Wydawca: AGORA SA Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2017

Plaża za szafą. Polska kryminalna ebook

Marcin Kącki  

3.75 (8)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 336 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Plaża za szafą. Polska kryminalna - Marcin Kącki

– Pani wie, że syn nie żyje? – pytają.
– Co się stało?! – Wanda truchleje.
– Zabity, osiem miesięcy temu.

Marcin Kącki zabiera nas w kryminalną podróż po Polsce: do Wdzydzów, gdzie dwóch przyjaciół zaplanowało terrorystyczny atak na międzynarodowy koncern, do Konstancina, gdzie mieszkała przebiegła pogromczyni celebrytów, Sanoka, gdzie gangiem rządziła kobieta, i Poznania, gdzie złodziej za szafą urządził sobie muzeum jednego, za to wybitnego obrazu. Te historie mrożą krew w żyłach, a jeszcze bardziej zdumiewają. Bo Polska kryminalna to jedno z najdziwniejszych miejsc na światowej mapie zbrodni.

„Niewiele przeczytałem powieści kryminalnych, rzadko oglądałem filmy, a seriale kryminalne omijałem z daleka. Nudziły mnie, bo życie daje po mordzie najbardziej wymyślnym pomysłom literackim i scenariuszom. Poznałem to życie, gdy wpychałem się między zbrodnię i karę z notesem, ołówkiem i długim nosem – a ta książka to efekt 10 lat tej reporterskiej roboty” – Marcin Kącki 

„W reportażu najlepsze jest to, że nie trzeba niczego wymyślać, a i tak działa jak kryminał. U Kąckiego tak właśnie jest. Najpierw jest mistrzowskie pierwsze zdanie («Po wypadku miała wpisać kwotę odszkodowania za utratę marzeń, ale zapomniała, o czym marzyła»), a potem mistrzowska historia. I tak w kółko, aż się wierzyć nie chce, a wierzyć trzeba, bo to dziennikarstwo w najlepszej postaci. Kącki ciągle gdzieś idzie, na kogoś czeka, próbuje złapać i zadać pytanie. Jest namolny, bezczelny i nigdy nie odpuszcza. Jeżeli Ryszard Kapuściński pisał z perspektywy lecącego ptaka, a Jacek Hugo-Bader z perspektywy wałęsającego się psa, to Marcin Kącki pisze z perspektywy natrętnej muchy” – Filip Springer

O Autorze”
Marcin Kącki (ur. 1976) – reporter, redaktor „Dużego Formatu”, laureat nagrody Grand Press Dziennikarz Roku 2007. Autor książek „Lepperiada”, „Maestro. Historia milczenia”, „Białystok. Biała siła, czarna pamięć”. 

PATRONATY: lubimyczytać.pl i CJG24

Opinie o ebooku Plaża za szafą. Polska kryminalna - Marcin Kącki

Fragment ebooka Plaża za szafą. Polska kryminalna - Marcin Kącki

Redakcja: Paweł Goźliński
Korekta: Sylwia Jastrzębska
Projekt graficzny okładki: Krzysztof Rychter
Skład i przygotowanie do druku: Elżbieta Wastkowska
ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa
WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:
Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska
Redaktor naczelny: Paweł Goźliński
Koordynacja projektu: Katarzyna Kubicka
© by Agora SA, 2017
© by Marcin Kącki, 2017
Zebrane reportaże były publikowane w latach 2008-2015
Wszelkie prawa zastrzeżone
Warszawa 2017
ISBN: 978-83-268-1948-3 (EPUB), 978-83-268-1949-0 (MOBI)
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
Od autora

Niewiele przeczytałem powieści kryminalnych, rzadko oglądałem filmy, a seriale kryminalne omijałem z daleka. Nudziły mnie, bo życie daje po mordzie najbardziej wymyślnym pomysłom literackim i scenariuszom. Poznałem to życie, gdy wpychałem się między zbrodnię i karę z notesem, ołówkiem i długim nosem – a książka to efekt 10 lat tej reporterskiej roboty.

Szanowny Czytelniku, nie ma tu, jak w serialu, krwi o smaku syropu malinowego lub wydumanych, jak w powieści, psychopatów o nadludzkich umiejętnościach. Jest za to pytanie, którym reportaż się karmi, a którego boisz się bardziej niż filmowego suspensu – czy mógłbyś stać się jednym z bohaterów tej książki?

CZĘŚĆ PIERWSZA
Medical thriller
Spokojny sen ratownika

Lekarka rzeszowskiego pogotowia wchodzi do domu Jacka przed świtem. – Próbowałeś żonę reanimować? – pyta. Jacek odpowiada, że nie było sensu. Dziwna śmierć, potrzebna byłaby sekcja, ale Jacek prosi, żeby nie, bo dzieci, bo idą święta. Lekarka zdumiona. – Nie chcesz wiedzieć? – pyta. Nie chce.

Kierowca, już w karetce, pyta lekarkę: – Na pewno umarła naturalnie?

I wyjawia plotkę krążącą po pogotowiu.

Lekarka się boi.

Potną jak świnię

Trzy godziny później, około 7.30, w telefonie Doroty wyświetla się numer jej siostry Elżbiety. Ale w słuchawce głos Jacka: – Ela nie żyje.

– Co ty mówisz?! – krzyczy Dorota.

– Obudziłem się i była zimna.

Dorota rzuca słuchawką. Ręce dygocą, ale oddzwania. – Coś ty jej zrobił? – krzyczy. Jacek spokojny: – Ciało zabrali, wszystko załatwione, pogrzeb w sobotę o 14.30. Przekaż swojej rodzinie.

Dorota dzwoni do mamy, Zofii. Gdy się rozłączą, kolana się pod matką uginają. Dwie godziny później stoją pod okienkiem komisariatu w Rzeszowie. – Mąż nie zgodził się na sekcję zwłok – mówi oficer dyżurny.

– Ale my chcemy, to nasza córka! – Zofia rozdygotana.

Dorota dzwoni do Jacka, pyta, gdzie ciało. Jacek wzburzony: – Zwariowałaś?! Potną ją jak świnię! Nie wiem, gdzie ciało, szukajcie.

Dorota, jej matka, ojciec spieszą do prosektorium szpitala w Rzeszowie. Elżbieta w piżamie, jakby spała, z półuśmiechem na twarzy. – Patrzcie! – mówi Dorota. – Ona ma kitkę.

Jacuś, co się dzieje?

– Elżbieta stoi pod swoim domem w dżinsach, bluzie, macha na pożegnanie. – Dorota przypomina sobie ostatni obraz żywej siostry, choć minęły cztery lata. Dziwnie długo trwało to machanie, tak ostatecznie. No i miała tę kitkę, z którą dzień później leżała w prosektorium.

– Elżbieta... – tłumaczy mi Dorota, ale tak, że to musi być oczywiste, a na pewno dla kobiety – przed snem myła i rozczesywała włosy.

Matka Doroty, ojciec, ich zięciowie kiwają głowami, gdy siedzę w mieszkaniu rodziców Elżbiety.

Przeglądam zdjęcia zmarłej, ładnej brunetki o wesołych oczach i pyzatej buzi.

17 grudnia 2008 roku. Atmosfera świąt. Elżbieta pomaga myć okna w domu Doroty, która później odwozi siostrę i jej dzieci. Jacek, mąż Elżbiety, jest w domu. Ela wychodzi, macha Dorocie. Chwilę po tym Elżbieta zabiera dziewięcioletnią Patrycję i o trzy lata młodszego Kubę do marketu. Kupuje małej rajstopki, bo nazajutrz szkolna próba wokalna. W domu Jacek będzie akompaniował córce na gitarze, by ten wokal wyćwiczyć. Ela, jak zezna Jacek, zamierza następnego dnia ubrać choinkę, popijają piwo. Kładą się spać około 22. Jacek przebudzi się około 4, do toalety. Dotknie żony. Zimna. Sprawdzi puls, zobaczy plamy opadowe krwi na skórze, objawy nieodwracalnego końca, i zadzwoni po pogotowie. Czytam stenogram z nagrania w aktach sprawy.

– Cześć, Grażynka, Jacek się kłania.

– Cześć, Jacuś, co się dzieje?

– Obudziłem się i żona nie żyje.

– Co?

– Obudziłem się i nie żyje.

– Na pewno?

– Tak.

– Jacek, może ja ci podeślę erkę?

– Nie, Grażyna, plamy są [opadowe], tak że...

– Eeee... w czym ci mogę pomóc?

– No nie wiem, żeby mi wypisali...

– Jezu, Jacek, jaki tam jest adres? Jezu, co tam się stało? (...)

– Nie wiem, ją ostatnio często bolała głowa.

– Jezu. Dobra, Jacek, wysyłam ci, bo gdybym mogła w czymś pomóc, to... to... to... dzwoń.

– Nie, nie... nie, w sensie, Grażynka, plamy są już, sam bym podjął. Oni mi wypiszą kartę informacyjną?

– Kartę zgonu ci wypiszą.

– Tak?

– Tylko ja nie wiem, czy oni nie będą musieli policji zawiadomić, najwyżej odstąpi policja, bo to jest strasznie młody zgon, no wiesz, Jacku, jakie są procedury. Jest na dyżurze Joanna i Gosia [lekarki], którą ci wysłać?

– Gosię.

– Dobra, no to cześć.

– No hej.

Wkłucie

Lekarka, Małgorzata, siedzi w karetce po wyjściu z domu Jacka. Obydwoje z kierowcą Januszem wiedzą, że to nie było normalne. Jacek bez emocji, nie chciał sekcji. Janusz do lekarki: – Wszyscy mówią, że Jacek ma kochankę. Nie chciałbym, byśmy mieli problemy.

Jacek jest ich kolegą, ratownikiem medycznym, pracują w jednym pogotowiu. Małgorzata konsultuje się z innym lekarzem, decyduje, by wezwać policję. Uprzedza o tym Jacka telefonicznie, więc on znów dzwoni do dyspozytorki.

– Grażynka

– Tak?

– Mam takie pytanko.

– Tak?

– Weź, zapytaj się na policji.

– No?

– Jak oni do tego podchodzą?

– Yhm... yhm...

– Ja w sumie to bym nie chciał sekcji.

– Yhm...

– Bo to i tak nic nie da. (...)

– Yhm.

– Jak policja? Jak się zapatrują?

Psycholog, który odsłucha nagrania, napisze, że jedynie w pierwszej części Jacek tłumi emocje, gdy głos mu drży. A potem jakby dystansował się od śmierci żony.

Lekarka pochyla się znów nad ciałem Elżbiety, ale nic, żadnych obrażeń. Widzi jeszcze jakąś kobietę kręcącą się po domu. Jacek mówi, że to siostrzenica pilnuje, by dzieci, jeśli się zbudzą, nie natknęły się na martwą matkę. Jacek błaga, zezna lekarka, że nie chce sekcji, ale ona jest stanowcza, czeka na policję. Przyjeżdżają też prokurator i lekarz sądowy, który na przedramieniu Elżbiety widzi wkłucie od igły. Jacek tłumaczy spokojnie, że żona miała niedawno pobieraną krew. Nie chcę sekcji, idą święta, dzieci.

Prokurator odstępuje. Jacek dzwoni do znajomego z firmy pogrzebowej, by zabrał ciało, a chwilę później do Doroty, że jej siostra nie żyje.

On by nie okłamał

Gosia, 28-letnia siostrzenica Jacka, ładna brunetka śpiewająca w zespole rockowym, siedzi ze mną w rzeszowskiej restauracji. To ją widziała lekarka, gdy badała ciało Elżbiety. – Tak, Jacek zadzwonił, że Ela nie żyje, pilnowałam dzieci, bo mieszkamy na jednym podwórzu. Wyprawiliśmy je do szkoły, poszliśmy załatwiać formalności pogrzebowe. Nie mówiliśmy wtedy, że ich mama nie żyje.

– Dlaczego? – pytam.

– Chcieliśmy po szkole – Gosia wyciera oczy serwetką.

Patrycja wraca ze szkoły szczęśliwa, chce się pochwalić mamie, że próba wokalna wypadła świetnie. Gosia robi obiad, zbiera się w sobie. – Kiedy będzie mama? – pyta Patrycja. – Mama nie żyje, zmarła we śnie – Gosia tuli dzieci.

– To było przykładne małżeństwo, wzorowałam się na nich – mówi mi Gosia i wyciera mokre oczy.

Matka Jacka zezna, że Elżbieta nigdy nie przyszła do niej zapłakana, a mieszkają tuż obok, na jednej działce.

– Przykładne małżeństwo?! – Dorota, siostra Elżbiety, wybucha ironicznym śmiechem. Jej mama, Zofia, wywraca oczami.

Elżbieta była najstarsza z piątki rodzeństwa. Brat i trzy siostry traktowali ją jak matkę. Dobrze się uczyła, spokojna, skromna, chciała studiować, ale poznała Jacka. Starszy o rok, w dzieciństwie ministrant, został ratownikiem medycznym. Ela pracowała w bufecie, potem zajęła się domem, urodziła dzieci. Przed śmiercią pracowała w magazynie ciastek, ale za ciężko, zrezygnowała.

Zofia: – W liceum, gdy byli parą, koleżanka powiedziała Eli, by na niego uważała.

Dorota: – Gdy mówiłam, że Jacek kłamie, wyciągała telefon, dzwoniła do niego, a potem mówiła mi: „No widzisz, on by mnie nie okłamał”.

Artur, brat Elżbiety: – Kilka miesięcy przed jej śmiercią śledziliśmy go. Nie pojechał do pracy, tylko na osiedle, tu niedaleko.

– Mówiliście o tym Elżbiecie? – pytam.

Dorota: – Tak, ale nie chciała dopuścić myśli, że mąż prowadzi drugie życie. Dałam spokój.

Przed pogrzebem Elżbiety, gdy na żądanie matki rusza śledztwo, a ciało córki czeka na sekcję, Jacek zaprasza teściów na modlitwę. Siedzą przy stole, mają w rękach różańce i patrzą na Jacka czujnie.

Na pogrzebie mdleje Magda, najmłodsza siostra Elżbiety. Jacek chce pomóc, drogę zagradza mu mąż Magdaleny. – Nie dotykaj jej! – syczy.

Kilka dni po pogrzebie, w Wigilię, Jacek z dziećmi przyjeżdża do teściów z opłatkiem. Zofia nie wytrzymuje, prosi we łzach: – Niech ta prawda będzie najgorsza, ale powiedz, Jacek, co się stało z Elą? – Nie wiem, spałem – odpowiada zięć.

Ojciec: – Dwa lata przed śmiercią zerwaliśmy kontakty z zięciem. Tydzień przed śmiercią chciałem wynająć detektywa, by go śledził. Nie wynająłem. Może, widząc dowody, przejrzałaby na oczy.

„Mąka” to nie „serce”

Pierwszy dowód tkwi w kartonie, który policja znajduje po śmierci Elżbiety. Jacek ma w piwnicy kroplówki, strzykawki, dwie kolorowe koperty. W pierwszej czerwona papeteria, w drugiej różowa. Ten sam charakter pisma, podobna treść. To z różowej:

Jesteś schronieniem mojego serca

Ucieczką przed burzą

Studnią w czasie suszy

Ogniem w zimie

Ciszą w zgiełku

Stałością w czasie zmian

Jak mogłam istnieć bez Ciebie

Tak bardzo Cię pokochałam Jacuś

[odręcznie narysowane serduszko]

Walentynka

Ojciec Elżbiety podczas przesłuchania powie, że to pismo córki, ale wróci z przepisem na ciasteczka, który zanotowała Ela. Słowa „mąka”, „ugnieść”, „upiec” pisała na pewno inna dłoń niż „ogniem”, „serca”, „Jacuś”.

Żona nie była zatem Walentynką, ale dla prokuratora to tylko poszlaka. Gdy sekcja potwierdzi, że we krwi zmarłej jest 0,2 promila alkoholu, to tylko uwiarygodni zeznania Jacka.

W kwietniu 2009 roku, cztery miesiące po śmierci Elżbiety, prokurator, ten sam, który odstąpił od sekcji zwłok, sprawę umarza. Choć nie wie jeszcze, co przyniosą badania innych próbek pobranych z ciała.

Tak, czułam się bezpieczna

– Jacek jest jednym z najlepszych ratowników, z jakimi pracowałem – zezna Krzysztof, kierowca karetki. – Miał podejście do pacjentów, zwłaszcza dzieci. Rodzice, którym poleciłem Jacka do robienia zastrzyków, nie chcieli nikogo innego.

Młody lekarz zezna, że to od Jacka uczył się robienia zastrzyków.

Stanisław Rybak, dyrektor pogotowia: – Oddany pracy. Profesjonalista, wielu ludziom życie uratował.

Ale ratownicy szepczą już podczas pogrzebu. Patrzą na kolegę, gdy odprowadza żonę do grobu. Niektórzy, jak przyznają później przed prokuratorem, nie podeszli, by złożyć kondolencje. Przed świętami dostają od Jacka SMS-y z życzeniami podpisane: „Jacek z dziećmi”. Za życia żony podpisywał: „Jacek z rodziną”.

– O czym rozmawialiście w pogotowiu? – pytam Szymona, 26-latka, ratownika medycznego.

– Wprost. Że ta sprawa śmierdzi – mówi.

Oglądam w aktach sprawy zdjęcia. Jacek: wysoki, przystojny, krótko ostrzyżony. W zielonej koszuli, pod krawatem. Stoi obok ładnej brunetki w sukience na ramiączkach. Wznoszą toast, siedzą przy stoliku. Jacek lekko uśmiechnięty. To z zabawy sylwestrowej, 12 dni po śmierci Elżbiety. Kim jest brunetka?

Szymon: – Pyta pan o Alicję? Widziałem ich niedługo po tym sylwestrze w restauracji, grali w bilard.

To pod mieszkanie Alicji zajechał Artur, brat Elżbiety, gdy śledził Jacka przed śmiercią siostry. Stoję pod tym blokiem, naciskam domofon. Alicja nie chce rozmawiać.

Poznała Jacka, jak czytam w aktach, na medycznych studiach licencjackich, około 2007 roku. Skręciła nogę na korytarzu uczelni, Jacek opatrzył ją, zawiózł na pogotowie. Tak, spotykali się, zezna Alicja, ale bez seksu. Byli na sylwestra razem, bo nie chciała, by Jacek czuł się samotny. Mieli spotkać się w tamten dzień, gdy zmarła mu żona, ale Jacek przysłał SMS-a: „Nie mogę przyjechać, zostałem wdowcem”. Tak, czułam się bezpieczna w jego towarzystwie, powie Alicja.

Michał, ratownik, zezna, że dwa miesiące po śmierci Elżbiety widział Jacka na obozie szkoleniowym organizowanym przez uczelnię. Z Alicją. Są jak zakochana para, śpią w jednym pokoju. Michał mówi Jackowi: „Nie wolno, żona ci zmarła”. Jacek odpowie przez łzy, że musi odreagować.

Barbara, nauczycielka, która pół roku przed śmiercią Elżbiety wynajęła Alicji mieszkanie w Rzeszowie, zezna, że kobieta przedstawiła jej Jacka jako swojego brata.

„Zabawy pozamałżeńskie”

– To pani pismo? – zapyta policjant Martę, 27-letnią studentkę.

Kobieta ogląda różową papeterię, walentynkę. – Moje.

W listopadzie 2007 roku potrącił ją autobus. Przyjechała karetka, wysiadł ratownik, opatrzył ją. W karetce, jadąc do szpitala, rozmawiali o życiu. Miły był, troskliwy. – Nie mam pracy – mówi mu Marta. Jacek bierze numer telefonu. Dzwoni, zaprasza na kurs agentów ubezpieczeniowych. Marta jedzie gdzieś w Polskę, ale szkoli się tylko Jacek, ona czeka w hotelowym pokoju. Rozkochał mnie w sobie, zezna, dawał prezenty, na przykład książkę Gry, zabawy małżeńskie i pozamałżeńskie. Marta nie wiedziała wtedy, że Jacek jest żonaty.

Agnieszka, 29-latka, agentka ubezpieczeniowa, zezna, że poznała Jacka w firmie ubezpieczeniowej. Romansowali podczas szkoleń. Jacek nie mówił jej o żonie.

Jeden z kierowców karetki powie, że do Jacka przychodziły na pogotowie młode, wydekoltowane kobiety. Jacek prosił wtedy kierowcę, by zwolnił pokój.

– Długo to trwało? – pyta policjant.

– Z kilka lat – odpowiada kierowca.

Kroplówka na wzmocnienie

Drugie życie Jacka zostało poddane drobiazgowemu śledztwu rok po śmierci Elżbiety, gdy prokurator dostał wyniki badań i wznowił sprawę. Szukał wytłumaczenia tego, co znaleziono w ciele kobiety.

– Czy pan wie, co to jest ketamina? – śledczy pyta Jacka.

– Tak, ale nie wiem, do czego służy – odpowiada ratownik.

Biegły, który ujawnił ketaminę, silny środek przeciwbólowy używany w anestezjologii, nie wyrokuje, jak znalazł się w ciele kobiety, ale jest pewny – to zatrzymało jej serce. Policjanci i prokurator łączą fakty: kroplówki znalezione w domu, nakłucie na ramieniu, ketamina...

– Robiłem żonie kroplówki, ale z soli fizjologicznej, na wzmocnienie, gdy skarżyła się na ból głowy – broni się Jacek.

– A robił pan w nocy, przed śmiercią? – pytają śledczy. Jacek zaprzecza.

Jednak Dorota zezna, że siostra spieszyła się do domu w dniu śmierci, bo Jacek miał jej zrobić kroplówkę na wzmocnienie.

– Tak – przyznaje Jacek. – Ale żona poczuła się lepiej, kroplówka nie była potrzebna.

Prokurator w połowie 2010 roku stawia jednak Jackowi zarzut nieumyślnego spowodowania śmierci żony. Ale co to znaczy? Wstrzyknął, choć nie chciał? Sama wstrzyknęła, a Jacek dał jej zły lek? Żeby to wyjaśnić, prokurator pyta medyków sądowych w całej Polsce: czy nakłucie na ramieniu Elżbiety było świeże? Czy przez to nakłucie podano ketaminę? Czy kobieta mogła to wstrzyknąć sama?

Zakład medycyny sądowej w Szczecinie proponuje odpowiedź za 2–3 tys. zł i potrzebuje prawie pół roku. Warszawski dwóch lat. Poznański odmawia, zbyt zajęty. Zgadza się Wrocław, ale też zastrzega, że to potrwa.

Mam psa do zajeb...

– Kiedy o ketaminie zaczęli szeptać ratownicy pogotowia? – pytam Szymona.

Uśmiecha się cierpko. – Dopóki nie wykryli jej biegli, nikt nie chciał się wychylać.

Ketaminę stosuje się tylko w szpitalach, w aptekach jest niedostępna. Nie ma jej także, jak ustali policja, w pogotowiu w Rzeszowie.

Lekarz ze Szpitala Wojewódzkiego nr 2 w Rzeszowie zezna, że ketamina leży u nich w szafce na bloku operacyjnym. Szafka jest zamknięta, ale klucz tkwi zawsze w zamku. Pielęgniarka anestezjologiczna zezna, że lekarzy nie obchodzi specjalnie, co się dzieje z niewykorzystanymi lekami.

Na przesłuchanie wzywani są koledzy Jacka z pogotowia.

Krzysztof, kierowca karetki, ma znajomego weterynarza: – Jacek mnie pytał, czym uśpić zwierzę.

Przemysław, ratownik, opowie, jak pół roku przed śmiercią Elżbiety Jacek zaprosił go do mieszkania wynajętego przez Alicję. – Powiedział: „Mam psa do zajeb..., a ty znajomości na intensywnej terapii”. Odpowiedziałem, że jestem praktykantem, nie mam dostępu.

Przemysław doda, że po śmierci Elżbiety przypomniał sobie o prośbie Jacka i pomyślał: „Jeśli Jacek skremuje ciało żony, to będzie podejrzane”.

Wojtek, ratownik: – Jacek o ketaminę mnie nie pytał.

Szymon, ratownik: – Pytał Wojtka, przy mnie. Wojtek odparł, że da się zrobić. A teraz wpadł z furią na pogotowie i mówi mi: „Uważaj, żeby nie powiedzieć za dużo”.

Wojtek, wezwany ponownie: – Nie chciałem wtedy mówić, bałem się, że Jacek wplątał mnie w zabójstwo żony. Przyznaję, Jacek prosił, bo musiał uśpić psa. Poszliśmy do pielęgniarki Magdy z intensywnej terapii, przyniosła mu jakiś lek, ale nie wiem jaki.

Magdalena, pielęgniarka: – Nieprawda, nie dawałam Jackowi żadnego leku.

Policja przeszukuje szafkę Jacka w pogotowiu. Znajduje sześć pustych zaświadczeń lekarskich z pieczątką szpitala, do których nie powinien mieć dostępu.

– Pracowaliście z Jackiem prawie dwa lata, a podejrzewaliście go o najgorsze – mówię Szymonowi.

– Wszyscy to chyba wypierali. A może nie chcieli mówić, bo mieli coś do ukrycia?

– Co mogli ukrywać? – pytam.

– No wie pan, skoro ginęły druki z pieczątkami, leki...

Apartament z łożem

Jacek zarabiał w pogotowiu około 2,5 tys. zł.

Dorota: – Elżbiecie mówił, że dwa razy mniej. Narzekała, że ciągle go nie ma, że nocki, wyjazdy, a pieniędzy z tego żadnych.

Krzysztof, kierowca karetki, zezna, że trudno się z Jackiem rozmawiało, bo ciągle coś chciał załatwić, taniej kupić, był z tym namolny.

Wojtek, ratownik, zeznaje: – Gdy chciał tę ketaminę dla psa, to myślałem, że mu fucha wpadła, że parę złotych zarobi, bo miał ciągle długi u kolegów w pogotowiu, które trudno było odzyskać.

Michała, ratownika, zaniepokoi, gdy dwa dni po śmierci żony Jacek poprosi go, by kupił u Alicji polisę. – Ona dostanie w pracy punkty, będzie za to wycieczka do ciepłych krajów – wdowiec przekonywał kolegę.

Także Barbara, która wynajęła Alicji mieszkanie, zezna, że Jacek dzwonił, mówił, że dorabia w ubezpieczeniach, i chciał sprzedać jej polisę na życie, wspomniał, że żona mu zmarła. Ta śmierć zabrzmi dla Barbary jak zachęta, przestroga, że warto się ubezpieczyć.

Policja szuka po całej Polsce polisy na życie Elżbiety. Ale Jacek żony nie ubezpieczył. Znaleziono wypłatę odszkodowania za nadwerężony przez niego bark. W imieniu firmy ubezpieczeniowej podpisała to Alicja.

Sebastian, szwagier: – Pożyczył ode mnie 1,5 tys. zł. Oddał. Potem drugi raz tyle, ale nie oddał.

Kochanki Jacka zeznają, że robił im prezenty. Policja znajdzie rachunki ze spotkań z Martą w rzeszowskim hotelu – apartament z łożem małżeńskim wynajęty pół roku przed śmiercią Elżbiety. Dwa razy.

Dwa lata po śmierci żony Jacek wziął pod zastaw domu ponad 170 tys. zł kredytu. Połowę dał Alicji, bo także miała długi. Resztę wziął w gotówce, nie wiadomo po co.

Bez utraty apetytu

– Tata jest teraz wspaniały. Musi pogodzić dom, pracę, studia, nie za często rozmawiamy o tym, co się stało – zezna Patrycja. Nie wie, dlaczego mama nie żyje, ale sądzi, że to tętniak. Widziała kiedyś serial Barwy szczęścia i tam była pewna Jadzia, która miała tętniaka.

Jacek po śmierci żony, z zarzutami nieumyślnego spowodowania śmierci, nadal pracuje w pogotowiu.

– Coś tam dochodziło do mnie, że ma jakieś zarzuty. Ale oficjalnie nikt mi nie powiedział – Stanisław Rybak, dyrektor pogotowia w Rzeszowie, zachodzi w głowę z innego powodu. – A wie pan – powie mi. – Tak sobie tu myślimy, że gdyby już, to były inne sposoby. Takie, że żaden biegły by nie wykrył.

26 lutego 2011 roku Jacek wychodzi z pogotowia. Czeka na niego policja. Kilka dni wcześniej biegły z Wrocławia odpowiedział prokuraturze: w ciele Elżbiety była dawka ketaminy w ilości „niespotykanej w literaturze światowej”. Nie mogła wstrzyknąć jej sama, bo już po chwili straciła przytomność. Serce przyspieszyło, kobieta zapadła w śpiączkę, przestała oddychać, serce stanęło. Śmierć nastąpiła kilka godzin przed znalezieniem zwłok. Ślad po nakłuciu był dość świeży.

Psychiatra obserwuje Jacka po zatrzymaniu. Notuje: nie jest upośledzony, inteligencja przeciętna wyższa, spokojny, podporządkowany, chętnie rozmawia, czas spędza na oglądaniu telewizji, grze w tenisa stołowego. Nie ma utraty apetytu, w nocy sypia.

Gosia, gdy dzwonią z policji, że Jacek jest w areszcie, mówi dzieciom, że teraz stracili tatę. Patrycja pyta: „Czy to przez babcię?”.

Zofia, ze łzami w oczach: – Jak teraz, po tym wszystkim, na powrót zbliżyć się do wnuków? No, niech pan powie. Chcieliśmy tylko wiedzieć, dlaczego straciliśmy córkę.

Przepraszam

Znamienne – napisze prokurator w akcie oskarżenia – że Jacek na rok przed śmiercią załatwił żonie ciężką pracę fizyczną w magazynie wykonywaną bez kontaktu z ludźmi, by ją odizolować, by utrzymać zdrady w tajemnicy.

Pierwsza rozprawa odbyła się we wrześniu 2011 roku. Tłum dziennikarzy, ale sąd proces utajnia. Widząc teściów – oskarżycieli posiłkowych – Jacek przyznaje, że wstrzyknął żonie potężną dawkę leku. Bo w nocy, gdy się przebudziła, miała ją boleć głowa, a on w półmroku pomylił leki. Potem spalił opakowania, zadzwonił na pogotowie: – Po śmierci żony zrobiłem rachunek sumienia, postanowiłem, że zerwę kontakty z kobietami, poświęcę czas dzieciom. Wiedziałem, że należy się to im i zmarłej żonie. Nie chciałem stracić dzieci, wiedziałem, że mnie kochają. Przepraszam za mój błąd.

W mowie końcowej prokurator powie, że nie dostrzegł u Jacka śladu emocji, skruchy, wyrzutów sumienia.

Chcę spotkać się z Jackiem w areszcie. Odmawia.

Robaczki moje

– Nie wierzę w jego winę – Małgorzata, siostrzenica Jacka, płacze i miętosi mokrą chustkę. Została wraz z mężem rodziną zastępczą dla Patrycji i Kuby. Najgorszy, jak mówi, był Dzień Matki. Nie puszczali wtedy dzieci do szkoły. Teraz dochodzi Dzień Ojca.

– Pokażę panu listy – mówi mi Małgorzata.

Jacek pisze z celi: „Kochane dzieciaczki, szkoda, że tak mało czasu jest na odwiedziny; Robaczki moje, nie mogłem się na Was ostatnio napatrzeć; Patrysiu, mam nadzieję, że dostanę wejściówkę na spektakl, w którym grasz rolę; Kończy się półrocze, poprawcie oceny; Wierzę, że jak zwykle będę z was dumny. Tato Jacek. Kocham Was”.

Patrycja, córka Jacka, pisze do sądu, że tata jest niewinny, że jej rodziców łączyła miłość, o jakiej nie śni wiele małżeństw.

Sąd w Rzeszowie skazał Jacka za zabójstwo żony na dożywocie.

Niemowlak na gwarancji

W życiorysie, zaraz za wzmianką o szkole, piekarni rodziców i ślubie z Jackiem, Małgorzata napisała, że „do szczęścia brakuje tylko dziecka”. Zaniosła życiorys do ośrodka adopcyjnego w Zielonej Górze, bo leczenie bezpłodności nic nie dało. Myślała o in vitro, ale ktoś straszył, że się po tym rodzą upośledzone dzieci. A tego razem z mężem bali się najbardziej.

Minęło 16 lat. Siedzę w salonie ich domu, na stoliku zdjęcie kilkuletniego blondynka z dużymi oczami. Uśmiechnięty, turla się po dywanie. – Gdzie on jest? – pytam.

Jacek, choć kawał chłopa, wyciera mokre oczy. Małgorzata wzdycha. – Nie ma. Wie pan, jak to jest być więźniem dziecka? Oszukali nas.

Życie sakramentalne

To Małgorzata namówiła Jacka na adopcję. Kręcił nosem, że dostaną chore, od narkomanów albo pijaków, więc do życiorysu dołączyli wniosek, że chcą noworodka zdrowego, bez chorób dziedzicznych, płci obojętnej, narodowości polskiej. To ostatnie, by nie dali im Cygana.

Wypełnili ankietę o stanie majątkowym: „Własna działalność handlowa”.

Dołączyli opinię sąsiadów: „Dali się poznać jako małżeństwo zgodne, o szerokich zainteresowaniach różnymi sprawami”. Oświadczenie proboszcza: „Prowadzą życie sakramentalne”.

Z kursu przysposobienia rodzinnego przynieśli opinię psychologa: „Dojrzali, odpowiedzialni”.

Komisja ośrodka adopcyjnego (czterech pedagogów, psycholog, pediatra, kurator i pielęgniarka) uznała, że spełniają wymogi, aby adoptować dziecko. To był 1997 rok. W szpitalu w Żarach na świat przyszedł wtedy Pawełek. Silny, duży, rumiany. Matka, Jadwiga N., zostawiła go, mówiąc pielęgniarkom, że czwartego dzieciaka nie wykarmi.

Pieluszki, ciuszki, łóżeczko, wózek, wszystko kupione, Małgorzata i Jacek idą do ośrodka po Pawełka. – Zdrowe? – spytali. – Zdrowe – usłyszeli. A biologiczni rodzice? Nie ma podejrzeń, by było inaczej. Co prawda matka dziecka to patologia, ale nie ma rady, bo tu tylko takie mamy, usłyszeli. Pawełek dostał nowe imię, Patryk, a szczęśliwi rodzice zamarzyli o kolejnej adopcji, o dziewczynce.

Chodzą bez celu

Minęło pół roku, zaczynają coś podejrzewać. Patryk nie patrzy na nich, tylko jakoś na boki. Nie chce siadać, nie raczkuje, nie chwyta zabawek – spokojnie, mówią im lekarze, dojdzie do siebie.

Po roku dzieci znajomych już chodzą, Patryk nadal nie siada – pewnie matka paliła w ciąży, piła, tak musi być, mówią lekarze.

Dzieci znajomych śmieją się, widząc swoich rodziców, Patryk śmieje się ze wszystkiego – tak musi być, słyszą.

Po półtora roku nie chodzi – spokojnie, mówi pediatra, neurolog uspokaja, że trzeba małego rozwijać. No to kulanki na kocu, wyjazdy nad morze, huśtawki, zabawki, spacery, place zabaw. Nic. Mały uparty, trzyma poziom niemowlaka. Jedyna pociecha, że wszyscy chwalą: o, jaki ładny blondynek, oczy duże, podobny do mamy jak do własnej.

Minęły dwa lata. Małgorzata z małym na kolanach jak z rośliną siedzi w gabinecie uznanego zielonogórskiego pediatry. To przecież porażenie mózgowe, słyszy. Jak to, od czego? Zalewa się łzami, wszyscy mówili przecież, że dziecko zdrowe, od zdrowej matki, że to przejdzie z czasem.

Zagląda w dokumenty, szuka informacji o biologicznych rodzicach. Jest karta porodowa Jadwigi N., w niej adres. Małgorzata jedzie niedaleko, parę kilometrów, staje pod domem – zrujnowanym, więc łzy napływają jej do oczu, bo wyobraźnia dopowiada resztę. Pomyłka, zły adres. Ulga. Nie może znaleźć właściwego, idzie do szkoły, bo Jadwiga N., co Małgorzata wyczytała w karcie porodowej, miała inne dzieci.

– Po co pani te informacje? – pyta szkolna sekretarka.

– Adoptowałam ich dziecko, chyba chore, chcę wiedzieć dlaczego – odpowiada.

Sekretarka siada z wrażenia, oczy i usta otwiera w zdumieniu. – Niemożliwe! Oni chodzą wzdłuż ulicy, bez celu, a matka wygląda jak opętana.

Małgorzata na miękkich nogach staje z sekretarką pod właściwym domem. Też zaniedbanym. Jadwigi N. nie ma, dzieci też – zabrane do domu dziecka. Jest dalsza rodzina, ale nie wie nawet, z kim te dzieci porobione.

Małgorzata, w żalu, dzwoni do ośrodka adopcyjnego, do dyrektor Wandy Boczek. Rozumiem, odpowiada dyrektorka, ale co mogę poradzić, nie dajemy gwarancji na dziecko.

Wszyscy chcą geniusza

– Tego nie dało się przewidzieć – mówi mi Boczek. Od pięciu lat jest na emeryturze, dyżuruje teraz w ośrodku interwencji kryzysowej w Zielonej Górze. Zaniepokojona, że ktoś wraca do „tamtej sprawy” sprzed 16 lat.

Wysoka, elegancka, siada za stołem, częstuje herbatą, czeka, aż zostaniemy w biurze sami, składa ręce pod brodą, patrzy w okno. – Ci rodzice po prostu mieli pecha – wzdycha.

Ośrodek, jak twierdzi, nie miał wtedy żadnych informacji o Jadwidze N., ot, tyle co dostali ze szpitala. Kobieta oddała dziecko dobrowolnie, a wtedy nikt nie wnika, czy rodzina normalna, zdrowa. Inaczej, gdy sąd odbiera dzieci, wtedy wiadomo, z kim ma się do czynienia.

Boczek przez 28 lat swojej pracy znalazła dom tysiącu osieroconych dzieci. Nie było reguły w doborze. Rodziców łączono z dziećmi choćby wedle wyglądu. Zdarzyło się, że gdy sierota miała biologicznego ojca Araba, to dostała matkę z ciemną karnacją. Było i tak, że w szpitalu porzucono rudego noworodka, nikt go nie chciał, trzeba było chętnych do adopcji szukać aż we Francji.

Rodzice oczekujący na adopcję znają się ze szkoleń, wiedzą, kto dostał dziecko. Jeśli komuś przypadło szybciej, w gabinecie Boczek rozlegały się lamenty. Jak dziecko studentce zrobił profesor, a studentka porzuciła je w szpitalu, drzwi gabinetu Boczek nie się zamykały, bo wszyscy oczekujący chcieli małego geniusza. Aby ustrzec się przed patologią, wpisywali do wniosków zastrzeżenia, że chcą dziecko od niepalących, niepijących, wysokich, była nawet prośba o pochodzenie artystyczne. Różne były też motywacje. Ktoś chciał dziecko, bo mąż w delegacjach, innych trapił małżeński kryzys, niemowlę miało ratować związek.

Boczek też nie mogła mieć dzieci. Przyjęła w 1980 roku ofertę szefowania ośrodkowi, dwa lata później również adoptowała chłopca z patologicznej rodziny. – Miałam w ośrodku psychologa. Mówił, że wychowanie ma mniejsze znaczenie niż geny – wzdycha. – Bzdury, mówiłam wtedy, każdego można przecież wychować, ułożyć. Życie pokazało, że nie miałam racji.

Klamerka, moja mama

Jacek i Małgorzata pogodzili się z pochodzeniem Patryka, rozpoczęli rajd po klinikach, by ratować synka. Spali pod szpitalnymi łóżkami, wysłuchiwali autorytetów od genetyki, neurologii, psychologii. Ktoś mówi, że pies pomoże, to dawać psa, ktoś mówi, że delfiny z Ukrainy za 500 dolarów, to dawać delfiny. Mały badany jest na żywo, we śnie, w mózgu, we krwi, chromosomy X z Y stoją dobrze, w odpowiedniej liczbie. Lekarze wykluczają też porażenie mózgowe, uznają, że to głębokie upośledzenie.

Po czterech latach nadal nie mówi, nie je, wypróżnia się pod siebie, nie chodzi. Chcą go choć fizycznie rozwinąć, objeżdżają ośrodki rehabilitacji, parki linowe, hipoterapie, na placach zabaw siedzą nawet w grudniu. Tak go rozwinęli, że gdy czytają mi listę domowych strat, to jakby mieli małego szympansa, nie dziecko. Do śmieci idą trzy pary drzwi, okna, donice, pięć odkurzaczy, 10 żelazek, naczynia. Dom jak forteca: płoty wzmocnione, podwyższone, furtka zbrojona, w klamkach zamki, drzwi opancerzone. Bo mały ucieka, ale tak przed siebie, jak mały dzik wypuszczony z klatki. Znalazł kluczyki samochodowe, to auto przejechało przez płot, zdemolowało bramę i samochód sąsiadów. Spuścili go na chwilę z oka, to znaleźli na dachu.

Po 10 latach mówi tylko „mama”, ale na wszystko, nawet na ukochaną klamerkę od bielizny. Nie cieszy się na widok rodziców, kupę robi do wanny. Gdy chodzą na grilla, boi się, trzyma ich za rękę, więc rzadko chodzą. Przy stole w kawiarni panikuje, klienci się awanturują, że dziecka nie potrafią wychować. Nawet w szkole specjalnej małego nie chcą, bo „psuje grupę”.

Nie mogą czytać, oglądać telewizji, bo mały ekspansywny, domaga się uwagi, a jak nie, tłucze wazony. W nocy nie śpią, boją się, że zasną za głęboko, syn wstanie, zrobi sobie krzywdę. Śpią razem, bo jak się ocknie sam, to nie zaśnie.

Czasami przemyka myśl, by rozwiązać adopcję, pozbyć się problemów, ale zaraz ucieka, bo pokochali.

Poszli za to do sądu, oskarżyli ośrodek, że wprowadził ich w błąd.

Wychowanie to obowiązek

Chcemy odszkodowania za to, że „staliśmy się więźniami dziecka” – napisali w pozwie w 2007 roku. Oskarżyli Wandę Boczek i jej ośrodek, że dali im dziecko chore, choć oni chcieli zdrowe. Pozwanym jest wojewoda lubuski, w którego gestii jest ośrodek adopcyjny.

Proces rusza w 2008 roku.

Jacek i Małgorzata chcą 100 tys. zł odszkodowania, a dla małego 1,9 tys. zł renty. Adwokat uzasadnia: „W trakcie procesu adopcyjnego pracownicy ośrodka twierdzili, że rodzice i rodzeństwo dziecka są zdrowi i w żaden sposób nieobciążeni genetycznie. Skutki tego odczuwać będą przez całe życie”.

Adwokat wylicza: płatne turnusy rehabilitacyjne, hydromasaże, specjalistyczne badania, kinezyterapia, baseny cieplne, masaże wibracyjne, stymulacje twarzy, magnetostymulacje, kliniki, dojazdy, straty materialne w domu – ponad 100 tys. zł. Jeszcze nieobliczalne koszty emocji i cierpień.

Boczek zeznaje, że nie bada się genetycznie rodziny dziecka, że mały wyglądał zdrowo, że choroba wyszła po latach, a sąd przyznaje jej rację. Koszty związane z leczeniem i kształceniem dziecka wpisane są przecież, jak uzasadnia, w obowiązki rodziców. Ale ci się nie poddają. Sąd Apelacyjny w Poznaniu nakazuje sprawę zbadać raz jeszcze, dokładniej. Uzasadnia to tak: urodzenie się człowieka nie może być uznane za szkodę, ale jest nią uszczerbek majątkowy związany z wychowywaniem i utrzymywaniem upośledzonego dziecka, a skoro rodzice chcieli zdrowe, to szkody doznali. Każe też sprawdzić, czy ośrodek mógł przewidzieć, że mały nosi w sobie chorobę.

Jakieś ludzie do niej mówią

Rusza drugi proces. Żeby ustalić, czy rodzice Patryka są zdrowi, sąd w Zielonej Górze wzywa na przesłuchanie Jadwigę N.

– Umiem pisać i czytać – mówi biologiczna matka, a sędzia, widząc 40-latkę wyglądającą o 20 lat starzej, zaniedbaną, chce się upewnić i podtyka jej kartkę z tekstem. Jadwiga N. duka, przekręca.

– Pamięta pani to dziecko? – sąd pyta o Patryka.

– Było, ale nie pamiętam kiedy.

– Jest pani chora?

– Stwierdzili mi chorobę psychiczną, tak trochę.

– Kto jest ojcem dziecka?

– Józek. Ale nie wyszłam za niego.

– Dlaczego?

– Bo nie.

– On był zdrowy?

– Chyba tak, nie wiem.

– Umiał pisać?

– Ja się za niego podpisywałam – mówi kobieta i prosi, by jej zwrócono kilka złotych za autobus, którym przyjechała na przesłuchanie.

Sąd zagląda do jej historii choroby. Czyta, że Jadwiga „słyszy głosy, coś do niej przemawia, chyba ludzie jakieś, ale nic nie chcą, nie wie, skąd są te ludzie, ale siedzą w niej i się wyrywają. Upośledzona, prymitywna” – odnotował lekarz.

Historia choroby Józka, 60-letniego ojca dzieci: „Nie czyta, nie pisze, nie potrafi policzyć pieniędzy, nie zna się na zegarku, jak idzie do pracy, to puszcza radio, by wiedzieć, kiedy wyjść. Głęboko upośledzony”.

Sąd odkrywa, że przed urodzeniem Patryka Jadwiga miała z Józkiem trzech synów. Wyszło to na jaw już wtedy, gdy Patryk został w szpitalu. Bo do Jadwigi N. poszli kurator i pomoc społeczna. Odnotowali, że w domu „czuć zapach wilgoci i pleśni, dzieci są bardzo zaniedbane, nie kąpane, w zniszczonej, brudnej odzieży, bez butów, zanieczyszczone moczem i kałem, przebywają w domu bez względu na pogodę. Niewydolność wychowawcza, upośledzenie umysłowe, prymitywizm środowiskowy”. Chłopcy, w wieku dwóch, trzech i pięciu lat, również opóźnieni w rozwoju, zostają zabrani do domu dziecka.

Te informacje od 1997 roku były zatem w aktach sprawy związanej z odebraniem dzieci Jadwidze N., ale Boczek twierdzi, że gdy oddawała Patryka do adopcji, to ich nie widziała.

Zaniedbane? Przecież gotowała

Stoję przed domem, do którego przed laty pukała Małgorzata, szukając Jadwigi N. Nurtuje mnie pytanie, dlaczego przez pięć lat chora Jadwiga N. mieszkała tu z upośledzonym ojcem swoich dzieci, w warunkach urągających godności ludzkiej, a odkryto to dopiero, gdy zostawiła czwarte dziecko w szpitalu.

Widzę zaniedbany, może przedwojenny budynek, błoto na podwórzu. Pies wilczuropodobny wyrywa się do furtki. Otwiera młody mężczyzna z łańcuchem na szyi. Prowadzi do babki, Ireny, około 70 lat, która staje w przedsionku.

– Mieszkała tu z dzieciakami, za ścianą, o tu – kobieta pokazuje drugą połowę domu.

– Pani z jej rodziny? – pytam.

– A jaka my tam rodzina! Józek to po drugiej matce, takie niedorozwinięte byli, jedno jak i drugie. Ona z pierwszym dzieckiem tu przyjechała, a potem te dzieci się porobiły.

– Z Józkiem?

– A kto wie, czyje to było, bo jak Józek zmarł, to następne się zrobiło, dziewczynka, ale też zabrali. A warunki były okropne, te dzieci brudne, nie wychodziły na zewnątrz.

– Nikogo nie alarmowaliście, by odebrać jej dzieci?

– Jak poszłam do nich, to mnie pędzili. Strach było chodzić.

Dom stoi w głębi wsi, ale w rzędzie jednorodzinnej zabudowy. Idę naprzeciwko. Sąsiad, Ryszard, w kaloszach, cedzi przez zęby: – No latały te dzieciaki, niepełnosprawne takie.

– Dlaczego nikt nie interweniował? – pytam.

– A co będę gadał na sąsiadów – parska.

Wójtem Olbrachtowa był wtedy Jan Dżyga. – Pamiętam, chodziłem do nich popatrzeć, jak żyją. Ale jakie tam zaniedbane. Ta Jadwiga gotowała, dzieci ubrane były – mówi były wójt.

Czytam mu o moczu, kale, prymitywizmie.

– E! Przesada! Albo kurator trafił na zły dzień.

Ułomne – to szkoda

Gdy sąd jest pewien, że rodzice małego byli chorzy, chce ustalić, zgodnie z zaleceniem sądu apelacyjnego, czy choroba miała wpływ na rozwój Patryka. Prof. Anna Latos-Bielańska, genetyk kliniczny, biegły sądowy, odpowiada tak: – Mózgowe porażenie dziecięce nie jest dziedziczne, najczęściej dochodzi do niego w ciąży, choć może występować u więcej niż jednego dziecka w rodzinie. Jeśli to niepełnosprawność intelektualna, to przyczyną mogą być geny, ale też środowisko, więc trudno wyrokować.

Jackowi i Małgorzacie ta opinia się nie podoba. Są pewni, że Patryk choruje przez geny, że ośrodek powinien ich przed tym ostrzec, dać możliwość wyboru.

Sąd pyta Janusza Błockiego, neurologa. Stwierdza on, że skoro rodzice i rodzeństwo Patryka są upośledzeni umysłowo, to było większe prawdopodobieństwo, że on również będzie chory.

W maju 2012 roku zapada wyrok. Sąd uznaje, że ośrodek powinien zebrać informacje o rodzicach Patryka i jego rodzeństwie, że miał kontakt z sądem rodzinnym, który odbierał dzieci Jadwidze N., powinien wiedzieć, że w rodzinie są chorzy psychicznie. „Nie ulega wątpliwości – uznaje sąd – że posiadanie dziecka ułomnego i powstające z tego obciążenia emocjonalne i finansowe należy uznać za szkodę, a odpowiedzialność za to ponosi skarb państwa, którego funkcjonariusze działali niezgodnie z prawem”.

Nie zdecydował jeszcze o wysokości odszkodowania i renty. Ma się tym zająć Sąd Apelacyjny w Poznaniu.

Po profesorze

– Dlaczego zmieniła pani zdanie co do genów i wychowania dzieci? – pytam Wandę Boczek.

– Adoptowałam syna 30 lat temu, starałam się wraz z mężem wychować go na porządnego człowieka. Psychologowie wykryli u niego pewne nieprawidłowości. Ciągnęło go do marginesu, miewał konflikty z prawem, podobnie jak jego biologiczny ojciec. Myślę, że tu geny zwyciężyły, dlatego zmieniłam zdanie. Ale adoptowałam go na dobre i na złe.

Gdy rozmawiam z Jackiem i Małgorzatą, Patryka nie ma w domu. Umieścili go w domu pomocy społecznej, zabierają do siebie co kilka tygodni. Ma 16 lat, nadal nie mówi, nie cieszy się, gdy widzi rodziców, płacze, gdy odwożą go do ośrodka. Też płaczą, bo czują, że syn nie jest tam szczęśliwy. Jak dostaną od sądu pieniądze, przeznaczą je na utrzymanie syna, bo nigdy nie zrzekną się rodzicielstwa.

– Mamo? Mogę pograć na laptopie? – z piętra schodzi śliczna dziewięcioletnia blondynka.

– Możesz, możesz... – Małgorzata uśmiecha się do swojej adoptowanej zdrowej córki, którą biologiczna matka, studentka, porzuciła w szpitalu po romansie z profesorem.

Uciekajcie stąd

– Zamykaliśmy oczy na krzywdę dzieci, by robić specjalizacje i doktoraty – mówi mi lekarz. – Mogliśmy zwołać komisję lekarską i zrobić porządek. Zawiedliśmy – mówi Anna Kurhańska z izby lekarskiej. – Zawiodło całe środowisko, które foruje swoje dzieci na posadach – mówi prof. Leszek Lewandowski.

Student się zlitował

Syn Krzysztofa, 12-latek, wije się z bólu na fotelu dentystycznym, gdy w grudniu 2009 roku lekarka kaleczy mu podniebienie. Tryska krew. Lekarka wychodzi.

Krzysztof: – Tak po prostu. Bez słowa. Głupiejemy z żoną, chcemy to tamować, bo syn pluje krwią. Szczęście, że przypadkowo do pokoju wchodzi inny lekarz i tamuje krwawienie.

– A tamta lekarka? Która zraniła syna? – pytam.

– Wróciła po 20 minutach – opowiada Krzysztof. – Jakaś nieobecna, zamknięta w sobie. Spytała tylko: „A co tu się stało?”. Jakby nie pamiętała wydarzeń sprzed chwili.

Krzysztof zabiera syna i dokumentację leczenia. Uciekają z uniwersyteckiej kliniki.

Ewa też ucieka. Zabrała ośmioletnią córkę, gdy jedna z pielęgniarek rzuciła jej szeptem na korytarzu: – Uciekać stąd! Uciekać! Bo nie wyleczy tu pani dziecka.

Ewa, z zawodu pielęgniarka, z małą pensją, cieszyła się, że dziecko trafiło pod fachową opiekę. I to na koszt NFZ.

– Przedni ząb się córce nie wyżyna, źle rośnie. Już na pierwszej wizycie lampka mi się jednak w głowie zapaliła, bo lekarka chodzi wokół fotela, dziwi się, jakby nie wiedziała, co robić. Nie odpowiada na pytania. Albo każe mi iść na konsultacje do chirurga, w tym samym budynku, tylko że chirurg już dawno tam nie pracuje. Dla dziecka niemiła, mówi podniesionym głosem. Córka jej nie lubi. Gdy lekarka zakłada aparat na zęby, to ten zamiast leczyć, jeszcze skrzywia zgryz. Ostatnia wizyta, umówiona jesienią 2009 roku. Biorę wolne, dziecko zwalniam ze szkoły i jedziemy do Poznania, 70 kilometrów. A w centrum słyszę, że pani doktor nie ma i nikt nie wie, dlaczego nie przyszła do pracy. Wtedy podchodzi jedna z pielęgniarek z tego zakładu i mówi: „Niech się pani przestanie męczyć z tą lekarką”. Jeszcze inne pielęgniarki zdziwione – jak to możliwe, że ktoś tu jeszcze przychodzi. Mówię: „Ludzie, zlitujcie się, co mam robić?”. Wtedy jakiś student bierze zdjęcie rentgenowskie córki, wzdycha, że leczenie idzie w złym kierunku, i pędzi z tym do innego lekarza. A tamten: „Nie pomogę, bo kończę tu karierę”.

Zęby wyrwać i zostawić

Docieram do innych pacjentów.

Hanna przyjeżdżała do kliniki z córką, której nie chciały rosnąć zęby. Trafiła na zamkniętą w sobie lekarkę. Ta nie chciała leczyć dziewczynki, mówiła, że skoro zęby nie rosną, to nie rosną. I już. A matka stała ogłupiała ze skierowaniem, że trzeba aparat założyć i wyrównać szpary. Jeszcze Hanna wystraszona, bo personel chodzi i mówi: „Uciekajcie stąd”.

Hanna: – No ale co ja mam zrobić, skoro leczenie takie drogie, a ja mam jeszcze trójkę dzieci?

Albo Łukasz. Jego pielęgniarka wzięła pod ramię w lutym 2009 roku, też kazała uciekać. 28-latek przez rok starał się o aparat. Lekarka kazała mu najpierw zęby wyrwać, a potem jednak zostawić. Zgubiła wycisk dentystyczny potrzebny do założenia aparatu, nie przychodziła na umówione wizyty, a recepcjonistki chwytały za telefon, by oświadczyć, że lekarka nie odbiera. Przez rok leczenie nie drgnęło.

Łukasz: – Lekarka jakby na lekach, nieobecna, a te pielęgniarki jakieś wystraszone, proszące, by ich nie zdradzić, gdy szepczą: „Idź pan gdzie indziej”. Groza jakaś!

To pacjenci z ostatnich czterech lat.

Ale pielęgniarka wygoniła też Małgorzatę z córką, która ma rozszczep podniebienia i specjalny aparat.

Małgorzata: – Pierwsza wizyta? Chyba z dziesięć lat temu. Lekarka chodzi wokół córki i nie wie, co zrobić, a jakiś lekarz mnie przeraża, gdy na korytarzu szepcze: „Ona wam nie pomoże, idźcie gdzie indziej”. No ale zostaję, bo gdzie mam iść, skoro prywatnie nie było mnie stać? Prawie każda wizyta wygląda tak, że lekarka coś szepcze albo się nie odzywa, albo w ogóle nie przychodzi na umówione wizyty, albo każe zęby wyrywać, a potem się rozmyśla. Miałam dosyć, gdy przyjechałam z córką kilka miesięcy temu, bo dziąsła spuchnięte, bolało. Lekarka zagląda w buzię i mówi, że nic się złego nie dzieje. Ale córka wyje, pielęgniarki to widzą i na korytarzu szepczą: „Uciekajcie do innego lekarza”. No to idę prywatnie poza klinikę, a lekarz patrzy, chwyta się za głowę i mówi: „Jezu, dziecko, jak ty z tym bólem wytrzymałaś”. Bo drut wystawał, haratał dziąsło i wbijał się w policzek. I jeszcze ten lekarz rzuca: „Kolejna ofiara dr P.!”.

Jedna z pielęgniarek poznańskiego Centrum Stomatologii zgadza się porozmawiać. Na parkingu. Wystraszona, kilka razy się upewnia, że nie zdradzę jej nazwiska.

– Rozmawiał pan z pacjentką sprzed dziesięciu lat? Ale to trwa od dwudziestu, od kiedy doktor Maria P. zaczęła leczyć. A jej pacjenci to głównie dzieci, leczone na koszt NFZ, bo ich rodziców nie stać na prywatnego ortodontę. Żal patrzeć, jak je kaleczy, krzyczy, nie przychodzi na wizyty, dlatego namawiamy do zmiany lekarza. Nie zliczę już tych pacjentów, których stąd wyganialiśmy.

„To musiało się tak skończyć”

Chcę zapisać dziecko na wizytę do dr Marii P. Rozmowa z recepcją centrum wygląda tak:

– Ale proponuję do doktor Konopki – mówi recepcjonistka.

– Ale chciałbym do doktor Marii P.

– Ale ja proponuję panu innego lekarza.

– A dlaczego?

– No jak pan chce (słyszę, że recepcjonistka wzdycha, coś z kimś konsultuje). Wolny termin mam na 26 marca. Pasuje panu?

Pasuje.

Ale to jedyne, co pasuje.

Bo lekarka kaleczy małych pacjentów w klinice ortodoncji, która mieści się w najnowocześniejszym w kraju Centrum Stomatologii przy poznańskim Uniwersytecie Medycznym.

– O co tu chodzi? – pytam prof. Honoratę Shaw, która była wśród inicjatorów powstania Centrum Stomatologii i jest byłym dziekanem Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Medycznego (wtedy jeszcze Akademii). Gdy słyszy nazwisko lekarki, początkowo nie chce rozmawiać.

W końcu się zgadza: – To musiało się tak skończyć. Biedna Danusia. W tej sprawie matka myślała, że jest w stanie dopilnować córkę. Okazuje się, że to przerosło też nas, środowisko lekarzy.

Córka pod skrzydłami matki

Ta historia zaczyna się w latach 70. na Akademii Rolniczej. Bo Maria P., córka poznańskiej ortodontki Danuty Kaźmierczak, chciała być ogrodnikiem. Nie ustaliłem, kiedy matka wykryła u niej chorobę, ale zaraz po studiach ogrodniczych Maria P. miała staż w Polskiej Akademii Nauk, w zakładzie genetyki roślin. Danuta Kaźmierczak przychodziła tam, żeby pytać przełożonych córki, jak sobie radzi. Wie o tym dr Anna Flisykowska-Kurhańska, poznańska stomatolog: – Bo moja matka tam pracowała. I mówiła, że Kaźmierczak była jakaś nadopiekuńcza, pilnowała córkę aż nadto. Ale ona musiała po prostu wiedzieć o chorobie.

W latach 80. Maria P. kończy krótką karierę ogrodnika i trafia na poznańską Akademię Medyczną. Prof. Shaw: – Myślę, że Danusia chciała mieć większą kontrolę nad córką. Dlatego wzięła ją pod swoje skrzydła, czyli na uczelnię medyczną.

W Poznaniu działa wtedy Instytut Stomatologii przy Akademii Medycznej. Ma siedzibę w starych budynkach przy ulicy Święcickiego. Tam stanowisko docenta ma Danuta Kaźmierczak i tam staż dostaje jej córka, by kształcić się na ortodontę.

Flisykowska-Kurhańska też tam pracuje i wspomina zebranie, na którym doszło do zgrzytu. No bo to nepotyzm, gdy matka ma być szefem córki. – Ale wstała szefowa Kliniki Ortodoncji prof. Barbara Perzyna i ucięła dyskusję: „Mamy tylko jedną klinikę, więc gdzie ta dziewczyna ma pracować? A poza tym – pytała prof. Perzyna – co w tym złego, że dziecko dziedziczy zainteresowania matki?”.

Próbowałem skontaktować się z prof. Perzyną. Jej rodzina prosiła, by jej nie przeszkadzać ze względu na stan zdrowia.

Maria P. chce zrobić specjalizację, więc przyjmuje wtedy w instytucie pierwszych pacjentów.

Wiedzieli. Od 20 lat

Flisykowska-Kurhańska pamięta, że zaczęło się od szeptów. Tak środowisko lekarzy instytutu przekazywało sobie informację o chorobie Marii P. Flisykowska przekonała się o tym sama: – Weszłam do gabinetu, gdzie przyjmowała. Na fotelu dziecko, które zdezorientowana matka trzyma za rękę. A Maria siedzi tyłem do nich i patrzy w okno. Nieruchomo. Pytam: „Co tu się dzieje?”. I idę do jej matki, która była już wtedy szefową całego zakładu. A prof. Kaźmierczak ze spokojem: Już tam idę, już się tym zajmę. I tak to wyglądało. Matka interweniowała, gdy córka miała nawroty choroby i lądowała na zwolnieniu lekarskim.

Prof. Shaw: – Ja się dowiedziałam wtedy przez przypadek. Jeden z pracowników uczelni był leczony przez Marię i przyznał, że jest jakaś dziwna, nie radzi sobie, stoi przy pacjencie, nie potrafi podjąć decyzji. A chodziło tylko o złamany aparat na zębach, który należało naprawić.

I Flisykowska, i Shaw zapewniają, że o chorobie młodej lekarki, która nie radzi sobie z pacjentami, wiedzieli wszyscy, którzy mieli z nią kontakt. Spekulowali, że może chodzić o schizofrenię lub głęboką depresję. Odradzali u niej wizyty swoim znajomym i nie puściliby do niej swoich dzieci. To dlaczego pozwalali, by leczyła inne?

– W latach 90. była pani dziekanem, co pani z tym zrobiła? – pytam Shaw.

– Ja nie miałam wtedy informacji, że może się dziać krzywda pacjentom. Ona była przecież pod okiem matki, która interweniowała, gdy działo się coś niepokojącego. Kiedy zostałam dziekanem, jedyne, co mogłam, to blokować habilitację, o którą walczyła jej matka.

Wtedy prof. Kaźmierczak obraziła się na prof. Shaw. Ale nie ustąpiła w wysiłkach, by pomóc córce w karierze naukowej.

Prof. Grażyna Śmiech-Słomkowska jest krajowym konsultantem ortodoncji. Na co dzień pracuje w Łodzi. To osoba, która ma kontrolować jakość leczenia przez ortodontów w szpitalach i przychodniach w całym kraju.

Śmiech-Słomkowska: – Doktor P. przyjechała do mnie kilka lat temu na prośbę matki. Prosiła mnie o konsultacje dotyczące wyboru tematu do habilitacji. Sprawiła wrażenie trochę zakręconej. Powiedziałam, że ma za mały dorobek naukowy i habilitacja jest wykluczona. Wtedy zadzwoniła jej matka z pretensjami, że blokuję córkę. Dziwna sytuacja.

Czytam prof. Śmiech-Słomkowskiej relacje pacjentów i lekarzy o zachowaniach Marii P. z ostatnich lat. – Naprawdę nie wiedziałam, że to taki dramat. Miałam jakieś informacje o jej chorobie, ale nie o takich jej skutkach. Trzeba coś natychmiast z tym zrobić.

Po co te wysiłki matki? Habilitacja to możliwość prowadzenia samodzielnych badań naukowych i otwarta droga do awansów.

Prace doktorskie leżą u matki

W połowie lat 90. zakładem ortodoncji kieruje prof. Danuta Kaźmierczak. Córka nadal jest jej podwładną. Trafiają tam wtedy młodzi lekarze. Leczą pacjentów, by zdobyć specjalizację.

Jeden z nich: – Z powodu choroby P. bywała często na zwolnieniu lekarskim. Jej pacjentów poprawialiśmy, bo stawiała złe diagnozy albo nie radziła sobie z leczeniem, zwłaszcza gdy miała nawroty choroby.

Ten sam lekarz wspomina jeszcze, jak Maria P. sadza dziecko na fotelu i wychodzi. Na godzinę, dwie.

Inny opowiada o kolejce pacjentów na dyżurze dr P., gdy podnosi się jedna z pacjentek i chce wejść do jej gabinetu.

Przytacza taki dialog.

– Pani do kogo? – pyta lekarka.

– Do pani – mówi pacjentka.

– Ja panią leczę? – zdziwiona lekarka.

– Od dwóch lat – jeszcze bardziej zdziwiona pacjentka.

Lekarz: – To, że mieliśmy do czynienia z zaburzeniami, było oczywiste.

Pytam lekarza, czy skarżyli się na koleżankę.

– Komu? – pyta. – Przecież jej matka była naszą szefową. Inny kolega robił specjalizację właśnie pod opieką Marii P. A wkrótce pozostali musieli bronić prac doktorskich.

Trzech lekarzy otwiera wtedy przewody doktorskie. Ich promotorem jest prof. Danuta Kaźmierczak. Lekarz: – Wtedy się zaczęło. Moje uwagi, że jej córka sobie nie radzi, zbywała. I dawała jasno do zrozumienia, że mamy się nie wtrącać. A prace doktorskie leżały w jej szufladzie. Siedzieliśmy cicho.

Na uwagę, że tkwili w zmowie milczenia, broni się: – Nie było innej możliwości. Prof. Kaźmierczak była jedyną z dziedziny ortodoncji, u której można było robić w Poznaniu doktorat. Miała uznanie, autorytet i znajomości na uczelni. Sam fakt, że udało jej się tak długo obronić córkę przed wyrzuceniem z pracy, daje obraz jej wpływów.

Supercentrum, a my nadal cicho

W 2003 roku Klinika Ortodoncji przenosi się do nowoczesnego Centrum Stomatologii. Kosztem kilkudziesięciu milionów złotych powstaje największa w Polsce tego typu placówka działająca przy uczelni. Pieczę nad wszystkim sprawuje rektor, który zatrudnia wykładowców, oraz dyrektor centrum, który zatrudnia tych samych ludzi, ale jako lekarzy.

Na emeryturę odchodzi kierownik, prof. Danuta Kaźmierczak. W klinice pracują teraz jej córka i kilku innych specjalistów.

Centrum prezentowane jest w mediach jako najnowocześniejsza placówka w Polsce. Szczyci się tym, że leczą tu nawet profesorowie. Jako jedyna w Wielkopolsce ma umowę z Narodowym Funduszem Zdrowia na leczenie dzieci z wrodzonymi rozszczepami podniebienia. Dzieci te dostaje do leczenia także Maria P.

Raz trafia przed oblicze jednej z wicedyrektorek centrum – Hanny Ożyńskiej. Bo lekarze i pielęgniarki centrum skarżą się jej, że P. posadziła dziecko na fotelu i zniknęła. Albo że w jednych rękawiczkach badała wielu pacjentów. Lub nie nosiła ich w ogóle.

– Dlaczego jej nie zwolniliście? – pytam Ożyńską. – Zawsze przynosiła zaświadczenie od lekarza zakładowego, że jest zdolna do pracy. Zresztą nie chcę tego wspominać ani komentować – mówi nam Ożyńska.

Każdy z lekarzy centrum musi mieć zaświadczenie, że jest zdolny do pracy wykładowcy i lekarza. Taki dokument jest odnawiany co kilka lat.

W 2007 roku dział kadr centrum informuje p.o. kierownika, którym jest Barbara Biedziak, że Maria P. przyniosła zaświadczenie tylko do pracy wykładowcy, a nie lekarza. Ale zaraz Maria P. przynosi to samo zaświadczenie z dopiskiem „i zdolność do pracy lekarza”. Lekarka zakładowa zaprzecza, by to ona dopisała. To Beata Ziemska, dzisiaj szefowa przychodni zakładowej. Przyznaje, że takie zdarzenie miało miejsce: – Ostatecznie dr Maria P. przyniosła zaświadczenie od jakiegoś lekarza z miasta, że jest zdolna do pracy.

Dlaczego szefostwo centrum nie powiadomiło wtedy prokuratury o podejrzeniu fałszerstwa? Ożyńska nie chce komentować. Podobnie Biedziak.

Pytam jeszcze ówczesnych dyrektorów centrum, dr. Jerzego Kubiaka i dr Danutę Celkę. Nie pamiętają tego, podobnie jak informacji, by Maria P. miała problemy zdrowotne.

Ale jeden z lekarzy mówi mi: – To fałszerstwo zostało zamiecione ze strachu. Wszyscy bali się, że konsekwencje dotkną cały instytut.

Studenci: Będziemy niedouczeni

Prof. Shaw od 2000 roku, jeszcze jako dziekan wydziału lekarskiego, dostawała sygnały od studentów, że dr P. nie sprawdza się w roli wykładowcy, ale nie dotarły do niej oficjalne skargi. – Bez nich niewiele da się zrobić – mówi.

Idę do Centrum Stomatologii. Grupa studentów IV roku właśnie skończyła dwutygodniowe wykłady z dr P.

Rozmawiam z dwojgiem z nich.

Studentka: – Zajęcia miały być codziennie, po trzy godziny. Doktor P. miała badać pacjentów, a my patrzeć i uczyć się. Dwa razy w ogóle nie przyszła. Siedzieliśmy w sali, gadki, żarty i do domu.

Student: – Drugiego dnia ulitował się nad nami inny lekarz, który zażartował: „O, czytelnia pani P”. Bo przyjęło się, że można sobie u niej poczytać gazetę, książkę. Ten lekarz, choć miał swoich studentów, wziął nas do swojej sali.

Studentka: – Gdy doktor P. w końcu się pojawiła, to bez żadnego słowa. Jakby nieobecna była. Pielęgniarka przyniosła kartoteki trzech pacjentów. P. przejrzała i mówi: wezmę dwóch. Pielęgniarka zdziwiona: „A trzeci pacjent? On czeka na korytarzu”. P. nawet nie odpowiedziała.

Student: – Często się spóźniała, a gdy zbadała pacjentów, kazała nam iść do domu, choć zajęcia się nie skończyły. Ostatniego dnia mieliśmy mieć u niej zaliczenie. No to każdy zakuł. A ona nie przyszła. Takich zajęć jeszcze nie miałem. Przydatne może 10-20 procent. Reszta to strata czasu. Żenada.

Studentka: – Po takich zajęciach zazwyczaj dostajemy anonimowe ankiety, by ocenić wykładowcę. Chcieliśmy napisać, że doktor P. to kpina ze studentów, że niedouczeni stąd wyjdziemy. Ale sekretarka powiedziała koleżance: nie ma ankiety, napiszcie skargę i się podpiszcie. Ale kto się podpisze nazwiskiem? A jeszcze pielęgniarki mówiły na boku: „Studenciaki, zróbcie coś z tym, bo to już trwa latami”.

Student: – My? Skoro nikt nie reaguje, to studenci mają to rozwiązać? Przecież ta kobieta musi mieć niezłe plecy, skoro od tylu lat ją trzymają.

Kierownikiem Kliniki Ortodoncji jest prof. Teresa Matthews-Brzozowska. Pytam o ankiety. Odpowiada, że nie było, bo nie dojechały formularze. – Ale ja nie miałam złych opinii o dr P. – dodaje Matthews. I zapewnia, że nie widziała też u niej niepokojących zachowań.

Także dziekan, prof. Andrzej Tykarski, oraz rektor uczelni, prof. Jacek Wysocki, mówią, że nie wiedzieli o chorobie Marii P.

Dziekan Tykarski: – Nie miałem ankiet ze złymi ocenami dr Marii P.

I czyta mi pozytywną opinię studenckiej rady uczelnianej.

– Szefowie kliniki też wystawili dobre oceny Marii P. – dodaje Tykarski. Pod tymi ocenami podpisani są Barbara Biedziak, p.o. kierownika Centrum Stomatologii, i Maria Borysewicz-Lewicka, szefowa katedry stomatologii dziecięcej.

Żadna z nich nie chciała rozmawiać o tej sprawie. Biedziak robiła doktorat u matki Marii P.

Lekarka potrzebna do pieczątki

Gdy w 2009 roku z kliniki odchodzi część lekarzy, by otworzyć prywatne praktyki, zostaje tam Maria P., dwóch innych, którzy również robili doktoraty u jej matki, i kilkoro młodych, starających się dopiero o specjalizację z ortodoncji.

W 2009 roku Maria P., jako jedyna – od września do grudnia – miała pod opieką dzieci z bezpłatnego programu rozszczepowego. Bo pozostali lekarze mieli za krótki staż, żeby Narodowy Fundusz Zdrowia uznał ich za specjalistów z tej dziedziny.

Z informacji przesłanej z centrum do NFZ wynika, że dr Maria P. przyjmowała jesienią około stu dzieci miesięcznie. Średnio po pięcioro, sześcioro dziennie. Ale to niemożliwe, bo z relacji lekarzy i pielęgniarek, które otrzymałem, wynikało, że często nie było jej w pracy.

Docieram do kart choroby kilku pacjentów centrum z jesieni 2009 roku. Przy ich wizytach znajduję podpisy i pieczątki Marii P., ale też lekarza Pawła Lewandowskiego albo Anny Szponar. Ale w kopiach sprawozdań z tych samych wizyt, które kierowniczka kliniki Matthews-Brzozowska wysyłała do NFZ, widnieje wszędzie nazwisko tylko dr Marii P.

O co chodzi?

O pieniądze.

Wyjaśnia to jeden z lekarzy kliniki, który prosi o anonimowość: – Maria P. miała nawroty choroby, znikała albo nie chciała leczyć pacjentów. A trzeba było ich przyjmować. NFZ płacił za każdego prawie 300 złotych miesięcznie, ale pod warunkiem, że pacjentów przyjmował lekarz z uprawnieniami. A takim była wtedy tylko Maria P. Więc do NFZ szły informacje, że to ona badała pacjentów. Maria P., choć niedomagająca zdrowotnie i już bez wsparcia mamy, służyła teraz swoją pieczątką, by klinika mogła otrzymać pieniądze z NFZ.

Docieram też do dwóch pisemnych skarg rodziców, którzy w imieniu dzieci piszą, że inni lekarze przyjmują, a inni są potem podpisani.

Pytam kierowniczkę Matthews-Brzozowską o sprzeczność w dokumentach. Nie potrafi tego wyjaśnić. Sugeruje, że może pielęgniarki się pomyliły.

Jedna z pielęgniarek: – Co za bzdura! Przecież taki był system. Kłamać w papierach, żeby NFZ płacił!

Pokazuję dokumenty w NFZ. Jego rzeczniczka, Marta Banaszak-Osiewicz: – Zarządzamy kontrolę, bo dokumenty świadczą o poważnych nieprawidłowościach.

O jakie pieniądze tu szło? Klinika Ortodoncji to złota kura Centrum Stomatologii. Co roku zarabia najwięcej spośród wszystkich klinik centrum, bo około 600 tys. zł. Połowa z tego to pieniądze z kontraktów NFZ.

Kontrolę NFZ będzie nadzorować Hanna Ożyńska, była wicedyrektor Centrum Stomatologii. Bo obecnie jest kierownikiem komórki kontrolnej NFZ.

Skargi? Odpowiedź SMS-em

Nie wszystkie przyjęcia Marii P. w 2009 roku to fikcja.

Jeden z lekarzy ortodontów, który ma prywatny gabinet w Poznaniu, zgadza się porozmawiać: – Mam około 30 dzieci z ostatnich trzech lat, które uciekły z Centrum Stomatologii. Niektóre z nieodwracalnymi zmianami zgryzu, które trudno już poprawić. To w większości pacjenci Marii P.

Pacjenci piszą na Marię P. skargi do dyrektora centrum, prof. Wiesława Hędzelka, który szefuje tu od dwóch lat. Hędzelek na jedną z takich skarg odpisuje, że nie może zdyscyplinować pracownika (Marii P.) bardziej niż rozmową, bo jest ona pracownikiem rektora uniwersytetu.

Co na to rektor?

Prof. Jacek Wysocki: – Absurdalne, szokujące i nieprawdziwe tłumaczenie, bo ja nie mam wpływu na to, kogo zatrudnia pan Hędzelek.

Skargę na Marię P. wysłała też wspomniana na początku Ewa – opiekę nad jej córką, z powodu nieobecności Marii P., musiał przejąć student. Ewa wysyła skargę w październiku 2009 roku, mailem, do dyrekcji centrum: „Nie rozumiem, jak to możliwe, że zatrudniacie Państwo osobę tak niekompetentną”. I wymienia błędy lekarki.

Po kilku dniach dostaje odpowiedź. Ale nie od dyrekcji. Od Marii P. SMS-em: „Wylała pani pomyje na mnie. Od początku z pretensjami, a była dobrze traktowana”.

Ewa zdumiona.

Odpisuje: „Nie chciałam być traktowana, chciałam, by leczyła pani moje dziecko”.

I kolejna odpowiedź Marii P.: „Proszę nie zaśmiecać mojego telefonu swoją arogancją i głupotą”.

Dyrekcja centrum nie odpowiedziała Ewie.

Pytam obecnych dyrektorów centrum, ile mieli skarg pacjentów na Marię P. Wicedyrektor Przemysław Bury przyznaje, że więcej niż na innych lekarzy. I co z tym zrobili? Dyrektor centrum Wiesław Hędzelek: – Ale ja nie miałem sygnałów od pani kierownik Matthews, by chodziło tu o jakieś zaburzenia psychiczne.

Mogłam ratować te dzieciaki

Pytam dr. Mateusza Kurzawskiego, regionalnego konsultanta w dziedzinie ortodoncji w województwie wielkopolskim, czy zna sygnały o pacjentach Marii P. Kurzawski też pracował w uczelnianej klinice z Marią P. i robił doktorat u jej matki.

Ale dr Kurzawski milczy. – A co zrobiła Wielkopolska Izba Lekarska? – tylko pyta.

Rzecznik izby Krzysztof Kordel twierdzi, że nie miał skarg na dr Marię P. – Gdybyśmy wiedzieli, można było powołać komisję, która oceniłaby stan jej zdrowia.

Ale we władzach izby odnajduję Annę Flisykowską-Kurhańską. Tę samą, która wiedziała o chorobie Marii P. już od 20 lat!

Kurhańska broni się: – Ale nie mieliśmy formalnego zgłoszenia o jej chorobie. A to podstawa, by coś zrobić!

– Ale czym jest skarga pacjenta wobec wiedzy całego środowiska? – pytam. I przypominam jej słowa, że sama nie posłałaby swojego dziecka do Marii P.

Kurhańska przyznaje: – Oczywiście wiedzieliśmy w izbie o chorobie Marii P. Rozmawialiśmy nawet o jej przypadku przy okazji innego lekarza, którego pozbawiliśmy praw do leczenia ze względu na schizofrenię. Ale uznaliśmy, że musi być oficjalna skarga na doktor P., by to załatwić. A jej nie było.

Sprawdzam w przepisach. Art. 12 ustawy o zawodzie lekarza mówi: „Jeżeli okręgowa rada lekarska stwierdzi, że istnieje uzasadnione podejrzenie (...) ze względu na stan zdrowia uniemożliwiający wykonywanie zawodu lekarza, to powołuje się komisję złożoną z lekarzy specjalistów z odpowiednich dziedzin medycyny. Komisja ta wydaje orzeczenie w przedmiocie niezdolności lekarza do wykonywania zawodu albo ograniczenia w wykonywaniu ściśle określonych czynności medycznych”.

Nie ma mowy o żadnych formalnych skargach.

Upewniam się jeszcze u dr. Artura de Rosiera, młodego rzecznika dyscyplinarnego Wielkopolskiej Izby Lekarskiej: – W końcu każdy lekarz, czy to dentysta, czy pediatra, miał trochę psychiatrii na studiach. Wiedza środowiska jest oczywiście wystarczająca, by uruchomić tę procedurę.

Ale sama Kurhańska w końcu opowiada mi o przypadku absolwentki stomatologii, która dwa lata wcześniej zdradzała objawy choroby psychicznej. – Wtedy jeden z kolegów upierał się, że praca z pacjentami to będzie dla niej świetna rehabilitacja. To sama go zapytałam: a wysłałbyś do niej swoje dzieci? I zamknął się, a dziewczyna wylądowała poza zawodem.

Albo inny przypadek. Lekarka z chorobą psychiczną, która badała pacjentów nafaszerowana lekami. Wyglądała jak pijana. A dlaczego pracowała?

Kurhańska: – Przez kilka lat walczył o to jej ojciec, uznany profesor. I to jest problem naszego środowiska i sprawy Marii P. Dzisiaj wiem, że mogłam to załatwić, ratować te dzieciaki.

Wszystko zostaje w rodzinie

W 2009 roku prof. Danuta Kaźmierczak z pomocą emerytowanego prof. Leszka Lewandowskiego nadal walczyła na uczelni, by jej córka mogła podjąć habilitację.

Prof. Lewandowski: – Podjąłem się tego, ale uznano, że Maria ma za mały dorobek naukowy. Chciałem pomóc, bo to zdolna osoba.

– A wiedział profesor o chorobie? – pytam i przytaczam mu zebrane relacje środowiska i kolegów. Lewandowski jest zdziwiony: – Widziałem, bo Maria była nawet przez te leki spowolniała, ale to, co słyszę teraz, to zmienia postać rzeczy. Myślę, że mogły wziąć górę uczucia macierzyńskie, które nie są, niestety, obce naszemu środowisku.

Biorę do ręki listę pracowników Kliniki Ortodoncji. Patrzę na nazwiska ośmiu lekarzy stomatologów i ortodontów. Pomijam Marię P.

A dalej:

wnuk profesora ortodoncji;

syn profesora, stomatologa i członka Polskiego Towarzystwa Stomatologicznego;

drugi syn tego profesora;

syn profesora, analityka medycznego z poznańskiego Uniwersytetu Medycznego;

córka profesor i szefowej jednej z klinik uczelnianych;

i jeszcze siostra obecnej kierowniczki.

To intryga

Próbowałem skontaktować się z prof. Danutą Kaźmierczak i jej córką dr Marią P. Umówiona wizyta nie doszła do skutku, bo Maria P. jest na zwolnieniu chorobowym. Jej matka nie wpuściła mnie do domu. Ustaliliśmy, że naradzi się z córką.

Dzwonię. Prof. Kaźmierczak oznajmia, że informacje o córce to paszkwil, że córka już zdrowa, a artykuł to intryga lekarzy. I nie będzie rozmawiać.

Dzwonię ponownie. Odbiera mężczyzna, prawdopodobnie syn, poznański lekarz. Ma pretensje, że prosząc do telefonu matkę, tytułuję ją „doktor”, a nie „profesor”, i rzuca słuchawkę.

Pigułka szczęścia

Po wypadku miała wpisać kwotę odszkodowania za utratę marzeń, ale zapomniała, o czym marzyła.

Boję się procesu z Glaxo – Waleria, 50-latka, siedzi na wózku inwalidzkim. – Obejrzałam film Wierny ogrodnik. Jakiś koncern farmaceutyczny testuje leki i morduje główną bohaterkę.

– Może nie powinna pani oglądać takich filmów.

– Mają pieniądze, są bezwzględni.

– Filmy przerysowują rzeczywistość. Niech pani obejrzy jakąś komedię.

– Może ma pan rację...

Kilka dni później odbieram telefon od zaprzyjaźnionej dziennikarki.

– Nie chciałbyś spotkać się z kimś z Glaxo?

– O czym ty mówisz?

– Wiedzą, że interesujesz się tą sprawą. Wiedzą, że się znamy, chcieliby porozmawiać.

– O czym?

– Jeśli źle potraktujesz temat, życie chorych ludzi będzie zagrożone, pigułki są naprawdę dobre.

– Pewna kobieta o mało się nie zabiła.

– Wytłumaczą ci. Spotkasz się?

Drżenie

Waleria bardzo lubiła swój ogród koło domu pod Warszawą, choć był zdziczały, bo nie miała czasu go pielęgnować. Marzyła, że się kiedyś do tego weźmie, że jej dzieci, teraz studiujące, będą tam przyjeżdżać z wnukami. Po rozwodzie z mężem siedziała w domu, w wielkiej jasnej kuchni i nocami pracowała nad „prawnymi aspektami ochrony środowiska” dla Wielkiej Międzynarodowej Korporacji Prawniczej. Nie lubiła korporacyjności, garsonek, obowiązkowo ciemnych spódnic, których nigdy już nie założy, by nie epatować protezami.

Pokazuje mi film ze spotkania integracyjnego pracowników Korporacji Prawniczej. W sali konferencyjnej Jacek Santorski, psycholog biznesu, wyznacza zadanie: opowiedzcie, co chcielibyście zmienić w firmie. Naradzają się w grupach, jedną reprezentuje Waleria, kobieta o sympatycznej twarzy, z krótkimi ciemnymi włosami, w czerwonym sweterku, T-shircie. Trudno uwierzyć, że teraz siedzi przede mną na wózku, ze smutnymi oczami, a na filmie taka energiczna. Podchodzi do projektora, by wygłosić prelekcję.

– Przepraszam, jeśli będę się trochę trzęsła, ale to nie ze zdenerwowania, ale ze względu na mój stan zdrowia. Naszym zadaniem było odpowiedzieć na pytanie, czy nasza firma realizuje zasadę: „Najpierw kto, a potem co”. Firma zatrudnia młodych ludzi, najlepszych na rynku, wysoko wykwalifikowanych, ale ten model rodzi pewne pułapki, powoduje zagrożenie, bo są to ludzie wdrażani, by przez wiele lat aspirować, by być człowiekiem firmy, kształtowani dyskretnymi metodami socjotechnicznymi, po latach obudzą się z niczym, zdadzą sobie sprawę z tego, że byli tylko trybikami w wielkiej maszynie...

Próbuje na nagraniu odpiąć mikrofon drżącą ręką.

– Widział pan? Wtedy, w 2006 roku, tylko ręka mi się trzęsła.

Zaczęło się jakoś w 2003 roku, od zmęczenia, jakby w środku dnia odcinano ją od prądu. Potem zaczęła drżeć ta ręka, więc chwytała lewą i ściskała, ale było coraz gorzej. Nie mogła pisać na komputerze, potykała się o własne nogi. Wpisała w internecie „drżenie ręki”. Wyskoczyło coś o zaburzeniu trwałym lub chwilowym, emocjonalnym albo o układzie nerwowym. I jeszcze parkinson. Bez żartów, pomyślała, przecież to u starych ludzi. Wpisała „parkinson u 40-latków”, odpowiedź: najsłynniejszy przykład to aktor Michael J. Fox, 39-latek.

– Mamo, chyba mam parkinsona – powiedziała matce, lekarce.

– Dziecko, przecież to u starych ludzi.

Lekarz dokładnie zbadał Walerię i potwierdził: parkinson.

Po kilku miesiącach nie dawała rady uprawiać jogi, bo drżenie ręki dekoncentrowało, nie jeździła już z siostrą na rolkach, nie miała sił na pływanie.

Lekarz zalecił Lewodopę, lek, który uzupełnia dopaminę, bo to brak tej substancji powoduje parkinsona. Waleria nie chce, bo panuje pogląd, że gdy działanie Lewodopy ustaje, nic już nie pomaga. Jest za młoda, jak sądzi, na takie ostateczne leki. Parkinson nie jest chorobą śmiertelną, można z tym żyć, choć trudno, a najgorsze dla młodych to drżenie. Doktor Włodzimierz Kuran, neurolog, zaleca Mirapexin firmy Boehringer Ingelheim. Waleria bierze i jest cudownie. Drżenie ustaje, wszystko znów działa.

System

„W naszej firmie niesprawiedliwie nalicza się godziny pracy. System jest wadliwy” – Waleria po roku przyjmowania Mirapexinu wysyła takie maile do szefów, księgowości, informatyków. Nikt nie reaguje. Wszyscy patrzą na nią, jakby nie dostrzegali korespondencji, szepczą: „parkinson” i pukają się w czoło.

Waleria mówi matce, że system źle działa, więc matka wzywa znajomą lekarkę, która diagnozuje ostrą psychozę, paranoję i powie, że to „idea nadwartościowa”. Myśl, której chory człowiek czepia się fanatycznie.

Waleria wstaje w nocy, dzwoni do koleżanki z pracy.

– Słuchaj, to ważne! Mój komputer został przejęty przez Nich. Muszę iść do pracy, pomóż mi, bo biuro to jedyne miejsce, gdzie Oni mnie nie zamordują.

– Kim są Oni?

– Chcą mnie dopaść.

Kilka dni później wsiada w pociąg. Wysiada w Grodzisku. Wsiada w kolejny, chodzi po torach. Siada na schodach w jakimś bloku, ludzie pytają, kim jest. Nie jest pewna. Straż miejska zawozi ją do matki. Mieszkają razem w centrum Warszawy.

Kilka tygodni później, jesienią 2006 roku, Waleria wchodzi do kuchni, bierze nóż i bezwiednie tnie. Wraca do pokoju matki z krwawiącym nadgarstkiem.

– Nie chcę już pigułek – mówi doktorowi Kuranowi, gdy wychodzi ze szpitala psychiatrycznego. – Drżenie zabierają, a dają potwory.

Drżenie wraca. Waleria pisze sprawną ręką na komputerze, a druga, oparta na blacie stołu, wystukuje parkinsonowy rytm choroby. Wraca do pracy, ale drżenie nie daje żyć, a chciałaby być aktywna, tęskni za spotkaniami towarzyskimi, sportem. Nie chce być inwalidką, nie w tym wieku. Wchodzi do internetu, czyta o nowym leku: Requip.

– Może to? – pyta doktora Kurana.

– Dobry pomysł, jest refundowany.

– A nie dostanę znowu fisia?

Lekarz czyta ulotkę. Nie ma tam mowy o zaburzeniach psychicznych powodujących autoagresję.

Znika drżenie, potykanie, wracają siły.

Nie wiedzą, że na przykład w USA ulotka podaje co innego.

Hazard

Didier Jambart, kierownik do spraw higieny i bezpieczeństwa w wojskowej fabryce w Nantes, we Francji, wolontariusz w klubie piłkarskim, ojciec dwójki dzieci, szanowany mąż, przychodzi w październiku 2005 roku na policję i wyznaje: kradłem pieniądze, numery kart kredytowych przyjaciół, rodziny, przegrałem wszystko, prostytuowałem się, jestem skończony, nie chcę żyć, pomóżcie mi. Zdumiony policjant widzi, że mężczyźnie trzęsie się jedna dłoń.