Plagiat - Maurycy Nowakowski - ebook + audiobook
Opis

W trakcie manifestacji kulturalnej na wrocławskim rynku dochodzi do zamieszek studentów z agresywną grupą młodych narodowców. Od ciosów nożem ginie para studentów Europejskiej Wyższej Szkoły Dziennikarstwa i Komunikacji - Wojtek Krzykowski i Barbara Świątnicka. Policja i media szybko wydają wyrok, uznając, że za tym przypadkowym zabójstwem stoją narodowcy. Marcin Faron, młody dziennikarz piszący o kulturze do tygodnika "Korespondent", ma jednak pewne wątpliwości. Znudzony nieco tematyką kulturalną rozpoczyna nieformalne dziennikarskie śledztwo. Gdy kilka tygodni po bijatyce na rynku w zamachu bombowym ginie Anita Komar, wykładowczyni EWSDiK oraz bliska współpracowniczka Krzykowskiego i Świątnickiej, Faron jest już niemal pewien, że ma do czynienia z nieprzypadkowym łańcuszkiem śmierci.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 526

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 13 godz. 16 min

Lektor: Marcin Popczyński

Popularność


Redakcja

Anna Seweryn-Sakiewicz

Projekt okładki

© Pracownia WV

Redakcja techniczna, skład, łamanie i opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Urszula Bańcerek

Wydanie I, Chorzów 2015

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35

fax 32-348-31-25

office@videograf.pl

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2015

tekst © Maurycy Nowakowski

ISBN 978-83-7835-464-2

Prolog

Profesor Elżbieta Kruk nigdy tak bardzo nie ryzykowała. Targające nią uczucie strachu było dla niej nowością. Serce łomotało w klatce piersiowej jak agresywny akwizytor w zamknięte drzwi. Po skroniach spływały kropelki potu. Koszula lepiła się do rozgrzanych pleców i wilgotnych pach. Kobieta ledwie panowała nad rozdygotanym ciałem. Palce drżały, z trudem trafiając w klawisze skąpanej w ciemnościach klawiatury. Nie mogła zapalić światła. Nikt nie wiedział, że wślizgnęła się do biura rektora uczelni. Światło rzucane przez monitor raziło ją w oczy. „To potrwa tylko moment” – powtarzała sobie w duchu uspokajającą mantrę. Nie mogła wpaść w panikę. Wszystkie dokumenty związane z projektem WrocStory są przecież w jednym miejscu, zebrane w kilku folderach zarchiwizowanych w komputerze profesora Juliusza Dorobka. Wystarczy je znaleźć, co nie powinno być trudne, i usunąć. Tylko tyle. Rachu-ciachu i po strachu. Trzy, cztery kliknięcia. Jest. Folder WrocStory 2014. Zaznacz, kliknij, usuń. Poszło. Jeszcze z kosza. Kliknęła. Opróżnij kosz. Pasek postępu na ułamek sekundy mignął na ekranie. Udało się. Jedna prosta operacja sprawiła, że Elżbieta Kruk stała się jedyną autorką nieszablonowego projektu wartego ponad milion złotych. Wypuściła z płuc kilka litrów ciężkiego powietrza. Świętej pamięci profesor Juliusz Dorobek nie będzie miał jej tego za złe, poza tym po śmierci na pewno łatwiej wybacza się bliźnim takie drobne przekłamania. Odruchowo przeżegnała się. W imię Ojca i Syna…

Rozdział I

1.

Europejska Wyższa Szkoła Dziennikarstwa i Komunikacji, 14 marca 2014

Malwina Madejska z najwyższym trudem powstrzymywała się od płaczu. Drobna iskierka mogła spowodować u niej wybuch histerii. Przepłakała całą noc, litry słonych łez tak długo szturmowały jej powieki, że nad ranem cierpiała z powodu piekących oczu. Teraz były suche, ale wciąż zaczerwienione, a Malwina Madejska kamuflowała smutek złością. Nagła śmierć profesora Juliusza Dorobka znokautowała ją emocjonalnie.

Madejska lubiła swoją pracę. Sekretariat był jej królestwem, a przecież sekretariaty to mózgi instytucji. „Nie ma ważniejszego miejsca w firmie niż sekretariat” – mawiała. Jeśli tam był porządek, to cała firma działała sprawnie. Przekonała do tej reguły wszystkich ludzi związanych z Europejską Wyższą Szkołą Dziennikarstwa i Komunikacji, stojących po obu stronach barykady – studentów i wykładowców, interesantów i przełożonych. Każdy miał jakiś interes, prośbę albo problem do rozwiązania. Ona była jedna, spraw na głowie setka, a asystentki jeszcze niewiele rozumiały. Na razie nawet nie potrafiły zaparzyć dobrej kawy. Trzeba było chuchać i dmuchać na Madejską, bo tylko ona potrafiła wszystko szybko i sprawnie załatwić. Poza tym to ona dbała o spokój i dobre samopoczucie świętej pamięci pana rektora, jego magnificencji profesora Juliusza Dorobka. A przecież od jego nastroju tak wiele zależało.

Profesor należał do tego gatunku mężczyzn, który Malwina zwykła nazywać poczciwymi nerwusami. Dobry, mądry, silny człowiek, tylko trochę wyrywny. Ale trzeba było mu to wybaczyć, bo kiedy już się wyrywał i tracił panowanie nad sobą, to nigdy bez powodu. Madejska znała wszystkie potencjalne powody uruchamiające zachowania nerwicowe Dorobka, dlatego była najlepszym w świecie ochroniarzem i opiekunem. Większość złych impulsów zatrzymywała u siebie, w sekretariacie. Profesor był bezpieczny tylko z nią na straży. Kochała go tak, jak wyłącznie oddana sekretarka potrafi kochać swojego dobroczyńcę, twórcę i dumnego zarządcę tego świata.

Niespodziewana śmierć profesora Dorobka była dla Malwiny ciosem niewyobrażalnym, ale nie mogła pozwolić sobie na jawną żałobę. Musiała być twarda. Pocieszała się myślą, że lada chwila pojawi się kolejny rektor, któremu będzie mogła służyć. Znów będzie komuś potrzebna do życia i sprawnego funkcjonowania. Sekretariat pozostanie taki sam, zmieni się tylko człowiek siedzący w fotelu w gabinecie rektorskim. Ta myśl podnosiła ją na duchu, ale mimo to przepłakała dwie ostatnie noce.

Pan Juliusz był jedyny w swoim rodzaju. Wódz jak się patrzy. Służyć takiemu – to była czysta przyjemność. Chwilowo nie mogła sobie wyobrazić nikogo innego za biurkiem profesora Dorobka. A już na pewno nie kobiety! Kiedy okazało się, że do walki o schedę po panu Juliuszu staną dwie panie, przeżyła kolejne rozczarowanie.

Kandydatka numer jeden – wdowa po profesorze, doktor Julia Dorobek, przy swoim postawnym mężu zawsze wyglądała jak sucha gałązka przytulona do potężnego drzewa. Żadna z niej pani rektor. Drobna kobietka od zawsze wygrzewająca się w świetle promieni intelektu i siły swojego dostojnego małżonka. Madejską ścięło, kiedy usłyszała kiedyś, że Dorobkowa ma dosyć życia w cieniu męża. W cieniu! Co za absurdalne porównanie! Szczęki zwarły jej się ze złości, ale nic nie odpowiedziała. Nie miała prawa polemizować z – było nie było – żoną szefa. Określiła ją mianem niewdzięcznej i sprawę przemilczała, jak przystało na sekretarkę, która wie o wszystkim, co dzieje się na uczelni, ale niczym ksiądz zachowuje spokój i dyskrecję.

Kandydatka numer dwa – Elżbieta Kruk – nie była lepsza. Od kiedy Dorobkowie przyjechali do Wrocławia, przykleiła się do pana Juliusza i zgrywała jego najbliższą przyjaciółkę i powierniczkę. A każdy wiedział, że to kobieta interesowna i wisi na Dorobku, bo z nim dużo można załatwić. Poza tym zanadto interesowała się mężczyznami, zwykle cudzymi. W sumie Madejska nie lubiła Krukowej, chyba jeszcze bardziej niż Dorobkowej. Dwie kandydatki, a jedna gorsza od drugiej.

Pogodziła się z tym, że w trakcie wyścigu o fotel rektora nie ma komu kibicować. Miała cichą nadzieję, że chociaż wszystko szybko się rozstrzygnie i będzie można w spokoju dalej pracować. Jak na złość, okazało się, że na horyzoncie, zamiast nowego rektora łagodnie i z klasą przejmującego władzę, pojawiła się wizja kilkutygodniowej kampanii wyborczej. Madejskiej ten pomysł wcale się nie podobał. Jej sekretariat na ten czas przestanie pełnić funkcję mózgu instytucji. Stanie się miejscem konfrontacji dwóch zwalczających się frakcji, niczym saloon na Dzikim Zachodzie. Madejska nie chciała takich westernów w swoim królestwie. Wychodziła z założenia, że kiedyś panowały tu zdecydowanie lepsze zasady. Rozmowy prowadzono za zamkniętymi drzwiami i nawet ona, wszystkowiedząca sekretarka, nie znała szczegółów. Rektor pojawiał się jak papież i od razu panowała ogólna zgoda. A teraz? Wielka awantura, wyciąganie brudów, intrygi, kłótnie, debaty quasi-polityczne… Brakuje tylko konkursu audiotele. Pan Juliusz będzie się pewnie przewracał w grobie. Aż dziwne, że o głośnej kampanii wyborczej na EWSDiK nie piszą w gazetach… Odpukać w niemalowane!

Malwina Madejska lubiła swoją pracę, ale teraz była tym wszystkim odrobinę zniesmaczona. Jej zniesmaczenie podniosło się do potęgi drugiej, gdy ktoś otworzył drzwi sekretariatu bez pukania.

– Pani Malwinko! – usłyszała głos profesora Żygadły. – Dlaczego nie ma jeszcze kartki odwołującej wtorkowe zajęcia? Pamięta pani, że we wtorek jest pogrzeb profesora Dorobka?

Ostatnie słowa wbiły się w nią jak zimny sztylet.

– Profesorze – odparła z przekąsem – żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku, dziś ważniejszy jest mejling, a nie karteczki na tablicy ogłoszeń. Rano rozesłaliśmy pół tysiąca mejli do studentów, opublikowaliśmy też informację na Facebooku, ale dla pana świętego spokoju napiszę jeszcze karteczkę i powieszę w korytarzu. Nie dalej jak za pół godziny zawiśnie na tablicy.

– Będę wdzięczny. To wbrew pozorom nadal jest nad wyraz skuteczne.

Zmusiła się do nieszczerego uśmiechu. Utrzymała go na twarzy do momentu zamknięcia drzwi, po czym puściła wszystkie hamulce bezpieczeństwa. Policzki zaczęły mrowić, broda dygotać. Dwie gigantyczne łzy wyskoczyły zza powiek, jak sprinterzy na torze, i popłynęły w dół, ryjąc zygzakowate tory aż po podbródek. Tam kołysały się chwilę i kapnęły na biurko. Ktoś zapukał do drzwi.

– Nie wchodzić! – pisnęła, sięgając po chusteczkę.

2.

Gałów pod Wrocławiem, dom Anity i Jana Komarów, 16 marca

Anita Komar wysłała ostatnie mejle informacyjne. Operacja „Wrocław Otwartym Sercem Europy” została dopięta na ostatni guzik. Wielki marsz studentów zaplanowano, dofinansowano i rozreklamowano niemalże idealnie. Jej udział w tym sukcesie był trudny do przecenienia. To głównie za jej sprawą mała studencka popijawa przeistoczyła się w wielką kulturalną imprezę, zyskując status jednej z najważniejszych inicjatyw młodzieżowych tego roku. Przystąpiła do projektu z wielkim zapałem, mając chwilowo dosyć „czarnego PR-u”, w którym się specjalizowała. Brud politycznych rozgrywek i biznesowych zapasów pozbawionych reguł lepił się do niej i coraz częściej rzutował na reputację. „Kto tapla się ze świniami w jednym bajorku, sam po pewnym czasie staje się świnią. Czas zrobić coś pozytywnego” – zadecydowała przed dwoma miesiącami, przejmując odpowiedzialność za reklamę i organizację medialną marszu Wrocław Otwartym Sercem Europy.

Sześćdziesiąt dni intensywnej pracy wystarczyło, żeby zainteresować wszystkie najważniejsze media i włączyć w organizację kilkuset studentów większości wrocławskich uczelni. Wykonała sto dwadzieścia procent normy. Świetnie spisał się Wojtek, sporo dobrego wniosła też Basia. „Stworzyliśmy niezły zespół” – uśmiechała się pod nosem, przeglądając wykaz planów i założeń zrealizowanych w komplecie, często nawet z pewną nawiązką. Na trzy dni przed marszem mogła spokojnie otworzyć butelkę szampana i wypić za sukces. Tylko chwilowo nie miała z kim świętować.

Poczuła ulgę i satysfakcję, a chwilę później ukłucie niepokoju. „Wszystko się udało, ale co będzie z nami? – pomyślała. – Teraz, kiedy wspólna misja się kończy, a Wojtek niedługo wyjeżdża na staż do Londynu, nasze światy mogą przestać się przenikać. To może oznaczać początek końca”. W głębi serca czekała na telefon. Dochodziła dwudziesta trzecia. Dziś już nie zadzwoni. Wzięła do ręki smartfon i kilka sekund biła się z myślami, szukając pretekstu do rozmowy z Wojtkiem. Takiego, żeby nie wyjść przy tym na napaloną starą idiotkę. „Nie, to bez sensu, a poza tym jest już późno. Jutro. Jutro się zdzwonimy” – postanowiła w końcu.

Odłożyła telefon na biurko, nieco rozczarowana swoją racjonalną decyzją.

– Co się ze mną dzieje? – szepnęła pod nosem, wiedząc, że to głupie pytanie.

Działo się z nią to, co musiało się dziać z czterdziestoletnią kobietą, której akcja kombinacyjna pod tytułem „uwieść studenta” zakończyła się pełnym sukcesem. Płonęła z miłości. Czuła niepokój, ale nie żałowała własnych decyzji. Tak musiało być!

Smartfon przesunął się po biurku w wibracyjnych drganiach i zamruczał. Na wyświetlaczu pojawiło się zdjęcie Wojtka. Serce Anity uderzyło mocno, po czym stanęło, jakby chcąc podsłuchać rozmowę. Odebrała.

– Wojtek?

– Cześć. – Głos Wojtka był stłumiony, ale tliła się w nim jakaś niezdrowa ekscytacja. – Przepraszam, wiem, że jest późno, ale musimy się spotkać.

– Co się dzieje?

– Mam złą wiadomość, ale nie na telefon.

Spojrzała na zegarek.

– Mogę być o wpół do na Solnym. Ale powiedz chociaż, o co chodzi.

– Ludzie z SBC chcą nam zepsuć zabawę.

– Niemożliwe…

– Też tak myślałem, dopóki nie usłyszałem szczegółów planu „Koń trojański”. Genialny w swojej prostocie i, niestety, możliwy do przeprowadzenia.

– Skąd wiesz?

– Poczta pantoflowa, ale nie głuchy telefon. To wiarygodne info.

Wierzyła mu. Wojtek nie był naiwny i twardo stąpał po ziemi. Poza tym nigdy nie siałby paniki bez powodu. Jeśli mówił, że SBC mogą rozrabiać na marszu, to znaczy, że tak było. W jednej chwili pożałowała, że zadzwonił. Przekazał jej tak złe informacje, że lepiej, gdyby tej rozmowy w ogóle nie było.

– Ubieram się i za pięć minut wyjeżdżam.

Schowała telefon do kieszeni marynarki i zamknęła laptop. Wyszła z gabinetu i cicho przeszła korytarzem. Miała nadzieję, że Janek śpi i ostatnią rzeczą, jakiej by chciała, to go teraz zbudzić. Zeszła schodami do ciemnego salonu i, stąpając na palcach, skierowała się do wyjścia.

– Dokąd? – Ciężki, podlany alkoholem głos męża wypełzł z rogu ciemnego salonu.

Drgnęła przestraszona.

– Muszę wyjść, pilna sprawa.

Założyła buty i sięgnęła po płaszcz.

– Jedziesz do niego…

– Złe wieści w sprawie marszu, naziści będą rozrabiać.

Owinęła się szalikiem. Spojrzała w stronę, z której dobiegał pijany głos Janka. Kontury mebli powoli wyłaniały się z ciemności. Wytężyła wzrok. Teraz widziała. Janek siedział na dużej pufie obok szklanego stolika, na którym majaczył kształt pękatej butelki i jeszcze bardziej pękatego kieliszka. Mąż chyba nie patrzył w jej stronę. Głowę miał spuszczoną. Chyba. W ciemności niewiele było widać.

– Kochasz go… – padło ni to pytanie, ni to podszyte pretensją stwierdzenie faktu.

– Kocham – usłyszała swój własny głos, jakby ktoś siedział w jej gardle i bez namysłu odpowiedział za nią.

– Żebyś się nie spaliła z tej miłości.

Wyszła z domu. Chłodne marcowe powietrze owiało jej rozpalone policzki. Pijana zazdrość męża nie była tak ważna, jak bezpieczeństwo piątkowej manifestacji.

3.

Ratusz, 17 marca

Anita Komar maszerowała długim korytarzem wrocławskiego ratusza. Jej wysokie obcasy wystukiwały nerwowy rytm odbijający się echem od chłodnych ścian. Marsz kobiety śpieszącej się i zaniepokojonej. Miała nadzieję, że wygląda lepiej, niż się czuje. Była zmęczona, niewyspana i podminowana. Wory pod oczami, których szczerze nienawidziła, zdawały się tak ciężkie, jakby ktoś podczepił pod nie małe kotwice. Robiąc makijaż, doszła do wniosku, że wygląda jak spaniel. Ze spotkania z Wojtkiem wróciła o trzeciej nad ranem. Próbowała złapać kilka godzin snu, ale wieści, jakie Wojtek jej przekazał, wirowały w jej głowie, nie dając spokoju. Kręciła się z boku na bok i zapadała w krótkie letargi. Płytkie sny mieszały się z uciążliwymi przemyśleniami. Wstała kilka minut po siódmej, by jak najwcześniej skontaktować się z Filipem Bojanowskim, prawą ręką prezydenta miasta, człowiekiem odpowiedzialnym za organizację manifestacji. Naprędce umówili się na spotkanie z komendantem wrocławskiej policji, Krzysztofem Buczkowskim, w nadziei, że uda się zapobiec tragedii.

Usiedli we troje przy wielkim niczym świąteczny stół biurku Bojanowskiego.

– Może zaczniemy od raportu komendanta, który być może trochę panią uspokoi. – Bojanowski wskazał ręką Buczkowskiego. – A później opowie nam pani o swoich obawach.

Anita pokiwała głową. Zachowała kamienną twarz, ale zdradzała ją podrygująca noga.

– Ja uważam, że nie ma powodów do strachu – zaczął spokojnie Buczkowski. – Jesteśmy dobrze przygotowani. Przedstawiono wreszcie ostateczną trasę przemarszu, co umożliwiło nam ustalenie, które ulice i w jakich porach należy wyłączyć z ruchu samochodowego. Aby zwiększyć bezpieczeństwo, wszystkie wejścia na rynek, oprócz gardła od strony placu Dominikańskiego, zostaną zamknięte. Marsze wyruszą równocześnie z trzech różnych stron miasta punktualnie o siedemnastej, z najdalej usytuowanych uczelni. Kolejne grupy dołączać będą na trasach tych trzech manifestacji zmierzających na plac Dominikański. Tam wszyscy zejdą się mniej więcej o osiemnastej trzydzieści i stamtąd cała manifestacja wleje się na rynek. Spodziewamy się dwóch, może trzech tysięcy ludzi.

– Pomieścimy się? – spytał Bojanowski.

– Tak, trzy tysiące ludzi, jeśli to zdyscyplinowana, ciasno idąca masa, to szeroki na pięćdziesiąt metrów wąż o długości jednego kilometra. Do ogarnięcia dla dwóch oddziałów policji.

– Zdyscyplinowana? – Bojanowski uśmiechnął się pod nosem. – Pamięta pan, komendancie, że mówimy o studentach?

Wymienili podszyte ironią spojrzenia.

– Poradzimy sobie – sapnął Buczkowski.

Bojanowski zerknął na Anitę i momentalnie spoważniał.

– Pani Anita zapewne jest ciekawa, jak wygląda sprawa monitorowania środowisk neonazistowskich.

Komendant zaplótł ramiona na piersi.

– W tych sprawach nic się nie zmieniło – odparł. – Zarówno SBC, jak i Matka Ojczyzna składały wnioski o zgodę na manifestacje narodowe dwudziestego pierwszego marca, ale w obu przypadkach odpowiedzi były odmowne. Nie mają więc prawa pojawić się w piątek na rynku. Obserwujemy te środowiska, nie dzieje się tam nic, co mogłoby nas niepokoić. Nie zanosi się na nielegalną inicjatywę. Dla pewności zamykamy rynek z trzech stron już w nocy z czwartku na piątek, żeby nie spotkała nas żadna niespodzianka w postaci nieoficjalnej kontrmanifestacji. Trzymamy rękę na pulsie.

Filip Bojanowski uniósł brwi i zwrócił twarz w stronę Anity, jakby pytał: „I co pani na to?”. Anita, jak przystało na mistrzynię public relations, przemówienie na tę okazję miała już przemyślane. Krótkie, treściwe, logiczne.

– Z moich informacji wynika, że kilkudziesięcioosobowa grupa neonazistów zamierza maszerować razem ze studentami. Akcja, którą wymyślili, nazywa się „Koń trojański”. Serca Biało-Czerwone wykorzystują sympatyzujących z nimi studentów, żeby w porze zbiórek incognito wprowadzić swoich ludzi na dziedzińce uczelni. Chcą wmieszać się w tłum. Jeśli im się to uda, będziemy mieli wielki problem, bo mogą nam rozwalić imprezę od środka.

– To jakaś kompletna bzdura, gdzie to pani usłyszała? – Buczkowski poderwał się nerwowo na krześle.

– Wojciech Krzykowski, student Europejskiej Wyższej Szkoły Dziennikarstwa i Komunikacji, a także mój bliski współpracownik, dowiedział się o tym z wiarygodnego źródła. Od chłopaczka, który jeszcze niedawno działał w młodzieżówce narodowej i nie zdążył pozrywać wszystkich kontaktów. Nagrał rozmowę dwóch aktywnych bojówkarzy na dyktafon. Plik jest do wglądu.

Nad biurkiem zawisło ciężkie milczenie, łączące w sobie niepokój Anity ze zdziwieniem i niepewnością Bojanowskiego i Buczkowskiego.

– Nie wydaje mi się, żeby to była prawdziwa informacja – ciszę przerwał komendant. – Prawdopodobnie ktoś chce zasiać ferment albo dzieciaki z nudów snują spiskową teorię dziejów. Gdyby taka akcja naprawdę była przygotowana, wiedziałbym o tym. Środowisko SBC jest skrupulatnie monitorowane. Od kilku miesięcy przewidujemy każdy ich ruch.

Anitę Komar zamurowało, niepokój powoli ustępował miejsca irytacji, ale zachowała dyplomatyczny ton.

– Przykro mi, ale nie przekonuje mnie ta argumentacja, panie komendancie – rzuciła sucho.

– Przekonywanie i uspokajanie pani nie należy do moich obowiązków – odciął się Buczkowski.

– A co należy?!

– W tym przypadku dbanie o bezpieczeństwo imprezy masowej!

– Ciekawe, jak pan zadba o bezpieczeństwo w sytuacji, kiedy jednostki niebezpieczne ukryją się wśród ludzi, których powinien pan chronić? Myślał pan o tym?!

Filip Bojanowski wykonał tonujący nastroje ruch ręką.

– Spokojnie, pani Anito. Ja uważam, że dla naszego dobra lepiej zaufać panu komendantowi. Logicznie rozumując, kto ma bardziej wiarygodne informacje? Szef wrocławskiej policji czy student dziennikarstwa i pracownik public relations? Proszę spokojnie pomyśleć.

Uśmiechnął się pojednawczo, ale Anita skontrowała go ostrym spojrzeniem.

– Bardziej wiarygodne informacje ma ten, kto lepiej wykonał swoją pracę! – wycedziła.

– Ma mi pani coś do zarzucenia?! – warknął Buczkowski.

– Otóż mam! Opowiadanie bajek, panie komendancie, o skrupulatnym monitorowaniu i przewidywaniu ruchów neonazistów! Skoro macie ich pod lupą, to dlaczego miesiąc temu zdewastowali instalację artystyczną? Jakoś tego ruchu nie udało się wam przewidzieć! – Urwała na sekundę. – A może nie chcieliście go przewidywać?!

– Pani sobie daruje tego typu tanie złośliwości!

– Proszę państwa! – Filip Bojanowski podniósł głos i obie ręce w górę. – Uspokójmy emocje. Jesteśmy na finiszu długiej, trudnej i ważnej misji. W ciągu dwóch miesięcy wspólnymi siłami z planów zwykłej studenckiej popijawy zrobiliśmy dużą imprezę kulturalną. Nasza nerwowość wynika głównie z tego, że jesteśmy zmęczeni, a im bliżej manifestacji, tym bardziej zależy nam, żeby nic nie zakłóciło jej przebiegu. Pani Anito, wraz z panem Wojciechem Krzykowskim i panią Barbarą Świątnicką dokonała pani rzeczy wyjątkowej. Jeszcze nie organizowałem tak dobrze rozreklamowanej imprezy. Jestem pani ogromnie wdzięczny za wykonaną pracę i za poświęcenie. Niestety, właśnie tacy, oddani sprawie ludzie, jak pani, są najczęściej narażeni na tego typu prowokacje.

– A jeśli to nie prowokacja!?

Dłoń Filipa Bojanowskiego, wystawiona niczym indiańskie pozdrowienie, znów zasiała ciszę.

– Kiedy wszyscy dają z siebie wszystko – spokojnym głosem podjął wątek – pracują na sto procent możliwości i wykonują sumiennie należące do nich zadania, to nie ma powodów do zmartwień. Jesteśmy wybitnymi specjalistami w swoich dziedzinach. Musimy ufać sobie nawzajem. Pani pracę łatwo ocenić, bo jej znakomite efekty widzimy już od dawna, ale panu komendantowi także należy się pełne poparcie i zaufanie. Do tej pory spisywał się bardzo dobrze. Ostateczny egzamin jego pracy będzie miał miejsce dopiero w piątek i wierzę, że pan komendant i jego ludzie zaliczą go tak celująco, jak pani ekipa.

Usta Bojanowskiego rozjechały się tak szeroko, że ich kąciki niemalże dotknęły uszu. Anicie nie było do śmiechu, ale sam fakt, że przekazała informację od Wojtka, nieco ją uspokoił. Odpowiedzialność spoczywała teraz na barkach Bojanowskiego i Buczkowskiego. Ona zrobiła wszystko, co mogła.

4.

Redakcja „Korespondenta Wrocławskiego”, 18 marca

Redaktor naczelny „Korespondenta Wrocławskiego”, Dariusz Ostrowski, twierdził, że najlepsze artykuły to te, które łapią czytelnika już samym tytułem i nie puszczają aż po ostatnią literkę puentującego zdania. Choćby świat się walił. Niech się jajecznica przypala, woda w wannie przeleje, dziecko spóźni do szkoły albo niech autobus ucieknie. Nieważne! Czytasz, bo to na pięć minut staje się najważniejsze. Ale żeby tak było, artykuł musi mieć lep. Tu nie ma miejsca na żadną mieliznę ani watę literacką. Tylko ważne informacje i argumenty, ewentualnie jakaś błyskotliwa analiza. Taki właśnie był wysmarowany przez Marcina Farona tekst, który kwadrans wcześniej znalazł się w jego skrzynce. Bóg jeden raczy wiedzieć, skąd ten chłopak wytrzasnął takie informacje. Musiał jakoś dotrzeć do samego źródła, bo fakty były takie, że tekst pod tytułemSerca będą biłyurywał dupę.

O tym, że naziści z grupy Serca Biało-Czerwone będą rozrabiać w trakcie manifestacji Wrocław Otwartym Sercem Europy, wiedziały nawet najmniej rozgarnięte przedszkolaki, ale tego, że zaatakują marsz od środka, nikt by nie przewidział. A nawet jeśli, zostałby pewnie wyśmiany za naiwne bajkopisarstwo. Ale nie Faron. On nie przewiduje, tylko wie na pewno. Jego artykuł został tak naszpikowany argumentami, jakby sam autor był pomysłodawcą akcji „Koń trojański”. Ostrowski skończył drugą lekturę tekstu. Przeszły go ciarki. Jedno wiedział na pewno: trzeba szybko przeskładać gazetę. Wywiad Iwonki z dyrektorem teatru muszą przesunąć na piątą stronę, na pierwszej zostanie tylko zajawka. Tematem numeru będzie zagrożenie piątkowej manifestacji. Takiej kwestii nie wolno marginalizować!

* * *

Dziennikarz Marcin Faron pędził chodnikiem, z trudem mijając wlokących się przechodniów. Przeklinał w duchu swoją niefrasobliwość i zastanawiał się, jak to się dzieje, że całe życie dokądś się śpieszy, a i tak wszędzie się spóźnia. Autobus z Warszawy, o dziwo, wyruszył punktualnie. O dziwo, nie złapał też poślizgu na trasie. Stanął na peronie wrocławskiego dworca PKS, tak jak było zaplanowane, parę minut po ósmej. Gdyby Faron nie poczuł zasysającego go od wewnątrz głodu i nie postanowił wdepnąć na tosta do baru U Witka, nie musiałby teraz pędzić z wywieszonym jęzorem, potrącając Bogu ducha winnych ludzi, bez szans na to, że zdąży. Ale skąd mógł wiedzieć, że U Witka o tej porze będzie kolejka wyłażąca aż poza lokal? Skąd mógł wiedzieć, że przyjdzie mu czekać na tosta ponad pół godziny? Jadł w drodze, ale i to niewiele pomogło. Tost o wielkości połowy bochenka chleba był pyszny, ale stawiał zaciekły opór. Faron klął na oblepiający brodę ser i pieczarki spuszczające się na linach tego sera niczym grotołazi.

Walczył z tostem bite dwadzieścia minut. Zaczął biec, kiedy spóźnienie było ledwie pięciominutowe. Teraz przekroczyło kwadrans. Szlag, spóźnić się do pracy akurat w dniu, kiedy ważą się losy tak ważnego artykułu! Serca będą biły to wynik kilkudniowego śledztwa dziennikarskiego, które zawiodło Farona najpierw do Legnicy, później do Lubina, a na koniec do Warszawy, gdzie Marcin odnalazł wreszcie właściwego człowieka z właściwą wiedzą i wystarczającą chęcią współpracy. Powstał genialny materiał z pierwszej ręki, ale trzeba będzie o niego jeszcze trochę powalczyć. Łamy „Korespondenta” bywają oporne w takich sprawach. Kultura przede wszystkim, sprawy społeczne w drugiej kolejności.

Wpadł do biura redakcji, zdyszany, czując wilgoć na plecach. Momentalnie obsiadły go spojrzenia dziennikarzy, niczym muszki spoconą twarz biegacza. Rednacz Ostrowski demonstracyjnie rozłożył ręce, jakby pytał: „Gdzie ty się podziewasz, chłopaku?”. Marcin omiótł wzrokiem cały zespół. Złapał oparcie najbliższego wolnego krzesła, ustawił je bliżej siedzącej w półokręgu ekipy i usiadł. Redaktor Iwona Wilczek, siostrzenica szefa, demonstracyjnie odwróciła od niego twarz i poprawiła spódnicę.

– Rozmawiamy o twoim artykule – zagaił Ostrowski. – Skąd masz info?

– Dotarłem do gościa… – Faron dyszał, regulując oddech. – …który działał w SBC, ale kilka tygodni temu mu się we łbie poustawiało i odszedł. Wyjechał do Warszawy, bierze ślub i już jest jedną nogą w innym świecie, ale nie pozrywał jeszcze wszystkich kontaktów. Info od niego jest pewne. Nie bał się gadać, bo w przyszłym tygodniu wyjeżdża z rodziną za granicę. Krótko mówiąc, dziewczyna go naprostowała, a teraz spierdalają, byle dalej od starych znajomości…

– Dzwoniłeś na policję? – wtrąciła się Iwona.

– Chciałem, żeby na razie redakcja się z tym zapoznała.

– Masz keczup na brodzie. – Pokręciła głową z dezaprobatą.

– Sorry. – Faron wyciągnął chusteczkę z kieszeni. – Jadłem w biegu.

– Żarty na bok – inicjatywę przejął Ostrowski. – Masz jakieś nagrania tych rozmów?

– Wszystkie rozmowy, jakie przeprowadziłem, są do wglądu, mogę je szefowi przesłać, jeśli jest taka potrzeba.

– Taki materiał to duża odpowiedzialność. Puścimy go jutro, na trójce, z dużą zajawką na jedynce, jako temat numeru.

– Jak to? – Iwona rozłożyła ręce. – A mój wywiad z Janem Klatą?

– Wszystko nam się przesunie, nic nie poradzimy. – Ostrowski podrapał się za uchem. – Klatę damy na czwartej i piątej. Nawet lepiej się tekst ułoży.

Wilczek zacisnęła swoje ładnie wykrojone usta, jakby w obawie, że następne słowa, które z nich wypłyną, mogą okazać się niecenzuralne. Strzeliła zimnym wzrokiem w stronę Farona.

– Myślałam, że mamy profil kulturalny – w jej głosie pojawiła się chłodna obojętność podszyta pretensją.

– Bo mamy, Iwonko – westchnął Ostrowski. – Ale interesuje nas wszystko, co dzieje się w mieście.

– Zawsze skandale mają pierwszeństwo, a kultura jest spychana na margines. To poziom tabloidu!

– Bez przesady – wtrącił się Janek z działu filmowego. – Nie nazwałbym tego skandalem, ale ważnym, gorącym niusem. To może być wiadomość dnia we wszystkich mediach, poza tym jest ściśle związana z marszem, który przecież ma charakter kulturalny. Nie można takich rzeczy przemilczeć.

– Jeśli posiada się takie informacje, to przede wszystkim trzeba to zgłosić na policję!

– Iwonko, zgłosimy. – Ostrowski położył dłoń na ramieniu siostrzenicy. – Dziś wieczorem osobiście skontaktuję się z rzecznikiem policji i wszystko mu przekażę, łącznie z nagraniami Marcina.

– Dlaczego nie teraz?

– Bo teraz mamy dużo roboty…

– Bo teraz ktoś mógłby nam podkraść temat! – Iwona poderwała się z krzesła. – Sądziłam, że tworzymy pismo z pewnymi ambicjami, a nie brukowiec z krwią na pierwszej stronie! To nie tak miało być!

Kilka par oczu odprowadziło ją do drzwi.

– Hiena! – syknęła, mijając Farona.

5.

Redakcja „Korespondenta Wrocławskiego”, 19 marca

Pierwsza strona „Korespondenta” jeszcze nigdy nie wyglądała tak efektownie. Już sam tytuł wiodącego materiału – wytłuszczony napisSerca będą biły,zaprojektowany na wzór narodowej flagi, której dolna połowa spływała krwią – przyciągał wzrok. Pod spodem Krzysiek, redakcyjny spec od fotek, wkleił zdjęcie zamaskowanych bojówkarzy dzierżących w dłoniach płonące race. W tle majaczyła spalona przed kilkoma tygodniami przez „nieznanych sprawców” instalacja artystyczna, jeden z symboli europejskiego porozumienia kulturalnego. Liczący dziesięć tysięcy znaków, naszpikowany informacjami artykuł Farona bił rekordy popularności. Najpierw pociągnął sprzedaż papierowego wydania pisma, a później, gdy okazało się, że tytuł jeszcze przed południem wymiotło z kiosków, redaktor Ostrowski postanowił puścić go w całości na stronie „Korespondent Online”, potrajając tym samym liczbę wejść na portal.

Pierwsze cytaty tekstu Farona w innych mediach pojawiły się już o dziewiątej rano. We fleszu informacyjnym wrocławskiego radia breaking news o zagrożonym marszu pojawił się kilka minut później. Następnie informację podchwyciły lokalne portale. Około dziesiątej wiadomość wyciekła do mediów ogólnokrajowych, gdzie już nie poświęcono tematowi większej uwagi, jako że ciągle wrzało na kijowskim Majdanie. Ze stanem wojennym na Ukrainie nic nie mogło rywalizować. Faron między ósmą a jedenastą rano odebrał dwadzieścia cztery telefony. Nawet nie wiedział, że numer jego komórki posiada aż tylu lokalnych kolegów po fachu.

Sala konferencyjna, komenda policji, 19 marca

Jęki Anity Komar można przemilczeć, ale kiedy dzwoni redaktor naczelny gazety, nawet tak śmiesznej i nieważnej jak „Korespondent”, trzeba wykonać jakiś ruch. Wiadomość o tym, że w środę rano ukaże się artykuł Serca będą biły, dotarła do komendanta Krzysztofa Buczkowskiego we wtorek wieczorem. Dwa szybkie telefony załatwiły sprawę. Na dziewiątą piętnaście zwołano konferencję prasową. Zanim ktokolwiek zdąży przeczytać te wypociny, oni już wszystko wytłumaczą, sprostują, uspokoją. Nie ma się czego bać. Wrocławska policja poradzi sobie z „Koniem trojańskim”, kimkolwiek albo czymkolwiek by nie był.

Na konferencji stawili się we dwóch – komendant Krzysztof Buczkowski i rzecznik prasowy, aspirant sztabowy Marek Kucz – naprzeciw kilkudziesięciu dziennikarzy. Dawno nie mieli takiej frekwencji. Niewielka sala konferencyjna była nabita dziennikarzami po same brzegi. Jak rzadko kiedy zjawiła się nawet ekipa telewizyjna. Lampy rozgrzewały twarze funkcjonariuszy do czerwoności, aż pot lśnił na ich skroniach. Flesze oślepiały, mikrofony wycelowano niczym karcące palce wskazujące. Oto czwarta władza domaga się skrawka prawdy. Buczkowski nie lubił dziennikarzy, działali mu na nerwy samym faktem istnienia.

– Dzień dobry! – zaczął Kucz, przebijając się przez nieustający szelest fotograficznych fleszy. – Witam państwa na konferencji prasowej komendanta policji, Krzysztofa Buczkowskiego. Jak wiadomo, pojutrze odbędzie się wielki marsz studentów, któremu od kilku tygodni towarzyszy pewien niepokój opinii publicznej. Wrocławianie boją się o bezpieczeństwo manifestujących. Nie bezpodstawnie, ale chcemy zapewnić, że niepotrzebnie. – Uśmiechnął się nerwowo i rzucił okiem na Buczkowskiego. – Najnowsza historia nauczyła nas, że tego typu manifestacje często kończą się rozróbami i że jest to okazja do zwarcia dwóch przeciwstawnych sił. Jutrzejszy marsz pod hasłem Wrocław Otwartym Sercem Europy rzeczywiście jest imprezą o podwyższonym stopniu ryzyka, ale chcemy państwa zapewnić, że w naszym mieście dawno nie było tak dobrze zaplanowanej i zabezpieczonej imprezy.

Kiedy przerwał, kilka dziennikarskich rąk wyskoczyło do góry.

– Na pytania jeszcze przyjdzie czas, teraz chciałbym oddać głos panu komendantowi.

Krzysztof Buczkowski wyprostował się i przysunął do stołu. Przez salę przebiegły piskliwe dźwięki sprzężeń mikrofonów. Znów błysnęły flesze.

– Dzień dobry państwu! – Buczkowski skinął niezauważalnie głową, omiatając wzrokiem zebranych. – Tak jak powiedział rzecznik, aspirant Kucz, jutrzejszy marsz jest w pełni bezpieczny i będzie jak najlepiej przez nas chroniony. Dla państwa to chyba niezbyt dobra informacja. – Uśmiechnął się złośliwie. – Być może będzie po prostu nudno i nic ciekawego nie będzie dało się napisać. Tak czy inaczej, wszyscy wrocławianie, nie tylko maszerujący studenci i ludzie z organizacji Otwarty Wrocław…

– Wrocław Otwartym Sercem Europy – poprawił go Kucz.

– Tak… ale też wszyscy inni wrocławianie są jutro mile widziani na rynku. Zapewniam, że będzie to bezpieczne wydarzenie.

– Skoro wszyscy są mile widziani – wyrwał się jeden z dziennikarzy – to narodowcy z SBC chyba też?

Salę ogarnęła konsternacja. Przetoczyła się fala śmiechów i ironicznych komentarzy.

– Prosimy o spokój! – odezwał się Kucz. – Czy to jest pytanie?

Jeden z dziennikarzy, siedzący w pierwszym rzędzie, podniósł rękę i wstał z krzesła.

– Jak się pan ustosunkuje do rewelacji „Korespondenta”? Chodzi mi o akcję „Koń trojański”?

– To nie są dla nas żadne rewelacje. – Buczkowski zmarszczył brwi, chcąc nadać twarzy jeszcze więcej powagi i wiarygodności. – Wiemy o planach SBC i o tak zwanym koniu trojańskim już od… – Spojrzał pytająco na Kucza, aby ustalić wspólną wersję. – …od kilkunastu.

– Od kilku tygodni. – Rzecznik potwierdził kiwnięciem głowy.

– Tak że te, jak pan to nazwał, rewelacje, to dla nas żadna nowina.

Dziennikarz z trzeciego rzędu pomachał długopisem i wskazany przez Kucza, wstał.

– No tak – zaczął – ale to, że panowie o tym wiedzą, niewiele wyjaśnia. Jesteśmy ciekawi, jakie kroki zostały podjęte, aby udaremnić ludziom z SBC uczestnictwo w marszu?

Buczkowski przełknął ślinę głośniej, niż by chciał.

– Nasi ludzie zostaną oddelegowani także na miejsca zbiórek – odparł. – Marsz wyrusza z dziedzińców sześciu uczelni, będziemy monitorować manifestację od samego początku, a nie, jak wcześniej planowano, od wejścia na rynek.

– Czy to rozwiąże problem?

– Tak, ale oczywiście liczymy na współpracę szczególnie opiekunów marszu. To na nich spoczywa największa odpowiedzialność. Apeluję w tym miejscu, aby wszystkich uczulić i zmobilizować do informowania policji o ewentualnym zjawieniu się na miejscach zbiórek ludzi niezwiązanych z uczelnią. To klucz do pełnego bezpieczeństwa. Chociaż przyznam szczerze, że wątpię, aby ktokolwiek z SBC próbował się wmieszać w tłum. Akcja „Koń trojański” brzmi ciekawie, ale tylko jako plotka albo artykuł w gazecie. Po naszym szczegółowym rozpoznaniu jestem przekonany, że w praktyce jest to plan niewykonalny.

– Może pan z lewej. – Kucz wskazał kolejnego dziennikarza.

– Czy jest jakiś plan awaryjny? Gdyby okazało się, że neonaziści jednak przeniknęli przez wasze zabezpieczenia.

Pytanie zasiało kilkusekundową ciszę przerywaną tylko strzałami lamp i szuraniem krzeseł. Ktoś zakasłał. Buczkowski wiedział, że milczy zbyt długo.

– Oczywiście – powiedział. – Ale muszą państwo zrozumieć, że nie możemy grać w otwarte karty. Mamy opracowane mechanizmy zachowań w razie kilku różnych hipotetycznych sytuacji zagrożenia, ale niech fakt, że to tajemnica, będzie naszym kolejnym atutem.

„Geniusz!” – skwitował w duchu Kucz. W górze pojawiło się kilka dłoni i uniesionych długopisów.

– Ostatnie pytanie. – Kiwnął głową w stronę reportera radiowego z wielkim włochatym mikrofonem.

– Skąd wypłynął przeciek o planach SBC?

– Monitorujemy działania tej bojówki od kilku miesięcy, to nie pierwszy raz, kiedy przewidujemy ich ruchy.

– Ale miesiąc temu nie udało się zapobiec dewastacji instalacji artystycznej i napaści na szefa galerii.

– A skąd pan wie, że to robota ludzi z SBC? – odparował Buczkowski.

– Wszyscy wiedzą, tylko nie policja.

Buczkowski najpierw stężał, ale w porę poradził sobie z zalewającą go furią. Obszerny, kpiący uśmiech rozlał mu się na zaczerwienionej twarzy. Zaraził nim Kucza i kilku dziennikarzy, którzy nie wiedzieli, z czego się śmieją, ale zawładnęła nimi atmosfera chwilowego rozluźnienia. Ktoś w pierwszym rzędzie głośno chichotał, komentując coś chaotycznie.

– Trochę wiary we wrocławską policję! – Buczkowski z żartobliwym politowaniem kiwał głową.

Dwóch dziennikarzy z dalszych rzędów przekrzykiwało się wzajemnie, próbując kontynuować temat.

– I tym optymistycznym hasłem zakończymy na dziś! – Kucz oparł się dłońmi na blacie.

Jego słowa najpierw wywołały chaotyczny szelest niezadowolenia i sprzeciwu, jakby kilkanaście kropel spadło na dopiero co wygaszone ognisko. Po sekundzie, gdy Buczkowski i Kucz podnieśli się z krzeseł, nie dając szans na dalszą rozmowę, rozpętała się burza pytań i sprzeciwów, wspierana szelestem lamp błyskowych.

Niewzruszeni opuścili salę konferencyjną.

6.

Księgarnio-winiarnia Cocofli, 19 marca

Kilka regałów upchanych po brzegi książkami tworzyło klimat w skąpo oświetlonym lokalu. Bezpretensjonalna mieszanka inteligencji, artystowskiej elity i studenckiej spontaniczności wisiała w powietrzu niczym papierosowy dym. Z głośników płynęły piosenki z płyty Seala. Anita sączyła drugi kieliszek wina, prawie nie spuszczając wzroku z Wojtka. Domyślała się, że to trochę niezręczne, tym bardziej że przy stoliku siedziała też Basia, ale to było silniejsze od niej. Wciąż nie mogła się nadziwić, że dwudziestotrzyletni mężczyzna może być tak dojrzały. Kiedy pierwszy raz zobaczyła go na korytarzu uczelni, przeszło rok temu, pomyślała, że to nowy wykładowca. Później, gdy trafił na jej zajęcia, długo i nie zawsze dyskretnie mu się przyglądała, próbując ustalić jego wiek. Nie był bardzo wysoki, ale miał posturę dobrze zbudowanego faceta w średnim wieku i gęsty, ładnie przystrzyżony zarost. Przypominał tych wszystkich normalnych mężczyzn – przystojniaków z lat osiemdziesiątych. Nie kafarów na sterydach, spitych piwem, „ciężarnych” babochłopów ani zniewieściałych pseudoamantów, którzy zalali ulice w połowie lat dziewięćdziesiątych. Po prostu normalny, przystojny samiec. Taki trochę old-fashioned man.

Gdyby był wykładowcą, tak jak początkowo sądziła, bez trudu by się przełamała. Zaprosiłaby go na kawę przy pierwszej okazji. Ale student? Długo miała zagwozdkę. Nawet w dzisiejszych, liberalnych czasach to ryzykowna, niezręczna sytuacja. Prowadziła zajęcia z jego grupą tylko przez jeden semestr. Przez bite trzy miesiące wahała się, czy w ogóle podejmować jakieś kroki. Z każdym kolejnym wykładem coraz staranniej dobierała garderobę. Pod koniec roku zdała sobie sprawę, że zaczęła się dla niego pindrzyć. Miała nadzieję, że zainteresowanie Wojtkiem Krzykowskim przejdzie, ale ono nie przeszło, wręcz przeciwnie – samoistnie przeistoczyło się w zauroczenie. Wojtek okazał się najaktywniejszym i najzdolniejszym studentem, z jakim do tej pory pracowała. Imponował odwagą, inteligencją i pomysłowością. Był dowcipny i błyskotliwy. Kilka wykładów opierało się głównie na ich dyskusji, ale Wojtek znał też umiar. Potrafił milczeć, kiedy wymagała tego sytuacja.

Zajęcia wieńczył egzamin. Wtedy spanikowała, że może już Wojtka więcej nie spotkać. Postanowiła go oblać. Krok absurdalny i desperacki, ale Wojtek umiał czytać między wierszami i podjął tę grę. Umówili się na poprawkę w jej w domu w Gałowie, pod nieobecność męża. Tam Wojtek najpierw zaliczył zasady public relations na pięć, a później zaliczył samą Anitę. Celująco. Dalej poszło już z górki. Romans i owocna współpraca. Posypały się wspólne inicjatywy, zlecenia i misje PR-owe. Same sukcesy. Powodów do nocnego świętowania nie brakowało. Zaiskrzyło na poważnie. Związek kwitł, za rogiem czaiła się miłość. Tylko ten nieszczęsny staż w Londynie, który mógł jej zabrać Wojtka na cały rok. I pomyśleć, że sama pomagała mu go załatwić! „Nazywanie się w duchu idiotką nic już nie pomoże. Mleko się wylało, Wojtek ma zaklepane mieszkanie w Earls Court i bilet lotniczy na czerwiec. Cholera, wcale mi się to nie podoba…

– Pojawi się pani na marszu? – z zadumy wyrwał ją głos Basi.

– Raczej nie. W piątek jadę do Warszawy.

– Niedobrze. – Wojtek odstawił kieliszek. – Po marszu planujemy większą imprezę w Filmidle. Chcemy się wreszcie odstresować i zresetować.

– Nie idziecie na Wyspę Słodową?

Wojtek i Basia zgodnie pokręcili głowami.

– T.Love, Kult i Pidżama Porno to nie nasze klimaty. – Basia rzuciła porozumiewawcze spojrzenie Wojtkowi.

Anita oparła nonszalancko twarz na dłoni. Palcami drugiej ręki nieświadomie pieściła smukłą nóżkę kieliszka. O klimatach Wojtka, także tych muzycznych, wiedziała wszystko.

– No tak – mruknęła, łapiąc zmieszany nieco wzrok swojego kochanka. – Wojtek woli Muse.

– I Arcade Fire – wtrąciła Basia.

– Dzisiaj najbardziej lubię Saurusa. Dawno nie piłem tak dobrego wina.

Wstał i podszedł do baru, by zamówić drugą butelkę. Anita marzyła, żeby mogli wypić ją już tylko we dwoje. Uśmiechnęła się do Basi i pierwszy raz pomyślała, że to naprawdę ładna dziewczyna. W ciągu ostatniego roku zrobiła olbrzymie postępy. Z zahukanej i chyba trochę zakompleksionej nastolatki przekształcała się w atrakcyjną młodą kobietę. Na pierwszym roku prawie się nie odzywała. Na egzaminach trzeba ją było niemalże ciągnąć za język, żeby wydobyć z niej wiedzę, którą zwykle przecież posiadała. Anita zastanawiała się, co taka dziewczyna robi na dziennikarstwie, ale szybko znalazła odpowiedź – prowokuje przełamanie. Basia Świątnicka reprezentowała grupę tak zwanych brzydkich kaczątek, które w pewnym okresie życia rozcinają krępujący kokon, wyłażą z niego, by odważnie robić rzeczy wielkie i wyjątkowe. Pięknieją w oczach. Niewątpliwie drzemał w niej duży potencjał. Wojtek miał nosa, wpadając na pomysł włączenia jej do projektu.

Wojtek pojawił się przy stoliku, a wraz z nim butelka wina.

– Mnie już nie lej. – Basia zasłoniła kieliszek. – Będę się zbierać.

– No co ty?

– Mówiłam ci, że babcię dopadła jakaś grypa. Nie chcę, żeby długo siedziała sama. Będzie się martwić.

– Pewnie już śpi.

– Nie kiedy jest chora. Odbijemy sobie w piątek.

Wojtek dolał sobie i Anicie. Jego twarz wykrzywił grymas rozczarowania. Chyba nie tak wyobrażał sobie ten wieczór. Oparł się łokciami o stolik i chwilę milczał, wpatrując się w regał z książkami.

– Odprowadzę cię chociaż.

– Nie chcę wam psuć całego spotkania. – Basia uśmiechnęła się szeroko. – Za dziesięć minut mam ostatni autobus, tu, niedaleko.

Sięgnęła po torbę leżącą na wolnym krześle. Nachyliła się nad stolikiem, żeby uścisnąć dłoń Anity. Wojtek podszedł do wieszaka i podał jej płaszcz. Długo owijała się szerokim, grubym szalem.

– No i gdzie ta wiosna? – zażartowała.

– Jak zwykle spóźniona. – Anita z uśmiechem sięgnęła po kieliszek.

– Do zobaczenia, pani Anito! – Basia raz jeszcze pomachała wykładowczyni, ta zrewanżowała się tym samym gestem.

Wojtek wyszedł z Basią przed lokal. Najwyraźniej musieli coś jeszcze omówić. To nie było lakoniczne pożegnanie. „Dużo uwagi jej poświęca” – skonstatowała Anita. Obserwowała ich przez szybę, kręcąc delikatnie kieliszkiem. Upiła solidny łyk, poczuła chłód w gardle, a następnie w żołądku. Smutek. Jakiś nieokreślony smutek wlał się w nią razem z argentyńskim saurusem. Nie, to nie kwestia wina. Pomyślała o Wojtku i o sobie. Siedemnaście lat różnicy między nimi to jednak bardzo dużo. Nawet jeśli wszystko się ułoży, to czeka nas góra cztery, może sześć lat zgodnego, szczęśliwego życia. Mężczyźni koło trzydziestki zwykle pragną dzieci. Gdy Wojtek będzie miał trzydziestkę, u niej na horyzoncie pojawi się pięćdziesiątka i raczej wizja menopauzy niż ciąży. Niedobrze. Ta metryczna matematyka, która jeszcze kilka miesięcy temu ją podniecała, teraz zaczynała przerażać. Wojtek niepostrzeżenie wrócił do stolika. Razem z nim przyfrunął chłód wilgotnego wieczoru. Nie potrafiła się do niego uśmiechnąć. Jego twarz też była raczej pochmurna.

– Chcę żebyś to dobrze zarchiwizowała. – Podał jej złożoną na cztery kartkę. – To kwit od notariusza.

Dłuższą chwilę nie wiedziała, o co chodzi. Rozwinęła papier i omiotła go wzrokiem.

– Zdecydowałeś się jednak.

– Licho nie śpi.

– To pewnie nie będzie potrzebne. – Zwinęła kartkę i schowała do torby. – Ale myślę, że dobrze zrobiłeś. Nigdy nic nie wiadomo, a szkoda by było, gdyby ktoś ci ukradł tę książkę.

Złapała kieliszek i znacząco uniosła do góry.

– Życzę ci – rzekła oficjalnie – żebyś jeszcze w tym roku znalazł dobrego wydawcę i odniósł wielki sukces. To naprawdę błyskotliwy tekst! Za twoją książkę!

– Naszą – zaznaczył. – Nie zapominaj, że to także praca Basi.

Wypili. Łagodne wino z trudem przecisnęło się przez przełyk Anity. Jakby zamiast wina łykała wielki, twardy kartofel.

– Dużo czasu ostatnio spędzasz z Basią. – Jej słowa zasiały ciężką ciszę.

Seal śpiewał o miłości, a nad stolikiem zawisł nieokreślony jeszcze konflikt. Wojtek leniwie przesuwał kieliszek po stole.

– Chcę być z tobą szczery – westchnął. – Zasługujesz na to.

Anita wyprostowała się i zaplotła ciasno ręce na piersi. Starała się nie pokazać, jak bardzo zaniepokoił ją ten wstęp.

– Zabieram Basię do Londynu.

– No i dobrze, niech dziewczyna pozna trochę świata.

– Chcemy być razem.

Kilka szybkich, sprawnych ruchów sprawiło, że pół kieliszka wina w jednej chwili znalazło się w jej ustach. Z trudem je przełknęła. Oparła się łokciami o stolik i na chwilę ukryła twarz w dłoniach. Myśli chaotycznie wirowały w głowie, jak stado rozwścieczonych os.

– Dlaczego? – wyszeptała.

– Nie wiem, to się po prostu stało. Miłość ma już to do siebie, że się po prostu pojawia.

– Boże, przecież to jeszcze dziecko!

– Ma dwadzieścia dwa lata.

„No tak… – pomyślała – dla mnie potencjalnie córka, dla niego naturalna partnerka. Na co ja, kurwa, liczyłam?!”.

– Co będzie z nami?

W oczach Wojtka pojawiło się zmieszanie. Uciekł wzrokiem na ściany, a później w gąszcz książek na regałach, jakby szukał wśród nich właściwych słów. Nie ma żadnych „nas”, chciał powiedzieć.

– Nigdy mnie nie kochałeś. – Do mózgu Anity wtargnęła przykra, niechciana świadomość. – Boże, jaka ja byłam głupia!

– Daliśmy sobie coś więcej niż miłość – w głosie Wojtka pojawiła się irytująca łagodność. – Daliśmy sobie siły w trudnych okresach.

Złapała butelkę i wlała sobie pełny kieliszek, który prawie natychmiast opróżniła.

– Nie lubię, kiedy rzeczy bezpośrednio mnie dotyczące dzieją się za moimi plecami!

– Jestem szczery, nigdy niczego nie ukrywałem.

– Jak długo to trwa?

– Kilka tygodni.

Zmrużyła oczy i spojrzała teatralnie w stronę sufitu, jakby wisiał tam wielki kalendarz.

– Czyli ile razy mnie rypałeś, wyobrażając sobie Basię? Cztery, pięć?

– Nie lubię, kiedy jesteś wulgarna. A sypiając z tobą, zawsze myślałem tylko o tobie albo…

– Albo?

– Albo o twoim mężu, który w każdej chwili mógł wejść z bronią w ręku i wyrazić swoją opinię na temat tego, co się wyprawia w jego sypialni.

Wino przejmowało kontrolę nad jej stanem emocjonalnym. Zbliżała się histeria.

– Myślałam, że cię to kręci! – parsknęła.

– Takie rzeczy kręcą na krótką metę.

– Myślałeś, że odejdę od Janka?

– Nie wiem, to już nieważne.

– To już nieważne! – przedrzeźniła go, przeczesując włosy. – Czyli przeszłam do historii, przeniosłeś mnie do archiwum pod hasło „dupy zaliczone”. Ilu twoich kumpli już wie, że mnie zaliczyłeś? Teraz to już w ogóle będą cię mieli za półboga!

– Obrażasz mnie.

Wino wzburzyło się w jej żołądku. „Albo się porzygam, albo poryczę” – pomyślała. Łzy napłynęły do oczu, wypełniając je po same brzegi. Obraz Wojtka zamazał się.

– Obrażam cię? – wyszeptała. – A co ty mi robisz? Jak to nazwać?

– Odchodzę. Najdelikatniej jak potrafię.

Łzy przebiły się przez powieki i zawisły ciężko na rzęsach.

– Nie pozwalam – poruszyła bezgłośnie ustami.

– Nie przypuszczałem, że się aż tak zaangażujesz. Sądziłem, że układ jest prosty. Przyjaźń, współpraca i seks. Nic więcej. Nie było mowy o miłości, przecież żadne z nas czegoś takiego nie oczekiwało ani nie okazywało.

– Ach, tak? – Pokiwała nerwowo głową. – To ja ci teraz okażę z podwójną siłą, jak mi zależało, jak kochałam i jakie były moje oczekiwania. Bo myślałam, że mam do czynienia z inteligentnym, spostrzegawczym facetem, a nie debilem, któremu trzeba wszystko wyłuszczać jak krowie na rowie! Nie pozwolę się traktować jak kolejną dupę do zaliczenia!

Głos jej się załamał. Gwałtownie przechyliła kieliszek. Chwyciła torebkę i wstała. Dyskretnie przetarła wilgoć spod oka, niechlujnie narzuciła płaszcz na plecy i wymaszerowała z winiarni. Nie czuła na sobie wzroku Wojtka. On patrzył tępo na regał z książkami.

7.

Redakcja „Korespondenta”, 20 marca

Marcin Faron miał pracowity poranek. Przed ósmą zameldował się w siedzibie wrocławskiego radia jako jeden z gości audycji poświęconej zbliżającej się manifestacji Wrocław Otwartym Sercem Europy. Długo opowiadał o swoim śledztwie dziennikarskim i planie „Koń trojański”, a także o narastających problemach związanych z dolnośląskim środowiskiem oficjalnie zwanym „narodowym”, a nieoficjalnie „neonazistowskim”. W ciągu kilku dni wyrósł na wiarygodnego specjalistę od tego tematu. Wychodząc z radia, czuł satysfakcję. Towarzyszyło mu przekonanie, że zrobił coś wartościowego. „Właśnie dla takich historii uprawia się dziennikarstwo” – pomyślał i momentalnie stracił humor. Redakcja „Korespondenta” to chyba nie było miejsce dla niego. Ta myśl kwitła w nim od kilku tygodni, jak złośliwy, rozprzestrzeniający się chwast. Rozpoczął pracę we Wrocławiu cztery miesiące temu, mając nadzieję, że całkowicie pochłonie go temat wrocławskiej kultury. Chciał się zaangażować. Po to tu przyjechał. By uczestniczyć w narodzinach nowej siły na kulturalnej mapie Europy.

Jeszcze pół roku temu wierzył, że Wrocław niebawem może stać się nowym Berlinem, a w dalszej przyszłości może nawet Paryżem Europy Środkowej. Teraz śmiał się sam z siebie i ze swoich naiwnych oczekiwań. Już po kilku tygodniach dopadła go przykra konstatacja. Wrocław pod względem życia kulturalnego przegrywa nawet z Warszawą i Krakowem, a o równorzędnej rywalizacji z europejskimi tuzami nie ma co marzyć. Szybko też wyleczył się z wiary, że nadchodzące święto – Europejska Stolica Kultury – może pod tym względem coś zmienić. Odniósł wrażenie, że oprócz wojenek o unijne pieniądze i nieustannych starć światopoglądowych z neonazistami, którzy z samego założenia mają w dupie europejską kulturę, nie dzieje się tu nic ciekawego. Inicjatywy twórcze, kreatywne i progresywne można policzyć na palcach dwóch rąk. No, może trzech. Ale to i tak kropla w morzu potrzeb, bo jakość tych przedsięwzięć zwykle bardziej pasowała do kółek zainteresowań na poziomie liceum plastycznego niż poważnej, wartościowej sztuki.

Nawet nie wiedział, kiedy zaczął dryfować w stronę tematów społeczno-obyczajowych i cicho marzył o jakimś większym kryminale. Wolał drążyć różnorodne konflikty i pisać o rozdarciu między postnowoczesną eurokulturą a młodzieżowym środowiskiem konserwatywno-narodowym, niż grzebać w chaotycznym pseudoartystowskim śmietniku. Najpierw wykrył przekręt przy jednym z przetargów, a później wziął pod lupę wrocławskie podziemie neonazistowskie. Oba reportaże biły rekordy popularności, podwajając zarówno sprzedaż papierowej wersji „Korespondenta”, jak i liczbę wyświetleń strony internetowej. Wrocławską kulturę poważnie zaniedbał, a jego tematy z coraz większym trudem mieściły się w profilu pisma skupiającego się przecież na kulturalnym życiu miasta. Cóż począć, skoro czytelnik woli życie niekulturalne?

Otworzył drzwi redakcji, starając się odpędzić złe myśli.

– Dobrze, że jesteś – przywitał go redaktor Ostrowski. – Dzielimy tematy na przyszły tydzień. Masz coś na oku?

Wszedł do biura. Położył torbę na wolnym krześle, a sam oparł się o biurko.

– Ale miej litość… – Iwona siedziała z parującym kubkiem kawy. – …i nie wyskakuj z kolejnym śledztwem dziennikarskim. Może byś wreszcie zrobił ten materiał o Oceanie?

Puścił jej uwagę mimo uszu.

– Mam niezły tekst o profesorze Dorobku. Będzie tydzień, jak kopnął w kalendarz. To ciekawa postać, należy mu się jakiś większy tekst podsumowujący. Sporo zrobił dla środowiska dziennikarskiego i uniwersyteckiego we Wrocławiu. Ta jego uczelnia, EWSDiK, to zjawisko na skalę krajową.

– Fakt. – Ostrowski pokiwał głową z aprobatą. – We wtorek był pogrzeb, mogliśmy tam kogoś wysłać. Znałeś go osobiście?

– Miałem z nim zajęcia na uniwerku w Wawie. Strasznie wymagający nerwus. U niego trzy plus to był maks.

– Skąd się wziął we Wrocławiu? – Janek z działu filmowego oderwał się na moment od klawiatury.

– Jakieś pięć lat temu został rektorem tej szkoły. Przyjechał tu razem z żoną i postawili tę uczelnię na nogi. Teraz ona ma apetyt na fotel rektora. I to jest mój drugi pomysł na przyszły tydzień. – Faron odepchnął się od biurka, podszedł do krzesła i wyjął plik papierów z torby. – Moim zdaniem to megatemat. Na EWSDiK właśnie rozpoczyna się kampania wyborcza. Rzecz bez precedensu.

– Boże, tylko nie to! – Iwona Wilczek demonstracyjnie ukryła twarz w dłoniach. – Przecież to już prawie polityka.

– A ja się będę upierał, że to ciekawe! EWSDiK to w tej chwili jedna z najważniejszych uczelni dziennikarskich w kraju, może nawet edukacyjna wizytówka Wrocławia. To, kto obejmie tam władzę, może być bardzo ważne dla miasta.

Ostrowski wykonał zachęcający ruch ręką.

– Mów dalej.

– Do walki stanęły dwie kobiety – kontynuował Faron. – Wdowa po profesorze Dorobku, Julia Dorobek, i profesor Elżbieta Kruk. Ciekawostką jest, że Dorobkowa w programie wyborczym twierdzi, że planuje zmiany na uczelni, a ta druga, Krukowa, reklamuje się jako jedyna osoba, która może wiernie kontynuować liberalną myśl Dorobka. No i tu się zaczyna kryminał, bo babki walczą jak dwie lwice, mają swoich klakierów, a w tle majaczy duch profesora. Dorobkowa zarzuca Krukowej krótkowzroczność i ślepą, poddańczą miłość, jaką podobno darzyła jej męża. Twierdzi, że nie będzie w stanie przeprowadzić uczelni przez czas kryzysu i niżu demograficznego. Krukowa z kolei krytykuje rewolucyjne zapędy Dorobkowej i śmieje się z jej tytułu. Wdowa po rektorze, mimo zbliżającej się sześćdziesiątki, jest zaledwie doktorem habilitowanym, i to świeżo upieczonym. Habilitowała się teraz, na początku roku, po kilkuletniej kwarantannie spowodowanej plagiatem. W dwa tysiące ósmym albo dziewiątym, kiedy Dorobkowie zarządzali uczelnią w Katowicach, odebrano jej tytuł po tym, jak kilku studentów udowodniło, że jej praca habilitacyjna to zrzynka z ich referatów. O profesurze może chwilowo tylko pomarzyć, ma za mało publikacji. A jakby tego wszystkiego było mało, za Krukową ciągnie się od kilku miesięcy smród obyczajowy, bo okazało się, że uwiodła żonatego wykładowcę. Gość już jest po rozwodzie… Ptaszki ćwierkają, że romansowała też z samym Dorobkiem. Reasumując: mamy dwie chorobliwie ambitne kobiety, agresywne megalomanki o przywódczych zapędach i bogatej kartotece. Będzie ciekawie.

Faron odłożył notatki i rozejrzał się po biurze, spoglądając w oczy współpracownikom. Iwona Wilczek ze skwaszoną miną sączyła kawę, Janek słuchał jednym uchem, oczy pochłonięte miał lekturą artykułu o Kirsten Dunst, a Krzysiek i Marta kiwali ostrożnie głowami z niepewną aprobatą.

– Jest tu jakiś potencjał – odezwał się Ostrowski. – Podjedź w przyszłym tygodniu na EWSDiK i spróbuj z nimi pogadać. Jeśli same dadzą się pociągnąć za język, to wchodzimy, ale jeśli masz pisać tylko suche relacje z ich oficjalnych debat, to lepiej sobie darować, bo to mielizna. Iwona, co ty na to?

– Znacie moje zdanie. – Wzruszyła obojętnie ramionami. – Dla mnie to poziom tabloidu zmieszany z „Newsweekiem” w słabej formie. Ale w dziale miejskim się to zmieści. Niestety. Wróćmy do tematu z wczoraj, bo Marcin chyba nawet nie wie, jaki jest plan.

Odstawiła pusty kubek i wstała, by podejść do komputera. Myszka pod jej palcami zaczęła energicznie pływać po blacie. Trzy, cztery kliknięcia. Voilà. Twarz jej się rozjaśniła. Odsunęła się, robiąc miejsce Faronowi.

– Co to jest? – Marcin wbił wzrok w ekran.

– Makieta roboczej wersji portalu wiedzy o kulturze Wrocławia. Nazywa się Wrocyklopedia. Do czerwca musimy z tego zrobić kompletną encyklopedię. Film, muzyka, teatr, opera, malarstwo, literatura – wszystko, co jest chociaż trochę związane z Wrocławiem i okolicami musi się tu znaleźć. Mamy cztery miesiące.

Świdrowała go spojrzeniem, w którym panoszyło się jakieś ciche wyzwanie. Jakby mówiła o ambitnej mission imposible.

– Cztery miesiące? – Faron wzruszył ramionami. – Zrobimy to w cztery tygodnie.

– Nie bądź taki pewny! – Jej głos z trudem przebił się przez salwę śmiechu dziennikarzy, wywołanego reakcją Marcina. – Tego nie jest tak mało, jak mogłoby się wydawać.

– Jasne!

– Tak czy inaczej – wtrącił się Ostrowski, uciszając śmiechy – dostaliśmy na to pieniądze od miasta i musimy to zrobić. Ustaliliśmy, że nie dzielimy się działami. Wszyscy robią wszystko, bo tego faktycznie jest za dużo, żeby jedna osoba ogarnęła cały dział.

– To jest robota dla jednej osoby. – Faron klapnął na krześle. – Co to za problem opisać tych trzech, czterech wrocławskich pisarzy, dwóch reżyserów na krzyż, kilku aktorów… Znaczących muzyków chyba wcale tu nie ma. Praca na miesiąc dla rozgarniętego stażysty.

– Typowe sceptyczne podejście do tematu! – odpyskowała Iwona. – Jesteś z nami od czterech miesięcy, chyba najwyższy czas, żebyś trochę rozeznał się w temacie, którym chcesz się zajmować!

– Wierz mi, przekopałem temat na kilka różnych sposobów i, niestety, nie widzę tu żadnego drugiego dna.

– Może zbyt płytko kopiesz?!

– A może nie ma za czym kopać?!

Niepostrzeżenie podnieśli głosy do granicy krzyku.

– Coraz bardziej mi się wydaje, że Marcin chce nam tu zrobić typowy dziennik miejski – Iwona spokojniejszym tonem zwróciła się do Ostrowskiego. – Te zapędy dziennikarsko-śledcze trzeba ukrócić. Nie ten adres!

– Ja z kolei uważam, że skoro w kulturze nie dzieje się tak dużo i tak ciekawie, jak sądziliśmy, to powinniśmy przechylić profil w stronę spraw społeczno-obyczajowo-politycznych. Trzeba być elastycznym. Zbyt często na siłę podejmujemy tematy kulturalne, które nikogo nie obchodzą, a i jakość opisywanych zjawisk artystycznych pozostawia sporo do życzenia. Celuje w tym właśnie Iwona. To raczej takie podejście należałoby ukrócić. Szkoda miejsca na łamach dla pseudoartystów!

– Ty chyba pomyliłeś redakcje! – Iwona poderwała się z krzesła. – On sieje defetyzm! – krzyknęła z wyrzutem do Ostrowskiego. – Kto ma wierzyć w kulturę, jeśli nie my?!

– Spokojnie! – tonował nastroje Ostrowski.

Iwona miotała się nerwowo po biurze redakcji. Wsunęła dłonie do kieszeni obszernych bryczesów, jakby bała się, że lada moment zaciśnie pięści i zacznie bić.

– Nic na siłę! – skontrował Faron. – Nie zamierzam uparcie wierzyć w coś, co moim zdaniem nie przedstawia żadnej wartości, tylko dlatego, że pracuję w piśmie, które ma kulturę w profilu. Trochę rozsądku!

– Zarzucasz mi brak rozsądku?! – Nachyliła się nad Marcinem. – Jako jedyna w tej redakcji pamiętam, po co tu jesteśmy!

– Chyba źle rozumiesz swoje zadanie! – Faron znów podniósł głos. – My tu nie jesteśmy od promocji kultury, my ją mamy oceniać!

– Niestety oboje macie sporo racji! – wtrącił się Ostrowski, ściągając na siebie spojrzenia Farona i redaktor Wilczek. – Iwona powinna przeprowadzać ostrzejszą selekcję tematów, ale w tobie, Marcin, rzeczywiście włączył się jakiś niepokojący sceptycyzm, żeby nie powiedzieć – krytycyzm. Oboje musicie zmienić nastawienie. Już pal licho, że wszyscy mają serdecznie dosyć waszych sprzeczek, ale przede wszystkim pismo cierpi.

– Od kiedy wszyscy muszą mieć takie samo zdanie? – strzelił Faron.

– Właśnie – poparła go Iwona. – Nigdy nie jest tak, że panuje ogólna zgoda.

Redaktor Ostrowski rozejrzał się demonstracyjnie po pomieszczeniu, z przesadnym, aktorskim zdziwieniem, wzbudzając ogólną wesołość.

– Iwona i Marcin po jednej stronie barykady! – Parsknął. – Święto lasu!

– Zapamiętajmy ten moment, bo nie wiadomo, kiedy znów się powtórzy! – rzuciła Marta.

– Trzeba im pamiątkową fotę cyknąć!

Chichotali dłuższą chwilę. Wszyscy oprócz Farona i redaktor Wilczek.

– Co robimy z portalem Wrocyklopedia? – spytała sucho Iwona, nie łapiąc dowcipu.

Ostrowski podszedł do niej i objął ją ramieniem, jak dobry wujek, którym w rzeczywistości był.

– Wiem, że ci na tym bardzo zależy, niech to będzie twoja działka. Do pomocy daję ci Marcina, którego ty będziesz mobilizowała do bardziej wnikliwego zainteresowania się wrocławską kulturą, a on z kolei będzie pilnował, żebyście nie pisali o byle czym. Taki tandem wzajemnie się kontrolujący i mobilizujący. Co wy na to?

Zaległa kompletna cisza. W Ostrowskiego wpatrywały się wielkie zielone oczy jego siostrzenicy. Spojrzał na Farona. Jego oczy wcale nie były mniejsze. „To chyba szok” – pomyślał Ostrowski.

– To jak, zgoda? – spytał retorycznie tonem nieznoszącym sprzeciwu. – A więc ustalone! W takim razie zajmijmy się teraz jutrzejszym marszem. Nie ma jeszcze zapowiedzi, a o osiemnastej tekst musi wisieć na stronie. – Klasnął w dłonie. – Do roboty!

8.

Mieszkanie Świątnickich, 21 marca

Ciuchy wysypywały się już z szafy, ale kłopot bogactwa ciągle stanowił nowość. Basia Świątnicka jeszcze kilka miesięcy temu nie miała takich dylematów. Zawsze wiedziała, jak się ubrać, nigdy nie spędzała przed lustrem dłużej niż pięć minut. Była biedną studentką, na wieszakach się nie przelewało, więc miała ograniczone pole manewru. Dwie pary spodni, trzy sukienki, kilka bluzek i przechodzony sweter, ot, tyle, żeby przeżyć i nie zmarznąć. Poza tym nie miała zamiaru na nikim robić specjalnego wrażenia. A już na pewno nie strojem. Dopiero kilka miesięcy temu regularniejsze zastrzyki gotówki sprawiły, że szafa przestała świecić pustkami, a Basia coraz częściej eksperymentowała z ubiorem. Dziwiła ją ta wolta własnego nastawienia, a niezdecydowanie przy wyborze garderoby zaczynało irytować. Czwarty raz zmieniała strój i czwarty raz nie była z niego zadowolona.

– Przecież to tylko marsz studentów! – jęknęła pod nosem, próbując doprowadzić się do porządku.

W głębi serca dobrze wiedziała, że to nie charakter imprezy jest powodem jej przedłużającej się sesji z garderobą i lustrem. Wszystkiemu winny był Wojtek, chłopak ze studiów – początkowo irytujący znajomy z wyższego roku, później tylko kolega, jeszcze później bliski współpracownik, a ostatnio coraz częściej główny bohater nieśmiałych marzeń o wspólnym życiu. Sen z powiek Basi zaczęła spędzać myśl, że za bardzo się kumplują i ta kumpelska przyjaźń stanie im kiedyś na drodze do prawdziwego związku. „Nadszedł czas, żeby pokazać, że jestem przede wszystkim kobietą” – myślała, ściągając z siebie sprane dżinsy. Chciała włożyć coś lekkiego, co podkreśliłoby jej dziewczęcy urok. Było chłodno, nad miastem wisiały chmury obiecujące wieczorny deszcz, dlatego nie mogła założyć sukienki na ramiączkach, w której najchętniej by dzisiaj wystąpiła. Przesunęła kilka wieszaków, kilkanaście sekund przyglądała się nowym dżinsom, ładnie opinającym uda i łydki, ale i ten wieszak odsunęła. Szukała czegoś bardziej kobiecego. Wyjęła wreszcie brązową wełnianą sukienkę i czarne rajstopy. Przyłożyła sukienkę do ciała i wyobraziła sobie ten zestaw pod nowym eleganckim płaszczem. Uśmiechnęła się do tej wizji. „O to chodziło. Wystarczająco ciepło i kobieco. Może nie sexy, ale już nie jak kumpela Basia. Wojtek na pewno zwróci uwagę, że wyglądam inaczej” – oceniała, nie spuszczając wzroku z lustrzanego odbicia. Dochodziła szesnasta, o siedemnastej musiała być przed uczelnią. Rzuciła ciuchy na łóżko, pobiegła do łazienki umyć włosy i zrobić makijaż.

Centrum miasta

Wojtek Krzykowski spokojnym krokiem zbliżał się do budynku uczelni. Zbiórka przed marszem na rynek wyznaczona została na godzinę siedemnastą. Było za pięć. Cieszył się tą imprezą. Traktował ją jak miłą nagrodę za ciężko przepracowane ostatnie tygodnie. Za co się nie zabierał, wszystko kończyło się sukcesem. Opłaconym, co prawda, dużym wysiłkiem, ale przecież takie sukcesy smakują najlepiej. Pozaliczał wszystkie egzaminy, wraz z Basią zakończyli pracę nad książką, na horyzoncie pojawił się renomowany staż w Londynie. Wszystkie projekty public relations, które wziął na siebie i robił na boku, wypaliły. Wyrobił dwieście procent normy. Miał dwadzieścia trzy lata i wreszcie poczuł się dobrym materiałem na dziennikarza. Poza tym Rollowany rock