Wydawca: Amber Kategoria: Języki obce Język: polski Rok wydania: 2017

Playing The Millionaire ebook

Sandi Lynn  

3.64285714285714 (14)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 293 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Playing The Millionaire - Sandi Lynn

„Miałam w życiu sześć zasad:
1. Znaj swoją wartość.
2. Słuchaj i nigdy nie wyglądaj na znudzoną.
3. Nigdy nie odkrywaj prawdziwej siebie.
4. Nigdy nie zostawaj w jednym miejscu zbyt długo.
5. Znikaj tak dyskretnie, jak się zjawiłaś.
6. Nigdy się nie zakochuj.

Uwodziłam mężczyzn, kusiłam, byłam kobietą, której pożądali. Bogaci faceci nigdy nie powinni mi ufać, ale ufali. Głupio z ich strony. Wszystko szło dobrze i robiłam to, co miałam robić, dopóki nie zadarłam z niewłaściwym milionerem… Nazywam się Kate Harper i to jest moja historia...”


„Byłem prezesem Quinn Hotel, jednej z największych na świecie sieci hoteli. Kate Harper poznałem w samolocie. Była fascynująca, od pierwszej chwili nie mogłem oderwać od niej wzroku. Tyle że wcale nie była tą kobietą, za którą się podawała. Po rozstaniu na lotnisku odkryłem, co zrobiła. Nie spodziewałem się, że jeszcze kiedyś ją zobaczę, ale stało się inaczej. Tym razem nie zamierzałem pozwolić jej odejść, zanim nie spłaci swojego długu... Nazywam się Gabriel Quinn i to jest moja historia”.

Opinie o ebooku Playing The Millionaire - Sandi Lynn

Fragment ebooka Playing The Millionaire - Sandi Lynn

Korekta

Renata Kuk

Hanna Lachowska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© AS Inc/Shutterstock

Tytuł oryginału

Playing the Millionaire

Playing the Millionaire

Copyright © 2017 by Sandi Lynn

Published by arrangement with Browne & Miller Literary Associates, LLC.

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2017 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-6524-7

Warszawa 2017. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

Rozdział 1

KATE

Miałam zamknięte oczy, ale w myślach już planowałam swój następny ruch. Miał nim być wyjazd z Seattle i powrót do domu. Powoli otworzyłam oczy. Leżałam u boku mężczyzny, obejmował mnie w talii. Był dobrym człowiekiem, ale nasz wspólny czas dobiegał końca. Nigel Thorne był pięćdziesięcioletnim milionerem, który lubił łamać serca młodym kobietom. Uwodził je, wykorzystywał, a kiedy już się nimi znudził, po prostu je porzucał. A nudził się szybko, co akurat bardzo mi odpowiadało, bo nie zamierzałam spędzić z nim wiele czasu.

Tyle że powiedział, że jestem inna. Super. Że potrafię utrzymać przy sobie mężczyznę. Cholera. Ciekawe na jak długo! Pierwszy błąd popełnił, obdarzając mnie zaufaniem. Był czarujący, ale ja byłam czarująca o niebo bardziej. Był uwodzicielem, ale to ja go uwiodłam. Powiedział mi, że mnie kocha, a ja odpowiedziałam, żeby się nie wygłupiał. Znaliśmy się niewiele ponad dwa miesiące, dokładnie tyle, ile potrzebowałam, żeby odkryć jego słabości i wykorzystać je przeciwko niemu. Kupował mi drogie torebki i ciuchy od znanych projektantów, podarował mi diamentowe kolczyki i bransoletkę, warte ponad dwadzieścia tysięcy dolarów.

Lekko się uśmiechnął, otworzył oczy i spojrzał na mnie. Przeczesał mi palcami włosy i pochylił się, żeby musnąć ustami moje wargi.

– Dzień dobry – wyszeptał.

– Dzień dobry – odpowiedziałam, delikatnie się uśmiechając.

– Która godzina? – zapytał.

– Wpół do siódmej.

Westchnął ciężko, odwrócił się na plecy i splótł palce za głową.

– O ósmej mam spotkanie. Nie zapomnij o kolacji u Andersonów dziś wieczorem.

– Będę pamiętać. – Powiodłam palcem w dół jego klatki piersiowej.

Pocałował mnie w czoło, wstał i poszedł wziąć prysznic.

– Zaparzę kawę – powiedziałam, narzucając na ramiona czerwony satynowy szlafrok.

– Dziękuję, kochanie.

Lubił kawę z kawiarki, więc zaparzyłam ją właśnie tak, po czym napełniłam jego ulubiony brązowy kubek, dodając kostkę cukru i odrobinę chudego mleka. Zaniosłam kubek do łazienki i postawiłam obok umywalki, podczas gdy on golił się przed lustrem.

– Jakie masz na dzisiaj plany? – zapytał.

– Może wybiorę się na zakupy. Przydałaby mi się nowa sukienka na dzisiejszą kolację.

– Dobry pomysł! Najlepiej żeby była czarna, krótka i obcisła. – Mrugnął do mnie porozumiewawczo. – Weź moją kartę kredytową i nie przejmuj się ceną.

Nie miałam zamiaru pojawiać się na tym przyjęciu. Planowałam być daleko stąd, jeszcze zanim wróci z biura do domu. Seattle to przyjemne miejsce, nie miałam mu nic do zarzucenia, ale mój czas tutaj dobiegł końca, otwierały się teraz przede mną zupełnie nowe perspektywy. Kiedy wychodziłam z łazienki, zawołał mnie:

– Becca?

– Tak? – Odwróciłam się w jego stronę.

– Myślę, że już czas, żebyś się do mnie wprowadziła.

Auć. Jak ja nienawidziłam, kiedy to mówili! Podeszłam do niego, położyłam mu rękę na plecach i spojrzałam na niego w lustrze.

– Porozmawiamy o tym później. Jeśli się teraz nie pospieszysz, spóźnisz się na spotkanie – uśmiechnęłam się.

– Jestem w tobie zakochany, Becco Wright.

Przycisnęłam usta do jego nagiego ramienia, po czym poszłam do sypialni i przygotowałam mu garnitur. Kiedy już się ubrał i szedł do wyjścia, pocałował mnie na do widzenia. Nie miał pojęcia, że ten pocałunek miał być naszym ostatnim.

Kiedy zamknęły się za nim drzwi, wzięłam prysznic, ubrałam się i poszłam do jego gabinetu, gdzie odsunęłam ogromny obraz z psem na polowaniu, za którym ukryty był sejf. Pilnie strzegł jego szyfru, kiedy go otwierał, w gabinecie nie mogło być nikogo oprócz niego. Ukrytą kamerę umieściłam między książkami na regale naprzeciwko sejfu. 25 w lewo, 10 w prawo, 5 w lewo, 6 w prawo… Voilà – otwarte! W środku znajdowały się poukładane w schludne stosiki banknoty, dwa rolexy, pierścionek z diamentem, który należał do jego babci i dokumenty dotyczące jego firmy. Dokumenty, które mogłyby go zrujnować, gdyby kiedykolwiek dostały się w niepowołane ręce. Włożyłam na palec pierścionek z trzykaratowym diamentem kanarkowym i podniosłam rękę, żeby lepiej mu się przyjrzeć. Wychowała go babcia, była dla niego najważniejszą na świecie osobą. Zgarnęłam kilka stosików gotówki – mniej więcej sto tysięcy dolarów – oba rolexy i zatrzasnęłam sejf. Kiedy z powrotem wieszałam obraz na ścianie, mój wzrok padł na babciny pierścionek. Poczułam wyrzuty sumienia. Z jednej strony marzyłam, żeby zatrzymać to bezcenne cacuszko, ale z drugiej wiedziałam, że będzie załamany jego utratą. A i tak będzie wystarczająco załamany, kiedy się zorientuje, że go oszukałam. Ponownie otworzyłam sejf i ostrożnie włożyłam pierścionek do czerwonego aksamitnego pudełeczka, w którym bezpiecznie spoczywał.

Wzięłam spakowaną wcześniej małą walizkę, włożyłam do środka pieniądze i zegarki, po czym wyszłam tylnym wyjściem i udałam się do swojego apartamentu, który wynajmowałam z tygodnia na tydzień. Zrzuciłam krótką platynową perukę, włożyłam drugą, która przeobraziła mnie w długowłosą brunetkę, i zadzwoniłam po taksówkę, która miała mnie zawieźć na lotnisko.

Szybko załatwiłam odprawę i położyłam bagaż na wadze. Podałam prawo jazdy krępemu mężczyźnie, który rzucił na nie okiem, po czym z uśmiechem oddał mi dokument.

– Życzę bezpiecznego lotu do Nowego Jorku, panno Greaves!

– Dziękuję! – Uśmiechnęłam się do niego czarująco.

Wsiadłam do samolotu, umieściłam bagaż podręczny pod znajdującym się przede mną siedzeniem i rozsiadłam się wygodnie w znajdującym się w pierwszej klasie fotelu 2D. Zawsze wybierałam drugi rząd, miejsce przy oknie. Jeśli było już wykupione, bez problemu potrafiłam przekonać osobę, do której należało, żeby się ze mną zamieniła. Pierwszy rząd nie wchodził w grę, ponieważ obsługa zabierała bagaż. A rzędy powyżej drugiego nie dostawały pełnego menu, bo zawsze coś się skończyło, zanim stewardesa do nich dotarła. A taka sytuacja strasznie działała mi na nerwy! A dlaczego przy oknie? Zawsze siedziałam przy oknie! Chodziło o widoki i o ten niezwykły spokój, który mnie ogarniał, kiedy patrzyłam na puszyste chmury zakrywające niebo. Żeby nie wspomnieć o tym, że nienawidziłam ludzi przepychających się obok mnie w drodze do łazienki oraz trącającego mnie wózka z jedzeniem, pchanego przez stewardesę do dalszej części samolotu.

Oparłam głowę o siedzenie i wzięłam głęboki oddech. Nadal miałam na głowie perukę przeobrażającą mnie w długowłosą brunetkę, a moje oczy zasłaniały okulary przeciwsłoneczne Chanel.

– A więc to ty zarezerwowałaś miejsce przy oknie? – odezwał się męski, władczy głos.

Odwróciłam głowę i lekko opuściłam okulary. Koło mnie stał mierzący prawie metr dziewięćdziesiąt mężczyzna w świetnie skrojonym garniturze od Armaniego. Patrzyłam, jak wkłada walizkę na półkę nad naszymi głowami, zamyka ją i siada koło mnie. Jasnobrązowe włosy były obcięte na klasycznego jeżyka. Prosto. Stylowo. Bardzo po amerykańsku. Mocna, męska szczęka pokryta doskonale wypielęgnowanym popołudniowym zarostem, zmysłowe usta i zasłaniające jego oczy okulary Aviator. I ten zapach! Ciepły, a jednak chłodny. Wyrafinowany. Przywodzący na myśl morską bryzę przełamaną aromatem paczuli. Zapach bogactwa…

– Słucham?

– Kiedy rezerwowałem miejsce na ten lot, byłem rozczarowany, bo miejsce przy oknie było już zajęte. – Kąciki jego ust powędrowały lekko do góry.

Między nogami poczułam szybko wzbierającą falę gorąca, mogłabym przysiąc, że właśnie miałam orgazm.

– A kiedy robiłeś tę rezerwację?

– Wczoraj.

– Skoro tak ci zależało na miejscu przy oknie, może trzeba było wcześniej się tym zająć?

– Być może. Tyle że nie planowałem wracać tak szybko, tylko wcześniej udało mi się załatwić swoje sprawy w Seattle.

– Czy mogę zaproponować drinka? – zapytała tryskająca radością życia młoda stewardesa.

– Poproszę tequilę z odrobiną soku z limonki – odparłam.

– A dla pana? – Jej „chcę cię przelecieć” uśmiech wyraźnie się poszerzył.

– Poproszę wódkę z sokiem żurawinowym. Tylko proszę nie przesadzić z sokiem – uśmiechnął się szeroko w odpowiedzi.

Zerknęłam w dół na jego przedramię, które leżało swobodnie na oparciu. Mojej uwadze nie umknął zegarek Cartier, dumnie spoczywający na nadgarstku. Elegancki, świadczący o tym, że jego właściciel jest osobą wpływową, i nieziemsko drogi. Mężczyzna nie zdjął okularów przeciwsłonecznych, ale ja też tego nie zrobiłam, więc nie mogłam nic na ten temat mu powiedzieć. Jednak umierałam z ciekawości, żeby zobaczyć jego oczy. Nie mógł być dla mnie kompletny, dopóki nie zobaczyłam ich koloru. Szczerze mówiąc, nie będzie dla mnie kompletny, dopóki na własne oczy się nie przekonam, co się kryje pod spodniami od znanego projektanta. Był typem mężczyzny, przed którym kobiety dosłownie padały na kolana, a ja doskonale rozumiałam, dlaczego tak się dzieje. Powiedzieć, że jest boski, to nic nie powiedzieć. Właściwie to sama nie wiedziałam, czy nie jest najseksowniejszym mężczyzną, jakiego w życiu widziałam. Mógł mieć niewiele ponad trzydzieści lat, najwyżej trzydzieści dwa.

– Tequila z odrobiną soku z limonki. – Stewardesa z promiennym uśmiechem wręczyła mi drinka.

– Dziękuję.

– A dla pana wódka z sokiem żurawinowym. I… nie przesadzałam z sokiem! – Podała mu kieliszek na serwetce, a jej uśmiech wyraźnie stał się jeszcze szerszy.

– Dziękuję. – Odwzajemnił jej kokieteryjny uśmiech.

Wywracając oczami, podniosłam kieliszek do ust. Kiedy odłożył serwetkę, zauważyłam, że jest na niej jej numer telefonu oraz liścik:

„Będę w Nowym Jorku przez kilka dni. Zadzwoń”.

Głęboko wzdychając, postawiłam na niej kieliszek.

– Och, przepraszam! – Szybko podniosłam go do góry. – Nie chciałabym, żeby numer się zamazał…

Cicho się zaśmiał. Cholera jasna! Nawet to w jego wykonaniu było seksowne.

– Nic się nie martw! Nie zależy mi na jej numerze.

– Przecież jest ładniutka. Nie mów, że nie chciałbyś jej choć raz przelecieć? – Znacząco podniosłam brew.

– Jest ładniutka. Ale zupełnie nie w moim typie.

– A jaki dokładnie jest twój typ? – Uśmiechnęłam się z przekąsem.

– Brunetki z długimi, falistymi włosami oraz… – sięgnął ręką w moją stronę i zdjął mi okulary – …oczami w głębokim odcieniu gorzkiej czekolady.

Dosłownie zaniemówiłam! Wpatrywałam się w jego ukryte za ray banami oczy, nie mogąc złapać tchu. Wyrwałam mu swoje okulary i pospiesznie nałożyłam je z powrotem.

Rozdział 2

GABRIEL

Gdy tylko wsiadłem do samolotu i zobaczyłem tę niesamowicie piękną kobietę siedzącą przy oknie obok mojego miejsca, mój penis zaczął się podnosić. Długie, ciemne, lekko faliste włosy; pełne, zmysłowe usta; wydatne kości policzkowe i okulary Chanel, które stanowiły idealną oprawę jej pięknej twarzy. W innych okolicznościach poprosiłbym osobę siedzącą przy oknie, żeby się ze mną zamieniła, ale coś mi mówiło, że ta ślicznotka nie odda miejsca tak łatwo. Coś było w jej postawie, w swobodzie, z jaką rozłożyła się na fotelu. Biła od niej pewność siebie, a to, że nie zdjęła okularów, było jasnym komunikatem, że nie życzy sobie, żeby z nią pogrywać. Kiedy wkładałem walizkę na półkę nad naszymi głowami, otulił mnie zapach jaśminu i róży, na który żywo zareagowały moje zmysły. Świeży, uwodzicielski i ciepły. Kobieta z charakterem. A mnie bardzo się to podobało. Kiedy zasugerowała, że za późno się zabrałem do rezerwowania miejsca, w myślach parsknąłem śmiechem. Moje towarzystwo nie onieśmielało jej, jak to się działo w przypadku większości kobiet. Była opanowana i wypowiadała się w zdecydowany sposób.

– Przedstawisz mi się? – zapytałem, kiedy wyrwała mi z ręki okulary, żeby z powrotem zakryć nimi oczy.

– Poprzestańmy na imionach. – Kąciki jej ust wygięły się w lekkim uśmieszku. – Hannah.

– Miło mi cię poznać, Hannah. Jestem Gabriel.

– Miło cię poznać, Gabe. – Przechyliła głowę i wyciągnęła w moją stronę rękę.

– Nie Gabe. Gabriel. Nie używam zdrobnień. – Uścisnąłem jej rękę.

– W porządku. Skoro kwestię imion mamy już za sobą, możemy iść o krok dalej. Czym się zajmujesz? – Zauważyłem pod okularami ruch podnoszonej brwi.

– Pracuję w korporacji. A ty?

– Prowadzę własny biznes.

– A dokładnie czym się zajmujesz? – Byłem zaintrygowany.

– Torebki, biżuteria, buty. Wszystko, dzięki czemu dziewczyna czuje się piękna – uśmiechnęła się.

Ten uśmiech! Olśniewający. Promienny. Jedyny w swoim rodzaju. Uśmiech zdolny przemienić pierwszy lepszy gówniany dzień w najpiękniejszy dzień twojego życia. Mój penis zachowywał się bardzo niegrzecznie, a ona była idealną kandydatką na wymierzenie mu odpowiedniej kary.

– Lecisz do Nowego Jorku w interesach? – zapytałem.

– Nie. Jadę na kilka dni odwiedzić przyjaciółkę.

– Rozumiem. Nie zamierzasz zdejmować okularów przez cały lot? – Chciałem wiedzieć.

– A ty? A może się boisz, że stracisz nade mną przewagę, że odsłonisz się przede mną emocjonalnie? – Uśmiechnęła się przekornie.

– Słucham? – Potrząsnąłem głową. – Co masz na myśli?

– Ludzie, którzy noszą okulary w pomieszczeniach, robią to, żeby onieśmielić innych. Onieśmielanie innych sprawia, że czują się silni. A ta siła staje się maską dla ich emocjonalnej bezbronności. A może po prostu próbujesz stworzyć wokół siebie aurę tajemniczości, może chcesz, żeby ludzie się zastanawiali, co się kryje za tymi okularami.

O co, kurwa, jej chodzi?

– No to jak to z tobą jest, Gabriel? Chodzi o emocjonalną bezbronność czy aurę tajemniczości?

– Mógłbym cię zapytać dokładnie o to samo, Hannah – odparłem, znacząco podnosząc brew.

Cichutko się zaśmiała.

– Nie zdejmuję okularów, bo jestem zmęczona, a łatwiej mi zasnąć, kiedy nie razi mnie światło.

– W takim razie zdecydowanie powinnaś odpocząć. Obudzę cię, kiedy będziemy lądować.

– Dziękuję. Ale… nadal nie odpowiedziałeś na moje pytanie.

Westchnąłem głęboko, nie spuszczając z niej spojrzenia.

– I nie mam zamiaru na nie odpowiadać.

– W takim razie stawiam na emocjonalną bezbronność. – Ułożyła się wygodnie na siedzeniu i odwróciła głowę w kierunku okna.

Czy ona w ogóle zdawała sobie sprawę, z kim rozmawia? Coś mi mówiło, że ta dziewczyna ma niewyparzony język… A jednak nie potrafiłem się jej oprzeć. Przyglądałem się jej, kiedy spała. Mój wzrok wędrował po szarym kardiganie, który narzuciła na czarny top, miała też na sobie czarne obcisłe spodnie. Nie mogłem się doczekać, kiedy zobaczę ją w pozycji stojącej. Wyobrażałem sobie wspaniałości, które kryją się pod tymi ubraniami. Miała piękną twarz, a ja dałbym sobie uciąć rękę, że jej ciało było równie seksowne. Na samą myśl o tym, jak pieprzę ją od tyłu, z całej siły ściskając jej tyłeczek, na zmianę wślizgując się w nią i wyślizgując, słuchając jej krzyków rozkoszy, mój penis ponownie zaczął się podnosić.

Już od jakiegoś czasu nie miałem naprawdę dobrego seksu. Greta – moja, od niedawna, była dziewczyna – ciągle marudziła albo miała o coś do mnie pretensje. Na przykład o to, że muszę pracować do późna. Skarżyła się mamie i siostrze, że jestem okropnym chłopakiem, bo nie spędzam z nią wystarczającej ilości czasu. Spotykaliśmy się przez sześć miesięcy i, jak dla mnie, było to o sześć miesięcy za długo. Za karę odmawiała mi seksu. Jak się z tym czułem? Szczerze, to nie bardzo mnie to ruszało. Nie byliśmy ze sobą od dwudziestu czterech godzin i muszę powiedzieć, że były to najlepsze dwadzieścia cztery godziny w moim życiu. Nie miałem wyboru, musiałem z nią zerwać, kiedy byłem w Seattle. Nie mogłem znieść jej wydzwaniania do mnie co pół godziny, a następnie zasypywania mnie idiotycznymi esemesami, w których oskarżała mnie, że z kimś sypiam, skoro nie odbieram telefonów od niej. Nigdy jej nie zdradziłem. Nie robiłem takich świństw. To po prostu nie było w moim stylu. Byłem bogatym mężczyzną z pozycją, ale szanowałem swoje relacje z kobietami. To jej kompleksy wpędziły ją w paranoję, przez którą uważała, że sypiam z wszystkimi kobietami na świecie. Ha! Chciałbym.

Kiedy nie byłem w związku – co w zasadzie wydawało mi się lepszą opcją – uprawiałem mnóstwo seksu z różnymi kobietami. Zwykle były to przygody na jedną noc. Z kobietami, które spotykałem na konferencjach biznesowych, w barach, restauracjach, w trakcie podróży służbowych… Znajomości całkowicie na luzie, bez zobowiązań, absolutnie perfekcyjne. Obiecałem sobie, że gdy tylko pozbędę się Grety, nie tak szybko wpakuję się w kolejny związek. Nawet jeśli na horyzoncie pojawi się odpowiednia kobieta. Miałem dosyć tego całego ględzenia. Wykańczało mnie to, a i tak byłem już wystarczająco zmęczony pracą. Zarządzanie wartą miliardy dolarów siecią hoteli i kurortów nie było łatwą sprawą. Konkurencja była spora i musiałem nieustannie dawać z siebie wszystko, jeżeli chciałem pozostać na szczycie.

Byłem dyrektorem generalnym Quinn Hotels. Nasze hotele szły łeb w łeb z Four Seasons, Ritz Carlton i Mandarin Oriental. W zeszłym roku Quinn Hotels – znane również jako „Q” znalazły się na czwartym miejscu najlepszych sieci hotelowych świata na liście „Forbesa”.

Stanąłem na czele firmy kilka lat temu, kiedy umarł mój ojciec. On z kolei odziedziczył ją po swoim ojcu, a moim dziadku, który założył luksusową sieć hoteli w 1929 roku i szybko stał się znaczącą konkurencją dla Hilton Hotels.

Moja praca była moim życiem i oczekiwałem, że kobiety, z którymi się spotykałem, będą to rozumieć. Greta przysięgała, że tak jest. A ja w to wierzyłem – przez pierwszy miesiąc naszego związku. Potem zaczęły się kłótnie i szlochy. Ta kobieta zalewała się łzami przy każdej możliwej okazji. Czułem się przy niej bardziej zestresowany niż szczęśliwy. Dlaczego wcześniej jej nie rzuciłem? Akurat dużo się działo i nie chciałem dodatkowo zawracać sobie głowy zrywaniem z nią. Marna wymówka, wiem. Ale właśnie otwieraliśmy nowy hotel. Mieliśmy dużo problemów i nie miałem głowy do niczego innego.

Rozdział 3

KATE

Samolot gwałtownie podskoczył przy lądowaniu, co wyrwało mnie ze snu.

– Co to, do cholery, ma być? Czy ten pilot nie potrafi lądować?

Gabriel cicho się zaśmiał.

– Nie było tak najgorzej…

– Może dla ciebie. Bo to nie tobie śniła się właśnie plaża, na której wygrzewasz się w słońcu, podczas gdy niesamowicie seksownym facet podaje ci owocowe drinki ozdobione uroczymi, malutkimi parasolkami.

– Owszem, nie mnie. I byłbym głęboko zaniepokojony, gdybym zaczął miewać tego typu sny… – Uśmiechnął się znacząco.

Na widok tego uśmiechu musiałam zacisnąć uda. Nie przyznałam mu się, że tym niezwykle seksownym mężczyzną rozpieszczającym mnie kolorowymi drinkami był on sam… Ledwo go spotkałam, a on już zaczął pojawiać się w moich snach. Nie mogłam się powstrzymać przed zerkaniem na jego lśniący zegarek. Samolot wreszcie stanął, a w głośnikach odezwał się głos kapitana:

– Państwa bagaże będą do odbioru dopiero za trzydzieści minut. Nie wszystkie podajniki pracują i jest opóźnienie, na taśmie najpierw pojawią się bagaże pasażerów wcześniejszych lotów.

– Czy to jakiś, kurwa, żart? – westchnęłam, wstając z miejsca.

– Spieszysz się gdzieś? – Chciał wiedzieć Gabriel.

– Oczywiście. A ty nie? – Przechyliłam głowę i spojrzałam na niego, gdy wychodziliśmy z samolotu.

– Tak, ale to tylko trzydzieści minut – odparł. – Może w międzyczasie wypijemy drinka?

– Myślę, że to bardzo dobry pomysł. Szczególnie biorąc pod uwagę, że i tak w ciągu najbliższej półgodziny nigdzie się nie wybieram.

Chcę mieć ten zegarek.

Poszliśmy do baru Delta Sky, zamówiliśmy drinki i usiedliśmy na jaskrawoczerwonej kanapie. Gabriel zdjął okulary, a mnie nagle zabrakło powietrza w piersiach. Oczy w głębokim odcieniu gorzkiej czekolady. Uwodzicielskie. Oczy, które potrafią wypalić dziurę w twojej duszy.

– Czym dokładnie się zajmujesz w szalonym świecie korporacji? – zapytałam.

– Wieloma różnymi pierdołami, od których kręci mi się w głowie – uśmiechnął się szeroko. – Gdzie się znajduje twój sklep?

– W cyberprzestrzeni.

– Ach, więc sprzedajesz przez Internet? – podniósł brew.

– Tak – uśmiechnęłam się.

– Jak się nazywa? – zapytał.

– Dlaczego chcesz wiedzieć?

– A dlaczego nie?

– Może będziesz mnie prześladował? – uśmiechnęłam się przebiegle.

Nie mogliśmy oderwać od siebie wzroku, seksualna chemia między nami aż parzyła. Chciał mnie zerżnąć tak bardzo, jak ja pragnęłam jego zegarka.

– Nie jestem typem prześladowcy. Po prostu jestem ciekawy. – Podniósł rękę i dotknął mojego policzka.

– Na pewno w domu ktoś na ciebie czeka… – zauważyłam.

– Nie.

– Chcesz mi powiedzieć, że tak seksowny facet nie ma dziewczyny?

– Owszem. – Pogładził mnie po policzku.

Poczułam gwałtowne drżenie w okolicach lędźwi. Z trudem przełknęłam ślinę.

– A ty? – zapytał, kładąc mi rękę między nogami.

– Nie mam nikogo.

– Chcesz mi powiedzieć, że taka piękna kobieta nie ma chłopaka?

– Właśnie tak.

Podniósł rękę i przesunął kciuk po moich ustach. Rozchyliłam wargi i wzięłam go do ust.

– Cholera jasna, Hannah. Myślę, że powinniśmy odwiedzić toaletę…

– Prowadź – uśmiechnęłam się.

Chwycił mnie za rękę i poprowadził w stronę niewielkiego korytarza, gdzie znajdowała się toaleta. Kiedy tylko znaleźliśmy się w środku, zatrzasnął za nami drzwi i szybko je zablokował. Błyskawicznie wziął moją twarz w ręce i bez ostrzeżenie wbił się ustami w moje usta. Zachwiałam się, ale objął mnie ręką w talii i pewnie podtrzymał. Nasze usta się rozchyliły, a języki splątały się ze sobą. Namiętność sięgnęła szczytu. Zsunęłam mu z ramion marynarkę i szybko rozpięłam guziki nieskazitelnie białej koszuli, podczas gdy on zdjął mi kardigan, błyskawicznie włożył mi rękę pod bluzkę i mocno chwycił moje piersi, wydając z siebie cichy jęk. Na moment przerwał pocałunek, żeby pozbyć się spodni. Dzięki Bogu, natura hojnie go obdarzyła. Jego penis był gruby, długi, twardy i piękny. Już sam jego widok mógł mnie doprowadzić do orgazmu.

– Podoba ci się? – uśmiechnął się porozumiewawczo.

– Zdecydowanie. – Zwilżyłam usta językiem.

Położył mi ręce na biodrach i odwrócił mnie, po czym zsunął mi spodnie i przycisnął do moich pośladków swój twardy członek.

– Chcę, żebyś widziała w lustrze, jak cię pieprzę – uwodzicielskim tonem wyszeptał mi do ucha, zanurzając we mnie palec.

W ekstazie odrzuciłam do tyłu głowę, kiedy ostrożnie zapoznawał się z moim wnętrzem.

– Taka wilgotna… Jesteś już na mnie gotowa? – zapytał, rozrywając opakowanie kondomu i nasuwając go na członek.

– Tak – odparłam bez tchu, czując, jak moje ciało przygotowuje się na jego wejście.

Stanowcze pchnięcie i już był we mnie. Ostro. Głęboko. To uczucie, że jest we mnie, przyprawiało mnie o zawrót głowy, z każdym pchnięciem czułam się bardziej oszołomiona. Coraz mocniej ściskał mnie za biodra, a każde jego pchnięcie sprawiało, że jęczałam z rozkoszy. Podniosłam wzrok, nasze spojrzenia spotkały się w lustrze.

– Nie odwracaj wzroku, kiedy będziesz dochodzić – powiedział.

Moje ciało było rozpalone do granic możliwości, kiedy tylko dotknął mojej łechtaczki, wstrząsnęła mną fala potężnego orgazmu.

– Właśnie tak… O Boże, to jest to! – Nie mógł złapać tchu.

Ostatnie ostre pchnięcie i znieruchomiał, wydając z siebie długi jęk.

Sięgnęłam do tyłu i położyłam dłoń na jego karku, podczas gdy on przycisnął usta do mojego ramienia. Po chwili odsunął się, zdjął prezerwatywę i wyrzucił ją do kosza. Pochylił się, podniósł moje spodnie i po raz ostatni wziął w dłonie moje piersi. Chwyciłam kardigan i narzuciłam na ramiona, po czym objęłam go za nadgarstek, zanim założył marynarkę. Spojrzał na mnie, a ja drugą ręką pogładziłam go po policzku.

– Dziękuję. – Obdarzyłam go delikatnym pocałunkiem.

– Nie ma za co.

Puściłam jego nadgarstek, dyskretnie wsuwając zegarek do kieszeni. Teraz pozostało mi szybko się ewakuować, zanim zauważy jego brak. Razem wyszliśmy z toalety i ruszyliśmy w stronę hali przylotów.

– Miło było cię poznać, Gabriel – uśmiechnęłam się, oddalając się od niego.

– Chyba odbiór bagażu jest tutaj? – Wskazał przeciwny kierunek.

– Muszę pilnie gdzieś zadzwonić. Jeszcze raz dziękuję. – Przygryzłam dolną wargę.

– Cała przyjemność po mojej stronie, Hannah. – Puścił do mnie oko.

Lotnisko JFK znałam jak własną kieszeń, podróżowałam tutaj naprawdę często. Inną drogą dotarłam do miejsca odbioru bagażu, ukryłam się za rogiem i czekałam, aż Gabriel odbierze swój bagaż. Kiedy zobaczyłam, jak podnosi swoją walizkę i odchodzi, wyszeptałam: „Żegnaj, Gabriel…”. Kiedy minął bramki, złapałam swoją walizkę i odeszłam w drugą stronę. Zatrzymałam pierwszą lepszą taksówkę i pojechałam do domu.

Rozdział 4

GABRIEL

Kiedy dotarłem do punktu odbioru bagażu, moja walizka już krążyła na podajniku. Nadal trochę kręciło mi się w głowie po tym, co się właśnie zdarzyło, nie chciałem odchodzić. Dziewczyna była niesamowita, chciałem poznać ją lepiej. Ale mówiła, że zostaje w Nowym Jorku tylko na kilka dni. Powinienem wybić ją sobie z głowy, bo wszystko wskazywało na to, że już nigdy jej nie zobaczę.

– Dobry wieczór, Carl! – powiedziałem, wsiadając do limuzyny.

– Dobry wieczór, proszę pana. Jak się udał pobyt w Seattle?

– Było deszczowo… – uśmiechnąłem się. – Ale produktywnie.

– Jedziemy do domu, proszę pana? – zapytał.

– Tak.

Spojrzałem na zegarek, żeby sprawdzić, która jest godzina… ale zegarka nie było!

– Co do diaska…? – powiedziałem na głos.

– Coś się stało?

Nigdy nie zdejmowałem tego zegarka. Pamiętałem, że był na swoim miejscu, kiedy ją pieprzyłem.

– Dziwka ukradła mój zegarek!

– Słucham? – Carl był wyraźnie zaskoczony.

– Nic. – Szybko wysiadłem z samochodu. – Zaraz wracam. Muszę kogoś odszukać.

Pobiegłem do punktu odbioru bagażu i zacząłem się rozglądać za Hannah. Jednak podajnik z bagażami należącymi do pasażerów naszego lotu był pusty. Wyszedłem do holu głównego i uważnie się rozglądnąłem. Nic. Nigdzie jej nie było. Wróciłem do limuzyny i kazałem Carlowi zawieść się do domu.

Byłem wściekły. Mój wart trzydzieści tysięcy dolarów zegarek przepadł. Zabrała go kobieta, którą spotkałem w samolocie i pieprzyłem w toalecie na lotnisku JFK. Czy naprawdę jestem aż takim idiotą? Kurwa mać! Mój telefon zaczął dzwonić, wyjąłem go z kieszeni i zobaczyłem, że to Greta. Czego, do cholery, może ode mnie chcieć? Nie byłem w nastroju na bezproduktywne dyskusje, więc przełączyłem ją na pocztę głosową.

Carl zaparkował przy moim budynku, który mieścił się przy 94. Wschodniej i miał numer 178. Była to kamienica, którą kupiłem trzy lata temu, kiedy została wystawiona na licytację. Rodzina i przyjaciele byli zaszokowani, że to zrobiłem, bo uważali mnie za faceta, który najlepiej się czuje, spoglądając na miasto z penthouse’u na ostatnim piętrze jakiegoś luksusowego budynku. Prawda była taka, że urzekła mnie domowa atmosfera tego miejsca. Czułem, że właśnie tutaj – w odległej, odległej przyszłości – mógłbym mieszkać ze swoją rodziną. A przynajmniej tak mi się wydawało trzy lata temu. Od tego czasu moje poglądy na temat rodziny i małżeństwa drastycznie się zmieniły, a to dzięki szalonym kobietom, z którymi się spotykałem.

Kiedy tylko przekroczyłem próg, Grace – moja gospodyni – serdecznie mnie powitała.

– Witaj w domu, Gabriel! – powiedziała, biorąc ode mnie walizkę.

– Dziękuję, Grace! Wszystko w porządku?

– Hm, nie tak dawno była tu twoja była dziewczyna, wypłakiwała mi się w rękaw, mamrocząc coś o tym, jakim dupkiem jesteś i jakie to podłe z twojej strony, że zerwałeś z nią przez telefon.

Przewróciłem oczami.

– Przepraszam cię.

– Nie musisz. Jedyne, co do mnie z tego wszystkiego dotarło, to to że z nią zerwałeś – uśmiechnęła się. – Nie zrozum mnie źle… Miła z niej dziewczyna, ale trochę za bardzo lubiła płakać i marudzić.

– Wiem – westchnąłem.

– Zaniosę ci walizkę na górę, a potem będę się zbierać. Jeśli jesteś głodny, to kolacja czeka na ciebie w piekarniku.

– Dzięki, Grace. Miło z twojej strony!

– Nie ma problemu. Do zobaczenia jutro!

Wziąłem butelkę bourbona i szklankę z grubo rżniętego szkła, po czym poszedłem na górę i rozsiadłem się na tarasie. Wyciągnąłem telefon i zadzwoniłem do mojego młodszego brata, Caleba.

– Hej, Duży Bracie! Jak było w Seattle? – natychmiast odebrał.

– W porządku. Co teraz porabiasz?

– Pakuję się. Jutro lecę do Los Angeles.

– A, faktycznie. Masz chwilę, żeby wpaść na drinka?

– Jasne! Będę za godzinkę.

– Świetnie. Mogę wysłać po ciebie Carla. – Zagalopowałem się trochę.

– Doprawdy, Gabriel…?

– Nieważne. Do zobaczenia za godzinę. Jestem na tarasie.

Caleb Quinn, mój dwudziestoczteroletni, pragnący zostać gwiazdą rocka brat, gardził wszystkim, co miało związek z pieniędzmi. Myślę, że można powiedzieć, że zawsze był czarną owcą w rodzinie, przynajmniej zdaniem ojca. Nienawidził bogactwa i nie chciał mieć absolutnie nic wspólnego z towarzystwem z wyższej klasy, włączając w to towarzystwo naszego ojca. Mnie interesowało tylko robienie interesów, jego – tworzenie i wykonywanie muzyki. Muzykę miał we krwi, udowadniał to za każdym razem, kiedy brał do reki gitarę. Ojciec był twardym facetem, miał wizję, w której obaj synowie przejmują i prowadzą rodzinny interes. Kiedy mój brat skończył szkołę średnią i nie zdecydował się na studia, żeby mieć więcej czasu na muzykę, ojciec praktycznie się go wyrzekł. Powiedział mu, że przynosi wstyd nazwisku Quinn. Jeśli chodzi o mnie, to miałem gdzieś, co Caleb robi albo czego nie robi. Był moim bratem, a ja go kochałem.

– Hej, brachu! – powiedział Caleb, pochylając się w moją stronę i lekko mnie ściskając na powitanie. Następnie usiadł naprzeciwko.

– Hej, Caleb! Czego się napijesz?

– Masz pod ręką jakieś piwko?

Parsknąłem śmiechem.

– Dla ciebie – zawsze!

Wstałem w kanapy i podszedłem do barku na tarasie, z którego wydobyłem piwo.

– O której masz jutro samolot? – Chciałem wiedzieć.

– O ósmej rano. Gdzie masz Gretę? Myślałem, że tu będzie, skoro wróciłeś do domu.

Westchnąłem ciężko.

– Zerwałem z nią.

– Wow. Kiedy?

– Kilka dni temu.

– Kiedy byłeś w Seattle? – zaśmiał się.

– Nie dawałem już z nią rady…

– Taaa, wcale się nie dziwię. Ciągle płakała, a na dodatek zżerały ją kompleksy. Nigdy nie mogłem zrozumieć, co ty właściwie w niej widziałeś. – Podniósł do ust butelkę piwa. – Zdrowie braci Quinn, którzy obydwaj są znowu szczęśliwymi singlami! – uśmiechnął się.

– Touché. – Lekko stuknąłem szklanką o jego butelkę.

Czułem się zażenowany tym, co się zdarzyło na lotnisku i zastanawiałem się, czy się do tego przyznać Calebowi, ale brat sam zauważył, że nie mam na sobie zegarka.

– Gdzie twój zegarek? Przecież nigdy go nie zdejmujesz?