Wydawca: Amber Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 199 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Planeta małp - Pierre Boulle

Rok 2500. Po dwóch latach galaktycznej podróży statek kosmiczny ląduje na nieznanej planecie. Ten świat uderzająco przypomina Ziemię. Taka sama atmosfera, woda, roślinność. I ludzie. Tyle że... to niewolnicy inteligentnych małp – prawdziwych władców planety.

Opinie o ebooku Planeta małp - Pierre Boulle

Fragment ebooka Planeta małp - Pierre Boulle

Korekta

Renata Kuk

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© AKPA

Tytuł oryginału

La Planėte des Singes

Copyright © Editions Robert Laffont, Paris, 1963,

through arrangement with Renata de La Chapelle Agency.

All rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 2014 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-5218-6

Warszawa 2014. Wydanie II

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

1

Jinn i Phyllis spędzali w kosmosie wspaniałe wakacje, z dala od zamieszkanych planet.

W owych czasach podróże międzyplanetarne były rzeczą zwykłą, a loty międzygwiezdne nie były niczym wyjątkowym. Rakiety unosiły turystów ku cudownym krainom Syriusza, finansiści odwiedzali słynne giełdy Arktura i Aldebarana. A jednak podróż kosmiczna Jinna i Phyllis, pary bogatej i beztroskiej, wyróżniała się oryginalnością niepozbawioną odrobiny poezji. Dla przyjemności przemierzali przestworza pod żaglami.

Ich pojazd, kształtem zbliżony do kuli, otoczony był cienką i delikatną powłoką, pełniącą funkcję żagla. Poruszał się pod ciśnieniem promieni świetlnych. Gdy znajdował się w pobliżu jakiejś gwiazdy – na tyle jednak daleko, by jej pole grawitacyjne nie oddziaływało zbyt mocno – poruszał się zawsze w linii prostej, w kierunku do niej przeciwnym. Ponieważ układ gwiezdny, w którym podróżowali Jinn i Phyllis, zawierał trzy słońca położone stosunkowo blisko siebie, statek odbierał impulsy świetlne z trzech różnych kierunków. Przyjmując to za punkt wyjścia, Jinn opracował wyjątkowo pomysłowy sposób manewrowania. Żagiel był podwójny, wyposażony od spodu w kilka czarnych żaluzji, które dowolnie zwijane lub rozwijane regulowały odbijanie światła przez poszczególne części żagla. W konsekwencji zmieniała się wypadkowa sił ciśnienia świetlnego, działających na statek. Ponadto elastyczna powłoka nie mogła się dowolnie kurczyć lub rozciągać. Toteż gdy Jinn chciał przyspieszyć, nadawał jej możliwie największą rozpiętość. Żagiel chłonął wtedy promieniowanie całą swoją ogromną powierzchnią i statek mknął w przestworzach z szaloną szybkością, która przyprawiała Phyllis o zawrót głowy. Jinn również poddawał się nastrojowi i oboje trwali spleceni w namiętnym uścisku, ze wzrokiem wbitym w dal, w tajemniczą otchłań, w którą unosił ich statek. Kiedy chcieli zwolnić, Jinn przesuwał dźwignię i żagiel kurczył się do rozmiarów kuli tak małej, że przytuleni do siebie ledwo mieścili się w niej oboje. Działanie promieni świetlnych stawało się ledwo wyczuwalne. Maleńka kulka, poruszająca się prawie tylko dzięki sile bezwładności, wydawała się nieruchoma, jakby zawieszona w próżni na niewidzialnej nici. Leniwie i upojnie mijały obojgu młodym godziny spędzane w tym ustronnym świecie, który stworzyli na swoją miarę i tylko dla siebie. Jinn porównywał go do dryfującego żaglowca, a Phyllis do kulki powietrza w sieci wodnego pająka.

Jinn znał różne techniki, uważane za szczyt kunsztu kosmicznego żeglarstwa. Mógł na przykład manewrować statkiem, wykorzystując cień planet czy ich satelitów. Przekazywał swoje umiejętności Phyllis, która z czasem stała się prawie tak zręczna jak on, a często wykazywała większą odwagę. Kiedy siedziała przy sterach, wykonywała tak śmiałe manewry, że zapędzali się aż ku krańcom Układu Słonecznego. Lekceważyła burze magnetyczne, które zakłócając fale świetlne, wstrząsały ich statkiem jak łupiną orzecha. Dwa czy trzy razy Jinn, przebudzony wśród burzy, wyrywał jej z gniewem stery i błyskawicznie włączał pomocniczy silnik rakietowy, by jak najszybciej dobić do portu. Poczytywali sobie jednak za punkt honoru używać go tylko w wyjątkowych wypadkach, w razie niebezpieczeństwa.

Tego dnia Jinn i Phyllis leżeli wyciągnięci obok siebie. Nie mieli nic do roboty, cieszyli się wakacjami i wygrzewali w promieniach swoich trzech słońc. Jinn, rozmarzony, myślał o swojej miłości do Phyllis, a ona leżała na boku, zapatrzona w bezkresną dal, jak zawsze zafascynowana kosmiczną przestrzenią.

Nagle Phyllis otrząsnęła się z marzeń i uniosła nieco, marszcząc czoło. Jakiś niezwykły błysk zajaśniał w ciemnej otchłani. Wpatrywała się przez chwilę. Coś błysnęło znowu, jakby promienie odbijały się od jakiegoś przedmiotu. Jeszcze nigdy nie zawiódł jej instynkt, wypróbowany w czasie licznych kosmicznych podróży. Zresztą Jinn podzielał jej zdanie, a było nie do pomyślenia, żeby mógł się mylić w takich sprawach: nieznane ciało, odbijające promienie słońca, unosiło się w przestworzach, w odległości trudnej na razie do określenia. Jinn chwycił lornetkę i skierował ją na tajemniczy przedmiot. Phyllis oparła się o jego ramię.

– To coś małego – powiedział. – Wygląda jak szkło… Pozwól mi popatrzeć. Zbliża się. Leci szybciej od nas. Można by powiedzieć…

Spoważniał i opuścił lornetkę. Phyllis pochwyciła ją.

– To butelka, kochanie.

– Butelka?

Przyjrzała się uważnie.

– Na pewno butelka. Widzę wyraźnie, jest z jasnego szkła. Zakorkowana, widzę pieczęć. W środku jest coś białego, papier, na pewno jakieś pismo. Jinn, musimy ją złapać!

Jinn był widać tego samego zdania, bo już wykonywał skomplikowane manewry, żeby naprowadzić statek na tor, po którym poruszał się niezwykły przedmiot. Szybko się z tym uporał i zwolnił na tyle, żeby butelka mogła prędzej ich dogonić. Phyllis tymczasem włożyła skafander i wyszła na zewnątrz przez podwójny właz. Jedną ręką trzymała się liny, w drugiej miała sieć na długiej rączce. Szykowała się do złowienia butelki.

Już nieraz spotykali w kosmosie różne dziwne przedmioty i siatka przydawała się. Żeglując pomału, czasem w zupełnym bezruchu, robili przeróżne odkrycia i przeżywali niespodziewane spotkania niedostępne pasażerom zwykłych rakiet. Phyllis łowiła już okruchy startych na proch planet, kawałki meteorytów ze wszystkich zakątków wszechświata, szczątki satelitów wystrzelonych w początkowym okresie podboju kosmosu. Była bardzo dumna ze swojej kolekcji. Ale po raz pierwszy spotkała butelkę i to butelkę zawierającą jakiś dokument, bo co do tego nie miała już żadnej wątpliwości. Drżąc z niecierpliwości, podrygiwała jak pająk na końcu nitki i wykrzykiwała do mikrofonu:

– Wolniej, Jinn… Nie, trochę prędzej, bo nas wyprzedzi. Ster na prawo… na lewo… tak trzymaj… Mam!

Z triumfalnym okrzykiem wróciła ze swoją zdobyczą na pokład.

Butelka była duża, szyjkę miała starannie zapieczętowaną. W środku widać było zwój papieru.

– Jinn, stłucz ją, szybciej! – gorączkowała się Phyllis.

Flegmatyczny Jinn metodycznie odłupywał lak. Jednakże kiedy butelka została otwarta, okazało się, że papier zaklinował się i nie da się go wydostać. Zrezygnowany, uległ namowom przyjaciółki i rozbił butelkę młotkiem. Papier sam się rozwinął. Było tam wiele bardzo cienkich arkusików pokrytych drobnym pismem. Rękopis sporządzony był w ziemskim języku. Jinn znał go doskonale, studiował bowiem przez jakiś czas na Ziemi.

Coś go jednak powstrzymywało od rozpoczęcia lektury tego dokumentu, który wpadł im w ręce w tak niezwykłych okolicznościach. Widząc podniecenie Phyllis, zdecydował się w końcu. Słabo znała ten język i potrzebowała jego pomocy.

– Jinn, błagam cię!

Jinn zrefował żagiel i statek płynął teraz leniwie w przestrzeni. Upewniwszy się jeszcze, że nie ma przed nimi żadnej przeszkody, ułożył się przy ukochanej i wreszcie zaczął czytać.

2

Powierzam ten rękopis przestworzom nie dlatego, bym oczekiwał pomocy, lecz po to, by zażegnać straszliwą klęskę, która zagraża rasie ludzkiej. Boże, zmiłuj się nad nami!

– Rasie ludzkiej? – powtórzyła Phyllis zdziwiona.

– Tak jest napisane – potwierdził Jinn. – Nie przerywaj mi – dodał i czytał dalej:

Nazywam się Ulisses Mérou. Wraz z rodziną wyruszyłem po raz kolejny w kosmos. Możemy na naszym statku przeżyć całe lata. Uprawiamy na pokładzie jarzyny i owoce, hodujemy drób. Niczego nam nie brak. Może natrafimy pewnego dnia na gościnną planetę. Niczego więcej sobie nie życzę. A oto wierna relacja z mojej kosmicznej przygody.

Był rok 2500, kiedy z dwójką przyjaciół wsiadłem na statek z zamiarem dotarcia w rejon kosmosu, gdzie króluje superwielka gwiazda Betelgeza.

Był to ambitny projekt, jeden z najśmielszych, jakie dotychczas powstały na Ziemi. Betelgeza – Alfa Oriona, jak ją zwą astronomowie – jest oddalona od naszej planety o trzysta lat świetlnych. Jest godna uwagi z wielu powodów. Po pierwsze, ze względu na wielkość: jej średnica jest trzysta do czterystu razy większa od średnicy Słońca. Gdyby była na jego miejscu, swymi gigantycznymi rozmiarami sięgałaby po orbitę Marsa. Po drugie, jeśli chodzi o jasność: jest gwiazdą pierwszej wielkości, najjaśniejszą w gwiazdozbiorze Oriona, mimo oddalenia widoczną z Ziemi gołym okiem. Po trzecie, pod względem promieniowania: emituje światło czerwone i pomarańczowe, dające najwspanialsze efekty. Wreszcie Betelgeza jest gwiazdą pulsującą, której jasność nie jest stała, lecz zmienia się w czasie w zależności od wahań jej rozmiarów.

Dlaczego po zbadaniu Układu Słonecznego i po stwierdzeniu, że jego planety są niezamieszkane, odległa Betelgeza została wybrana na pierwszy cel międzygwiezdnego lotu? To słynny profesor Antelle powziął i narzucił tę decyzję. Główny organizator przedsięwzięcia, któremu poświęcił cały swój ogromny majątek, kierownik naszej wyprawy, sam zaprojektował statek kosmiczny i czuwał nad jego budową. Wyjaśnił mi w czasie podróży, czemu dokonał właśnie takiego wyboru.

– Mój drogi – mówił – osiągnięcie Betelgezy wcale nie jest tak trudnym zadaniem. Wymaga zaledwie trochę więcej czasu niż dotarcie do którejkolwiek z najbliższych gwiazd, Proximy Centaura na przykład.

Tu uznałem za stosowne zaprotestować i popisać się świeżo nabytymi wiadomościami astronomicznymi.

– Trochę więcej czasu! Przecież Proxima Centaura jest odległa o cztery lata świetlne, podczas gdy Betelgeza…

– Jest oddalona o trzysta, wiem o tym. Potrzeba nam będzie nieco ponad dwa lata, żeby do niej dotrzeć, a jednak podróż na Proximę Centaura trwałaby niewiele krócej. Nie zgadzasz się ze mną. Przyzwyczaiłeś się do małych odległości między planetami naszego układu. W przypadku takich lotów silne przyspieszenie zaraz po starcie jest możliwe do przyjęcia, bo trwa zaledwie kilka minut. Prędkość, jaką osiągacie, jest śmiesznie mała i nie można jej w ogóle porównywać do naszej. Najwyższy czas, żebym ci udzielił kilku wyjaśnień na temat mojego pojazdu. Dzięki udoskonalonym rakietom, które miałem zaszczyt skonstruować, możemy się poruszać z największą wyobrażalną prędkością, jaką może osiągnąć ciało materialne, to znaczy z szybkością światła minus ipsylon.

– Minus ipsylon?

– To znaczy, że możemy się zbliżyć do Betelgezy na minimalną odległość, o ułamek ułamka, jeśli tak można powiedzieć.

– W porządku – powiedziałem. – Rozumiem.

– Trzeba ci także wiedzieć, że gdy mamy do czynienia z taką szybkością, różnica między naszym czasem a ziemskim rośnie tym szybciej, im szybciej się poruszamy. Od rozpoczęcia tej rozmowy upłynęło kilka minut, a tymczasem nasza planeta postarzała się już o kilka miesięcy. Wreszcie, mimo że będzie to niewyczuwalne, czas prawie się dla nas zatrzyma. Tutaj to będzie kilka sekund, kilka uderzeń serca, a na Ziemi upłynie parę lat.

– To też potrafię zrozumieć. Dzięki temu możemy mieć nadzieję, że za życia dotrzemy do celu. Ale skąd się biorą te dwa lata? Nie wystarczyłoby kilka dni albo nawet godzin?

– Właśnie do tego zmierzam. Aby osiągnąć prędkość, przy której czas stanie prawie w miejscu, musimy stosować przyśpieszenie dopuszczalne dla naszego organizmu. Na to potrzeba nam około roku. Drugi potrzebny będzie dla wytracenia szybkości. Rozumiesz teraz mój plan? Dwanaście miesięcy przyśpieszania, dwanaście hamowania, a pomiędzy nimi kilka godzin na pokonanie większej części drogi. Widzisz teraz, że osiągnięcie Betelgezy nie potrwa dłużej niż dotarcie do Proximy Centaura. Potrzebny by nam był tak samo rok na przyśpieszanie, drugi na hamowanie, tylko że do naszej dyspozycji pozostałoby kilka minut zamiast kilku godzin. Różnica w sumie minimalna. A że starzeję się i z pewnością nie starczy mi już sił na przedsięwzięcie jeszcze jednej podróży, postanowiłem mierzyć od razu daleko, z nadzieją odkrycia całkiem innego, nieznanego świata.

W wolnych chwilach prowadziliśmy takie właśnie rozmowy, które pozwoliły mi docenić imponującą wiedzę profesora Antelle’a. Nie było dziedziny, której by nie zgłębił. Miałem szczęście, że właśnie on był kierownikiem tak ryzykownej imprezy. Zgodnie z jego przewidywaniami podróż trwała około dwóch lat naszego czasu, podczas gdy na Ziemi musiało upłynąć trzy i pół wieku. To była jedyna ujemna strona tak dalekiej podróży. Gdybyśmy wrócili pewnego dnia na Ziemię, zastalibyśmy ją postarzałą o siedem do ośmiu stuleci. Nie przejmowaliśmy się tym jednak zbytnio. Podejrzewałem nawet, że sama perspektywa ucieczki przed rówieśnikami miała dla profesora dodatkowy posmak. Często się przyznawał, że ma dosyć ludzi.

– Ludzie, ciągle ci ludzie – wtrąciła znów Phyllis.

– Tak, ludzie – potwierdził Jinn. – Tak jest napisane.

Nie mieliśmy żadnego poważnego wypadku. Wystartowaliśmy z Księżyca. Ziemia i inne planety znikły bardzo szybko. Widzieliśmy, jak Słońce malało: najpierw wyglądało jak pomarańcza, potem jak śliwka, aż wreszcie zmieniło się w bezwymiarowy, świetlny punkt, zwykłą gwiazdę. Tylko profesor dzięki swojej wiedzy umiał ją rozpoznać pośród miliardów gwiazd Galaktyki.

Żyliśmy więc bez Słońca. Nie było to dla nas uciążliwe, gdyż statek był wyposażony w odpowiednie źródło światła. Nie nudziliśmy się podczas drogi. Rozmowy z profesorem były pasjonujące. Dowiedziałem się więcej w ciągu tych dwóch lat niż przez całe dotychczasowe życie. Nauczyłem się także wszystkiego, co było niezbędne do prowadzenia pojazdu. Było to dość proste i wystarczyło przekazać instrukcje aparatom elektronicznym, które po dokonaniu odpowiednich obliczeń kierowały bezpośrednio statkiem.

Nasz ogród dostarczał nam wielu przyjemnych rozrywek. Zajmował sporo miejsca na pokładzie. Profesor Antelle interesował się między innymi botaniką i rolnictwem, chciał więc wykorzystać podróż dla sprawdzenia pewnych swoich teorii dotyczących wzrostu roślin w kosmosie. Oddzielne sześcienne pomieszczenie wysokości blisko dziesięciu metrów służyło jako teren doświadczalny. Dzięki wielopoziomowym urządzeniom cała przestrzeń została wykorzystana. Ziemia karmiona sztucznymi nawozami ku naszej radości w niespełna dwa miesiące obrodziła w różnorodne jarzyny, które dostarczyły nam zdrowego i obfitego pożywienia. Pamiętaliśmy także o estetycznych wrażeniach i specjalny teren wydzielony został dla kwiatów, którym profesor poświęcał się bez reszty. Ten osobliwy człowiek zabrał także na pokład kilka ptaków, motyli, a nawet małpę, małego szympansa imieniem Hektor, który rozweselał wszystkich swoimi figlami.

Nie ulega wątpliwości, że nasz uczony, nie będąc mizantropem, mało interesował się ludźmi. Często mawiał, że niczego więcej po nich się nie spodziewa i tym tłumaczy się…

– Mizantrop? – przerwała Phyllis, zaskoczona. – Ludzie?

– Jeśli będziesz mi co chwilę przerywać – zauważył Jinn – nigdy tego nie skończymy. Rób to, co ja: próbuj zrozumieć.

Phyllis przyrzekła milczeć do końca i dotrzymała słowa.

– …i tym tłumaczy się z pewnością fakt, że zgromadził na statku, wystarczająco dużym, aby pomieścić kilka rodzin, różne rodzaje roślin, trochę zwierząt, ograniczając liczbę pasażerów do trzech. Był więc on sam, Artur Levain, jego uczeń, młody fizyk z dużą przyszłością, i ja, Ulisses Mérou, początkujący dziennikarz. Poznałem profesora przypadkiem, przeprowadzając z nim wywiad. Zaproponował mi uczestnictwo w wyprawie, kiedy się dowiedział, że nie mam rodziny i że przyzwoicie gram w szachy. Dla początkującego dziennikarza była to niebywała okazja. Nawet gdyby mój reportaż został opublikowany za osiemset lat, a może właśnie dlatego, przedstawiałby nieocenioną wartość. Przyjąłem propozycję z entuzjazmem.

Podróż odbywała się więc bez przeszkód. Jedyną jej przykrą stroną było przeciążenie, odczuwane w czasie przyśpieszania i hamowania. Musieliśmy przywyknąć do tego, że nasze ciała ważą półtora raza więcej niż na Ziemi. Uczucie to było z początku dość męczące, ale wkrótce przestaliśmy zwracać na nie uwagę. W połowie podróży przeżyliśmy nieważkość, której towarzyszyły przedziwne stany, typowe dla tego zjawiska. Trwało to jednak tylko kilka godzin, więc nie ucierpieliśmy zbytnio.

Aż wreszcie pewnego dnia, po długiej podróży, ze wzruszeniem ujrzeliśmy Betelgezę, która ukazała się nam na niebie pod nową postacią.

3

Nie da się opisać ogromu wzruszenia wywołanego tym widokiem. Gwiazda, jeszcze wczoraj błyszczący punkcik pośród mnogości innych bezimiennych punkcików na niebie, wynurza się z czarnej głębi, zarysowuje kształtem w przestrzeni. Ukazuje się zrazu jak lśniący orzech, aby przybrać następnie wygląd pomarańczy o pełniejszych już kształtach i intensywniejszym blasku, aż wreszcie wtapia się w kosmos, przyjmując znajomy obraz naszej dziennej gwiazdy. Narodziło się dla nas nowe słońce, podobne do naszego u schyłku dnia. Wciągnęło nas w swoją orbitę, owiewało gorącem.

Poruszaliśmy się teraz bardzo powoli, zbliżając się ciągle do Betelgezy. Rozmiarami przekraczała już wszystkie znane nam dotąd ciała niebieskie. Wrażenie było bajeczne. Antelle zaprogramował komputery, a kiedy zaczęliśmy krążyć wokół nadolbrzyma, wyciągnął przyrządy astronomiczne i przystąpił do obserwacji. Szybko odkrył cztery planety, określił ich rozmiary i odległość od gwiazdy centralnej. Jedna z nich – druga licząc od Betelgezy – poruszała się po orbicie zbliżonej do naszej. Miała rozmiary prawie takie jak Ziemia, atmosferę zawierającą tlen i azot, obiegała Betelgezę w odległości trzydziestokrotnie przekraczającej odległość Ziemi od Słońca. Dzięki rozmiarom i stosunkowo niskiej temperaturze nadolbrzyma napromieniowanie było zbliżone do warunków ziemskich.

Wybraliśmy ją za cel pierwszego lądowania. Po wydaniu nowych poleceń automatom i wyłączeniu silników statek zaczął krążyć wokół planety. Mogliśmy teraz do woli napawać się nowym widokiem, który roztaczał się przed naszymi oczami. Przez teleskop ujrzeliśmy morza i kontynenty.

Statek nie był przystosowany do lądowania, ale przewidując taką ewentualność, wyposażyliśmy go w trzy bardzo małe rakietowe pojazdy, które nazwaliśmy szalupami. Zajęliśmy miejsca w jednej z nich, zabierając niektóre przyrządy pomiarowe oraz szympansa Hektora, podobnie jak my ubranego w skafander, do którego noszenia był przyzwyczajony. Nasz pojazd zostawiliśmy na orbicie. Byliśmy o niego spokojni bardziej niż o statek zakotwiczony w porcie i wiedzieliśmy, że nie grozi mu najmniejsze zboczenie z kursu.

Dotarcie w szalupie do planety nie było trudnym przedsięwzięciem. Gdy tylko weszliśmy w gęste warstwy atmosfery, Antelle pobrał próbki powietrza i poddał je analizie. Miało ono identyczny skład chemiczny jak powietrze na Ziemi na tej wysokości. Nie miałem czasu na zastanawianie się nad tym niezwykłym zbiegiem okoliczności, gdyż bardzo szybko zbliżaliśmy się do lądowania. Dzieliło nas już tylko około pięćdziesięciu kilometrów. Automaty dokonywały wszystkich niezbędnych operacji, więc nie pozostawało mi nic innego jak przytknąć twarz do iluminatora i z bijącym sercem patrzeć na zbliżający się ku nam nowo odkryty, nieznany świat.

Planeta była zadziwiająco podobna do Ziemi. Z każdą minutą utwierdzałem się bardziej w tym przekonaniu. Widziałem teraz gołym okiem zarysy kontynentów. Atmosfera była przejrzysta, lekko zabarwiona odcieniem jasnej zieleni, wpadającej chwilami w oranż, przywodząca na myśl prowansalskie niebo o zachodzie słońca. Ocean był jasnoniebieski, również z lekkim odcieniem zieleni. Zarys lądów różnił się od wszystkiego, co widziałem na Ziemi, mimo że rozgorączkowany i zasugerowany taką ilością analogii, za wszelką cenę i tutaj usiłowałem doszukać się podobieństwa. Na tym się skończyło. Nic w geografii planety nie przypominało kontynentów naszego starego ani nowego świata.

Nic? Cóż znowu! Wprost przeciwnie! Planeta była zamieszkana. Przelatywaliśmy właśnie nad miastem, dość dużym miastem o promieniście rozchodzących się, wysadzanych drzewami alejach, po których krążyły pojazdy. Zdążyłem zaobserwować charakterystyczną architekturę: szerokie ulice, domy o geometrycznych kształtach.

Mieliśmy jednakże wylądować dużo dalej. Szalupa niosła nas najpierw nad uprawnymi polami, potem nad gęstym, rdzawym lasem przypominającym naszą równikową dżunglę. Lecieliśmy teraz bardzo nisko. Na szczycie płaskowyżu otoczonego terenami o bardziej urozmaiconej rzeźbie dostrzegliśmy dość dużą polanę. Antelle postanowił zaryzykować i wydał ostatnie polecenia automatom. Włączył się zespół rakiet hamujących. Na kilka sekund zawisnęliśmy nieruchomo nad polaną jak mewa czatująca na rybę.

I wreszcie, w dwa lata po opuszczeniu Ziemi, opadliśmy łagodnie, lądując miękko na środku płaskowyżu, w zielonej trawie przypominającej łąki Normandii.

4

Po wylądowaniu przez długą chwilę staliśmy w milczeniu, nieruchomo. Może takie zachowanie wyda się komuś dziwne, ale odczuwaliśmy potrzebę skupienia się i zebrania całej energii. Byliśmy pochłonięci przygodą po tysiąckroć wspanialszą niż wszystko, co było udziałem pierwszych ziemskich kosmonautów. Przygotowywaliśmy się duchowo do stawienia czoła dziwom, jakie przewijały się w snach całych pokoleń poetów marzących o międzyplanetarnych podróżach.

Czyż nie było to cudowne, że właśnie wylądowaliśmy miękko w trawie na planecie, która jak nasza miała swoje oceany, góry, lasy, uprawne pola, a z pewnością także i mieszkańców. Musieliśmy znajdować się jednak dość daleko od zamieszkanych okolic, biorąc pod uwagę rozmiary dżungli, nad którą przelatywaliśmy, zanim dotknęliśmy ziemi.

Otrząsnęliśmy się wreszcie z pierwszego wrażenia. Włożywszy skafandry, otworzyliśmy ostrożnie iluminator szalupy. Powietrze było nieruchome. Wewnątrz statku wyrównało się ciśnienie. Polanę otaczał las jak mury fortecy. Żaden hałas, żaden ruch nie zakłócał spokoju. Temperatura była znośna: około 25°C.

Wyszliśmy z