Pixel - Krisztina Tóth - ebook

Pixel ebook

Krisztina Tóth

3,8

Opis

Pixel” węgierskiej pisarki Krisztiny Tóth to jeden z najbardziej oryginalnych przykładów współczesnej prozy węgierskiej. Książka jest zbiorem krótkich, pozornie odrębnych opowiadań, w których w sposób ciekawy, miejscami wzruszający, zaskakująco trafnie opisane są perypetie zwykłych ludzi. Składa się z trzydziestu rozdziałów (pixeli), zatytułowanych różnymi częściami ciała. Głowa, serce, ręka: z każdym z nich związana jest jakaś historia. Opowiadania w luźny sposób łączą się ze sobą, krzyżują, przenikają, tworząc powieść. Z bliska widać jedynie pixele, jednak gdy patrzymy z pewnej odległości, wszystko zlewa się w jedno ciało. „Fragmenty nieraz płowieją, z upływem czasu zmienia się ich barwa. Należy o tym pamiętać. Czasem ciemnieją i trzeba je poprzekładać. Na pierwszy rzut oka dzieło wygląda jak bezforemna pryzma, skupisko nieregularnych wypukłości. Lecz jeśli kilkakrotnie obejdziemy je dookoła, powoli, krok po kroku nabierze ono wyraźnych kształtów.” To cytat z opowiadania „Historia kolana”, które idealnie zwieńcza cały zbiór.

Pixel” cechuje oryginalność ujęcia, ironiczny dystans, zaskakujące skojarzenia. Język opowiadań – często chropowaty, potoczny, pełen przemilczeń, niedopowiedzeń, urwanych zdań, powtarzanych słów – jest silnie zmetaforyzowany i obfituje w oryginalne środki poetyckie, co nie powinno dziwić, ponieważ Krisztina Tóth to przede wszystkim znakomita poetka.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 174

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,8 (4 oceny)
0
3
1
0
0

Popularność




KRISZ­TI­NA TÓTH

TEKST CIAŁA

Pro­jekt okładki: Bíró Csa­ba István

Przekład: Kla­ra Anna Mar­ci­niak

Re­dak­cja: Je­rzy Sno­pek

Ko­rek­ta: Agniesz­ka Ryb­czak-Paw­lic­ka

Re­dak­cja tech­nicz­na: Te­re­sa Oj­da­na

Co­py­ri­ght © by Krisz­ti­na Tóth

Co­py­ri­ght for the Po­lish edi­tion © Wy­daw­nic­two Stu­dio EMKA

War­sza­wa 2014

Wszel­kie pra­wa, włącznie z pra­wem do re­pro­duk­cji tekstów w całości lub w części, w ja­kiej­kol­wiek for­mie – za­strzeżone.

Wszel­kich in­for­ma­cji udzie­la:

Wy­daw­nic­two Stu­dio EMKA

www.stu­dio­em­ka.com.pl

ISBN 978-83-64437-70-0

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Roz­dział pierw­szy, czy­lihi­sto­ria ręki

Na krótkich, po­dusz­ko­wa­tych pal­cach dłoni pa­znok­cie ob­gry­zio­ne do sa­mej skóry. To ręka sześcio­let­nie­go chłopca. Na pal­cach dłoni można li­czyć, dłońmi można zasłonić twarz. Dziec­ko sie­dzi na ta­bo­re­cie i na bla­cie stołu kreśli kra­wiecką kredą kręgi, choć wie­lo­krot­nie pro­szo­no je, by tego nie robiło. Chłopiec ry­su­je kółka w kształcie spi­ra­li i wy­da­je mu się, że gdy­by za­ta­czał kręgi nie­skończe­nie długo, nakładające się na sie­bie li­nie wy­rosłyby z bla­tu stołu, tworząc kształt trójwy­mia­ro­wej sprężyny. Próbował to wytłuma­czyć resz­cie, ale wszy­scy mu prze­ry­wa­li, dla­te­go te­raz z lek­ko prze­chy­loną głową sam pra­cu­je nad drew­nia­nym bla­tem, zasłaniając ry­su­nek ra­mie­niem. Kra­wiecką kredę zna­lazł w szu­fla­dzie, tam scho­wa­li ją duzi. A tak w ogóle to chłopczyk ma na imię Da­wid i miesz­ka z matką Bożeną oraz z jej sio­stra­mi w war­szaw­skim get­cie. Na­gle otwar­to gwałtow­nie drzwi i zapędzo­no w kąt po­ko­ju znaj­dujące się w nim trzy oso­by. Ce­li­na zry­wa się, za­uważa kredę, ale nie ma już cza­su nic po­wie­dzieć, bo zo­sta­je za­strze­lo­na. Kre­da kra­wiecka spa­da i roz­bi­ja się o podłogę. Później, kie­dy obcy lu­dzie prze­szu­ki­wa­li szu­fladę w celu zna­le­zie­nia sztućców i sre­bra stołowe­go, ktoś na nią na­depnął. Nie­ste­ty, Da­wid nig­dy nie mógł dokończyć eks­pe­ry­men­tu z kredą, po­nie­waż nie przeżył woj­ny. Zginął w Tre­blin­ce.

Po­my­liłam się, po­my­liłam się. Wca­le nie zginął w Tre­blin­ce. I to nie był chłopiec, tyl­ko dziew­czyn­ka. Ale cóż, te dzie­cięce dłonie są nie­malże jed­na­ko­we: ob­gry­zio­ne na krótko pa­znok­cie, miękkie, bul­wia­ste pal­ce. To jed­nak dłoń dziew­czyn­ki, która ma na imię Ire­na. Jest Li­twinką, po­cho­dzi z Wil­na. Co ja mówię? To dla­te­go, że chciałabym opo­wie­dzieć wszyst­ko na­raz. Skądże Li­twinka! Je­dy­nie na pierw­szy rzut oka wy­da­wała się blon­dynką. Tak, wyglądała na blon­dynkę, a prze­cież ma całkiem ciem­ne, kręcone włosy. W rze­czy­wi­stości – i tym ra­zem to praw­da – na­zy­wa się Ga­vrie­la. Uro­dziła się w Te­sa­lo­ni­kach, a do Au­schwitz tra­fiła w lu­tym 1943 roku. Wojnę przeżyje, lecz stra­ci matkę i oj­czyznę. Później osie­dli się w Paryżu i zo­sta­nie fran­cuską księgową. Tak, tak też się może zda­rzyć.

Jej mąż jest bar­dzo miły, ma rzad­kie włosy i pra­cu­je jako urzędnik w BNP Pa­ris Ban­ku, ale to nie ma żad­ne­go związku z fabułą. Ga­vrie­la myśli po fran­cu­sku, a za­po­mi­na po grec­ku. Imię mat­ki, Do­mna, co­raz częściej od­bi­ja jej się echem na kształt fran­cu­skie­go słowa klątwa. Ze swo­imi dziećmi roz­ma­wia tyl­ko po fran­cu­sku, li­te­ra­turę grecką również czy­ta w przekładach na fran­cu­ski. Jej dłonie są zde­cy­do­wa­nie brzyd­kie, ma krótkie pal­ce, dla­te­go nie nosi na­wet biżute­rii, którą do­stała od męża. Trzy­ma ją w skórza­nym pudełku. Ga­vrie­la nie czu­je się szczęśliwa, bo to na­wet w Paryżu nie­wie­lu się uda­je, ale w grun­cie rze­czy jest usa­tys­fak­cjo­no­wa­na. Ma przy­ja­ciółkę, z którą cho­dzi na za­ku­py.

Przy­ja­ciółka jest ude­rzająco po­dob­na do Ga­vrie­li; kie­dy siedzą obok sie­bie w me­trze, pasażero­wie za każdym ra­zem mają je za sio­stry. A tak na mar­gi­ne­sie, przy­ja­ciółka jest pół Ru­munką, pół Węgierką i również ma kręcone, si­wiejące włosy. Wiem, że to brzmi co­raz bar­dziej za­wi­le, ale nie możemy tak po pro­stu wygładzić kłębka popląta­nych i roz­gałęzio­nych nici rze­czy­wi­stości. Przy­ja­ciółka także ma brzyd­kie dłonie, ale już się tym nie przej­mu­je, bo jest sta­ra.

Ktoś nie­gdyś tę dłoń puścił. Mat­ka miała wówczas ko­chan­ka w Kluż-Na­po­ka. Gdy przyszła wieść o li­kwi­da­cji get­ta, ko­cha­nek załatwił dwa glej­ty. Mat­ka była w roz­ter­ce przez trzy dni, po czym wy­je­chała z ko­chan­kiem, zo­sta­wiając czte­ro­let­nią Co­sminę samą so­bie. Pomyślała, że le­piej ra­to­wać własne życie. Położyła paczkę na ko­la­nach dziec­ka i nie oglądając się za sie­bie, odeszła. Stało się to na osie­dlu Irys 13 maja 1944 roku. Wszyst­ko to jest cie­ka­we wyłącznie dla­te­go, że syn Co­sminy, Da­vid, również uro­dził się 13 maja. Na­tu­ral­nie, nie ma on nic wspólne­go z chłopcem z war­szaw­skie­go get­ta o tym sa­mym imie­niu, o którym później nikt nie pamiętał. Tego Da­vida nie za­po­mnia­no. Jego pra­dzia­dek, który był Węgrem, a który ja­kimś spo­so­bem przeżył piekło woj­ny, ale raju Ceauşescu już nie, zdążył jesz­cze do­wie­dzieć się o jego na­ro­dzi­nach. Na­zwa­nie chłopca imie­niem Da­vid uważał za zły po­mysł, ale to już inna hi­sto­ria. Jed­nak chłopak (na szczęście) do­wie­dział się o hi­sto­rii pusz­czo­nej ręki nie od nie­go, tyl­ko od in­nych miesz­kańców get­ta w fa­bry­ce ce­gieł, którzy mimo gnie­wu i prze­rażenia za­opie­ko­wa­li się osie­ro­coną Co­sminą.

Skłamałam, ale z ja­kie­goś po­wo­du uważałam to za słuszne. Da­vid nig­dy nie do­wie­dział się o tym, że ktoś kie­dyś puścił dłoń mat­ki. Nikt nie oca­lał z tych, którzy mo­gli­by się z nim spo­tkać i opo­wie­dzieć mu, jak wówczas mat­ka błagała ko­chan­ka, by dał jej oby­dwa glej­ty, i jak to w końcu w jej otu­ma­nio­nej za­ko­cha­niem głowie zwy­ciężyła chęć życia. Ga­vrie­la też nie zna hi­sto­rii pusz­czo­nej ręki, słyszała jej inną wersję. Mia­no­wi­cie taką, że to wszyst­ko stało się na da­le­kiej Li­twie, w Wil­nie, a dziew­czyn­ka na­zy­wała się Ire­na. Ze to Ire­ny dłoń pusz­czo­no, i to ją zo­sta­wiła mat­ka. Słyszała też, że żadna z nich nie przeżyła woj­ny.

Wszyst­ko to oczy­wiście jest nie do spraw­dze­nia. Imio­na się prze­pla­tają, trud­no do­ciec praw­dy. W dużej mie­rze mu­si­my zdać się na przy­pusz­cze­nia. Eks­pe­ry­ment z kredą teo­re­tycz­nie jest do prze­pro­wa­dza­nia, al­bo­wiem li­nie są obiek­ta­mi prze­strzen­ny­mi. Da­wid przy­pusz­czal­nie ma rację. Jeśli człowiek nie­skończe­nie długo za­ta­cza kręgi po tej sa­mej po­wierzch­ni, po ja­kimś cza­sie ry­su­nek na­bie­ra kształtu stożka, od­ry­wa się od po­wierzch­ni stołu i two­rzy na­ma­cal­ne wy­pukłości, które nie są tożsame z sęka­ty­mi wy­pukłościa­mi drzew. Można ten eks­pe­ry­ment wy­ko­nać na kart­ce pa­pie­ru, jed­nak nikt nig­dy nie miał tyle cier­pli­wości, aby wy­star­czająco długo próbować.

Roz­dział dru­gi, czy­lihi­sto­ria szyi

– Nie wygłupiaj się, mamo, wca­le nie je­steś sta­ra! – po­wie­działa ko­bie­ta na ko­ry­ta­rzu przed przy­mie­rzal­nią, próbując nakłonić matkę, by weszła z po­wro­tem do ka­bi­ny. Wy­cze­kujący na swoją ko­lej Niem­cy sta­li z prze­wie­szo­ny­mi na ręku ubra­nia­mi i pa­trzy­li na obie pa­nie z nie­zro­zu­mie­niem, a star­sza z nich tyl­ko kręciła przecząco głową, spra­wiając wrażenie nie­ugiętej. Nie o to cho­dziło, że uj­rzała sie­bie od tyłu w podwójnym lu­strze prze­bie­ral­ni; że zo­ba­czyła wpi­jający się w sze­ro­kie ple­cy biu­sto­nosz oraz wy­blakłe, siwe włosy. To mógłby być pro­blem, ale nie tym ra­zem. Nie mar­twiło jej również, że to córka płaci – wszak nieźle za­ra­bia. Zresztą jej mąż Nie­miec od cza­su do cza­su także jest skłonny kupić teścio­wej jedną, dwie rze­czy. Cho­dziło o coś zupełnie in­ne­go. Star­sza ko­bie­ta w prze­bie­ral­ni na­gle coś so­bie uświa­do­miła, o czym nie mogła mówić. Jej twarz zapłonęła ru­mieńcem, ale nie po­tra­fiła po­wie­dzieć, dla­cze­go. Nie była w sta­nie opo­wie­dzieć córce hi­sto­rii szyi.

Na Zachód po raz pierw­szy po­je­chała w sie­dem­dzie­siątym ósmym. Po­tem była tam jesz­cze kil­ka razy, jed­nak w pamięci utkwiła jej ta pierw­sza wi­zy­ta. Zo­stała za­pro­szo­na na kon­fe­rencję do Ulm. Dziew­czyn­ki były jesz­cze małe i zo­stały pod opieką męża. Nie było zwy­cza­ju, by le­ka­rze za­bie­ra­li ze sobą asy­stentów rent­ge­now­skich, zwłasz­cza na Zachód, na pięcio­dnio­wy kon­gres. Przy­pusz­czała, że to or­dy­na­tor załatwił jej wy­jazd, domyślając się, że nie bez­in­te­re­sow­nie.

Kie­dy wie­czo­rem na ho­te­lo­wym ko­ry­ta­rzu przy­lgnęli do sie­bie, wie­działa, że pójdzie z nim do po­ko­ju. Wcześniej trochę już wy­pi­li, a ona miała słabą głowę. Chwiej­nie opa­dli na łóżko, ko­cha­li się do świtu, po czym około piątej nad ra­nem le­karz na­gle otrzeźwiał i wy­szedł, jak­by zo­stał we­zwa­ny do pa­cjen­ta.

Ko­bie­ta wstała do­pie­ro około ósmej. W łazien­ce za­uważyła, że mężczy­zna za­ssał jej skórę na szyi. Nig­dy wcześniej tego nie doświad­czyła, dla­te­go mar­twiła się, czy ślad znik­nie w ciągu trzech dni. Zjadła śnia­da­nie w ho­te­lu, a po­tem, z dniówką w kie­sze­ni, ru­szyła na mia­sto. Tra­fiła do domu to­wa­ro­we­go, do działu kon­fek­cji dam­skiej. Spędzo­na z mężczyzną noc oraz wol­ne przed­południe spra­wiły, że po­czuła się swo­bod­nie i tym ra­zem nie miała wy­rzutów su­mie­nia, które na­cho­dziły ją za­wsze, gdy chciała coś dla sie­bie kupić.

Weszła do ka­bi­ny przy­mie­rzyć czer­woną su­kienkę z de­kol­tem. U sie­bie w kra­ju nig­dy nie wy­brałaby tak wy­zy­wającej rze­czy. Te­raz jed­nak pomyślała so­bie, że tu­taj mogłaby ją założyć. Po­pa­trzyła w lu­stro, w którym od­bi­jała się błękit­no­oka twarz ko­bie­ty, mogącej śmiało jesz­cze przez kil­ka ład­nych lat cho­dzić w czer­wie­ni.

Kie­dy odwróciła się bo­kiem, żeby spraw­dzić, jak wygląda w su­kien­ce również od tej stro­ny, do­strzegła na wie­sza­ku chustkę. Za­pew­ne ktoś ją zo­sta­wił. Była to czer­wo­no­nie­bie­ska je­dwab­na apasz­ka, na której wid­niał jakiś na­pis. Nig­dy w życiu ni­cze­go nie ukradła, także tym ra­zem nie miała ta­kie­go za­mia­ru, chciała ją po pro­stu przy­mie­rzyć. Apasz­ka do­brze leżała i aku­rat za­kry­wała ślad na szyi. Zdjęła ją z sie­bie i od­wie­siła z po­wro­tem na wie­szak, żeby właści­ciel mógł ją zna­leźć, gdy­by po nią wrócił. Właśnie miała wyjść, kie­dy na­gle po­czuła nie­od­partą chęć, by jed­nak ją za­brać – chustkę, która ide­al­nie pa­so­wała do czer­wo­nej suk­ni. Spoj­rzała na su­fit, oba­wiając się, że ktoś może ją ob­ser­wo­wać z góry, a następnie włożyła apaszkę do to­reb­ki. Stojąc przy ka­sie, miała wrażenie, że sprze­daw­czy­ni prze­szy­wa ją na wskroś wzro­kiem, że za­raz wskaże pal­cem na to­rebkę i po­pro­si, by wyjęła z niej przywłasz­czoną rzecz. Albo pod­bie­gnie do niej jakiś klient i za­py­ta, gdzie się po­działa chust­ka, którą zo­sta­wił w przy­mie­rzal­ni. Ale nikt nie zwrócił na nią uwa­gi, ani kie­dy płaciła, ani też kie­dy z siatką w ręce wy­cho­dziła ze skle­pu. Uspo­koiła się do­pie­ro wte­dy, gdy zjeżdżała ru­cho­my­mi scho­da­mi w dół.

Na popołudnio­we ob­ra­dy kon­gre­su założyła czer­woną su­kienkę i ową apaszkę, a kie­dy pod­czas wykładu de­mon­stro­wała slaj­dy, apasz­ka pod­kreślała jej nie­bie­skie, błyszczące oczy. Or­dy­na­tor wygłosił dłuższy re­fe­rat po nie­miec­ku, z którego nie ro­zu­miała ani słowa, ale czuła, że wszy­scy patrzą na jej biust i pomyślała, że mimo dwójki dzie­ci nadal wygląda pociągająco. Wie­czo­rem na ko­lację również ubrała apaszkę i po­zwo­liła, aby le­karz po­now­nie za­pu­kał do jej drzwi i aby mo­gli powtórzyć po­przed­nią noc.

Te­raz, kie­dy po dwu­dzie­stu dzie­więciu la­tach przy­mie­rzała ubra­nie, po­czuła nie­pew­ność oraz do­brze jej zna­ny lęk: i po co to wszyst­ko? Ściągnęła z sie­bie nie­wy­godną, ob­cisłą bluzkę i po­sta­no­wiła zaj­rzeć do córki, która znaj­do­wała się w sąsied­niej ka­bi­nie. Szarpnęła zasłonkę. Dziew­czy­na właśnie przy­mie­rzała swe­ter i zaplątana w nie­go spy­tała: mamo, to ty? Po­tem wy­sunęła głowę, lecz za­miast far­bo­wa­nych na blond włosów, uka­zał się jakiś błyszczący ma­te­riał. Mat­ka w pierw­szej chwi­li pomyślała, że to hal­ka. Jed­nak po chwi­li widać było, że ma na głowie apaszkę, która zasłaniała jej twarz ni­czym wo­al­ka. Zdjęła je­dwabną chustkę i po­wie­siła ją z po­wro­tem na wie­sza­ku, obok dwóch ta­kich sa­mych. Wszędzie ta­kie dają – tłuma­czyła córka – przy­najm­niej w porządniej­szych miej­scach. Aby klient­ka, przy­mie­rzając ubra­nie, nie po­bru­dziła go podkładem.

Star­sza ko­bie­ta odwróciła się na pięcie i bez słowa wyszła z przy­mie­rzal­ni. Przy­po­mniała so­bie, jak w sie­dem­dzie­siątym ósmym stała na po­dium w apasz­ce z domu to­wa­ro­we­go. Te­raz była już pew­na, że wszy­scy zo­rien­to­wa­li się, skąd ją ma. Na ma­te­ria­le na­dru­ko­wa­ny był czer­wo­no­nie­bie­ski pa­sek – taki sam, jak na tor­bach re­kla­mo­wych fir­my. Prze­ko­na­na była również, że pod przywłasz­czoną apaszką każdy do­strze­gał siny ślad po skra­dzio­nej miłości, ba, wy­obrażał so­bie także jej męża i córki, które zo­sta­wiła w domu; po­dob­nie jak ona wi­działa na zdjęciach rent­ge­now­skich to, o czym pa­cjent jesz­cze nie miał pojęcia.

– Ni­cze­go nie po­trze­buję – po­wie­działa zre­zy­gno­wa­nym głosem do córki, a po­tem prze­biła się przez tłum lu­dzi cze­kających w ko­lej­ce, tak jak zwykła to robić, idąc szpi­tal­nym ko­ry­ta­rzem z wy­ni­ka­mi badań w ręce, nie chcąc być za­cze­pio­na przez bli­skich pa­cjen­ta.

Roz­dział trze­ci, czy­lihi­sto­ria oka

Kobie­ta sie­dzi na skra­ju rzędu sie­dzeń, bez­pośred­nio przy drzwiach w bu­da­pesz­teńskim me­trze. Dokład­nie tam, gdzie sie­działy Ga­vrie­la z Co­sminą, tyl­ko w in­nej hi­sto­rii.

Ja, czy­li nar­ra­tor­ka, której obec­ność czy­tel­ni­cy mo­gli od­czuć nie­raz bar­dziej, nie­raz mniej – jak pod­czas trans­mi­sji ra­dio­wej spek­ta­klu te­atral­ne­go – siedzę w cza­sie teraźniej­szym dokład­nie na­prze­ciw­ko tego dusz­ne­go wa­go­nu. Do tej pory nie za­uważyłam tej ko­bie­ty, po­nie­waż właśnie stałam, ale na wprost mnie zwol­niło się miej­sce. W ta­kich sy­tu­acjach człowiek mi­mo­wol­nie za­czy­na się gapić na in­nych, no chy­ba że pa­nu­je tłok i prze­py­chający się lu­dzie zasłaniają wi­docz­ność.

Ko­bie­ta wygląda na nie­wi­domą. Sie­dzi sztyw­no, z wy­pro­sto­wa­ny­mi ple­ca­mi, w ciem­nych oku­la­rach. Po obu bo­kach ma różne tor­by, a obok nich biały, cien­ki kij. Jego gu­mo­wa końcówka, za po­mocą której bada przed sobą drogę, do­ty­ka podłogi tuż obok jej buta. O rety! Ma na so­bie szpil­ki. Próżna, szczupła, ślepa ko­bie­ta. Sie­dzi przy drzwiach, bo gdy wsiadła, ktoś ustąpił jej miej­sca.

Zbliża się ko­lej­ny przy­sta­nek. Kil­ka osób wsta­je, zasłaniając siedzących na­prze­ciw­ko. Tym­cza­sem roz­myślam nad lo­sem nie­wi­do­mych; widzę przed sobą ich ostrożny, miękki, liczący się z upad­kiem chód. To swo­iste no­sze­nie się z głową w górze. I nie­pa­trze­nie pod nogi. Nig­dy.

Dużo osób wy­sia­da, prze­strzeń po­now­nie otwie­ra się przede mną i widzę rząd krze­seł na­prze­ciw­ko mnie. Ko­bie­ta nadal sie­dzi sztyw­no. Może być między pięćdzie­siątką a sześćdzie­siątką, jed­nak jest to ten typ człowie­ka, że jej wie­ku nie sposób osza­co­wać. Ma na so­bie do­pa­so­waną, brązową spódnicę i żakiet w tym sa­mym ko­lo­rze. Jej pa­znok­cie są po­ma­lo­wa­ne. Na pal­cu nosi ude­rzająco duży, ory­gi­nal­ny pierścio­nek. Kwa­dra­to­wy o pia­sko­wa­nej po­wierzch­ni, wyglądający na mosiężny. Nie wia­do­mo, może to pierścio­nek zaręczy­no­wy, ale chy­ba jed­nak za sze­ro­ki jak na tego ro­dza­ju rzecz. Nie­po­wsze­dni okaz.

Znów zbliża się ko­lej­ny przy­sta­nek i ktoś po­now­nie sta­je przede mną. Za­sta­na­wiam się nad bla­doróżowym la­kie­rem na pa­znok­ciach. Ma­lo­wa­nie pa­znok­ci na­wet widzącym spra­wia trud­ność, trze­ba mieć w tym dużą biegłość. Ko­bie­ta z pew­nością nie robi tego sama. Cho­dzi do ma­ni­kiu­rzyst­ki, co ozna­cza, że nie od za­wsze była nie­wi­do­ma. To przy­zwy­cza­je­nie z po­przed­nie­go życia, z którego nie ma za­mia­ru zre­zy­gno­wać. Za­tem stra­ciła wzrok. Za­pew­ne ma smut­ne­go, sta­rzejącego się męża, który za­wsze kom­ple­men­tu­je jej pa­znok­cie. Albo zna w mieście ma­ni­kiu­rzystkę, która wie o niej wszyst­ko i przed którą zdej­mu­je na­wet swo­je ciem­ne oku­la­ry. Kładzie je na sto­le i po­zo­sta­wia tam, dopóki mo­czy pal­ce w mi­secz­ce z wodą. Albo jesz­cze in­a­czej: ma nieszczęśliwą, dręczoną wy­rzu­ta­mi su­mie­nia córkę, która re­gu­lar­nie ma­lu­je jej pa­znok­cie i z którą wcześniej długo na­ra­dza się, jaki ko­lor wy­brać. Córka nie zno­si żyla­stych rąk mat­ki i brzy­dzi się za­pa­chem ace­to­nu.

Znów widzę ko­bietę, te­raz ob­ser­wuję jej twarz i włosy. Ma za­dbaną fry­zurę i cho­dzi do fry­zje­ra przy­najm­niej co dwa ty­go­dnie. Oczy­wiście, robi to również dla smut­ne­go męża. Ko­bie­ta miała nie­gdyś piękne, nie­bie­skie oczy, ale stra­ciła wzrok w wy­pad­ku. W wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym. Nie. Po tro­pi­kal­nej cho­ro­bie. Mąż jest dy­plo­matą, żyli w eg­zo­tycz­nym kra­ju, gdzie za­ata­ko­wała ją nie­ule­czal­na cho­ro­ba oczu. Po­je­chała na le­cze­nie do Szwaj­ca­rii i choć zapłaci­li za nie mnóstwo pie­niędzy, dało ono je­dy­nie tym­cza­so­we efek­ty. Nie. Ko­bie­ta miała nie­gdyś piękne, bursz­ty­no­we oczy, właści­wie to w nich za­ko­chał się jej mąż. Kil­ka lat temu zdia­gno­zo­wa­no u niej guza ner­wu wzro­ko­we­go; z tego po­wo­du stra­ciła wzrok. Wca­le nie uważa się za nie­wi­domą, po pro­stu do­sto­so­wała się do tej nie­ty­po­wej, a właści­wie – obu­rzającej sy­tu­acji. Nie. Ko­bie­ta ma zie­lo­ne oczy i jej śle­po­ta jest tym­cza­so­wa, jak miłość. Miała ko­rekcję la­se­rową siatkówki, dla­te­go przez następne kil­ka ty­go­dni po­win­na uni­kać światła i nosić oku­la­ry prze­ciwsłonecz­ne. Białą laskę, którą za­le­co­no, kupiła za na­mową męża, ale w za­sa­dzie to się jej wsty­dzi.

Kie­dy szła ją ode­brać, przy­po­mniała jej się zna­jo­ma wi­try­na z ko­stiu­ma­mi kąpie­lo­wy­mi z kie­szon­ka­mi na pro­tezę pier­si, i pra­wie odwróciła się na pięcie. Gdy w końcu zde­cy­do­wała się wejść do oko­licz­ne­go skle­pu ze sprzętem or­to­pe­dycz­nym, jej ser­ce moc­no zabiło. Jesz­cze któryś z prze­chod­niów pomyśli, że ona także ma pro­tezę pier­si albo coś w tym sty­lu. Na­wet później trochę się oba­wiała, czy aby ktoś z tram­wa­ju jej nie zo­ba­czył. Po­win­na była pójść do in­ne­go skle­pu, pomyślała, ale znała ten, bo od lat mijała go w dro­dze po­wrot­nej do domu.

Do me­tra wle­wa się tłum. Tym ra­zem wi­docz­ność zasłaniają wsia­dający. Coś mnie nie­po­koi, ale nie po­tra­fię po­wie­dzieć, co. Ni­czym de­tek­tyw układam frag­men­ty w myślach i czuję, że jest tu pew­na nie­pra­widłowość, której ro­zum jesz­cze nie za­re­je­stro­wał. Aż tu na­gle, ni stąd, ni zowąd, uświa­da­miam so­bie, co się nie zga­dza. Cieszę się jak śled­czy, który nie­spo­dzie­wa­nie wpadł na to, że jest w opo­wia­da­niu pe­wien klo­cek, który nie pa­su­je do całości.

Mam! Wiem już, co się nie zga­dza! Ko­bie­ta ma na ręku ze­ga­rek! Dla­cze­go nosi ze­ga­rek? Praw­do­po­dob­nie używa go jako biżute­rii. Jest to również przy­zwy­cza­je­nie z po­przed­nie­go życia, którego kur­czo­wo się trzy­ma. Złoty ze­ga­rek trud­no założyć, bo jest dużo za­ba­wy z zapięciem bran­so­let­ki. Za­pi­na ją jej mąż, złoszcząc się, bo mu to idzie z trud­nością. Ale boi się spy­tać, po co go nosi. Od lat nie ma od­wa­gi za­da­wać pytań, woli na nie od­po­wia­dać, ale robi to równie ostrożnie. Po­nad­to za każdym ra­zem, kie­dy spóźnia się do pra­cy, myśli so­bie, że to wszyst­ko przez ten cho­ler­ny ze­ga­rek, a właści­wie przez żonę, bo zno­wu to on mu­siał się męczyć z za­pinką.

Tłum ru­sza w stronę drzwi. Wśród butów spo­strze­gam szpil­ki ko­bie­ty. To ozna­cza, że wstała. Kie­ru­je się do wyjścia; te­raz mogę jej się przyj­rzeć od stóp do głów. W jed­nej ręce trzy­ma pa­pie­ro­we tor­by, na których wid­nie­je nie­bie­ski na­pis skle­pu me­blo­we­go. W dru­giej zaś – białą laskę, którą nie do­ty­ka zie­mi. Nie czy­ni tego, po­nie­waż w rze­czy­wi­stości owa biała la­ska to kar­nisz o pla­sti­ko­wym zakończe­niu. Ko­bie­ta nie jest nie­wi­do­ma.

Ze­gar­ka, który ma na so­bie, nie do­stała od syna. Ma, co praw­da, dwóch synów, ale po­da­ro­wała jej go córka, która ma na imię Ur­szu­la. Tak! To podróbka. W do­dat­ku źle cho­dzi, bo gdy wy­sia­da, wi­dzi, że według ze­ga­ra w me­trze spóźnia się o dwa­naście mi­nut. Kosz­to­wał pięć euro, córka nabyła go na plaży w Gre­cji, mówiąc do swo­je­go chłopa­ka: nie szko­dzi, do­stanie ten i już. Nie chciała wy­da­wać więcej pie­niędzy, bo i tak już na­ku­pi­li dużo rze­czy, a mat­ki właści­wie nie ko­chała.

Roz­dział czwar­ty, czy­lihi­sto­ria nogi

Nau­czy­ciel­ka z włosa­mi far­bo­wa­ny­mi na bor­do­wy ko­lor kręci się po ko­ry­ta­rzu. Nig­dzie nie wi­dzi dam­skiej to­a­le­ty. Nie zno­si kursów języ­ko­wych or­ga­ni­zo­wa­nych na pro­win­cji. Znów tra­fiła tu z tru­dem, na do­da­tek nie zdążyła wy­siu­siać się przed zajęcia­mi. Na do­da­tek boli ją noga, odkąd zaczęły się upały.

Aku­rat nie ma ni­ko­go, za­tem wśli­zgu­je się ukrad­kiem do męskiej to­a­le­ty. Wygląda na to, że na tym piętrze jest tyl­ko ta jed­na. Właśnie kończy robić siku i chce pod­ciągnąć majt­ki, kie­dy na­gle słyszy trzaśnięcie drzwi; ktoś wcho­dzi do środ­ka i siu­sia ciur­kiem do pi­su­aru. Nie szko­dzi, za­raz so­bie pójdzie. Na­uczy­ciel­ka po­win­na już po­wo­li się zbie­rać, jeśli chce prze­je­chać przez mia­sto przed piątkową go­dziną szczy­tu i do­trzeć w następne miej­sce. Musi udać się na po­dob­ny, zor­ga­ni­zo­wa­ny przez firmę kurs języ­ko­wy, od­da­lo­ny stąd o co naj­mniej czter­dzieści pięć mi­nut jaz­dy sa­mo­cho­dem. Za­sta­na­wia się, który most wy­brać. Tym­cza­sem mężczy­zna na zewnątrz ociąga się, a jej wstyd jest wyjść. Mi­jają dwie wol­ne mi­nuty, które w cza­sie czy­ta­nia tek­stu szyb­ko zla­tują, ale dla na­uczy­ciel­ki wy­dają się te­raz iry­tująco długie. Wygląda na to, że mężczy­zna spe­cjal­nie prze­ciąga czas. Jak­by był cie­kaw, kto jest w środ­ku. A prze­cież nie mógł do­strzec butów ko­bie­ty, bo­wiem musz­la klo­ze­to­wa znaj­du­je się zbyt da­le­ko od drzwi. Na­uczy­ciel­ka w końcu nie wy­trzy­mu­je i wy­cho­dzi. Mężczy­zna właśnie w tej mi­nu­cie umiesz­cza kule pod prawą pachą; wcześniej oparł je o ka­fel­ki, by móc roz­piąć roz­po­rek. Ko­bie­ta za­uważa, że ma założony gips na udzie. Chciałaby uciec jak naj­szyb­ciej, ale jakoś nie wy­pa­da prze­cisnąć się przed człowie­kiem z za­gip­so­waną nogą, dla­te­go nie­zdar­nie przy­trzy­mu­je sa­mo­za­my­kające się drzwi i cze­ka, aż po­stu­kując ku­la­mi, przej­dzie. Tym­cza­sem mężczy­zna dokład­nie mie­rzy ją wzro­kiem i jed­no­cześnie myśli so­bie, że ko­bie­ta w jej wie­ku ra­czej nie po­win­na far­bo­wać włosów na bor­do­wy ko­lor.

Zjeżdża windą na par­ter biu­row­ca i do­pie­ro te­raz uświa­da­mia so­bie, że tam­ta ko­bie­ta siu­siała w męskiej to­a­le­cie. Ale nie ma cza­su o tym myśleć, bo właśnie pod­jeżdża taksówka, która za­wie­zie go na trau­ma­to­lo­gię. Dziś zdej­mują mu gips. Naj­wyższy czas, myśli so­bie, bo od tych za­strzyków prze­ciw­za­krze­po­wych ma siny brzuch. W zeszłym ty­go­dniu padało i mu­siał owinąć gips torbą fo­liową, przez co wyglądał jak jakiś bez­dom­ny.

W cza­sie, gdy ko­bie­ta po­ru­sza się po­wo­li w kor­ku – bo oczy­wiście nie udało się jej uniknąć go­dzin szczy­tu – mężczyźnie z dużym hałasem piłują gips, aby zdjąć go z nogi. Po­tem wręczają mu kartkę z nu­me­rem te­le­fo­nu re­ha­bi­li­tan­ta. Na wszel­ki wy­pa­dek za­bie­ra ze sobą kule i prze­chodząc przez przejście dla pie­szych, jesz­cze się trochę na nich pod­pie­ra, bo od nagłego wysiłku pie­cze go sto­pa. Czu­je się swo­bod­nie, jego noga jest nie­wia­ry­god­nie lek­ka, jak­by jej w ogóle nie miał. Na­wet się nie rozgląda, więc ko­bie­ta w nie­bie­skim su­zu­ki trąbi na nie­go, rozkładając sze­ro­ko ręce na znak, że jest czer­wo­ne światło. Kule ra­czej spo­wal­niają jego chód, tak na­prawdę nie są mu one po­trzeb­ne, dla­te­go na następnym rogu uli­cy opie­ra je o kon­te­ner i dzwo­ni po ko­lejną taksówkę. Na chod­ni­ku obok śmiet­ni­ka leży pełno śmie­ci; miesz­kańcy zaczęli zno­sić niepo­trzeb­ne rze­czy w ra­mach od­gra­ca­nia swo­ich miesz­kań.

Po upływie go­dzi­ny robi się w tym miej­scu tłoczno. Dwóch brzu­cha­tych fa­cetów w dre­sach, szu­rając no­ga­mi, dźwiga lodówkę. Kładą na zie­mi uszko­dzoną narożną ławę i fo­tel z wy­stającą sprężyną; stos po­pla­mio­nych ma­te­raców co­raz to rośnie. Na szaf­ce z prze­su­wa­ny­mi drzwia­mi sie­dzi ubra­na w ku­fajkę Cy­gan­ka i wy­ma­chując no­ga­mi, łuska pest­ki słonecz­ni­ka. Jest z nią żyla­sty mężczy­zna o ciem­nym spoj­rze­niu, który do ster­ty wy­bra­nych rze­czy do­rzu­ca kule, a po­tem ni­czym pro­fe­sjo­na­li­sta roz­mon­to­wu­je lodówkę. Sta­ran­nie zwi­ja ka­bel, zdej­mu­je obu­dowę, od­ci­na wtyczkę i wkłada ją do tor­by. Właśnie chce ode­rwać płyty bocz­ne, gdy nad­jeżdża inna grup­ka zbie­ra­czy złomu me­ta­lo­we­go. W środ­ku ciężarówki jest już de­ska do pra­so­wa­nia, su­szar­ka i inne me­ta­lo­we od­pa­dy. Nowo przy­by­li wy­ska­kują z po­jaz­du i pod­chodzą po­spiesz­nie do lodówki, chcąc ją chwy­cić. Za­czy­na się szar­pa­ni­na, a po­tem krzy­ki, ktoś od­graża się po cygańsku. Ko­bie­ta prze­ry­wa je­dze­nie pe­stek słonecz­ni­ka i mówi do męża: Daj se spokój. Chcesz, żeby cię na gułagi za­bra­li?