Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Prawdopodobnie najbardziej muzyczna książka tego roku! Ale uwaga – to nie jest słodka powieść romantyczna o idealnym mężczyźnie albo księciu na białym koniu. To historia dla tych, którzy mają dość wygładzonych bohaterów bez wad i wiedzą, że miłość oprócz czułości i śmiechu potrafi niesie też chaos oraz trudne emocje.
Kiedy Abby wychodzi z koncertu swojego ulubionego zespołu, od razu usuwa z playlisty wszystkie utwory Chained Heart. Spotkanie z Levim Roughtym – wokalistą i jej wieloletnim crushem – zamiast spełnieniem marzeń okazuje się bolesnym zderzeniem z rzeczywistością.
Wystarczy jedno spotkanie, by wróciły stare kompleksy i przykre wspomnienia. Los jednak nie pyta o zdanie i ponownie stawia ich na swojej drodze. Problem w tym, że żadne z nich nie jest idealne. Oboje popełniają błędy, podejmują złe decyzje i nie zawsze potrafią powiedzieć to, co naprawdę czują. A im mocniej zaczyna im zależeć, tym bardziej wszystko się komplikuje.
To historia ludzi z krwi i kości – pełna emocji, wątpliwości, potknięć i lęku przed rozczarowaniem. Czy taka miłość ma szansę przetrwać? Czy uda im się płynnie przejść do następnej piosenki?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 218
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Ewa Wyszyńska
Please, don’t fuck this up!
Proszę, nie zepsuj tego!
Spis treści
Od Autorki
ROZDZIAŁ 1: Proszę, nie zepsuj tego!
ROZDZIAŁ 2: Burząc twój świat miłością
ROZDZIAŁ 3: Crush
ROZDZIAŁ 4: A ja myślałem, że…
ROZDZIAŁ 5: Karmazynowy pocałunek
ROZDZIAŁ 6: Dusza w ruinie
ROZDZIAŁ 7: Szepty
ROZDZIAŁ 8: Nie płacz
ROZDZIAŁ 9: Upojony twoimi wargami
ROZDZIAŁ 10: Nie lubisz niespodzianek?
ROZDZIAŁ 11: Ciężkie słowa
ROZDZIAŁ 12: Złość
ROZDZIAŁ 13: Gdybym mógł…
ROZDZIAŁ 14: Nie odchodź!
ROZDZIAŁ 15: Powrót do domu
ROZDZIAŁ 16: Nie tylko twój
ROZDZIAŁ 17: Proszę…
ROZDZIAŁ 18: W tym samym miejscu
ROZDZIAŁ 19: Deszczowy dzień
Piosenka Abby
Wszystkim, którzy mają dośćwysmarowanych dżemem, idealnych,lecz płytkich facetów z książek.Tym, co wiedzą, że miłość kochaoprócz śmiechu także niedoskonałości…
E. W.
Gdy jeden etap życia się kończy,a drugi dopiero zaczyna kształtować…
Właśnie w takim momencie poznajemy Abigail Black. Coś, co z pozoru będzie wydawać się cudowne, mocno zatrzęsie jej wewnętrzną równowagą. Przecież takie rzeczy przytrafiają się każdemu.
„Please, don’t fuck this up!” to nie słodka powieść romantyczna! Żaden idealny książę nie uratuje ukochanej z opresji, więc nie spodziewajcie się tu nadmiaru waty cukrowej, wszechobecnego lukru czy suchych nie-uczuć. A jeśli koniecznie czekacie na jakąś naprawdę słodką postać, to będzie nią bezsprzecznie kot Olav.
Emocje się pojawią, to mogę Wam obiecać. Zarówno jako czytelniczka, jak i pisarka, dosyć mam wysmarowanych dżemem facetów, którzy zostali obdarci ze swoich wszystkich, na marginesie wspaniałych, wad iniedoskonałości. Perfekcyjnym, płytkim panom wgarniturach mówię STANOWCZE NIE!
Pierwszy pomysł na „Please don’t fuck this up!” pojawił się w mojej głowie po niezbyt udanym koncercie pewnego artysty. Szczerze mówiąc, jego piosenki towarzyszyły mi od lat, do czasu…
Kiedy wyszłam z sali koncertowej, miałam bardzo podobne odczucia jak Abby. Podczas pisania cały zarys fabuły ulegał ciągłej zmianie, z czym przez jakiś czas dzielnie walczyłam. Od planów upokorzenia pewnych postaci i starcia ich z powierzchni kartek, po ostateczne ułaskawienie. Wzbudziły one we mnie tak ogromną sympatię, czego i Wam życzę, że nie byłam w stanie trzymać się dłużej oryginalnego zamysłu na tę powieść. Puściłam więc bohaterów wolno, a kolejne rozdziały „pisały się” właściwie same. Poznajcie tę historię, aprzede wszystkim jej uczestników. To właśnie oni nadają powieści nieoczywistości i wprowadzają prawdziwe tsunami.
Tekst był już prawie gotowy, jednak czegoś mi w nim brakowało. W końcu dotarło do mnie, że cała ta historia nigdy nie stanie się kompletna bez Leviego. Wtedy i jemu pozwoliłam zabrać głos, dzięki czemu będziecie mogli spojrzeć na wszystko z dwóch różnych perspektyw.
Miłości zawsze towarzyszą emocje, a nasi główni bohaterowie mają niezłe charakterki. To niemal życiowa prawda, że miłość bywa trudna, nikt kochający i kochany temu nie zaprzeczy. A świat plącze i komplikuje, jak tylko się da. Nawet zwykłe wyjście z przyjaciółmi może doprowadzić do łez. Mogłabym powiedzieć, że Abby nienawidzi tego świata, ale ona naprawdę go uwielbia. Jedynie czasami zastanawia się, dlaczego nie może być jasno, prosto i logicznie. To by było cudowne, prawda? Każdy mógłby otwarcie mówić o tym, czego nie lubi albo czego, wręcz przeciwnie, pragnie lub co kocha. Częściej byśmy się uśmiechali i to zupełnie szczerze, rzadziej złościli i frustrowali. Może nawet więcej osób mogłoby wkońcu przyznać, że czuje prawdziwe szczęście, zamiast udawać przed tym podłym światem, że wszystko jest wporządku, życie wcale nie boli, a każda porażka jest lekcją i motywacją do podejmowania kolejnych starań…
Sranie w banie! Może kiedyś taki idealnie nieidealny świat będzie miał szansę zaistnieć. Zaistnieć iprzetrwać, przerwać koło obłudy i kłamstwa, które obecnie zalały, nie tylko społeczeństwo, ale i kulturę, jak plaga. Na szczęście literatura pozwala nam doświadczać rzeczywistości inaczej – i mam nadzieję, że właśnie to przeżyjecie, sięgając po „Please, don’t fuck this up!”.
Ewa Wyszyńska
You’re standing here like it’s the first time.With sorry eyes and practiced lines.
Stoisz tu, jakby to był pierwszy raz.Ze skruchą w oczach i wyuczonymi zdaniami.
Fragment utworu „Please, don’t fuck this up”, Abby Black
– Czy ja wiem? To po prostu nie to – oznajmił Matt tak całkiem zwyczajnie, jakby właśnie wybierał bułkę w piekarni, a ja zapragnęłam przywalić mu w brzuch. I to porządnie! – Wiesz, Ab, ten typ tak ma.
– I ty oczywiście jesteś tym typem, tak? – wysyczałam, starając się nie skupiać na okropnym zdrobnieniu.
– Mhm – mruknął, a potem uniósł rękę, by sprawdzić coś w telefonie. Bezczelność!
Nie chciałam mitycznego ideału, który nigdy nie zawodzi, tylko faceta potrafiącego być sobą. Nawet jeśli oznacza to pokazanie ludzkich słabości. Bo życie to nie książka, nie ballada, a tomik niespodzianek. I to nie zawsze miłych.
Od najmłodszych lat karmią nas bajeczkami o księciu, który, pojawiając się w naszym życiu, wywraca je do góry nogami. Sprawia, że wszystkie problemy znikają, a my czujemy się przy nim piękne i idealne. Nawet w przetłuszczonych włosach, wygniecionym dresie, czy wpychając w siebie kolejnego serowego pączka – one mogą uzależniać! Wracając jednak do tego księcia, myślę, że to ściema… Książki i filmy pełne są takich facetów, ale czy którykolwiek z nich naprawdę istnieje? Mężczyzna idealny? Taki rzadki okaz, który nawet jeśli coś zrobi źle, zasługuje na wybaczenie? Przyrzeka, że nigdy nas nie skrzywdzi i rzeczywiście dotrzymuje słowa? A jeśli płaczemy, to nie przez niego, ależ skąd!
Tylko przez okrutny los.
Każda nastolatka czy młoda kobieta miała kiedyś swojego crusha. Ja też. Mógł to być aktor, muzyk, postać z książki. I choć każda z nas wyobrażała sobie kogoś innego, jedno łączyło wszystkich: byli totalnie poza naszym zasięgiem. A gdyby nagle, w jakiś magiczny sposób, okazali się osiągalni, pewnie szybko rozczarowaliby nas swoją prawdziwą twarzą. W dorosłość wkraczamy więc z przekonaniem, że miłość jest nieomylna, ale idealni faceci tak naprawdę nie istnieją. Łapiemy się na pierwszy, lepszy uśmiech albo miłe słówka. Potem cierpimy, bo związałyśmy się z zupełnie nieodpowiednią osobą. A jeśli tak miało być? Czy ta lekcja pomoże nam następnym razem dokonać lepszego wyboru?
– Mógłbyś choć przez chwilę zostawić to gówno? I… – ściszyłam głos – porozmawiać ze mną?
– Abby, my po prostu nie mamy już o czym gadać. – Mimo tych słów, schował grzecznie telefon do kieszeni. – No co? Mam cię przepraszać, że nie było tego „czegoś”?
– I dopiero po roku zorientowałeś się, że tego nie ma?
– W sumie to tak.
Zmusił się do nieszczerego uśmiechu i poklepał mnie po kolanie. Tak przyjacielsko. Skończony kretyn! Wysiadłam z samochodu, nie mówiąc już nic, i z całej siły trzasnęłam drzwiami. Wiedziałam, że coś się psuło, ale nie pomyślałabym nigdy, że Matt będzie w stanie tak gładko się mnie pozbyć. Różnica wieku nie załatwiła sprawy, a przecież ciągle słyszałam: „Chcesz mieć mężczyznę, to nie bierz się za chłopców”. O ja głupia i naiwna! W tym przypadku „mężczyzna” okazał się całkiem niedojrzały, ale nie będę się już rozwlekać nad jego wadami. W tej sytuacji miał jednak rację, nie mieliśmy już o czym gadać, a trzydziestoletni facet widocznie nie bez powodu był tak długo sam, nim stał się moim facetem.
Rok życia stracony na nieprzespane noce, tysiące słodkich wiadomości, rozmów i wiem, że może gdybyśmy nie spotykali się codziennie, nasza relacja rozwijałaby się wolniej. Tylko co by to zmieniło? Zostawiłby mnie nie po roku, a po pięciu? Z dwojga złego wolałam jednak dwanaście miesięcy. Kto w ogóle kończy związek dzień przed pierwszą rocznicą?
Tylko on, na szczęście już nie mój.
Kiepsko zaczynać historię w miejscu tak pełnym rozczarowania, ale Matt był ważną częścią mojego życia przez ostatni rok i myślę, że nawet tak parszywe rozstanie tego nie zmieni. Pierwsza prawdziwa miłość zawsze ma w sobie coś, czego nie da się zapomnieć. I nie mówię wcale o tym, że te uczucia muszą trwać wiecznie. Z czasem dochodzimy nawet do wniosku, że tak naprawdę nie było w nich nic poważnego. Łączyły nas jedynie imprezy, wspólni znajomi i śpiewanie przy akompaniamencie gitary z papierosem w ustach, który wcale nie wyrażał żadnego buntu, jak się wtedy wydawało. Matt nie był moim pierwszym chłopakiem, ale chyba jedynym, którego naprawdę pokochałam.
Co będę czuła za rok lub dwa, myśląc o nim? Na pewno nie to, co teraz, gdy wysiadałam z jego samochodu jako singielka, ale z pewnością serce mi zadrży. A jeśli spotkam go w parku albo na imprezie? Może będę chciała się schować, uciec? A może rzucę mu się na szyję, wrzeszcząc, że ten cholerny świat jest taki mały? Kto to wie?
W każdym razie, zamykając ten rozdział życia, czułam rozczarowanie i smutek, choć intuicja podpowiadała mi, że powinnam otworzyć się teraz na nowe możliwości. Kiepsko mi to wychodziło. Szczerze mówiąc beznadziejnie. Beznadziejnie, ale proporcjonalnie do obecnej sytuacji. Mimo ostatnich wydarzeń, moje życie wcale nie było smutne, nie leżałam godzinami w łóżku, wypłakując się w poduszkę, bo są tacy, którzy nigdy by mi na to nie pozwolili – przyjaciele.
Poza tym Claire wprowadziła nową zasadę w naszym mieszkaniu: płakać można tylko przy kawałkach Chained Heart, ściskając w ramionach Olava, naszego szarego kota, i zatapiając się w zielonych oczach Leviego, uwiecznionego na plakacie na ścianie. Levi Roughty to wokalista wcześniej wspomnianego zespołu. Powiedzieć, że lubiłam jego piosenki, to jak nie powiedzieć nic. Uwielbiałam je, opętały ciało i rozum!
A najwspanialsze w tym wszystkim było to, że działo się tak nie z powodu wspomnień, a jedynie wyobrażeń tego, czego jeszcze nie przeżyłam albo już nie przeżyję. I tej wspaniałej, pięknej, nieśmiertelnej, choć trochę naciąganej, miłości.
Czy ona w ogóle istnieje? Czy jest coś takiego, co jak raz nas chwyci, to nigdy nie odpuści?
– Zobacz, Abby… Levi dobrze wie, że związki nie są dla niego. Nie wpycha się w każde otwarte ramiona – tłumaczyła mi przyjaciółka, która chyba już dosyć miała mojego użalania.
Claire również uwielbiała Chained Heart i to właśnie z nią w naszym małym mieszkaniu stworzyłyśmy Levi-sektę.
– A może związki wiedzą, że od muzyków lepiej trzymać się z daleka, co? – rzuciłam.
– Abigail! Porównujesz Roughty’iego do Matta? Matt to prostak, a muzykiem to na pewno bym go nie nazwała.
– Niby tak. Próbował, ale nie każdy ma tyle talentu… Liczą się chęci – przyznałam, niemal z automatu broniąc tego kretyna. Przez ostatni rok opanowałam tę sztukę do perfekcji.
– Zostawił cię dla tej rudej… Naprawdę, Abby, nie myśl już o nim.
Spodziewałam się, że Claire od razu nazwie wszystko po imieniu i nie będzie owijać w bawełnę czy inne ochraniające materiały. Taka właśnie była. Zatem rada przyjaciółki mnie nie zaskoczyła, ale wprowadzenie jej w życie okazało się wyjątkowo trudne. Z każdym kolejnym tygodniem Matt coraz częściej pojawiał się w moich myślach. Tęskniłam, miałam wyrzuty sumienia. Chciałam do niego dzwonić, pisać. Pojawiał się nawet w snach i to naprawdę przyjemnych.
– Zresztą – ciągnęła dalej – nie był ciebie wart. Spójrz tylko w lustro, dziewczyno. Z czym on do ciebie? Widzę, że nadal nie zdjęłaś waszych zdjęć…
– Niech wiszą, nie robią już na mnie wrażenia – skłamałam. W rzeczywistości trzymałam się zasady, że dopóki fotografie są na ścianie, nic się nie zmieniło.
– Gdyby naprawdę cię nie obchodziły, wywaliłabyś je tak samo, jak tego obciachowego miśka.
– Pan Pierduś zostaje! – zaprotestowałam. – I wcale nie jest miśkiem, tylko królikiem!
Tę obciachową maskotkę dostałam od Matta na bodajże trzeciej randce, ale teraz nie miało to już żadnego znaczenia. A jednak… W tym pluszowym królisiu było coś więcej. Może ukryta przepowiednia, może zwykła usterka techniczna. Początkowo mówił oklepane „Jesteś piękna!”, ale z czasem te słowa zaczęły przypominać odgłos porządnego, długiego bąka. I to chyba najlepsze podsumowanie związku z Mattem – zaczęło się wspaniale, a skończyło gównianie. Dlatego:
– Pan Pierduś zostaje! – powtórzyłam stanowczo. – I nie muszę ci przypominać, że mój świat nie kręcił się wokół Matta i nigdy nie będzie się kręcił wokół żadnego faceta – oznajmiłam głośno, bardziej do siebie niż do Claire.
Czy zawsze tak trzeźwo patrzyłam na życie, jak w tej chwili? Wieczorami, siedząc na łóżku, naprawdę czułam, jakby mój świat stał się pusty i mroczny… bez niego.
– Jasne… – Claire pokiwała głową i przeniosła wzrok na półkę przy moim biurku. – Właśnie widzę.
– Levi jest wyjątkiem, bo… – urwałam.
– Bo to Levi! – W drzwiach pojawił się Colin i dokończył za mnie zdanie.
Co prawda, nasz przyjaciel nie był fanem zespołu i nie podejrzewałam go tym bardziej o to, że potajemnie podkochuje się w wokaliście, ale doskonale nas znał.
– Tak – kiwnęłam głową.
– Skoro Levi to Levi i tak dalej, to lepiej usiądźcie, drogie panie – zaczął, szczerząc się od ucha do ucha.
Zanim przeszedł do rzeczy, przez moment skupił się na zdejmowaniu kurtki. Odezwał się dopiero, gdy odwiesił ją w przedpokoju, a my posłusznie czekałyśmy na kanapie. Oczywiście niecierpliwie przebierając nogami.
– Tak się składa, że mój kuzyn pracuje w klubie w centrum i załatwił nam darmowe bilety na koncert za miesiąc. A zagra… Uwaga! Chained Heart!
– Niemożliwe! – pisnęłyśmy jednocześnie i aż podskoczyłyśmy z radości.
Chwilę później wisiałyśmy na Colinie, całując go w policzki i ściskając za szyję. Ktoś mógłby powiedzieć, że przyjaciel właśnie załatwił mi skuteczną terapię anty-Mattową na najbliższe tygodnie. Ale czy cokolwiek mogło całkowicie odciągnąć moje myśli od Matta?
Chyba nie.
Matt nie był ideałem, daleko mu było do prawdziwego księcia z bajki, ale moje uparte serce w ogóle nie chciało słuchać rozumu. To nie był poważny związek. Nie planowaliśmy wspólnej przyszłości, nigdy nie rozmawialiśmy o tym, jak to będzie wyglądać za pięć czy dziesięć lat. To mogło wzbudzić we mnie podejrzenia, ale niestety okazałam się bardziej naiwna niż kiedykolwiek przypuszczałam. A Matt naprawdę był kretynem!
Couldn’t change my mind.Breaking your world with love,I am completely lost inside your eyes.
Nie mogłem zmienić zdania.Burząc twój świat miłością,Całkowicie zgubiłem się w twoich oczach.
Fragment utworu „Breaking your world”, Chained Heart
– Pytała o takie rzeczy… Nie mogłem się w tym połapać – usłyszałam na korytarzu naszej uczelni fragment rozmowy Matta z kolegą.
– Jak to możliwe, że tak długo cię olewała? – Michael uniósł brwi. Często tak robił i właściwie zastanawiałam się, czy ten nawyk nie podchodził już pod tik nerwowy, a nie jedynie przyzwyczajenie.
– Takich nie zdobywa się w tydzień, Mike. To miesiące ciężkiej harówy.
Zabolało. Tak mocno, jakby jakaś część mnie pękła. Jak mogłam nie zauważyć, że przez tyle miesięcy żyłam w iluzji? Matt już dawno mnie skreślił, tylko wtedy jeszcze nie powiedział tego na głos. Nie chciałam podsłuchiwać, ale… jakoś tak samo wyszło. Przystanęłam, udając, że szukam czegoś w torebce. Czegoś, co oczywiście nie istniało.
Matt zupełnie nie zwrócił na mnie uwagi. Rozpływał się nad tym, jak wspaniała jest jego nowa dziewczyna. I jak bardzo różni się ode mnie, choć nie ubierał tego w takie słowa. W końcu my pocałowaliśmy się pierwszy raz już po tygodniu bliższej znajomości. Nie dałam mu czasu, by się wykazał czy udowodnił, że na mnie zasługuje. Nie byłam „taką”, którą trzeba zdobywać miesiącami.
Sposób, w jaki przechorowywałam nasze rozstanie, właśnie ewoluował. Do tej pory na wspomnienie jakiejkolwiek miłości robiło mi się niedobrze. Unikałam filmów romantycznych i powieści obyczajowych, w których wątek uczuciowy zawsze musi się pojawić. Przecież życie bez tego jest mniej wartościowe. Paranoja. Ale wsłuchując się w to, jak Matt opisuje tę rudą lafiryndę, poczułam już nie rozpacz, a jedynie pustkę.
Ostatni tydzień nie oszczędzał mi wcale smutku. Widywałam Matta na zajęciach. Był typowym wiecznym studentem. Kiedy nie było go w pobliżu, starałam się o nim nie myśleć, ale gdy te słodkie, błękitne oczy mignęły gdzieś wśród tłumu na korytarzu uczelni, czułam dziwny ucisk w brzuchu. Wydawało mi się, że koniec naszego związku spłynął po nim jak po kaczce. Ja nadal nie mogłam się pozbierać, a Matt coraz bardziej angażował się w inną relację.
Studiowałam dziennikarstwo i zazwyczaj zajęcia pochłaniały mnie bez reszty. Uwielbiałam pisać, zbierać informacje. Warsztat pozwalał mi czasami też na trochę manipulacji i wyrażanie swojego zdania. To dawało mi najwięcej satysfakcji. Im głośniej, tym lepiej! Byłam naprawdę wdzięczna, że mieliśmy ciężki semestr i musiałam się skupić na nauce. Oczywiście Claire oburzała się, że nie chciałam latać z nią na wszystkie imprezy, ale mi naprawdę daleko było do zabawy. Nie to, żebym się nie uśmiechała, bo robiłam to bardzo często. Z tą drobną różnicą, że każdy uśmiech kończył się jedynie na ustach. Nigdy nie docierał do oczu.
– Długo jeszcze będziesz tak smutać? – zapytała Claire, gdy weszła do naszego mieszkania.
Coś takiego! Skąd domyśliła się, że coś jest nie tak? Może dlatego, że od kiedy tylko wróciłam do domu, siedziałam na kanapie owinięta kocem? Na moich kolanach spał Olav, a na stoliku kawowym leżała pusta już paczka po chipsach, małe, słodkie kuleczki orzechowe i duża butelka Sprite’a.
– Dokładnie tyle, ile trzeba – odpowiedziałam, unikając jej wzroku.
Czy w tym smutku było coś złego? Myślę, że nie. Musiałam przejść przez swoistą żałobę po Macie. I gdybym nie pozwoliła swojemu sercu krwawić, mój ex znów mógłby mnie omamić, jeśli tylko by tego zapragnął. Ponownie uległabym jego urokowi i weszła do tej samej, śmierdzącej rzeki. A tak… Miałam nadzieję, że kiedy ten niemiły proces dobiegnie końca, nigdy już nie spojrzę na niego jak kiedyś. A ten cały ból, zamiast mnie osłabić, da mi kopa w dupę.
Zamknęłam drzwi pokoju i włączyłam muzykę. Depresyjne, ale mimo wszystko skoczne dźwięki wypełniły przestrzeń. Opadłam na łóżko, by znów się zdołować.
„Breaking your world” była pierwszą piosenką Chained Heart, jaką usłyszałam. Miałam dziewiętnaście lat i właśnie przyjechałam do akademika. Pokój był koszmarny – jasnożółte ściany, nieszczelne okno i skrzypiące łóżka. Na jednym z nich siedziała chuda dziewczyna z warkoczami, przez które przeplatały się różowe pasemka. Gdy stanęłam w drzwiach, uśmiechnęła się. Z telefonu leciał właśnie ten utwór i od razu wpadł mi w ucho. Dostrzegłam idealną okazję, by zacząć rozmowę z moją nową współlokatorką.
– To rock? – spytałam niepewnie.
– Love metal. Byłaś blisko – zaśmiała się Claire i klepnęła miejsce obok.
Usiadłam, wsłuchując się w lekko zachrypnięty głos wokalisty. Perkusja wybijała dynamiczny rytm, sama muzyka nie należała do skomplikowanych. Ale ten tekst… Było w nim to coś. Odnalazłam tam kawałek siebie, mimo że wtedy jeszcze nie wiedziałam, co to miłość.
– Podoba ci się? To Chained Heart. Są tacy przystojni. Czekaj, pokażę ci ich koncert.
Już w tamtej chwili poczułam się przy Claire dobrze i swobodnie, choć wcale nie nawiązywałam przyjaźni zbyt łatwo. Zorientowałam się też, że jest ona moim zupełnym przeciwieństwem – bardzo dużo mówi i lubi przyciągać uwagę. Po krótkim szkoleniu u Claire, które sarkastycznie nazwałam Levi-nauką, moja znajomość love metalu, jak i wszystkich szczegółów związanych z Chained Heart, wzrosła od kompletnego zera do stu procent.
Jak można się domyślić, wokalista zespołu błyskawicznie awansował na mojego ulubionego muzyka. Co tu gadać? Zabujałam się w nim na całego, znaczy w wyobrażeniu tego mężczyzny. Stał się moim prawdziwym crushem. Nie tylko niesamowicie śpiewał i grał na gitarze. Był też autorem wszystkich piosenek Chained Heart. I albo to Claire zaraziła mnie tym zespołem, albo to ta muzyka pomogła nam nawiązać pierwszy kontakt, w każdym razie stałyśmy się najlepszymi przyjaciółkami.
Pewnie wiele osób powiedziałoby, że najlepszy czas Roughty’iego przeminął, a pięć minut medialnej sławy skończyło się dobry rok temu. Lecz ja i całe tłumy psychofanek, których zachowania jednak nie popierałam i stanowczo się do nich nie zaliczałam, nadal uwielbiałyśmy te piosenki. Miłości, smutki i rozczarowania wszystkimi ckliwymi momentami w życiu człowieka. Tymi chwilami, kiedy wydaje się, że właśnie oto świat na nas spojrzał i postawił na naszej drodze osobę godną uczucia. Ale… No właśnie, cholerne „ale” zawsze musi się pojawić. Ta osoba okazuje się podłą imitacją kochanka, dzięki której lądujemy w emocjonalnym Rowie Mariańskim.
Roughty był naprawdę niesamowity. Atrakcyjny, tajemniczy i wysoki. Rzadko zdarzało mu się udzielać wywiadów, a jeśli już do tego dochodziło, nigdy nie mówił wprost. Nie dzielił się szczegółami ze swojego życia prywatnego. Skupiał się na muzyce oraz emocjach. I może właśnie tym poruszył mnie najbardziej? No bo jak tu nie kochać skrzywdzonego faceta, który umie tak pięknie opowiadać o miłości? Nie da się! Roughty’iego nie da się nie kochać!
Zanim Chained Heart przeszło do kolejnego utworu, ja zupełnie się rozmarzyłam. Widziałam oczami wyobraźni koncert, na który niedługo mieliśmy się wybrać. Tłumy wrzeszczących dziewczyn, a przy samej scenie ja – na granicy płaczu, oszołomiona i cholernie ładnie umalowana. Może jednak zasługiwałam na tytuł psychofanki? Cała moja wizja była nieziemsko przyjemna, choć tak naprawdę nie wzięłam pod uwagę jednego – mojego wzrostu.
W rzeczywistości nie mogłabym stać w pierwszym rzędzie, bo wszystkim bym zasłaniała. Byłam dwudziestojednoletnią gigantką. Sto osiemdziesiąt pięć centymetrów to dla zwykłej dziewczyny nie lada wyzwanie. Po pierwsze – problemy ubraniowe. Gdy Claire wchodziła do butiku, mogła wziąć każdą rzecz w rozmiarze M. A ja? Ja rzadko kiedy kupowałam to, co mi się spodobało. Zazwyczaj rękawy i nogawki okazywały się za krótkie. Po drugie – faceci. Szybko przekonałam się, jak bardzo liczy się dla nich wzrost. Nawet zwykła rozmowa stawała się udręką, jeśli chłopak, zamiast spoglądać w dół, musiał unosić głowę.
Mimo niemiłych wspomnień, które się we mnie obudziły, wizja występu Chained Heart i tak nastrajała mnie pozytywnie. Nie mogłam doczekać się tego wielkiego wydarzenia. A za możliwość spojrzenia z bliska w oczy Leviego – i to na żywo! – byłabym w stanie na ten jeden wieczór zapomnieć o moich kompleksach i dopchać się do samych barierek.
Uporczywe pukanie do drzwi wyrwało mnie z zamyślenia i ostatnich taktów piosenki.
– Wchodź – rzuciłam pod nosem, trochę jeszcze w innym świecie.
Claire wleciała do środka jak burza, nucąc i podrygując w rytm muzyki. Od razu zaczęła przeglądać moją szafę. W ekspresowym tempie rozrzuciła wszystkie ubrania po całym łóżku.
Wspominałam już, że moja przyjaciółka prawie zawsze była uśmiechnięta i zadowolona? Świat mógł się walić, ziemia palić, a ona i tak potrafiła odnaleźć przynajmniej trzy dobre strony katastrofalnej sytuacji. Ale taka już była. A ja przez te parę lat nauczyłam się z tym żyć. Takie usposobienie nie zawsze postrzegane jest jako zaleta. Na przykład ja go tak nie postrzegałam. Nie byłam optymistką, a niektóre zachowania Claire wyprowadzały mnie z równowagi. Czasem trudno było mi zrozumieć jej reakcje.
– Zbyt czarne, zbyt szare, zbyt nijakie… Boże, Abby! To szafa z ubraniami czy żałosny manifest bólu?
– Co ci nie pasuje?
– Musisz o siebie dbać. Niech Matt zobaczy, co stracił – rozwaliła się obok i złapała mnie mocno za rękę.
– On przecież doskonale to wie… Jasne, że chciałabym założyć coś ekstra, tylko… Wolę czuć się swobodnie – odparłam, chcąc w jakikolwiek sposób odwieść ją od pomysłu pod tytułem „zakupy”.
– Ale chyba nie chcesz, żeby Levi zobaczył cię w tym?
Stanęłam przed lustrem i dokładnie przyjrzałam się odbiciu… Rozciągnięty sweter, jeansy trzy-czwarte i skwaszona mina. Może Claire miała rację?
– Sama nie wiem – przyznałam, bijąc się z myślami.
– Zbieraj się! Idziemy na coś zapolować.
Ruszyłyśmy na zakupy. Co prawda, zdołałam wykrzesać mniej optymizmu niż przyjaciółka, ale łażenie z nią po galerii było naprawdę miłe. Podstępem zostałam nakłoniona do nieprzemyślanego zakupu czarnej sukienki z tiulem od pasa w dół. Gdyby nie to, mogłabym dołączyć ten wypad do listy fajnych. A tak miałam przed sobą perspektywę spędzenia koncertu w tym zupełnie niepasującym do mojego stylu stroju. Cóż… Asertywność minus dziesięć.
Claire obwieszona torbami wbiegła do kolejnego sklepu. Ja już miałam dosyć. Popatrzyłam na wystawę za nieskazitelnie czystą szybą – pudrowy róż, szpilki i ciemnozielone płaszcze. To nie dla mnie. Nogi wchodziły mi w dupę, więc usiadłam na ławce przy wejściu. Chciałam jakoś zabić czas, gapiąc się w telefon, lecz nagle gdzieś za plecami usłyszałam znajomy głos.
– Oczywiście, że będę. – Chwila ciszy. Może się tylko przesłyszałam? – Będę, będę. Takich imprez się nie przegapia, Paul!
Obróciłam głowę i zobaczyłam Matta. Niech to szlag! Stał przodem do mnie i nasze spojrzenia od razu się spotkały. Słodziutko się uśmiechnął, mimo to spuściłam wzrok i udawałam, że w ogóle go tam nie ma. Niestety mój sprytny plan zawiódł, a Matt po chwili siedział obok.
– Wszystko w porządku, Ab? – zapytał z wymuszoną troską.
A może rzeczywiście się martwił? Co prawda rzucił mnie dla innej dziewczyny, ale czy to oznaczało, że przez ten rok byłam dla niego zupełnie nieistotna?
– W porządku, jakoś leci. Bez ciebie lżej – odburknęłam, niezgodnie z prawdą, i szeroko się uśmiechnęłam.
– Wiesz, trochę mi głupio, że tak cię potraktowałem…
– Niepotrzebnie. – Uśmiech nie chciał zejść mi z twarzy. – Czasem lepiej coś uciąć i ruszyć dalej.
Naprawdę nie spodziewałam się po sobie takiego zachowania… Ale ze mnie wredna suka! Akurat w stosunku do Matta miałam pełne prawo zachowywać się bezwzględnie, wrogo i niemiło. A potem jeszcze bardziej bezwzględnie.
– Abby, może odpuścisz? Może zostaniemy przyjaciółmi? Wiesz, lubimy się, znamy… Czy warto z tego rezygnować?
Poczułam, jakby ktoś przywalił mi młotem w głowę. Niestety nie zrobił tego oszałamiający Thor, więc znów musiałam przenieść uwagę na kolesia obok. O czym on w ogóle gadał?
– W sumie tak, Matt. Masz stuprocentową rację. Jak kogoś się lubi i dobrze zna, to warto angażować się w przyjaźń. Nawet jak związek się rozwalił. Jest tylko jeden mały problem. Ja tak naprawdę to chyba nigdy cię nie znałam. A nie, poczekaj. Jest i drugi. Już cię nie lubię. Ani trochę.
W oczach chłopaka dostrzegłam żywe zmieszanie i zaskoczenie. Dobrze mu tak! Zasłużył na podłe traktowanie. Oczywiście, ta rozmowa nie będzie miała wpływu na nagły spadek mojego nastroju wieczorem, z pewnością nie… Bezwzględność zawsze pociąga za sobą konsekwencje. Wszystkie emocje odreaguję płaczem w samotności, a Matt naprawdę zacznie myśleć, że zupełnie mi już na nim nie zależy.
– Rozumiem, Ab. Jesteś nadal zła, że spotykam się z kimś innym, ale w sumie wina zawsze leży po obu stronach. Gdybyś bardziej się starała, okazywała mi więcej uczuć i ciepła… Nie wiem – kontynuował, a moje oczy powoli wychodziły z orbit. – Może wszystko potoczyłoby się inaczej.
– Słucham?! Obwiniasz mnie za to, że wskoczyłeś jakiejś lasce do łóżka? – Trochę poniosły mnie emocje. Nie znosiłam tracić kontroli, ale akurat teraz było to jak najbardziej uzasadnione. – Lepiej, żebyś już stąd spadał. Nie mam zamiaru ani z tobą gadać, ani wyjaśniać dłużej powodów naszego zerwania. I wiesz co, Matt? Naprawdę cieszę się, że doszło do tego wcześniej niż później. Zmarnowałam tylko rok. Jakoś się pozbieram.
Wstałam z ławki i weszłam do cukierkowo-różowego sklepu, by odnaleźć Claire. A może nagłe pojawienie się mojego byłego to znak od losu, że powinnam zmienić image i jednak kupić sobie jeden z tych obleśnych, zielonych płaszczyków? Nie, nie powinno się wpadać ze skrajności w skrajność.
Gdy wróciłyśmy do naszego małego mieszkanka, które wynajęłyśmy po paru irytujących miesiącach w akademiku, okazało się, że Claire wybiera się z Colinem na imprezę. Moi przyjaciele byli naprawdę genialni. Przy tak wielu nieprzespanych nocach i piciu do rana, egzaminy zdawali bez problemu. Ja siedziałam i godzinami wkuwałam. Czasami chodzili na wykłady, czasem nie, a i tak zaliczali wszystko w pierwszym terminie. Co prawda, dawałam przyjaciółce swoje notatki, ale nie czułam się z tym źle. Tak to w życiu bywa, że jedni są po prostu zdolni, a inni muszą się starać. Należałam do tej drugiej grupy.
