Pisanie jest jak seks - Krystyna Bezubik - ebook

Pisanie jest jak seks ebook

Krystyna Bezubik

3,4

Opis

Czy już piszesz? Publikujesz?

Tak? Gratuluję!

Nie? Dlaczego jeszcze tego nie robisz?

Chcesz napisać książkę? Już zaczęłaś pisać? Zbierasz materiały? Robisz notatki?

Tak? Świetnie.

Nie? Dlaczego jeszcze tego nie robisz?

„Pisanie jest jak seks” to książka, w której autorka chce Cię zachęcić do odwagi tworzenia. Do łamania reguł. Do łapania pomysłów z otaczającego Cię świata i zamieniania ich w teksty, które będą zachwycać. Znajdziesz w niej wybór artykułów z bloga i newslette, podzielonych na kilka grup tematycznych:

  • Pisanie jak seks,
  • Być pisarką,
  • Usuwamy blokady,
  • Czas na warsztat,
  • O konkursach,
  • Warsztat wydawniczy.

Pomiędzy poszczególnymi działami znajdziesz ćwiczenia motywacyjno-pisarskie.

Może właśnie dzięki tym artykułom i ćwiczeniom odnajdziesz motywację do pisania, odwagę, by tworzyć, a także praktyczne wskazówki warsztatowo-wydawnicze.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 105

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,4 (18 ocen)
2
6
7
3
0
Sortuj według:
Kira26

Całkiem niezła

Można znaleźć tutaj kilka ciekawych informacji.
00

Popularność




© ‌Copyright ‌by

Krystyna Bezubik ‌& e-bookowo

Zdjęcie na okładce: ‌Wojciech Wojtkielewicz

Korekta: ‌Patrycja Bukowska

Projekt okładki: ‌e-bookowo

ISBN ‌e-book ‌978-83-7859-928-9

Wydawca: Wydawnictwo internetowe ‌e-bookowo

www.e-bookowo.pl

Kontakt: ‌[email protected]

Wszelkie ‌prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, ‌rozpowszechnianie ‌części lub całości

bez ‌zgody wydawcy zabronione

Wydanie I ‌2018

Konwersja do epub ‌A3M ‌Agencja Internetowa

ZAMIAST WSTĘPU

Czy wiesz, ‌jak ‌smakuje ‌chleb pokrzywowy?

A galaretka z ‌płatków ‌róży?

Ja ‌już wiem, bo ‌takie smakołyki podawała ‌nam Marta – właścicielka ‌Ptasiego Radia. Miejsca, w którym ‌organizowałam ‌Wakacyjne Warsztaty Pisarskie. ‌

Jednak ‌nie o ‌kuchni chcę pisać. Dla ‌mnie ten chleb i ‌ta galaretka to symbole ‌odwagi tworzenia. Marta sama ‌wymyśla przepisy. ‌Jako artystka ‌inspirację czerpie z ‌otaczającej ją ‌przyrody, ‌by ‌potem usłyszeć od nas, ‌zwykłych ‌śmiertelników, że są ‌to ‌potrawy prosto z raju. ‌

Chcę ‌Cię zachęcić do ‌takiej odwagi tworzenia. ‌Do łamania ‌reguł. Do łapania ‌pomysłów z ‌otaczającego Cię świata i ‌zamieniania ‌ich w teksty, które ‌będą ‌zachwycać. Dlatego zdecydowałam się ‌przygotować tę ‌publikację. Znajdziesz w ‌niej ‌wybór artykułów ‌z mojego bloga i ‌newslettera. Podzieliłam ‌je na kilka ‌grup tematycznych:

Pisanie ‌jak ‌seks,

Być pisarką,

Usuwamy ‌blokady,

Czas na warsztat, ‌

O konkursach,

Warsztat wydawniczy. ‌

Pomiędzy poszczególnymi działami znajdziesz ćwiczenia motywacyjno-pisarskie do samodzielnego wykonania – byś szybko od teorii mogła przejść do praktyki. Proponuję, byś już teraz przygotowała zeszyt lub zwykłą kartkę. Cokolwiek, co pozwoli Ci wynotować zdania, które szczególnie Cię poruszą, a dodatkowo dadzą przestrzeń do tego, byś od razu po przeczytaniu polecenia wykonała ćwiczenie. Tak – ćwiczenie rób od razu, gdy je przeczytasz. Nie analizuj go zbyt długo. Pozwól sobie na automatyczne pisanie; pełną swobodę.

Chcę, byś dzięki tym artykułom i ćwiczeniom odnalazła motywację do pisania, odwagę, by tworzyć, a także praktyczne wskazówki warsztatowo-wydawnicze.

Przede wszystkim chcę Cię zachęcić do spróbowania czegoś nowego i odłożenia na bok obaw typu: „A co inni pomyślą?”, „A jeśli nie dam rady?”. Bo dasz radę. A inni na ogół niewiele myślą.

To co? Zaczynamy?

PISANIE JAK SEKS

Pisanie jest jak seks. Udany seks

Oczami kobiety. A może raczej – zmysłami. Bo sam wzrok to za mało; dostarcza tylko częściowej przyjemności.

Jest jeszcze dotyk. Uczucie gładkiej skóry, przyciski klawiatury, faktura kartki. Są czułe słowa i westchnienia, stukanie w klawisze, rozmowy bohaterów, głosy czytelników. Jest zapach rozgrzanego ciała i ulotnej nutki inspiracji, która pojawia się i znika…

Tak, pisanie przypomina seks. Seks w wersji kobiecej.

Przede wszystkim – chcę tego

Zaczyna się od wewnętrznego pragnienia. Bliskości, dotyku, przelania myśli na papier… Wszystkiego, co jest w nas. Głęboko. Towarzyszących nam pragnień, o których czasami zapominamy lub które odkładamy na półkę.

Ale one się budzą. Wystarczy impuls. Ten mężczyzna, który ma „to coś”… Ta inspiracja, która wyrzuca nas z rutyny codzienności i przenosi do świata słów i zmysłów. Ta piosenka usłyszana na ulicy. Ta kobieta spotkana w autobusie. Nawet ta zwykła kałuża, która sprawia, że wyciągamy pragnienie pisania z poczekalni i pozwalamy mu ożyć, pozwalając ogarnąć się żądzy… pasji.

Wszystko jest tak naprawdę w głowie

Jeśli zabraniam sobie, jeśli nie czuję się bezpieczna – mogę zapomnieć o pisarskim orgazmie. Mogę zapomnieć o tworzeniu tekstów. Jeśli czuję się niepewnie, jeśli nie akceptuję siebie i swoich pragnień – pisanie do mnie nie przyjdzie. Jeżeli bardziej przejmuję się tym, co pomyślą inni, niż tym, czego sama chcę – nie zaznam swobody tak potrzebnej, by poczuć satysfakcję.

Pisanie chce czuć, że akceptujemy je takim, jakim jest. Pisanie chce poczuć, że akceptujemy siebie takimi, jakie jesteśmy. Z niedoskonałościami ciała i warsztatu. Pisanie chce wiedzieć, że jest najważniejsze w chwili, gdy pochylamy się nad kartką lub edytorem tekstowym.

I pisanie, i seks nie lubią napięcia i przymusu. Jeżeli do łóżka i komputera podchodzę z nastawieniem: „muszę”, „to będzie najlepszy raz”, „teraz będą boginią…” – nic z tego nie wyjdzie (sama wiesz, z czego).

Nie ma perfekcyjnej namiętności. Nie ma perfekcyjnych tekstów. Nigdy nie będzie lepiej. Nigdy nie będziesz bardziej gotowa.

Twoja książka, Twoje igraszki (nie tylko ze słowem) będą takie, na jakie teraz Cię stać. Wystarczy pobawić się i pozwolić sobie na lekkość.

Potrzebna przestrzeń

Niekiedy najlepsza jest spontaniczność. Pojawiają się impuls i pożądanie. I tekst płynie sam, a Ty bywasz zaskoczona, że potrafisz. Ale nie czekaj na same spontaniczne natchnienia, bo mogą nigdy nie przyjść. Albo przyjdą i pójdą sobie, gdy ich nie zauważymy lub gdy poczujemy się zbyt zmęczone codziennymi obowiązkami.

I tak możemy latami żyć w białym małżeństwie z naszym pisaniem. Niby chcemy, ale nie ma okazji, nie czujemy impulsu… A przecież wystarczy stworzyć przestrzeń. Czas, miejsce, odpowiedni nastrój. Zapalone świece, kieliszek wina, włączony komputer.

Jeden pocałunek, jedno napisane zdanie mogą sprawić, że zapragniemy jeszcze. Że będziemy gotowe na więcej…

Pierwszy raz rzadko bywa udany

My, kobiety, wiemy, że wielokrotny orgazm za pierwszym razem to fikcja filmowa (przecież nie napiszę, że literacka). Potrzeba czasu, by nauczyć się swoich ciał. By wiedzieć, jaki dotyk sprawia najwięcej przyjemności. Potrzeba czasu, by słowa zaczęły układać się w płynne zdania, a zdania przeradzać w historie, które dobrze się czyta. Potrzeba czasu, by nauczyć się budować fabułę. Potrzeba czasu, by pokazać, co nas podnieca i by stworzyć bohaterów, którzy naprawdę ożyją i zaczną mówić własnym głosem.

A gdy już znam siebie i wiem, czego chcę…

…pozwalam sobie na pewność i akceptację. Pozwalam sobie na lekkość. Płynę na fali doznań. Zmysły szaleją. Zdania układają się w całość. Nie za każdym razem. Czasem jest zwyczajnie. Czasami jest nieziemsko. Czasem i tak, i tak. W seksie i pisaniu.

Warsztaty pisarskie, podczas których wszystkie kobiety dochodzą

– To co? – zapytała jedna z uczestniczek warsztatów progressteronowych w Poznaniu – Chyba wszystkie doszłyśmy?

Pozostałe przytaknęły ze śmiechem. Prowadząca, czyli ja, również. Bo jeśli miałam osiągnąć szczyt – udało się. Szczyt rozbawienia, oczywiście. A do czego doszły uczestniczki warsztatów? Do końca wymyślanej historii, oczywiście. Pomyślałaś o czymś innym?

Dojść na warsztatach jest łatwiej niż w życiu – przez cztery lata prowadzenia działalności zaobserwowałam to nie raz. Niekiedy z pełną premedytacją przerywałam ćwiczenie i kazałam dokończyć rozpoczęte zdanie. Ale przecież nie zawsze chodzi o to, aby postawić kropkę.

Często wystarczy dotrzeć do pomysłu, który zacznie nas prowadzić po manowcach wyobraźni. W grupie łatwiej o taki pomysł. Nieraz można zyskać pewność, że właśnie o tym chcę pisać i w taki właśnie sposób. Wystarczy dobra trenerka i ciekawe ćwiczenia. Wiecie, kogo mam na myśli? No dobrze, macie mnie! Zawsze obrastam w piórka, gdy słyszę: „Niesamowite. A ja myślałam, że robię sobie autocoaching! Dopiero teraz zrozumiałam…”.

Tak, podczas warsztatów jest inaczej niż w życiu, w którym same zmagamy się ze swoimi pragnieniami i uwikłane w codzienne sprawy, pracę, dom, zapominamy słuchać siebie. A może to, co mówi nasze wnętrze, bywa zagłuszane niepewnością, czy mam prawo? Albo myślą, że to przecież takie mało poważne?

Podczas warsztatów mamy szansę powiedzieć pełnym głosem: „Tak! Chcę pisać!” lub przyznać: „Tak, coś trzyma mnie w miejscu”. Robię to ja, robią to inne uczestniczki i… zaczyna się. Rozmowa. Pisanie. Często także poznawanie siebie i swoich pragnień w opowieściach innych uczestniczek.

Tak było i teraz, w trakcie warsztatów „Piszę, bo chcę” w ramach Festiwalu Progressteron w Poznaniu. Wspaniała atmosfera, dużo śmiechu, niezwykle kreatywne kobiety.

Nieco inaczej jest podczas kursów dotyczących wydawania książki. I do Poznania, i do Warszawy (oczywiście w ramach wspomnianego festiwalu) przybyły kobiety głodne konkretnej wiedzy i praktycznych wskazówek. Czy to jednak nie jest naturalna kolej rzeczy – najpierw radosny szał tworzenia, a potem konkretne i zdecydowane działania, by książka dotarła do czytelników?

A jak jest u Ciebie? Bierzesz udział w warsztatach? Tworzysz, czy już szukasz wskazówek, jak wydać książkę? Nieważne, na jakim etapie jesteś. Chętnie Cię poznam. Po prostu napisz do mnie. U mnie kobiety dochodzą. A mężczyźni? Zbyt rzadko dają okazję, abym mogła to sprawdzić…

Czy warto być grzeczną pisarką?

„Grzeczne pisarki idą do nieba, niegrzeczne publikują” – tak mogłabym sparafrazować tytuł pewnej książki i tym zdaniem zakończyć artykuł.

Tak, mam ochotę być dzisiaj niegrzeczną pisarką. Napiszę jednak więcej, bo bycie niegrzeczną pisarką nie oznacza przecież rezygnacji z pisania.

Po kolei.

Kim jest grzeczna pisarka?

Grzeczna pisarka boi się nazywać siebie pisarką. Grzeczna pisarka wstydzi się przyznać znajomym, że pisze lub marzy o pisaniu. Albo mówi im, że marzy o pisaniu – i nie pisze. Grzeczna pisarka przejmuje się każdą opinią na temat swojej twórczości, próbując sprostać wymaganiom i krytyków, i osób, które podpowiadają jej, jak pisać. Grzeczna pisarka załamuje się, nie otrzymawszy odpowiedzi z wydawnictwa, a pierwsza porażka zwykle bywa końcem jej pisarskiej kariery.

Niegrzeczna pisarka wie, czego chce

Chce być pisarką, więc pisze, nie pytając innych, co sądzą o jej pomyśle na życie. Niegrzeczna pisarka nie umniejsza tego, co robi, a z krytycznych uwag potrafi wybrać te, które rzeczywiście wnoszą coś ważnego do jej twórczości. Pozostałe odrzuca. Niegrzeczna pisarka obstaje przy swoim zdaniu, przyznając innym prawo do posiadania odmiennych opinii. Gdy wydawnictwo odrzuca jej książkę, niegrzeczna pisarka pisze następną, lepszą pozycję lub poszukuje innym form publikacji.

Grzeczna pisarka boi się pokazać światu – i siebie, i swoją twórczość. Dlatego z wielu form promocji książki zwyczajnie nie korzysta. Niegrzeczna pisarka odważnie mówi o tym, kim jest, co robi i o czym pisze, instynktownie promując swoją twórczość, bo przecież skoro dla niej jest ważna, może stać się istotna również dla innych. Nie tylko dla tych, dla których pisze.

We mnie są obecne dwie pisarki: grzeczna i niegrzeczna. Głos tej grzecznej staje się coraz słabszy, głos niegrzecznej coraz donośniej dopomina się swoich praw i walczy o przywileje. A jak jest u Ciebie?

CZAS NA ĆWICZENIA

1. Co masz w sobie z grzecznej pisarki? Jakie Twoje cechy czynią Cię niegrzeczną pisarką? Napisz dialog między tymi dwiema pisarkami. Pozwól im powiedzieć wszystko, co jest dla nich ważne. Niech wysłuchają siebie nawzajem ze spokojem i zrozumieniem. Niech ta rozmowa pozwoli im stać się bardziej jedną spełnioną pisarką.

2. Napisz list do swojego Wewnętrznego Krytyka? Jakimi argumentami go przekonasz, że masz prawo pisać, a to, co piszesz może się spodobać innym?

3. Dla mnie pisanie jest jak seks. A dla Ciebie? Napisz tekst zaczynający się od słów „Pisanie jest jak…”

BYĆ PISARKĄ

Ty możesz, przecież jesteś…

Mniej więcej rok temu (a może dwa lata?) na jednym ze szkoleń przyznałam się, że mój newsletter nie jest do końca rozplanowany, nie wysyłam go też regularnie. Mówiłam o tym z pewnym zażenowaniem, zdając sobie sprawę, że… Koleżanka przerwała mi jednak, mówiąc: „Krysia, ty możesz. Przecież jesteś pisarką”. I miała rację. Przecież pisarze, artyści bywają postrzegani jako jednostki nieco oderwane od rzeczywistości, żyjące w swoim świecie i czasie. Zachwyciło mnie też, że coś, co dotychczas uważałam za swoją wadę, może być postrzegane przez innych jako zaleta czy też mój wyróżnik.

Kilka dni temu przypomniałam sobie o tej sytuacji i zaczęłam zastanawiać się nad tym, jak świadomie możemy zamieniać swoje wady na atuty. Zdanie: „Ja mogę, jestem pisarką” pozwala mi nabrać swoistego rodzaju dystansu do tego, co robię. Poczuć luz, który, moim zdaniem, jest ważny w byciu kreatywną (kreatywnym). Zapraszam również Ciebie, abyś zastanowiła się, jaką swoją wadę możesz przemienić w swój atut? W kontekście jakiej swojej cechy możesz pomyśleć: „Ja mogę, przecież jestem…”?

Podążając za myślą „Ja mogę, przecież jestem pisarką”, zdecydowałam, że mój newsletter pozostanie nieregularnikiem na wzór jednego z pism literackich, które ukazywało się kiedyś w Białymstoku. Dlaczego ta nieregularność ma być zaletą? Planowanie i systematyczność są szalenie ważne w realizacji celów (by pomysł na książkę zamienić w publikację), jednak każda niespodzianka, wyrywająca nas z rutyny, może pobudzić naszą kreatywność.

O pisaniu w kawiarni

„Co lubisz robić i czego sobie skąpisz?” – takie pytanie wyczytałam jakiś czas temu w książce Julii Camerom „Droga artysty” (polecam!). Moja odpowiedź brzmiała: „Lubię spędzać czas w kawiarni, a od jakiegoś czasu rzadko sobie na to pozwalałam”.

Gdy zaczęłam zastanawiać się nad tym głębiej, uświadomiłam sobie, że pociąga mnie też obraz pisarza czy pisarki, którzy tworzą w kawiarni. Mają swój laptop, zamawiają kawę – i tak każdego dnia, gdy postanawiają pisać. „Dlaczego tego nie robię?” – zadałam sobie pytanie.

Dlaczego? Bo wyprawa do kawiarni wydawała mi się nieco męcząca i kłopotliwa. Mieszkam na wsi, do miasta i kawiarni muszę dojechać; jakoś w mojej wyobraźni jawiło się to jako wielka wyprawa.

Poza tym chyba miałam przekonanie, że wygodniej jest w domu, że przecież pisanie nie potrzebuje aż tak wielkich starań. Poza tym – co pomyślą inni.

Dobrze, może nie potrzebuję, ale przecież sama powtarzam, że warto tworzyć swoją przestrzeń na pisanie. Że miejsce ma znaczenie. A skoro w mojej wizji idealnego dnia pisarskiego pojawia się kawiarnia, dlaczego by do niej nie pojechać?

Przyznaję, pierwszy raz było dziwnie. Grzeczna pisarka we mnie czuła się niekomfortowo. Ale gdy usiadałam, otworzyłam laptop, zamówiłam ulubioną latte… Mam do Ciebie jeszcze dwa pytania:

A co, jeśli ludzie niczego nie pomyślą?

Co byś zrobiła, gdybyś się nie bała?

Mnie pomagają. Może pomogą też Tobie.

Refleksja przedurlopowa (w parku też można pisać)

W piątek poszłam z laptopem do parku. Na ogół chodzę do kawiarni, aby popisać. Aby zająć się swoimi tekstami literackimi. Tak – powstaje kolejny tomik opowiadań.

Było cudownie. Niewielu ludzi. Kaczki pływające w stawie. Ja i moje opowiadanie, które nabrało realnej formy.

Pisałam, dopóki nie poczułam, że zaczął padać deszcz. Pierwsze krople zignorowałam, kolejnych jednak już się nie dało. Na szczęście w pobliżu była restauracja, w której dokończyłam swoje pisanie.

Taka niby przygoda. Niby nic wielkiego, ale po raz kolejny poczułam, jak ważna jest dla mnie zmiana miejsca. Jak układają się myśli, gdy siedzę przy swoim biurku w domu, a jak wówczas, gdy otwieram laptop w parku czy kawiarni.

Wyjścia z domu to z jednej strony czas dla mnie, pisarki. Z drugiej strony piątkowe wyjście do parku odebrałam jako preludium do urlopu. Mój naturalny tryb pracy i tworzenia potrzebuje dłuższej przerwy. W zeszłym roku wróciłam z urlopu z nowymi pomysłami i fragmentami opowiadań zapisanymi w notesie. Wystarczający dowód, aby przekonać się, że kreatywność potrzebuje odpoczynku.

Od czego zacząć?

Niedzielny wieczór. Niewielka knajpka w centrum miasta. On zamówił piwo. Ona sok. I zaczęła się tradycyjna w tej sytuacji rozmowa. On przyznaje się, że chce napisać książkę. Ona zaczyna słuchać uważniej. Już przewiduje, że zaraz padnie pytanie: „Od czego zacząć?”: albo „Co mi radzisz?”. I rzeczywiście – pada jedno z tych pytań. Nieważne które. Randka przestała być randką.

Jakoś tak mam, że przyciągam do siebie osoby, które chcą pisać. Wystarczy, że znajdę się w nowym towarzystwie, powiem, co robię, a zawsze ktoś zacznie opowiadać o swoich pisarskich marzeniach. I prawie zawsze pada pytanie, od czego zacząć.

Odpowiedź jest zarówno banalnie prosta, jak i beznadziejnie trudna. Zawsze zaczyna się od pisania. Żeby pisać, trzeba pisać. Żeby napisać książkę, trzeba zacząć tworzyć choćby miniaturki, skrawki tekstu. Żeby pisać na blog, trzeba opracowywać i publikować artykuły. Nie ma drogi na skróty. Dlatego przez kilka lat, gdy podczas spotkań towarzyskich padało pytanie: „Od czego zacząć?”, radziłam: „Zacznij od tego, że każdego dnia usiądziesz i przez piętnaście minut będziesz pisać cokolwiek. Opisz sen, przebieg wizyty w sklepie, podsłuchaną rozmowę. Może to być fragment opowiadania. Może to być pamiętnik – wszystko, co pomoże ci się rozpisać”.

Dzisiaj chcę zaproponować podobne ćwiczenie, ale w nieco zmienionej wersji. Takiej, jaką proponuje Julia Cameron w książce „Droga artysty”.

Każdego dnia rano zapisz trzy strony. Co więcej – mają być one zapisane metodą strumienia świadomości, bez zwracania uwagi na to, czy jest ładnie i poprawnie (a wręcz przeciwnie – może być głupio i z błędami). Ważniejsze jest automatyczne wodzenie ręką po kartce niż treść. „Poranne strony nie mają brzmieć mądrze – chociaż pewnie czasami będą (a jeśli nawet nie – nikt oprócz Ciebie nie dowie się o tym). Nikomu prócz Ciebie nie wolno czytać Twoich porannych stron. I nawet Ty sam przez osiem tygodni nie powinieneś tego robić” (Cameron 2013: 10).

Przyznam się, że zakochałam się w porannych stronach. Dają mi bardzo dużo. Pomagają uspokoić myśli. Pomagają dotrzeć do blokujących przekonań i je osłabić. Co jakiś czas ta – wydawałoby się – bezsensowna paplanina przeradza się w artykuł na blog czy opowiadanie. Tak, trzy poranne strony są magicznymi stronami, od których warto zacząć.

Nie pytaj mnie, co piszę…

…gdy nie jestem na to przygotowana. Równie dobrze możesz zacząć grzebać w mojej szufladzie z bielizną.

Może Cię to dziwić, ale pisanie traktuję jako coś intymnego. Gdy układam myśli w zdania i obrazy, przenoszę się do swojego świata i nie chcę, aby każdy do niego wchodził. Na pewno nie w trakcie rodzinnego obiadu, w kinie czy na towarzyskim spotkaniu. Nie między sałatką a kompotem.

Inaczej jest na spotkaniach autorskich czy spotkaniach pisarskich w ogóle. Wtedy wiem, że takie pytanie może paść. Wtedy jestem przygotowana. Wtedy mogę Ci odpowiedzieć.

Pisanie już takie jest…

Na zewnątrz? Siedzę przed komputerem i klikam w klawiaturę lub leżę na kanapie i coś bazgrzę w zeszycie. Ale tylko to możesz zobaczyć. Bo to, co najważniejsze, dzieje się w mojej głowie. I nie tylko.

Proces metafizyczny?

Choć od lat prowadzę kursy pisarskie, choć zapisałam tysiące słów, nadal nie potrafię wszystkiego wyjaśnić. Oczywiście wiem, jak ćwiczyć warsztat. Wiem, jak karmić pisarską podświadomość. Ale jak to się dzieje, że gdy jadę samochodem, nagle muszę szybko zaparkować, bo pojawia się pomysł? Bo mam w głowie cały akapit. Bo poczułam ból serca bohaterki lub pojawiła się metafora.

Naprawdę mam poczucie, że w pisaniu jest coś metafizycznego. Coś nie do uchwycenia w sposób racjonalny. A nawet jeśli ktoś potrafi racjonalnie wyjaśnić proces twórczy, niech zachowa swoją wiedzę dla siebie. Ja tego nie chcę wiedzieć.

Pisarskie natchnienie a sprzątanie łazienki

Jak tak dalej pójdzie, stanę się wielbicielką obowiązków domowych. O cudownym wpływie zmywania na niemoc twórczą już pisałam, dzisiaj przyszedł czas na sprzątanie łazienki – kolejne bezsensowne zajęcie, które pozwala myślom ulecieć w siną dal.

Czysty zlew a natchnienie

Co ekscytującego może być w myciu wanny czy innych elementów wyposażenia tego sanktuarium czystości? Okazuje się, że może – i to w wersji pisarskiej! W „Alchemii słowa” Parandowskiego wiele się naczytałam o roli zapachów, moczeniu nóg w zimniej wodzie, wiszeniu do góry nogami, piciu wina, jednak ani jednego słowa nie było o wpływie czystego zlewu na myśl pisarską, która układa się w zdania nowego arcydzieła. Czy to znaczy, że taka zależność nie istnieje? Otóż nie! Nie daj się zwieść męskiej perspektywie myślenia sprzed pół wieku, która nie znała tak prozaicznych zajęć jak sprzątanie. Natchnienie lubi czysty zlew (i nie tylko). I bezmyślną czynność sprzątania, szorowania.

Skąd to wiem?

Czy uwierzysz, gdy napiszę, że z własnego doświadczenia? Wyobraź sobie, jak odrywam się od zlewu, który właśnie szoruję, i biegnę do pokoju po zeszyt i długopis. Szybko zapisuję myśl, która staje się pomysłem, a raczej początkiem czegoś. Czym jest to coś? Jeszcze nie wiem, na razie to kilka zdań, które pragną przybrać formę tekstu.

Słyszałam, że pisarz powinien znaleźć sobie hobby w postaci zajęcia spokojnego, rytmicznego, które nie wymaga słów. Najwyraźniej w moim wypadku takie hobby to zmywania, sprzątanie, szorowanie, gotowanie… Nie. Nie dajmy się zwariować! Jazda samochodem też wchodzi w grę. Jazda na rowerze również. Może dołożysz coś do tego repertuaru?

Karmienie pisarskiej podświadomości

To co? Od dzisiaj stajesz się fanką sprzątania? Zajęcia tak bezmyślnego, że pozwalającego spotkać natchnienie? Nie dajmy się zwariować! Prawda jest taka, że nawet mycie zlewu nie wydobędzie z Ciebie niczego, jeśli nie masz w sobie czegoś. Moje coś, moje kilka zdań nie pojawiłoby się, gdybym dzień wcześniej nie przeczytała książki („Dziewczyna z zapałkami” Anny Janko), gdybym kilka dni wcześniej nie obejrzała spektakli (podczas French Festiwalu w Edynburgu), gdybym nie podziwiała kolorów morza ani nie słuchała muzyki, która mnie pochłania. Krótko mówiąc: gdyby moja pisarska dusza była głodna, nic by nie powstało.

Końcowa rada

Końcowej rady nie będzie. Nie dzisiaj. Nie chce mi się więcej pisać.

Czy wiesz, czego chcesz?

Wróciłam. Z nową energią, nowymi pomysłami, ale też z refleksjami.