Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2010

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 242 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Płaskuda - Grażyna Jagielska

Wielorodzinna kamienica w małym miasteczku. Trzy pary, trzy historie. W ich głowach lęgną się scenariusze - życia gdzie indziej, inaczej. Pod Jedynką starsze małżeństwo, niespełniona malarka i były prezenter telewizyjny. On nie słyszy już w głowie telefonu z propozycjami, ona nie musi już nie czytać recenzji po swoich wernisażach. Do czasu... Pod Dwójką młoda para. Ona całymi dniami siedzi przy starej maszynie do pisania, zaraz napisze genialny reportaż, zostanie drugim Kapuścińskim. On - inżynier budowlany, przyczajony za jej plecami, w myślach rozbudowuje strych. Do czasu... Pod Trójką małżeństwo z trójką małych dzieci. On - bezrobotny geodeta, z tajemniczym planem w głowie. Ona - niegdyś dobrze zapowiadająca się pianistka, teraz nauczycielka muzyki w szkole podstawowej. Do czasu... Do czasu - aż zjawia się Roznosicielka. Z torbą zielonych ulotek. Z jednym okiem, z jednym uchem. Stare Licho. Płaskuda. Hipnotyczny język, przyspieszony oddech frazy, rytm opowieści, która zaciska się jak pętla na gardle i dusi. Płaskuda to książka niepokojąca, pozostająca na długo w pamięci.

Opinie o ebooku Płaskuda - Grażyna Jagielska

Fragment ebooka Płaskuda - Grażyna Jagielska

Copyright © by Wydawnictwo WA.B., 2010 Wydanie I Warszawa 2010

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Prolog

Julek czekał, aż Anka zaśnie, powoli liczył pęknięcia na ścianie, smugi światła schodzące z sufitu. Nocami brały się nie wiadomo skąd, spóźnialskie niedobitki dnia. Pies spał w nogach, po jego stronie łóżka. Julek nie pamiętał, kiedy się ostatnio dotykali – Anka i pies. Nie do wiary, że kiedy przyniósł jej Borysa, naprawdę myślał, że w ten sposób uda mu się ją zatrzymać.

Czekał cierpliwie, nie wykonując żadnego ruchu, przeszkadzał mu pies w nogach. Ciągle od nowa wyobrażał sobie, co zrobi, kiedy ona zaśnie. Przygotowywał się całymi nocami, leżąc obok Anki, robił próby. Najpierw liczył oddechy Anki, czekał, aż się uspokoją, potem oddychał razem z nią, w tym samym rytmie, spowalniał ją po trochu, przeciągał przerwy między jednym oddechem a drugim, usypiał ją. Wyobrażał sobie, co będzie potem.

Mimo powtórek nadal nie mógł uwierzyć w to, co zrobi, był wtedy w nim chyba jakiś inny, obcy Julek. Zupełnie przerastało to jego możliwości, a jednocześnie czuł, że właśnie on to zrobi, w głębi duszy jest do tego zdolny.

Leżał koło Anki, czekał, niecierpliwił się. „Tego ci nie wolno robić – skarcił się. – Musisz wyczekać na właściwy moment, inaczej się nie uda”. Docierał do końca swojego planu i zaczynał od początku, w półśnie, jakby wkręciło go w wałek maszyny, na której całymi dniami pisała Anka, dostukiwało do końca i resetowało do początku, czy tego chciał, czy nie. Nie miał już wielkiego wpływu na to, co się z nim działo. „Nie mam wyjścia – pomyślał. – Sam rozumiem”.

Oddychali na przemian, tak wolał, wdech, wydech, raz ona, raz on, twarzą do siebie, tym samym powietrzem, tak lubił najbardziej. Jego oddech opływał ją w środku, był tam, gdzie on sam nigdy by się nie dostał. Mijała sekunda, dwie, czuł na ustach pierwsze muśnięcie i wciągał ją w siebie, a ona nie mogła się bronić, ustanowić żadnych barier. Mógł ją zatrzymać, przełknąć, rozprowadzić wszędzie tam, gdzie potrzebował najbardziej.

W końcu uznał, że zasnęła. Zaczął się podnosić, umiejętnie, od głowy, tak, żeby nie poruszyć poduszki, pomalutku zmieniać jej obciążenie. Starał się zmniejszyć ciężar ciała, bezinwazyjnie, właściwie nieistniejąco.

Naprężył ramiona, chciał usiąść, jednym płynnym ruchem, nie poruszając kołdry.

Wyszedł z łóżka bezszmerowo, prawie nic nie ważył. Nachylił się nad Anką. Za bardzo, poczuł ciepło bijące z jej twarzy, mógł ją obudzić, a nie chciał, żeby wiedziała. Chciał to zrobić tak, żeby nie poczuła, podczas snu.

Odwrócił się i zrobił pierwszy krok w stronę regału. Postawił stopę w nowym miejscu, zaczął przenosić na nią ciężar ciała, nieskończenie wolno, pilnując, żeby stare deski nie skrzypnęły. Całe ciało miał spięte, gotowe do ucieczki, dziwną pustkę w głowie. W ogóle nie myślał, co będzie dalej, nie myślał nawet, po co idzie, oddala się od Anki, żeby zaraz do niej wrócić, z tym, co ukrył w regale, pod teczką z zeznaniami podatkowymi. Wiedział tylko, że tak jest dobrze, nie wolno mu pomyśleć o niczym poza tym, że idzie, przechodzi z miejsca na miejsce, kładzie się ciężarem i nie wywołuje skrzypnięcia, żadnej reakcji, jest bezinwazyjny. „Jeszcze nie widać, co chcę zrobić, mogę tu być”. Zrobi to, nie myśląc, inaczej pewnie by nie dał rady. Maszynę do pisania zniszczy zaraz potem, nie zostanie po niej żaden ślad. W pokoju było jasno prawie jak w dzień, choć do świtu brakowało paru godzin.

Anka poruszyła się za jego plecami. Obejrzał się, przerażony. Wyciągnęła rękę za siebie, czegoś szukała, podkuliwszy nogi. Znalazła jego kołdrę i naciągnęła na siebie. Julek stał na jednej nodze, podpierał się drugą. Miał nieskończenie dużo czasu, tyle, ile zostało do świtu, patrzył, jak Anka śpi, kosmyk ru-dobrązowych włosów leżał jej na ustach. Oddychała spokojnie, oddychał razem z nią, wdech, wydech, coraz wolniej, głębiej, oddychał tak jak ona, od dawna nie był sobą, czuł na wargach łaskotanie jej włosów.

W końcu uznał, że zasnęła.

1

Julek dobrze pamiętał dzień, kiedy załatwił Ance pracę w Urzędzie Gminy. Był środek jesieni, pora palenia liści, i gęste, żółtawe połacie dymu wędrowały ospale z północnym wiatrem albo od razu kładły się pod płotami, zalegały żwirową ścieżkę, którą szedł w stronę domu. Gwizdy pociągów dochodziły z innej strony, jakby tory wraz z oparami okrążyły zdziczały ogród, dom też wydawał się zmieniony. Dwupiętrowy, wielorodzinny z drewnianym poddaszem i przybudówką, w ciasnym objęciu winorośli.

Kiedy wszedł, Anka siedziała przy biurku, patrzyła na prawie pustą kartkę wkręconą w wałek starej maszyny do pisania, nawet nie podniosła głowy. Drugi tydzień pisała reportaż o Czeczence Larysie z ośrodka dla uchodźców, pracę semestralną na warsztaty dziennikarskie, pisanie jej nie szło. Patrzyła w okno, przesuwała palcami po klawiaturze. Czasem to pomagało, jakby słowa, żeby się ujawnić, wymagały czułości, większej uwagi. „Ale nie dzisiaj” – pomyślał Julek.

Potem długo siedział w fotelu, patrzył na zarys jej szyi, wygięcie szczupłego, zawsze opalonego karku. Kiedy pisanie jej nie szło, miała inną linię pleców, ostrzej zarysowany podbródek. Od wielu godzin czekał na odpowiedni moment, żeby powiedzieć jej, z czym przyszedł. Wybierał chwile jak ulęgałki, każda miała jakąś skazę, upływała zbyt szybko albo od razu była podszyta czym innym, skazana na niepowodzenie. Wybrać jest bardzo trudno, kiedy od tego wyboru tyle zależy. „Ale może ta, ta jest niezła – pomyślał, patrząc na zarys szyi Anki, wygięcie jej karku. -Może ta… ”

„Wraz z początkiem zimy…” – napisała Anka. Julek siedział w fotelu za jej plecami, czuła na sobie jego wzrok, to, co chciał jej powiedzieć. Niemal widziała te słowa przed sobą, czarne na białej kartce papieru. „Nie znam ich – pomyślała. – Dopóki on tego nie powie, mogę ich nie znać”.

A więc „wraz z początkiem zimy”… Ale był dopiero środek jesieni, może dlatego pisanie jej nie szło. Ogród sąsiadki napierał na graniczny mur i narzędziownię, pod którą stały kubły na śmieci. Pędy winorośli jak co roku znalazły sobie drogę między pustakami, przebijały się na słoneczną stronę niczym nieugięte, zielone robaczki. Ogród szukał ujścia, przepełniony, spadały jabłka z drzew, słodkie mączyste papierówki, jakich nie dostanie się w sklepie, zbyt dojrzałe gruszki…

Julek tkwił w fotelu, wybierał taką chwilę, w której Anka zgodzi się najłatwiej. Która to będzie?

„Może ta? – zastanowił się, patrząc na linię jej pleców, wygięcie karku. – Tak, to ta”.

„Kiedy spadnie pierwszy śnieg…” – napisała Anka, w ostatniej chwili rozminęła się ze słowami Julka.

Dopóki on ich nie wypowie, ona może ich nie znać. To wystarczy, żeby nadal nic nie wiedzieć, zamknąć tę wiadomość w Julku. Wiadomość jest w Julku, wystarczy jej nie wypuścić, aby nic się nie zmieniło, żeby nadal mogła pisać o tym, jak Czeczenka Larysa żyła z dziećmi w zburzonym mieście. Albo wyglądać przez okno, patrzeć, jak sąsiadka zagania kury na noc.

„Gdybym miała wybór, wolałabym umrzeć – powiedziała Czeczenka Larysa. – Nie zbierałabym tego metalu”. Dwa lata utrzymywała się ze sprzedaży prętów, drutu i części pocisków artyleryjskich.

„Ale czy ktoś naprawdę wybrałby śmierć” – zastanowiła się Anka, umykając przed tym, co chciał jej powiedzieć Julek. Czy gdyby człowiek miał rzeczywiście wybrać jedno lub drugie, tak jak się wybiera kuchnię pod zabudowę, ze świadomością, że wybór jest ostateczny, powiedziałby: „śmierć, proszę”?

Na podwórku sąsiadka Kubiakowa zaganiała kurczaki na noc. Szła przez podwórko lekko pochylona, z rozłożonymi ramionami, doskakując to z lewej, to z prawej, jak pies pasterski, który jedynie swoją ruchliwością trzyma stado w karbach. „Przecież ona nie ma drobiu – pomyślała Anka. – Hoduje tylko rośliny”. Kubiakowa pochyliła się jeszcze bardziej i ruszyła biegiem, klaszcząc raz za razem, tuż przy ziemi.

Julek odłożył gazetę, zaszeleściła jak uschłe liście, łamliwie, zapatrzył się w plecy Anki, linię szczupłego karku. „Już?”

„Kiedy spadnie pierwszy śnieg, nie sposób znaleźć ani kawałka – wystukała Anka. – Ani kawałka!”

Julek czekał w fotelu, tuż za nią, skupiony i czujny, czekał na odpowiednią chwilę, żeby powiedzieć, że załatwił jej pracę w kancelarii. Załatwił jej pracę w sekretariacie. Pracę w recepcji. Załatwił jej którąś z tych posad, naprawdę dobrą, jedną z nich. „Takie dobre, proste rozwiązanie” – powie. Anka wiedziała, że jeżeli dopuści do siebie te słowa, zrobi dla nich miejsce, osiądą w niej, zaczną mówić w niej same, bez Julka, wydrążą sobie w niej korytarze, jak winorośle na słoneczną stronę, małe, nieugięte robaczki. „Nie widzisz, jakie to proste?”

„Kiedy ziemia przemarza” – napisała co prędzej, nie czekając. Musiała trzymać się myśli, że napisze reportaż o Czeczence Larysie i to będzie właśnie ten materiał, który uda się opublikować, dzięki niemu się przebije. Po pięciu latach bezskutecznych prób zahaczy się w jakiejś gazecie, będzie zarabiała pisaniem, uniknie tego, co Julek załatwił dla niej w Urzędzie Gminy.

„Kiedy ziemia przemarza” – napisała jeszcze raz, ale zdanie utknęło w tym samym miejscu, nadal prowadziło donikąd. Anka patrzyła w okno albo na kartkę z bloku technicznego przyklejoną nad biurkiem. „Stopniować napięcie! Puenta i element zaskoczenia”.

Sąsiadka rzuciła się w lewo, ku inspektom kwiatowym, potem w prawo, widać było, że jej się to wszystko rozłazi, jest nieposłuszne. „Udaje, że nie może ich połapać” – pomyślała Anka. Sąsiadka biegła truchtem między inspektami, siwe włosy wymknęły się z koka i podskakiwały wokół niej jak młode, rozdokazywane psy. „Jest szczęśliwa. Wieczorem wyjdzie do ogrodu pielić albo sadzić”. Poza Kubiakową nikt w kamienicy nie myślał o uprawianiu ogródka. Myślało się o tym, żeby iść naprzód, zawsze liczyć życie od jutra. „Dobrze wiemy, że ziemia spowalnia, zatrzymuje w miejscu” – myślała Anka. W ziemi było coś, co oznaczało zgodę na pozostanie, a przecież nikt nie chciał pozostać w tej kamienicy. Ci, którzy w niej mieszkali, starali się zajmować jak najmniej miejsca, byle się nie zadomowić. Ci ludzie spod jedynki nie wychodzili z pokoju z telewizorem. Małżeństwo z dziećmi w rozlatującej się przybudówce – w ciasnym objęciu winorośli. Ona z Julkiem w tej samej kawalerce, w której mieszkali kiedyś jej rodzice. Tłoczyli się na dole, pozostawiając odłogiem wielkie puste poddasze, jakby zasiedlenie go oznaczało rezygnację z ucieczki, ostateczne pozostanie.

Wyciągnęła szyję, próbując zobaczyć działkę, która należała do jej mieszkania. Był to prawie nagi kawałek ziemi między składzikiem na węgiel a częściowo rozebranym gankiem, pokryty smutnymi strzępkami niedawno zmarłych paproci. Z miejsca za biurkiem widać było róg ganku, zbrojenie kolumny, luźne kawałki metalu.

Coś takiego zbierała Larysa. Druty zbrojeniowe, kratownice i kawałki blachy. „Blachy najgorsze – powiedziała Larysa. – Trzeba owijać ręce szmatami. Nie pomogą żadne rękawice”.

„Żadne rękawice” – napisała Anka. Dorysowała między słowami daszek, przerobiła go na trójkąt. „Nic nie pomoże”. Przechyliła się przez poręcz obrotowego fotela i przekręciła kluczyk w drzwiczkach biurka. Nic więcej nie musiała robić, otwierały się same, pod własnym ciężarem, ukazując to, co było w środku.

„Sześć teczek – pomyślała, patrząc na zawartość biurka. – Siódma w drodze”.

„Jedna kurtka na nas trzy – powiedziała Larysa. – Kiedy wracałam, wychodziła starsza córka. Tylko tak, żeby odetchnąć świeżym powietrzem, wyjrzeć z tej ciemnicy na świat”.

Anka zamknęła drzwiczki, wpatrywała się w tekst wkręcony w wałek maszyny. Od paru dni tylko udawała, że pisze, pisanie prowadziło donikąd. Dreptała od zdania do zdania, do niczego się nie zbliżając. W biurku miała sześć teczek z reportażami, które napisała na inne warsztaty, pisała na warsztaty rok w rok. Reportaże wsadzała do biurka, każdy miał swą osobną kolorową teczkę. Teczka dla Larysy była siódma, czerwono-żółta.

Ostatecznie nie musi pisać. Może żyć w jakiś inny sposób, z tego, co Julek znalazł dla niej tu, na miejscu. Donikąd nie dążyć, nie przeprowadzać się do mieszkania w mieście, dwa pokoje z kuchnią, blok w trakcie budowy, zadowolić się tym, co się ma. Jak sąsiadka, która trzydzieści lat temu rzuciła karierę naukową i przeniosła się do pipidówki, żeby pracować w bibliotece szkolnej.

„Wolałabym umrzeć” – powiedziała Larysa.

Anka zamknęła oczy, próbowała to sobie wyobrazić.

Wielorodzinna kamienica w małym miasteczku, gdzie spędziło się całe życie, ze ślepym gankiem, widokiem na zdziczały ogród i pomyloną sąsiadkę. I to nie teraz, kiedy siedzi przy maszynie, pisze na warsztaty dziennikarskie, co już jest nadzieją samo w sobie, jakimś planem. Nie teraz, kiedy planuje wielką ucieczkę z pipidówki, ma już w połowie spłacone mieszkanie w dużym mieście, blok w trakcie budowy. Kiedy indziej. Kiedy zostaje w pipidówce na zawsze, pracuje w kancelarii Urzędu Gminy, przyjmuje podania, będzie to robić jakieś trzydzieści, czterdzieści lat, aż do starości.

Rozległy się dwa krótkie skrzypnięcia podłogi, oznaczające, że Julek wstał z fotela, potem jedno dłuższe o wiele bliżej, prawie za plecami Anki. Mieszkanie wymagało remontu, skrzypiały w nim obluzowane klepki parkietu, za ścianką z płyty pilśniowej trwała nieodwołalna, mlaskliwa obecność innych ludzi. Z lokalu na parterze dochodziło ciągłe sączenie się telewizora. Ci spod jedynki nie wyłączali go nawet w nocy, jakby trzeba w nim było podtrzymywać życie dwadzieścia cztery godziny na dobę.

Julek stał za Anką, delikatnie gładził jej ramiona.

– Nie mogę przyjąć tej pracy – powiedziała, patrząc na kartkę z bloku. „Uwaga na patos, puenta, element zaskoczenia”.

– Tylko teraz czy w ogóle nie? – zapytał Julek.

– W ogóle nie.

– Może tylko na rok, do czasu, gdy stąd wyjedziemy? – Oboje wiedzieli, że z takich posad się nie odchodzi, pozostaje się z nimi na zawsze, po to właśnie są. Bierze się je na rok, a potem sprzedaje się wkład na mieszkanie w mieście, pięćdziesiąt dwa kilometry stąd, pozostaje w pipidówce, w jednopokojowym lokalu bez kuchni.

– Jeżeli wezmę tę pracę, nigdy stąd nie wyjedziemy, wiesz o tym, prawda?

– Tylko na rok, do czasu, gdy stąd wyjedziemy.

Julek przez chwilę stał na środku pokoju, potem trzy skrzypnięcia podłogi, po których nastąpił przeciągły jęk drzwi, tupot nóg i słabe trzaśnięcie gdzieś w dole.

„Wyobrazić sobie stan beznadziei – myślała Anka. -Jednopokojowe w kamienicy, ale bez warsztatów pisarskich i tego wszystkiego, co mogą ci dać, nawet bez starej maszyny do pisania. Bez wkładu na mieszkanie w mieście, z trzecią ratą płatną w grudniu dwa tysiące dziesiątego roku. – Nie widziałaś nigdy tego mieszkania – powiedziała sobie, mocno zaciskając powieki. – Nie masz pojęcia, że istnieje. Nie wiesz, ile dni zostało do oddania kluczy, nigdy ich nie dostaniesz. Nie wiesz tego, zresztą to i tak za mało. Musisz utracić wszystko, co kiedykolwiek miałaś, i to, na co liczyłaś, tak jak Larysa. Zobaczyć za dużo. Może wtedy coś napiszesz”.

Dzień się kończył. Na schodach rozległy się kroki Julka niosącego Borysa. Sąsiadka otworzyła i zamknęła drzwi pokoju, w którym mieszkała od trzydziestu lat. Na poddaszu ptak tłukł się od ściany do ściany, nie potrafił odnaleźć wybitego okna.

Borysa Julek wyprosił od kumpla z liceum. Kumpel przyniósł szczeniaki na molo w watowanej, czerwonej torbie z napisem „Dostawa gratis”.

Na trawniku przy wypożyczalni kajaków wypili po jeszcze jednym piwie. Po tym ostatnim i po tych, które wypił w domu, Julek czuł, że wie o facecie więcej, niż w tej chwili pamiętał. Mieszkali od lat w tej samej kamienicy, ale dla Julka gość był nadal bardziej kumplem z liceum niż kimś, kto zajmuje z rodziną walącą się przybudówkę, dawny ogród zimowy. „Co ja o nim takiego wiem?” – zastanawiał się Julek. Było to coś bardzo istotnego, co dotyczyło nie tylko jego samego, ale także pozostawionej przy biurku Anki.

– Pracujesz teraz w pizzerii? – zapytał Julek.

– Pizzeria „Smakowity Kąsek” – powiedział kumpel. – Wszystkie smaki. – Ruszył chwiejnie w stronę jeziora, ciągnąc torbę przez przystrzyżony trawnik. -Dostawa gratis.

Julek poszedł za nim na molo. Zbierało się na burzę, na molo wiało i było nieprzyjemnie. Kumpel ciągnął za sobą wypełnioną torbę, wybrzuszała się raz w jednym, raz w drugim miejscu, chwilami szła w przeciwnym kierunku, opierała się, północny wiatr podnosił kumplowi włosy na głowie. Julek postępował za nim, nie docierało do niego to, co gość powiedział. Skoro był kartografem, specem w swojej dziedzinie, nie mógł pracować w pizzerii. Kiedy rozmawiali po raz ostatni, pracował w prywatnej firmie geodezyjnej, robił mapy ze zdjęć satelitarnych. Coś się musiało wydarzyć między tamtą rozmową a obecną chwilą, kiedy topił psy zamknięte w służbowej torbie.

– Więc pracujesz w pizzerii?

– Pracuję w pizzerii? – zdziwił się kumpel. Stali przy pierwszym palu, wiatr przeganiał po pomoście uschłe liście.

– Nie rysujesz map? – zapytał Julek.

– W Urzędzie Gminy – powiedział kumpel. Stanął na skraju pomostu, przyglądając się wodzie z bolesnym skupieniem, torba podskakiwała mu przy nodze. – Nie mówiłem ci? – Rozejrzał się i zniżył g łos. – Zrobiłem tak: sprawdziłem nowy plan zagospodarowania… Nie powinienem tego robić. – Kumpel pokręcił głową z dezaprobatą. Przeszedł na drugą stronę pomostu, nachylił się nad wodą, jakby szukał w niej czegoś konkretnego, znaku, że w tym miejscu bardziej się nadaje dla szczeniaków, jest taka, jak być powinna. Pal był omszały, wodorosty falowały wokół niego niczym włosy na wietrze.

– Plan zagospodarowania prze… przestrzennego – zająknął się kumpel. – Myślałeś, że pracuję w pizzerii?

– W firmie budowlanej – powiedział Julek. Ruszyli dalej, byli już w połowie molo. – Ale Anka chce stąd odejść, rozumiesz? Nie chce tej posady w kancelarii. Chce do miasta. Mieszkanie w mieście, życie w mieście, kariera w mieście.

Kumpel pokiwał głową ze zrozumieniem.

– W styczniu, Mała i ja. Skąd wiesz? – Rozejrzał się na wszystkie strony, pochylił konspiracyjnie do Julka. – Zrobiłem tak: sprawdziłem plan zagospodarowania… Nie powinienem tego robić.

Stanęli przy kolejnym palu. Po dnie snuły się foliowe torebki i widać było butelkę po żytniówce. Kumpel przyjrzał się wodzie i zdjął torbę z ramienia.

– Nie chcę do żadnego miasta – powiedział Julek. -A ona, że nie będzie mieszkać w pipidówce. Musi się wybić.

– W Urzędzie Gminy. – Kumpel czubkiem buta strącił do wody to, co leżało między nim a skrajem pomostu, kilka zeschłych liści, patyki i puszkę na robaki. Torba ucichła, spęczniała w jednym końcu, próbowała odejść. – Plan zagospodarowania, rozumiesz? Zobaczyłem: kroi się interes, kupiłem teren za grosze. Nikt tego jeszcze nie wie. Teraz nie… nieużytek za grosze. Od stycznia teren pod inwe… inwestycje. Góra forsy.

Julek stał na drewnianym pomoście, przy nodze miał brzuchatą, kosmatą torbę, czuł, że w tym, co wie, jest jakaś luka, którą musi wypełnić, niczego nie zaprzepaścić. Był bliski rozwiązania wszystkich swoich problemów, miał wielką, jedyną szansę. Musi tylko dowiedzieć się od kumpla, na czym ona polega, nie dać się odciągnąć, unieść tej fali, która w nim wzbierała, próbowała zabrać go gdzieś indziej.

– Nie robisz w mapach – powiedział.

– Żaden przekręt – oburzył się kumpel. – Robiłem w mapach, wiedziałem przed innymi, kupiłem teren za grosze. Teraz sprzedam.

– Pizzerię.

– Bocznicę kolejową. – Kumpel przyklęknął na skraju pomostu i zanurzył rękę w jeziorze, jakby chciał się upewnić, że woda ma właściwą temperaturę. – Sprzedaję, robię kasę, wszystko, co chcę.

Zaraz potem Julek był już sam, wracał do domu okrężną drogą, obok zamkniętej wytwórni pasz i starego cmentarza, głos kumpla podążał za nim. „Kupujesz za grosze, sprzedajesz – mówił kumpel. – Nic już nie musisz”. Tak, to była ta luka w pamięci, Julek od razu ją poznał. Można kupić za grosze, sprzedać – nigdzie nie wyjechać.

Julkowi całkiem rozjaśniło się w głowie. Miał wrażenie, że nie tylko się rozjaśniło, ale rozgrzało go całego od środka. Była to fala ulgi i wdzięczności dla kumpla. Od razu wiedział, o którą bocznicę chodzi, w chwili pijackiego olśnienia zrozumiał nawet, co zrobił kumpel. Kupił nieużytek przy torach, teraz go sprzeda za czterysta tysięcy jako teren pod budowę dworca kolejowego. To było takie proste, że Julka aż zabolało.

– Co ja mogę sprzedać? Sprzedaję – zostaję, gdzie chcę.

Umysł Julka odbił się jak piłka od miejsca, w którym Julek stał, była to brama cmentarza Ewangelistów, i podążył przed siebie, o wiele szybciej niż sam Julek, przepatrywał możliwości.

Borys był mieszańcem, z przewagą owczarka niemieckiego. Czarny jak noc, tylko wnętrza ud miał białe. Był tak młody, że rozjeżdżały mu się łapy, nie miał jeszcze sierści, tylko puch, niby świeżo wyklute kaczę.

Kiedy Julek postawił go na dywanie, Anka odwróciła się od maszyny i kartki z bloku technicznego, w którą wpatrywała się godzinami.

To było takie proste. Anka usiadła na dywanie i biorąc psa pod pachy, uniosła go ku twarzy. Kurewsko proste. Julka aż zemdliło z niespodziewanej ulgi. Pies, dzieci. Przez chwilę nie czuł się tak samotny jak przez ostatnie tygodnie, kiedy Anka pisała reportaż o Larysie. Przeniósł do pokoju jeszcze więcej swoich rzeczy, wymieszał z jej rzeczami, jakby już wzięli ślub. Celowo złamał wszystkie podziały, które kiedyś wprowadziła, dzieląc szuflady, wieszaki w łazience, połowy biurka. Choć na jakiś czas przestać myśleć o tym, że musi ją przy sobie zatrzymać.

Jeszcze niedawno był pewien, że wystarczy zagarnąć przestrzeń w tym pokoju, żeby z nią być, może faktycznie ślub nie jest do tego potrzebny. Więc to zrobił, książki do książek, swetry między swetry, w jedną całość. Nie protestowała, choć przedtem dokładnie omówili, co do kogo należy, podzielili przestrzeń, tak jak w dzieciństwie dzielili pastylki miętowe, jedna dla mnie, jedna dla ciebie, do wyczerpania zawartości torebki. W niczym go to do niej nie zbliżyło, jakby rozdział leżał gdzieś głębiej, pod warstwą codzienności, poza wspólnotą szaf i półek, ciał i powietrza.

Powtarzała, że musi najpierw się wybić, coś osiągnąć. Mówiła to w liceum i na studiach, i kiedy zaczęła szukać pracy. Teraz, kiedy pisała reportaż o Larysie, mówiła, że musi dopracować warsztat, przeżyć coś więcej.

– Wiesz, jakie to ważne, prawda? – pytała raz po raz.

– Wiem – mówił, chociaż nie wiedział.

Czuł, że dopóki ona tak mówi, on jest bezpieczny. Nie miał pojęcia, co będzie, kiedy Anka w końcu dojdzie do tej jakiejś mety, do końca tych słów, które były na kartce z bloku technicznego. Któregoś dnia dopisze coś do końca, wstanie, wyjdzie i zwyczajnie nie wróci. Będzie miała na sobie szary, dwuczęściowy kostium, w ręku czarną skórzaną teczkę, tak to sobie wyobrażał. Tak ubrana wyjeżdżała na rozmowy w sprawie pracy i od razu od niego odchodziła, zanim jeszcze wyszła z domu. Czasem była jeszcze w tym samym pokoju, a już stawała się kimś innym i było tak, jakby się nigdy nie znali, nie przemieszali swoich ubrań, szczoteczek do zębów ani powietrza, wdech, wydech, nocą na tej samej poduszce. Odnajdywał ją tylko w rzeczach, które rozrzuciła wokół siebie, w tym, co dopiero zdjęła, brała do ręki, składała albo odwieszała, to były części, które znał, tego się trzymał do jej powrotu. W mieście ona założy szary, dwuczęściowy kostium i w nim pozostanie, tak to sobie wyobrażał, nie rozpozna jej w niczym.

– Powiedz mi, co to będzie? – pytał raz po raz.

– Skąd mam wiedzieć? Może napiszę powieść albo będę jeździła po świecie i zostanę drugim Kapuścińskim. Jeszcze nie wiem, co we mnie jest. Ty wiesz, co jest w tobie?

Julek wiedział, ale po co miał jej to mówić. Czy łatwiej nakłoniłby ją do małżeństwa, gdyby wyznał, że jest w nim inżynier budowlany? Chciał mieć stałą pracę w swoim zawodzie, zarabiać i przynosić jej do domu wszystkie pieniądze, to w nim było.

– Tak jest przecież najlepiej – mówiła. – Nie wiedzieć jeszcze niczego do końca. Czasem dech zapiera od tych wszystkich możliwości, nie czujesz?

– Jakich możliwości?

– Nie wiem. Właśnie tego chcę się dowiedzieć.

Nie chciał zrobić jej krzywdy, czegoś pozbawić, ale bardzo chciał ją zatrzymać. Czasem myślał, że pragnienie, by ją zatrzymać, jest silniejsze od wszystkiego. Siedząc w fotelu z gazetą, całymi dniami za jej plecami, myślał tak coraz częściej. Z każdym dniem upewniał się, że jednak może zrobić jej krzywdę, tak, z całą pewnością może! Małżeństwo nie ma tu nic do rzeczy. Po prostu pójdą do kościoła, wrócą, ona usiądzie jak zwykle przy biurku, twarzą do kartki z bloku, on w fotelu – taki sam, nie inny. Ale myśląc tak, już czuł, jak ta inność w nim dojrzewa, już w nim jest i rośnie od samego myślenia. Nie wyobrażał sobie, że mógłby zmienić Ankę pod kątem swoich oczekiwań, ale jednocześnie widział ją inną, taką, jaką chciał, aby była. Szli do kościoła, wracali i wcale nie siadali w fotelu, przy biurku, od razu byli innymi ludźmi. Więc może ona miała rację, że się przed nim broniła, człowiek powinien bronić tego, kim jest, nie powinien się zmieniać dla drugiej osoby.

A jednak przyniósł jej Borysa, niemal świadomie. Godził się z myślą, że teraz trzeba czegoś więcej, żeby tu została, nie wystarczy on sam, musi coś do siebie dorzucić. Dorzucił Borysa i możliwe, że gdyby wybrał inny moment, jakąś chwilę, kiedy Anka nie pisała, dzięki psu osiągnąłby to, w czym nie pomogły mu swetry, książki i wpłata na dwupokojowe mieszkanie w dużym mieście. Coś go jednak poganiało, mówiło, że nie powinien dłużej czekać. Choć dni wydawały się jednakowe, niegroźne, każdy następny zmieniał coś w układzie pokoju. Anka z biurkiem i Larysą oddzielała się coraz bardziej od części z fotelem, tworzyły własne terytorium. Istniał tylko jeden sposób, żeby na chwilę przyciągnąć uwagę Anki, ale Julek bał się go prawie tak samo jak samotności. Czuł, że przyspiesza jego koniec, szybciej wyczerpuje to, co mu jeszcze zostało, mało, dużo, nawet tego nie wiedział. Ale jeżeli naprawdę chciał, mógł to zrobić.

– Kiedy się wyprowadzimy, wszystko będzie inaczej – mówił i patrzył, jak Anka przestaje pisać, odwraca się bokiem do biurka, znów są ze sobą, zamknięci w jednej myśli jak w bańce.

– Kiedy się przeprowadzimy, wszystko będzie inaczej – odpowiadała. – Przejdziemy na drugą stronę, rozumiesz?

Julek nie rozumiał, ale kiwał głową, że tak, rozumie, nie boi się. Będą razem i przejdą na drugą stronę. To nic takiego. „Ściany szpachlą gipsową – mówił – trochę poprawić instalacje”.

– Wszystko, czego nie ma tutaj. Możliwości, rozumiesz? – zapalała się. – Człowiek może się rozwijać tylko w obliczu nieznanego. Tylko w ten sposób może zobaczyć coś więcej.

Mówiła o mieszkaniu w mieście „mieszkadełko”. „Kiedy urządzimy nasze mieszkadełko”. I że mieszkadełko to jej portal, przejście do innego świata, które otwiera się tylko raz na sto lat. Julek bał się tych słów jeszcze bardziej niż tego, że jest w stanie odzyskać Ankę tylko w tak dziwny, pokrętny sposób. Słowa „kiedy się wyprowadzimy” były jak zaklęcie, którego można użyć pięć, dziesięć, pięćdziesiąt razy – nie wiadomo ile. Zrobi to o raz za dużo i cała ta obca, niepoznana moc zwróci się przeciwko niemu, co mu wtedy zrobi? Tego Julek nie wiedział. Dlatego mówił „kiedy się wyprowadzimy” w ostateczności, kiedy już nie mógł dłużej.

Potem znowu czekał, pił piwo, przesiadał się z fotela na kanapę, z kanapy mógł patrzeć na Ankę, nie odwracając głowy. Patrzył jakiś czas, wytrzymywał różnie, pięć, dziesięć minut, czasem nie wytrzymywał nawet kilku sekund. Wtedy wstawał i podchodził do telefonu, znów mógł nie widzieć linii jej pleców, wygięcia szczupłego, opalonego karku, przez chwilę było mu lepiej. To trwało jakiś czas. Julek dzwonił do byle kogo, odwrócony do Anki bokiem, albo jeżeli czuł się na siłach – całkiem plecami, wykręcał pierwszy lepszy numer. Zakładał się sam ze sobą: będzie zajęte albo nie będzie. Jeżeli będzie zajęte, Anka odwróci się na trzy, na dziś przestanie pisać. Raz, dwa…

Wsłuchiwał się w dźwięki, jakie wydawał stary dom, dzielił je według natężenia, małe, cienkie skrzypnięcia, płytkie ukłucia bólu, z którymi da się żyć. Głębsze, średnio ostre skrzypulce, który szły falami w głąb, duże, solidne skrzypy dzielące od razu na pół, trach! z góry na dół, albo na wskroś, przez całość. Tego dnia dochodziły z góry, może to ptaki kotłowały się gdzieś w górze. Nad nimi nikt nie mieszkał, rozciągało się poddasze, ogromna, niedoświetlona przestrzeń bez ścianek działowych. To tam kiedyś, dawno temu, Anka znalazła poniemiecką maszynę do pisania. Pod koniec wojny w kamienicy stacjonowali esesmani.

Poddasze zawsze pełne było rozmaitości, jako dziecko Anka wierzyła, że tam zanosi się to, co zostaje po śmierci, resztki po lokatorach kamienicy. Umarli przechodzili na najwyższe piętro i już tam zostawali. Żywi gnieździli się całymi rodzinami w klitkach na niższych piętrach, nawet nie próbowali zająć ogromnych wolnych powierzchni na górze.

„Ogromnych wolnych powierzchni na górze” – powtórzył Julek w myślach. Coś się tam trzepotało, uderzało to w jedną, to w drugą ścianę, jakby gołąb latał na oślep w zamkniętym pomieszczeniu. Julek siedział z zadartą głową, śledził tor trzepotania, myślał o takiej dużej wolnej przestrzeni… Anka od lat nie była na górze, choć właz wejściowy znajdował się w ich mieszkaniu, przechodzili pod nim codziennie niezliczoną ilość razy. Tylko raz w roku, jeżeli lato było upalne, Anka otwierała właz, a wtedy z otworu na podłogę korytarza wysypywały się uschnięte szerszenie…

Julek wstał z fotela, w którym siedział całymi godzinami, pił piwo. Wyszedł na korytarz. Klapa na poddasze była zabita deskami, nie próbował ich odbijać. Ale pomyślał – i ta myśl była zupełnie od niego niezależna, powstała jakby w zupełnie innym, obcym Julku – że mogliby wycofać pieniądze od developera w mieście, wykupić od gminy ten kawałek poddasza nad ich głowami, ciemną, nieograniczoną przestrzeń, nigdzie się nie wyprowadzać, tu się zadomowić. Tak by mogli.

Potem długo siedział w fotelu, czytał gazetę, a kiedy Anka nie pisała, razem z nią planował, co zrobią w mieszkaniu w mieście. Wprowadzał udoskonalenia, mówił: „położymy suche tynki albo deski na le-garach”, i widział wyraźnie, że robi to w mieszkaniu na poddaszu. Robił to w szarej kamienicy, rozwijał się tu, na miejscu, w obliczu tego, co dobrze znał. Wykupywał od gminy ten kawałek poddasza nad ich pokojem, ogromną, niewykorzystaną przestrzeń nad ich głowami. Łączył ją z dołem, podciągał instalacje, wstawiał ścianki działowe i bezołowiowe okna. „Kiedy się stąd wyprowadzimy…” – mówił, oszukiwał Ankę, myślała, że mówią o mieszkaniu w mieście, wcale nie byli w jednej bańce. Próbował z tym skończyć, ale te myśli były silniejsze od niego, powstawały w jego głowie, przez chwilę były od niego zależne, a potem zaczynały samodzielne życie.

– Ściany seledynowe w salonie, kremowe w jadalni?

– Zielony przedpokój. Zieleń powiększa.

Anka zdejmowała palce z klawiatury, odwracała się od biurka, twarzą do Julka.

– Kiedy się wyprowadzimy, będzie zupełnie inaczej – mówiła.

– Nie będzie słychać telewizora sąsiadów ani tego, co ludzie robią w kuchni.

– Będziemy mieli własną kuchnię. Nikogo obcego w drodze do łazienki.

– Drugi pokój dla dziecka. Będziemy mieli dzieci, prawda?

– Kąt do pracy. Koniec z pisaniem w sypialni.

– Zupełnie nowe życie.

Anka okręcała się na krześle, pół obrotu w lewo, pół obrotu w prawo.

– I tego już się nie da zmienić.

– Zmienią się różne rzeczy, ale to nie.

„Gdy ona idzie plażą, wszyscy o niej marzą. Pół plaży tutaj marzy, że kiedyś się przydarzy” – śpiewał pijany Krzysiek, wracając do domu po utopieniu szczeniaków. Wzbierał w nim bunt, połączony ze świadomością, że coś zaniedbał. O czymś, cholera, zapomniał. „Monika, dziewczyna ratownika!” – krzyknął, aż echo poszło po lesie. Już on im pokaże! Z reguły nie pił i alkohol wypity na pusty żołądek kompletnie go rozłożył. W życiu nie był tak pijany, był pijany coraz bardziej.

„No, chyba się nie spodziewała, że zrobię to na trzeźwo!” – pomyślał z urazą, niemal z groźbą, jednocześnie zdając sobie sprawę, że nie może winić żony za to, co zrobił w jeziorze. Nawet nie wiedziała, że szczeniaki przyszły na świat, bardzo rano. I nigdy by mu nie pozwoliła ich utopić, kochała go. Zabrał je cichaczem, zanim zauważyła, że przyszły na świat, w budzie pod drzwiami na taras. Nie spał dwie noce, żeby ją ubiec, oszczędzić jej tej wiedzy, z którą teraz szedł po lesie, śpiewał o ratownikach, o czymś nie pamiętał. Było mu nieprzyjemnie. Im dalej od jeziora, tym wyraźniej czuł, że utopienie torby nie załatwiło sprawy. Dopiero teraz zaczął rozumieć, że zabierając suce szczeniaki, wytworzył lukę, z której się będzie musiał wytłumaczyć Małej. Wczoraj Klara Przybłęda była w ciąży, dzisiaj nie jest, ta wyrwa aż kłuła w oczy. Dotąd o tym nie pomyślał, najważniejsze było ubiec Małą, nie pozwolić, żeby musiała żyć z tym, co zrobił nad jeziorem. „Musiałem, ukochana. Dobrze wiesz, że musiałem. Powiem ci, że zdechły, zakopałem wszystkie w lesie i teraz wracam. Nie mam łopaty”.

Klara Przybłęda nie broniła się, kiedy zabierał psy, patrzyła na niego spokojnie, dobrze wiedziała, co będzie. Nigdy przedtem jej tego nie zrobił, ale tym razem wiedziała, że naprawdę musi.