Wydawca: Drzewo Babel Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 185

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Pisarz rodzinny - Delacourt, Grégoire

Właśnie ledwo ledwo zdałem maturę. Moja siostra miała czternaście lat, słuchała Hôtel de la plage w wykonaniu Sheili i B. Devotion i, leżąc na łóżku, czytała w „Marie Claire” zwierzenia zdradzonej kobiety. Na ścianach wisiały plakaty z Richardem Gere’em i Thierry’m Lhermitte’em. Wierzyła w księcia z bajki. Bała się przespać z chłopcem, chyba że byłby księciem. Zapytała o mój pierwszy raz, czy było dobrze, a ja odpowiedziałem łagodnym głosem tak, tak, chyba było dobrze, a ona chciała, by pewnego dnia to samo ktoś powiedział o niej, tylko tyle: „tak, tak, było dobrze”.
A potem do pokoju wszedł nasz brat, przykrył nas swoimi skrzydłami i nasze dzieciństwo zniknęło.

W wieku siedmiu lat Édouard pisze swój pierwszy wiersz, cztery marne wersy, które sprowadzą na niego deszcz pochwał i uczynią zeń pisarza rodzinnego. Ale los, który gotują nam inni, nie zawsze jest szczęśliwy...
Grégoire Delacourt z wdziękiem i delikatnością opowiada nam prostą, dowcipną i poruszającą historię rodzinną.
Pisarz rodzinny sprawi, że będziesz płakać ze śmiechu i śmiać się przez łzy.

Grégoire Delacourt
Urodził się w 1960 roku w Valenciennes. Jest autorem reklam. Pisarz rodzinny, jego debiut literacki, nagrodzony, m. in. Prix Marcel Pagnol, Rive Gauche a Paris, Coeur de France oraz druga powieść, Lista moich zachcianek, trafiły na listy bestsellerów we Francji, a prawa do nich sprzedano do ponad dwudziestu krajów.
www.gregoiredelacourt.com

Opinie o ebooku Pisarz rodzinny - Delacourt, Grégoire

Cytaty z ebooka Pisarz rodzinny - Delacourt, Grégoire

Ale wyobraźcie sobie: dziecko w rok po ślubie, kredyt na domek w Wasquehal albo Ronchin, co druga niedziela u teściów, peugeot 104 w leasingu, za rok wakacje na kempingu, za trzy w ośrodku wypoczynkowym − zobaczycie, że wszelkie ambicje kariery się ulatniają. Człowiek zaczyna doceniać to, co ma. Wieczorem otwiera kronenbourga, włącza telewizor, beka leciutko, oglądając prognozę pogody, a na koniec drapie się po jajach i uznaje, że bardzo mu z tym wszystkim dobrze.

Fragment ebooka Pisarz rodzinny - Delacourt, Grégoire

Siedemdziesiąte

Kiedy miałem siedem lat, napisałem wierszyk.

Mamo

Nie jesteś piżamą

Tatku

Płyniesz na dużym statku

Babciu

Mysz się schowała w kapciu

Dziadziusiu

Wszyscy robią siusiu.

Kiedy miałem siedem lat, odniosłem pierwszy sukces literacki. Rzeczona mama wzięła mnie w ramiona. Tatko, babcia i dziadziuś zaklaskali. Wystrzeliły komplementy. Stuknęły kieliszki. Padły ważne słowa. Dar. Ma go po swoim dziadku Pierze, tym który napisał taki ładny list z Mauthausen w 1941. Poeta. Siedmioletni Rimbaud.

Pojawiła się też łza, na policzku mojego ojca; powolna i ciężka. Z rtęci.

Twarze zmieniły wyraz. Uśmiechy się wydłużyły. W cztery marne rymy zostałem pisarzem rodzinnym.

Kiedy miałem osiem lat, nie miałem już nic do napisania.

Miłosierne homonimy, które poznałem w trzeciej klasie, pozwoliły mi przez pewien czas podtrzymywać złudzenia. Znów widzę siebie w naszej bladożółtej kuchni w Valenciennes, jak wyciągam z kieszeni złożoną kartkę, w której moi zachwyceni (rymuje się z kieszeni) rodzice wypatrywali potwierdzenia geniuszu poetyckiego.

Leżał chleb koło drogi

Drogą szedł ktoś mi drogi

Znalazł w chlebie kamień drogi.

Siostra zaczęła krzyczeć. Brat wzleciał pod sufit. Matka skoczyła do eskalopek, które się przypalały.

Ojciec natomiast nie poruszył się. Dziwny blask rozświetlał jego zielone oczy. Skinął niedostrzegalnie głową. Dziś wiem, że przetaczały się przez nią moje słowa.

Później, kiedy leżałem w łóżku, spytał, czy znam to nadzwyczajne słowo, które tylko nieliczni potrafią wymówić nie zacinając się. To, które odróżnia vulgum pecus[1] od poety:

− Transsubstancjacja.

Milczałem.

− Pojęcie to oznacza przemianę jednej substancji w drugą. Wiem, że chleb w twoim wierszu jest symbolem miłości Boga. Wiem to, ponieważ droga oznacza Jezusa, a drogi oznacza miłość. Jak na to wpadłeś?

− Nie wiem, tato. Tak mi się samo napisało.

Złożył pocałunek na moim czole.

− A zatem kontynuuj. Niech ci się pisze.

Kiedy miałem dziewięć lat, dołączyłem do grona tych, którzy talent posiedli zbyt wcześnie.

Przypomnijcie sobie. Joselito. Billy. Les Poppys. Melody. Jordy. Santiana. Kenji Sawada.

Słowa zużywały się w miarę, jak rosłem.

Po raz pierwszy usłyszałem wyrażenie słomiany ogień i pojąłem, że słowa, nawet gdy są ładne lub zatrącają wiejską sielanką, potrafią być okrutne.

Kiedy miałem dziewięć lat, poznałem, czym jest upadek.

Wypisuje, co mu się podoba – brzmiała opinia nauczycielki. − Powinien iść do pedagoga szkolnego. Słowa dyrektorki były gwoździem do trumny. Musi powtórzyć klasę. Należy zastanowić się nad terapią.

Tuż przed moimi dziesiątymi urodzinami moi rodzice zebrali się na konklawe.

Przez jeden dzień i jedną noc obłoki gitanów jednego mieszały się z obłokami royale menthole drugiego, łącząc się w zbrodnicze opary. Przez cały ten czas mój brat, moja siostra i ja siedzieliśmy za drzwiami salonu z czerwonymi oczami narkomanów i zagłodzonymi żołądkami skazańców oczekujących na wyrok. Kilkakrotnie mój młodszy o trzysta sześćdziesiąt trzy dni brat rozpościerał swe skrzydła i pomrukiwał melodie Tino Rossiego. Moja bardzo mała siostra, zazwyczaj oscylująca wśród tonów piskliwych, zaczęła mówić niskim głosem. Ja zaś cisnąłem na papier toaletowy wiersz ostatecznej apokalipsy:

Żegnam już Valenciennes

Żegnam już łańcuch ten

Żegnam także mój sen.

Nadchodził nowy dzień.

W salonie kończyły się papierosy. Kaszel zastępował słowo. Konklawe dobiegało końca. Nasz braterski związek miał wkrótce pęknąć.

Rodzice wychynęli spośród oparów z podkrążonymi oczami, ziemistą skórą, skołowaciałymi językami i tłustymi włosami; nagle zdawali się starzy.

− Édouard pójdzie do internatu.

Moje słowa nie mogły nic zmienić. Ani grube, ani zdrobniałe. Ani gorzkie, ani słodkie, ani zaprawione żółcią, ani ociekające miodem.

Jesień 1970, zabójczy sezon dla moich kamratów. Mauriac. Dos Passos. Mishima. Wkrótce Follain.

Tamtego dnia, w dzień rozpoczęcia roku szkolnego, mój ojciec siedząc za kierownicą swojego DSuper 5 dotarł do Amiens w niespełna dwie godziny.

Wyobraźcie sobie scenę z filmu Claude’a Sauteta.

Samochód podskakuje na szosie; wydaje się, że frunie. Jest to efekt wywoływany przez zawieszenie hydropneumatyczne, który w przyszłości tysiące ludzi przyprawi o wymioty. Mężczyzna za kierownicą odpala nowego papierosa od niedopałka poprzedniego, ani na chwilę nie przestaje palić. Przypomina Michela Piccolego. Okna są zamknięte z powodu aerodynamizmu (jest to podówczas nowe słowo, wymawiane z odcieniem szacunku lub nieufnym wydęciem warg).

Obok kierowcy – nie widać go w pierwszym momencie, ponieważ wciąż jest nieduże − siedzi, tonąc w dymie, dziecko. Poeta zmarły przy narodzinach. Pisarz, który nie pisze. Słomiany ogień.

− Wiem, że to trudne – mówi palacz gitanów. – Ja też płakałem, kiedy wyjeżdżałem do Algierii. Kiedy wróciłem, nie miałem już łez.

I ponieważ od papierosów zaschło mu w gardle, kierowca zatrzymuje swój nowoczesny automobil przed jedną z kawiarni przy placu koło dworca kolejowego w Amiens. Jest dziewiąta trzydzieści. Rozpoczęcie roku szkolnego jest o dziesiątej.

− Mamy czas – mruczy Michel Piccoli.

Zamawia ciemnego pelfortha, czekoladę na gorąco, dwa croissanty. Później, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, w jego dłoniach pojawia się książka w wydaniu Livre de Poche. Brzegi są pomarańczowe. Gwasz na okładce przedstawia grupę wieśniaków biesiadujących pod gołym niebem. Stary mężczyzna nalewa coś młodzieńcowi z blond czupryną; za ich plecami pozuje dumny ze swojego poroża jeleń. Jest to powieść Jeana Giono. Niech moja radość trwa.

− Masz. Przekonasz się, pisanie uzdrawia.

Dziecko patrzy na ojca i nie rozumie. Z czego uzdrawia? Ojciec wyczuwa zakłopotanie, uśmiecha się, ale nie wyjaśnia nic; zaczęło się. Dziecko lubi jego nieczęsty uśmiech.

Oczywiście przybywają spóźnieni. Michel Piccoli pomaga synowi posłać ostatnie łóżko w sali sypialnej, stojące opodal drzwi do toalety. Ma teraz te same delikatne ruchy, co jego filmowa żona, kiedy ścieli łóżka dzieci w ich dużym domu wychodzącym na ogród.

Ojciec odprowadza syna na apel do sali, gdzie wszyscy już wstali, i dziecko nie może przepuścić okazji do podchwycenia rymu. Ale palacz nie uśmiecha się już, zdjęty nagłym przerażeniem na myśl o opuszczeniu swojego malca. Odwraca się gwałtownie, biegnie w stronę aerodynamicznego pojazdu. Nie daje synowi szansy, by mu powiedział, że te łzy w samochodzie wzięły się od dymu papierosowego i że tak, tak, było mi smutno.

Cut.

Ksiądz wychowawca umieścił powieść Giono na indeksie.

Skonfiskował jedyny prezent, jaki kiedykolwiek ofiarował mi ojciec, a wraz z nim klucz do tajemnicy. Pisanie uzdrawia.

Żyliśmy w świecie, w którym wkrótce pewien facet miał przespacerować się po księżycu, w świecie, gdzie światło dzienne miała niedługo ujrzeć Mariah Carey, obdarzona ośmiooktawowym głosem wykonawczyni popularnych piosenek, a mimo to książka napisana trzydzieści sześć lat wcześniej została poddana cenzurze przez jakiegoś zgorzknialca.

Tak więc, aby zemścić się na złośliwcu, zostałem autorem anonimów.

Zaczynałem nisko. Nędznie.

Moje trzy pierwsze anonimowe słowa zostały wyskrobane szpicem pióra kulkowego na gipsowej ścianie toalety w szatni od wuefu.

Moncassin jest świniopasem.

Dlaczego Moncassin? Bo był to jeden ze starszych; uczeń pierwszej gimnazjum, mroczny, milczący, dziki. Bo miał wąsy, czarną klingę nad linią warg. A listy anonimowe służą oddaleniu tego, co nas przeraża.

Osiem kolejnych słów zostało wyrytych kluczem od naszego domu w Valenciennes na drewnianym blacie ławki Moncassina.

Wychowawca z dupą gołą

Spacerować chce przed szkołą.

Cztery ostatnie wymalowano gwaszem na drzwiach sali od plastyki.

Édouard śmierdzi jak homar.

Skądinąd nie byłem pewien, czy homary śmierdzą. (Uznałem, że chytrze będzie obrazić samego siebie, by odwrócić wszelkie podejrzenia).

Ale moje mścicielskie słowa nie miały ograniczyć się do internatu. Nie. Trzeba było, aby dosięgły także tych, którzy je wychwalali pod niebiosa, a następnie rzucili na ofiarę.

Kolejne były przeznaczone dla mojej matki. Pisałem lewą ręką – właśnie poznaliśmy słowo grafologia, a nauczyciel wspomniał, że chodziło o gałąź wiedzy, która pozwala odczytywać osobowość i wykrywać zabójców.

Strzeż się, czarodziejko, syna porzuconego

On kiedyś powróci, chcąc rewanżu swego.

Krzywiłem się na porzuconego/swego, ale było to silniejsze ode mnie. Trzy lata wcześniej zaryzykowałem mamę i piżamę oraz siusiu i dziadziusiu, i odpłacono mi miłością.

Teraz mi ją odebrano.

Ksiądz wychowawca w asyście nauczyciela gimnastyki, krzepkiego chwata, który nazywał się jak pewien kwiat, zgromadził wszystkich uczniów na placu apelowym. Zrelacjonował kwestię wyzwisk, które pojawiły się na murach szkoły.

Wygłosił surową mowę na temat kretyńskiego tchórzostwa anonimowych autorów. Był czerwony, bardzo czerwony; na jego skroni napęczniała żyła, a w niej, jak rozjuszoną rzekę, widać było krew.

A później, nagle, zaczął się śmiać. Jego śmiech wciąż jeszcze dźwięczy mi w uszach; śmiech demona. Ale ja nie jestem kretynem, bando kretynów! – wrzasnął. – Co to, to nie. Ilu z was zna Stanislasa-André Steemana? Popatrzyliśmy po sobie, szukając wśród nas owego osławionego Steemana. Banda kretynów pomnożonych przez ignorantów! Kto czytał Morderca mieszka pod 21? Rozległy się śmiechy. Żyła prałata nabrzmiała teraz tak, że zaczęła wyglądać groźnie; pensjonariusze stojący bliżej cofnęli się o krok. Nagle zaświszczały dwa przydomki.

− Pan Świniopas! Pan Homar! Do mnie, natychmiast!

W powietrze wzbiły się szydercze śmiechy. Moncassin i ja zbliżyliśmy się do dzierżyciela anatemy. Mąż kościoła uśmiechał się, zadowolony z siebie. Lada moment miał poskromić dwie zbłąkane owieczki.

− Cwane z was gałgany – wyszeptał, kiedy znaleźliśmy się tuż obok niego. – A gałgany, panie Homarze, rymują się z…?

Otworzyłem szeroko oczy.

− Tumany. A pan Świniopas z czarcią twarzą niech się nawet nie sili na kłamstwa.

Wtedy Moncassin złożył dłoń na kształt rewolweru, wycelował lufę w głowę wychowawcy i strzelił.

Ten milczący wystrzał wywołał jeszcze bardziej przeraźliwe milczenie. Uczeń zabił księdza, a ksiądz nadal był żywy.

Broń na nowo zmieniła się w rękę, którą zabójca o cienkim wąsie wyciągnął ku mnie z uśmiechem. Cofnąłem się. Dlaczego pozwolił się oskarżyć o pisanie anonimów? Czy w zamian miał zażądać przysługi? Czegoś okropnego? Żebym ukradł hostię? Został jego przyjacielem? Niewolnikiem? Ale jego uśmiech był piękny. Wsunąłem swoją dłoń w jego dłoń.

− Wiedziałem! – zatupał wniebowzięty Inkwizytor. – Wiedziałem!

W powieści kryminalnej Steemana zabójca nie był sam, było ich trzech i osłaniali się nawzajem.

Moncassin i ja zostaliśmy zatrzymani w internacie przez cztery weekendy. Naszych rodziców wezwano do księdza prefekta. Moncassinowi zabroniono wracać do internatu w następnym roku szkolnym, jego gest odnotowano w jego dzienniczku ucznia, a ja miałem odtąd spać w celi. Był to pokoik przylegający do sali sypialnej. Nazywano go celą, ponieważ człowiek był w nim sam, a w jezuickim gimnazjum bycie samemu oznaczało bycie skażonym, zarażonym. Trędowatym.

W Valenciennes matka, upokorzona moimi złowieszczymi epistołami i zaszokowana tym, że jej syn się stacza, a za kolegę znajduje sobie takiego Moncassina z gębą siepacza (rym pochodzi od niej, nie ode mnie), uznała, że nie jestem dzieckiem takim jak pozostałe. Nie to, żeby mniemała, że je przewyższam, umieszczała mnie raczej w kategorii dzieci odmiennych. Czytaj: niebezpiecznych. Czy może pan to sobie wyobrazić, doktorze, w wieku siedmiu lat słodki blondynek, cera jak u dziewczynki, pisze wiersze, jest pociechą całej rodziny, aniołek można by powiedzieć, a trzy lata później grozi nam, posługuje się swoim darem, by nas straszyć, zwąchuje się z jakimś zbójem (stanowczo) i terroryzuje cały internat, nie wiem już co mam robić, zwłaszcza, że jego ojciec, czuję się w obowiązku pana o tym poinformować, nie miewa się zbyt dobrze. Czuję się w obowiązku. Co za osobliwe sformułowanie.

Wiosna 1971 roku. Owszem, modne są swetry w paski marki Frank et Fils i ultrakrótkie spódnice od Cacharela, przede wszystkim panuje jednak moda na psychoanalizę. Ukazuje się właśnie trzeci numer „Nouvelle Revue de Psychanalyse”, czasopisma założonego rok wcześniej przez Pontalisa; moja matka wpada w nałóg.

I tak oto, w wieku lat jedenastu, po efemerycznej i burzliwej karierze poety docieram do punktu, kiedy w każdy czwartek i każdą sobotę po południu przychodzę na konsultację do niejakiego doktora Fromentina na tyłach dworca kolejowego w Amiens. Nie jest to człowiek nieprzyjemny. Przypomina pisarza Didiera Decoina z czasów Abrahama z Brooklynu. Rozdziela nas wielkie czarne biurko. Na czarnym biurku spoczywa biała kartka. W jego dłoni – grube, srebrne wieczne pióro, długie jak szyja ptaka, wokół której zaciskają się jego palce. Nie odzywa się. A ponieważ ja także się nie odzywam, nie dzieje się nic. Przepisuje mi valium i mogadon. Tracę chęć pisania, śmiechu, wracania do domu, mówienia.

Chęć życia.

Mój ojciec ma czterdzieści pięć lat. Siedzi sam w Corbier, w sercu masywu górskiego Les Sybelles; sam od kilku miesięcy. Nie wraca na dziesiąte urodziny mojego brata, na moje jedenaste.

Jak co roku, nasza matka organizuje jedno przyjęcie dla nas obu, ponieważ, jak mówi, są między nami tylko dwa dni różnicy – tak naprawdę trzysta sześćdziesiąt trzy. Jest bardzo mało dzieci, dużo dorosłych, mężczyzn. Ona śmieje się często. Wygląda bardzo pięknie w sukience Courrèges, jej wargi są różowe i błyszczą, kiedy jakiś mężczyzna ją rozśmieszy, a kiedy ten sam mężczyzna podaje jej ogień, by zapaliła papierosa, jej palce czepiają się go tak, jakby już nigdy miały nie puścić.

Tamtego dnia zobaczyłem, jak matka nas zostawia.

Zobaczyłem jej nowe gesty, usłyszałem jej wysoki śmiech. Zobaczyłem ją piękną, frywolną i niewierną. Zobaczyłem ją szczęśliwą w towarzystwie innym niż nasze i naszego ojca, i było to jak prezent, który nam bezwiednie podarowała. Pokazywała, że może żyć bez nas; że powinniśmy się na to przygotować. Nadejdzie chwila, kiedy wszystko to, czym byliśmy, przestanie istnieć. To, co łączy, może też rozłączać, mówił jej śmiech. Dawała do zrozumienia, że szczeliny zawsze koniec końców się rozszerzają.

Że rodzina nigdy nie trwa wiecznie.

Więc przestraszyłem się i zrobiło mi się zimno. Spędziłem tamten dzień przyklejony do mojego syjamskiego brata. Uwijające się z kwiatka na kwiatek piękno naszej matki go hipnotyzowało. Mogadon od Fromentina mnie otępiał. Dlaczego nasz ojciec tak długo przesiadywał w Corbier? Dlaczego nie mieliśmy żadnego listu? Babcia ze strony ojca prosiła wcześniej, żebyśmy się za niego modlili, bo nadeszły trudne chwile „w sklepie”; chodziło o tych wszystkich barbarzyńców, którzy stawali u bram ze swoimi supermarketami i gotowymi sukienkami po trzydzieści franków, konfekcjonowanymi koszulami po osiemnaście franków, swoimi firankami na miarę po siedemdziesiąt franków za metr, karnisz i montaż w cenie; o tych bandziorów, którzy mieli nas wszystkich wykończyć.

Na urodziny dostaliśmy kolejkę Jouef. Tory zakreślały okrąg; lokomotywa BB 27 i jej jedyny wagonik kręciły się więc rozpaczliwie w kółko. Mój brat się śmiał. Ja nie. Matka zbliżyła się do nas:

− Twój tata jest chory, Édouard. Ma depresję.

− Umrze?

− Mógł umrzeć, ale wyjdzie z tego. Wiesz, co by mu dobrze zrobiło? Gdybyś do niego napisał.

Ale ja już nie piszę, mamo, już nie piszę od czasu, kiedy zgorzkniały ksiądz skazał mnie na przepisywanie Twierdzy wewnętrznej świętej Teresy z Ávili podczas weekendów w kozie. Od czasu kiedy litery, które stawiałem w listach do ciebie, okazały się martwą literą. Od czasu valium i mogadonu.

Już nie piszę.

− Zastanów się. To twój ojciec.

Spędzałem więc godziny przeznaczone na naukę w celi, ściboląc słowa dla niego. Szukałem rymów do szczęśliwy. Urodziwy. Śliwy. Żywy. Cięciwy. Malediwy. I wy. Rymów do powraca. Praca. Taca. Zagraca. Pajaca. Obmaca. Tęskniłem za moim ojcem, za dymem z jego papierosów, jego smutkiem.

Kilka tygodni później wysłałem mu do Corbier pocztówkę. Na obrazku widniała fasada merostwa Valenciennes, które przetrwało niemieckie bombardowania w 1940 roku. Na odwrocie nic lepszego nad te dwa słowa. Kocham cię.

Wrócił kilka miesięcy później, wyszczuplały, opalony, z lekko przerzedzonymi włosami na czole. Jego zielone oczy odnalazły swój figlarny blask. Płakaliśmy wszyscy. Claire odśpiewała wyliczankę, mój brat ofiarował mu abażur z pomarańczowej wełny wykonany w szkole (na Dzień Matki), a ja album z ilustracjami Jacques’a Faizanta. Wziął nas po kolei w ramiona, podziękował nam. Podziękował Bogu, że znów jest wśród nas, poprzysiągł, że odtąd wszystko się ułoży, a później zwrócił się do mnie. Mówił wolno, przesadnie artykułując. Można by pomyśleć, że wcześniej długo szukał słów, że zależało mu, by były precyzyjne, ważne.

− A tobie, Édouard, tobie dziękuję za uratowanie mi życia.

Matka wzruszyła ramionami i zniknęła w salonie, gdzie lubiła zamykać się, by palić papierosy royale menthol. W chwili, gdy powrócił ojciec, jej piękno zniknęło bez śladu.

Na nowo wziął sklep w swoje ręce. Zarządził istotną rozbudowę, która – jak precyzyjnie wyjaśnił – miała podnieść całkowitą powierzchnię sprzedaży do tysiąca sześciuset pięćdziesięciu dziewięciu metrów kwadratowych. Podpisał umowy z nowymi dostawcami. Obecnością zaszczycił nas nawet Jacques Anquetil, „anioł dwóch kółek”, pięciokrotny zwycięzca Tour de France, który zaprezentował swoją pierwszą kolekcję dresów sportowych. Podarował mi jeden z nich i złożył na nim dedykację przy oklaskach personelu i pod rozczulonymi spojrzeniami ekspedientek. Słynny podpis zniknął przy pierwszym praniu, a tusz z flamastra pozostawił niespieralną plamę w takim miejscu, że zawdzięczałem jej kopę facecji podczas zajęć wychowania fizycznego.

Dwa słowa przywróciły życie mojemu ojcu.

Nie śmiałem spytać go, co się wydarzyło. Czy miało to związek z urodą matki? Z jego brakiem łez trwającym od powrotu z Algierii? Czy jego serce wyschło, a matka cierpiała z tego powodu? Nie mówiliśmy o tym. Nic się nie stało.

Matka spędzała dni w salonie, zagubiona w mentolowej mgle. Wieczorami miała zaczerwienione oczy, jak gdyby płakała.

Każdego ranka ojciec wychodził do sklepu coraz wcześniej. Odzwyczailiśmy się od oglądania go. Naszych rodziców widywaliśmy razem jedynie w niedzielę, u babci ze strony ojca, nad pieczenią i pieczonymi kartoflami. Ojciec mówił tylko o sklepie; zdawało się, że zostały mu już tylko takie słowa, że wszystkie inne − słowa do mówienia o pogodzie, o muzyce, o wieściach ze świata − zniknęły. Wspomniał o projekcie stowarzyszenia kupców z centrum miasta, będziemy się bronić, nie pozwolimy, żeby supermarkety tutaj rządziły! Matka nie słuchała. Nie tykała ani pieczeni, ani kartofli. Ze znużonym wyrazem twarzy wypalała całą paczkę papierosów, była już tak odległa.

Zapadał wieczór; ojciec odwoził mnie wtedy na dworzec w Valenciennes; przyciskał mnie do siebie, szeptał przepraszam, wybacz mi i biegłem z wilgotnymi oczami na peron, żeby czekać na pociąg do Amiens, nigdy nie ośmielając się wypowiedzieć słów powtarzanych po tysiąc razy, porozmawiaj ze mną, tato.

Staliśmy się niemi. Dla rodziny chlubiącej się własnym pisarzem był to już szczyt.

Psychoanaliza poczyniła spustoszenia w naszej rodzinie.

Matka nie odzywała się już wcale, ponieważ wszystkie słowa chowała dla swojego psychoanalityka, niejakiego Bouchera z Lille. Ojciec milczał, ponieważ wiedział, że słowa mogą wprawdzie uzdrawiać, ale mogą też ranić, rujnować. A my nie ważyliśmy się zadawać pytań. Otworzenie ust potrafiło rozpętać kataklizm.

Przykład.

Pewnego wieczoru, kiedy siedzieliśmy za stołem w bladożółtej kuchni, która widziała moje początki w roli dziecięcia pióra, która pamiętała radość chwil, gdy bywaliśmy rodziną zabawną i swawolną, jak te, które zamieszkują filmy Franka Capry, spytałem rodziców:

− Czy jak jest cisza to znaczy, że ludzie się już nie kochają?

Zapadła cisza, to się rozumie samo przez się, a później w powietrze poleciały różne przedmioty.

Claire rozwrzeszczała się, osiągając nieznaną dotąd oktawę. Mój brat począł ją naśladować, zalewając się łzami; przerażony przykleił się do niej, zniknął w niej. Pod gradem bomb biegli, by schronić się u siebie w pokoju. Ja zostałem na miejscu, sparaliżowany.

Trzeba zobaczyć własnych rodziców, jak się biją, żeby pojąć, że dziecko może mieć ochotę umrzeć.

Wyciągnąłem się pod stołem. Wystrachane szczenię.

Matka wyszła z kuchni, trzasnęła drzwiami. Później ojciec delikatnie wstał z krzesła. Nogi mu drżały. Od tej chwili: czterdziestosześcioletni starzec. Zaczął zbierać z podłogi porozbijane słowa, solniczka, talerz, szklanka, dzbanek, foremka. Poskleja te rozrzucone słowa. Później odstawi je na miejsce, we właściwym porządku, aby ułożyć z nich zdanie, które oznajmia, że wszystko idzie dobrze, że wszystko wraca do porządku właśnie. Z biegiem czasu spróbuje ukryć blizny słów. Zepchnie je głęboko, w cień kredensu, aż po zapomnienie.

Kiedy zobaczył skonsternowane szczenię, ukucnął, wyciągnął dłoń. Był to jedyny raz, gdy widziałem, jak płacze. Ten nieoczekiwany brak skrępowania uświadomił mi, że w tej chwili istniał ból jeszcze większy od mojego. Jego ból. Pozwoliłem więc wyprowadzić się na zewnątrz. Z powrotem ku światłu.

Lato 1971 roku było zbrodnicze. Louis Armstrong, Jim Morrison, Pierre Flament.

Pierwszy zszedł na atak serca; drugi takoż, choć poniektórzy oskarżali LSD i FBI; jeśli chodzi o trzeciego, mojego dziadka ze strony matki, rozmył się on w ciszy choroby zapomnienia. Zapomniał imion swoich trzech córek. Włożył sobie ryż do ucha, żeby go zjeść. Przestał spuszczać wodę w klozecie. Zapytał swoją żonę, kim jest, a przede wszystkim pewnego razu zaczął pokwikiwać, usłyszawszy śmiech Denise Fabre[2].

Żona i córki zebrały się w początkach tamtego roku i wysłały mężczyznę, który na nowo stał się dzieckiem, do pewnego belgijskiego zakładu, gdzie zapomniał, jak się oddycha.

Kiedy zobaczyłem jego martwe ciało, miałem wrażenie, że oglądam gałąź drzewa. Było tak chude, tak sękate. Skóra na twarzy zdawała się zbyt duża, żałośnie obwisła jak naleśnik. Było to fascynujące. Moja pierwsza śmierć. Matka płakała. Moje oczy były suche. Złapała mnie za rękę, wyszliśmy ze szpitalnego pokoju. Na zewnątrz było gorąco. Usiadła na ławce w ogrodzie, mnie trzymała na stojąco naprzeciw siebie. Patrzyła na mnie długo, potem poprawiła mi włosy; jej dłoń drżała.

− Jesteś piękny – powiedziała. – Ja dziś jestem brzydka; to okropne, nie mam taty. Człowiek jest taki brzydki, kiedy już nie ma taty.

Byłem wtedy zbyt mały i miałem zbyt mało talentu, by znaleźć słowa, które przekonałyby ją, że żaden ojciec na świecie nie ma brzydkiej córki. Słońce osuszyło jej łzy, zostawiając na policzkach dwie solne blizny. Przytuliła mnie na chwilę, później wstała, skierowała się w stronę swojego citroena dyane, no już, chodź, pospiesz się!

Uświadomiłem sobie wtedy, że dzieciństwo się oddala.

W samochodzie zasugerowała, żebym napisał parę słów, które mógłbym odczytać na mszy żałobnej. Nie odpowiedziałem nic. Popatrzyłem na krajobraz za oknem. Popatrzyłem na gałęzie drzew. Ramiona. Nogi. Tułów. Kawałki dziadka. Zrobiło mi się niedobrze. Zahamowała, żebym mógł zwymiotować na zewnątrz i czekała, siedząc za kierownicą; mapa Michelina, której używała jako wachlarza, rozwiewała jej rude włosy. Była blada i rozmyta.

Nagle odtrąbiła klaksonem swoje zniecierpliwienie. Wsiadłem z powrotem. Język mi skołowaciał i śmierdziało mi z ust. Pisałem przez całą noc. Hasło Mauthausen w laroussie: obóz pracy założony przez nazistów na terytorium austriackim (reszta informacji musiała ulecieć z puchem dmuchawca widniejącego w logo słownika). Od czasu procesów norymberskich tamte obrazy okrążyły cały świat. Obrzydzenie, przerażenie, gangrena, wstyd, kloaka ludzkości. Choroba zapomnienia była łaską przyznaną mojemu dziadkowi. Nawet jeśli ścierała obrazy szczęścia, dzieci biegnących latem po plaży w Knokke-le-Zoute i krzyczących „tato, złap nas!” albo kobiety, która uśmiecha się do was, nalewając lemoniadę, to przede wszystkim pochłaniała obrazy ciemności. Choroba, która go zabiła, przyniosła mu także ocalenie.

To właśnie napisałem, żeby matka nie była smutna.

Pogrzeb odbył się cztery dni później w kościele Saint-Michel-de-Valenciennes. W nawie głównej roiło się od ludzi. Słychać było łzy i Stabat Mater Vivaldiego. Za mikrofonem kolejno stawały obie córki, zaprzyjaźniony notariusz, daleki kuzyn. Zapomniano mnie wywołać, żebym odczytał swoją modlitwę.

W roku moich dwunastych urodzin ojciec zaczął skarżyć się, że niedosłyszy i wypróbowywać różne aparaty słuchowe, a że w owym czasie miniaturyzacja nie objęła jeszcze tej kategorii towarów, Claire i ja potajemnie przezwaliśmy go Dumbo.

Nie miał pięćdziesięciu lat.

Po radosnym roku, który był świadkiem inauguracji odnowionego sklepu, wyczerpania zapasów kolekcji Jacques’a Anquetila, kiedy to w ofercie znajdował się szeroki wybór firan i makram Voildieu, a sukcesywne przeceny w pierwszą i trzecią środę miesiąca przyciągały tłumy, ruch w sklepie zamarł na nowo. Przelotna euforia nie wystarczyła na spłacenie pożyczki zaciągniętej w celu pokrycia kosztów rozbudowy. Cera ojca przybrała żółtawy kolor jego aparatu słuchowego. Wrócił do swojej matki, której mieszkanie znajdowało się nad sklepem.

Skoro tylko odszedł, moja matka przebudziła się z mentolowego letargu, otworzyła wszystkie okna naszego domu, zerwała prześcieradła z małżeńskiego łoża, wyrzuciła je do śmieci i, beztroska, udała się do fryzjera.

To właśnie w tym czasie moje słowa się wyczerpały – można by uwierzyć, że Dumbo uniósł je ze sobą. W szkole nie byłem w stanie napisać byle wypracowania. Na Dzień Matki – żadnego cukierkowego wierszyka. Na Boże Narodzenie – żadnych życzeń. Fromentin zmniejszył mi dawki valium i mogadonu, zainteresował się moją dietą i zalecił mi jeść łososia. Nasze półgodzinne spotkania co dwa tygodnie przebiegały zawsze z tym samym uprzejmym znudzeniem; rzucałem mu kilka zużytych słów, on robił kilka znużonych notatek. Zaniepokojony moją zapaścią nauczyciel francuskiego kazał mi czytać dwie książki tygodniowo. Usłyszawszy o tej niedoli, dziadek ze strony ojca posłał mi wszystkie powieści Maurice’a Leblanka i Gastona Leroux. Ksiądz zgorzknialec ocenzurował Hrabinę Cagliostro – później przyszło mi do głowy, że celem jego interwencji był rozkosznie kazirodczy wymiar tej książki. Claire, która święciła wiek rozumu, posłała mi całą swoją kolekcję dwunastu książek o Martynce. Były to jedyne rzeczy, jakie mi skradziono w internacie, a przyczyną były niechybnie szelmowskie białe majteczki tytułowej bohaterki. W pewną niedzielę odwiedziłem Dumba u jego rodziców. Chciałem zobaczyć jego pokój. Jego życie bez nas. Czy powiesił na ścianie nasze zdjęcia? Czy zachował nasze rysunki, abażur z pomarańczowej wełny od mojego brata, pocztówkę ode mnie, album Faizanta? Czy miał tam coś, co przypominało mu mamę? Czy właśnie tam znajdowały się zagubione słowa?

Pokój był smutny. Ani jednego zdjęcia na ścianie. Ani śladu rozłażącego się wełnianego abażuru. Ani śladu po naszym życiu. Wyczuł moją konsternację, posadził mnie na łóżku obok siebie, położył dłoń na ramieniu. Jego ręka drżała. Byłem dumny, że nie skrywa przede mną tej nowej słabości. Któregoś dnia zapytałeś nas, czy cisza oznacza, że ludzie już się nie kochają i potłukliśmy z twoją matką różne przedmioty w kuchni. Kiwnąłem głową. Odpowiedź brzmi: tak – szepnął; tak, cisza to koniec. Więc umrzesz, bo przestałeś słyszeć? – spytałem poruszony. Na jego twarzy pojawił się ten rzadki uśmiech. Jego dłoń stała się pewniejsza. Tato, dlaczego odkąd odszedłeś, nie udaje mi się nic powiedzieć?

Ale on nie słyszał.

Sześć lat szkoły z internatem, od piątej klasy podstawówki do drugiej liceum, zrobiło ze mnie uczonego ignoranta. Znałem rzecz jasna Teresę Raquin, Jeana-Paula Sartre’a, Jeana-Sola Partre’a[3], pogłowie krętorogich z podrodziny kozowatych z rodzaju owcy w Argentynie, nazwę stolicy Malty, katastrofalny PKB Szwajcarii, liczbę głosów uzyskanych przez Émile’a Mullera w pierwszej turze ostatnich wyborów prezydenckich, ale poza tym nie wiedziałem nic.

Byłem kimś na kształt Kandyda. Dzikim dzieckiem, które nie widziało Stracha na wróble, Ojca chrzestnego, Niech się zacznie zabawa, Pana Kleina. Które nie słyszało o samobójstwie Mike’a Branta. Które przegapiło narodziny U2, The Clash i Jake’a Shimabukuro, przyszłego wirtuoza ukulele. Które miało nigdy nie oglądać Beatlesów razem.

Miłość uprawiałem tylko raz, w wieku piętnastu lat w Anglii, z tęgą autochtonką, która pachniała mąką i ciecierzycą, i gaworzyła nieustannie w swoim niezrozumiałym języku przez krótki czas trwania moich podrygów. Słysząc kilka lat później, jak uczniowie mieszkający poza internatem z przechwałką opowiadają o wonnych wilgotnościach i słodkich deszczykach, miałem poczucie, że i w tej dziedzinie pewne rzeczy mnie ominęły.

Poprosiłem więc rodziców, żebym mógł iść do klasy maturalnej gdzieś, gdzie nie musiałbym mieszkać w internacie. Zgodzili się, jedno i drugie, pod warunkiem, że drugie się zgodzi. Drugie się zgodziło. Wysłano mnie do ciotki.

Mieszkała w ładnym białym domu przylegającym do pola golfowego, nieopodal Roubaix, z mężem i złym psem. Kiedy mąż wyprowadzał złego psa na spacer, ciotka podnosiła bezszelestnie, jak się jej zdawało, słuchawkę telefonu stojącego przy wejściu, skąd mogła nadzorować powroty spacerowicza i czworonoga.

Ukryty na pięterku widziałem perły potu występujące na jej karku i połyskujące jak naszyjnik. Jej słowa zmieniały się w westchnienia, śmiechy, popiskiwania i parsknięcia. Były kolejno groteskowe, wzruszające, śmieszne, denerwujące. Były słowami z języka kochanków, które wykrzykują to, co chcą przemilczeć. Znów widziałem moją matkę; jej gardłowy śmiech w towarzystwie niektórych mężczyzn. Czy miała kochanka? Czy tylko pragnęła mieć? Czy Dumbo się dowiedział? Czy to była przyczyna jego depresji, jego głuchoty, jego żałosnego powrotu do mamusi? Czy mój brat także wiedział? Czy zaczął śpiewać Tino Rossiego i pogwizdywać Chopina, żeby zagłuszyć hałasy, które go przerażały? Czy moje słowa zamilkły, aby to przemilczeć?

Przeszedł rok klasy maturalnej.

Smakowałem do upojenia trichloroeten, odkrywając Boba Dylana. Szukałem towarzystwa paru dziewcząt, drogi do ich łóżek. Żałowałem, że nie mam starszego brata lub przyjaciela, który objaśniłby mi, jak olśnić serce dziewczęcia, by następnie dobrać się do jego cipki, bo przecież w końcu o to zawsze chodzi, prawda? Miłość to słowo na później. Kiedy człowiek już się nie dobiera i trzeba razem żyć.

Maturę zdałem ledwo ledwo. To było ostatnie lato w Beg-Meil, z kuzynami prawiczkami, z samotnymi mamami, rozpadające się dzieciństwo. Za chwilę kończyłem osiemnaście lat. Żadne życie nie pociągało mnie należycie. Ani życie Dumba jako smutnego sklepikarza, ani życie wujka rogacza.

Tęskniłem za szczęśliwym dzieciństwem. Tęskniłem za zarzuconym śpiewem mojego brata, za skrzydłami, które złożył. Za radością Claire, kiedy czytałem wiersze. Postanowiłem napisać powieść.

Lato ’78 unosi się w powietrzu razem z podskakującym Plastic Bertrandem. Village People śpiewają Y.M.C.A., Boney M. Rasputina, Bee Gees Saturday Night Fever, a The Scorpions Tokyo Tapes.

Dumbo był między nami tylko przez jeden dzień. I spędził go z dala od nas, na plaży. Zdjął tylko marynarkę, zzuł buty i czarne skarpetki. Rzekłbyś: skarabeusz zagubiony pośród raków. Pozostał tam przez trzy godziny, siedząc w słońcu, patrząc na morze, którego nie słyszał, na bezdźwięcznie krzyczące i gestykulujące dzieci, na cały ten chaos. Później jego twarz pokryła się czerwienią; w regionie Pont-l’Abbé nigdy dosyć ostrożności ze słońcem. Wstał, przemaszerował boso po piasku aż po pas palącego asfaltu, gdzie wykonał kilka drobnych podskoków jak dziewczynka, dotarł do hydropneumatycznego samochodu, włożył z powrotem skarpetki i buty, rzucił marynarkę na pokryte skajem siedzenie. Cisnął w pustkę gest do nikogo, do tego z nas, kto zechciałby go podnieść, wsiadł do DSuper 5 i zniknął na końcu uliczki. Wtedy wyobraziłem sobie, jak pruje dwieście na godzinę przez szosy, jak flirtuje z drzewami, jak wyskakuje w ostatniej chwili zza ciężarówek; jak sam siebie straszy, jak gra w igranie z życiem, z nadzieją, że jeszcze bardziej szalony kierowca zadecyduje za niego. I bum.

Ale żeby umrzeć, trzeba być silnym, a Dumbo nie jest silny. Wiem to. Wszyscy odziedziczyliśmy jego słabość.

Tego lata kuzyni prawiczki przechodzą żeglarską inicjację na pełnym morzu koło Beg-Meil i wracają ledwo żywi w porze podwieczorku.

Claire ma trzynaście lat; odnajduje przyjaciółkę z zeszłego roku i we dwie polują na chłopców, w północnych rejonach plaży, na skałkach. Kiedy oni chcą je złapać, uciekają obie jak małe kraby.

Mój brat spędza dni w klubie plażowym, bawiąc się z dziećmi w wieku dziecka mieszkającego w jego głowie. Ciało ma pokryte białym kremem, który go chroni od słońca. Kiedy rozpościera ramiona, wygląda jak dostojny łabędź, a kiedy się śmieje, dzieci robią wokół niego kółko graniaste i zaczynają tańczyć farandolę, wydając pełne radości piski. Patrzę na niego czasem skryty w cieniu plażowych kabin i chcę wtedy, żeby zawsze się śmiał i nigdy nie zaznał strachu ani zimna. Ale nie jestem dobrym bratem.

W suchym ogrodzie, gdzie sosnowe igły wbijają się w bose stopy, matka i ciotka popijają godzinami campari. Ich mężów tu nie ma. Palą, śmieją się dużo. Zwykle nie wystawiają na słońce swojej delikatnej skóry, ale tego roku poświęcają na to trzydzieści minut każdego dnia. Są piękne. Świeża opalenizna ściera lata z ich twarzy. Wieczorami mają po dwadzieścia lat, wychodzą; widzimy je ponownie dopiero rano, starsze, jeszcze bardziej uwodzicielskie.

Dni spędzam przy dużym drewnianym stole w kuchni. Zaczerniam zeszyt na spirali swoim regularnym, gęstym pismem, takimi samymi muszymi łapkami, mówi matka, jakie stawiał dziadek z Mauthausen. Zapełniam pierwsze strony. Zaczynam pierwsze rozdziały. Odpadam przy pierwszych zdaniach. Wykreślam, wymazuję; warczę. Na palcu wskazującym robi mi się pęcherzyk i pęka.

W porze podwieczorku wracają kuzyni prawiczki i śmieją się z wielkiego pisarza; lepiej na łódki byś poszedł, jesteś cały biały, zupełnie jak dupa. Do dupy z taką twarzą.

A jednak słowa były na miejscu. Wszystko było na miejscu. Przymiotniki, przysłówki, zdania podrzędne, koniugacja czasownika „być” w czasie zaprzeszłym, i mimo to nie byłem w stanie pisać. Słowa mnie wkurwiały, wychodziły mi uszami. Że co? Napisałem kiedyś żałosny wierszyk i przykleili mi etykietkę pisarza rodzinnego. I co jeszcze? Gdybym pokroił żabę albo utrupił kota, zostałbym lekarzem rodzinnym, zabójcą rodzinnym. Uwiódł pryszczatą kuzynkę – rodzinnym Don Juanem. I co jeszcze? Mój brat jako prostaczek rodzinny; ten, którego imienia nigdy się nie wymawia, żeby w ogóle nie istniał. I co jeszcze. Claire, pewnego dnia, jako rodzinna panna źle wydana za mąż? Marzenia innych są naszym zatraceniem. Wypieprzać!

W ostatni poranek wakacji, wróciwszy ze swojej ostatniej nocy gdzie indziej, matka odnalazła mnie w kuchni. Usiadła; pachniała miłością, alkoholem, solą. Nagle jej dłoń odrzuciła do tyłu kosmyk włosów, a ja natychmiast poczułem przerażająco erotyczny charakter, jaki – mimowolnie – nadała temu gestowi. Byłem oszołomiony. Miała trzydzieści dziewięć lat. Równo trzydzieści dziewięć. Tylko trzydzieści dziewięć. Wiek kochanków mających dzieci za sobą. Była u szczytu swojej piękności i po mistrzowsku opanowała wszystkie jej arkana. Trwało to zaledwie sekundę. Poprawiwszy włosy pochyliła się nad kartką w moim zeszycie, jednostronicową powieścią. Próbowała rozszyfrować słowa ukryte wśród nieczytelnych liter i wtedy wydarzyło się coś wspaniałego. Otworzyła ramiona i przytuliła mnie do piersi, mnie, syna, który był teraz wzrostu mężczyzny, wyższego od własnego ojca; przytuliła mnie tak, jak już nie robiła tego całe wieki. Zabrakło mi tchu, co za szczęście. Szeptała mi do ucha głosem zdartym od śmiechu niedawnych nocy, schrypniętym od miętowego tytoniu, wiem, że pewnego dnia będziesz pisać, Édouard, że opowiesz o tym wszystkim. O naszych pęknięciach. O naszych lękach. Trzeba, żebyś znalazł słowa, którymi można prosić o przebaczenie.

Później imadło jej ramion rozluźniło się, nasze ciała się rozłączyły.

Pisanie uzdrawia.

Tamtego wieczoru Dumbo znów był w naszej kuchni. Oparzenia od słońca zniknęły, łuszczyła mu się skóra na nosie. Jego uszy zdawały się większe; czyżby winę ponosił ciężar aparatu słuchowego? Matka usiadła obok niego. Paliła jednego papierosa za drugim, jak Léa Massari w Okruchach życia. Na jej twarzy przetrwała lekka opalenizna, ale blask jej oczu tlił się tak, jak o świcie tli się ogień, do którego przestano dorzucać.

Nadeszła doniosła godzina. Nadeszła godzina, kiedy wybiera się życie. Matura to bardzo piękna sprawa, Édouard, ale na nic się nie przydaje. Musisz skończyć studia. Ojciec się o ciebie martwi. Nie może wziąć cię do sklepu. Martwię się o ciebie. Jesteś stworzony, by pisać. Ależ skąd, jest stworzony, by zajmować się prawem, jak mój ojciec. Chciałbym ci tylko zwrócić uwagę, że z pisania się raczej nie wyżyje. Pisanie! Weź takiego Bernarda Narbonne’a na przykład. Kto jeszcze pamięta o jego książkach? Fortuny chyba też nie zbił. Weź, bo mnie rozśmieszasz. Weź, bo mi przerywasz. Chyba nie chcesz zrobić z niego bezrobotnego? Ciągle nie dajesz mi dojść do słowa. To co, pójdzie na prawo? A czemu nie na medycynę? Ta matura to był łut szczęścia, trzy dziesiąte mniej i by oblał, nie buduje się życia na trzech dziesiątych punktu, o trzy dziesiąte od porażki! A gdybym ci teraz powiedziała, stara głuchoto, że tego lata napisał powieść, wspaniałą powieść? Powieść? Tak, twój syn, powieść! I pewnie dał ci tę powieść do przeczytania, co? Tak. Właśnie tak. I co, przytkało cię, hę? (Cię-hę – nie maczałem w tym palców). Aha, a jaki ma tytuł, Słowa, które mówią wszystko? Jakieś psychoanalityczne wypociny, tak? Właśnie tego ci nie powiem, stara małpo, tytuł to niespodzianka.

Moje narodziny uczyniły z nich ojca i matkę. Byli dumni. Uśmiechnij się ładnie. Agugu. Giligili. Tiutiutiu. Znaleźli dziecko idealne. Zrobili tysiące zdjęć. Nocą budzili się, żeby się całować i błogosławić swoje szczęście. Z pewnym wstydem, ale nie bez przyjemności myśleli o kuzynce Mado, która nie mogła mieć dziecka. Byli przekonani, że ich radość nie ma kresu, że te rzadkie sekundy będą trwać wiecznie, że błogość nigdy ich nie opuści, a tymczasem osiemnaście lat później zebraliśmy się wszyscy troje w bladożółtej kuchni. To, co kiedyś spajało, teraz ich dzieliło. Stałem się dla nich sytuacją podbramkową. Rozdzieloną od lat sypialnią. Głuchotą jednego. Zgryzotą drugiego.

Msza dobiegła końca. Dumbo uniósł ręce ku uszom, wyłączył aparat słuchowy. Matka zapaliła nowego papierosa od niedopałka poprzedniego, sparzyła się, krzyknęła psiakrew! i było po wszystkim.

− Rób, co chcesz. Teraz to już twoje życie.

Był to ostatni raz, kiedy widziałem ich razem w tym życiu. Ojciec opuścił kuchnię. Odprowadziłem go. Przy drzwiach wyszeptał:

− Z radością przeczytałbym twoją powieść.

Ale ja nie mam żadnej powieści, tato. Nie wychodzi mi. Nie jestem uzdrowicielem.

Matka dalej siedziała w kuchni. Nasze spojrzenia spotkały się na moment, ale nie powiedziały nic. Wyciągnąłem rękę, wziąłem papierosa. Zapaliła zapalniczkę i podała mi ogień. Spaliłem w nim ostatni węzeł łączący mnie z dzieciństwem.

Poszedłem na górę, do mojej siostry w jej różowym pokoju. Z kasety leciała Annie Chancel alias Sheila śpiewająca Hôtel de la plage. Claire leżała na łóżku i czytała w „Marie-Claire” zwierzenia kobiety, która oddała się mężczyźnie i została zdradzona. Położyłem się obok niej. Wyciągnęła rękę, pozwoliłem, by wzięła papierosa.

− Idziesz sobie na zawsze? – spytała.

Plakaty z Joe Dassinem, które wisiały wcześniej na ścianach, zastąpiła teraz plakatami z Thierry’m Lhermitte’em, Johnem Travoltą, Alem Pacino, Richardem Gere’em. Była prawie ładna. Za dwa, trzy lata uwolni się od szpetoty wieku pokwitania. Za siedem lat – pozna księcia z bajki, który pewnego ranka wyskoczy po szampana jak po zapałki w piosence Reggianiego. Tyle że nie wróci.

− Idziesz sobie na zawsze? Bo ja to lubię, jak jesteś. Wtedy wydaje się, jakbyśmy byli prawdziwą rodziną.

Oddała mi papierosa.

− Spałeś już z kimś? Bo ja to bym chciała, ale mam pietra.

Uśmiechnąłem się.

− Tak.

Tego wieczoru Claire ma tyle lat, co moja tęga i gaworząca Angielka. Odczuwa to samo pragnienie, które budzi strach i samo dla siebie jest przedmiotem pragnienia. Śpieszno jej już, by wreszcie skończyć z białymi skarpetkami typu stopki, solejkami i kołnierzykami bebe; by stanąć do walki ze spojrzeniami trzydziestoletnich starców; śpieszno jej, by wymienić skarb, który nosi między nogami, na bilet wstępu do wspólnoty kobiet.

− Dobrze było?

− Nie wiem… Tak. Tak, było dobrze.

Drzwi pokoju otworzyły się bezgłośnie. Wszedł nasz brat. Dziecko w ciele dorosłego w piżamie z Myszką Miki. Wdrapał się na łóżko, prześliznął jak wąż po naszej siostrze i wtulił we mnie. Claire miała ochotę się śmiać, ale on rozłożył ramiona, tak jak gdyby rozpościerał skrzydła. Skrzydła mnie objęły, potem ścisnęły, a potem zgniotły. W ciszy, która nastąpiła, rozległ się jego głos, wysoki, jasny, eteryczny. Anioł śpiewał:

Umyka cień, żegnaj już piękny śnie

Gdzie pocałunki dawano tak jak kwiaty

Ta noc zbyt prędko kończy się

Biada, czemu tak wcześnie spadną kraty

Co serca nam zamkną na szczęścia głos?[4].

Przemierzyliśmy noc we troje; córka i synowie Dumba i Kochanki. Rankiem czekał na mnie chaos dorosłego życia.