­niej za­ci­snął dłoń na pi­sto­le­cie.

– Od­po­wiedz na moje py­ta­nie.

– Pie­nią­dze – wy­mam­ro­tał pi­lot. – Prze­cież za­wsze o to cho­dzi. Ale do kur­wy nę­dzy, ja na­praw­dę nie wie­dzia­łem, że będą pró­bo­wa­li was za­bić.

– Ile? – Ja­eger zi­gno­ro­wał nie­po­rad­ne pró­by obro­ny.

– Wy­star­cza­ją­co.

– Ile?

– Sto czter­dzie­ści ty­się­cy do­lców.

– No do­brze, po­licz­my to so­bie. Stra­ci­łem sied­miu lu­dzi. To bę­dzie dwa­dzie­ścia ty­się­cy za jed­no ży­cie. Rzekł­bym, że sprze­da­łeś nas ta­nio.

– Hej, ja na­praw­dę nie mia­łem o ni­czym po­ję­cia! – Pi­lot uniósł dło­nie w obron­nym ge­ście. – Pró­bo­wa­li się was po­zbyć? Skąd mia­łem to, do cho­le­ry, wie­dzieć!

– Kto ci za­pła­cił?

Pi­lot za­wa­hał się na mo­ment.

– Ja­kiś Bra­zy­lij­czyk, miej­sco­wy. Spo­tka­li­śmy się w ba­rze.

Ja­eger prych­nął. Nie wie­rzył w ani jed­no sło­wo. Mu­siał tego dra­nia moc­niej przy­ci­snąć. Po­trze­bo­wał szcze­gó­łów, cze­goś, na czym mógł­by się oprzeć, cze­goś, co po­mo­gło­by mu do­trzeć do praw­dzi­wych wro­gów.

– Znasz imię?

– Tak. An­driej.

– An­driej… Bra­zy­lij­czyk o imie­niu An­driej, któ­re­go spo­tka­łeś w ba­rze?

– Nooo, może nie mó­wił jak Bra­zy­lij­czyk, bar­dziej jak Ro­sja­nin.

– Świet­nie. Do­brze, że po­pra­wia ci się pa­mięć, szcze­gól­nie że masz dzie­więć mi­li­me­trów wy­ce­lo­wa­ne pro­sto w jaja.

– Trud­no o tym za­po­mnieć.

– A więc ten An­driej. Ro­sja­nin, któ­re­go spo­tka­łeś w ba­rze. Masz ja­kieś po­ję­cie, dla kogo mógł pra­co­wać?

– Wiem tyl­ko, że był jesz­cze ja­kiś Wła­di­mir, szef – za­wie­sił głos. – Bez wzglę­du na to, kto za­bił two­ich lu­dzi, to wła­śnie on wy­dał im roz­kaz.

Wła­di­mir. Ja­eger znał już to imię. To mu­siał być szef ban­dy, ale z całą pew­no­ścią nad nim byli jesz­cze inni, bar­dziej po­tęż­ni i wpły­wo­wi lu­dzie.

– Spo­tka­łeś się z tym Wła­di­mi­rem? Wi­dzia­łeś go?

– Nie – pi­lot po­trzą­snął gło­wą.

– Ale pie­nią­dze wzią­łeś.

– Tak.

– Dwa­dzie­ścia ty­się­cy do­la­rów za każ­de­go z mo­ich lu­dzi. I co zro­bi­łeś z tą kasą, zor­ga­ni­zo­wa­łeś im­pre­zę? Wzią­łeś dzie­ci do Di­sney­lan­du?

Tym ra­zem pi­lot nie od­po­wie­dział. Jego szczę­ka ster­cza­ła pro­wo­ku­ją­co. Ja­eger miał ocho­tę strze­lić go kol­bą pi­sto­le­tu pro­sto w łeb, ale drań był mu po­trzeb­ny cały i zdro­wy. Ja­eger chciał, by wzniósł się na wy­ży­ny swo­je­go kunsz­tu i spraw­nie do­tran­spor­to­wał ich do celu, któ­ry szyb­ko się zbli­żał.

Rozdział 4

–Ate­raz, gdy już usta­li­li­śmy, jak ta­nio sprze­da­łeś ży­cie mo­ich to­wa­rzy­szy, uzgod­nij­my wa­run­ki od­ku­pie­nia. Przy­naj­mniej czę­ścio­we­go.

– O co ci cho­dzi? – od­chrząk­nął za­sko­czo­ny pi­lot.

– Już wy­ja­śniam. Wła­di­mir i jego ban­da po­rwa­li mo­je­go czło­wie­ka. Le­ti­cia San­tos. Bra­zy­lij­ka, eks­żoł­nierz. Lu­bi­łem ją. Mło­da, roz­wie­dzio­na ko­bie­ta, za któ­rą tę­sk­ni cór­ka.

Krót­ka pau­za.

– Trzy­ma­ją ją na wy­spie. Wy­brze­że Kuby. Nie mu­si­cie wie­dzieć, jak ją od­na­leź­li­śmy, waż­ne jest tyl­ko to, że wła­śnie le­ci­my ją od­bić.

Pi­lot par­sk­nął wy­mu­szo­nym śmie­chem.

– A kim ty do dia­bła je­steś? Ja­kiś pie­przo­ny Ja­mes Bond? Jest was tyl­ko trzech, to mały ze­spół. I co, są­dzi­cie pew­nie, że tacy jak Wła­di­mir też dzia­ła­ją w ma­łych gru­pach?

Ja­eger skie­ro­wał swo­je sza­ro­nie­bie­skie oczy pro­sto na twarz pi­lo­ta. Moż­na było od­nieść wra­że­nie, że pło­nie w nich żywy ogień.

– Wła­di­mir ma do dys­po­zy­cji trzy­dzie­stu do­brze uzbro­jo­nych lu­dzi. Sto­su­nek dzie­sięć do jed­ne­go. Mimo wszyst­ko wcho­dzi­my do ak­cji. Ty mu­sisz tyl­ko po­sta­rać się, aby­śmy do­tar­li na miej­sce nie­zau­wa­że­ni. Mak­sy­mal­ne za­sko­cze­nie.

Dzię­ki ciem­nym, nie­co dłuż­szym wło­som i su­ro­wym ry­som, na­da­ją­cym jego twa­rzy dra­pież­ny wy­raz, Ja­eger wy­glą­dał na wię­cej niż na swo­je trzy­dzie­ści osiem lat. Pi­lot C-130 miał przed sobą czło­wie­ka, któ­ry wie­le wi­dział i z któ­rym le­piej nie za­dzie­rać, szcze­gól­nie gdy w dło­ni – tak jak te­raz – trzy­ma pi­sto­let.

– Atak sztur­mo­wy na do­brze bro­nio­ny cel: w ope­ra­cjach spe­cjal­nych za­wsze za­kła­da­li­śmy, iż sto­su­nek trzy do jed­ne­go jest wła­ści­wy, ale na na­szą ko­rzyść – mruk­nął.

Ja­eger się­gnął do ple­ca­ka i wy­cią­gnął z nie­go dziw­ny przed­miot przy­po­mi­na­ją­cy dużą pusz­kę fa­so­li w so­sie po­mi­do­ro­wym, ale bez sto­sow­nej ety­kie­ty, za to z dźwi­gien­ką przy­mo­co­wa­ną do gór­nej czę­ści.

– Tak, ale my mamy to – pal­ca­mi po­wiódł po li­te­rach na bocz­nej ścian­ce – Ko­lo­kol-1.

Pi­lot wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Ni­g­dy o tym nie sły­sza­łem.

– Nie miał­byś oka­zji. To ro­syj­skie, so­wiec­ki wy­na­la­zek. Wy­ja­śnię ci to w na­stę­pu­ją­cy spo­sób: gdy­bym wy­jął te­raz tę za­wlecz­kę i na­ci­snął dźwi­gien­kę, to cały sa­mo­lot wy­peł­nił­by się sil­nie tok­sycz­nym ga­zem i spa­dli­by­śmy jak ka­mień.

Pi­lot ob­rzu­cił Ja­ege­ra nie­spo­koj­nym spoj­rze­niem i wy­raź­nie ścią­gnął ra­mio­na.

– Je­śli to zro­bisz, wszy­scy zgi­nie­my.

Ja­eger chciał go po­stra­szyć, ale nie za moc­no.

– Nie mam za­mia­ru. – Wrzu­cił po­jem­nik do ple­ca­ka. – Ale mo­żesz mi wie­rzyć, że nie chciał­byś mieć do czy­nie­nia z Ko­lo­kol-1.

– W po­rząd­ku, zro­zu­mia­łem.

Ja­eger miał kosz­mar­ne spo­tka­nie z tym ga­zem. Bi­wak z żoną i sy­nem w gó­rach Wa­lii przed trze­ma laty. Dra­nie – ci sami, któ­rzy te­raz prze­trzy­my­wa­li Le­ti­cię San­tos – przy­szli pod osło­ną nocy i wpu­ści­li do na­mio­tu Ko­lo­kol-1. O mały włos wte­dy nie zgi­nął. Wów­czas ostat­ni raz wi­dział żonę i ośmio­let­nie­go wte­dy syna.

Ruth i Luke. Ich po­rwa­nie było dla Ja­ege­ra nie­ustan­nym źró­dłem cier­pie­nia. Nie miał naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści, że zo­sta­wio­no go przy ży­ciu wła­śnie po to, by świa­do­mość utra­ty naj­bliż­szych sta­ła się dla nie­go cią­głą tor­tu­rą. O to im cho­dzi­ło.

Każ­de­go moż­na zła­mać. Po prze­cze­sa­niu ca­łej pla­ne­ty, Ja­eger mu­siał w koń­cu za­ak­cep­to­wać po­twor­ną praw­dę: jego naj­bliż­si znik­nę­li bez śla­du, a on nie mógł zro­bić nic, żeby ich ura­to­wać.

Za­ła­mał się, szu­ka­jąc po­cie­sze­nia i za­po­mnie­nia na dnie kie­lisz­ka. Po­trze­ba było przy­ja­cie­la – wy­jąt­ko­we­go przy­ja­cie­la – i no­wych śla­dów, któ­re wska­zy­wa­ły, że jego żona i dziec­ko na­dal żyją, by się pod­niósł.

Ale wró­cił z tej po­dró­ży już jako inny czło­wiek.

Bar­dziej po­nu­ry. Mą­drzej­szy. Cy­nicz­ny. Mniej ufny.

Do­brze czuł się tyl­ko we wła­snym to­wa­rzy­stwie: nie­mal cał­ko­wi­ty sa­mot­nik.

Ten nowy Will Ja­eger go­tów był zła­mać każ­dą pi­sa­ną i nie­pi­sa­ną za­sa­dę, by do­trzeć do lu­dzi, któ­rzy tak bru­tal­nie znisz­czy­li jego ży­cie – do­wo­dem była choć­by obec­na mi­sja. Nie wa­hał się uczyć od wro­gów, na­wet naj­gor­szych sztu­czek.

Sun Zi, chiń­ski my­śli­ciel, któ­ry już w sta­ro­żyt­no­ści zgłę­biał sztu­kę woj­ny, na­po­mi­nał: „Po­znaj swo­je­go wro­ga”. W woj­sku ta pro­sta myśl sta­ła się dla Ja­ege­ra ro­dza­jem man­try. Po­znaj swo­je­go wro­ga było pierw­szą za­sa­dą każ­dej mi­sji.

Te­raz zaś do­szedł do wnio­sku, że dru­ga za­sa­da brzmi: Uczsię od swo­ich wro­gów.

Za­rów­no w Roy­al Ma­ri­nes, jak i SAS – dwóch jed­nost­kach, w któ­rych słu­żył – pod­kre­śla­no zna­cze­nie my­śle­nia la­te­ral­ne­go. Za­wsze na­le­ża­ło mieć otwar­ty umysł, ro­bić rze­czy nie­ocze­ki­wa­ne. Ucze­nie się od wro­ga było naj­wyż­szą for­mą tej sztu­ki.

Ja­eger do­szedł do wnio­sku, że ostat­nią rze­czą, ja­kiej spo­dzie­wa­ją się na wy­spie, jest atak w środ­ku nocy przy uży­ciu gazu, z któ­re­go oni sami wcze­śniej sko­rzy­sta­li.

Wróg w ten spo­sób po­zba­wił go naj­bliż­szych.

Ja­eger wy­cią­gnął sto­sow­ne wnio­ski.

Nad­szedł czas za­pła­ty.

Ko­lo­kol-1 był bro­nią che­micz­ną trzy­ma­ną przez Ro­sjan w naj­głęb­szej ta­jem­ni­cy. Nikt nie znał do­kład­ne­go skła­du, ale w 2002 roku gaz ten po­ja­wił się w świa­do­mo­ści opi­nii pu­blicz­nej, gdy gru­pa ter­ro­ry­stów za­ata­ko­wa­ła je­den z mo­skiew­skich te­atrów, bio­rąc set­ki za­kład­ni­ków.

Ro­sja­nie nie za­mie­rza­li się pa­tycz­ko­wać. Jed­nost­ka spe­cjal­na Spec­na­zu wpu­ści­ła do wnę­trza gaz – wła­śnie Ko­lo­kol-1 – po czym przy­pusz­czo­no szturm, prze­ła­mu­jąc opór i li­kwi­du­jąc wszyst­kich ter­ro­ry­stów. Nie­ste­ty, gaz ode­brał ży­cie tak­że wie­lu nie­win­nym lu­dziom.

Ro­sja­nie ni­g­dy nie po­wie­dzie­li, jaki gaz za­sto­so­wa­li, ale przy­ja­cie­le Ja­ege­ra z bry­tyj­skich taj­nych la­bo­ra­to­riów zdo­by­li prób­ki i po­twier­dzi­li, że był to wła­śnie Ko­lo­kol-1. W za­ło­że­niu gaz miał je­dy­nie usy­piać, ale – jak się oka­za­ło w mo­skiew­skim te­atrze – prze­dłu­ża­ją­ca się eks­po­zy­cja na jego dzia­ła­nie pro­wa­dzi­ła do śmier­ci.

Mó­wiąc krót­ko, gaz ten świet­nie nada­wał się do tego, co pla­no­wał Ja­eger.

Za­le­ża­ło mu, aby przy­naj­mniej nie­któ­rzy lu­dzie Wład­mi­ra prze­ży­li. Może na­wet wszy­scy. Gdy­by ich zli­kwi­do­wał, to bar­dzo praw­do­po­dob­ne, iż mu­siał­by sta­wić czo­ła ca­łej ku­bań­skiej po­li­cji, ar­mii i si­łom po­wietrz­nym. Te­raz jed­nak naj­waż­niej­sze było co in­ne­go – on i jego ze­spół mu­sie­li nie­zau­wa­że­nie prze­do­stać się na te­ren wro­ga, a póź­niej rów­nie skry­cie się stam­tąd ewa­ku­ować.

Na­wet ci, któ­rzy prze­ży­li atak ga­zem Ko­lo­kol-1, mu­sie­li dłu­go bo­ry­kać się ze skut­ka­mi jego dzia­ła­nia. Trze­ba ty­go­dni, by człon­ko­wie wro­gie­go od­dzia­łu do­szli do sie­bie, a do tego cza­su Ja­eger i jego dru­ży­na – plus Le­ti­cia San­tos – już daw­no będą bez­piecz­ni.

Ale był jesz­cze je­den po­wód, dla któ­re­go Ja­eger chciał, żeby przy­naj­mniej Wła­di­mir uszedł z ży­ciem. Miał do nie­go py­ta­nia, wie­le py­tań, a tyl­ko Wła­di­mir mógł udzie­lić na nie od­po­wie­dzi.

– Zro­bi­my to tak – zwró­cił się do pi­lo­ta. – Punk­tu­al­nie o dru­giej mu­si­my zna­leźć się na wła­ści­wej ścież­ce po­dej­ścia – mowa o oce­anie na za­chód od wy­spy, dwie­ście me­trów od brze­gu. Zbli­żysz się do celu na wy­so­ko­ści drzew, a po­tem szyb­ko wej­dziesz na trzy­sta stóp, gdzie do­ko­nasz zrzu­tu LLP.

– LLP? – zdu­miał się pi­lot. – To sa­mo­bój­stwo.

Tech­ni­ka sko­ków spa­do­chro­no­wych z eks­tre­mal­nie ma­łych wy­so­ko­ści – Low-Le­vel Pa­ra­chu­te Drop – ze wzglę­du na ogrom­ne ry­zy­ko jest bar­dzo rzad­ko sto­so­wa­na, na­wet przez eli­tar­ne jed­nost­ki.

– Gdy wy­sko­czy­my, na­tych­miast wró­cisz moż­li­wie na jak naj­niż­szy pu­łap – kon­ty­nu­ował Ja­eger. – Omi­niesz wy­spę sze­ro­kim łu­kiem. Po­sta­raj się, by nikt nic nie zo­ba­czył i nie usły­szał…

– Hej, je­stem Noc­nym Łow­cą – prze­rwał mu pi­lot. – Znam się na swo­jej ro­bo­cie, nie mu­sisz mi tego tłu­ma­czyć.

– To świet­nie. Od­da­lisz się od wy­spy i obie­rzesz kurs na dom. To wszyst­ko. Bę­dzie­my kwi­ta, za­wie­sił głos. – Wszyst­ko ja­sne?

Pi­lot wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Po­nie­kąd. Sęk w tym, że twój plan jest gów­nia­ny.

– Udo­wod­nij.

– To pro­ste. Mogę was zdra­dzić na tak wie­le spo­so­bów. Mogę zrzu­cić was w in­nym miej­scu, co po­wie­dział­byś na sam śro­dek oce­anu, i zmu­sić, by­ście do­pły­nę­li do brze­gu wpław. Albo pod­cią­gnę wy­żej i obu­dzę całą wy­spę. Hej, Wła­di­mir! Po­bud­ka! Nad­jeż­dża ka­wa­le­ria – cała trój­ka! Do dia­bła, twój plan ma wię­cej dziur niż pie­przo­ne sito.

Ja­eger ski­nął gło­wą.

– Wszyst­ko to praw­da. Ale dow­cip po­le­ga na tym, że nie zro­bisz żad­nej z tych rze­czy. A po­wód jest na­stę­pu­ją­cy: je­steś win­ny śmier­ci mo­ich sied­miu lu­dzi i po­trze­bu­jesz szan­sy na od­ku­pie­nie win albo bę­dzie cię to mę­czy­ło do koń­ca ży­cia.

– Przyj­mu­jesz, że mam su­mie­nie – wark­nął pi­lot. – To błęd­ne za­ło­że­nie.

– Wy­da­je mi się, że z two­im su­mie­niem wszyst­ko w po­rząd­ku – od­pa­ro­wał Ja­eger. – Ale tak na wszel­ki wy­pa­dek za­bez­pie­czy­łem się. Jest jesz­cze dru­gi ar­gu­ment, któ­ry po­wstrzy­ma cię przed zro­bie­niem cze­goś głu­pie­go. Oszu­kasz mnie, a kara bę­dzie na­praw­dę su­ro­wa.

– I kto to mówi? Co mógł­byś mi zro­bić?

– Wi­dzisz, wła­śnie prze­pro­wa­dzi­łeś nie­le­gal­ny lot na Kubę po­ni­żej wy­so­ko­ści, na któ­rej był­byś wy­kry­wal­ny przez ra­da­ry. Je­dy­nym miej­scem, do­kąd mo­żesz stąd do­le­cieć, jest lot­ni­sko Dal­las-Fort Worth. Na Ku­bie mamy swo­ich przy­ja­ciół, któ­rzy cze­ka­ją na jed­no­wy­ra­zo­wy sy­gnał: SUK­CES. Je­śli nie do­sta­ną go ode mnie do pią­tej, skon­tak­tu­ją się z ame­ry­kań­ski­mi cel­ni­ka­mi i prze­ka­żą im in­for­ma­cję, że re­gu­lar­nie la­tasz na Kubę i szmu­glu­jesz nar­ko­ty­ki.

W oczach pi­lo­ta za­pa­li­ły się iskier­ki gnie­wu.

– Ni­g­dy nie ty­kam tego gów­na! To dia­bel­ski in­te­res. A lu­dzie z DFW zna­ją nas, nie ku­pią wa­szej ba­jecz­ki.

– A mnie się wy­da­je, że ku­pią, a przy­naj­mniej będą mu­sie­li to spraw­dzić, nie mogą zi­gno­ro­wać in­for­ma­cji od sa­me­go sze­fa ku­bań­skiej służ­by cel­nej. A gdy DEA** wpu­ści na po­kład swo­je psy prze­szko­lo­ne do wy­kry­wa­nia nar­ko­ty­ków, zwie­rza­ki osza­le­ją. Roz­sy­pa­łem tro­chę bia­łe­go prosz­ku po two­im sa­mo­lo­cie, w C-130 jest wie­le kry­jó­wek, w któ­rych mo­gło za­plą­tać się kil­ka gra­mów ko­ka­iny.

** Drug En­for­ce­ment Ad­mi­ni­stra­tion – agen­cja rzą­do­wa zaj­mu­ją­ca się przede wszyst­kim wal­ką z prze­my­słem nar­ko­ty­ko­wym.

Ja­eger ob­ser­wo­wał, jak szczę­ki pi­lo­ta za­ci­ska­ją się, a wzrok zsu­wa się na pi­sto­let. Chciał na nie­go sko­czyć, ale wie­dział, że kula bę­dzie szyb­sza.

Każ­de­go moż­na zła­mać.

Nie prze­ho­luj.

– To pro­sta za­sa­da, Jim. Jest kij i jest mar­chew­ka. Mar­chew­ka to od­ku­pie­nie win, będzie­my mniej wię­cej kwi­ta. Ki­jem jest zaś do­ży­wo­cie w ame­ry­kań­skim wię­zie­niu za prze­myt nar­ko­ty­ków. Wy­ko­nasz mi­sję, a bez­piecz­nie wró­cisz do domu. Je­steś czy­sty. Two­je ży­cie wró­ci do nor­my, w do­dat­ku bę­dziesz miał lżej­sze su­mie­nie. Dla­te­go też z któ­rej stro­ny na to nie pa­trzeć, wszyst­ko prze­ma­wia za tym, że­byś zro­bił to, o co cię pro­szę.

Pi­lot wró­cił spoj­rze­niem na twarz Ja­ege­ra, a ich oczy się spo­tka­ły.

– Za­bio­rę was na miej­sce.

Ja­eger uśmiech­nął się.

– Pój­dę po­wie­dzieć moim lu­dziom, żeby przy­go­to­wa­li się do sko­ku.

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Dedykacja

Podziękowania

Od autora

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Rozdział 51

Rozdział 52

Rozdział 53

Rozdział 54

Rozdział 55

Rozdział 56

Rozdział 57

Rozdział 58

Rozdział 59

Rozdział 60

Rozdział 61

Rozdział 62

Rozdział 63

Rozdział 64

Rozdział 65

Rozdział 66

Rozdział 67

Rozdział 68

Rozdział 69

Rozdział 70

Rozdział 71

Rozdział 72

Rozdział 73

Rozdział 74

Rozdział 75

Rozdział 76

Rozdział 77

Rozdział 78

Rozdział 79

Rozdział 80

Rozdział 81

Rozdział 82

Rozdział 83

Rozdział 84

Rozdział 85

Rozdział 86

Rozdział 87

Rozdział 88

Rozdział 89

Rozdział 90

Rozdział 91

Rozdział 92

Rozdział 93

Epilog