Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2015

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Platforma - Michel Houellebecq

Niebezpieczna w sposób, w jaki literatura ma być niebezpieczna – budzi uśpioną wrażliwość.

„The New York Observer”

Michel Renault pracuje w ministerstwie kultury. Wiedzie monotonne życie, a jego zainteresowania nie wykraczają poza seks i telewizję. Odziedziczony po ojcu spadek przeznacza na podróż do Tajlandii – raju seksturystów. Tam poznaje młodą, piękną Valerie, pracującą w biurze podróży. Po powrocie do Francji zostają kochankami i wspólnie wprowadzają w życie pomysł Michela – zorganizowaną seksturystykę do krajów Trzeciego Świata. Tylko tak bowiem, twierdzi bohater, Zachód i Wschód mogą pomóc sobie nawzajem. Houellebecq rozwija przenikliwą diagnozę zdegenerowanego Zachodu – zdominowanego przez wszechobecne współzawodnictwo i plagę przemocy – oraz zaślepionego przez materializm Wschodu.

Opinie o ebooku Platforma - Michel Houellebecq

Fragment ebooka Platforma - Michel Houellebecq

Michel Houellebecq

PLATFORMA

przełożyła Agnieszka Daniłowicz-Grudzińska

Tytuł oryginału: Plateforme

Copyright © Flammarion, 2001

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXV

Copyright © for the Polish translation by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXV

Wydanie III

Warszawa, MMXV

Im bardziej życie wydaje się człowiekowi podłe, tym bardziej czuje się on do niego przywiązany. Życie staje się wówczas ciągłym protestem i chęcią zemsty.

Honoré de Balzac

Część pierwszaTajski tropik

1

Mój ojciec umarł rok temu. Nie wierzę w teorię, według której stajemy się naprawdę dorośli dopiero wtedy, gdy umierają nasi rodzice; nigdy nie stajemy się naprawdę dorośli.

Stojąc przed trumną starca, myślałem o różnych nieprzyjemnych rzeczach. Nie ma co, świetnie sobie poradził, stary cwaniak. „Miałeś dzieci, ty wale – mówiłem w duchu ze złością – pakowałeś swojego grubego kutasa do cipki mojej matki”. Trzeba powiedzieć, że byłem trochę spięty; niecodziennie umiera nam ktoś z rodziny. Nie chciałem oglądać trupa. Mam czterdzieści lat, napatrzyłem się w życiu na trupy; wolę już tego unikać. Dlatego nigdy nie sprawiłem sobie żadnego domowego zwierzęcia.

Nie ożeniłem się również. Okazje mi się trafiały, ale za każdym razem się wycofywałem. A przecież bardzo lubię kobiety. Trochę żałuję tego celibatu. Jest to niedogodne zwłaszcza w okresie wakacji. Ludzie patrzą nieufnie na samotnych mężczyzn w pewnym wieku: od razu podejrzewają ich o egoizm i perwersję; nie mogę nie przyznać im racji.

Po pogrzebie wróciłem do domu, w którym ojciec spędził ostatnie lata życia. Ciało znaleziono tydzień temu. Wokół mebli i w kątach zgromadziło się już trochę kurzu; przy futrynie okiennej zauważyłem pajęczynę. A więc czas, entropia i tym podobne rzeczy powoli brały to miejsce w posiadanie. Zamrażalnik był pusty. W kuchennych szafkach znajdowały się głównie torebki Weight Watchers z daniami na jedną osobę, puszki z aromatyzowanymi proteinami, batoniki energetyczne. Krążyłem po pokojach na parterze, pogryzając ciasteczko z dodatkiem magnezu. W kotłowni spróbowałem trochę poćwiczyć na rowerze treningowym. Ojciec po siedemdziesiątce miał o wiele lepszą kondycję fizyczną niż ja. Codziennie przez godzinę intensywnie uprawiał gimnastykę, dwa razy w tygodniu pokonywał kilka długości basenu. W weekendy grał w tenisa, wraz ze znajomymi w swoim wieku jeździł na rowerze; kilku z nich spotkałem w domu pogrzebowym. „Wszystkim kazał trenować! – zachwycał się pewien ginekolog. – Dziesięć lat od nas starszy, a na dwukilometrowym podjeździe miał nad nami minutę przewagi”. Ojcze, ojcze, powtarzałem sobie, jakże wielka była twoja próżność. Po lewej stronie pola widzenia dostrzegłem przyrządy do ćwiczeń gimnastycznych, hantle. Nagle wyobraziłem sobie kretyna w szortach – o twarzy pomarszczonej, ale właściwie bardzo podobnej do mojej – nadymającego z beznadziejną energią mięśnie klatki piersiowej. Ojcze, powtarzałem sobie, zbudowałeś swe królestwo na piasku. Ciągle pedałowałem, ale chwytała mnie zadyszka, bolały trochę mięśnie ud, a przecież nastawiłem tylko na pierwszy poziom. Wracając myślami do ceremonii pogrzebowej, stwierdziłem, że z pewnością wywarłem na wszystkich świetne wrażenie. Zawsze jestem starannie ogolony, trzymam się prosto; gdy koło trzydziestki zacząłem łysieć, postanowiłem ostrzyc sobie włosy bardzo krótko. Noszę zazwyczaj szare garnitury, krawaty w dyskretnym kolorze, nie wyglądam na kogoś radosnego. Z krótko ostrzyżonymi włosami, okularami w cienkiej oprawce i posępną twarzą, siedząc ze spuszczoną nieco głową i słuchając religijnych pieśni pogrzebowych, czułem się bardzo swobodnie, o wiele lepiej, niż gdybym na przykład był na czyimś ślubie. Najwyraźniej pogrzeby to coś dla mnie. Przestałem pedałować, odkaszlnąłem lekko. Nad łąkami otaczającymi dom powoli zapadała noc. Obok betonowej obudowy kotła grzewczego można było dostrzec niedokładnie zmytą brunatną plamę. Tutaj właśnie znaleziono mojego ojca z roztrzaskaną czaszką, ubranego w szorty i bluzę z napisem I love New York. Według lekarza sądowego śmierć nastąpiła trzy dni wcześniej. Można by ostatecznie uznać, że był to wypadek, ojciec mógł się poślizgnąć na rozlanym oleju czy coś w tym rodzaju. Tylko że posadzka była całkiem sucha, a czaszka pęknięta w kilku miejscach, trochę mózgu rozprysnęło się nawet po podłodze; bardziej prawdopodobne wydawało się morderstwo. Wieczorem miał do mnie wpaść kapitan Chaumont z żandarmerii w Cherbourgu.

W salonie włączyłem telewizor, Sony 16/9, ekran 82 centymetry, dźwięk surround i wbudowany odtwarzacz DVD. W pierwszym programie nadawano kolejny odcinek Xeny, wojowniczej księżniczki, jednego z moich ulubionych seriali; dwie silnie umięśnione kobiety ubrane w metalowe kamizelki i skórzane minispódniczki wymachiwały groźnie szablami. „Zbyt długo już panujesz, Tagrata! – wykrzykiwała blondynka. – Jestem Xena, wojownicza księżniczka Wschodnich Prerii!”. Ktoś zapukał do drzwi; ściszyłem dźwięk.

Na dworze zapadła już noc. Wiatr łagodnie strącał krople deszczu z gałęzi drzew. W drzwiach stała mniej więcej dwudziestopięcioletnia dziewczyna o północnoafrykańskim typie urody.

– Nazywam się Aisza – powiedziała. – Przychodziłam dwa razy w tygodniu sprzątać do pana Renault. Chciałam zabrać swoje rzeczy.

– Tak... – odparłem. – Tak, proszę...

Zrobiłem zapraszający gest, coś w rodzaju zapraszającego gestu. Weszła, rzuciła szybkie spojrzenie na ekran telewizora: tuż obok wulkanu wojowniczki, ciasno ze sobą splecione, prowadziły teraz walkę wręcz; przypuszczam, że niektóre lesbijki taki widok może podniecać.

– Nie chcę panu przeszkadzać – powiedziała Aisza – zajmie mi to pięć minut.

– Nie przeszkadza mi pani – odparłem. – Właściwie to nic mi nie przeszkadza.

Potrząsnęła głową, jakby rozumiała, przez chwilę jej wzrok zatrzymał się na mojej twarzy; pewnie doszukiwała się fizycznego podobieństwa do mojego ojca, może chciała też wydedukować, jaki jest stopień podobieństwa naszych charakterów. Po kilku sekundach obserwacji odwróciła się i weszła na schody prowadzące do sypialni.

– Proszę się nie spieszyć – rzuciłem przytłumionym głosem – proszę się nie spieszyć...

Nie odpowiedziała, nie zatrzymała się; przypuszczalnie w ogóle mnie nie usłyszała. Usiadłem na kanapie, czułem się wyczerpany tym spotkaniem. Powinienem jej zaproponować, żeby zdjęła płaszcz; to się na ogół ludziom proponuje: żeby zdjęli płaszcz. Uświadomiłem sobie, że w pokoju jest potwornie zimno – wilgotne, przenikliwe zimno, chłód ciągnący od grobu. Nie wiedziałem, jak się uruchamia ogrzewanie, nie chciało mi się próbować, teraz mój ojciec nie żyje i powinienem stąd natychmiast wyjść. Przełączyłem na trzeci program w samą porę, żeby jeszcze obejrzeć końcówkę teleturnieju Pytania dla mistrza. W momencie kiedy Nadège z Val-Fourré oznajmiała Julienowi Lepersowi, że gra dalej w trzeciej rundzie, na schodach pojawiła się Aisza z przewieszoną przez ramię niewielką torbą podróżną. Wyłączyłem telewizor, szybko do niej podszedłem.

– Zawsze podziwiałem Juliena Lepersa – powiedziałem. – Nawet jeśli nie zna dobrze miasta czy miejscowości, z której pochodzi kandydat, zazwyczaj udaje mu się wtrącić słówko na temat regionu, okolicy; posiada choćby ogólną wiedzę o tamtejszym klimacie i walorach turystycznych. No i przede wszystkim zna życie: traktuje kandydatów jak istoty ludzkie, zna ich problemy, ich radości. Nic, co ludzkie, nie jest mu ani całkowicie obce, ani wrogie. Udaje mu się skłonić każdego do mówienia o pracy, rodzinie, zainteresowaniach – o tym wszystkim, co według niego składa się na codzienną egzystencję. Kandydaci często grają w orkiestrze dętej, śpiewają w chórze; zajmują się organizowaniem miejscowych uroczystości, z oddaniem działają na rzecz różnych akcji humanitarnych. Ich dzieci często siedzą w studiu wśród publiczności. Oglądając ten program, odnosi się wrażenie, że ludzie są szczęśliwi, i człowiek sam czuje się szczęśliwszy i lepszy. Nie sądzi pani?

Spojrzała na mnie bez uśmiechu; była skromnie ubrana, włosy miała zaczesane do tyłu, lekki makijaż: poważna  dziewczyna. Chwilę się wahała, potem powiedziała cichym, nieco zachrypniętym, nieśmiałym głosem:

– Bardzo lubiłam pańskiego ojca.

Nie wiedziałem, co jej odpowiedzieć; wydało mi się to dziwne, ale w końcu dlaczego nie. Staruszek z pewnością miał sporo interesujących rzeczy do opowiedzenia: wiele podróżował, był w Kolumbii, w Kenii czy gdzie tam jeszcze; oglądał nosorożce przez lornetkę. Za każdym razem, kiedy się spotykaliśmy, żartował sobie z mojego statusu urzędnika państwowego, który ma zapewnioną pracę. „Znalazłeś sobie niezłą ciepłą posadkę...” – powtarzał z nieukrywaną pogardą; stosunki rodzinne nie są łatwą sprawą.

– Uczę się w szkole dla pielęgniarek – ciągnęła Aisza. – Wyprowadziłam się od rodziców, więc muszę zarabiać sprzątaniem.

Głowiłem się nad stosowną odpowiedzią: czy należało wypytać ją o ceny wynajmu mieszkań w Cherbourgu? W końcu zdecydowałem się na „no tak...”, mając nadzieję, że pobrzmiewa w tym jakaś znajomość życia. Chyba jej to wystarczyło, skierowała się w stronę drzwi. Przywarłem twarzą do szyby i patrzyłem na volkswagena polo, zawracającego na błotnistej drodze. W trzecim programie nadawano film telewizyjny z życia wsi w XIX wieku, z Tchékym Karyo w roli parobka. Córka właściciela – grał go Jean-Pierre Marielle – między jedną lekcją pianina a drugą obdarzała swymi wdziękami przystojnego wieśniaka. Ich miłosne igraszki odbywały się w oborze; zapadłem w sen, kiedy Tchéky Karyo energicznie ściągał jej jedwabne majtki. Resztką świadomości dostrzegłem jeszcze sekwencję: kilka stojących obok siebie świń.

Obudziły mnie ból i zimno; pewnie zasnąłem w niewygodnej pozycji, kręgi szyjne miałem zupełnie zesztywniałe. Wstając, gwałtownie zakaszlałem, mój oddech napełniał parą lodowatą atmosferę pokoju. Zadziwiające, w telewizji na pierwszym kanale szedł program Taka ryba; a więc musiałem się wcześniej obudzić czy przynajmniej mieć na tyle przytomności, żeby nacisnąć guzik pilota; nie zachowałem o tym najmniejszego wspomnienia. Nocna emisja poświęcona była sumom, gigantycznym, pozbawionym łusek rybom, których na skutek ocieplenia klimatu żyje coraz więcej w rzekach francuskich; upodobały sobie szczególnie okolice elektrowni atomowych. Celem reportażu było wyjaśnienie pewnych mitów: to prawda, że dorosłe sumy osiągają długość trzech, czterech metrów; w departamencie Drôme zauważono nawet okazy przekraczające pięć metrów; wszystko to było całkiem prawdopodobne. Należało natomiast zdecydowanie wykluczyć obawy, jakoby ryby te były mięsożerne czy atakowały kąpiących się ludzi. Rozpowszechniane szeroko podejrzenia dotyczące sumów zdawały się również dotyczyć tych, którzy zajmują się ich połowem; wśród rybaków nieliczne bractwo poławiaczy sumów nie cieszyło się dobrą opinią. Cierpieli oni z tego powodu i mieli nadzieję, że program przyczyni się do poprawy ich wizerunku. Nie mogli oczywiście zachwalać walorów kulinarnych: mięso sumów jest absolutnie niejadalne. Ale ich połów jest rzeczą piękną, zarówno z punktu widzenia intelektualnego, jak i sportowego, podobnie zresztą jak połów szczupaka, i powinien zyskać większą liczbę zwolenników. Zrobiłem kilka kroków po pokoju, ale nie udało mi się rozgrzać; nie byłem w stanie sobie wyobrazić, że miałbym spać w łóżku ojca. W końcu zniosłem z sypialni na piętrze poduszki i koce i ułożyłem się jakoś na kanapie. Zgasiłem światło tuż po końcowym napisie Sum – koniec mitu. Panowały gęste ciemności, gęsta też była cisza.

2

Wszystko ma swój kres, noc także. Z letargu, w jakim pogrążył mnie sum, wybity zostałem przez jasny i dźwięczny głos kapitana Chaumonta. Przepraszał, nie miał czasu wpaść poprzedniego dnia. Zaproponowałem mu kawę. Gdy grzała się woda, postawił swojego laptopa na stole w kuchni, podłączył drukarkę. W ten sposób będę mógł od razu przeczytać i podpisać moje zeznania; przytaknąłem z aprobatą. Policja, nadmiernie obarczona obowiązkami administracyjnymi, cierpi na brak czasu, który powinna poświęcić swej prawdziwej misji: przeprowadzaniu dochodzeń; to właśnie mogłem wydedukować z różnych programów telewizyjnych. Kapitan Chaumont entuzjastycznie się ze mną zgodził. Przesłuchanie zapowiadało się zatem pomyślnie, zaczynało się w atmosferze wzajemnego zaufania. Windows otworzył się z cichym, radosnym pomrukiem.

Ojciec zmarł wieczorem lub w nocy czternastego listopada. Tego dnia pracowałem; piętnastego zresztą też. Oczywiście, mogłem wsiąść do samochodu, zabić ojca i wrócić w nocy. Co robiłem wieczorem czy w nocy czternastego listopada? Z tego, co pamiętam, nic; nic znaczącego. W każdym razie nie zachowałem żadnego wspomnienia; a przecież wydarzyło się to niecały tydzień temu. Nie miałem ani stałej partnerki do łóżka, ani naprawdę bliskiego przyjaciela; jak tu o czymkolwiek pamiętać w takich warunkach? Dni mijają, i tyle. Spojrzałem na kapitana Chaumonta, było mi doprawdy przykro; chciałbym mu pomóc czy chociaż skierować śledztwo w jakimś kierunku.

– Spojrzę do kalendarzyka... – odezwałem się.

Niczego się po tym nie spodziewałem; a jednak, o dziwo, przy dacie czternastego listopada widniał jakiś numer telefonu komórkowego, a nad nim imię „Coralie”. Jaka znowu Coralie? Same bzdury w tym kalendarzyku.

– Mam kompletnie rozwodniony mózg... – powiedziałem z gorzkim uśmiechem. – Nie wiem, może byłem na jakimś wernisażu.

– Na wernisażu?

Czekał cierpliwie, palce miał zawieszone nad klawiaturą komputera.

– Tak, pracuję w Ministerstwie Kultury. Zajmuję się finansowaniem wystaw, czasami też spektakli.

– Spektakli?

– Spektakli... tańców nowoczesnych...

Ogarnęły mnie całkowita rozpacz i wstyd.

– To znaczy organizuje pan imprezy kulturalne.

– No właśnie... Można to tak określić.

Patrzył na mnie uważnie, z sympatią, ale i z powagą. Wiedział z grubsza, że istnieje coś takiego jak sektor kultury, to pewne. Z racji swojego zawodu niewątpliwie spotyka najrozmaitszych ludzi; żadne środowisko nie jest mu obce. Policja to humanizm1.

Potem rozmowa przebiegała w miarę normalnie; często oglądam seriale telewizyjne, byłem więc przygotowany na taki właśnie dialog. Czy według mnie ojciec miał jakichś wrogów? Nie, ale przyjaciół, prawdę mówiąc, także nie. Ojciec nie był nikim wystarczająco ważnym, żeby mieć wrogów. Któż mógłby wyciągnąć jakieś korzyści z jego śmierci? No, na przykład ja. Kiedy byłem ostatni raz u niego z wizytą? Prawdopodobnie w sierpniu. W sierpniu właściwie nikt w ministerstwie nie pracuje, ale, jako że moi koledzy muszą wtedy wyjechać na wakacje, bo mają dzieci, ja zostaję w Paryżu. Gram w solitera na komputerze, a około piętnastego sierpnia wyjeżdżam na przedłużony weekend; tak właśnie wygląda sprawa wizyt u ojca. A właśnie, czy miałem dobre stosunki z ojcem? Tak i nie. Raczej nie, ale jeździłem do niego raz czy dwa razy w roku, to już nieźle.

Pokiwał głową. Czułem, że przesłuchanie dobiega końca; chętnie powiedziałbym coś więcej. Ogarnęła mnie irracjonalna, nienormalna sympatia do kapitana Chaumonta. Akurat wkładał papier do drukarki.

– Ojciec uprawiał sport! – rzuciłem gwałtownie. 

Podniósł na mnie pytające spojrzenie.

– No... sam nie wiem – dodałem, rozkładając z rozpaczą ręce – chciałem tylko powiedzieć, że uprawiał sport.

Rozczarowany, zaczął drukować moje zeznanie.

Po podpisaniu dokumentu odprowadziłem kapitana Chaumonta do drzwi. Miałem świadomość, że jako świadek zawiodłem go.

– Wszyscy świadkowie są zawodni... – odparł.

Przez jakiś czas zastanawiałem się nad tym aforyzmem. Przed nami rozciągała się nieskończona nuda pól. Kapitan Chaumont wsiadł do peugeota 305; będzie mnie informował o postępach w śledztwie. Pracownik państwowy ma prawo do trzech dni urlopu okolicznościowego po śmierci najbliższego członka rodziny. Mogłem więc spokojnie wracać, nie spiesząc się, kupić różne gatunki tutejszego camemberta; ale wjechałem prosto na autostradę do Paryża.

Ostatni dzień urlopu spędziłem w rozmaitych biurach podróży. Lubiłem przeglądać katalogi z ofertami wakacyjnymi, ich abstrakcyjny charakter, sposób, w jaki sprowadzano w nich różne miejsca na Ziemi do ograniczonych możliwości odczuwania szczęścia i do cenników; zwłaszcza ceniłem sobie system stawiania pewnej liczby gwiazdek, żebyśmy wiedzieli, jak intensywnego szczęścia mamy prawo się spodziewać. Ja nie byłem szczęśliwy, ale do szczęścia żywiłem wiele szacunku i wciąż dążyłem do jego osiągnięcia. Według modelu Marshalla klient to racjonalnie rozumująca jednostka, która chce otrzymać maksymalne zadowolenie za określoną cenę; model Veblena natomiast analizuje wpływ grupy na proces kupna (w zależności od tego, czy jednostka pragnie się z nią zidentyfikować, czy wręcz przeciwnie, zdystansować od niej). Model Copelanda dowodzi, że procesy kupna różnią się od siebie w zależności od kategorii produkt/usługa (kupno towaru pierwszej potrzeby, kupno od dawna planowane, kupno towaru specjalistycznego); lecz według modelu Baudrillarda i Beckera konsumowanie oznacza także wytwarzanie znaków. Co do mnie, najbliższy był mi model Marshalla.

Po powrocie do biura oznajmiłem Marie-Jeanne, że potrzebuję wakacji. Marie-Jeanne to moja koleżanka z pracy; wspólnie przygotowujemy materiały na wystawy, wspólnie przyczyniamy się do rozwoju współczesnej kultury. To trzydziestopięcioletnia kobieta o gładko przyczesanych blond włosach i jasnoniebieskich oczach; nie wiem niczego o jej życiu prywatnym. W hierarchii zawodowej ma ona stanowisko nieznacznie wyższe ode mnie, ale o tym woli nie wspominać, tak bardzo zależy jej na wysunięciu na pierwszy plan pracy zespołowej. Za każdym razem, gdy przyjmujemy jakąś naprawdę ważną osobistość – kierownika wydziału sztuk plastycznych albo członka gabinetu ministra – Marie-Jeanne podkreśla rolę zespołu. „Oto najważniejszy pracownik naszego działu! – wykrzykuje, wkraczając do mojego gabinetu. – To on zręcznie żongluje rachunkami, bilansami i liczbami... Bez niego byłabym zupełnie zgubiona...”. Po czym śmieje się; ważni goście śmieją się także, a przynajmniej uśmiechają błogo. Ja też się uśmiecham, w miarę moich możliwości, oczywiście. Usiłuję wyobrazić sobie siebie w charakterze żonglera; ale właściwie wystarczy, abym umiał opanować proste operacje matematyczne. Chociaż Marie-Jeanne nie robi właściwie nic konkretnego, jej praca jest bardzo skomplikowana: musi znać się na współczesnych kierunkach sztuki, prądach i tendencjach artystycznych; kieruje wydziałem kultury i zawsze ktoś może ją oskarżyć o bierność, a nawet o obskurantyzm; jest to niebezpieczeństwo, które musi cały czas brać pod uwagę i któremu musi cały czas stawiać czoło, a tym samym chronić przed nim instytucję. W związku z tym pozostaje w ścisłym kontakcie z artystami, właścicielami galerii, redaktorami pism, które dla mnie są zupełnie nieczytelne i niezrozumiałe; telefony, jakie w związku z tym wykonuje, dają jej wiele radości, gdyż jej pasja do współczesnej sztuki jest autentyczna. Ja nie odczuwam w stosunku do sztuki jakiejś wrogości: w żadnej mierze nie można powiedzieć, abym był rzecznikiem branży ani też zwolennikiem powrotu do tradycyjnego malarstwa; zachowuję dystans, jaki przystoi księgowemu zarządzającemu określonymi funduszami. Kwestie estetyczne czy polityczne natomiast nie leżą w mojej gestii; nie do mnie należy kształtowanie nowych postaw, kreowanie nowych stosunków jednostki ze światem zewnętrznym; rezygnowałem z tego powoli, w miarę jak pochylały się moje plecy, a rysy twarzy przybierały coraz to smutniejszy wyraz. Organizowałem wiele wystaw, brałem udział w wielu wernisażach i innych performances, o których pamięta się do dzisiaj. Wniosek, jaki z tego wszystkiego wyciągnąłem, jest z pewnością jeden: sztuka nie może zmienić życia. W każdym razie mojego.

Poinformowałem Marie-Jeanne o żałobie; przyjęła mnie z sympatią i położyła mi rękę na ramieniu. Moje podanie o urlop wydało się jej całkiem naturalne. „Musisz się nad tym wszystkim zastanowić, Michel – uznała – zrobić coś w rodzaju bilansu, wejrzeć w siebie na nowo”. Usiłowałem wyobrazić sobie ten zwrot do środka, stwierdziłem, że z pewnością ma rację. „Cécilia skończy za ciebie zarys budżetu na przyszły rok – ciągnęła – pomówię z nią”. O co jej tak naprawdę chodziło i kim była ta cała Cécilia? Rozglądając się dookoła, zauważyłem projekt plakatu i nagle sobie przypomniałem. Cécilia to ta gruba, ruda dziewczyna, która bez przerwy je cukierki Cadbury, pracuje u nas od dwóch miesięcy: ma umowę na czas określony, a może umowę dla młodych stażystów, częściowo finansowaną przez państwo, w sumie ktoś mało ważny. I to prawda, że tuż przed śmiercią ojca przygotowywałem wstępny projekt budżetu wystawy zatytułowanej „Stać, bo strzelamy, głupie barany!”, miała zostać otwarta w styczniu w Bourg-la-Reine. Pokazywała ona zdjęcia brutalnych akcji policyjnych, które sfilmowano w regionie Yvelines; ale nie był to dokument, raczej teatralizacja przestrzeni, a także różne aluzje do seriali kryminalnych, takich jak Los Angeles Police Department. Artysta wolał zastosować podejście fun, zamiast posłużyć się metodą donosu na trudną sytuację społeczną, choć tego raczej należało się spodziewać. W sumie interesujący projekt, nie za drogi i niezbyt skomplikowany do wykonania; nawet ktoś tak mało rozgarnięty jak Cécilia mógł dokończyć wstępny kosztorys.

Po biurze szedłem na ogół do jakiegoś peep-show. Kosztowało mnie to pięćdziesiąt franków, czasami siedemdziesiąt, kiedy wytrysk długo nie następował. Gdy patrzyłem na obracające się wokół mnie cipki, przestawałem myśleć o czymkolwiek. Sprzeczne tendencje współczesnej sztuki, równowaga, jaką należy utrzymać między konserwacją dziedzictwa narodowego a wspieraniem tworzących się współcześnie dzieł... wszystko to szybko znikało wobec magii obracających się cipek. Posłusznie opróżniałem jądra. W tym samym czasie w pobliskiej cukierni Cécilia napychała się czekoladowymi ciastkami; nasze motywacje były właściwie takie same.

Czasami też, ale rzadko, fundowałem sobie indywidualny salon za pięćset franków; robiłem to wtedy, gdy mój fiut nie miał się dobrze, gdy wydawało mi się, że przypomina mały, wymagający opieki, nikomu niepotrzebny i w dodatku śmierdzący serem wyrostek; wtedy chciałem, żeby jakaś dziewczyna wzięła go do ręki, piała peany, nawet oszukując, na temat wigoru i sztywności członka, całego bogactwa i gęstości nasienia. Tak czy inaczej, wracałem do domu przed wpół do ósmej. Zaczynałem od Pytań dla mistrza, które wcześniej nagrywałem na magnetowidzie; potem następował dziennik. Choroba szalonych krów nie interesowała mnie zbytnio, żywiłem się głównie kartoflanym purée z serem marki Mousline. Wieczór trwał dalej. Nie byłem nieszczęśliwy, miałem do dyspozycji sto dwadzieścia osiem kanałów. Koło drugiej nad ranem kończyłem na tureckich komediach.

Minęło tak kilka stosunkowo spokojnych dni, aż znowu zadzwonił kapitan Chaumont. Rzeczy posunęły się znacznie do przodu, znaleziono domniemanego mordercę, nawet więcej, kogoś, kto wręcz przyznał się do winy. Rekonstrukcja zdarzeń ma się odbyć za dwa dni, czy chciałbym w niej uczestniczyć? O tak, odparłem, o tak.

Marie-Jeanne pogratulowała mi tak odważnej decyzji. Mówiła o pracy, o tajemnicy, jaka kryje się w związku między rodzicami i dziećmi; używała wyrażeń ogólnie przyjętych, zaczerpniętych z dość ograniczonego repertuaru, ale nie miało to większego znaczenia; wyczuwałem w jej słowach sympatię, wydało mi się to zadziwiające, dobrze mi robiło. Kobiety czują jednak sympatię do ludzi, myślałem, wsiadając do pociągu jadącego do Cherbourga; nawet w pracy często dążą do ustanowienia przyjacielskich więzów, nie potrafią poradzić sobie w środowisku ich pozbawionym, w takiej atmosferze nie mogą się rozwijać. Cierpią z powodu tej słabości charakteru, artykuły na stronach poświęconych psychologii w „Marie-Claire” ciągle im to przypominają: lepiej oddzielać w sposób wyraźny pracę od uczuć; ale nie udaje się im to, strony „Marie-Claire”, zamieszczające zwierzenia czytelniczek, stanowią tego wyraźny i stały dowód. W okolicach Rouen zacząłem się ponownie zastanawiać nad różnymi elementami śledztwa. Wielkie odkrycie kapitana Chaumonta polegało na tym, że Aisza utrzymywała „intymne kontakty” z moim ojcem. Jaka była częstotliwość i stopień tej intymności? Nie wiadomo, to nieistotne dla dalszego śledztwa. Jeden z braci Aiszy szybko przyznał, że przyszedł do staruszka „domagać się wyjaśnień”, że dyskusja przybrała gwałtowny obrót i że zostawił go nieprzytomnego na betonowej posadzce kotłowni.

Wizją lokalną kierował w zasadzie sędzia śledczy, niski, kościsty mężczyzna o surowym wyglądzie, ubrany we flanelowe spodnie i w ciemną koszulkę polo, z grymasem na twarzy, świadczącym o nieustannym poirytowaniu; ale szybko okazało się, że kierownictwo przejmuje kapitan Chaumont, i to on stał się prawdziwym mistrzem ceremonii. Witał żywo każdego uczestnika, energicznie sadzał go na odpowiednim miejscu: wyglądał na bardzo szczęśliwego człowieka. Prowadził pierwsze w swojej karierze śledztwo w sprawie zabójstwa i zakończył je w niecały miesiąc; właściwie był jedynym bohaterem tej odrażającej i banalnej historii. Wbita w krzesło, wyraźnie przygnębiona, z czarną opaską na czole, Aisza ledwo na mnie spojrzała, gdy wszedłem do pokoju; ostentacyjnie odwracała wzrok od miejsca, gdzie siedział jej brat. Otaczało go dwóch żandarmów, wpatrywał się w podłogę z zaciętym wyrazem twarzy. Wyglądał na zwyczajnego rzezimieszka, nie odczuwałem dla niego najmniejszej sympatii. Kiedy podniósł oczy, jego wzrok skrzyżował się z moim, na pewno się domyślił, kim jestem. Wiedział, na czym polega moja rola, musiał zostać o tym uprzedzony: według jego brutalnych zasad miałem prawo się zemścić, dla mnie liczyła się tylko krew mojego ojca. Świadomy relacji, jaka istniała między nami, patrzyłem na niego uporczywie, nie odwracając wzroku; poddawałem się powoli ogarniającej mnie nienawiści, oddychałem teraz swobodniej, było to silne i przyjemne uczucie. Gdybym miał do dyspozycji jakąś broń, zastrzeliłbym go bez wahania. Zabić taką małą swołocz wydawało mi się czynem nie tylko obojętnym, lecz wręcz dobroczynnym, pozytywnym. Jakiś żandarm nakreślił linie kredą na podłodze i wizja lokalna mogła się zacząć. Według oskarżonego sprawy wyglądały bardzo prosto: zdenerwował się podczas dyskusji, gwałtownie odepchnął mojego ojca; ten upadł do tyłu, jego czaszka roztrzaskała się na posadzce; oskarżony w panice natychmiast uciekł.

Kłamał oczywiście, i kapitan Chaumont ustalił to z łatwością. Autopsja czaszki ofiary wyraźnie wskazywała na znęcanie się: stwierdzono liczne złamania spowodowane zapewne serią kopniaków. Na twarzy ojca widniały poza tym ślady tak gwałtownego przesuwania głowy po posadzce, że oko niemal wylało się z oczodołu.

– Nie wiem – powiedział oskarżony – wkurzyłem się.

Dla wszystkich, którzy obserwowali nerwowe ruchy jego rąk, jego wąską i złą twarz, nie ulegało wątpliwości: ten człowiek działał bez premedytacji, prawdopodobnie podnieciło go uderzenie głowy o posadzkę i widok krwi. Jego strategia obronna była jasna i wiarygodna, przed sądem z pewnością jakoś się z tego wykaraska: kilka lat w zawieszeniu, nie więcej. Kapitan Chaumont, zadowolony z popołudnia, powoli szykował się do zakończenia sprawy. Wstałem z krzesła, podszedłem do oszklonej ściany. Zapadał wieczór: kilka baranów kończyło dzień. One także były głupie, być może jeszcze bardziej niż brat Aiszy; ale w ich genach nie zaprogramowano żadnej gwałtownej reakcji. Kiedy nadejdzie ostatni wieczór ich życia, będą beczały z przerażenia, rytm ich serca ulegnie przyspieszeniu, będą rozpaczliwie wymachiwać kończynami; potem nastąpi strzał z pistoletu, życie z nich uleci, a ciała zamienią się w mięso. Rozstaliśmy się, podawszy sobie ręce na pożegnanie; kapitan Chaumont podziękował mi za przybycie.

Z Aiszą zobaczyłem się nazajutrz; idąc za radą agenta nieruchomości, postanowiłem gruntownie posprzątać cały dom, zanim zaczną go odwiedzać pierwsi potencjalni nabywcy. Dałem jej klucze, potem odwiozła mnie na dworzec w Cherbourgu. Zima zagarniała już łąki, mgła gromadziła się nad ogrodzeniami domów. Rozmowa nie szła nam łatwo. Aisza poznała narządy płciowe mojego ojca, co stwarzało między nami niezdrową, intymną atmosferę. Wszystko to było, ogólnie rzecz biorąc, zadziwiające: wyglądała na poważną dziewczynę, a mój ojciec nie miał w sobie nic z podrywacza. Musiał jednak posiadać jakieś właściwości, jakieś zalety, które sprawiały, że dał się lubić, a ja nie umiałem tego dostrzec; właściwie z trudem przypominałem sobie rysy jego twarzy. Ludzie żyją obok siebie jak jakieś woły; ledwie udaje im się czasami wypić wspólnie butelkę alkoholu.

Volkswagen Aiszy zatrzymał się na Place de la Gare; zdawałem sobie sprawę, że przed rozstaniem wypada powiedzieć parę słów.

– A więc... – zacząłem.

Po kilku sekundach zwróciła się do mnie głuchym, martwym głosem:

– Wyjadę stąd. Jeden z moich przyjaciół może mi załatwić pracę kelnerki w Paryżu. Będę dalej studiować. Moja rodzina i tak uważa mnie za kurwę.

Wydałem pełen zrozumienia pomruk.

– W Paryżu mieszka więcej ludzi... – zaryzykowałem w końcu z boleścią w głosie. Nawet po głębszym namyśle nic innego nie umiałem z siebie wykrztusić na temat Paryża. Niezmierne ubóstwo mojej wypowiedzi nie zniechęciło jej jednak.

– Na rodzinę nie mogę liczyć – ciągnęła z tłumioną wściekłością. – Po pierwsze, są biedni, a poza tym to idioci. Dwa lata temu mój ojciec odbył pielgrzymkę do Mekki; od tej pory niczego nie da sobie wytłumaczyć. Jeszcze gorzej jest z moimi braćmi: wspierają się wzajemnie w swoich idiotycznych poglądach, upijają się na umór pastisem, uważając jednocześnie, że tylko oni wyznają prawdziwą wiarę, i pozwalają sobie na traktowanie mnie jak szmatę jedynie dlatego, że mam ochotę pracować, a nie wyjść za jakiegoś wała, takiego samego jak oni.

– To prawda, ogólnie rzecz biorąc, muzułmanie to nic dobrego... – wydusiłem z zakłopotaniem.

Wziąłem do ręki torbę podróżną, otworzyłem drzwi samochodu.

– Myślę, że jakoś sobie pani poradzi – wymamrotałem bez przekonania.

Doznałem w tym momencie czegoś w rodzaju wizji: zobaczyłem ruch ludności emigrującej z jednego kraju do drugiego, niby naczynka krwionośne oplatające Europę; muzułmanie wydawali się zatorami hamującymi przepływ krwi, rozchodzącymi się powoli po całym ciele. Aisza patrzyła na mnie z powątpiewaniem. Chłód przenikał do auta. Na zdrowy rozum mogłem odczuwać pewne zainteresowanie atrakcyjnością muzułmańskich wagin. Uśmiechnąłem się w trochę wymuszony sposób. Wtedy uśmiechnęła się i ona, nieco bardziej szczerze. Przez kilka minut ściskałem jej dłoń, czułem ciepło jej palców, trzymałem rękę tak długo, aż wyczułem łagodne pulsowanie krwi w nadgarstku. Oddaliwszy się kilka metrów od samochodu, odwróciłem się i pomachałem ręką. Jakieś spotkanie jednak się odbyło; jednak w końcu coś zaszło.

Usadowiwszy się w wagonie bez przedziałów, pomyślałem sobie, że powinienem był zostawić jej trochę pieniędzy. A właściwie nie, mogłaby to źle zinterpretować. W tym właśnie momencie, o dziwo, po raz pierwszy doszło do mnie, że stanę się bogatym człowiekiem; to znaczy stosunkowo bogatym. Z kont mojego ojca już dokonano przelewu, sprzedażą samochodu miał się zająć właściciel warsztatu, sprzedażą domu – agent nieruchomości; wszystko szło jak z płatka. Wartość tych dóbr ustalono zgodnie z prawami rynku. Oczywiście istniał jakiś margines pozostawiony na negocjacje: dziesięć procent w tę lub w tamtą stronę, nie więcej. Procent opodatkowania także nie był owiany tajemnicą: wystarczyło poczytać informujące o tym świetnie opracowane broszury dostępne w urzędach skarbowych.

Ojciec z pewnością wielokrotnie rozważał możliwość wydziedziczenia mnie; w końcu musiał z tego zrezygnować; widocznie stwierdził, że to zbyt skomplikowane, za dużo zawracania głowy, a rezultat niepewny (bo nie tak łatwo jest wydziedziczyć dzieci, prawo dopuszcza niewiele takich możliwości: te gnojki najpierw zatruwają życie, a potem korzystają z wszystkiego, czego udało się człowiekowi dorobić za cenę straszliwych wysiłków). A przede wszystkim ojciec musiał sobie mówić, że to się w ogóle nie opłaca – bo co go obchodziło, co stanie się po jego śmierci? Oto jak, według mnie, rozumował. Tak czy inaczej, stary dureń umarł, a ja sprzedam dom, gdzie on spędził ostatnie lata; sprzedam także toyotę land cruiser, służącą mu do przywożenia zgrzewek wody Evian z Casino Géant w Cherbourgu. Ja mieszkam obok Jardin des Plantes, po cholerę mi toyota land cruiser? Mógłbym najwyżej przywozić ravioli z ricottą z targu na ulicy Mouffetard, i tyle. Jeśli chodzi o spadek w linii prostej, opłaty skarbowe nie są przesadnie wysokie – nawet jeśli więzy uczuciowe także nie były przesadnie głębokie. Po odjęciu podatków mogłem zgarnąć około trzech milionów franków. Było to mniej więcej piętnaście razy tyle, ile wynosiły moje roczne dochody. To również tyle, ile niewykwalifikowany robotnik miał szansę zarobić w Europie Zachodniej w ciągu pracowitego żywota; całkiem spora sumka. Można było zacząć coś planować; można było spróbować.

Za kilka tygodni otrzymam zapewne list z banku. Pociąg zbliżał się do Bayeux, wyobrażałem sobie już dzisiaj, jak potoczy się rozmowa. Urzędnik z filii mojego banku, po skonstatowaniu, że na moim koncie pojawiła się spora suma, będzie chciał ze mną porozmawiać – któż nie potrzebuje, w jakimś momencie życia, doradcy, który powie, jak najlepiej ulokować pieniądze? Nie czując się zbyt pewnie, oczywiście będę chciał wybrać opcje gwarantujące całkowite bezpieczeństwo; doradca bankowy przyjmie moją reakcję – jakże częstą – z lekkim uśmiechem. Jak wiadomo, większość inwestorów niemających doświadczenia woli bezpieczeństwo od korzystnego oprocentowania; urzędnicy bankowi często się z tego między sobą podśmiewają. Te określenia nie powinny mnie zmylić: jeśli chodzi o zarządzanie majątkiem, nawet osoby w starszym wieku często zachowują się jak zupełni nowicjusze. Doradca będzie chciał pewnie zwrócić moją uwagę na lekko zmienioną opcję – zostawiając mi oczywiście czas do namysłu. Dlaczegóż by właściwie nie zainwestować dwóch trzecich moich pieniędzy w coś bezpiecznego, z czym nie będzie niespodzianek, ale co będzie dawało niskie oprocentowanie? I dlaczego nie przeznaczyć jednej trzeciej tej sumy na inwestycję nieco bardziej ryzykowną, ale dającą możliwości sporych dochodów? Po kilku dniach rozmyślań wiedziałem to, przyznam mu rację, zgodzę się na jego argumenty. Poczuje się wtedy usatysfakcjonowany moją zgodą, z gorączkowym entuzjazmem przygotuje niezbędne dokumenty – i nasz uścisk dłoni przy pożegnaniu będzie szczerze serdeczny.

Żyłem w kraju umiarkowanego socjalizmu, gdzie posiadanie dóbr materialnych było zagwarantowane ścisłymi przepisami prawnymi, a państwo twardo stało na straży bezpieczeństwa systemu bankowego. Nie ryzykowałem ani popełnienia malwersacji, ani ukartowanej plajty, musiałbym w tym celu przekroczyć granice legalności. Krótko mówiąc, na dobrą sprawę nie musiałem się już niczym przejmować. Właściwie większych trosk nie zaznałem nigdy: po studiach, do których podchodziłem poważnie, choć nie miałem wspaniałych wyników, szybko zwróciłem się w stronę sektora publicznego. Było to w połowie lat osiemdziesiątych, na początku modernizacji socjalizmu, w epoce, gdy słynny minister kultury Jack Lang rozsiewał dobra i sławę w państwowych instytucjach kulturalnych; moja pensja na początku kariery była całkiem przyzwoita. A potem zestarzałem się, bez emocji przyglądając się kolejnym zmianom politycznym. Byłem grzeczny, miałem dobre maniery, moi przełożeni i koledzy cenili mnie; ale jako że z natury jestem mało wylewny, nie udało mi się zadzierzgnąć prawdziwych więzów przyjaźni. Wieczór zapadał szybko nad okolicą Lisieux. Dlaczego w pracy nigdy nie dałem dowodu takiego zaangażowania jak Marie-Jeanne? Dlaczego w ogóle w życiu nigdy nie dałem dowodu prawdziwego zaangażowania?

Tak minęło jeszcze kilka tygodni, nie przynosząc żadnej odpowiedzi; potem, dwudziestego trzeciego grudnia rano, wsiadłem do taksówki i pojechałem na lotnisko Roissy.

3

A teraz stałem tu sam jak palec, kilka metrów od stanowiska biura podróży Nouvelles Frontières. Była sobota rano, okres świąteczny, lotnisko Roissy zatłoczone jak zwykle. Mieszkańcy Europy Zachodniej, kiedy tylko mają kilka dni wolności, pędzą na drugi koniec świata, przemierzają samolotem połowę kuli ziemskiej, zachowują się dosłownie tak, jakby uciekali z więzienia. Nie krytykuję ich; mam zamiar zrobić to samo.

Moje marzenia są zwyczajne. Jak wszyscy mieszkańcy Europy Zachodniej, chciałbym podróżować. No, ale wynikają z tego różne problemy, bariera językowa, zła organizacja środków transportu, ryzyko kradzieży czy oszustwa; żeby wyrazić rzeczy w sposób dosadniejszy: to, czego naprawdę bym sobie życzył, to uprawianie turystyki. Mamy takie marzenia, na jakie nas stać; moim marzeniem jest podróżować bez końca: „Ta trasa stanie się twoją pasją”, „Pobyty pełne barw” oraz „Przyjemności na zamówienie” – by przytoczyć tematy trzech katalogów Nouvelles Frontières.

Od razu zdecydowałem się na trasę z programem zwiedzania, ale długo wahałem się między „Rumem i salsą” (ref. KUB CO 033, 16 dni/14 noclegów, 11 250 franków pokój dwuosobowy, dopłata za pokój pojedynczy: 1350 franków) a „Tajskim tropikiem” (ref. TAJ CA 006, 15 dni/13 noclegów, 9950 franków pokój dwuosobowy, dopłata za pokój jednoosobowy: 1175 franków). Właściwie bardziej pociągała mnie Tajlandia; ale za Kubą przemawiało to, że jest jednym z ostatnich krajów komunistycznych, długo to prawdopodobnie już nie potrwa, ma ona coś z wymierającego systemu, taka polityczna egzotyka, no, tego typu rzeczy. W końcu wziąłem Tajlandię. Trzeba przyznać, że tekst broszury był zręcznie napisany, łatwo porywający przeciętne dusze:

Wycieczka zorganizowana, szczypta przygody – trasa wiedzie wśród bambusów nad rzeką Kwai na wyspę Koh Samui. A na koniec, po przepłynięciu malowniczego przesmyku Kra, znajdziecie się Państwo na Khon Phi Phi, nieopodal wyspy Phuket. Podróż cool po tropikach.

Punkt ósma trzydzieści Jacques Maillot zatrzaskuje drzwi swojego domu przy bulwarze Blanqui, w osiemnastej dzielnicy, siada na skuter i zaczyna przemierzać stolicę ze wschodu na zachód. Kierunek: siedziba Nouvelles Frontières, bulwar de Grenelle. Co drugi dzień wpada do kilku swoich agencji: „Przynoszę ostatnie katalogi, zabieram listy i sprawdzam, jaka jest sytuacja”, tłumaczy szef, jak zwykle nakręcony energią niczym sprężyna i jak zwykle w niesamowicie kolorowym krawacie. Sprzedawcy od razu reagują, jakby ktoś dał im kopniaka: „Po mojej wizycie w tych agencjach obroty wzrastają...”, tłumaczy z uśmiechem. Dziennikarka z „Capital”, wyraźnie pod jego urokiem, wyraża w dalszym ciągu wywiadu zdziwienie: któż mógłby przewidzieć w 1967 roku, że niewielkie stowarzyszenie, założone przez garstkę kontestujących studentów, wypłynie na tak szerokie wody? Z pewnością nie tysiące manifestantów defilujących w maju 1968 roku przed pierwszym biurem Nouvelles Frontières na placu Denfert-Rochereau w Paryżu. „Znaleźliśmy się dokładnie w tym miejscu, w jakim należało się wtedy znaleźć, naprzeciwko kamer telewizyjnych...”, wspomina Jacques Maillot, były skaut i lewicowy katolik, niegdyś członek UNEF, Krajowego Związku Studentów Francuskich. Była to pierwsza reklama przedsiębiorstwa, którego nazwę zainspirowały mowy Johna Kennedy’ego na temat „nowych granic”2 Ameryki.

Zagorzały liberał Jacques Maillot wygrał batalię z monopolem Air France o demokratyzację przewozów lotniczych. Odyseja jego firmy, która po trzydziestu latach stała się pierwszym przedsiębiorstwem turystycznym we Francji, była przedmiotem fascynacji specjalistycznej prasy ekonomicznej. Podobnie jak FNAC, jak Club Med, Nouvelles Frontières – powstałe wraz z cywilizacją czasu wolnego i rozrywki – mogło symbolizować nowe oblicze nowoczesnego kapitalizmu. W 2000 roku po raz pierwszy przemysł turystyczny stał się najbardziej dochodową dziedziną gospodarki światowej. „Tajski tropik”, nawet jeśli do jego odbycia wystarczało mieć przeciętną kondycję fizyczną, należał do kategorii „podróży pełnej przygód”: zróżnicowane kategorie zakwaterowania (podstawowe, standardowe, pierwszej kategorii), liczba uczestników ograniczona do dwudziestu w celu zapewnienia jak najlepszej integracji grupy. Zobaczyłem zbliżające się dwie śliczne Murzynki z plecakami, przez chwilę miałem nadzieję, że wybrały tę samą trasę; potem spuściłem wzrok, poszedłem do okienka odebrać dokumenty. Lot trwa ponad jedenaście godzin.

Podróżować w dzisiejszych czasach samolotem, niezależnie od tego, jaką linią lotniczą, niezależnie od celu podróży, oznacza, że człowiek przez cały czas trwania lotu jest traktowany jak kawał gówna. Skuleni w śmiesznie małej przestrzeni, z której trudno się wydostać, nie przeszkadzając sąsiadom siedzącym w tym samym rzędzie foteli, od razu słyszymy serię zakazów wydawanych przez stewardesy z przyklejonymi do ust fałszywymi uśmiechami. Gdy tylko wchodzimy na pokład samolotu, natychmiast zabierają nam wszystkie rzeczy i zamykają w schowku na bagaże – do którego, aż do lądowania, nie można mieć pod żadnym pozorem dostępu. Przez cały lot wymyślają najrozmaitsze szykany, uniemożliwiając wszelki ruch i w ogóle jakąkolwiek aktywność, poza tymi, które przewiduje ściśle określony, dość ubogi repertuar: degustacja napojów gazowanych, amerykańskie filmy na wideo, zakupy produktów po cenach wolnocłowych. Ciągłe poczucie niebezpieczeństwa, podsycane obrazami katastrof lotniczych, jakimi żywi się nasza wyobraźnia, narzucony bezruch w ograniczonej przestrzeni wywołują stres tak gwałtowny, że podczas dłuższych rejsów zdarzają się zgony na atak serca. Obsługa samolotu stara się za wszelką cenę zwiększyć ów stres, zabraniając zwalczać go tradycyjnymi metodami. Pozbawieni papierosów i lektury pasażerowie coraz częściej pozbawiani są również alkoholu. Chwała Bogu, te cholerne stewardesy nie przeprowadzają jeszcze rewizji osobistej. Jako doświadczony pasażer, uzbroiłem się w niewielki neseserek, gdzie miałem wszystko, co pozwala człowiekowi przeżyć: kilka dwudziestojednogramowych plasterków z nikotyną Nicopatch, środki nasenne, buteleczkę southern comfort. Zapadłem w niezdrowy sen w momencie, gdy przelatywaliśmy nad byłą NRD.

Obudził mnie ucisk, jaki poczułem na ramieniu, i czyjś ciepły oddech. Poprawiłem nieco pozycję sąsiada, przesuwając go dość gwałtownie na lewą stronę jego fotela: wydał cichy jęk, ale nie otworzył oczu. Był to wysoki, mniej więcej trzydziestoletni szatyn o obciętych na okrągło włosach; nie wyglądał ani na kogoś bardzo antypatycznego, ani bardzo inteligentnego. Wydawał się nawet wzruszający, gdy tak siedział, przytrzymując na kolanach grubymi rękami pracownika fizycznego ofiarowany przez linie lotnicze niebieski koc, w który się owinął. Podniosłem książkę w wydaniu kieszonkowym, leżącą koło jego stóp: gówniany, anglosaski bestseller niejakiego Fredericka Forsytha. Znałem jedno dzieło tego imbecyla, pełne gorących hołdów na cześć Margaret Thatcher i groteskowych obrazów Związku Radzieckiego, przedstawionego jako imperium zła. Zastanawiałem się, jak sobie poradził po upadku muru berlińskiego. Przekartkowałem jego nowy utwór: najwyraźniej rolę niedobrych grali obecnie czerwono-brunatni i inni serbscy nacjonaliści; oto ktoś, kto śledzi na bieżąco wydarzenia na świecie. Jeśli idzie o jego ukochanego bohatera, nudnego Jasona Monka, został on ponownie zatrudniony przez CIA, współpracującą w tej nowej sytuacji z czeczeńską mafią. No, no! – myślałem sobie, odkładając książkę na kolana sąsiada, nie ma co, piękną mają moralność ci autorzy anglosaskich bestsellerów! W książce tkwiła zakładka: złożona na trzy kartka, pokwitowanie z Nouvelles Frontières: tak więc poznałem pierwszego współuczestnika wyprawy. Dzielny chłopak, to widać, z pewnością o wiele mniej egocentryczny i znerwicowany niż ja. Rzuciłem okiem na ekran wideo pokazujący przebieg lotu: prawdopodobnie minęliśmy już Czeczenię, jeśli tamtędy wiodła nasza trasa; temperatura na zewnątrz wynosiła -53°C, lecieliśmy na wysokości 10 143 metrów, była godzina 00.27 czasu miejscowego. Po tych informacjach pojawiła się mapa: wkrótce przelecimy nad Afganistanem. Za okienkiem wszystko jest oczywiście zupełnie czarne. Talibowie zresztą i tak już pewnie śpią, kisząc się w swoim brudzie. „Dobranoc wam, talibowie, dobranoc... Samych pięknych snów...”, zamruczałem, zażywając drugi proszek nasenny.

4

Samolot wylądował około piątej rano na lotnisku Don Muang. Miałem trudności z obudzeniem się. Sąsiad z lewej strony już wstał i wykrzykiwał coś w kolejce do wyjścia. Szybko straciłem go z oczu w korytarzu prowadzącym do sali przylotów. Ledwo się trzymałem na nogach, w ustach czułem lepki niesmak, uszy wypełniał głośny szum.

Gdy tylko przekroczyłem automatyczne drzwi, upał wchłonął mnie jak chciwe usta. Temperatura wynosiła co najmniej 35°C. Upał panujący w Bangkoku ma to do siebie, że powietrze jest jakby wypełnione tłuszczem, przypuszczalnie z powodu zanieczyszczenia; po dłuższym przebywaniu na zewnątrz człowiek ze zdziwieniem stwierdza, że wbrew pozorom nie jest pokryty warstewką odpadów przemysłowych. Potrzebowałem około trzydziestu sekund, żeby dostosować oddech do temperatury. Próbowałem nie dać się wyprzedzić przez towarzyszącą nam tajską przewodniczkę, której nie zdołałem dokładnie się przyjrzeć. Zachowywała się z pewną rezerwą i wyglądała na dobrze wychowaną – ale wiele dziewcząt z Tajlandii może sprawiać podobne wrażenie. Plecak wpijał mi się w ramiona; był to Lowe Pro Himalaya Trekking, najdroższy model, jaki udało mi się znaleźć w sklepie ze sprzętem turystycznym Au Vieux Campeur; miał dożywotnią gwarancję. Imponujący model, stalowoszary, z karabińczykami, specjalnymi zapięciami na rzepy opatentowanymi przez firmę – i zamkami błyskawicznymi działającymi niezawodnie w temperaturze -65°C. Jego zawartość była, niestety, bardzo ograniczona: kilka par szortów, kąpielówki, specjalne buty umożliwiające chodzenie po koralach (125 franków w Vieux Campeur), kosmetyczka zawierająca lekarstwa polecane jako niezbędne przez Przewodnik piechura, kamera JVC HRD-9600 MS z bateriami oraz zapasowymi kasetami i dwa bestsellery amerykańskie, które kupiłem nieco na chybił trafił tuż przed odlotem.

Autokar Nouvelles Frontières stał zaparkowany sto metrów dalej. We wnętrzu potężnego pojazdu – mercedes M-800, sześćdziesiąt cztery miejsca – klimatyzacja włączona na maksa, człowiek miał wrażenie, że wchodzi do zamrażalnika. Usiadłem przy oknie po lewej stronie, w środku autokaru; jak przez mgłę rozróżniałem około dziesięciu innych pasażerów, wśród nich mojego sąsiada z samolotu. Nikt nie usiadł obok mnie. Pierwsza próba integracji z grupą najwyraźniej mi się nie powiodła; w dodatku byłem na najlepszej drodze, żeby złapać silny katar.

Dzień jeszcze nie wstał, ale na sześciopasmowej autostradzie wiodącej do centrum Bangkoku panował już duży ruch. Przejeżdżaliśmy kolejno obok wieżowców to ze stali, to ze szkła, mijając od czasu do czasu betonowe bloki przypominające architekturę sowiecką. Siedziby banków, ogromne hotele, firmy elektroniczne – najczęściej japońskie. Za rozgałęzieniem dróg przy Chatuchak autostrada przebiegała nad obwodnicami okrążającymi centrum miasta. Wśród oświetlonych budynków hotelowych pojawiać się zaczęły sylwetki niewielkich domów z blaszanymi dachami. Rozświetlone neonami ruchome kramy oferowały zupę i ryż; z żeliwnych kotłów wydobywała się para. Autokar zjechał lekko na bok i skierował się w stronę New Petchaburi Road. Przez chwilę widzieliśmy splątane linie autostrad o wymyślnych kształtach, czarne spirale asfaltowych nawierzchni, oświetlone przez lotniskowe reflektory wydawały się zawieszone pośrodku niebios; wkrótce potem, po dłuższym zakręcie, autokar ponownie wjechał na drogę szybkiego ruchu.

Bangkok Palace Hotel należał do sieci tego samego typu co hotele Mercure i oferował podobny standard kuchni i obsługi gości; dowiedziałem się tego z broszury przeczytanej w hotelowym hallu, czekając na rozwój sytuacji. Było kilka minut po szóstej rano – w Paryżu jest północ, pomyślałem bez sensu – ale panowało już spore ożywienie, właśnie otworzono salę, gdzie podawano śniadanie. Usiadłem na ławce; byłem zupełnie ogłuszony, w uszach nadal głośno mi szumiało, zaczynał mnie boleć brzuch. Zdołałem rozpoznać niektórych członków grupy po sposobie, w jaki oczekiwali na dalszy ciąg wydarzeń. Dwie dziewczyny w wieku mniej więcej dwudziestu pięciu lat, nieźle zbudowane lale, patrzące pogardliwym wzrokiem na otaczający świat. W przeciwieństwie do nich para emerytów – on taki beztroski wesołek, ona trochę bardziej ponura – obserwowała z zachwytem wnętrze hotelowe ozdobione lustrami, złoceniami i żyrandolami. W pierwszych godzinach życia grupy daje się zaobserwować jedynie fatyczne zachowanie społeczne, charakteryzujące się użyciem pasujących do każdej sytuacji zdań wytrychów i umiarkowanym zaangażowaniem emocjonalnym. Według Edmundsa i White’a3 tworzenie się małych grup jest zauważalne dopiero podczas pierwszej wycieczki, czasami podczas pierwszego zjedzonego wspólnie posiłku.

Wzdrygnąłem się, byłem na granicy omdlenia, zapaliłem papierosa, żeby się nieco ocucić; te proszki nasenne są zdecydowanie za mocne, czułem się po nich ciężko chory; ale poprzednie nie działały; nie ma rozsądnego wyjścia. Para emerytów kręciła się w kółko, wydało mi się, że mężczyzna robi dobrą minę do złej gry; oczekując na jakąś konkretną osobę, z którą mogliby wymienić uśmiech, na razie uśmiechali się potencjalnie do wszystkiego, co ich otaczało. W poprzednim życiu prowadzili mały sklepik, to była najbardziej prawdopodobna, właściwie jedyna hipoteza. Członkowie grupy kierowali się powoli w stronę hostessy wywołującej kolejno ich nazwiska, otrzymywali od niej klucz, szli na górę do pokojów – krótko mówiąc, rozchodzili się. Możemy, przypomniała hostessa dźwięcznym głosem, zjeść śniadanie teraz; możemy też odpocząć w swoich pokojach; wszystko do naszego uznania, mamy wolny wybór. Cokolwiek zdecydujemy, zbiórka przed zwiedzaniem klongów jest wyznaczona w hallu na godzinę czternastą.

Przeszklona ściana w moim pokoju wychodziła bezpośrednio na główną drogę. Było wpół do siódmej. Na szosie panował ożywiony ruch, ale podwójne szyby przepuszczały jedynie słaby pomruk. Nocne oświetlenie miasta wygaszono, odblask słońca nie odbijał się jeszcze od stali i szkła budynków; o tej porze dnia miasto było szare. Zamówiłem do pokoju podwójne espresso, połknąłem jednocześnie efferalgan, dolipran i podwójną dawkę oscillococcinum; potem się położyłem i usiłowałem zasnąć.

Jakieś kształty przemieszczały się powoli w ciasnej przestrzeni, wydając głęboki szum; jakby maszyny pracujące na budowie albo gigantycznej wielkości robaki. W głębi pomieszczenia mężczyzna uzbrojony w niewielki bułat ostrożnie przyglądał się ostrzu, szacując jego długość; ubrany był w turban i białe bufiaste spodnie. Nagle powietrze zrobiło się czerwone i lepkie, niemal wodniste; po kroplach, jakie utworzyły mi się przed oczami, zorientowałem się, że od tej sceny oddziela mnie szyba pokryta wilgocią. Mężczyzna leżał teraz na ziemi, unieruchomiony przez niewidoczną siłę. Maszyny budowlane zgromadziły się wokół niego; wśród nich kilka ładowarek i niewielka gąsienicowa spycharka. Koparki podniosły swe rozczłonkowane ramiona i zrzuciły zawartość kubłów na mężczyznę, przecinając natychmiast jego ciało na siedem czy osiem części; głowa jednak zdawała się ciągle żywa, ożywiana jakąś demoniczną witalnością, a brodatą twarz nadal naznaczał zmarszczkami złośliwy uśmiech. Teraz z kolei podjechał do mężczyzny buldożer, głowa rozbiła się jak jajko; kawałeczki mózgu i zmiażdżone kości rozprysnęły się po szybie kilka centymetrów od mojej twarzy.

5

Turystyka traktowana jako poszukiwanie sensu, z jej ludycznym podejściem do tworzenia się więzów społecznych, któremu sprzyja, z obrazami, które wytwarza, jest zespołem narzędzi służących do procesu stopniowego poznawania, skodyfikowanego i niewywołującego traumy, tego wszystkiego, co znajduje się na zewnątrz nas, i tego, co jest różne od nas.

Rachid Amirou

Obudziłem się koło południa, klimatyzacja głucho szumiała; głowa bolała mnie już trochę mniej. Wyciągnięty w poprzek łóżka o rozmiarach king size uświadomiłem sobie w pełni, jaki będzie przebieg podróży, o jaką stawkę tu idzie gra. Nieuformowana jeszcze grupa przemieni się w żywą społeczność; już po południu będę musiał ustalić moją pozycję, a na razie muszę zdecydować, jakie szorty włożyć na zwiedzanie klongów. Wybrałem model półdługi, z dżinsowego płótna, niezbyt obcisły, do tego koszulka z nadrukiem Radiohead; wrzuciłem też kilka ubrań do plecaka. Przyjrzałem się sobie ze wstrętem w łazienkowym lustrze: ściągnięte rysy twarzy typowego biurokraty absolutnie nie pasowały do reszty; wyglądałem dokładnie na tego, kim byłem: czterdziestoletniego urzędnika państwowego, który na okres wakacji usiłuje się przebrać za kogoś młodego; ogarnęło mnie zniechęcenie. Podszedłem do okna, odsunąłem firany. Widok z dwudziestego siódmego piętra był niesamowity. Imponująca bryła hotelu Marriott wznosiła się po lewej stronie jak kredowy klif, z wyżłobionymi czarnymi poziomymi kreskami, które tworzyły szeregi okien na wpół ukryte za balkonami. Oślepiający blask słońca w zenicie podkreślał z wyrazistością płaskie przestrzenie i przecinające je krawędzie. Odbite obrazy mnożyły się w nieskończoność, załamując się na wzniesionych z niebieskawego szkła piramidach i stożkach o wyszukanej architekturze. Na horyzoncie gigantyczne betonowe pudełka hotelu Grand Plaza President stały jedne na drugich niczym piętra piramidy o kilku poziomach. Na prawo ponad drżącą, zieloną przestrzenią Lumphini Parku, niby cytadela ceglastego koloru, wznosiły się trójkątne wieże Dusit Thani. Niebo było absolutnie niebieskie. Wypiłem powoli szklaneczkę singha gold, medytując nad pojęciem nieodwracalnego.

Na dole hostessa przystąpiła do czegoś w rodzaju apelu, wywoływała nasze nazwiska, chcąc rozdać wszystkim breakfast coupons. W ten sposób dowiedziałem się, że te dwie lale nazywają się Babette i Léa. Babette była blondynką, miała kręcone włosy, to znaczy nienaturalnie kręcone, pewnie raczej po trwałej