Wydawca: Wydawnictwo JK (Aha, Feeria) Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski

Playlist for the Dead. Posłuchaj, a zrozumiesz ebook

Michelle Falkoff  

2.7 (10)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 272 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Playlist for the Dead. Posłuchaj, a zrozumiesz - Michelle Falkoff

Przychodzisz rano do kumpla i okazuje się, że nie żyje. Coś się stało po wczorajszej imprezie. Zostawił tylko playlistę z dołączoną kartką: „Dla Sama – posłuchaj, a zrozumiesz”. Jak po tym szoku poskładać historię swego przyjaciela? Jak z kolejnych piosenek i własnych wspomnień dojść do prawdy o tym, co się działo w jego życiu? I w twoim własnym życiu – bo okazuje się, że nic nie wydarza się przypadkiem. Nic nie jest obok ciebie. Odtwarzając jego historię, zmieniasz też swoją – bo w twoim życiu pojawia się pewna zagadkowa dziewczyna. Szczera, bolesna i fascynująca opowieść o stracie, gniewie i wyrastaniu z przyjaźni, która zawsze nas określała; o trudnym procesie tworzenia siebie na nowo; o znajdowaniu nadziei, gdy wydawałoby się, że przepadła na zawsze; o miłości, która zawsze tli się gdzieś w sercu.

Opinie o ebooku Playlist for the Dead. Posłuchaj, a zrozumiesz - Michelle Falkoff

Fragment ebooka Playlist for the Dead. Posłuchaj, a zrozumiesz - Michelle Falkoff

1

How to Disappear Completely

Radiohead

Rankiem, w który odbył się pogrzeb Haydena, nie byłem w stanie podnieść się z łóżka. Nie chodzi o to, że nie chciałem – wręcz przeciwnie, pragnąłem, aby ten dzień skończył się tak szybko, jak to tylko możliwe, a skoro wstanie z łóżka miało to przyspieszyć, byłem gotowy to zrobić.

Jednak nie byłem w stanie.

Czułem się dziwnie, jakbym tkwił w bryle lodu. Przypomniała mi się scena z Gwiezdnych wojen, w której Han Solo zostaje zamrożony w karbonicie z wyciągniętymi przed siebie dłońmi – jakby miało go to w jakiś sposób ochronić – oraz ustami rozchylonymi w milczącym proteście. Owa scena od zawsze prześladowała Haydena; twierdził, że przeraża go za każdym razem, gdy ją ogląda, a Imperium kontratakuje widział pewnie tysiąc razy. Sam widziałem ten film prawie tyle razy co on, ale z jakiegoś powodu motyw z karbonitem wydawał mi się komiczny, choć jeszcze śmieszniej było patrzeć, jak Hayden staje się nerwowy na wzmiankę o tej scenie. Na urodziny kupiłem mu więc etui na iPhone’a z wizerunkiem zamrożonego Hana Solo, a do coli wrzuciłem kostki lodu w tym samym kształcie.

Wspomnienie tamtego wyrazu jego twarzy wywołało u mnie śmiech, który uwolnił mnie ze stanu odrętwienia. Mogłem się już poruszać, chociaż właściwie wcale nie chciałem. Ruch oznaczał, że nie śpię, a skoro nie spałem, to Hayden naprawdę nie żył, a ja nie byłem jeszcze gotowy, by się z tym pogodzić. Czułem, że śmiejąc się, robię coś niewłaściwego, ale jednocześnie przyjemnego, i fakt, że czerpałem z tego przyjemność, wywołał u mnie wyrzuty sumienia, które tylko spotęgowały poczucie niestosowności mojego zachowania. Szczerze mówiąc, nie wiedziałem, jak mam się czuć. Smutny? Aha. Wkurzony? Jak najbardziej.

– Co też strzeliło ci do głowy, Hayden?

– Co takiego? – Mama uchyliła drzwi i spojrzała na mnie. Jej kręcone brązowe włosy były zaplecione w warkocz, a zamiast szpitalnego kitla miała na sobie sukienkę. – Pytałeś mnie o coś, Sam?

– Nie, gadam sam do siebie. – Nie zdawałem sobie sprawy, że myślę na głos.

Otworzyła drzwi jeszcze szerzej.

– Jeszcze leżysz w łóżku? Wstawaj, musimy się zbierać. Wiesz przecież, że nie będę mogła zostać na całą ceremonię. I tak spóźnię się do pracy.

Kilkakrotnie pstryknęła palcami. Przesadna serdeczność nie była w jej stylu.

– Jak mam się ubrać, skoro jeszcze tu jesteś?

Zabrzmiało to ostrzej, niż planowałem, ale musiała zrozumieć, bo bez słowa zamknęła drzwi, powiesiwszy coś najpierw na ich wewnętrznej stronie. Garnitur, który miałem na sobie na weselu kuzynki w zeszłe lato. Musiała go dla mnie uprasować. Poczułem się jak jeszcze większy dupek niż chwilę wcześniej.

Wstałem z łóżka, włączyłem komputer i nastawiłem playlistę, którą odkryłem na pendrivie Haydena. Zostawił ją, bo wiedział, że ją znajdę – prawdopodobnie podejrzewał, że znajdę i jego, bo to zawsze to ja przepraszałem pierwszy po naszych sprzeczkach. Nie potrafiłem wściekać się zbyt długo. Musiał się domyślać, że przyjdę, mimo nie najlepszego nastroju, w jakim się rozstaliśmy.

Przez ostatnie kilka dni słuchałem jej bez przerwy, starając się odgadnąć, o co mu chodziło. „Posłuchaj, a zrozumiesz”. Co niby miałem zrozumieć? Zabił się, zostawiając mnie samego, i to ja go znalazłem. Przeczuwałem, że to wszystko moja wina, chociaż nie byłem jeszcze gotowy, żeby się nad tym zastanawiać. Słuchałem i słuchałem, szukając piosenki, która to potwierdzi, piosenki, która obarczy mnie winą. Na razie jej jednak nie znalazłem.

Zamiast tego odkryłem niewiele mówiący zbiór utworów, z których każdy był z innej bajki – trochę nowych kawałków, trochę starych. Niektóre z nich znałem, innych nie, co – zważywszy na fakt, że gusta muzyczne Haydena i moje kształtowały się wspólnie, a przynajmniej tak mi się wydawało – było zaskakujące. Musiałem słuchać dalej, żeby rozgryźć, co chciał mi przekazać, chociaż nadal nie wiedziałem, po co to wszystko.

Przejrzałem składankę pod kątem czegoś nadającego się na pogrzeb. Większość piosenek była dosyć przygnębiająca, więc wybór nie był oczywisty. Zacząłem zatem od kawałka kojarzącego mi się z sytuacją, kiedy pierwszy raz ubrałem się w garnitur, który miałem za chwilę nałożyć. Był szary, lekko połyskliwy i przy tamtej okazji założyłem do niego muchę. Moi kuzyni, lamusy z prywatnych liceów, i tak uważali mnie za dziwaka, więc czemu nie miałem dostarczyć im na to konkretnego dowodu. Mama nie miała nic przeciwko, stwierdziła, że cieszy ją, iż mam indywidualne wyczucie stylu i własne zdanie na temat garderoby. Zanim rozstali się z tatą – kiedy jej jeszcze zależało – ubierała się naprawdę modnie. Obecnie rzadko kiedy zdejmowała służbowy kitel. Rachel, mojej starszej siostrze, garnitur nie przypadł do gustu i obrzucała mnie wyzwiskami do momentu, gdy mama kazała jej iść na górę i przebrać się z sukienki, w której zamierzała jechać. Swoją drogą kiecka była dosyć wyzywająca jak na wesele w rodzinie.

Gdy się zbierałem, przyszedł Hayden i spytał, czy chcę z nim iść do centrum handlowego. Przez „centrum handlowe” rozumiał jedyny sklep, do którego kiedykolwiek chadzaliśmy: Międzygalaktyczną Kompanię Handlową. Reszta dzieciaków ze szkoły trzymała się raczej drugiego końca budynku, gdzie znajdował się sklep z artykułami sportowymi, my jednak rzadko tam chodziliśmy. Tymczasem ja zapomniałem wspomnieć Haydenowi o weselu.

– Fajny gajerek – powiedział typowym dla siebie wyciszonym tonem, który uniemożliwiał stwierdzenie, czy mówi poważnie, czy się nabija.

Z Haydenem nigdy nie było wiadomo. Nie to co ze mną, ja zawsze strugałem mądralę.

– Dobra, dobra – odparłem. – Sam w życiu byś takiego nie włożył, co?

Skrzywiłem się na to wspomnienie, bo nawet wówczas wiedziałem, że to nieprawda. Hayden zrobiłby to, co kazaliby mu rodzice. Nie napawało go to szczęściem, ale alternatywa była o wiele gorsza.

Wzruszył ramionami.

– Z muchą jest lepiej – stwierdził. – Ale jeszcze lepiej wyglądałbyś w T-shircie pod spodem. Na przykład w tym.

Podniósł koszulkę Radiohead leżącą w nogach łóżka; tę, którą przywiózł mi z ich koncertu. Widniał na niej napis: NO MATTER HOW IT ENDS / NO MATTER HOW IT STARTS1.

Przewróciłem oczami.

– Czy to koniecznie musi być Radiohead?

– A co jest nie tak z Radiohead? – spytał, chociaż dobrze wiedział, co powiem. Przerabialiśmy ten temat milion razy.

– Niektóre piosenki mają fajne – przyznałem. – Ale co tak naprawdę odróżnia ich od Coldplay? Oba zespoły tworzą biali Anglicy, którzy pokończyli dobre uniwersytety i są pewnie bystrzejsi, niż powinni. Tyle że dziewczynom podoba się Chris Martin, a nie Thom Yorke, więc Coldplay sprzedaje miliony płyt, a Radiohead musi zadowolić się graniem piosenek dla gości takich jak my. Coś tu jest nie tak, nie sądzisz?

– Totalnie się mylisz – odparł Hayden. – Radiohead jest z całkiem innej planety niż Coldplay. Kid A to prawdopodobnie najlepszy album wszech czasów, a Coldplay wytaczane są procesy o plagiat za każdym razem, gdy wypuszczają singla. Sama wzmianka o tych dwóch zespołach w jednym zdaniu to zniewaga dla Radiohead.

Uwielbiałem podpuszczać Haydena. Gdy byliśmy mali, moją mamę martwiło to, jak często się kłócimy. Wchodziła do pokoju na dźwięk naszych krzyków – no dobrze, ja krzyczałem, a Hayden już wtedy w sposób racjonalny i cierpliwy próbował nakreślić mi swój punkt widzenia – po czym pytała: „Wszystko w porządku, chłopcy?”.

– W porządku – odpowiadaliśmy jednocześnie. I taka była prawda.

Tęskniłem za nim na samo wspomnienie tamtych chwil.

Na chwilę przestałem się ubierać i skupiłem na muzyce rozbrzmiewającej z głośników. Nie zaskoczyło mnie, że umieścił na składance How to Disappear Completely2, bo była to jego ulubiona piosenka (moją była Idioteque, bo chociaż drażniłem się z Haydenem, zgadzałem się, że Radiohead są nieskończenie lepsi od Coldplay). Starałem się nie wsłuchiwać za mocno w słowa ani nie myśleć o tym, że Hayden tworzył tę playlistę przed podjęciem ostatniej decyzji w swoim życiu. Nie mogłem znieść myśli, że on także chciał po prostu zniknąć.

Zacisnąłem dłonie w pięści, wbijając paznokcie w skórę, aby się uspokoić. Przez ostatnie kilka dni na zmianę za nim tęskniłem i nienawidziłem go, czułem się winny i zdruzgotany – właściwie nie wiedziałem, jak powinienem się czuć, oprócz tego, że jakoś inaczej. Zostawił mnie samego, a ja nigdy bym mu nie zrobił czegoś w tym stylu bez względu na to, jak bardzo bym się wściekł. To wszystko sprawiało, że prawie nie mogłem spać, więc byłem wykończony. Wykończony i zły. Fantastyczna kombinacja.

Tyle że złość wznawiała cykl, który już prawie stawał się dla mnie czymś znajomym. „Wścieknij się. Obwiniaj Haydena. Zacznij za nim tęsknić. Znowu się wścieknij”. Pojawiającym się co jakiś czas urozmaiceniem była chęć wydarcia się na całe gardło albo przyłożenia w coś pięścią, ale na to ostatecznie nie mogłem się zdobyć. Dlaczego nie mogłem zachowywać się normalnie i po prostu pogrążyć się w smutku jak inni ludzie?

– Sam, rusz się! – zawołała z dołu mama.

Znowu zacząłem za nim tęsknić. Musiałem więc zrobić coś, żeby się pocieszyć. Poszedłem do kosza na pranie, wyjąłem z niego starą koszulkę Radiohead i założyłem ją pod garnitur.

Koniec jest nieistotny, początek jest nieistotny (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza). [wróć]

Jak całkiem zniknąć.[wróć]

2

Crown of Love

Arcade Fire

Kościół, w którym odbywał się pogrzeb, znajdował się we wschodniej części Libertyville, czyli po zamożnej stronie miasta. Mieszkali tam Stevensowie, krewni Haydena. Moi krewni tam nie mieszkali.

Budynek, wzniesiony z ciemnego drewna i wyeksponowanych belek, z zewnątrz przypominał budynek z ekskluzywnego górskiego kurortu – prawdopodobnie stworzyli go architekci odpowiedzialni za wszystkie podmiejskie rezydencje po tej stronie miasta. Wewnątrz drewno było jaśniejsze, a z wysokiego sklepienia łukowego zwisał błyszczący nowoczesny żyrandol. Niemalże jakby komuś zależało, aby ludzie zapomnieli, że są w kościele.

Pochodzę z żydowskiej rodziny, a jedyny kościół, w którym kiedykolwiek byłem, to katolicka świątynia w mojej części miasta, gdzie wszystkie dzieciaki z mojej szkoły przystępowały do Pierwszej Komunii. Było to wtedy, gdy dopiero co przeprowadziliśmy się z innego miasta, więc nikogo tu nie znałem, a że pewien chłopak z mojej klasy zaprosił do siebie wszystkich, to mama kazała mi tam iść, bo uważała, że w przeciwnym razie z nikim bym się nie zaprzyjaźnił. To jednak wcale tak nie działało.

Kościół katolicki wyglądał tak, jak się tego spodziewałem: z zewnątrz był biały, na ołtarzu stał krucyfiks, a w okna wstawiono witraże. Ten kościół w ogóle go nie przypominał, z wyjątkiem tego, że dwa rzędy ław kończyły się ołtarzem. Przed nim stała trumna, a w niej leżał Hayden. Prawdopodobnie też miał na sobie garnitur.

Gdy się tam pojawiliśmy, wnętrze było wypełnione prawie po brzegi. Rachel od razu usiadła ze znajomymi, co nas wcale nie zaskoczyło, więc ruszyliśmy z mamą na poszukiwania wolnych miejsc. Pierwsze kilka rzędów zajmowała rodzina Haydena – spostrzegłem jego rodziców, starszego brata, Ryana, oraz ciotki, wujków i kuzynów, których rozpoznałem z pobytu w domu Haydena podczas świąt. Z racji tego, że moja rodzina nie obchodzi Bożego Narodzenia, Hayden zapraszał mnie do siebie na deser, kiedy już skończyli rozpakowywać prezenty i jeść wystawną kolację. Hayden był mi wdzięczny, że przychodziłem, bo dzięki temu mógł odejść od stołu. Jego mama bowiem zawsze wypominała mu, ile je, a Boże Narodzenie było pod tym względem najgorsze. Jeśli choćby zerknął na drugi kawałek placka, rzucała mu surowe spojrzenie i pytała:

– Naprawdę go potrzebujesz, Hayden?

On jednak nigdy się nie spierał. Walka nie leżała w jego naturze. Zrobiłby wszystko, byle tylko utrzymać pokojowe relacje.

Rodzina na niego nie zasługiwała.

Za krewnymi Haydena zasiedli wstrętni bogacze z jego części miasta i ich wstrętne bachory, kumple Ryana, którzy przez wiele lat dręczyli Haydena, często pod przewodnictwem jego brata. Wszystkim im wydawało się, że życie już zawsze będzie dla nich równie łatwe jak obecnie. Nadziane mięśniaki, takie jak Jason Yoder, zatrudniające korepetytorów, którzy mieli im pomóc w zaliczeniu najtrudniejszych przedmiotów, czy dziewczyny takie jak Stephanie Caster, o przerobionych chirurgicznie noskach, ćwiczące pod okiem osobistych trenerów, które nawet bez tego byłyby piękne, a tak wszystkie wyglądały identycznie. To znaczy nadal dało się na nich zawiesić oko, ale to już nie było to samo. Wkurzało mnie, że siedzą, udając, że jest im strasznie smutno, podczas gdy ponosili przynajmniej częściową winę za to, co się stało. Jak to możliwe, że na pogrzebie mojego najlepszego przyjaciela czułem się kompletnie nie na miejscu?

Mama położyła mi dłoń na ramieniu. Jej ciężar mnie ukoił. Cieszyłem się, że nie muszę być tu sam.

– Musimy gdzieś usiąść, skarbie – powiedziała, prowadząc mnie na koniec nawy, ku jednej z ław stojących przy wyjściu z kościoła. – Wiem, że wolałbyś usiąść z przodu, ale zaraz zaczynają, a tam dalej nie ma już wolnych miejsc.

Skinąłem głową, przypominając sobie o rozprostowaniu zaciśniętych w pięści dłoni.

– Będziesz musiał później trzymać się Rachel, ma załatwić wam podwózkę do domu – powiedziała mama. – Przykro mi, ja nie dam rady.

– W porządku.

Nie zaskoczyło mnie to, ale i nie wzburzyło. Mama zawsze wychodziła wcześniej albo późno wracała do domu. Gdy tata odszedł na dobre, wróciła do szkoły wieczorowej, aby uzyskać dyplom pielęgniarski, a z racji tego, że w szpitalu brakowało personelu, brała tak wiele nadgodzin, jak tylko się dało; właściwie było to konieczne, zważywszy na fakt, że tato niezbyt ochoczo przysyłał czeki. Niby nie było źle, jak mama zapewniała Rachel i mnie, ale nie narzekaliśmy na nadmiar oszczędności. W przeciwieństwie do osób siedzących w przednich rzędach kościoła.

Wierciłem się na drewnianej ławie, próbując wygodnie się rozsiąść, a wszyscy naokoło zaczynali się już uciszać. Nabożeństwo miało rozpocząć się jakiś kwadrans temu, a ja wciąż słyszałem, jak z tyłu nadal ludzie wchodzą do środka. Jak na pogrzeb kolesia mającego tylko jednego przyjaciela, było tu dosyć tłoczno.

Byłem pewny, że Hayden nie byłby zachwycony. Usiadłby ze mną z tyłu.

Zrobiło mi się gorąco i wszystko mnie swędziało. Zgrzałem się pod połyskliwym garniturem. Przyszło mi do głowy, żeby wyjść, ale znalazłem się w potrzasku – mama siedziała na brzegu ławy, żeby móc wymknąć się cichaczem, a z drugiej strony drogę blokowała jakaś baba w kwiecistej sukience. Czy na pogrzeb nie powinno się nałożyć czegoś czarnego? Wyglądała, jakby zaraz miała stąd spieprzyć na bankiet w czyimś ogrodzie.

Znowu ogarnęło mnie pragnienie przyłożenia czemuś pięścią, więc zacząłem szukać rzeczy, na których mógłbym się skupić, żeby się uspokoić. Wsłuchałem się w muzykę puszczaną z głośników. Bo oczywiście nie było tu żadnych organów. Nie rozpoznałem piosenkii, która brzmiała jak newage’owy muzak grany na fletach. To na pewno doprowadziłoby Haydena do szału. Zastanawiałem się, czy którąkolwiek z piosenek umieszczonych na składance wybrałby na swój pogrzeb, a jeśli tak, to którą. Najlepiej pasowała mi stara piosenka Arcade Fire z albumu Funeral. Obaj uwielbialiśmy ten zespół. Nawet obejrzeliśmy rozdanie Grammy, podczas którego zgarnęli nagrodę za album roku.

Po dziesięciu kolejnych minutach przed ołtarzem stanął ksiądz. Zaczął przynudzać o tym, jaka to tragedia, gdy tracimy kogoś równie młodego – serwował same banały i eufemizmy, które w żaden sposób nie oddawały tego, co się stało. Tak się wściekłem, że musiałem wbić wzrok w głowy siedzących przede mną ludzi. Kilka rzędów dalej dziewczyna o długich platynowych włosach poznaczonych czarnymi pasemkami opierała się o ramię wysokiego hipstera. Nie rozpoznawałem nikogo z nich, przynajmniej od tyłu. Nie mogłem jednak powstrzymać się od myśli, że jej fryzura bardziej się nadawała na pogrzeb niż kwiecista sukienka mojej sąsiadki.

Gdy zaczęły się modlitwy, mama pocałowała mnie w czubek głowy i powiedziała:

– Muszę lecieć.

Wyszła na tyle dyskretnie, na ile pozwalały jej pielęgniarskie chodaki. Było mi przykro, że tak wiele godzin haruje, spędzając ten czas na nogach, aż po powrocie do domu musi moczyć stopy. Kilka miesięcy temu, kiedy skończyłem piętnaście lat, zaproponowałem, że znajdę sobie pracę po szkole, ale tylko się zaśmiała.

– Już dawno minęły czasy, gdy nastolatki zajmowały wszystkie wakaty w centrum handlowym – oznajmiła. – Połowa matek, które znam ze spotkań Organizacji Rodziców i Nauczycieli, dorabia obecnie w Gapie. Nie masz szans, mały. Ucz się dobrze, a ja poproszę cię o wsparcie, jak przejdę na emeryturę.

Żartowała, ale tylko częściowo. Znałem dzieciaki ze szkoły, których mamy pracowały jako kelnerki w restauracji Olive Garden albo sprzedawały kosmetyki do makijażu i biżuterię w piwnicach domów położonych we wschodniej części miasta, udając, że to tylko tak, dla zabawy, że niby wcale nie muszą zarabiać, aby nadal móc tam mieszkać. Od zamknięcia kilka lat temu fabryki Liberty Appliance granica między bogaczami a ludźmi ledwo wiążącymi koniec z końcem straciła na wyrazistości.

Miło ze strony mamy, że przynajmniej wyszła w miarę późno; starałem się nie winić jej za zostawienie mnie samego.

Po modlitwach ksiądz poprosił o wspomnienia o zmarłym.

– Jeśli ktokolwiek chciałby zabrać głos, czymś się z nami podzielić… – powiedział.

Zapadła niezręczna cisza. W końcu wstał ojciec Haydena. Nie mogłem na niego patrzeć. Szlochał, jakby stracił coś niezmiernie cennego, a ja znałem prawdę, wiedziałem, że spędza cały czas w pracy, w podróży albo u kobiety, z którą sypiał i jeździł w delegacje.

Nie byłem jednak w stanie go uciszyć.

– Hayden nie był synem, jakiego oczekiwałem – oświadczył. – Spodziewałem się, że będę z nim rzucał piłką przed domem, oglądał mecze w weekendy, jeździł na ryby. Czyli to, co robiłem z własnym ojcem. To, co robiłem z Ryanem. Tylko taką relację z synem umiałem sobie wyobrazić.

Głos zaczął mu się łamać.

– Jednak mojego drugiego syna nie interesowały tego typu sprawy. Uwielbiał muzykę, gry wideo i komputery. Nie wiedziałem, jak z nim rozmawiać. A teraz spędzę resztę życia, żałując, że się tego nie nauczyłem.

Spuścił głowę, jakby chciał ukryć fakt, że płacze.

Mistrzowskie przedstawienie. Szkoda, że nie było w nim ani słowa prawdy.

Spojrzałem na siedzącego w pierwszym rzędzie Ryana. Kręcił głową, co mnie zaskoczyło. Spodziewałem się, że przytaknie każdemu słowu, które wyszło z ust ojca, tak jak robił to zazwyczaj.

Przyszło mi do głowy, żeby wstać i opowiedzieć o moim najlepszym przyjacielu. Mógłbym opisać, jak poznaliśmy się w wieku ośmiu lat na kwalifikacjach do Małej Ligi Bejsbolowej, niedługo po tym, jak przeprowadziłem się do Libertyville. Żaden z nas nie chciał się tam znaleźć. Hayden nawet wtedy był niski i grubawy, a ja – delikatnie mówiąc – nieskoordynowany ruchowo. Obaj za każdym razem chybialiśmy, przepuszczaliśmy nawet piłki rzucone z niewielkiego dystansu i w końcu czmychnęliśmy z boiska, żeby złożyć się na jednego z tych ogromnych pomarańczowych lizaków lodowych kupowanych z ciężarówki. Nasi rodzice się wściekli, ale mieliśmy to gdzieś.

Mógłbym opowiedzieć, jak w wieku dwunastu lat czekaliśmy w kolejce, żeby obejrzeć nową odsłonę Gwiezdnych wojen, nie zdając sobie sprawy, jaka będzie kiepska. Jak przez wiele miesięcy nie potrafiliśmy zdecydować, w jakie kostiumy się ubrać, i jak w końcu zrezygnowaliśmy z tych oczywistych – ja: C-3PO, on: R2-D2 – na rzecz przebrań Boby Fetta i Dartha Vadera, bo uznaliśmy je za twardzielskie. Mógłbym opisać, jak Ryan i jego kumple obrzucili nas jajkami i musieliśmy siedzieć na pokazie przydługiego filmu, czując, jak białko zasycha nam na kostiumach i skórze, ale i tak dobrze się bawiliśmy.

Mógłbym oddać nasze podekscytowanie wizją rozpoczęcia nauki w liceum, kiedy to po raz pierwszy mieliśmy chodzić do tej samej szkoły. Byliśmy bowiem przekonani, że wszystko się ułoży, jeśli tylko będziemy trzymać się razem. Nie mieliśmy jeszcze wtedy pojęcia, jak bardzo się mylimy.

Po co jednak miałbym mówić te wszystkie rzeczy? Każdy z obecnych udawał troskę, ale i tak było już przecież za późno.

Wtedy zobaczyłem kolejkę. Ludzie wstawali i ustawiali się jeden za drugim obok ołtarza. Ciotki i kuzyni, nauczyciele oraz przyjaciele rodziny Haydena. Dzieciaki ze szkoły. Ryan, bez typowej dla siebie obstawy w osobach Jasona Yodera i Trevora Floyda. Określaliśmy ich mianem tria bydlaków.

Nie powinien mnie zszokować widok tylu osób, które uznały, że mają coś do powiedzenia na pogrzebie Haydena. Wszyscy oni chcieli się pokazać i za żadne skarby nie przepuściliby okazji do pławienia się w blasku jupiterów, bez względu na okoliczności. Ale żeby na pogrzebie? Serio? Naprawdę mieli zamiar wstać i opowiadać miłe rzeczy na temat Haydena? Opisywać, jak bardzo za nim tęsknią i jak wielką stratą jest jego śmierć dla szkoły i całej społeczności? Czyżby w ogóle do nich nie docierało, że znacznie przyczynili się do tego, że się tu dziś znaleźliśmy?

Nie mogłem do tego dopuścić. Cała złość, która we mnie wzbierała, pragnienie, aby znaleźć winowajcę i przyłożyć mu z całych sił, zaczęły się we mnie gotować. Podszedłem do Ryana i klepnąłem go w ramię, podczas gdy jedna z kuzynek Haydena ze łzami w oczach opowiadała o zeszłym Święcie Dziękczynienia, kiedy to rodzina po raz ostatni miała okazję spotkać się w pełnym gronie. Ryan zmarszczył czoło na mój widok. Już miałem coś powiedzieć, gdy między nas wkroczył Jason Yoder. Nie zdawałem sobie sprawy, że jest w pobliżu.

– Naprawdę uważasz, że to właściwy moment? – spytał.

Chciałem wyminąć go od prawej, ale zablokował mnie Trevor Floyd.

– Przepuśćcie mnie – powiedziałem.

Nie bałem się ich. Na pewno nie teraz.

– Nie ma mowy – odrzekł Jason.

Tylko on jeden z ich trójki nie uprawiał sportu, a ja byłem od niego wyższy. Odepchnąłem go na bok, żeby dostać się do Ryana. Przecież Trevor nie przyłożyłby mi na pogrzebie.

– Co ty wyprawiasz? – spytałem. – Naprawdę zamierzasz tam stanąć i opowiadać, jakim byłeś wspaniałym bratem? Mimo że wszyscy znają prawdę? Też byłeś na tamtej imprezie. Mogłeś coś zrobić. Zamiast pogarszać sprawę.

Ryan otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale zanim wydobyły się z nich słowa, Jason popchnął mnie z taką siłą, że odbiłem się od ławy. Dostrzegłem, że patrzą na nas ludzie, gdy – nieskutecznie – usiłowałem się utrzymać na nogach.

– Naprawdę chcesz się czepiać Ryana na pogrzebie jego brata? – syknął Jason.

Nie doceniałem jego siły. Bardziej obawiałem się potężnego Trevora, który miał prawie dwa metry wzrostu i grubą szyję typową dla użytkowników sterydów – dzieciaki w szkole nazywały go Steryfloydem, ale tylko za plecami. Nie zależało mi na bójce z nim. Zwłaszcza tutaj.

Podniosłem się tak ostrożnie, jak tylko byłem w stanie. Nazajutrz w wyniku tej przepychanki moje ramiona miały pokryć się siniakami, ale przecież nie mogłem pozwolić, by trio bydlaków było świadkiem mojego upadku.

– Jesteś jebanym hipokrytą – powiedziałem do Ryana. – Pewnego dnia spotka cię to, na co zasługujesz.

Ryan nic nie odpowiedział, tylko przez chwilę się we mnie wpatrywał. Potem przesunął się dalej. Już prawie była jego kolej.

Nie mogłem na to patrzeć. Nie mogłem czekać, aż Rachel załatwi nam transport. Musiałem wyjść. Natychmiast.

3

Mad World

Tears for Fears

Centrum handlowe znajdowało się jakieś trzy kilometry od kościoła, nieopodal granicy między wschodnią i zachodnią częścią miasta. Był środek października i chociaż temperatury jeszcze nie spadły, było dosyć wilgotno. Niebo okazało się jeszcze bardziej szare i nudne niż mój garnitur, co zgrało się również z moim nastrojem. Mimo wszystko jednak miło mi się szło, więc się nie spieszyłem. Włożyłem do uszu słuchawki i zacząłem słuchać playlisty Haydena. Trzymałem się głównie Burlington Street, czyli głównej ulicy. Mijałem kawiarnie i restauracje w centrum, a potem zapuszczone muzeum historii regionu, które wyznaczało nieoficjalny początek zachodniej części miasta. Centrum Handlowe Libertyville położone było tuż za muzeum, stanowiło jednak mieszankę lokali z wyższej i niższej klasy cenowej, jak określiliby to agenci sprzedaży nieruchomości – zresztą to przemieszanie dotyczyło całego miasta. Najpopularniejszymi sklepami z pierwszej kategorii były Nordstrom i Dillard’s, z drugiej zaś JCPenney i Sears. Na ekskluzywnym końcu centrum handlowego mieściły się drogie butiki i salony jubilerskie, a po drugiej stronie obuwniczy Payless ShoeSource oraz tanie sieci odzieżowe. Ludzie zamożni od zawsze walczyli o zamknięcie tandetnych sklepów, aby zamiast nich otworzyć delikatesy Whole Foods oraz Trader Joe’s, ale nic z tego nie wychodziło. Typowe.

Jakąś godzinę zajęło mi dotarcie na miejsce i od razu wiedziałem, gdzie konkretnie chcę się udać. Międzygalaktyczna Kompania Handlowa miała swoją siedzibę tuż obok wejścia położonego w okolicach Searsa, a przyciemnione okno jej witryny emanowało fioletowym światłem. Kiedyś mieścił się tam sklep z upominkami, w którym można było kupić dziwaczne przedmioty i lampy z bąbelkami, i wyglądało na to, że część wystroju została zachowana. Jednak MKH była o wiele fajniejsza niż salonik sprzedający poduszki-pierdziuszki i sztuczne wymiociny. Mówiąc krótko, był to istny raj dla fanów science fiction i fantasy oraz innych pasjonatów – sprzedawano tam figurki z Gwiezdnych wojen, karty Magic: The Gathering, minifigurki Mage Warfare, plakaty Star Trek, komiksy i gry wideo. Czyli wszystko, co było mi potrzebne do szczęścia.

Szwendałem się między półkami, wspominając wszystkie rozmowy, które odbyliśmy z Haydenem podczas wielu spędzonych tu godzin. Stworzyliśmy ranking telewizyjnych odsłon Star Treka (upierałem się, że Następne pokolenie powinno się znaleźć na pierwszym miejscu, ale Hayden niewzruszenie obstawał przy tym, że najlepsza była stara wersja serialu). Gdy nie udało nam się dostać do Małej Ligi Bejsbolowej, próbowaliśmy założyć klub Dungeons & Dragons, ale nikt nie podzielał naszej fascynacji pięknem dwudziestobocznych kostek do gry. Co miesiąc też przychodziliśmy tu z samego rana w dzień premiery nowych numerów komiksu Żywe trupy, po czym czytaliśmy je od deski do deski w strefie gastronomicznej. Serial również uwielbialiśmy i w każdy niedzielny wieczór oglądaliśmy go wspólnie u mnie w domu. Była to jedyna okazja, kiedy Rachel zaszczycała nas swoją obecnością.

Niełatwo było teraz włóczyć się tu bez niego.

W samym środku dnia sklep wcale nie świecił pustkami. Zazwyczaj kręcili się tam uczniowie po lekcjach, fascynaci tacy jak Hayden i ja, a także młodsze dzieciaki. Gdy przychodziliśmy wieczorem, często natykaliśmy się tam na dorosłych facetów – zgadywałem, że kolekcjonerów – którzy za dnia pracowali. W każdym razie było to miejsce, do którego dupki ze szkoły nigdy nie zaglądały. Miejsce bezpieczne. Co prawda niemal nigdy nie pojawiały się tam dziewczyny, ale goście tacy jak Hayden i ja i tak niezbyt dobrze radzą sobie z kobietami.

Chociaż może zbyt wcześnie o tym zawyrokowałem, bo gdy tak sobie łaziłem, dostrzegłem kilka innych osób, w tym jakąś dziewczynę. Jej płeć nie pozostawiała wątpliwości. Była mojego wzrostu i miała ostre rysy twarzy: spiczasty podbródek, prosty, smukły nos. Usta pomalowała na głębokie bordo, a w wardze tkwił kolczyk z turkusowym bolcem. Do tego burza platynowych włosów poznaczonych czarnymi pasemkami. To ta dziewczyna z pogrzebu. Ładna. No, może wyglądała nie tyle ładnie, co ciekawie, ale bez względu na to, jaki styl chciała osiągnąć, efekt przypadł mi do gustu.

Wyglądało na to, że idzie w moim kierunku.

Poczułem wzbierającą panikę, ale zwalczyłem pragnienie schowania się gdzieś.

Chwilę później stanęła przede mną, a jej wargi zaczęły się poruszać, choć ja nie byłem w stanie zrozumieć, co mówi. Co było ze mną nie tak?

Musiałem zrobić zdezorientowaną minę, bo się uśmiechnęła i pociągnęła za kabelek zwisający mi pod brodą.

No tak, miałem w uszach słuchawki. Nic dziwnego, że niczego nie słyszałem; przecież włączyłem na cały regulator muzykę ze składanki.

– Jesteś Sam, prawda? – powtórzyła.

Znała mnie? Ale skąd? Skinąłem głową.

– Tylko na tyle cię stać? – spytała. – Gdy ktoś zagaja w ten sposób, zazwyczaj wypada spytać tę osobę o imię.

– Przepraszam – odparłem.

Oczywiście, musiałem zrobić kiepskie pierwsze wrażenie na dziewczynie, która miała ochotę ze mną porozmawiać. Nadal jednak nie potrafiłem stwierdzić, czy mówi poważnie.

– Chyba jestem dziś nie w sosie – dodałem.

Coś takiego musiała przecież zrozumieć, prawda? Też była na pogrzebie.

– To oczywiste – odpowiedziała, po czym posłała mi ironiczny uśmieszek.

Czyżby jednak kpiła? Wciąż nie miałem pewności.

– Jestem Astrid – powiedziała.

– Fajne imię.

Uśmiechnęła się szeroko.

– Sama je wybrałam.

Zanim zdążyłem powiedzieć coś więcej, podszedł do nas patykowaty hipster z pogrzebu, ubrany w niewiarygodnie obcisłe rurki, i objął ją ramieniem. Dziewczyna obróciła się do niego i oparła głowę o jego ramię.

– A to jest Eric. Eric, to Sam. Przyjaciel Haydena – przedstawiła.

Czy to znaczyło, że znała się z Haydenem? To niemożliwe – przecież bym wiedział. Rozpoznała mnie jednak. Nie sądziłem, że ktokolwiek mnie rozpoznaje.

– Przykro mi z powodu twojego kumpla – powiedział Eric. – Z tego, co opowiadała mi Astrid, wynika, że był spoko gościem.

A więc znała Haydena. Nie mogłem sobie wyobrazić skąd. I dlaczego on nic mi na ten temat nie wspomniał?

– Zgadza się – przytaknąłem.

– Nie chciałem wam przeszkodzić. Poczekam na zewnątrz, nie spieszcie się.

Pstryknął Astrid w ramię, a następnie wyszedł ze sklepu. Gest wydawał się dziwny jak na kogoś, kto prawdopodobnie był jej chłopakiem, ale co ja tam wiedziałem o związkach damsko-męskich.

Nie mogłem się doczekać, aż się dowiem, skąd Astrid znała Haydena, ale nie wiedziałem, od czego zacząć.

Na szczęście nie musiałem nic robić.

– Słuchaj, przysięgam, że nie jestem żadnym świrem i nie mam zamiaru cię wystraszyć, ale przyszłam tu za tobą – oznajmiła Astrid. – Chciałam tylko powiedzieć, że strasznie mi przykro z powodu Haydena. Znałam go od niedawna, ale był naprawdę miłym chłopakiem i w dalszym ciągu nie mogę uwierzyć, że odszedł.

– Ja też nie – przyznałem. – Czyli… znaliście się?

– W pewnym sensie – odparła, bawiąc się jednym z czarnych pasemek we włosach. – Wiem, że się przyjaźniliście, i widziałam, jak wychodzisz, gdy wszyscy ci obłudnicy ustawili się w kolejce, żeby wygłosić swoje mowy. Uznałam więc, że powinieneś wiedzieć, że są osoby, które szczerze będą za nim tęsknić.

Rozumiałem, że powiedziała „przyjaźniliście się” tylko dlatego, że Hayden odszedł, a nie dlatego, że przestaliśmy być przyjaciółmi. Niemniej nie potrafiłem przestać myśleć o nocy, kiedy umarł, oraz o tym, jak okropnie potoczyły się sprawy na końcu, zwłaszcza między nami. Nie chciałem patrzeć na Astrid – nie chciałem, aby dostrzegła moją minę i pomyślała, że to z jej powodu – obróciłem się więc do szklanej gabloty zawierającej figurki z gier i inne bibeloty.

– Hayden nabijał się z ludzi, którzy kupują tego typu rzeczy – powiedziałem. – Nazywał je lalkami dla lamerów, jakby to miało ich od nas odróżnić.

– Tak jak w tym diagramie Venna pokazującym podobieństwa między lamerami, kujonami i kolekcjonerami?

– Też go widziałaś? – spytałem z niedowierzaniem.

Czyżby to był jakiś żart? Dziewczyna wchodzi za mną do mojego ulubionego sklepu i dokładnie wie, czym się jaram?

– W każdym razie jedna z tych małych figurek przypomina mi postać Haydena w Mage Warfare.

Poczekałem, aż spyta, co to takiego, ale się nie odezwała. Robiło się coraz dziwniej, ale w jakiś przyjemny sposób. Nigdy wcześniej nie spotkałem dziewczyny, która wiedziałaby, czym jest Mage Warfare. Choć właściwie rzadko spędzałem czas w towarzystwie dziewcząt.

– Która?

Wskazałem na jedną z figurek. Miała z dziesięć centymetrów wysokości i przedstawiała długowłosego mężczyznę w pelerynie i oklapłym kapeluszu, dzierżącego w dłoni różdżkę.

– Ten czarodziej? – spytała Astrid.

– Właściwie to czarnoksiężnik albo mag. Uczeń Zaratusztry, wynalazcy magii. – Zamilkłem, widząc po jej oczach, że zaczyna odpływać. Najwyraźniej byłem w stanie zanudzić nawet dziewczynę, która znała się na tego typu rzeczach. – To znaczy: tak, ten czarodziej.

– Istna z ciebie skarbnica przydatnych informacji – odparła Astrid z kpiącym uśmieszkiem. – Nie widzę jednak podobieństwa do Haydena.

Była to prawda. Hayden nie zdążył wejść w fazę intensywnego wzrostu, a nalegania jego matki, żeby jadł więcej białka i darował sobie desery, wywoływały w nim tylko opór. Pod względem fizycznym mag przypominał już raczej mnie, bo byłem wysoki i chudy, podobnie jak chłopak Astrid. Ale przecież życie w wyimaginowanym świecie z założenia polega na fantazjowaniu, zgadza się? Moja postać była golemem, potężnym i krzepkim, a ja ani taki nie byłem, ani nigdy nie będę, chyba że zostanę jednym z tych maniaków, którzy bez przerwy przesiadują na siłowni i podnoszą ciężary. Pewnie nawet wtedy upuściłbym sobie na łeb coś ciężkiego.

– To gra RPG – wyjaśniłem. – Mógł w niej być tym, kim tylko chciał.

– Brzmi jak coś, co daje duże poczucie wolności – stwierdziła. – Myślę, że powinieneś ją kupić, skoro ci go przypomina. Na pamiątkę.

– Bo inaczej o nim zapomnę? – Starałem się nie zabrzmieć zbyt gorzko.

Albo nie dosłyszała skwaszonej nuty w moim głosie, albo się nią nie przejęła.

– Nigdy o nim nie zapomnisz. Ale nie będziesz w stanie wytrzymać do końca roku szkolnego ani końca liceum, jeśli będziesz o nim bez przerwy rozmyślał. Figurka pozwoli ci się skupić. Będziesz mógł o nim myśleć za każdym razem, gdy na nią spojrzysz, a przez resztę czasu możesz starać się żyć normalnie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki