Wydawca: BIS Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 293 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pistacja w Krainie Smoków. Chiny inaczej - Małgorzata Błońska, Adrian Chimiak

Chiny widziane oczyma młodej Polki, która od pięciu lat mieszka w Pekinie, tam znalazła swoje miejsce w życiu, pracuje i wiele podróżuje, poznając niezwykłe miejsca i duszę mieszkańców Państwa Środka. Tytułowa Pistacja lekko i ze swadą opowiada o swoim poznawaniu rozmaitych aspektów chińskiej kultury i obyczajowości, o różnicach kulturowych, chińskiej egzotyce i o swojej fascynacji Krainą Smoków.

Opinie o ebooku Pistacja w Krainie Smoków. Chiny inaczej - Małgorzata Błońska, Adrian Chimiak

Cytaty z ebooka Pistacja w Krainie Smoków. Chiny inaczej - Małgorzata Błońska, Adrian Chimiak

Lubię połączenie mango z kokosem, porównanie z siódmym niebem nabiera wówczas szczególnego znaczenia. W czasie tych niezapomnianych nocy jemy mangowe placuszki, lody, budynie, ryż, papki, żelowe kulki, wodorosty... Nawet pijemy kawę z mango.

Fragment ebooka Pistacja w Krainie Smoków. Chiny inaczej - Małgorzata Błońska, Adrian Chimiak

Projekt okładki: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Copyright © Małgorzata Błońska, Adrian Chimiak

Copyright © Wydawnictwo BIS 2014

ISBN 978-83-7551-388-2

Wydawnictwo BIS

ul. Lędzka 44a

01-446 Warszawa

tel. (22) 877-27-05, 877-40-33; fax (22) 837-10-84

e-mail: bisbis@wydawnictwobis.com.pl

www.wydawnictwobis.com.pl

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl

Zamiast wstępu

Przede mną siedzi Filipinka, z prawej strony Amerykanin, z lewej mieszkaniec Antiguy i Barbudy, a za mną Irańczyk. Przy tablicy krząta się śliczna, chudziutka Chinka – wygląda na niecałe trzydzieści lat, czyli pewnie ma ze czterdzieści pięć. Wypowiedziała dwanaście zdań na jednym wdechu i jeszcze przyspiesza. Chyba wydaje jej się, że rozumiemy. Ciekawe, czy wie, że swojego języka uczy właśnie grupę początkującą?

– Mamo, popatrz na te piękne czerwone smoki! One potrafią tańczyć! – krzyczałam podekscytowana, oglądając program o Chinach. Miałam wtedy jakieś osiem lat i chciałam być tancerką.

– Mamo, ja już wiem, z kim chcę tańczyć, jak będę duża. Z chińskimi smokami!

Pamiętam to, jakby było wczoraj. Mama, tajemniczo się uśmiechając, odpowiedziała jedynie:

– Dobrze, Małgosiu, dobrze...

A teraz jestem tutaj. Myślałam, że semestr chińskiego na Politechnice Pekińskiej to i tak dużo. Że te kilka miesięcy wystarczy, żeby poznać kraj. A przecież to tak, jakby pałeczkami do ryżu próbować przenieść plażę w dwa dni... – jestem tu już piąty rok. Czy wiem o Chinach na tyle dużo, by powiedzieć, że je poznałam? Czasami mam wrażenie, że zobaczyłam, posmakowałam i przeżyłam więcej niż przeciętny Chińczyk w ciągu kilkudziesięciu lat. Wzdrygamy się, gdy o historii Polski pisze Brytyjczyk, bo wydaje nam się, że to niemożliwe, żeby obcy wiedział więcej, poznał niuanse i delikatne zależności, lepiej orientował się w zawirowaniach polskiej szlachty kierującej się emocjami nieznanymi na Zachodzie. Ale zaraz, ile wie o swoim kraju mieszkaniec Opola, Warszawy lub Przemyśla? Czy na pewno mógłby pouczać Walijczyka i pogrozić mu palcem: „Ej, ty, nie masz prawa pisać o moim kraju”? A ile wie Chińczyk o swojej cywilizacji?

Niedawno moja chińska nauczycielka powiedziała mi, że doskonale radzę sobie z językiem, opanowałam go mniej więcej w dziewięćdziesięciu procentach. Jednak przyswojenie pozostałych dziesięciu zajmie mi pewnie... dziewięćdziesiąt lat.

Przez pierwsze dwa lata uczyłam się codziennie. Rano chodziłam na zajęcia, popołudniami chłonęłam Pekin, a nocami odrabiałam zadania domowe. Nie wybrałam sobie łatwego języka, ale przecież o to właśnie chodzi. Jeśli coś zdobywa się zbyt szybko – wydaje się to jakby pozbawione smaku. A smak jest w Chinach bardzo ważny. Najwięcej bólu głowy kosztowała mnie nauka pisania i wymowa. Jednak opłaciło się – robię to, o czym kiedyś nie odważyłabym się marzyć. Konfucjusz powiedział przecież: „Znajdź zajęcie, które kochasz, a nie będziesz musiał już nigdy więcej pracować”.

No i znalazłam. I miłość też znalazłam. I to, co następuje po miłości...

Zakochałam się w możliwościach tego kraju, w skromności i pracowitości Chińczyków, w języku, którego tak naprawdę nie sposób się nauczyć, i w kulturze, w obliczu której my, Europejczycy, powinniśmy się czuć malutcy.

Moje chińskie życie nie jest malowane miękkimi, woskowymi kredkami. Tu poznałam smak czerni i szarości, brutalności i chłodu, i... tego, że człowiek może być wart złotówkę dziennie.

Gdy zastanawiam się nad tym, czy bardzo się zmieniłam od czasu przyjazdu do Chin, wiem jedno: widziałam czerwone, wschodzące Słońce. I ono nie było pastelowe.

Nie będę próbowała przenieść całej plaży, ale zacznę od pierwszego ziarnka...

Jestem w Chinach

Nigdy nie zapomnę chwili, gdy po raz pierwszy znalazłam się na lotnisku w Pekinie. Zanim wysiadłam z samolotu, czułam, że właśnie wylądowały moje marzenia, ukryte dotąd głęboko gdzieś między chmurami. I oto zeszłam na ziemię, prosto w zadymione płuca miasta: „Przede mną jedyna szansa podania ręki smokowi, wykorzystam ją” – pomyślałam, schodząc po schodkach. Gdyby wówczas ktoś mi szepnął do ucha, że chińskich lądowań będzie tyle, że nie będę ich w stanie zliczyć, odpowiedziałabym mu, że ciągle tkwi między podniebnym puchem.

O dziwo, na lotnisku poczułam się swobodnie, wszystko wydawało się proste i przyjazne. No, prawie wszystko, bo – jak przystało na oszczędną Polkę – do centrum postanowiłam dojechać autobusem. W punkcie informacyjnym powiedziano mi, że kasa znajduje się na pierwszym piętrze. Wspięłam się i wtedy czar prysł. Chodziłam, zaglądałam, kręciłam się dookoła i nigdzie nie widziałam żadnego chińskiego znaku nawet w połowie podobnego do tego, który oznacza „bilet”. Zaczynałam już powątpiewać w swoją znajomość języka. „No przecież jestem na pierwszym piętrze! Przeszłam je trzy razy i... nic. Czy jestem aż taka głupia, że nie potrafię znaleźć kasy? No to już widzę, jak trafię do Zakazanego Miasta!” – myślałam. Przykucnęłam i zakryłam twarz rękami... Wtedy do mnie dotarło: „Przecież chińskie pierwsze piętro to nasz parter, a nasze pierwsze piętro to ich drugie piętro!”. Wstałam i zbiegłam po schodach. Od razu zobaczyłam! Podbiegłam – i tu czekało mnie pierwsze zdziwienie: Pekin to ośmiomilionowa metropolia, razem z otaczającymi je satelitami tworzy dwudziestomilionowy organizm. Tymczasem punkt z biletami wielkością przypominał... krakowski straganik z obwarzankami.

Drugie zdziwienie nastąpiło chwilę później. Kupiłam bilet i poszłam po bagaż. Okazało się, że w Chinach nie ma dżentelmenów! Zmęczona wielogodzinną podróżą i różnicą czasu zupełnie nie spodziewałam się tego, że nie znajdzie się mężczyzna, który pomógłby mi wnieść walizki do autobusu. A jednak. Przypomniał mi się Londyn: w metrze zawsze pojawiał się jakiś miły nieznajomy z większymi muskułami niż moje. Stałam więc przy bagażu i mimo wszystko postanowiłam rozgrzeszyć Chińczyków. Bo może i mają mięśnie, ale najpewniej wystraszył ich rozmiar mojej walizki. Była tylko trochę mniejsza niż ja. A niech to, chciałam zaoszczędzić, a zapłacę za dojazd podwójnie. Odwróciłam się i rozejrzałam za taksówkami.

Tu już było dużo łatwiej. Przemiły pan kierowca służył pomocą, ale chyba nie miał wyjścia – nie pojechałabym przecież bez walizki.

Opadłam wraz z adrenaliną na siedzenie i zadowolona oddałam się myślom o prysznicu. Niestety, nie trwało to długo, bo Chiny zafundowały mi prawdziwą kolejkę górską bez trzymanki: pekiński ruch drogowy. Przypomniał mi się wypadek samochodowy, któremu uległam rok wcześniej. „Za Chiny Ludowe nie chcę jego powtórki” – przygryzłam paznokcie.

Za szybą widziałam, jak wszyscy wjeżdżali sobie pod koła, piesi za nic mieli czerwone światło, samochody za nic ścieżki dla rowerzystów. A policjanci za nic to wszystko. Zamęt. Jak rozdeptane mrowisko! Nie wiem, jak to przeżyłam, ale po okropnie długim czasie taksówka szczęśliwie dotarła do celu. Zapłaciłam, wyszłam z samochodu i stanęłam. W końcu taksówkarz się odezwał:

– Przecież nie pojadę z tą walizą! – I... czekał aż ją sama wyjmę.

Taksówki

Mój pierwszy kurs pekińską taksówką wydawał mi się podróżą bez końca. To było jak gra komputerowa, omijaliśmy nieprzyjacielskie meteory, owinięci niewidzialną poduszką powietrzną dookoła samochodu. W Polsce zdarzyłoby się w tym czasie z dziesięć wypadków.

Teraz ruch drogowy w Pekinie nie robi już na mnie takiego wrażenia. Po pięciu latach wyrobiłam sobie refleks rdzennej mieszkanki stolicy – sama ignoruję czerwone światło. Tutaj nie dostaje się za to mandatów. Gdyby były, policjanci nawet nie mieliby czasu pójść do toalety. Zresztą pytani o to Chińczycy wzruszają ramionami.

– Jeśli kierowca samochodu przepuści kogoś na pasach, to za tamtym pójdą inni piesi. I biedny kierowca nigdy nie dojedzie do pracy. A jeśli pieszy nie będzie się wciskał, to też nie zdąży – tłumaczyła nauczycielka na pierwszych zajęciach na uczelni.

Już w czasie tego kursu taksówką, tak trochę przy okazji, nauczyłam się paru chińskich słówek. Tych, których nie ma w podręcznikach, a których uczestnicy pekińskiego ruchu używają na co dzień. No bo przecież nie krzyczą w nerwach czegoś w stylu: „Ojejku”, „Jezu Chryste” czy „O Buddo”. Bez TYCH specjalnych słówek w Pekinie ani rusz.

Czasami jednak zdarzają się zwariowane kursy. Kiedyś wsiadłam do auta i dopiero po chwili zorientowałam się, że kierowca... ogląda komedię na małym przenośnym DVD. Nie przeszkadzało mu to w omijaniu ciągle skręcających rowerów, klnących pieszych czy innych zajętych konwersacją kierowców. Zresztą niewiele widział, bo od śmiechu, miał w oczach łzy. Mnie też się chciało płakać...

Innym razem jechałam z szoferem, którego pasją było śpiewanie pekińskiej opery. Jego libretto okazało się lepsze niż to, którego wysłuchałam wcześniej. I tańsze niż bilet na popis profesjonalnych wykonawców partii wokalnych.

Muszę przyznać, że chińscy taksówkarze są bardzo mili i lubią rozmawiać, zwłaszcza gdy orientują się, że znam mandaryński (czasami, gdy mam gorszy dzień i męczy mnie opowiadanie w kółko tej samej historii, udaję, że nie rozumiem). Chętnie wypytują o politykę i warunki życia w Europie. Każdy z nich wie o Warszawie i Lechu Wałęsie, ale żaden o papieżu. Każdy chwali mój chiński i długie kręcone włosy (to przecież coś, czego nie widują na co dzień). Czasami gadają jak najęci, mają swoje zdanie nawet o polskiej pogodzie.

Pamiętam pewnego taksówkarza z prowincji Mongolia Wewnętrzna. Wydaje mi się, że to ja bardziej mu pomogłam niż on mnie. W czasie jazdy zadzwoniła do niego żona i zagroziła rozwodem, jeśli tym razem nie przywiezie do domu kurczaków, które będą nadawały się na obiad. Był tak zdesperowany, że zaproponował, iż podrzuci mnie do hotelu za darmo, jeśli tylko pomogę mu wybrać dwie najlepsze sztuki. Podjechaliśmy na lokalny targ, lecz nigdzie nie było lodówek, słychać było jedno wielkie gdakanie. Eee... Zorientowałam się, że chodzi o żywe kury... Skąd miałam wiedzieć, jak ma wyglądać idealna kura w Mongolii Wewnętrznej? Spojrzałam na taksówkarza, w jego oczach zobaczyłam błaganie o pomoc. Rozwód... Hm... No cóż, podeszłam do jakiejś kobiety i wybrałam na chybił trafił dwie kury: nie za chude, nie za tłuste. Sprzedawczyni zajęła się nimi na miejscu i po chwili wracaliśmy do taksówki ze świeżo ubitym drobiem.

„Ech, rosołu mamy nie jadłam już od czterech miesięcy!” – pomyślałam z tęsknotą.

Gdy tego dnia kładłam się spać, znalazłam kurze pióro we włosach. „Mam nadzieję, że ten miły taksówkarz nadal pozostaje w łaskach swojej surowej żony” – ziewnęłam. Ale nigdy nie odważyłam się go odszukać.

Zimny prysznic

Trafiłam do akademika. Na recepcji przyjęto mnie dosyć sprawnie, rejestracja była szybka i jak na chińskie warunki – bezstresowa. Przemiły ochroniarz postanowił zająć się moim bagażem (w końcu!), chwycił za walizki i poszliśmy na górę. Gdy otworzyłam drzwi, poczułam się niemal jak w domu – za oknem, na parapecie siedziały dwa koty. Zostawiłam wszystko w progu, podbiegłam i uchyliłam okno. Koty nie zastanawiały się ani chwili, wcale nie dostojnie wparowały do środka, wydawało mi się, że miaucząc, mówiły do mnie ni hao, czyli chińskie „cześć”. A może po prostu byłam bardzo zmęczona?

W drzwiach pozostały same walizki, zbyt pięknie by było, gdyby sympatyczny ochroniarz wniósł je dalej. No cóż, wciągnęłam je do środka i już mogłam zająć się sobą. „Czas najwyższy na prysznic!” – zakomenderowałam. W pokoju nie było łazienki, była na korytarzu. Chwyciłam ręcznik i pobiegłam. Niestety, o magnetycznej karcie przypomniałam sobie, szarpiąc za klamkę. Z powrotem do pokoju. Gdzie położyłam ten przeklęty kawałek plastiku? Jest. Spadł mi ręcznik, drzwi otwarte. Pozbierałam się szybko i znów przebiegłam po korytarzu. Nawet nie pozdrowiłam przechodzących ludzi. Chciałam już tylko pławić się w wodzie. Tak, pławić się... Wiedziałam, że muszę oszczędzać, lecz nie sądziłam, że trzeba będzie sobie... skąpić. Na karcie było 6000 impulsów, każdemu odpowiadała jedna sekunda. Tego dnia prysznic zajął mi 150 sekund. I tego dnia dowiedziałam się, że te 5850 impulsów, które jeszcze pozostały, muszą mi wystarczyć na... cały semestr. A wcale nie umyłam głowy! Co tam, umyję ją w zlewie – pocieszałam się, lecz okazało się, że moja europejska głowa była za duża... No nic, pozostało mi już tylko przyjąć do wiadomości, że pachnące włosy trzeba będzie potraktować jako kolejny luksus.

Niby rozumiałam, że Chińczycy nie mogą pozwolić sobie na takie używanie wody, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni w Polsce, lecz, co tu dużo mówić – dostawałam szału, gdy musiałam się mydlić na sucho w zimnej, komunalnej łazience. Z czasem moje łazienkowe życie ustabilizowało się: z nieszczelnych okien wiało, impulsy znikały w szalonym tempie, a ja biegałam po korytarzu z ręcznikiem jak żagiel. Zresztą takich sprinterów z bożej łaski było więcej, bo kto chciał wkładać piżamę w lodowatej łazience?

Dosyć szybko zauważyłam pewną prawidłowość. Nasz akademik był specyficzny – nie dość, że międzynarodowy, to jeszcze koedukacyjny. W czasie „łazienkowych godzin szczytu”, na korytarzach pojawiało się mnóstwo osób, naturalnie płci męskiej. Panowie urządzali sobie pogaduszki, licząc na to, że zobaczą jakąś nie do końca szczelnie opatuloną ręcznikiem piękność biegnącą do pokoju... Po lutym i marcu przyszła wiosna, z okien już nie wiało, a impulsy się kończyły, więc korytarzowe pielgrzymki również umarły śmiercią naturalną.

W tym akademiku spędziłam niecały rok. I choć dzisiaj w mieszkaniu mam dużą i ciepłą łazienkę, gdy się namydlam i myję zęby, zakręcam kurek z wodą, dobre nawyki pozostały. Tutaj nie można myśleć tylko o sobie. Chińczycy przyzwyczajeni są do poświęceń i rezygnacji z indywidualizmu. Zasoby wody, z których korzysta Pekin, są niewielkie, wszyscy rozumieją ograniczenia. W każdej publicznej toalecie jest aż pstro od komunikatów z prośbami o oszczędzanie wody. Tęsknię za wanną, za luksusem odpoczynku w gorącej wodzie. W Polsce mogłam codziennie leżeć i pławić się w pachnącej pianie, w Azji wanny są rzadkością, również dlatego, że uważane są za niehigieniczne. I Japończycy, i Chińczycy tłumaczą, że prysznic spłukuje brud, a w wannie się w brudzie... taplamy.

W książkach dla młodzieży można tu znaleźć porady, jak dbać o zdrowie. Otóż – tu cytat – „Myć należy się często”. Co to znaczy?

Kilka tygodni temu usłyszałam w wiadomościach, że w czasie zmiany pór roku, zwłaszcza z zimowej na wiosenną, osoby starsze powinny częściej brać prysznic: dwa razy w tygodniu. Ważne przy tym, by używać jedynie naturalnych mydeł. Jeżeli takich nie posiadają, lepiej nie mydlić się w ogóle. Chińczycy wierzą, że bakterie są nam potrzebne – dzięki nim stajemy się odporniejsi i mniej chorujemy. Znają również wiele innych recept na długie i szczęśliwe życie. I tamte podobają mi się znacznie bardziej.

Spacer po Pekinie

Zanim przyleciałam do Pekinu, zostałam wyposażona w rady od wytrawnych podróżników. Gdy jednak znalazłam się już na miejscu, większość z nich... zignorowałam – i tak oto poszłam spać po południu. W Polsce był wtedy poranek, czyli nie spałam już od ponad trzydziestu godzin.

Różnica czasu między Opolem a Pekinem to siedem godzin zimą, o godzinę mniej w okresie letnim. W Chinach nie reguluje się czasu ze względu na pory roku i mimo że pomiędzy wschodnią a zachodnią częścią kraju realna różnica wynosi ponad trzy godziny, to obowiązuje tu jedna strefa czasowa.

Pierwszego dnia, pełna energii, obudziłam się o północy. Nie mogłam doczekać się rana, więc postanowiłam nie zastosować się do kolejnej wskazówki – wybrałam się na spacer. Dopiero wtedy zorientowałam się, jak ogromne i szerokie są pekińskie ulice. Gdy zapaliło się zielone światło, wkroczyłam żwawo na asfalt i sprawnie zaczęłam zmierzać do przeciwległego chodnika, który jawił się gdzieś na horyzoncie. Ledwie zdążyłam, bo już sygnalizator czerwienił się na mnie ze złością! Pomyślałam o staruszkach. Jak oni sobie radzą? Może auta już ich rozjechały, więc dziadków z laskami w Pekinie po prostu nie ma? Albo wszyscy ćwiczą tai-chi, więc laski nie są im potrzebne?

Przed pierwszą w nocy zajrzałam do małej cukierni – skusiłam się na kilka dobrze wyglądających miejscowych specjałów. Po jednym kęsie każdego z nich, wiedziałam, że był to pierwszy i ostatni raz. Chińczycy, niestety, nie wiedzą, jak robić dobrą czekoladę. Pachniała... benzyną. Zresztą czekolada to coś, za czym Pekińczycy nie przepadają, więc tę prawdziwą sprowadza się z Zachodu i sprzedaje po 40 juanów, czyli około 20 złotych za tabliczkę. Obcokrajowcom oczywiście, bo nikt inny jej nie kupuje. Pamiętam, że podczas spaceru zimowe powietrze było bardzo suche, a dodatkowo po tych chińskich łakociach zachciało mi się pić. W Pekinie, na szczęście, roi się od małych sklepików.

Weszłam do jednego z nich.

– Poproszę zieloną herbatę – powiedziałam. Przynajmniej tak mi się wydawało. Pan popatrzył na mnie ze zdziwieniem.

– Herbatę z osła? – zapytał.

Wtedy zorientowałam się, że pomyliłam tony. Lu w czwartym tonie oznacza osła, a lu w drugim tonie – to zielony. Nie zastanawiałam się jednak dłużej nad niezręczną sytuacją i nie rozglądałam za herbatą, bo moją uwagę przykuło coś zupełnie innego. Za plecami kasjera stało wielkie łóżko. A w nim słodko spała kobieta z dzieckiem. Pewnie była to rodzina tego mężczyzny, a sklep był jednocześnie mieszkaniem. Wyszłam stamtąd z mieszanymi uczuciami, pomyślałam naiwnie, że to przez takich jak ja Chińczyk pracuje nawet w nocy.

Nie przeszkodziło mi to jednak przed powrotem do akademika zajrzeć do jeszcze jednego sklepiku. Chciałam kupić wodę, bo ta w kranach jest wyjątkowo niesmaczna i nie dowierzam jej składowi. Weszłam do środka i... moim oczom ukazały się rzędy dziwnie wyglądających plastikowych figurek. Na półkach prężyły się dumnie trofea, które z myślistwem nie miały wiele wspólnego – trafiłam do sklepu z zabawkami dla dorosłych. Wybąkałam „przepraszam”, sprzedawca wybuchnął śmiechem, a ja miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Później zorientowałam się, że w Pekinie sex shop można znaleźć prawie na każdej ulicy, czasami kilka obok siebie.

Niedawno zapytałam o to znajomą. Lin Yang mówi, że Chińczycy chętnie kupują sprzedawane tam akcesoria, ale po prostu o tym nie mówią. I widziałam, jak zaczęły płonąć jej policzki: „Tak, tak, mój mąż też robi TAKIE zakupy raz w roku. Ja sama nigdy bym tam nie weszła!”. Przez chwilę się śmieje, ale bardzo szybko zmienia temat. Nie chcę jej zawstydzać, nie zadaję więcej pytań. Na razie.

Jedzenie I

Chińskie jedzenie jest czerwone. A przynajmniej ja taka byłam, gdy po raz pierwszy jadłam robaki i skorpiony. Ale po kolei.

Już Marco Polo pisał o tym, że chińska kuchnia daje ludziom szczęście, ponieważ Chińczycy potrafią przyrządzić kulinarne arcydzieło praktycznie z niczego. Tak jak różne są Chiny, tak odmienne są posiłki, dominuje kuchnia regionalna. Dorzućmy do tego jeszcze pięćdziesiąt pięć mniejszości etnicznych i dziesięć różnych słów na określenie różnych rodzajów smażenia i nic nie stanie się prostsze. Zanim tu przyjechałam, wydawało mi się, że Chińczycy jedzą głównie ryż, wprawdzie słyszałam o psach, ale sądziłam, że to tylko złośliwe docinki kolegów. Na miejscu okazało się, że... jest jeszcze gorzej.

Owszem, jedzą ryż, ale najbardziej lubią go mieszkańcy południa. Ci z północy mają w sobie coś z Włochów – wybierają makaron.

– To po czyjej stronie dzisiaj jesteś: północy czy południa? – pytają z ciekawością chińscy znajomi tuż przed zamówieniem potraw w restauracji.

– Pogodzę was, poproszę o makaron ryżowy.

To wersja optymistyczna. Bo Chiny są miejscem, gdzie nie ma rzeczy niejadalnych. To, co my nazywamy robactwem, dla Chińczyków jest smakołykiem. To, co my dajemy do jedzenia psom i kotom – tu uchodzi za rarytas.

Nigdy nie zapomnę mojej pierwszej wizyty w restauracji. Przygotowałam się: wiedziałam już, jak nie poprosić kelnera... do łóżka. Jest bowiem takie zdanie, które mówi się, zamawiając gotowane pierogi: Qing ni gei wo shuijiao, co znaczy: „Poproszę gotowane pierogi”. Gdy intonacja nie będzie poprawna, to – mimo że nie zmienimy słów – sens będzie zgoła odmienny. Chińczyk zrozumie to jako: „Proszę, chodź ze mną do łóżka”. Jeśli więc nie zna się melodii języka i tonu, jakim należy wypowiedzieć zamówienie, to człowiek sam się prosi o kłopoty.

Tak więc uzbrojona w wiedzę wzięłam kartę dań do ręki. Za nic nie chciałam żadnego psa lub czegokolwiek, co – jak wówczas wierzyłam – mogło się dla mnie źle skończyć. Wybrałam więc najdroższą potrawę z jadłospisu. Myślałam, że taki tok rozumowania sprawi, że zjem coś względnie bezpiecznego. Po pewnym czasie, przyniesiono mi bulgoczący garnek z warzywami w przedziwnych kolorach. Potrawa wyglądała jak sen zwariowanego kucharza, nie przypominała niczego znajomego, taka pozwijana szara, twarda galareta z nacięciami. Między jarzynami coś pływało. Aż trudno uwierzyć, ale pachniało wyśmienicie, jak wołowina duszona w dużej ilości marchewki i groszku. Zabrałam się do jedzenia. Hm... Każdy kęs smakował inaczej, żułam mięso, żułam, ale po chwili już wiedziałam, że wyjem tylko warzywa. No przecież, skąd miałam wiedzieć, że od kurczaka znacznie droższe będą... krowie jelita? Na szczęście do obiadu zamówiłam też chińskie piwo, podawane w dużych butelkach o pojemności 0,6 litra, więc szybko wypite sprawiło, że nie przejmowałam się już tym, co jadłam.

Zresztą, krowie jelita to była tylko przebieżka. Maraton nastąpił znacznie później. Nie przypuszczałam, że robaki i ich odchody to tylko wstęp.

Jedzenie II

Każdy kolejny dzień przynosił kulinarną lekcję. Z czasem odkryłam takie rarytasy, o których jedzenie nigdy wcześniej bym siebie nie podejrzewała. Naturalnie na wszystko potrzebowałam czasu, nie od razu rzuciłam się na jedwabniki, psy, kokony, skorpiony, węże, myszy czy żółwie.

W Pekinie bardzo popularne jest spożywanie smażeniny na patyczkach – są to tak zwane człarsy. Pierwszym patyczkowym dziwactwem, którego spróbowałam, był skorpion. Bałam się, że wciąż jeszcze będzie miał jad, ale ślicznie uśmiechający się do mnie Chińczyk bez zęba powtarzał: mei wenti, mei wenti, czyli: „nie ma problemu”, więc postanowiłam mu zaufać. Zwłaszcza że wspierały mnie jeszcze dwie koleżanki. Najwyżej szybko wezwą pomoc, jak zemdleję. Wesoły właściciel kramu z kulinarnymi specjałami nabił trzy skorpiony i z ciekawością przyglądał się temu, co stanie się dalej. Tymczasem my stałyśmy z trzema patyczkami i... nie było chętnej, która rozpoczęłaby tę ucztę. Postanowiłyśmy rzucić monetą, żeby zdecydować, która z nas wgryzie się w pajęczaka pierwsza. Trafiło na Vanię z Republiki Zielonego Przylądka. Ostra zawodniczka, nawet się nie skrzywiła, więc gdy nadeszła moja kolej, nie mogłam zawieść Polski. No i miałam już więcej odwagi, bo Vania wciąż żyła. Zatopiłam zęby w czymś ciepłym... I... całkiem smaczne... Taki czips ziemniaczany, tyle, że z odnóżami i ogonem. Może bardziej chrupiący. Mei-ling, pół Irlandce, pół Chince, nie przypadł on jednak zbytnio do gustu. „Smakuje jak smażony papier” – powiedziała. No to po co jeść papier, jak można coś bardziej pożywnego?

Po skorpionach przyszedł czas na wyższy poziom wtajemniczenia kulinarnego. Zresztą, skosztowanie owadów było nawet dość zabawne, bo wybiera się je, gdy jeszcze żyją. Wyglądają jakby się do siebie tuliły. Później zabawa się kończy: kładzie się je na grilla, czeka dwie minuty i... można ucztować. Nauczyłam się uważać na jedwabniki, bo można jeść jedynie ich wnętrze o kolorze szarym, to taka miałka papka konsystencją przypominająca serek homogenizowany. Wydłubuje się je małymi pałeczkami. Żółtej papki się nie spożywa, bo to odchody, które nie zostały wydalone przed śmiercią owada. Nie jada się również ich twardej brązowej skorupy, ale mój znajomy, Jack, dowiedział się o tym, gdy już mu chrzęściła pod zębami. Chińczycy uśmiali się wówczas do łez, bo oto Amerykanin zjadł nie tylko skorupę jedwabnika, ale i jego kupę. Jedwabniki mają ponoć bardzo dużo wartości odżywczych. Po połknięciu jednego stwierdziłam jednak, że witamin poszukam sobie gdzieś indziej.

Niedaleko mojego akademika należącego do Politechniki Pekińskiej znajdowała się koreańska restauracja. Często tam chodziłam, bo było blisko i niedrogo. Większość potraw była serwowana na surowo, pośrodku stołu stał ogromny grill. Podchodziło się do niego i kładło jedzenie na ruszcie, każdy pitrasił po swojemu. Można sobie było również usmażyć psa. Bo to właśnie Koreańczycy, a nie Chińczycy, słyną z jedzenia czworonogów. Znajomy Koreańczyk czuł się chyba trochę nieswojo, ale cierpliwie odpowiadał na moje pytania. Wiedział, że mnie i innym przedstawicielom Zachodu jedzenie psów wydaje się niedopuszczalne, bo przecież traktujemy je jak przyjaciół. Zadawał mi wciąż pytanie, czy uważam, że to naprawdę niehumanitarne. To, co nam wydaje się chore, gdzie indziej jest normalne. Dla nas barbarzyńskie, a tu jest to po prostu... inne. W Korei hoduje się psy, które potem są zabijane, by wylądować na czyimś talerzu. U nas to samo robi się przecież z kurami czy świńmi.

– Jedzenie psów ma głębokie podłoże historyczne, podyktowane było wojnami i głodem. Bo człowiek postawiony przed wyborem: albo zjem swojego psa, albo umrę z głodu, nie będzie się za długo zastanawiał – opowiadał Zhang Zi Rong. – A potem było to już tak normalne, że nikt nie widział w tym nic dziwnego. Psie farmy są w Korei normalnością. Powinniście kiedyś skosztować. Mięso jest naprawdę smaczne – dodał.

Wtedy jednak nie dałam się przekonać. Musiało minąć pół roku. I to był pies w zupie, a nie z grilla. Jak to jest jeść psa? Gdybym nie wiedziała, CO jem, powiedziałabym, że zupa była bardzo smaczna. Mięso było delikatne, o teksturze podobnej do cielęciny. Danie pachniało niemal jak polski rosołek, ale mózg odmawiał mi posłuszeństwa. I choć moje podniebienie zgadzało się i było zadowolone, to myśli pędziły jak myśliwski chart, z głębi trzewi podnosił się alarm, że coś tu jest nie tak.

Tego dnia po raz pierwszy spóźniłam się na popołudniowe zajęcia – musiałam pędem wrócić do akademika. Przez piętnaście minut szorowałam zęby, a zapach psiego mięsa czułam w ustach aż do następnego śniadania. Kiedy na zajęciach omawialiśmy słownictwo związane z jedzeniem, książkowe określenie: „psie mięso” pojawiało się tuż obok wołowiny, drobiu, wieprzowiny i ryb. Zamyśliłam się wówczas: ciekawe, dlaczego tak wielu Azjatów nie ma ładnych, białych zębów?

Jedzenie III

Gdy już poznałam typowo chińskie frykasy takie jak robaki – w kokonach i bez, do tego koniki wodne, pszczoły i termity, przyszedł czas na tak zwane myszki trzech krzyków. Jada się je głównie na południu Chin. To właśnie ta część kraju słynie z kulinarnych dziwactw, do których Chińczycy z północy mają, delikatnie mówiąc, pewien dystans. Myszki są maleńkie i żyją w górach – nie w brudnych mieszkaniach. Zbiera się je tuż po urodzeniu.

Któregoś razu zostałam zaproszona przez znajomych na tropikalną wyspę Hainan, powiedzieli, że czeka tam nas uczta. Restauracja mieściła się w lesie i słynęła z tego, że częstym jej gościem był Hu Jintao, były prezydent Chin. Polecieliśmy w zimie, dokładnie na chiński Nowy Rok. Pięć godzin lotu samolotem z Pekinu, a różnica temperatur: 40 stopni – palmy, kokosy i kuchenne eksperymenty. Oczywiście myszy nie były jedynym celem tej wycieczki. W planie były również żółwie i węże oraz... małpi mózg.

Cały czas zastanawiałam się, dlaczego te maleństwa nazywa się myszkami trzech krzyków. Znajomi powiedzieli, że zrozumiem, gdy tylko zaczniemy jeść. Otóż, myszki są wciąż żywe, więc pierwszy krzyk wydają, gdy łapie się je pałeczkami z talerza. Drugi, gdy macza w sosie sojowym, a trzeci, gdy się je gryzie... One pachniały jak skóra niemowlaka! Serce waliło mi bardziej niż w czasie pierwszego skoku na bungee, a przełyk odmawiał posłuszeństwa. Nie umiałam połknąć nawet jednego kęsa! Myślałam, że zwymiotuję. Znajomi z wyraźnym rozbawieniem krzyczeli, żebym wypluła. Nie miałam wyjścia, posłuchałam.

Zanim podano węża, jako gość honorowy, zostałam zachęcona do wypicia specjału, cenionego przez wykwintne podniebienia świadomych jego mocy Chińczyków. Podano puchar.

– Nie każdy ma taką możliwość. Spróbujesz krwi węża? – pytali.

W tym rejonie Chin wierzy się w jej magiczną moc, która jest w stanie rozbudzić nasze najgłębiej ukryte talenty. Dodaje się do niej odrobinę mocnego alkoholu. Należy wypić jednym haustem i rozkoszować się doznaniem ponoć podobnym do tego, które towarzyszy nam po śmierci, w drodze do raju. Tak przynajmniej głosi lokalna legenda. Zrobiłam więc, jak kazano, a dookoła rozległy się oklaski. Poczułam nagły atak gorąca rozciągający się od czubka głowy do pępka. Miałam wrażenie, jakbym nagle, zdecydowanie za szybko stanęła do góry nogami, a krew zwolniła swój bieg. Trwało to kilka minut, po czym wszystko wróciło do normy.

– I jak? Jak było w raju? Dostrzegłaś jakiś nieodkryty talent? – pytała Niao Niao. Pokiwałam niepewnie głową.

Następnie zaserwowano samego węża i żółwia. O dziwo, mięso węża smakowało wyśmienicie i miało coś w rodzaju ości. Jednak jego srebrno-czarna skóra nie przypadła mi do gustu. Ślizgała się podczas gryzienia. Z kolei jedzenie żółwia było okropnie niewygodne. Mięso wydłubuje się pałeczkami ze skorupy. I znów miałam problem, bo lubię te stworzenia – nie opuszczało mnie wrażenie, że to powtórka z jedzenia psa. Ale najgorsze miało dopiero nadejść.

Nigdy nie myślałam, że jedzenie może wnieść tyle emocji do mojego życia. I wcale nie były to dobre emocje. Znajomi ostrzegali, że dla nich jedzenie mózgu małpy nie jest czymś zwyczajnym, ale zawsze ich korciło, żeby spróbować. W Chinach małpę można zamówić jedynie w kilku miejscach, ponieważ niemal w całym kraju ich łapanie jest zabronione przez prawo. Kaprys jedzenia wiąże się z niewyobrażalnymi kosztami, bo choć spożywa się jedynie mózg, trzeba zapłacić za całą – to równowartość około dziesięciu tysięcy złotych. Mięso uważa się za niejadalne, ponoć koszmarnie śmierdzi. Jednak już sam sposób przyrządzania sprawił, że nie mogłam dojść do siebie przez dwa dni. Małpę najpierw się ogłupia i przywiązuje do krzesła. Jest wciąż żywa, ale nie za bardzo świadoma tego, co się dzieje. Przynajmniej takie słyszałam zapewnienia. Wydawało mi się, że było zupełnie inaczej. To, co nastąpiło dalej, do dzisiaj próbuję wyprzeć z pamięci. Przed oczami pojawiały mi się książki o Indianach, opowieści o ludożercach wlewających do kotła gorący olej. Nie wiem, jak wyglądał cały proces przygotowania, uciekłam stamtąd. Pomyślałam wtedy, że właśnie odwiedziłam piekło.

Na szczęście Chiny to nie tylko kraina dziwnego jedzenia. To różnorodność. Tu znalazłam dla siebie tyle wspaniałych potraw, że przez rok mogłabym każdego dnia przygotowywać inne danie. I każde byłoby smaczne. I jako składnik wielu znajdowałaby się trawa cytrynowa.

Teraz rozumiem, co miała na myśli znajoma Chinka, która jeszcze przed moim przyjazdem tutaj przekonywała mnie, że miejsce, które Marco Polo nazywał Katajem, to kraina smaku. Smaku, który jest w stanie zmienić życie. Moje zmieniło. Na razie przestałam jeść mięso. I dobrze mi z tym.