Wydawca: WAB Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2011

Piramida (Piramida. Część 3) ebook

Henning Mankell

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Piramida (Piramida. Część 3) - Henning Mankell

Po 9 powieściach z Kurtem Wallanderem pora na domknięcie cyklu i ujawnienie początków kariery słynnego komisarza. W 3 częściach publikujemy opowiadania Henninga Mankella ukazujące 20 nieznanych do tej pory lat z życia Wallandera.

Jak każdy doświadczony glina, Kurt Wallander był kiedyś żółtodziobem. O tym na razie wiemy niedużo – tylko z jego wspomnień pojawiających się w powieściach. Jakie musiał przejść próby? O czym marzył młody policjant, zanim trafił do wydziału kryminalnego? Na te i na wiele innych pytań odpowie 5 opowiadań kryminalnych, które w Szwecji ukazały się w zbiorze zatytułowanym „Piramida”. Oto ostatnie z nich.

Piramida

W grudniu 1989 roku Kurt Wallander, którego dwa miesiące wcześniej opuściła żona, zabierając córkę, tęskni za swoim dzieckiem. Zimowa pora, zmęczenie i niepogoda też nie nastrajają go dobrze. Gdy w katastrofie małego samolotu w Mossby Strand ginie dwóch ludzi, a wkrótce potem w Ystad zostają zamordowane dwie samotne starsze kobiety, właścicielki sklepu z pasmanterią, komisarz podejrzewa, że te wydarzenia wiążą się ze sobą. Śledztwo jednak się gmatwa, policjanci toną w robocie, a na dodatek Wallander będzie musiał ratować z opresji swojego ojca i w tym celu wybierze się do Egiptu...

Opinie o ebooku Piramida (Piramida. Część 3) - Henning Mankell

Fragment ebooka Piramida (Piramida. Część 3) - Henning Mankell

Tytuł oryginału:Pyramiden

Copyright:Pyramiden© 1999 by Henning Mankell Published by agreement with Leopard Förlag AB, Stockholm and Leonhardt & Høier Literary Agency A/S, Copenhagen

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2011 Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo W.A.B., 2011 Wydanie I Warszawa 2011

Redakcja: Małgorzata Denys

Korekta: Marzena Jaguszewska

Adiustacja: Zuzanna Kowalska

Redakcja techniczna: Alek Radomski

Projekt okładki i stron tytułowych oraz zdjęcie: Anna Sadowska

Wydawnictwo WA.B.

02-386 Warszawa, ul. Usypiskowa 5

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

ISBN 978-83-7747-326-9

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Henning Mankell(ur. 1948) – jeden z najpopularniejszych pisarzy szwedzkich, dziennikarz i człowiek teatru; stał się sławny dzięki kryminałom, których bohaterem jest komisarz Kurt Wallander. Cykl miał wiele ekranizacji, w tym 26-odcinkowy szwedzki serial telewizyjny oraz nowy serial produkcji brytyjskiej.

Książki Mankella publikowane są w trzydziestu dziewięciu krajach i rozeszły się w milionach egzemplarzy. Nakładem W.A.B. ukazało się dotychczas jedenaście jego powieści dla dorosłych, w tym tytuły spoza serii o Kurcie Wallanderze –Comédia infantil(2008) orazChińczyk (200Q). W przygotowaniu są kolejne książki kryminalne autora:Powrót nauczyciela tańcaorazNim nadejdzie mróz.

Pisarz zdobył wiele wyróżnień literackich, między innymi Europejską Nagrodę Literatury Kryminalnej „Ripper Award” (2008) oraz Erich-Maria-Remarque Friedenspreis za szczególne zasługi w obronie praw człowieka (2009). Mankell odnosi też sukcesy jako twórca literatury dziecięcej i młodzieżowej, za którą został uhonorowany Nagrodą Astrid Lindgren (1996). Wydawnictwo W.A.B. opublikowało jego cykl książek o nastoletnim Joelu.

Powieści z Kurtem Wallanderem:

Morderca bez twarzy1991 (W.A.B. 2004)

Psy z Rygi1992 (W.A.B. 2006)

Biała lwica im(W.A.B. 2005)

Mężczyzna, który się uśmiechał1994 (W.A.B. 2007)

Fałszywy trop1995 (W.A.B. 2002)

Piąta kobieta me(W.A.B. 2004)

O krok1997 (W.A.B. 2006)

Zapora1998 (W.A.B. 2008)

Niespokojny człowiek2009 (W.A.B. 2010)

oraz zbiór opowiadańPiramida2000

(tom I:Cios, Szczelina, tom II:Mężczyzna na plaży, Śmierć fotografa, tom III:Piramida, seria: Zima z Kryminałem, 2011)

Prolog

Samolot nadleciał nad terytorium Szwecji na niskiej wysokości na zachód od Mossby Strand. Strefę przybrzeżną spowijała gęsta mgła, ale im bliżej lądu, tym widoczność była lepsza. Pilotowi ukazał się nagle zarys linii brzegowej i pierwszych domów. Leciał już tą trasą wiele razy. Orientował się po zegarze i kompasie. Jak tylko przeleciał szwedzką granicę i dostrzegł Mossby Strand oraz światła wzdłuż szosy na Trelleborg, wykonał szybki zwrot na północny wschód, a potem kolejny na wschód. Samolot, piper cherokee, posłusznie wykonywał manewry. Przyjął dokładnie wyznaczony kurs w korytarzu powietrznym przebiegającym jak niewidzialna linia nad słabo zabudowanym obszarem Skanii. Było tuż przed piątą rano, 11 grudnia 1989 roku. Naokoło rozciągała się niemal nieprzenikniona ciemność. Zawsze, gdy latał nocą, wspominał swoje pierwsze loty w 1966 i 1967 roku, kiedy pracował jako pilot w greckiej spółce, która pod osłoną nocy przemycała tytoń z Południowej Rodezji, obłożonej wówczas sankcjami. Minęło już dwadzieścia lat, ale wciąż to pamiętał. Wtedy zrozumiał, że wytrawny pilot potrafi latać nawet w nocy, mając prymitywne przyrządy i bez żadnej łączności.

Samolot znajdował się już tak nisko, że pilot nie miał odwagi zejść niżej. Zastanawiał się, czy nie będzie zmuszony zawrócić, nie wykonawszy powierzonego zadania. Czasem tak się zdarzało. Przede wszystkim liczyło się bezpieczeństwo, a widoczność wciąż była zła. Nagle, tuż przed ostateczną decyzją, mgła się rozwiała. Spojrzał na zegarek. Za dwie minuty zobaczy światła w miejscu, gdzie ma dokonać zrzutu. Odwrócił się i zawołał do mężczyzny, który siedział na jedynym krześle w kabinie:

– Dwie minuty!

Mężczyzna zapalił kieszonkową latarkę, oświetlił swoją twarz i skinął głową.

Pilot wytężał wzrok w ciemności. Jeszcze minuta, pomyślał. W tym momencie zauważył reflektory. Promienie światła obrysowały na ziemi kwadrat o boku długości dwustu metrów. Zawołał do mężczyzny z tyłu, żeby się przygotował. Następnie skręcił w lewo, nadlatując nad oświetlony kwadrat z zachodu. Poczuł zimny podmuch wiatru i lekkie trzęsienie maszyny w momencie, gdy mężczyzna z tyłu otworzył drzwi. Położył rękę na wyłączniku lampy sygnalizacyjnej, która rzucała czerwoną poświatę na tył kabiny. Zmniejszył prędkość do minimum. Nacisnął zielony przycisk i wiedział, że mężczyzna z tyłu wypycha na zewnątrz pokryty gumową powłoką zbiornik. Zimny podmuch ustał po zamknięciu drzwi. Wtedy wziął kurs na południowy wschód. Uśmiechnął się pod nosem. Zbiornik już wylądował pomiędzy reflektorami. Ktoś czekał na miejscu, żeby go odebrać. Reflektory zgasną, zostaną załadowane na samochód i znów zapadnie gęsta, nieprzenikniona ciemność. Operacja na medal, pomyślał. Dziewiętnasta z kolei.

Spojrzał na zegarek. Za dziewięć minut przelecą nad wybrzeżem i opuszczą Szwecję. Dziesięć minut później wzięci na wysokość kilkuset metrów. Obok fotela miał termos z kawą. Napije się, kiedy będzie leciał nad morzem.

Potem wyląduje na prywatnym pasie do lądowania pod Kilonią, wsiądzie w samochód i już o ósmej będzie w drodze do domu w Hamburgu.

Maszyna szarpnęła i przechyliła się na bok. Pilot sprawdził przyrządy. Wszystko wyglądało normalnie. Przeciwny wiatr nie był zbyt silny i nie powodował turbulencji. Samolot znów się przechylił, tym razem mocniej. Pilot poruszał drążkiem steru. Ale samolot położył się na lewym skrzydle. Pilot bezskutecznie usiłował skorygować jego położenie. Przyrządy nadal wskazywały, że wszystko jest w porządku. Lecz pilot był doświadczony i wiedział, że coś szwankuje. Nie mógł wyprostować maszyny. Mimo że zwiększył prędkość, tracił wysokość. Starał się zachować spokój. Co się mogło stać? Przed startem zawsze kontrolował maszynę. Przyszedł do hangaru około pierwszej w nocy i dokonał półgodzinnego przeglądu, sprawdzając wszystko punkt po punkcie według listy dostarczonej przez mechanika. Przed startem wykonał niezbędne czynności kontrolne.

Nie mógł wyprostować maszyny. W dalszym ciągu traciła wysokość. Sytuacja stawała się krytyczna. Jeszcze raz zwiększył prędkość i manewrował poziomym sterem. Siedzący z tyłu w ciemności mężczyzna zawołał, pytając, co się dzieje. Nie wiedział, co odpowiedzieć. Jeżeli nie uda mu się wyprostować samolotu, za kilka minut uderzą w ziemię. Zanim dolecą do morza. Serce waliło mu w piersi. Na moment ogarnęło go uczucie wściekłości i bezradności. Potem już do samego końca pociągał za drążki i naciskał pedały steru.

Samolot rozbił się o ziemię 11 grudnia 1989 roku, dziewiętnaście minut po piątej, i błyskawicznie zajął się ogniem. Lecz mężczyźni w samolocie nie czuli, kiedy ich ciała zaczęły płonąć. Zginęli rozerwani na kawałki w momencie zderzenia z ziemią.

Znad morza znowu nadciągała mgła. Temperatura wynosiła cztery stopnie, i było bezwietrznie.

1

Jedenastego grudnia Wallander obudził się tuż po szóstej. W tej samej chwili usłyszał dzwonek budzika stojącego na nocnej szafce. Wyłączył budzik i leżał w ciemności z otwartymi oczami. Prostował nogi i ramiona, rozciągał palce u nóg i rąk. Sprawdzał w ten sposób, czy w nocy nie pojawiły się jakieś dolegliwości. Przełknął ślinę, upewniając się, że do dróg oddechowych nie zakradła się infekcja. Czasem myślał, że powoli wpada w hipochondrię. Ale tego ranka wszystko wydawało się być w porządku. W dodatku czuł się wyjątkowo wyspany. Położył się już o dziesiątej i niemal natychmiast zapadł w sen. Zwykle kiedy zasypiał szybko, spał całą noc. Jeżeli nie zasnął od razu, bezsenność doskwierała mu nawet przez kilka godzin.

Wstał i poszedł do kuchni. Termometr za oknem wskazywał sześć stopni. Ponieważ był niedokładny, oznaczało to, że na dworze jest cztery stopnie. Wallander spojrzał na niebo. Ponad dachami przepływała wstęga mgły. Tej zimy w Skanii nie spadł jeszcze śnieg.

Niedługo się pojawi, pomyślał. Prędzej czy później nadejdą śnieżne zawieruchy.

Zaparzył kawę i zrobił kilka kanapek. Lodówka jak zwykle świeciła pustkami. Na stole w kuchni leżała lista zakupów, którą sporządził poprzedniego wieczoru. Przed jedzeniem udał się do toalety. Kiedy wrócił do kuchni, dopisał na liście papier toaletowy i nową szczotkę do czyszczenia muszli. Jadł śniadanie, przerzucając „Ystads Allehanda”, którą co rano posłaniec wrzucał przez otwór na listy. Zatrzymał się dopiero na stronach z ogłoszeniami. W głębi duszy pielęgnował marzenie o domu na wsi. Tam mógłby wyjść z samego rana, wysikać się na trawie, sprawić sobie psa, a nawet – chociaż to było chyba najbardziej odległe – gołębnik. Przeczytał kilka ogłoszeń o domach na sprzedaż, lecz żaden z nich go nie zainteresował. Zauważył, że w Rydsgård ktoś sprzedawał szczeniaki labradory. Nie mogę zaczynać od końca, pomyślał. Najpierw dom, potem pies. Nie odwrotnie. Przy moich godzinach pracy nie mogę brać sobie na głowę psa, dopóki nie zamieszkam z kimś, kto też będzie z nim wychodził. Minęły już dwa miesiące od czasu, gdy Mona ostatecznie go opuściła. Właściwie wciąż się z tym nie pogodził. Nie bardzo jednak wiedział, co zrobić, żeby zechciała do niego wrócić.

O siódmej był gotowy do wyjścia. Włożył sweter, który nosił przy temperaturach od zera do około ośmiu stopni. Zawsze wybierał sweter w zależności od panującej na zewnątrz temperatury. Nie znosił marznąć w wilgotnym zimnie skańskiej zimy, z drugiej strony drażniło go, gdy się pocił. Uważał, że nie może wtedy jasno myśleć. Postanowił pójść do pracy na piechotę. Potrzebował ruchu. Przechadzka z mieszkania przy Mariagatan do komendy zajęła mu dziesięć minut. Wiał słaby wiatr od morza.

Idąc, zastanawiał się, co go spotka tego dnia. Jeżeli w nocy nie wydarzyło się nic szczególnego, na co miał nadzieję każdego ranka, czekało go przesłuchanie zatrzymanego wczoraj mężczyzny, podejrzanego o handel narkotykami. Poza tym sterta dokumentów na biurku, materiały z aktualnych dochodzeń, z których najgorsze i bez żadnych widoków na ukończenie to przemyt luksusowych samochodów do Polski.

Otworzył oszklone drzwi budynku i skinął głową na powitanie Ebby w recepcji. Zauważył, że zrobiła sobie świeżą trwałą.

– Jak zwykle piękna – powiedział.

– Robię, co mogę – odparła. – A ty musisz uważać, żeby nie utyć. Rozwiedzeni mężczyźni często przybierają na wadze.

Wallander kiwnął głową. Wiedział, że Ebba ma rację. Od czasu rozstania z Moną jadał nieregularnie i byle jak. Codziennie postanawiał z tym skończyć, jak dotąd, bezskutecznie. Wszedł do pokoju, zdjął kurtkę i usiadł za biurkiem.

W tej samej chwili zadzwonił telefon. Podniósł słuchawkę. Dzwonił Martinsson. Wallander nie był zdziwiony. W całej sekcji kryminalnej w Ystad to on i Martinsson zawsze przychodzili najwcześniej.

– Będziemy musieli chyba pojechać do Mossby – powiedział Martinsson.

– Co się dzieje?

– Rozbił się tam samolot.

Wallander poczuł ucisk w piersi. Pierwszą jego myślą było, że chodzi o samolot, który lądował albo startował na Sturup. Byłaby to katastrofa z dużą liczbą śmiertelnych ofiar.

– Mała sportowa maszyna – dodał Martinsson.

Wallander odetchnął z ulgą, przeklinając w duchu Martinssona za sposób przekazywania informacji.

– Przed chwilą przyszedł alarm – ciągnął tamten. – Straż pożarna jest już na miejscu. Maszyna się paliła.

Wallander kiwał głową ze słuchawką przy uchu.

– Już idę – powiedział. – Kto z naszych jest w pracy?

– O ile wiem, to nikt. Ale ci z prewencji już są w drodze.

– W takim razie my pojedziemy pierwsi.

Spotkali się w recepcji. Wychodząc, natknęli się na Rydberga, który właśnie wchodził do budynku. Rydberg cierpiał na reumatyzm, wyglądał mizernie. Wallander powiedział mu w paru słowach o wypadku.

– Jedźcie pierwsi – powiedział Rydberg. – Ja muszę przede wszystkim skorzystać z toalety.

Martinsson i Wallander wyszli z komendy i wsiedli do samochodu.

– Marnie wygląda – rzekł Martinsson.

– I marnie się czuje – odparł Wallander. – Ma reumatyzm. I coś jeszcze, zdaje się z drogami moczowymi.

Jechali wybrzeżem na zachód.

– Wprowadź mnie w szczegóły – poprosił Wallander, spoglądając w kierunku morza. Nad wodą wciąż unosiły się poszarpane kłęby mgły.

– Nie ma żadnych szczegółów – wyjaśnił Martinsson. – Samolot rozbił się około pół do szóstej. Zadzwonił jakiś rolnik. Miejsce wypadku leży na północ od Mossby, gdzieś w polu.

– Wiadomo, ile osób było na pokładzie?

– Nie.

– Sturup musiało zaalarmować, że zgubili samolot. Jeżeli maszyna rozbiła się w Mossby, pilot kontaktował się z wieżą kontrolną na Sturup.

– Ja też tak sądziłem – odparł Martinsson. – Dlatego przed telefonem do ciebie rozmawiałem ze Sturup.

– I co?

– Powiedzieli, że nie brakuje żadnego samolotu.

Wallander popatrzył zdziwiony na Martinssona.

– Co to ma znaczyć?

– Nie wiem – przyznał Martinsson. – Właściwie to niemożliwe, żeby w Szwecji latać bez uzgodnionej trasy i kontaktu z kontrolerami lotu.

– Nikt nie zaalarmował Sturup? Pilot musiał przecież zawiadomić wieżę, jeżeli miał problemy? W końcu to trochę trwa, zanim samolot się rozbije?

– Nie wiem – powtórzył Martinsson. – To wszystko, co mi wiadomo.

Wallander pokręcił głową. Myślał o tym, co go czeka na miejscu. Miał już kiedyś do czynienia z katastrofą lotniczą. Tamten samolot też był mały i spadł na północ od Ystad. Pilota dosłownie rozerwało na strzępy. Ale samolot nie spłonął.

Wallander z niechęcią myślał o tym, co tam zastanie. Poranna nadzieja okazała się płonna.

Dojechali do Mossby Strand i Martinsson skręcił w prawo. Wskazał ręką przed siebie. Wallander już zdążył zauważyć wzbijający się w górę słup dymu.

Kilka minut później byli na miejscu. Samolot spadł na środku grząskiego pola, mniej więcej sto metrów od gospodarstwa. Wallander domyślał się, że właśnie stamtąd zawiadomiono policję. Straż pożarna w dalszym ciągu spryskiwała maszynę pianą. Martinsson wyjął z bagażnika parę kaloszy. Wallander z żalem przyglądał się swoim prawie nowym butom z cholewkami. Razem wdepnęli w błoto. Akcją gaszenia pożaru kierował Peter Edler. Wallander stykał się z nim wiele razy przy okazji pożarów. Lubił go i dobrze im się razem pracowało. Oprócz dwóch wozów strażackich i karetki pogotowia zauważył policyjny radiowóz. Przywitał się skinieniem głowy z Petersem, jednym z policjantów, po czym zwrócił się do Edlera.

– Co tu mamy?

– Dwa ciała – odparł Edler. – Ostrzegam, że nie jest to piękny widok. Tak to jest, jak ludzie płoną w benzynie.

– Nie musisz mnie ostrzegać – odparł Wallander. – Wiem, jak to wygląda.

Odwrócił się do stojącego obok Martinssona.

– Dowiedz się, kto zaalarmował policję. Prawdopodobnie ktoś z pobliskiego gospodarstwa. Spróbuj ustalić jakąś godzinę. A potem trzeba przycisnąć Sturup.

Martinsson skinął głową i poczłapał w kierunku zabudowań. Wallander podszedł bliżej do samolotu. Maszyna leżała na lewym boku, głęboko wbita w błoto. Lewe skrzydło oderwało się przy kadłubie i rozpadło na kawałki rozsypane na polu. Prawe, z odłamanym czubkiem, trzymało się nadal kadłuba. Samolot był jednosilnikowy. Wygięte śmigło zaryło się głęboko w ziemię. Wallander powoli okrążył osmaloną, pokrytą pianą maszynę. Kiwnął ręką na Edlera.

– Nie można usunąć piany? – zapytał. – Czy samoloty nie mają przypadkiem oznaczeń na kadłubie i pod skrzydłami?

– Zostawimy pianę jeszcze przez jakiś czas – odparł Edler. – Z benzyną nigdy nic nie wiadomo. Mogą być jakieś resztki w zbiornikach.

Wallander wiedział, że Edlera należy słuchać. Podszedł bliżej i zajrzał do kabiny. Edler miał rację. Oba ciała były całkowicie zwęglone. Nie można było rozróżnić rysów. Jeszcze raz obszedł samolot dokoła. Potem powlókł się po błocie do miejsca, gdzie leżał największy kawałek oderwanego skrzydła. Tam przykucnął. Nie zauważył żadnych liter ani cyfr. Nadal było bardzo ciemno. Zawołał Petersa i poprosił o latarkę. Dokładnie oglądał skrzydło. Zeskrobał paznokciami trochę farby. Skrzydło wyglądało na przemalowane. Czyżby komuś zależało, aby ukryć oznakowanie maszyny?

Wstał na równe nogi. Znowu za szybko wyciągał wnioski. Te kwestie należą do Nyberga i pozostałych ekspertów technicznych. Kątem oka zarejestrował Martinssona, podążającego pewnym krokiem w stronę gospodarstwa. Kilka samochodów z ciekawskimi zatrzymało się przy polnej drodze. Peters z kolegą ponaglali kierowców do odjazdu. Nadjechał kolejny radiowóz, przywożąc Rydberga, Hanssona i Nyberga. Wallander podszedł się przywitać. Pokrótce objaśnił sytuację i poprosił Hanssona, aby zabezpieczył teren.

– Masz dwa ciała w kabinie samolotu – zwrócił się do Nyberga kierującego wstępnymi oględzinami.

Przyczyny katastrofy ustali później specjalnie powołana komisja. To już nie była ich sprawa.

– Wygląda na to, że oderwane skrzydło zostało przemalowane – mówił dalej. – Może po to, żeby uniemożliwić identyfikację samolotu.

Nyberg bez słowa pokiwał głową. Nigdy nie rzucał słów na wiatr.

Rydberg pojawił się obok Wallandera.

– W moim wieku nie powinno się łazić po błocie – narzekał. – W dodatku z tym przeklętym reumatyzmem.

Wallander spojrzał na niego.

– Nie musiałeś tu przyjeżdżać – powiedział. – Damy sobie radę, a resztą się zajmie komisja.

– Jeszcze nie umarłem – burknął zirytowany Rydberg. – Chociaż diabli wiedzą…

Ruszył do samolotu, nie kończąc zdania. Pochylił się i zajrzał do środka.

– Zostały tylko zęby – stwierdził. – Jako metoda identyfikacji.

Wallander poinformował go w kilku słowach, czego się dowiedział. Zawsze się dobrze rozumieli, nie musieli się wdawać w zawiłe wyjaśnienia. Zresztą dzięki Rydbergowi Wallander poznał wiele tajników pracy śledczego. Podstawowe kwalifikacje zdobył wcześniej w Malmö pod okiem Hemberga, który rok temu zginął tragicznie w wypadku drogowym. Wallander, który z zasady nie chodził na pogrzeby, jednak pojechał do Malmö, żeby pożegnać byłego szefa. Od czasu kiedy podjął służbę w Ystad, ideałem śledczego stał się dla niego Rydberg. Pracowali razem już od wielu lat. Wallander często myślał, że Rydberg należy do najlepszych śledczych w kraju. Nic nie uchodziło jego uwagi, żadna hipoteza nie wydawała mu się zbyt szalona. Jego niezwykła zdolność odczytywania śladów na miejscu przestępstwa nie przestawała zadziwiać Wallandera, który zachłannie przyswajał każdą nową umiejętność.

Rydberg nie miał rodziny. Nie miał też wielu znajomych i chyba o to nie zabiegał. Mimo że znali się od tylu lat, Wallander wciąż nie był pewien, czy Rydberga interesuje cokolwiek oprócz pracy.

Niekiedy w ciepłe wiosenne wieczory siedzieli na jego balkonie, popijając whisky. Najczęściej w przyjemnym milczeniu, przerywanym od czasu do czasu jakimś komentarzem na temat pracy w komendzie.

– Martinsson stara się określić czas wypadku – wyjaśnił Wallander. – Trzeba również sprawdzić, dlaczego wieża w Sturup nie zaalarmowała.

– Chcesz powiedzieć, dlaczego pilot nie zaalarmował wieży – poprawił go Rydberg.

– Może nie zdążył?

– Zameldowanie o awarii nie zajmuje wiele czasu – odparł Rydberg. – Ale masz oczywiście rację. Samolot musiał lecieć uzgodnionym korytarzem powietrznym.

O ile nie leciał nielegalnie.

– Nielegalnie?

– Wiesz, co mówią ludzie – powiedział Rydberg, wzruszając ramionami. – Słyszą po nocach przelatujące samoloty. Nisko latające maszyny z wygaszonymi światłami w strefie przygranicznej. W każdym razie tak było w czasach zimnej wojny. Być może to się całkiem nie skończyło. Dostajemy czasem raporty o podejrzanych działaniach obcego wywiadu. Można się też zastanawiać, czy wszystkie narkotyki docierają rzeczywiście do Szwecji wyłącznie przez cieśninę Sund. Nie jesteśmy jednak w stanie zidentyfikować tych samolotów. Ani ustalić, czy rzeczywiście istnieją. Radar obrony nie wyłapuje lotów na niskim pułapie. Wieża kontrolna też.

– Pojadę na Sturup i porozmawiam z nimi – rzekł Wallander.

– Pomyłka – odparł Rydberg. – Ja do nich pojadę. Z racji wieku błoto pozostawiam tobie.

Zaczęło się przejaśniać. Rydberg odszedł. Technik z ekipy Nyberga okrążał wrak samolotu i robił zdjęcia.

Peter Edler, wydawszy niezbędne dyspozycje, wrócił do Ystad jednym z wozów strażackich.

Wallander dostrzegł Hanssona. Stał na drodze i rozmawiał z kilkoma reporterami. Wallander był rad, że sam nie musi tego robić. Po chwili zobaczył brnącego przez błoto Martinssona. Wyszedł mu na spotkanie.

– Miałeś rację – rzekł Martinsson. – Mieszka tam samotny gość po siedemdziesiątce, Robert Haverberg. Sam z dziewięcioma psami. Smród jak diabli.

– Co mówił?

– Słyszał odgłos lecącego samolotu. Potem cisza. I znów to samo. Za drugim razem brzmiał bardziej jak gwizd. A na końcu huk.

Wallander pomyślał, że Martinsson miewa trudności w jasnym i jednoznacznym przekazywaniu informacji.

– Jeszcze raz – poprosił. – Robert Haverberg usłyszał hałas?

– Tak.

– Kiedy to było?

– Około piątej. Właśnie się obudził.

Wallander zmarszczył czoło.

– Samolot rozbił się przecież pół godziny później?

– Mówiłem mu to. Ale on trwał przy swoim. Najpierw usłyszał odgłos samolotu. Leciał nisko. Potem nastąpiła cisza. Zaparzył sobie kawę. I wtedy znów usłyszał samolot, zaraz coś gruchnęło.

Wallander się namyślał. Martinsson z pewnością przekazał coś istotnego.

– Ile czasu upłynęło między pierwszym odgłosem a katastrofą?

– Ustaliliśmy, że około dwudziestu minut.

Wallander spojrzał na Martinssona.

– Jak to wytłumaczysz?

– Nie mam pojęcia.

– Czy ten gość jest przytomny?

– Owszem. I w dodatku ma dobry słuch.

– Masz mapę w samochodzie? – zapytał Wallander.

Martinsson skinął głową. Ruszyli w stronę polnej drogi, gdzie Hansson w dalszym ciągu stał i rozmawiał z reporterami. Jeden z nich spostrzegł Wallandera i zaczął iść w jego kierunku. Wallander machnął do niego ręką.

– Nie będę niczego komentował – zawołał.

Usiedli w samochodzie Martinssona i rozłożyli mapę. Wallander oglądał ją w milczeniu. Myślał o tym, co powiedział Rydberg. O samolotach, które odbywają nielegalne loty, poza wyznaczonymi korytarzami powietrznymi i bez wiedzy kontrolerów lotu.

– Można by sobie wyobrazić następujący scenariusz – zasugerował. – Od strony morza nadlatuje samolot na niskiej wysokości. Wkrótce potem zawraca. I wtedy się rozbija.

– Myślisz, że mógł coś zrzucić? A potem lecieć z powrotem? – zapytał Martinsson.

– Coś w tym rodzaju.

Wallander złożył mapę.

– Za mało wiemy. Rydberg jest w drodze na Sturup. Trzeba zidentyfikować załogę samolotu. I samą maszynę. Na razie nic więcej nie możemy zrobić.

– Zawsze się bałem latać – wyznał Martinsson. – Tym bardziej kiedy widzę coś takiego. Najgorsze jest, że Teresa mówi, że chce zostać lotnikiem.

Teresa to była jego córka. Martinsson miał jeszcze syna. Był człowiekiem bardzo rodzinnym i stale się zamartwiał, że coś się może stać jego bliskim. Wydzwaniał do domu po kilka razy dziennie. Zwykle wracał tam na obiad. Czasami Wallander zazdrościł mu udanego małżeństwa.

– Powiedz Nybergowi, że już jedziemy – polecił Martinssonowi.

Czekał, siedząc w samochodzie. Spoglądał na szary, ponury krajobraz. Wzdrygnął się. Życie, pomyślał. Mam czterdzieści dwa lata. Czy skończę jak Rydberg? Samotny, zreumatyzowany starszy gość?

Otrząsnął się z przykrych myśli.

Martinsson wrócił i ruszyli z powrotem do Ystad.

O jedenastej Wallander wstał zza biurka, by udać się do pokoju przesłuchań, gdzie czekał już podejrzany o handel narkotykami Yngve Leonard Holm. W tej samej chwili drzwi się otworzyły i do pokoju wszedł Rydberg. Nigdy nie pukał. Usiadł na krześle dla interesantów i jak zwykle od razu przeszedł do rzeczy.

– Rozmawiałem z kontrolerem lotu, niejakim Lycke – oznajmił. – Twierdzi, że cię zna.

– Zamieniliśmy kiedyś kilka słów. Nie pamiętam, przy jakiej okazji.

– Tak czy inaczej, był bardzo pewny swego. Żaden jednosilnikowy samolot nie miał zgody na przelot nad Mossby o piątej rano. Żaden pilot nie meldował wieży o jakichkolwiek problemach. Ekrany radarów były puste. Nie pojawiły się na nich sygnały wskazujące na przelot samolotu. Według Lyckego rozbity samolot nie istnieje. Złożyli już raport do Ministerstwa Obrony i Bóg wie jakich jeszcze instytucji. Pewnie do urzędu celnego.

– Miałeś więc rację – powiedział Wallander. – W grę wchodzi nielegalna działalność.

– Tego nie wiemy – zaprotestował Rydberg. – Sam lot był nielegalny. Ale nie wiadomo, czy miał na celu nielegalną działalność.

– Kto lata po nocy bez szczególnego powodu?

– Mało jest wariatów? – zapytał Rydberg. – Sam dobrze wiesz.

Wallander bacznie mu się przyjrzał.

– Chyba w to nie wierzysz?

– Oczywiście że nie – odparł Rydberg. – Ale zanim się dowiemy, kto i jakim samolotem leciał, nic nie możemy zrobić. To sprawa dla Interpolu. Założę się, że samolot przyleciał spoza terytorium Szwecji.

Rydberg wyszedł, zostawiając pogrążonego w myślach Wallandera.

Po chwili Kurt wstał i poszedł do pokoju, gdzie czekał Yngve Leonard Holm ze swoim adwokatem.

Dokładnie o jedenastej piętnaście Wallander włączył magnetofon i rozpoczął przesłuchanie.

2

Wallander wyłączył magnetofon po godzinie i dziesięciu minutach. Miał już serdecznie dosyć Yngvego Leonarda Holma. Z powodu jego bezczelności i faktu, że będzie zmuszony go zwolnić. Był przeświadczony, że mężczyzna naprzeciwko niego jest notorycznym handlarzem narkotyków. Zdawał sobie jednocześnie sprawę, że na podstawie materiałów z wstępnego dochodzenia żaden prokurator nie wyda nakazu zatrzymania. A już na pewno nie Per Åkeson, któremu Wallander miał przedstawić sprawozdanie.

Yngve Leonard Holm miał trzydzieści siedem lat. Urodził się w Ronneby, lecz od połowy lat osiemdziesiątych był zameldowany w Ystad. Podawał się za wędrownego sprzedawcę książek serii kieszonkowych, w rodzaju serii „Manhattan”, na rozmaitych targach, które odbywały się w lecie. W ostatnich latach deklarował nieznaczne dochody. Równocześnie wybudował sobie wielką willę w dzielnicy sąsiadującej z komendą policji. Wartość podatkowa willi wynosiła wiele milionów. Holm twierdził, że sfinansował jej budowę z dochodów uzyskanych z hazardu – wyścigów na Jägersro1 i Solvalli, oraz z wyścigów kłusaków w Niemczech i Francji. Nie miał oczywiście żadnych kwitów z wygranych. Niestety przepadły w pożarze. Ogień we właściwym momencie zniszczył przyczepę kempingową, w której przechowywał swoje księgi rachunkowe. Jedyne pokwitowanie, które przedstawił, było z wygranej sprzed kilku tygodni i opiewało na sumę 4993 koron. Mogło to najwyżej dowodzić, że Holm wiedział coś niecoś na temat koni. Nic poza tym. Właściwie powinien tu siedzieć Hansson, pomyślał Wallander. On też się interesuje kłusakami. Mogliby sobie o nich pogadać.