Płomienna miłość - Meredith Wild - ebook
Opis

Chyba każdy kawaler marzy o takim stylu życia, jaki prowadzi Darren Bridge. Darren jest strażakiem, a w wolnych chwilach trenuje w siłowni swojego brata. Niewiele kobiet oparło się jego wdziękowi... dopóki nie pojawiła się Vanessa. Różni się ona od wszystkich dziewczyn, które do tej pory poznał Darren. Niestety obiecał komuś, że da jej spokój.

Zapracowana Vanessa Hawkins od prawie dwóch lat nie miała urlopu. Kiedy wreszcie może wyrwać się z biura, żeby pojechać na wesele swoich przyjaciół – Camerona i Mai – jej uwagę przyciąga drużba. Darren jest niebezpiecznie przystojny i tak seksowny, że każda obdarzona ognistym temperamentem kobieta bez namysłu rozpoczęłaby z nim nawet najbardziej szaloną przygodę.

Po powrocie do miasta Darren uświadamia sobie, że kawalerski tryb życia stracił cały swój urok. Vanessa jest jednak tak zajęta, że w jej życiu nie ma miejsca dla mężczyzny, zwłaszcza dla takiego playboya jak Darren.

Czy Darren odnajdzie drogę do jej serca i przekona Vanessę, że warto podjąć dla niego ryzyko?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 333

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Into the Fire

Copyright © by Meredith Wild, 2016

Copyright for the Polish edition © by Burda Publishing Polska Sp. z o.o., 2017

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

Tłumaczenie: Aldona Możdżyńska

Redakcja: Maria Talar

Korekta: Malwina Łozińska, Dorota Ring/Melanż

Skład i łamanie: Beata Rukat/Katka

Redakcja techniczna: Mariusz Teler

Projekt okładki: Urszula Gireń

Zdjęcia na okładce: Marcos Appelt/Arcangel Images

ISBN: 978-83-8053-208-3

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.burdaksiazki.pl

Skład wersji elektronicznej:

Dla Misti

Przekraczamy mosty i palimy je za sobą, a jedynym dowodem naszego postępu jest wspomnienie zapachu dymu i łez w oczach.

Tom Stoppard

1

DARREN

– Złaź ze mnie!

Kilka sekund wcześniej Pauly gwałtownie otworzył oczy – dzięki narcanowi i workowi tlenowemu, który natychmiast odepchnął. Za to, że zbyt szybko przywróciliśmy mu świadomość, nagrodził nas szarpaniną i stekiem przekleństw. Spieprzyliśmy jego haj, z czego nie był zbyt zadowolony.

– Bridge, przytrzymaj go.

Zanim zdążyłem to zrobić, Pauly wściekle zamłócił rękami i walnął Iana w twarz. Ian zepchnął go na chodnik mocniej, niż to było potrzebne. Mieliśmy za sobą dwadzieścia trzy godziny podwójnej zmiany. Moja cierpliwość również się kończyła. Pauly należał do naszych stałych pacjentów. Jeśli tylko był przytomny i w przyzwoitym nastroju, sanitariusze zwykle zabierali go do szpitala, gdzie sprawdzano mu funkcje życiowe, po czym wypuszczano. Tego dnia jednak szczęście nam nie dopisało.

– Pauly, zrób tak jeszcze raz, a następnym razem dostaniesz narcan, nawet jeżeli nie będzie ci potrzebny – warknął Ian.

Były to puste słowa, ale nikt nie wątpił, że w obecnej sytuacji Pauly’emu wydały się bardzo realne. Zmrużył oczy i przeniósł zamglone spojrzenie na mnie.

Pokręciłem głową. Nadal przytrzymywałem go za ramiona, zaskakująco silne, zważywszy na to, jak bardzo ostatnio schudł.

– Stary, nie spodziewaj się ode mnie współczucia. Nie możesz nas bić, kiedy próbujemy ci pomóc. Uspokoisz się?

Pauly był ćpunem, jednym z tysięcy w tym mieście. My zaś byliśmy dwoma z kilkudziesięciu strażaków, którzy co jakiś czas sprawdzali, czy Pauly oddycha po tym, kiedy ktoś po raz kolejny znalazł go, nieprzytomnego, na ulicy.

Czasami miałem wrażenie, że bardziej nam niż jemu zależało na utrzymaniu go przy życiu.

Komuś innemu ta okrutna prawda być może spędzałaby sen z powiek. Ja jednak nie mogłem dopuścić do tego, by ten przypadek, jeden z setek, jakie widywałem przez lata, zalazł mi za skórę. Nie w tym zawodzie. Chciałem już wrócić do remizy. Przez całą noc byliśmy na nogach. Kiedy tylko udawało nam się choć na chwilę zdrzemnąć, alarm natychmiast nas budził. W tej chwili nic nie liczyło się dla mnie bardziej niż perspektywa kilku godzin nieprzerwanego snu. Wiedziałem, że im szybciej Pauly i ja się dogadamy, tym szybciej będę mógł odetchnąć i wrócić do domu.

Po chwili ustąpił, jego mięśnie się rozluźniły.

– Grzeczny chłopczyk. – Westchnąłem, częściowo z ulgi, a częściowo ze zmęczenia. Skinąłem głową w stronę ratowników medycznych, którzy szli w naszą stronę z noszami. – Teraz oni się tobą zajmą. Będziesz dla nich miły?

– Dobra. – Skrzywił się i zamknął oczy.

Do następnego razu, Pauly.

Kilka godzin później przeszedłem przez szklane drzwi siłowni Bridge Fitness. Jej właścicielem był mój brat, a ja pomagałem nią zarządzać. Szybko stała się moim drugim domem. Cameron od tygodni harował jak wół, by móc wziąć wolne na czas swojego ślubu. Przychodziłem, kiedy tylko mogłem, żeby go odciążyć, ale dziś cieszyłem się, że nie mam nic do roboty. Musiałem tylko rozładować trochę energii, żeby wrócić do domu i paść na łóżko.

Wszedłem do głównej sali. Na bieżni ćwiczyła Maya Jacobs, narzeczona mojego brata. Miała słuchawki w uszach, więc nie zdawała sobie sprawy z mojej obecności. Ta ładna blondynka od lat nieźle dawała Cameronowi w kość i chociaż bardzo mu współczułem, to widziałem jednak, że jest szczęśliwy, od kiedy się zeszli. Mijając ją, pomachałem na powitanie i skierowałem się w stronę biura Camerona.

Jak się tego spodziewałem, siedział za biurkiem. Nie był jednak sam. Na blacie biurka przysiadła Raina, nasza instruktorka jogi. Lubieżnie przeniosła wzrok z jego skrępowanej twarzy w dół ciała i przysunęła się nieco bliżej. Cholera, już prawie siedziała mu na kolanach. Kiedy sugestywnie przesunęła językiem po wargach, Cameron odwrócił wzrok.

– Cześć wam – powiedziałem głośno.

Raina wyprostowała się i zeszła z biurka.

– Cześć, Darren.

– Co słychać?

Wzruszyła ramionami i nieco wypięła biust, mijając mnie.

– Nic ciekawego. Właśnie wychodziłam.

– Na razie. – Obejrzałem się za nią i omiotłem wzrokiem jej kołyszące się biodra.

Cameron zmarszczył brwi i wrócił do roboty papierkowej, którą miał rozłożoną przed sobą. Oparłem się o futrynę. Próbowałem odgadnąć jego nastrój.

– O co chodzi z Rainą? Nie zrozumiała aluzji, kiedy oświadczyłeś się Mai?

Podrapał się długopisem po szczęce.

– Raina taka już jest. Staram się za bardzo w to nie wnikać.

Roześmiałem się.

– Dostrzeganie tych sygnałów i wykorzystywanie ich dla własnej korzyści to dosłownie moja druga praca. Stary, ona na ciebie leci. Niedługo Maya ją na tym przyłapie. Myślę, że nie wyniknie z tego nic dobrego. Lepiej zgaś Rainę, zanim Maya to zrobi.

Cameron westchnął i odchylił się na krześle, którego oparcie zatrzeszczało. Odgarnął z czoła kosmyk ciemnych włosów.

– Tak, chyba masz rację. I tak już mam dość problemów. Za kilka dni jedziemy na Wielki Kajman, a ja aż po same uszy zagrzebałem się w tej ofercie dla inwestorów.

Pokiwałem głową i spojrzałem na dokumenty, które wiecznie piętrzyły się na jego biurku, teraz jeszcze bardziej, od kiedy próbował powiększyć swoje imperium, otwierając nową siłownię.

– Może ja z nią pogadam?

Rzucił mi pełne nieufności spojrzenie. Czytałem w jego myślach jak w otwartej księdze. Byłem od niego starszy, ale z jakiegoś powodu Cameron zawsze wolał sam dźwigać brzemię życia.

– Poważnie. W ten sposób będzie to mniej krępujące – dodałem. – Powiem jej to w żartobliwy sposób, ale tak, żeby zrozumiała aluzję.

Chwilę później jego zatroskana twarz wreszcie się rozpogodziła.

– Dobrze. Tylko jej nie wkurzaj. Będzie mi tu potrzebna, kiedy wyjedziemy. Nie mogę sobie teraz pozwolić na utratę pracownika.

– Jasne. – Podszedłem do szafki, w której trzymałem swoją torbę i kurtkę. Od chwili, gdy wyszedłem z pracy, złapałem trzeci czy czwarty oddech. Wiedziałem, że jeszcze przez kilka godzin nie będę senny. Przynajmniej jednak na razie nie musiałem się już użerać z takimi gośćmi jak Pauly ani wbiegać do płonących budynków.

Nie chcąc już dłużej przeszkadzać Cameronowi w pracy, poszedłem do sali do jogi na drugim końcu korytarza. Spodziewałem się znaleźć tam Rainę. Zaczynała zajęcia dopiero późnym rankiem.

W dużym pomieszczeniu, pustym i chłodnym, była tylko ona. Układała stertę zwiniętych mat.

Podniosła głowę, kiedy drzwi się za mną zatrzasnęły.

Błysnąłem zębami w uśmiechu.

– Jak leci?

– Dobrze. A u ciebie?

– Jestem wykończony po pracy. Podwójna zmiana. Przyszedłem trochę się zrelaksować, zanim pójdę spać.

Uśmiechnęła się lekko i z powrotem przeniosła wzrok na maty.

– Masz ochotę na prywatną lekcję jogi?

Tym razem mój uśmiech nie był wymuszony. Kiedy nasze spojrzenia znowu się skrzyżowały, Raina miała półprzymknięte oczy.

Cicho się zaśmiałem.

– Hmmm, to brzmi nieźle. Ale kiedy położę się na podłodze, mogę już się nie podnieść.

Wzruszyła ramionami i wróciła do swoich zajęć. Jej zaproszenie zawisło między nami. Cameron nie wiedział, że kilka tygodni wcześniej Raina udzieliła mi po pracy „prywatnej lekcji jogi”. Wykorzystała moją chwilę słabości.

Zastanawiałem się nad tym przez chwilę. Bardzo rzadko odrzucałem podobne propozycje. Nie, jednak nie. Przyszedłem tu z konkretnego powodu, którym nie był seks.

Odchrząknąłem, przygotowując się do akcji.

– Co cię łączy z Cameronem?

Raina znieruchomiała, na jej twarzy pojawił się wyraz czujności.

– O czym ty mówisz?

– O tym, że… chyba na niego lecisz, nie?

Przerwała układanie mat. Wszystkie mięśnie jej ciała się napięły. Dotychczasowe sympatyczne zachowanie ustąpiło miejsca defensywności.

– Co sugerujesz?

– Słuchaj, widziałem cię w jego gabinecie. Twój język ciała… Może i zwariowałem, ale wyglądało to tak, jakby Cameron cię pociągał.

Otworzyła usta, ale nic nie powiedziała. Wyraźnie poczuła się zażenowana.

Powoli do niej podszedłem i obciąłem ją wzrokiem. Miała naprawdę ładne ciało. Wysportowana i szczupła, bez grama zbędnego tłuszczu. Było to wyraźnie widoczne, gdy miała na sobie tylko sportowy stanik i obcisłe spodnie do jogi. Ja sam bardzo dbałem o kondycję, ale Raina nie była w moim typie. Wolałem dziewczyny o wytrenowanym ciele, ale i nieco pełniejszych kształtach.

Zatrzymałem się parę kroków przed nią.

– Mówisz, że przy najbliższej okazji nie przespałabyś się z Cameronem? Powiedz prawdę.

– Twój brat ani trochę mnie nie pociąga – odparła z naciskiem.

– Tak? – Przechyliłem głowę i spojrzałem na nią wyzywająco. Omiotłem wzrokiem wszystkie subtelne sygnały, jakie wysyłało jej ciało: płytki oddech, lekki rumieniec na dekolcie – to wszystko mówiło mi, że mogę wygrać tę rundę.

– Tak – odpowiedziała z westchnieniem. Gniew całkowicie ulotnił się z jej głosu.

Kiedy do mnie podeszła, mój zmęczony mózg miał problemy z nadążeniem, do czego to wszystko zmierza.

– Udowodnij to – powiedziałem cicho, wyzywająco. Zrobiłem krok w jej stronę. Dzielił nas zaledwie oddech.

Strzeliła oczami w stronę drzwi, po czym z powrotem przeniosła wzrok na mnie. Musiała podjąć decyzję. Nie miało znaczenia jaką, bo cokolwiek by postanowiła, mogłem to zmienić. Cameron był porządnym facetem. Właśnie dlatego Raina go pragnęła. Ja nie byłem porządny i dlatego, w tej konkretnej chwili, pragnęła mnie.

Udowodniła to, obejmując mnie za szyję, stając na czubkach palców i przyciskając usta do moich ust. Nie brakowało jej śmiałości ani pewności siebie. Pocałowała mnie mocno, a ja odwzajemniłem jej pocałunek. Nie dlatego, że jej pragnąłem, ale dlatego, że wiedziałem, iż to ona mnie pragnie.

Kiedy przywarła do mnie całym ciałem, mój penis drgnął. O, tak. Zdecydowanie zanosiło się na seks.

Przerwałem pocałunek, którego w ogóle nie pragnąłem, odwróciłem ją i przycisnąłem do ściany. Pod spodniami do jogi nie miała bielizny. Ściągnąłem je na jej uda, by mieć dostęp do tego, na czym naprawdę mi zależało.

Nie rób tego. Przesunąłem dłońmi po jej biodrach, zastanawiając się nad tym, co zaraz miało się stać.

– Na pewno tego chcesz? – spytałem, jakby jej twierdząca odpowiedź mogła wszystko usprawiedliwić.

– Tak – jęknęła i wypięła pupę, jeszcze bardziej zachęcając mój penis do akcji.

Za każdym razem, kiedy wydawała z siebie jakiś odgłos, wyobrażałem sobie, że wchodzi Cam i przyłapuje nas na gorącym uczynku w miejscu pracy. Cholera, to naprawdę było głupie. I złe. Kiedy tylko odważyłem się otworzyć oczy, przypominały mi o tym lustra na trzech ścianach. Już pierwszy raz był błędem. Wiedziałem, że jeżeli będę to ciągnął, narobię sobie prawdziwych kłopotów.

Wziąłem do ręki swój rosnący penis, mojego wspólnika w zbrodni i głównego decydenta w kwestiach, kiedy i z kim się pieprzyć.

Nagle zamarłem.

– Nie mam przy sobie prezerwatywy.

– Nie szkodzi – powiedziała cicho Raina.

Nie, do diabła, to szkodziło, i to bardzo. Nigdy przedtem nie pieprzyłem się bez prezerwatywy, a sposób, w jaki Raina traktowała połowę facetów na siłowni, niespecjalnie wzbudzał we mnie zaufanie do niej.

Podciągnąłem jej spodnie i odwróciłem twarzą do siebie.

– Nie tutaj. Nie w ten sposób. – Może nigdy.

Ciężko dyszała. Była napalona. Mogłem ją posiąść w jednej chwili. Ale nie po to tu przyszedłem.

– Raina. Powinnaś się odczepić od Camerona. Możesz się pieprzyć ze mną, ale on niedługo żeni się z Mayą.

Nie mogłem cofnąć tych słów. Żałowałem, że wypowiedziałem je w tak rzeczowy sposób. Lekki rumieniec na twarzy Rainy wyraźnie zbladł.

– Jasna sprawa, Darren. Nigdy nie uważałam cię za zazdrośnika.

Mocno zacisnąłem zęby. Nie byłem zazdrosny, ale stwierdziłem, że skoro to ma ją na razie zniechęcić, to niech tak zostanie.

Zawahałem się jeszcze na chwilę i spojrzałem na nią po raz ostatni. Dobrze chociaż, że da Camowi spokój. Podszedłem i pocałowałem ją na pożegnanie. Mechanicznie, jakbym wykonywał jakieś zadanie, nie czerpiąc z tego żadnej przyjemności.

– Na razie, Raina.

VANESSA

Nuciłam do piosenki w stylu pop, która leciała z głośników zainstalowanych w suficie. Śpiewałam na tyle cicho, żeby nie było mnie słychać w gwarnej kawiarni.

– Veronica! – zawołał barista.

Gwałtownie wróciłam do rzeczywistości. Podeszłam do baru i wzięłam tacę.

– Vanessa – skorygowałam go.

Nie zatrzymał się ani na chwilę, żeby przyznać się do błędu. Zniknął na zapleczu, a w tej chwili zadzwonił mój telefon. Wyłowiłam go z kieszeni i zobaczyłam na ekranie numer mamy.

– Cześć, mamo. – Przycisnęłam telefon do ucha i żonglując tacką z kubkami kawy, wyszłam z kawiarni.

– Co słychać, kochanie? Wszystko w porządku? – W jej słodkim głosie z nieco południowym akcentem zabrzmiała troska.

Wiele rozmów zaczynałyśmy właśnie w ten sposób, jakby mama przyłapała mnie w samym środku jakiegoś dramatu za każdym razem, kiedy do mnie dzwoniła. Przewróciłam oczami i westchnęłam z irytacją.

– Wszystko w porządku.

Zawsze wszystko było w porządku. Nawet kiedy w rzeczywistości nie było. Nawet kiedy wszystko zaczynało zwalać mi się na głowę, nie chciałam, żeby mama stwierdziła, że decyzja, którą podjęłam, była tak straszna, jak to sobie wyobrażała. Przepychałam się przez tłum głośno rozmawiających ludzi. Poczułam powiew wiatru.

– Gdzie jesteś? – Jej głos wydawał się tak cichy i nieistotny w nieustającym gwarze i hałasie panującym w moim otoczeniu.

– W Nowym Jorku. Tutaj zawsze jest głośno.

Przez chwilę milczała, a ja wyobraziłam sobie, jak ze smutkiem kręci głową. Nigdy nie zrozumiała, dlaczego postanowiłam tu zamieszkać. To miasto było dokładnym przeciwieństwem okolicy, z której pochodziłam, i właśnie dlatego je pokochałam. Mama długo trzymała mnie w moim rodzinnym mieście, ale ja nie widziałam swojej przyszłości w Callaway.

W tym małym miasteczku na Florydzie czułam się inna – inteligentna dziewczyna z piegami, w ciuchach z second-handu, samotna matka. Mama od lat trwała na swoim miejscu w tamtejszej społeczności. Podawała wszystkim kawę i tłuste śniadanie w miejscowym barze. W Callaway nie mogłam mieć tajemnic i nie mogłam uciec przed historią, którą inni obracali jak lokalną walutą, wybielając przy okazji własne grzeszki.

Chodziły plotki, że przeprowadziłam się do dużego miasta, żeby pracować na Wall Street. Ta wersja mi odpowiadała. Tutaj czułam się anonimowo. Mogłam mieć tysiące twarzy, które znałaby tylko niewielka garstka osób. W tak ogromnym środowisku z całą pewnością nie byłam w tym odosobniona.

– Jesteś gotowa przed podróżą? – spytała mama.

Niespiesznie szłam ulicą. Powietrze było szarawe od spalin taksówek. Jeżeli czegokolwiek mi tutaj brakowało, to chyba tylko świeżego powietrza. Świeżego oceanicznego powietrza, którym wkrótce miałam znowu się nacieszyć.

– Gotowa.

Znowu westchnęła.

– Nie podoba mi się to, że zamierzasz podróżować sama.

Ponownie przewróciłam oczami. Cieszyłam się, że mnie w tej chwili nie widziała. Ciągle się o mnie bała.

– Nie jadę sama. Wybieram się razem z Elim i pozostałymi gośćmi.

– Z Mayą też? – Jej głos nieco złagodniał, kiedy wypowiedziała imię mojej przyjaciółki. Uwielbiała Mayę.

– Maya i Cam polecieli dziś rano, żeby mieć czas na przygotowania. – Uśmiechnęłam się na myśl o tym, że już są na wyspie i po stresującej zimie mogą się nacieszyć ciszą i samotnością, na które tak zasługiwali.

– Wolałabym, żebyście wszyscy tu przyjechali.

– Mamo, Maya zaprosiła cię na wesele. Powinnaś była przyjechać. To by było jak wakacje, na które nigdy nie jeździliśmy.

– Vanesso…

W cichym głosie, jakim wypowiedziała moje imię, nie było wyrzutu. Wyczułam jej smutek i rozczarowanie, których żadne słowa wybaczenia nie mogłyby rozproszyć.

– Mamo, wszystko jest w porządku. Połowę życia spędziłaś w trasie, więc podróże nie powinny cię aż tak bardzo stresować.

Miałam wrażenie, że od kiedy krótko przed porodem zrezygnowała z jeżdżenia w trasy koncertowe z moim ojcem, prawie całkowicie przestała opuszczać nasze miasteczko. Zaledwie kilka razy wybrała się do większego miasta, i to po starannych przygotowaniach.

– Phil nie może na tak długo wyrwać się z pracy. A kiedy już może, woli odpocząć w domu.

Mama wyszła za mąż za Phila, kiedy chodziłam do liceum. W tamtym okresie byłam już jedną nogą poza domem, więc nie zdążyłam na dobre się zżyć z moim nowym „tatą”. Twierdziła, że Phil jest miłością jej życia, ale kiedy o nim wspominała, jej twarz nigdy nie rozjaśniała się tak jak podczas tych rzadkich okazji, gdy udawało mi się namówić ją na rozmowę o moim prawdziwym ojcu. Phil miał osobowość misia koala, ale wyglądali na szczęśliwą parę. Był lojalny, odpowiedzialny i tak samo przywiązany do życia w jednym miejscu jak moja mama.

– Och! – wykrzyknęła głosem wyższym o oktawę. – Nie uwierzysz, kogo spotkałam w ratuszu. Razem z Philem płaciliśmy podatek i wpadliśmy na Michaela Browninga. Wiesz, że ubiega się o urząd burmistrza? Byłby najmłodszym burmistrzem w historii naszego miasteczka. Podobno ma duże szanse na wygraną.

– Brawo. Słuchaj, muszę już kończyć.

– Wcale nie musisz – napomniała mnie. – Pytał o ciebie. O to, co u ciebie słychać. Jest tak samo przystojny jak wtedy, kiedy byliście parą. Nigdy nie zrozumiem, dlaczego wam nie wyszło.

Podczas gdy moja mama była zajęta przygotowywaniem posiłków i prowadzeniem domu dla nowego męża, ja jakimś cudem wpadłam w oko ówczesnemu królowi balu w miejscowym liceum – ku rozczarowaniu wielu dziewczyn, które ustawiały się w kolejce, licząc na jego względy.

Michael Browning był wymarzonym chłopakiem każdej dziewczyny i kumplem idealnym. Zabawny, z dobrej rodziny, z obiecującą przyszłością i słabością do dziewcząt z uboższych rodzin. Był dokładnie takim chłopcem, jakiego mama widziałaby u mojego boku. Nie mógł bardziej różnić się od tego lekkoducha, który nie miał ani czasu, ani ochoty na wychowywanie mnie.

– Nie wyszło nam z wielu powodów, a jednym z nich, i to wcale nie najmniej ważnym, było to, że nie zamierzałam spędzić reszty życia w Callaway, gdzie najwyraźniej on zamierzał zostać.

– Mówisz tak, jakby to było najgorsze miejsce na świecie. Nigdy nie zrozumiem, dlaczego wolisz żyć w tym brudnym mieście wśród tych wszystkich chorych ludzi. Tutaj miałaś swoje życie.

– To twoje życie i bardzo się cieszę, że jesteś szczęśliwa. Naprawdę. Ale w tej chwili stoję tuż przed domem Davida. Muszę kończyć. Czeka na mnie. – Od loftu w Soho, gdzie mieszkał mój szef, dzieliła mnie jeszcze jedna przecznica, ale bardzo chciałam zakończyć tę rozmowę, zanim zejdzie na złe tory. – Wyślę ci esemes, kiedy wyląduję – dodałam.

– Dziękuję. Wiesz, że cały czas będę się martwiła.

– Wiem, ale naprawdę nie ma powodu.

Na chwilę zamilkła.

– Kocham cię, córeczko – powiedziała cicho i znowu czule, jak matka tuląca swoje dziecko do snu i obiecująca, że wszystko będzie dobrze.

Moja irytacja się ulotniła. Na chwilę mama znowu stała się moją mamusią, a nie jakąś kobietą, która zrezygnowała ze wszystkich swoich marzeń i nie mogła zrozumieć, dlaczego nie chcę zrobić tego samego.

– Ja też cię kocham, mamo.

Zwolniłam, zbliżając się do celu. Odtwarzałam sobie w myślach tę rozmowę, którą tak szybko chciałam zakończyć. Podniosłam głowę i spojrzałam na dachy budynków na tle niebieskoszarego nieba. Zwlekałam z wejściem do środka, jeszcze przez chwilę stałam na chłodnym wiosennym powietrzu. Potrząsnęłam głową, poirytowana swoim tokiem rozumowania i niepożądanymi emocjami, które zaczynały wypływać na powierzchnię.

Melody Hawkins i ja nie zawsze się ze sobą zgadzałyśmy, ale była moją matką. Częścią mnie, choćbym próbowała uciec jak najdalej. Już dawno temu przestałam sporządzać listę powodów, dla których nie mogłam żyć takim życiem, jakie dla mnie zaplanowała, nie krytykując przy tym jej stylu życia.

Nie chciałam sprawiać jej przykrości, bo chociaż często się kłóciłyśmy, to byłabym niesprawiedliwa, obwiniając ją o to, że chciała mi dać jak najwięcej. Wychowała się w ubogiej, wielodzietnej rodzinie. Rodzice nigdy nie mieli dla niej czasu. Zakochała się w nieodpowiednim mężczyźnie i urodziła mnie. Starała się, by dać nam obu wszystko co najlepsze.

Pokonałam daleką drogę z Callaway i nie chciałam się oglądać za siebie. Wolałam nie myśleć o miasteczku, w którym się wychowałam, ani o Michaelu Browningu, który zdobywał coraz wyższą pozycję. Teraz moje życie toczyło się w zbyt szybkim tempie, bym mogła tam wrócić. Moja przeszłość się nie liczyła.

Głęboko zaczerpnęłam miejskiego powietrza i wypuściłam je z pełnym zmęczenia westchnieniem, po czym weszłam do budynku. Kiedy podeszłam do recepcji, młody mężczyzna w fatalnie skrojonym szarym garniturze podniósł głowę i spojrzał na mnie.

– Nazywam się Vanessa Hawkins. Jestem umówiona z Davidem Reillym – powiedziałam z uprzejmym uśmiechem.

– Chwileczkę. – Podniósł słuchawkę telefonu. – Panie Reilly, jakaś młoda kobieta do pana. Vanessa Hawkins. Mam ją puścić na górę?

Żołądek mi się ścisnął, kiedy ze słuchawki popłynął stłumiony głos Reilly’ego. Może intuicja próbowała mi coś podpowiedzieć. A może była to odruchowa reakcja na jego głos, nawet jeśli dochodził z oddali.

Mężczyzna odłożył słuchawkę i skinął głową w stronę wind.

– Pan Reilly czeka na panią. Zapraszam na górę.

Parę sekund później stałam w windzie. Oparłam się o chłodną metalową ścianę i myślałam o swoich planach na wieczór oraz o tak potrzebnych mi wakacjach, na które miałam wyjechać za niespełna dwadzieścia cztery godziny.

Była sobota, ale Reilly poprosił mnie o przysługę, na co niechętnie się zgodziłam. Trzeba było odebrać jego pranie i dostarczyć mu do kamienicy w Upper East Side. Zamiast sprawdzić, czy mają jego nowy adres, uparł się, żebym to ja odebrała ubrania, które były mu potrzebne na spotkania w tym tygodniu.

Daniel Reilly od dwóch lat testował moją cierpliwość. Zdarzały się lepsze dni, ale bywało i tak, że myślałam, iż dłużej już go nie zniosę. Musiałam wtedy wykrzesać z siebie jeszcze odrobinę dobrej woli. Codziennie sobie powtarzałam, że czeka mnie za to jakaś niezwykła nagroda.

Drzwi windy się otworzyły, a kiedy wysiadłam, cicho się za mną zasunęły. Nagle poczułam się nieprawdopodobnie malutka i zupełnie nie na miejscu. Zdusiłam w sobie wewnętrzny monolog i skupiłam uwagę na godnym pozazdroszczenia wnętrzu, w którym właśnie się znalazłam. Podłogi wyłożone lśniącym parkietem z ciemnego drewna, nowiutkie współczesne meble i kilka szklanych ścian dzielących pokoje – wszystko to wyglądało na kosztowne, nawet jak na nowojorskie standardy. Już nie wspominając o nowoczesnych schodach prowadzących na drugi poziom – o powierzchni tak ogromnej, że nie mieściła mi się w głowie. Nie miałam pojęcia, ile taki apartament był wart, ale znając Reilly’ego i jego dochody w naszej firmie, niewątpliwie mieścił się w jego budżecie.

Reilly szybko zszedł po schodach i podszedł do miejsca, w którym stałam, parę kroków od windy. Miał na sobie ciemnobrązowy sweter i niebieskie dżinsy, na bose stopy nałożył miękkie brązowe pantofle. Jego nonszalancki wygląd niemal mnie przeraził. Rzadko go widywałam w innym stroju niż designerski garnitur. Wyglądał jednak bardziej swojsko, chociaż poza tym, że oboje byliśmy ludźmi, nie przychodziła mi do głowy ani jedna cecha, która by nas łączyła.

Był dość przystojny. Miał ostre rysy twarzy i szare oczy o przenikliwym spojrzeniu. Mierzył około stu siedemdziesięciu pięciu centymetrów, ale wyglądał na wysportowanego i sprawiał wrażenie osoby, której – choć praca dla niego była frustrująca – wolałabym nie nadepnąć na odcisk. Niewiele osób z Wall Street by się na to porwało.

Sięgnął po wieszaki z ubraniami, które trzymałam na obolałym małym palcu.

– Dobrze – powiedział i rzucił ubrania w plastikowych pokrowcach na najbliższe krzesło. Miało biało-czarną tapicerkę i surowy, nowoczesny wygląd, pasujący do reszty pomieszczenia.

Zamrugałam oczami, oszołomiona widokiem tego loftu i zupełnie innego niż na co dzień wizerunku Reilly’ego.

– Wspaniały apartament. Oczywiście kiedy się rozpakujesz, będzie wyglądał bardzo ładnie.

Reilly prawie się uśmiechnął.

– Powinnaś była zobaczyć mój apartament w Sutton Place.

Jeżeli tamten, w którym mieszkał ze swoją byłą, wyglądał choć w połowie tak luksusowo, to i tak szczęka by mi opadła.

– Na pewno był piękny.

Jego wzrok nagle zrobił się zimny jak kamień, a mój żołądek znowu boleśnie się ścisnął. Powiedziałam coś nie tak? Reilly wydał z siebie jakiś niezrozumiały odgłos i zacisnął szczęki.

– A niech ta suka go sobie weźmie – mruknął.

Nerwowo przygryzłam wewnętrzną stronę dolnej wargi. Atrament jeszcze nie zasechł na papierach rozwodowych. Domyślałam się, że Reilly i Cheryl są już w ostatniej fazie niekończącej się separacji. Ostatnio niewiele o niej mówił. Od kiedy zaczęłam pracować jako jego osobista asystentka, rzadko prowadzili wspólne życie towarzyskie, w każdym razie o ile udało mi się to zaobserwować. Cheryl dużo podróżowała, dzięki czemu często nie mogła uczestniczyć w rozmaitych imprezach firmowych. Pewnie również z tego powodu byłam aż tak potrzebna Reilly’emu.

– Przyniosłam kawę. – Wyjęłam jego kubek z tacki i podałam mu go. Obniżona zawartość kofeiny, odtłuszczone mleko, potrójna grande mocha. Nie prosił o nią, ale uznałam, że na wszelki wypadek kupię.

Wziął ją ode mnie, nie nawiązując kontaktu wzrokowego.

– Trochę za późno na kawę.

„Jak to miło, że podziękowałeś” – odparowałam w myślach. W jego obecności zdarzało mi się to nieco zbyt często. Może darzyłby mnie większym szacunkiem, gdybym tego zażądała. Ale bardziej prawdopodobne było to, że po prostu by mnie zwolnił.

Upił łyk i się odwrócił.

– Z drugiej strony, mam mnóstwo rzeczy do rozpakowania – powiedział, zrywając taśmę z jednego z pudeł na środku pomieszczenia.

Zerknął na mnie z ukosa, a ja natychmiast zrozumiałam ten przekaz: „Pomożesz mi?”.

Tego właśnie sobie życzył. Innego dnia bez wahania zaoferowałabym mu swoją pomoc. Kiedy byliśmy w pracy, a on czuł się pod dużą presją, odruchowo robiłam wszystko, żeby go odciążyć. Ale, do diabła, dziś była sobota, a ja miałam za sobą ciężki tydzień, za który zamierzałam się nagrodzić spotkaniem z przyjaciółmi i paroma martini.

– Wobec tego chyba już sobie pójdę. Jeszcze nawet nie spakowałam się przed podróżą. – Skłamałam. Byłam spakowana na sto procent. Nawet przelałam do malutkich buteleczek produkty do pielęgnacji włosów. Dosłownie odliczałam godziny do wyjazdu. Mój umysł wypełniały dekadenckie myśli o owocowych drinkach i słońcu, ale nie mogłam się pozbyć poczucia winy i niepokoju.

– Będzie mi bez ciebie ciężko – powiedział Reilly głosem nieznoszącym sprzeciwu. – Zostawisz włączoną komórkę?

– Nie jestem pewna, czy tam będę miała sygnał – wymamrotałam.

Wydobył z siebie kolejny niezrozumiały dźwięk, który miał oznaczać: „Vanesso, musisz to jakoś rozwiązać”. Nie byłam pewna, czy moja umiejętność odczytywania słów, których nie wypowiadał, czyniła ze mnie wybitną asystentkę, czy zwykłą wariatkę. Tak czy inaczej, miałam wrażenie, że zanosiło się na długą noc.

– Potrzebujesz mojej pomocy? – spytałam w końcu. Nie cierpiałam tych słów i odpowiedzi, która lada chwila miała po nich paść.

Skinął głową w stronę kuchni i wysokich okien, częściowo zasłoniętych przez stosy pudeł.

– Możesz zacząć tam.

2

VANESSA

– Panie mają wstęp za darmo. – Bramkarz przy wejściu do „Kobiety z brodą” skinął głową w stronę Elego. – Dziesięć dolców.

Eli z trudem ukrył irytację. Przewrócił oczami i wcisnął dziesięciodolarowy banknot w dłoń mężczyzny, który następnie przybił pieczątki na naszych rękach i wpuścił nas do zatłoczonego baru na Brooklynie.

– Nie wierzę, że kazał mi zapłacić – mruknął Eli.

– Samo to, że jesteś gejem, nie oznacza, że nie musisz płacić.

Przepchnęliśmy się przez kilka grupek. Po czterech godzinach rozpakowywania urządzeń kuchennych Reilly’ego w końcu udało mi się uciec z jego szponów. Teraz czułam jeszcze większe zmęczenie po całotygodniowej pracy i byłam zdecydowana jak najlepiej wykorzystać tych parę ostatnich godzin przed jutrzejszym wyjazdem.

Jednym z moim niezmiennych rytuałów było robienie planów na sobotni wieczór. Nie były już tak szalone, od kiedy kilka miesięcy wcześniej moja przyjaciółka Maya, współpracownica i współbalangowiczka, przeszła na imprezową emeryturę, ale wciąż tylko one utrzymywały mnie przy zdrowych zmysłach. Dwa lata przepracowane w firmie ciągnęły się dla mnie jak dwanaście lat. Już nawet nie pamiętałam, kiedy ostatnio nie musiałam zostać w pracy po godzinach i spełniać kaprysy i zachcianki Reilly’ego.

– Vanesso, to, że mnie przywlokłaś w miejsce pełne przystojniaczków, jeszcze nie oznacza, że nie będę narzekał. – Eli przeczesał szczupłymi palcami swoje kruczoczarne włosy, co robił dość często, bo jego włosy zawsze były za długie. Końcówki grzywki miał ufarbowane na jaskrawoniebieski kolor, co idealnie pasowało do intensywnie błękitnego logo na jego T-shircie.

Wepchnęłam się na wolne miejsce przy barze, z nadzieją, że uda mi się przywołać barmana.

– Stawiam pierwszą rundę i jesteśmy kwita.

Nadaremnie usiłowałam zwrócić na siebie uwagę barmana. Nie włożyłam swojego zwykłego imprezowego stroju, więc nie mogłam błysnąć dekoltem.

Eli rozejrzał się po sali.

– Muszę przyznać, że są tu niezłe ciacha. Wstęp wolny dla pań przyciąga sporo towaru, prawda?

Uśmiechnęłam się. Jak szybko zmienił nastawienie.

– Myślałam, że lubisz nocne kluby.

Z westchnieniem przechylił głowę.

– Wszystko zależy od klienteli. – Na jego ustach pojawił się przebiegły uśmieszek. – Och, widzę tam znajomą twarz.

Podążyłam za jego wzrokiem, spodziewając się zobaczyć jednego z byłych chłopaków Elego.

Rzeczywiście znalazło się tu kilku przystojniaków. Zaledwie parę metrów od nas stał Darren Bridge. Nie powinnam była aż tak się ekscytować na widok mężczyzny, którego ledwie znałam, ale serce zaczęło mi nierówno bić. Coś mnie do niego ciągnęło…

Wolałabym być ślepa na to coś, ale na jego widok alarm w mojej głowie, wyczuwający obecność niegrzecznych chłopców, zawsze zaczynał wyć jak oszalały. Niegrzeczny chłopiec był mi teraz potrzebny mniej więcej tak jak druga praca. Tak czy inaczej, nie zaszkodziło popatrzeć.

Miał na sobie białą bluzę, która niezbyt skutecznie maskowała umięśnione ciało pod spodem. Na siłowni ten facet był jak dzikie zwierzę. Każdą krzywiznę jego wysportowanego ciała podkreślał fakt, że Darren był cholernie przystojny. Teraz jego twarz niknęła w cieniu, więc na pociechę została mi cała jego reszta. Ciemne włosy schludnie przystrzygł po bokach, ale na czubku głowy były dłuższe i nieco potargane. Aż się chciało wsunąć w nie palce. Nieskazitelna oliwkowa skóra opinająca się na mięśniach szyi i przedramion. Odwrócił się lekko i roześmiał, odsłaniając proste, olśniewająco białe zęby.

Czy obiektem jego uwagi była kobieta? Nie zdziwiłoby mnie to, ale okazało się, że rozmawiał z innym mężczyzną, nie mniej wysportowanym i atrakcyjnym. Miałam wrażenie, że Darren przyciąga do siebie wyjątkowo przystojnych facetów z równą łatwością, jak kobiety, które dosłownie rozbierały go wzrokiem. Włącznie ze mną.

Eli szturchnął mnie w bok i posłał mi znaczący uśmiech.

– Zamknij się – warknęłam.

– Przecież nic nie powiedziałem. – Roześmiał się. – Ale twoja twarz…

– To niezłe ziółko i dobrze o tym wiesz. Zarabia na życie łamaniem niewieścich serc.

– Tuż po tym jak połamie całe łóżko. Zakładam się, że pieprzy się jak demon.

Na samą myśl o tym zrobiło mi się nieprzyjemnie gorąco. Bardzo chciałabym się o tym przekonać…

Oparłam się chęci powtórzenia, żeby Eli się zamknął, zanim znowu zacznie snuć fantazje na temat Darrena Bridge’a, które powstały w mojej głowie kilka miesięcy temu, kiedy go poznałam. Maya ostrzegła mnie wtedy, że Darren to kobieciarz, i doradziła, żebym trzymała się od niego z daleka. Nie musiałam za bardzo się wysilać. Drinki i imprezowanie zawsze ułatwiały podejmowanie złych decyzji, ale chociaż wtedy Darren przez całą noc nie odstępował mnie ani na krok, po skończonej imprezie zaledwie cmoknął mnie w policzek.

Albo plotki te mijały się z prawdą i Darren był dżentelmenem, albo – co bardziej prawdopodobne – nie byłam w jego typie i po prostu dotrzymywał mi towarzystwa z czystej uprzejmości.

Odwróciłam się i oparłam o bar. Zrezygnowałam z prób zwrócenia na siebie uwagi barmana. Musiałam skupić się na czymś innym niż umięśnione plecy Darrena.

– Faceci tacy jak Darren zawsze robią fantastyczne pierwsze wrażenie, ale to ułuda. Nie można być aż tak przystojnym i jednocześnie aż tak dobrym w łóżku.

Eli uniósł brew.

– A cóż to za idiotyczna teoria?

Wzruszyłam ramionami. Czasami stwarzałam własne reguły, żeby poprawić sobie samopoczucie. W głębi ducha wiedziałam, że ta teoria rzeczywiście jest idiotyczna. Cameron był tak samo przystojny, a Maya nie narzekała na seks z nim. Z drugiej strony jednak kochali się od lat. Nie wiedziałam, co to znaczy sypiać z kimś, kogo kocha się od tak dawna, a jeżeli to, co Maya mówiła o reputacji Darrena, było prawdą, to prawdopodobnie on nigdy nie przerwał swoich podbojów na tyle długo, żeby zdążyć się zakochać.

– Proszę pani?

Kiedy się odwróciłam, zobaczyłam przed sobą dwa dirty martini1, które pojawiły się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

– Nie zamawiałam ich.

– Mam je zabrać? Tamten mężczyzna poprosił, żeby doliczyć je do swojego rachunku. – Wcześniej nieuchwytny barman wskazał kciukiem za siebie.

Zmrużyłam oczy.

– Który mężczyzna?

– Chyba ten, V. – Eli znowu szturchnął mnie w bok, tym razem nieco lżej.

W tej chwili poczułam na biodrze ciepłą dłoń, która delikatnie przesunęła się po moich plecach, kiedy się odwróciłam. Na widok Darrena aż mi dech zaparło w piersi. Jego obecność jakimś cudem wysysała cały tlen z mojego otoczenia.

– Nie spełnia twoich potrzeb? – spytał z uśmiechem.

Serce znowu mi zatrzepotało.

– Słucham? – Mój głos został pochłonięty przez gwar panujący przy barze.

Darren pochylił się nade mną, a ja poczułam zapach jego wody kolońskiej i ciepły oddech łaskoczący mnie w ucho.

– Martini Grey Goose, z dodatkową zalewą. Myślisz, że zapomniałem?

Och. Ogarnęło mnie lekkie rozczarowanie, kiedy uświadomiłam sobie, że nie była to seksualna aluzja. Zapamiętał jednak mojego ulubionego drinka.

– Dziękuję. Nie trzeba było. – Nie miałam pewności, czy powinnam była to powiedzieć, ale z jakiegoś powodu w jego obecności miałam kompletny mętlik w głowie. Być może dlatego, że jego emanujące ciepłem ciało znajdowało się zaledwie kilkanaście centymetrów ode mnie. Być może dlatego, że jego seksowny uśmiech i błysk w oku działały na mnie paraliżująco, prawdopodobnie tak jak na większość kobiet.

Eli lekko zamachał ręką, próbując zwrócić na siebie uwagę Darrena.

– Jestem Eli, na wypadek gdybyś zapomniał.

– Miło znowu cię widzieć. – Darren zdjął rękę z moich pleców i podał dłoń Elemu. – Pewnie już nie możecie się doczekać tego wyjazdu, co?

– Królestwo za Kajmany! – Eli teatralnym gestem uniósł swój kieliszek martini i stuknął się z Darrenem, który pił piwo w brązowej butelce.

Eli upił łyk i zmarszczył brwi. Po chwili wyjął z kieszeni telefon, odebrał połączenie i przycisnął komórkę do ucha.

– Taylor, poczekaj chwilę! – zawołał do słuchawki. Uniósł palec, dając mi znać, że zaraz wraca.

Darren zajął jego miejsce, otoczył mnie ręką i oparł ją na barze.

– Często tu przychodzisz?

Niemal zakrztusiłam się drinkiem. Niemożliwe, że zadał mi takie pytanie.

Uśmiechnął się szeroko, odsłaniając proste białe zęby.

– To nie była próba podrywu. Pytałem poważnie. Naprawdę.

– Jasne. Nie przychodzę tu zbyt często, ale to pewnie się zmieni za parę tygodni, kiedy wprowadzę się do Elego. Zastąpię Mayę jako jego współlokatorka, więc będę częściej bywać w tej okolicy.

Pokiwał głową.

– Cieszysz się?

– Tak. Eli to jeden z moich najbliższych przyjaciół, a poza tym bardzo nie lubię mieszkać sama. Myślę, że to będzie dobra odmiana. Dużo pracuję, a Eli pomaga mi odzyskać właściwą perspektywę. Poza tym będzie też miło mieszkać bliżej Mai. Od kiedy odeszła z firmy, prawie się nie widujemy.

Zapadło milczenie. Zaczęłam odtwarzać w myślach swoje słowa z nadzieją, że nie zabrzmiały tak niezręcznie i desperacko, jak się tego obawiałam. Praca i przyjaciele byli dla mnie wszystkim. Tęskniłam za Mayą, a od chwili gdy wprowadziła się do Camerona, bardzo zbliżyłam się do Elego. Zaczęłam skręcać w palcach kosmyk włosów i westchnęłam.

– Przepraszam. Mam za sobą kilka stresujących miesięcy. Dużo rzeczy się zmieniło.

– Rozumiem. Cameron też się zmienił. Jest moim bratem i zawsze pozostaniemy sobie bliscy, ale teraz jest zupełnie inaczej. Maya znalazła się u niego na pierwszym miejscu.

– Cameron to porządny gość.

– Najlepszy. Maya ma wielkie szczęście.

Na czole, między jego ciemnymi brwiami, pojawił się lekki mars.

– On też ma szczęście – odparowałam. Maya była trudną dziewczyną, którą parę lat wcześniej Cam potraktował paskudnie, uciekając niemalże spod ołtarza. Wziąwszy wszystko pod uwagę, Maya dobrze z tym sobie poradziła. Ostatecznie jednak wrócili do siebie i dali swojemu związkowi drugą szansę.

Darren lekko się uśmiechnął.

– Jasna sprawa. – Znowu się nade mną pochylił, chociaż doskonale go słyszałam. – A gdzie twój szczęściarz?

Pokręciłam głową i spojrzałam na kieliszek.

– Nie mam żadnego szczęściarza. – Jedynym szczęściarzem w moim świecie był David Reilly, a ja już nie mogłam się doczekać, kiedy choć na trochę się od niego uwolnię. Uniosłam kieliszek. Poczułam na języku smak oliwek, octu i alkoholu, a perspektywa wolnego wieczoru po całym dniu bycia jego chłopcem na posyłki nieco mnie rozluźniła. Z trudem powstrzymałam się, by nie westchnąć.

– Dobre? – Darren przeniósł wzrok z kieliszka na moje ciało, po czym znowu spojrzał mi prosto w oczy.

Kiedy nasze spojrzenia się skrzyżowały, znowu sobie uświadomiłam, jak piękne są jego oczy. Jasnobrązowe z zielonymi plamkami. Hipnotyzujące. Bardzo niepokojące.

– Doskonałe, dokładnie takie, jak lubię. Nie do wiary, że zapamiętałeś. Minęło już sporo czasu. – Oblizałam usta, powtarzając sobie w duchu, że Darren wcale nie próbuje mnie poderwać.

Uśmiech w jego oczach lekko przygasł, a na jego miejscu pojawiło się coś mroczniejszego.

– Całą tamtą noc na stałe zapisałem sobie w pamięci.

Nie wiedziałam, co powiedzieć. Nawet nie plotłam bzdur, tylko dosłownie zaniemówiłam. Darren wyraźnie mnie podrywał, a ja nie miałam pojęcia, co z tym począć. Moje ciało krzyczało, żebym coś powiedziała, dotknęła go, dała mu znak, jak bardzo na mnie działa. Ale umysł był na to zbyt mądry.

Kiedy już myślałam, że nigdy nie zdecyduję się, czy rzucić się na szyję temu bogowi seksu, czy zanudzić go na śmierć gadką o moim marnym żywocie, w drzwiach baru pojawił się Eli. Podszedł do mnie. Kilka kroków za nim szedł facet, z którym Darren wcześniej rozmawiał. Z bliska wyglądał jeszcze bardziej imponująco. Wysoki i szczupły, o jasnobrązowej cerze i oczach w kolorze chłodnej szarości i błękitu. Wyglądał, jakby w jego żyłach płynęła mieszanka krwi różnych ras, nie potrafiłam jednak określić, jakież to rasy mogły przyczynić się do stworzenia tak atrakcyjnej istoty.

Darren odwrócił się do niego.

– Vanesso, to jest Ian Savo. Jesteśmy w tym samym batalionie.

– Ja jestem Eli. – Eli podał Ianowi rękę.

– Bardzo mi miło. Vanesso, ciebie również miło poznać. Dużo o tobie słyszałem. – Zwrócił się do Darrena. – Przepraszam, że przeszkadzam, ale chciałbym, żebyś kogoś poznał. Mogę cię na chwilę porwać?

Darren lekko zmarszczył brwi, upił jeszcze jeden łyk piwa i wstał od baru. Oddalił się ode mnie na tyle, że przestałam czuć ciepło jego ciała.

– Oczywiście. – Posłał mi uśmiech pełen irytacji, który zdawał się odzwierciedlać moje własne rozczarowanie. – Wracam za parę minut, okay?

Bez słowa kiwnęłam głową i przez kilka chwil patrzyłam, jak oddala się ze swoim znajomym. Miałam wrażenie, że wraz z jego odejściem zaszło słońce i zniknęło jego ciepło. Odwróciłam się do Elego, zdecydowana położyć kres wewnętrznemu nadąsaniu. Eli wpatrywał się w swój telefon. Przeglądał esemesy.

– Czego chciał Taylor?

– Chciał się dziś ze mną spotkać. Powiedziałem, że dziś imprezuję z tobą. Nie był zadowolony.

Eli od jakiegoś czasu z przerwami spotykał się z Taylorem. Nie związali się ze sobą na stałe, bo Taylor był fotografem i często podróżował. Jedyny problem polegał na tym, że Eli nie lubił otwartych związków.

– Wyjeżdża z miasta?

Eli kiwnął głową.

– Do Londynu.

Eli nigdy się do tego nie przyznał, ale był po same uszy zakochany w Taylorze i cierpiał za każdym razem, kiedy jego kochanek wyjeżdżał. Wiedział, że w podróży Taylor spiknie się z kimś innym. W rezultacie w takich sytuacjach Eli próbował się na nim odegrać, pokazać, że potrafi dobrze się bawić bez Taylora, chociaż, z tego, co wiedziałam, był lojalny wobec swojego „chłopaka”, który nie rewanżował mu się tym samym.

Westchnęłam, ubolewając, że w żaden sposób nie mogę go pocieszyć.

– Puściłabym cię, ale wtedy wyjdę na samotną dziewczynę przy barze, desperacko rozglądającą się po sali.

– Nie, pieprzyć to. Przyjaciele nie robią sobie takich rzeczy. Co powiesz na następną kolejkę?

Wrzuciłam sobie oliwkę do ust i kiwnęłam głową.

– Jasne, tylko skoczę do toalety. Za chwilę wracam.

Przepchnęłam się przez tłum i odnalazłam damską toaletę. Na szczęście kolejka była dość krótka. Kiedy wracałam do Elego, zauważyłam Darrena na drugim końcu sali. Stał z Ianem i jakimiś dwiema kobietami. Ian przytulał brunetkę, która prawie dorównywała mu wzrostem. Blondynka, która stała po jego drugiej stronie, uwiesiła się na umięśnionym ramieniu Darrena i śmiała się, kiedy mówił jej coś do ucha.

Jak gdyby wyczuwając moją obecność, podniósł głowę i nasze spojrzenia się skrzyżowały. Rumieniec wypłynął na moje policzki. Zalała mnie fala rozczarowania. Nie wiedziałam, ile sekund minęło, zanim uświadomiłam sobie, jak głupio muszę wyglądać, stojąc na środku sali i gapiąc się na Darrena i jego harem. Odwróciłam wzrok i czym prędzej znowu ruszyłam w stronę Elego, przeklinając samą siebie w myślach. Darren Bridge z całą pewnością był zwykłym kobieciarzem, a ja wyszłam na idiotkę, wierząc, że plotki na jego temat są nieprawdziwe.

Kiedy tylko odnalazłam Elego, z głośników zamocowanych na ścianach popłynął donośny głos:

– Panie i panowie! Nadeszła godzina, na którą wszyscy cierpliwie czekaliście. Zaczynamy karaoke. Dobierzcie się w pary i wybierzcie swoją ulubioną piosenkę. Śmiało. Nie krępujcie się.

Bezceremonialnie wyrwałam nienapoczęty drink z dłoni Elego. Po ogłoszeniu zabrzmiała piosenka, którą znałam. Nagle poczułam potrzebę zaśpiewania jej, wyrażenia śpiewem uczuć, które Darren nieoczekiwanie wzbudził we mnie tej nocy. Z ulgą przyjęłam tę nagłą zmianę nastroju. Jednym haustem wypiłam pół kieliszka schłodzonego martini.

– Wow. Co jest? – Eli spojrzał na mnie szeroko otwartymi oczami.

Wskazałam na jego drink.

– Dopij. Idziemy na scenę.

DARREN

Cała twarz mnie bolała od sztucznego uśmiechu adresowanego do blondynki, która ciągle zerkała na Iana bajerującego jej przyjaciółkę. Chciałem wrócić do Vanessy, ale w najbliższym czasie się na to nie zanosiło. Nagle, zupełnie jakby wszechświat spełnił moją niewypowiedzianą prośbę, znowu ją zobaczyłem. Weszła na niewielką scenę w kącie sali. Wyglądała promiennie. Ciemnoorzechowe włosy i miękkie różowe usta. Tak samo jak wcześniej, i teraz nie mogłem oderwać od niej oczu.

Nigdy bym nie przypuszczał, że będzie chciała wziąć udział w karaoke. Stała z mikrofonem w ręku, skręcając w palcach kabel. Eli kręcił się koło niej, jakby już nie mógł się doczekać, kiedy zaczną śpiewać.

Zastygłem w oczekiwaniu na jej występ. Chciałem i jednocześnie nie chciałem, żeby mnie zobaczyła. Jeszcze się nie otrząsnąłem po tym, jak chwilę wcześniej zobaczyłem jej minę. Nie była pierwszą dziewczyną, którą musiałem z takiego czy innego powodu odstawić na bocznicę, ale dopiero tej nocy poczułem, jaki ze mnie palant. Bez wątpienia pomyślała, że olałem ją dla tej blondynki.

Bo tak też zrobiłem.

Przez Iana. Miałem ochotę go wykastrować za to, że mnie odciągnął od baru. Przeważnie nie protestowałem przeciwko temu, żeby być jego przybocznym, ale tego dnia byłem chyba zaślepiony. Widziałem tylko Vanessę. Stała na scenie i każdy mógł ją podziwiać tak samo jak ja.

– Znasz ją? – blondynka krzyknęła mi do ucha.

Skrzywiłem się i kiwnąłem głową, nie odrywając oczu od Vanessy. Dlaczego tak szybko schrzaniłem sprawę?

A to wszystko dlatego, że Ian napalił się na tę brunetkę. Była ładna, miała ciało jak modelka. I głos przypominający skrzypienie kredą po tablicy, ale nie sądzę, żeby interesowała go konwersacja z nią. Po prostu chciał, żebym zajął się jej koleżanką i oddzielił ją od przyjaciółki.

Nie powinienem się tym przejmować. Vanessa nie była pierwszą kobietą, na którą działałem tak silnie, kiedy znajdowałem się w odległości zaledwie kilkunastu centymetrów. Rozkoszowałem się widokiem rumieńca na jej policzkach, kiedy jej dotknąłem. Te drobne, subtelne gesty mogły uchodzić za nic nieznaczące, ale dla mnie były częścią taktyki. Wiedziałem, że Vanessa jest poza moim zasięgiem, ale kiedy tylko zobaczyłem ją przy barze, nic nie mogło mnie powstrzymać przed podejściem i zagadnięciem jej. Kiedy się poznaliśmy, wykazałem się ogromną siłą woli. Już nie pamiętam, kiedy ostatnio tak bardzo pragnąłem zaciągnąć kobietę do łóżka, ale się przed tym powstrzymałem. Nowy Jork był moim placem zabaw, a ja rzadko odmawiałem sobie przyjemności. Pracowałem intensywnie i jeszcze intensywniej uprawiałem seks.

Mocniej zacisnąłem dłoń na butelce piwa, wyobrażając sobie Vanessę w łóżku.

Tymczasem Vanessa przyłożyła mikrofon do ust i wbiła wzrok w podłogę przed sobą. Tej nocy wyglądała inaczej. Nie ubrała się jak na imprezę. Nie miała na sobie tamtej czerwonej sukienki i szpilek, a jej włosy nie rozwichrzyły się po całej nocy przetańczonej w klubie. Tym razem wyglądała tak jak pewnie na co dzień. Miękkie, naturalnie ułożone włosy. Ciemne dżinsy opinające jej biodra i luźna koszula, która zsunęła jej się z jednego ramienia, odsłaniając czarne ramiączko biustonosza. Miałem ochotę chwycić je w zęby i…

Gwar nieco przycichł i rozległo się energiczne, melodyjne intro do piosenki, której nie mogłem rozpoznać. Parę sekund później Vanessa z zamkniętymi oczami zaśpiewała pierwszy wers.

O Jezu.

W klubie było gorąco jak w piekle, mnie jednak na całym ciele wyskoczyła gęsia skórka. Śpiew Vanessy zapierał mi dech w piersi. Fałszujący Eli, który śpiewał chórki, niespecjalnie jej pomagał, ale nawet on nie mógł zagłuszyć jej talentu.

Co cię nie zabije, to cię wzmocni, wzmocni!

Każdy kolejny wers brzmiał intensywniej niż poprzedni. Vanessa nie nawiązała kontaktu wzrokowego z widzami. Patrzyła tylko na Elego albo w podłogę, ale każde słowo brzmiało niezwykle szczerze. Już nie była tak spięta jak jeszcze chwilę wcześniej. Na scenie przemieniała się w kogoś innego.

Blondynka zaczęła coś do mnie mówić, ale podniosłem rękę, żeby ją uciszyć. Kiedy Vanessa skończyła śpiewać, zagrzmiały oklaski.

– O cholera, co za głos! – zawołał Ian, próbując przekrzyczeć gwizdy i pohukiwania.

O tak, głos miała cudowny.

Uśmiechnąłem się i zacząłem klaskać i gwizdać z całych sił.

3

DARREN

– Vanessa!

Przeszła od początku kolejki do kasy. Wyminąłem tłum czekających ludzi i stanąłem obok niej. Pora nie mogła być lepsza, a z jakiegoś powodu ogarnęła mnie dziwna niecierpliwość.

Po jej występie na karaoke poprzedniej nocy bezskutecznie próbowałem ją odnaleźć. Ian w ogóle mi w tym nie pomógł. Chyba z godzinę musiałem słuchać gadania blondynki o jej studenckim stażu, aż wreszcie brunetka zgodziła się wziąć Iana ze sobą do domu. Kolejne pół godziny potrwało przekonywanie blondynki, żeby do nich dołączyła, a potem już nigdzie nie mogłem znaleźć Vanessy.

Wróciłem do domu sam. Spało mi się beznadziejnie. Powinienem był dla ukojenia nerwów przyprowadzić ze sobą tamtą blondynkę, ale miałem przeczucie, że to by nic nie dało. Wciąż słyszałem głos Vanessy. Za każdym razem, kiedy zamykałem oczy, widziałem ją na scenie, śpiewającą prosto z serca. Nie pamiętam, kiedy ostatnio spojrzałem na kobietę i nie oceniłem jej wyglądu za pomocą mentalnego miernika seksowności. Wysoka, niska. Ładne ciało, zbyt mocny makijaż. Ładny tyłeczek. Lista zalet lub ich braków ciągnęła się w nieskończoność…

Vanessa była zupełnie inna niż pozostałe dziewczyny. Była… piękna. Była naturalną pięknością z ciałem, którego rozpaczliwie pragnąłem dotykać w o wiele intymniejszy sposób niż do tej pory. W ogóle się nie wystroiła jak wtedy, kiedy się poznaliśmy, ale z jakiegoś powodu to sprawiało, że jeszcze bardziej chciałem zaciągnąć ją do łóżka. Nie próbowała udawać ani zrobić na mnie wrażenia. Była… taka prawdziwa. Prawdziwa i tak inna niż dziewczyny, z którymi się do tej pory zadawałem, że dosłownie mnie zahipnotyzowała.

Kiedy stanąłem obok niej, szeroko otworzyła oczy. Były ładne, jak cała reszta. W ich tęczówkach widziałem kilka kolorów, z przewagą jasnej zieleni.

– Można?

– Tak, oczywiście. – Odwróciła ode mnie wzrok i przesunęła paszport po blacie.

– Czy są jakieś zniżki dla par? – spytałem i uśmiechnąłem się do kasjerki. Nieco puszysta, starsza farbowana blondynka.

Zamrugała oczami, po czym z powrotem spojrzała na swój komputer i postukała w klawiaturę.

– Zaraz sprawdzę. Ma pan szczęście.

– Darren, nie mogę… – Vanessa pokręciła głową.