Piorun - Angel Payne - ebook
Opis

Pracuję na nocną zmianę w pięciogwiazdkowym hotelu w centrum Los Angeles, często więc natykam się na różnych dziwaków. Nic jednak nie mogło mnie przygotować na noc, kiedy poznałam Pioruna. Uratował mi życie.

Teraz jest moim superbohaterem – ogierem, któremu mam ochotę podziękować o wiele bardziej kreatywnie niż głupim pocałunkiem w policzek. Szkoda tylko, że w prawdziwym życiu jest też Reece’em Richardsem, moim cholernie przystojnym szefem.

Reece unika zobowiązań z powodu swojej diabolicznej byłej dziewczyny. Musi ocalić wszystko, co pokochał, przed wariatką gotową zniszczyć cały jego świat.

              Jest jednak coś jeszcze, co może wpłynąć na wszystkie te plany. Moje serce…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 275

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Dla Thomasa, mojego wspaniałego superbohatera na co dzień

PROLOG

REECE

Ma ciało bogini, oczy kusicielki i usta diablicy. Tego wieczoru cała należy do mnie. Na każdy możliwy sposób, jaki przyjdzie mi do głowy.

Kurwa, mnóstwo różnych rzeczy przychodzi mi do głowy.

Oszołomiony jej uwodzicielskim spojrzeniem idę za nią do zaparkowanej limuzyny. Paru znajomych z imprezy, którą właśnie opuszczamy – ich nazwiska już zaczynają mi się zamazywać niczym światła na barcelońskiej Plaça Reial – macha mi z przejęciem. Jakby Angelique La Salle zabierała mnie w sześciomiesięczny rejs do raju.

O tak!

Nigdy nie byłem na żadnym rejsie. Jako dziedzic hotelowego imperium nie cierpiałem na brak luksusów, ale na żadnym rejsie nie byłem. Chyba by mi się spodobało. Żadnych zmartwień, tylko bezkresny horyzont… I gorzała. Żadnych dziennikarzy jak w tym tłumie, który błyskał mi w klubie fleszami po oczach.

Ciekawe, jakie będą nagłówki.

Na pewno mają już zaplanowanych kilka różnych kombinacji. W tym tygodniu największą popularnością cieszą się: Imprezowicz. Podrywacz. Dziedzic, co nie lubi dziewic. Milioner, któremu nie tylko portfel wypycha spodnie.

No cóż. Nie mogę ich zawieść co do tych wypchanych spodni.

I – to chyba kurewsko jasne? – nie zamierzam.

Jeśli tylko mojemu mózgowi spodoba się to tak samo, jak mojemu kutasowi… Na pewno nie będę narzekać.

Może to ta jedyna?

Może to coś więcej.

Może to ta, która wszystko zmieni? W końcu.

Gdy limuzyna włącza się do ruchu w godzinach sobotniego nocnego szczytu, Angelique zaczyna wodzić zielonymi oczami po wszystkim, co znajduje się poniżej mojej szyi. Moje ciało staje na baczność po pięciu sekundach. Fantazje rodzące się w moim mózgu ustępują pod naporem zdeprawowanej gorączki moich członków. Moja pierś jeszcze płonie od malinek, którymi grupowo obsypało mnie pięć dziewczyn na klubowym parkiecie. Barki płoną od paznokci szóstej, która rzuciła się na mnie jak wariatka, od tyłu. Mój kutas pulsuje od erekcji, która nie słabnie przez siódmą dziewczynę i kreskę koki, którą z niego wciągnęła.

Wzrok Angelique zatrzymuje się w tym punkcie na dłużej. W zachwycie.

– C’est magnifique.

Jej głos staje się chrapliwy, gdy ona pochyla się i wsuwa dłoń między poły mojej koszuli. Gdzie jest mój krawat? Przecież miałem na sobie krawat tego wieczoru. Na jakimś etapie. Jedwab od Prady wyparował jednak, tak jak moja samokontrola. Moja skóra drży i rozgrzewa się pod błądzącymi palcami.

O kurwa.

Nawet jeśli nie jest to ta jedyna, przynajmniej jest kimś. Ciałem, które rozgrzeje tę noc. Obecnością, jakąkolwiek, która wypełni pustkę.

Pustkę, o której przestałem myśleć wieki temu.

– Ty też jesteś wspaniała – mamroczę, próbując zachować kontrolę, gdy Angelique przerzuca nade mną wyjątkowo elastyczną kończynę i dosiada mnie okrakiem. Skąpa zielona koktajlowa sukienka podjeżdża do góry na jej udach.

Oczywiście pod spodem nie ma niczego, co powinno znacznie bardziej uszczęśliwić mojego kutasa. To niepokojące, choć jeszcze się nie martwię. Jestem twardy, po prostu nie pulsuję. Nie pragnę. W sumie sam już nie wiem, czego pragnę. Wiem tylko, że bardzo dużo czasu poświęcam na poszukiwanie tego pragnienia.

– Niemal ideał – mruczy, rozpinając moją koszulę aż do pasa. – Oui. Te ramiona, takie szerokie. Ten brzuch, taki umięśniony. Jesteś doskonały, mon chéri. Doskonale się do tego nadajesz.

– Do czego?

– Zobaczysz. Już niedługo.

– Może coś mi podpowiesz? – Uśmiecham się szeroko w dolinę pomiędzy jej piersiami.

– To by popsuło niespodziankę, n’est-ce pas?

Wydaję niski warkot, ale nie naciskam – głównie dlatego, że ona jest warta czekania.

W trakcie podróży samochodem prowokuje i szarpie, muska i liże, kusi i zachęca. Wszędzie. Aż mam ochotę nakazać kierowcy, by zjechał na pobocze, sięgnąć po prezerwatywę i zerżnąć tę kusicielkę tu i teraz.

Ale gdzie, do cholery, jest to tu?

Gdy tylko przychodzi mi do głowy to pytanie, ­limuzyna wjeżdża na jakiś poprzemysłowy teren. Odpo-wiednio zabezpieczony, wziąwszy pod uwagę wysokie mury i automatyczną bramę, która pozwala nam wjechać prosto do budynku.

W środku, przynajmniej pod wiatą dla samochodów, panuje martwa cisza. W powietrzu unosi się zapach chemikaliów, skóry i… niebezpieczeństwa.

Nie ma to jak nuta tajemniczości, żeby doświadczenie seksklubu uczynić jeszcze przyjemniejszym.

– Wzięło cię na wspominki, co? – Skubię zębami podbródek Angelique.

Trzy tygodnie temu spotkaliśmy się w nieco bardziej intymnej wersji takiego miejsca, w Paryżu. Ja miałem potrzebę, ona mnie skusiła. Koniec historii. A raczej początek, zależy, jak na to spojrzeć.

– Nie podejrzewałem cię o taką nostalgię, skarbie.

Wysiada z limuzyny, zostawiwszy sukienkę na ziemi. W sumie niewiele miała z niej pożytku, odkąd zadarłem ją jej do pasa.

– Chodź, mój doskonały Adonisie.

Doskonały. Nieczęsto słyszę to słowo, przynajmniej w odniesieniu do siebie. Znacznie częściej przyklejają się do mnie medialne łatki albo, jeśli mam szczęście, jedna z tych pieszczot ukutych specjalnie dla mnie przez ojca i Chase’a, którymi obsypują mnie w swoich cotygodniowych wiadomościach telefonicznych. Tata jest nieco bardziej wyrozumiały i zazwyczaj wybiera coś w stylu „Witaj, nieznajomy” albo „Mój mały cygański dzieciaku”. Chase nie ma hamulców. Ostatnio najbardziej lubi mnie nazywać Kapitanem Porażką.

– Założę się, że sam chciałbyś być teraz Kapitanem Porażką, dupku – mamroczę pod nosem, gdy podchodzą do mnie dwie wspaniałe kobiety przywołane przez Angelique pstryknięciem palców. Białe laboratoryjne fartuchy z trudem ukrywają ich bujne krągłości. Nie mogąc się opanować, zerkam na śnieżnobiałe pończochy przekonany, że muszą się trzymać na podwiązkach. Pomimo tych seksownych strojów żadna z nich nawet się nie uśmiecha, gdy razem zaczynają mnie rozbierać.

Tak mnie pochłonęło to, co robiły te małe roboty, że nie zauważyłem, kiedy przebrała się Angelique. Zamiast złotych szpilek, które nosiła w klubie, ma teraz stabilniejsze buty i biały fartuch. Blond loki zebrała z tyłu i upięła w kok.

– No, no, no. Doktor La Salle, jak mniemam? – Mierzę wzrokiem jej nowy strój ze znaczącym uśmieszkiem, próbując ignorować nagłe ściskanie w żołądku, gdy ona zaczyna wodzić po mnie wzrokiem.

Pożądanie znikło z jej twarzy. Maluje się na niej niemal kliniczny spokój.

– Och, nie jestem doktorem, chéri.

Unoszę brwi i opieram obie dłonie na biodrach tak, by palce strategicznie wskazywały mojego sterczącego kutasa. Może nie wiem jeszcze, co ta kobieta jada na śniadanie, ale wiem, że ma słabość do aroganckich łajdaków. Zwłaszcza gdy są nadzy, mają wzwód i nie boją się czegoś z tym zrobić.

– To nic, chérie. – Kołyszę się na piętach. – Mogę udawać, że jesteś. Jeśli chcesz.

Angelique bierze głęboki oddech i prostuje plecy. Zabawne, nigdy jeszcze nie wydawała mi się bardziej seksowna niż teraz, kiedy naprawdę wygląda jak lekarka zamierzająca przekazać mi gówniane wyniki badań.

– Koniec udawania, mon ami.

– Koniec.

Znów ten ucisk w żołądku. Oglądam się za siebie. Dwie asystentki znikły, chyba że za sprawą magii zamieniły się w najmasywniejszych kolesiów, jakich widziałem. Nie licząc tych w sekcji dla VIP-ów w nocnym klubie.

Te cud-bliźniaki na pewno nie są tutaj po to, żeby mnie chronić.

Jednocześnie chwytają mnie za ramiona i kładą na noszach.

A potem mnie do nich przypinają. Mocno.

Naprawdę mocno.

– Co jest, kurwa?

– Ciiicho. – Angelique pochyla się nad moją twarzą (te kutasy tymczasem unieruchamiają też moją głowę) i muska szczupłymi palcami moje pomarszczone czoło. – Będzie lepiej dla ciebie, jeśli przestaniesz się opierać, mon trésor.

– Lepiej? Ale… Co?

Jej oczy rozbłyskują intensywnie, po czym powleka je szaleństwo.

– Historia, Reece! Tworzymy historię, a ty jesteś teraz jej częścią. Jedną z najważniejszych!

– Ty… Ty jesteś kompletnie porąbana. Nie tworzysz historii, głupia suko! Popełniasz przestępstwo! To jest porwanie!

Jej uśmiech emanuje upiornym spokojem.

– Nie, jeżeli nikt się nie dowie.

– Ludzie się zorientują, że zniknąłem, Angelique.

– A kto mówi, że znikniesz?

Z jakiegoś powodu braknie mi riposty. Właściwie nie, znam powód. To, co ona wyprawia, to szaleństwo. Ale doskonale zaplanowane szaleństwo.

A to oznacza…

Mam przerąbane.

Anioł, któremu zaufałem, że zabierze mnie do nieba, wręczył mi przepustkę do piekła.

Mój kutas jeszcze nigdy nie wpakował mnie w większe gówno.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

EMMA

Rok później

Biuro zarządu hotelu Brocade to świetne miejsce do pracy. A staje się jeszcze lepsze, gdy chłopaki z działu rezerwacji próbują się pozabijać.

– Bum!

– Ka-bum!

– Już nie żyjesz!

– Nie, jeśli ty zginiesz pierwszy!

– Taaa, jasne. Ponieważ twoja śledziona na ziemi to wcale nie dowód, że dorwałem cię pierwszy! Tak, ptasi móżdżku?

Ach. Dla ożywienia zmiany między osiemnastą a czwartą nie ma to jak odgłosy cybermaniaków w pełnym trybie mordowania. Gdy zaczynają pękać śledziony, to znak, że czas zakończyć przerwę i wrócić do pracy.

Nikt mi nie powie, że nowa dziewczyna nie uczy się szybko najważniejszych rzeczy.

I dobrze.

Bo ja naprawdę potrzebuję tej pracy.

Przysięgłam sobie, że odetnę sobie prawy sutek, jeśli dostanę tę robotę. Lewy też, ale na szczęście nigdy do tego nie doszło. Zamierzam zatrzymać oba sutki i tę posadę poprzez bycie najciężej pracującą osobą w całym budynku.

W końcu dzięki niej wydostałam się z piekła.

Okej, hrabstwo Orange nie zawsze było dla mnie piekłem. Gwałtownie skręciło w tę stronę, gdy tata otrzymał gigantyczny awans na wiceprezesa międzynarodowej korporacji z ogromną siedzibą w Irvine, co wywindowało moją rodzinę na zupełnie inny poziom dochodu. Prosto w stratosferę waniliowego snobizmu.

Czyli do piekła.

Na szczęście uciekłam. Nie jestem już częścią tego świata. Wreszcie prowadzę życie, w którym jest miejsce na coś więcej niż tylko wizyty u fryzjera, jogę i zamartwianie się o ilość węglowodanów w śniadaniowej muffince.

Zamierzam tutaj zostać.

Ta praca to mój klucz do prawdziwego życia.

Wracając do swojego biura, rozglądam się wokół z dumnym uśmiechem. Światełka mrugają w gałęziach oliwek i palm wokół basenu. Kępy tropikalnych kwiatów kołyszą się w lekkiej nocnej bryzie. Parę osób moczy się w jacuzzi na tarasie; śmieją się cicho i rozmawiają. Za to w basenie nie ma nikogo, więc woda odbija się leniwymi akwamarynowymi zawijasami w szybach mojego biura.

Sceneria oszałamia nawet w nocy.

Boże, ja naprawdę uwielbiam tutaj pracować!

– No, no, dobry wieczór, panno Emmalino Crist.

Uśmiecham się do osoby, która wita mnie w progu biura muzykalnym akcentem.

– Dobry wieczór, pani Neeto Jain.

Neeta z uśmiechem krzyżuje ramiona na piersi.

– Cyberwojownicy znów sprawili, że uciekłaś do bezpiecznej i normalnej części budynku?

Śmieję się, nieco podenerwowana.

Neeta jest ubrana niemal tak samo jak ja – ma na sobie ciemną garsonkę i satynową bluzkę – ale ona wygląda elegancko i profesjonalnie, podczas gdy ja czuję się jak dziecko, które udaje dorosłego. To niedorzeczne. Przecież mam już prawie dwadzieścia cztery lata. Sama zdobyłam tę pracę. Sama zapłaciłam za tę garsonkę. To nie jest przebranie. To moje.

To życie jest moje.

Dam radę. Dam radę. Dam radę.

Zamierzam to sobie powtarzać, w sercu i ustami, dopóki w to nie uwierzę.

Na razie jednak odpycham od siebie myśl o tym, że spływające na ramiona Neety ciemne włosy i idealnie obrysowane kredką oczy stanowią według mnie uosobienie ładnego, lecz zwyczajnego świata, w którym wciąż czuję się jak dziecko z plakatu.

– Nic się nie stało – zapewniam. – Wade i Fershan stają na wysokości zadania, kiedy trzeba. Goście przyznają im w ankietach satysfakcji najwyższą liczbę punktów w całym dziale rezerwacji. Dopóki za dnia zachowują się jak książęta z bajki, nie obchodzi mnie, gdy mordują się nocami na sto różnych sposobów.

Neeta wybucha miękkim śmiechem i podchodzi do okna.

– Masz absolutną rację. – Opanowanie pryska, gdy zerka na mój monitor. – A skoro o tym mowa… – Szczęka jej opada. Neeta osuwa się na mój fotel. – Spójrz tylko.

Zbliżam się, ciekawa, co sprawiło, że otworzyła usta ze zdumienia.

Każdy komputer personelu jest zaprogramowany tak, aby można było podłączać się w razie potrzeby do telewizorów w pokojach. W ten sposób jesteśmy na bieżąco z problemami technicznymi. Poza miejscowymi atrakcjami oferujemy także transmisję na żywo lokalnego programu informacyjnego, dostosowaną do zainteresowań naszych gości, choć nierzadko mamy z niej o wiele większą korzyść właśnie my. Znajdujemy się w śródmieściu, przez co często lądujemy w samym centrum różnych wydarzeń – od trzęsienia ziemi o sile sześć i więcej po diwę łamiącą paznokieć w drodze na rozdanie nagród – a bezustannie zmieniające się informacje to w zasadzie nasz kompas.

Teraz Neeta obsługuje ten kompas z zaskakującą wprawą. Nie byłabym zaskoczona, gdyby jej gardłowe jęki i rozmarzone westchnienia zaowocowały prawdziwym ślinotokiem.

– To? – pytam zafascynowana.

Muszę zobaczyć, co zmieniło tę światową i elegancką kobietę w jąkającego się podlotka.

Obchodzę monitor, zerkam i marszczę brwi.

– Napad na sklep spożywczy? – Myślałam, że pogapimy się na seksownych facetów na jakimś czerwonym dywanie. – Jestem z małego miasta i chyba nie rozumiem, co w tym ciekawego. – Zastanawiam się, czy nie należałoby przełączyć się na inną stację.

Jak ostatnio sprawdziłam, historie w tym stylu nie miały nic wspólnego z wartościami Richards Resorts, czyli „R gościnności”. Relaks. Regeneracja. Rekreacja.

– Udaremniony napad na sklep spożywczy. – Neeta stuka czerwonym paznokciem w blat dla podkreślenia swoich słów. – Tylko spójrz na boga, który go udaremnił!

– Na boga?

– Boga.

Patrzę uważniej.

Na monitorze widać z lotu ptaka mały sklep, jak wiele innych w tym mieście. Średni ruch na skrzyżowaniu. Palmy. Geranium posadzone pomiędzy jezdniami. Kilka miejsc parkingowych i stojak na rowery przed sklepem. Reklamy piwa i totolotka w witrynach. Neonowy napis głosi: „Tak. Otwarte”. Nie ma nic wyjątkowego w tym, że na miejscu pojawiła się policja. Dwa samochody błyskają światłami, zamieniając okolicę w miejską dyskotekę.

– Naprawdę nie widzę w tym nic…

Nagle zaczynam dostrzegać.

Obraz się zmienia, zastępuje go nagranie z komórki sprzed czterdziestu pięciu minut. Jakiś amator musiał sfilmować wszystko z naprzeciwka. W tle słychać komentarze właściciela telefonu.

– Cholera! Jakim trzeba być dupkiem, żeby obrobić Świętego Mikołaja?

Właściciel sklepu faktycznie wygląda jak słodki starszy facet, który w okolicy Bożego Narodzenia łapie drugą fuchę. Jestem tego pewna, chociaż teraz stoi za ladą w podkoszulku z napisem „Dodgersi do boju”. Przywódca chuliganów sięga po broń, a Mikołaj wyciąga ręce, jakby próbował ugłaskać bałwanki.

– Jaki słodki staruszek! – mamrocze Neeta. – Ja leżałabym już na podłodze i trzęsła się jak galareta.

– Jak ona?

Ujęcie poszerza się panoramicznie, obejmując kobietę niewiele starszą od nas, która kuli się na posadzce. Łajdak numer trzy właśnie ją zauważył i podchodzi do niej z wyciągniętą łapą.

Jego palce zaciskają się jednak na niczym, bo kobieta unosi się w górę.

Na co najmniej półtora metra. Prosto w powietrze.

– Co to…?

– No nie? – Neeta wstrzymuje oddech, gdy dziewczyna zaczyna krzyczeć. – Ale wcale nie to jest najlepsze.

– Jest tego więcej?

Gdy tylko słowa padają z moich ust, biedaczka zaczyna powoli płynąć ku zapleczu sklepu, jak niesiona przez jakieś niewidzialne bóstwo. Pomiędzy nią a podłogą jest półtora metra przerwy. Jej lot ku bezpieczeństwu wyznacza wyraźna czarna linia na wypalonym ­linoleum.

– Jak to jest…?

– No nie? – powtarza Neeta.

– No nie! – wykrztuszam. – Właśnie nie! Jak to jest w ogóle możliwe, do cholery?

– Ludzie mówią, że on wytwarza jakieś potężne pole elektryczne – odpowiada Neeta. – Ale nikt nie wie, jak to dokładnie działa.

– Jaki on?

– No on – oświadcza takim tonem, jakby obwieszczała przybycie samego Erosa.

Po lewej stronie ekranu pojawia się jeszcze jeden mężczyzna.

Neeta wcale nie przesadzała. Postać na filmie mogłaby być bogiem.

Facet wyłania się znikąd, żarówki pękają, oblewając go powodzią iskier. Zupełnie jakby zstępował z jakiegoś cholernego Olimpu w przypływie gniewu! Ten opis piekielnie dobrze pasuje do jego nastroju. Szeroko stawia kroki. Ramiona rozpostarł; obejmuje nimi powietrze po obu stronach swojego ciała. Jego pięści wyglądają jak brutalne węzły na końcach umięśnionych lin. Cholernie umięśnionych. Moja siostra jest gwiazdą tenisa, więc dobrze wiem, jak nazywa się każde ścięgno w ludzkim ramieniu. Wcale nierzadko mam okazję nazwać je wszystkie po kolei, patrząc na nie. Mogłabym to zrobić, patrząc, na przykład, na jego nogi, że o mięśniach brzucha nie wspomnę.

Po chwili namysłu dochodzę do wniosku, że może jednak wspomnę.

Wszystko to jest opakowane w strój będący połączeniem uniformu motocyklisty i gwiazdy rocka. Czarna skóra jest tak obcisła, że bóg powinien wyglądać jak pretensjonalny dupek, ale z jakiegoś dziwnego powodu nie wygląda. Jego kombinezon ma elastyczne panele we wszystkich miejscach, w których jego cudowne ciało się zgina. Na nogach świetne buty, coś w stylu służb specjalnych albo komandosów, sięgające aż do kolan.

Po części ninja, po części profesjonalny zawodnik MMA, po części chmura gradowa.

W stu procentach fascynujący.

Nie potrafię oderwać od niego wzroku. Emanuje mocą jak żywy przewód elektryczny zamknięty w obłędnym ciele.

Naprawdę obłędnym.

– Cholera jasna. – W końcu zmuszam swój mózg do wysiłku, żeby zaczerpnąć tchu.

– Nie ma nic jasnego w tym, co chciałabym zrobić z tym facetem! – prycha Neeta. – Kimkolwiek jest.

– Co chcesz…

Eros/ninja/koleś błyskawica przerywa mi, podchodząc do rabusiów i rozstawiając stopy na tę samą szerokość co rozpostarte pięści. Pochyla głowę, jakby coś mówił, na co opryszkowie rzucają się na niego we trzech. W odpowiedzi unosi obie pięści i rozpościera palce szeroko. W innym uniwersum spodziewałabym się, że zaraz trysną z nich pajęczyny albo kule ognia, lecz w tym tutaj powietrze przeszywa tylko wyczuwalny, choć niewidzialny dreszcz.

Rabusie padają, jakby ktoś wymierzył im potrójny cios.

Nie sposób tego ogarnąć rozumem, tak jak nie sposób zrozumieć sztuczki z lewitującą kobietą. Ale taka jest prawda.

Neeta wydaje cichy okrzyk równo ze mną, co zdradza, że przyznaje mi całkowitą rację. Gapimy się jak zahipnotyzowane, gdy bohater unosi rękę nieco wyżej i postrząsa nią, jakby wyrzucał śmieci – chyba tak właśnie myśli? – a bandyci rozsypują się w powietrzu na boki niczym niesione wiatrem papierowe kubki. Unoszą się na wysokość sześciu metrów, po czym wbijają się w lodówki na napoje na tyłach sklepu. Siedzą w nich przez kilka sekund sparaliżowani strachem, po czym razem ze szkłem opadają na podłogę.

Osoba trzymająca komórkę zapewnia nam błyskotliwe komentarze.

– Tak! Koleś wie, co robi!

Kątem oka dostrzegam Wade’a, który musiał pozbierać swoje cyberflaki z ziemi na tyle, by teraz móc do nas podejść. Słysząc naszą reakcję na telewizyjny materiał, przyśpiesza kroku.

– Fersh! – woła. – Chodź tutaj! To on!

– Jak cholera. – Każda sylaba padająca z ust Neety ocieka seksem.

– Ale jaki on? – dopytuję, gdy Fershan pochyla głowę i obnaża w uśmiechu białe zęby, które kontrastują z jego ciemną skórą.

– Stary – mruczy, szturchając Wade’a w kościste ramię. – Masz rację!

– Jaki on?

– Nikt nie wie – odpowiada Neeta.

Zerkam na monitor.

– No nie. Czy to się dzieje naprawdę? – Otwieram usta ze zdziwienia. – On tak na poważnie? Naprawdę nosi maskę?

Okej, nie jest jakaś wielka. Wygląda jak maserati wśród masek: elegancka, czarna i subtelna, dopasowana ciasno do górnej części jego twarzy, lecz z otworami na oczy. Pod tym kątem niewiele widać, ale otwory są chyba prostokątne, przez co on wygląda jak hipster o kręconych włosach w dizajnerskich okularach. Tyle że zamiast obcisłych dżinsów i marynarki nosi szytą na miarę skórę i dziwaczne, ale seksowne buty à la ninja.

– Myślę, że on tak całkiem na poważnie – odpowiada Wade, gdy ninja/bóg piorunów ściąga z półek kilka przedłużaczy i wycofuje się z nimi na zaplecze. Obok zwisających przewodów znajduje się rząd małych latarek, które zaczynają mrugać, gdy zbliża do nich dłoń.

– Co do… – Patrzę zdumiona na chłopaków. – Widzieliście?

– No! – odpowiadają chórem.

Przez następnych trzydzieści sekund widzimy tylko właściciela sklepu, który ukradkiem mierzy wzrokiem dziwnego elektrofaceta. Na szczęście operator komórki informuje nas o kolejnych krokach bohatera.

– Koleś używa tych przedłużaczy, żeby związać opryszków. Dobrze, stary. Tak się to robi.

Gdy na obrazie zaczynają migotać czerwone i niebieskie światła, facet w masce podnosi głowę. Zdecydowanie podchodzi do witryny, z determinacją człowieka gotowego ocalić świat.

W tej chwili wcale nie wydaje mi się to przesadą.

Porusza się niewiarygodnie szybko i jest oszałamiający. Gdy wchodzi w kadr, koncentrują się na nim wszystkie moje zmysły. Jestem zdenerwowana, ale podekscytowana, niemal jak na pierwszej randce; trochę słabo, biorąc pod uwagę, że nie mam wielkiego doświadczenia. W każdym razie objawy są takie same.

Pocę się.

Pulsuję.

Czuję mrowienie.

We wszystkich najgorszych miejscach.

– O cho… Wow!

Reaguję bezwiednie. Nie mogę się powstrzymać.

– Aha, nasz prowincjuszka w końcu załapała! – Sarkazm Neety ratuje mnie przed koniecznością poszukania ciętej riposty na złośliwości Wade’a i Fershana.

– Zrobi to?

– Daj spokój. Musi to zrobić!

– Ale co? – pytam.

– Proooszęęę – przeciąga głoski Neeta. – Na pewno to zrobi.

– Ale co?

Chłopcy zaczynają wiwatować, gdy bohater na ekranie zerka na Świętego Mikołaja. Odwraca się od lady, przyjmuje pozycję podobną do zawodowych biegaczy w blokach startowych.

I znika.

– Co do…

Sklep wypełnia się wirującymi kartkami papieru, słomkami do napojów i opakowaniami prezerwatyw. W skrócie: wszystkim, co z łatwością może unieść wiatr.

Zaczynam rozumieć. On nie zniknął. Po prostu wybiegł tak szybko.

Fershan i Wade przybijają sobie piątkę z doskoku.

– Znikam piorunem!

Mam ochotę śmiać się z nich razem z Neetą, ale paraliżuje mnie zdumienie.

– Słucham? – potrafię tylko wykrztusić.

Rumiana twarz Wade’a jeszcze bardziej czerwienieje z ekscytacji.

– To jego podpis.

– Podpis? – powtarzam z wahaniem.

– No, jak okrzyk wojenny – wtrąca Fershan. – Znak rozpoznawczy. Dzięki temu się wyróżnia.

– Bo strój i maska to za mało?

– Łatwo je skopiować – oświadcza Fershan. – A zniknięcie jest unikatowe. Tego nikt nie podrobi. – Jego oczy rozbłyskują. – Każdy szanujący się superbohater ma takie coś.

Mój grymas znika. Zastępuje go opadnięta szczęka.

– Okej, chwileczkę. Chcecie powiedzieć…

Przerywa mi ostry dźwięk dzwonka. Drzwi do naszych biur, zamykane na noc, wydają taki dźwięk, gdy ktoś próbuje otworzyć je zbliżeniowo. To żadne zabezpieczenie, bo zazwyczaj i tak ignorujemy ten odgłos. Karty zbliżeniowe mają tylko ci ludzie, którzy powinni.

Tym razem jest jednak inaczej.

Zaniepokojeni Wade, Fershan i Neeta podnoszą głowy. Zanim mogę wyśmiać ich paranoję, zaczynają się krzątać, jakby ktoś uruchomił właśnie alarmy przeciwpożarowe na wszystkich piętrach.

– Niech to szlag! – syczy Neeta.

Chłopaki mniej się krygują.

– Hej! – Pędzę za nimi na tyle szybko, na ile pozwalają mi szpilki. – Co się dzieje? Może ktoś zechce wytłumaczyć sytuację nowicjuszce?

– Kurwa! – warczy Wade, jakby mnie nie słyszał. Rzuca nerwowe spojrzenie kumplowi. – On nigdy nie korzysta z tego wejścia!

– Jaki on?

Fershan głośno przełyka ślinę.

– Chyba że nas szpieguje.

– Ale kto?

Czy w końcu mi powiedzą?

Neeta przewraca oczami.

– Jego nazwisko jest na szyldzie, chłopcy. On nie szpieguje. On dogląda interesów.

Zatrzymuję się tak gwałtownie, że móje palce kurczą się w noskach szpilek.

Jego nazwisko. Na szyldzie.

– O cholera!

Mój okrzyk zdumienia ma uzasadnioną przyczynę. Jedyną osobą, której nigdy nie spodziewałabym się spotkać, nawet gdybym pracowała na dziennych zmianach, a nie na nocnych, był człowiek, który podpisywał co dwa tygodnie mój czek z wypłatą. Nasłuchałam się o Reesie Richardsie dość, by to założyć, i dlatego teraz czuję się tak niekomfortowo.

No okej, słyszałam o nim, zanim zdobyłam tę robotę, ale tylko w krótkich trzydziestosekundowych wzmiankach w sekcjach towarzyskich programów informacyjnych. I wiedziałam, że paparazzi kochają jego twarz, bo widywałam ją na okładkach wszystkich gazet w supermarkecie. Cudowne najmłodsze dziecko rodziny Richardsów, znane zarówno ze swoich niekonwencjonalnych pomysłów biznesowych, jak i niepohamowanego apetytu na seks, po ukończeniu studiów całkiem utraciło nad sobą kontrolę. W pewnym momencie Reece wdepnął w gówno tak głęboko, że został zesłany tutaj, do sieci rodzinnych hoteli na zachód od LA. Miał ją prowadzić.

Nie muszę chyba dodawać, że nie spodziewam się wesołka?

Szczerze mówiąc, zastanawiam się, czy uda mi się uniknąć spotkania z nim. Nie muszę nawet kłamać na temat nawału pracy, którą zostawiłam na biurku. Fakt, że na monitorze nadal lecą wiadomości, wcale mi nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie.

Kogo ja oszukuję?

Mogę myśleć tylko o tym, że zaraz znów obejrzę nagranie z napadu. Jeśli nie pod wpływem mojego szalejącego libido, to przez szalone tezy Wade’a i Fershana.

Superbohater?

Bez jaj!

Muszą żartować.

Nawet jeśli facet potrafi wytwarzać prąd, unosić ludzi w powietrze i poruszać się z prędkością światła, to jeszcze nie czyni go cholernym superbohaterem!

Jeśli jednak nie, to kim?

Moje rozważania przerywa – na szczęście? – nowa energia, którą wyczuwam w powietrzu.

Okej, „energia” to może przesada. Ale nie jestem pewna, jak inaczej nazwać ten szalony przypływ doznań. Mój puls przyśpiesza. Może to niepokój? Pochodne dreszczu podniecenia, jaki poczułam na widok faceta w masce? To chyba jednak coś więcej. Jak gdyby każdy jon w powietrzu został podłączony do kosmicznej superładowarki.

– Pan Richards. Jaka miła niespodzianka!

Siła.

Wyższa.

Żadne słowa nie są w stanie go opisać. Nawet połączone z trudem spełniają swoją rolę.

Reece Richards całkowicie wymyka się moim oczekiwaniom.

I staje się uosobieniem moich lęków.

Nie chodzi wyłącznie o fizyczność, ale – wow! – możemy od niej zacząć. Jest w nim wszystko, co pamiętam z kolorowych okładek: szare, głęboko osadzone oczy, tęczówki niemal czarne, męski rzymski nos i wydatne eleganckie usta. Aksamitne wargi nad ostrym podbródkiem; ciekawe, czy staje się kuszący, gdy zaciska szczęki? O jego włosach nie warto nawet wspominać. Bo tak, nawet jego włosy są warte uwagi. Wiem to, bo niezależnie od okoliczności zawsze musiałam spojrzeć po raz drugi na jego zdjęcie. Z powodu tych ciemnobrązowych fal.

Ale tak jak powiedziałam – to dopiero początek.

Jego piękno – naprawdę nie da się tego inaczej nazwać – to zaledwie niewielki odprysk tego, co czuję, gdy na niego patrzę. Doświadczam go. Czy powietrze buzuje? Czy każdy oddech próbuje rozerwać mi płuca? Czy moje zakończenia nerwowe nastawiły się na wyższą częstotliwość?

Obecność. Aura. Tajemnica.

Wszystkie te słowa już słyszałam. I wydawało mi się, że je rozumiem.

Aż do teraz.

To wszystko sprawia, że zaczynam pragnąć. I boję się tych pragnień. Muszę walczyć z wizjami tego, jak by to było: skoczyć na niego, otoczyć udami jego umięśnione biodra i wpasować się każdym milimetrem złaknionej szczeliny na jego nabrzmiałe…

– Pani Jain. Dobry wieczór.

Wita się z Neetą, a następnie z chłopakami, głosem tak potężnym i łagodnym zarazem jak oceaniczna fala obmywająca brzeg.

Jego głos. Od razu pogłębiający – i wzmagający – moje fantazje. Teraz, gdy rzucam się na niego w myślach, mruczy mi do ucha. Mówi sprośne, zmysłowe rzeczy. Rzeczy, o robieniu których nie myślałam od bardzo dawna.

„Ujeżdżaj mnie mocniej, Emmo!”.

Rzeczy, o których nie powinnam – nie mogę – myśleć.

„Pragnę znaleźć się w tobie, Emmo”.

Nie teraz.

„Zerżnę cię głęboko, Emmo”.

Nie z takim mężczyzną.

A mimo to całkowicie koncentruję się na nim, gdy stoi tam wysoki, elegancki, w dopasowanym granatowym garniturze i krawacie. Tak dopasowanym, że nie mogę się powstrzymać i mój wzrok pada…

Wszędzie.

Tak, nawet tam.

Wow.

Jego śmiała twarda elegancja zdecydowanie nie jest rozczarowaniem.

Emmo, przestań!

W mojej głowie rozlega się głos matki. Adekwatnie. Nawet za bardzo. Ciekawe, co powiedziałaby, gdyby tu była.

Dlaczego mam wrażenie, że ten mężczyzna dostrzega każdy niuans myśli, które mnie opanowały? I które wywołują w nim takie samo napięcie jak we mnie?

– Dobry wieczór, szefie. – Wade pochodzi bliżej i entuzjastycznie ściska dłoń Richardsa. Neeta nie potrafi ukryć przerażenia na widok tej poufałości, ale „szef” wydaje się rozbawiony. – Postanowił pan pointegrować się tego wieczoru ze zwykłymi ludźmi?

Skonsternowany Richards marszczy brwi.

– Oczywiście – odpowiada powoli, jakby wcześniej czytał z ruchu warg Wade’a, a teraz domyślał się znaczenia słów.

Neeta, bardziej wytrącona z równowagi niż kiedykolwiek, odkąd ją znam, prycha lekko.

– Pan Richards nie ma czasu na integrację – mówi i z przepraszającą miną dodaje: – Przyszedł po tygodniowe raporty, rzecz jasna. Postanowił uczynić nam zaszczyt i upomnieć się o nie osobiście.

Trudno rozszyfrować nową minę Richardsa. Ulga? Zdziwienie? Albo i to, i to. Albo nic z tych rzeczy.

W każdym razie jego rysy są oszałamiające.

– Jasne. Raporty. – Głos ma pytającą intonację, choć słowa nie układają się w pytania.

Zerka na mnie; nasze oczy się spotykają.

Otwieram usta i nic. Zastanawiam się, czy jeszcze kiedykolwiek zdołam wydobyć z siebie jakiś dźwięk. Zwłaszcza że on pochyla się ku mnie, jakby istniało coś, co powinniśmy sobie powiedzieć.

Jak to możliwe, że ostrze błyskawicy znalazło w tej betonowej dżungli drogę do moich rozedrganych, falujących zmysłów?

Podłoga ucieka mi spod nóg, prowadząc mnie do nieuniknionego wniosku.

Ta błyskawica to on.

Gwałtownie wciągam powietrze. On robi tak samo. Wydaje się zaskoczony. Zły. A może nie? Co czuje? Dlaczego nie potrafię tego zgadnąć? Muszę wiedzieć. To pragnienie staje się coraz silniejsze, przytłacza mnie coraz bardziej.

Co on ze mną wyprawia, do cholery?

Nie. Czego on nie wyprawia? Mam wrażenie, że mój pociąg seksualny ktoś podłączył do gniazdka, tyle że wcale nie chcę wyrywać kabla. Nawet gdy wtrąca się Fershan i całkiem psuje moment.

– Nie ma jeszcze jedenastej, panie Richards. Tygodniówki będą gotowe dopiero po północy.

Neeta szturcha go w ramię, po czym znów kieruje cały swój wdzięk ku Richardsowi.

– On chciał powiedzieć, że zaraz zabierzemy się do pracy, by niezwłocznie je dla pana sporządzić. W przeszłości przestawialiśmy już system, by generować prognozy, więc jestem pewna, że i tym razem…

– Nie. – Mężczyzna przerywa jej spokojnie, lecz władczo, i prostuje plecy. – Do północy niedaleko. Proszę po prostu przysłać kogoś z raportami do penthouse’u, gdy będą gotowe.

– Oczywiście, proszę pana. Miłego wieczoru, panie…

Rozlega się zgrzyt zamykanych drzwi windy.

Upływają jeszcze dwie sekundy, które potwierdzają, że szef jedzie na górę, po czym Wade i Fershan zaczynają brutalnie drwić.

– Ojej, jaka miła niespodzianka, proszę pana!

– Pana życzenie jest dla mnie rozkazem, proszę pana!

Neeta unosi brew, zerkając na Wade’a.

– Integrujemy się tutaj, proszę pana?

– Hej! – Wade palcem wskazującym odhacza coś w powietrzu. – On się roześmiał!

Fershan prycha.

– O ile taki facet potrafi się roześmiać.

– Taki facet? – Nie potrafię wyciszyć oskarżycielskiej nuty w głosie.

Wade parska śmiechem.

– Daj spokój, Emmo. Przecież wiesz, o czym mówię.

– Chyba jednak nie wiem. – Zastępuję oburzenie konsternacją. – Poważnie.

– Oczywiście, że wiesz – protestuje. – Gość kupił zapewne linię lotniczą i bzyknął trzy stewardesy przed śniadaniem. Gdy ktoś mieszka na szczycie wysokiej wieży, potrzebuje poczucia humoru? Śmiech to strata czasu, no nie?

Neeta uśmiecha się krzywo.

– Może po prostu nie zna się na żartach.

– Nie zna się na żartach? – stęka Wade. – A może po prostu nie ma poczucia humoru?

Nie spodziewałam się, że będą się z niego nabijać. Gdy cofam się o krok, oburzona, Neeta delikatnie kładzie dłoń na moim ramieniu.

– W porządku, Emmo. Nie musisz przy nas udawać, że tego nie czułaś – podpowiada, gdy marszczę brwi.

– Serio – wtrąca Wade. – Nawet zwłoki by to poczuły.

Wywijam się spod ręki Neety.

– Co by poczuły? Serio, o czym wy mówicie?

Zapada cisza. Wszyscy wymieniają się spojrzeniami, jakby nagle wyrosła mi druga głowa. W końcu Wade ­informuje mnie delikatnie:

– Ten gość jest dziwny, Emmo.

No przecież. W najcudowniejszy możliwy sposób.

Ale nie to Wade ma na myśli. Zdradza mi to jedno spojrzenie na rumieniec rozlewający się po jego twarzy aż po linię rudawych włosów.

– Moim zdaniem bycie dziwakiem to nie zbrodnia. – Fershan uderza się dłonią w czoło. Neeta wzdycha znacząco. – Mówisz tak teraz, bo hormony uderzyły ci do głowy – kontynuuje Wade zaskakująco łagodnie. – To zrozumiałe. Ten facet to uosobienie forsy, dobrych manier i cholernie dobrych genów w jednym. Ale gdy już się z tym wszystkim oswoisz, w końcu się z nami zgodzisz.

– Uderzyły mi do głowy… – Urywam z ponurym śmiechem. Czy on tak na poważnie? Do ciężkiej cholery, mówi poważnie! Jak oni wszyscy. – Może i jestem z prowincji, Wade, ale nie mam już czternastu lat. Moje hormony to nie twoja sprawa… Nie wasza – poprawiam się.

Interweniuje Fershan.

– Oczywiście – mamrocze. – Niczego takiego nie sugerowaliśmy. Po prostu dłużej tu jesteśmy, lepiej znamy sytuację. I prosimy, żebyś wzięła to wszystko pod uwagę.

– To obgadywanie własnego szefa? – ripostuję.

– Mówimy prawdę. – Gwałtownie wypuszcza powietrze z płuc. – Jesteś tu od niecałego miesiąca. Czekaliśmy, aż się zadomowisz, żeby porozmawiać z tobą o panu Richardsie. On nie jest taki, jak ci się wydaje, Emmo.

Łypię na niego ironicznie.

– Nie żartuj.

– Posłuchaj. – Fersh chwyta mnie za ramiona. – Z nim… Z nim jest coś nie tak, Emmo. Facet, którego gloryfikują media, to nie ten sam koleś, który prowadzi ten hotel. On…

– On co? – Jestem zmęczona wrażeniem, że jako jedyny dzieciak na biologii nie widziałam jeszcze sekcji żaby. – On niby jaki jest? Wyduśże to wreszcie z siebie!

Zaciska wargi.

– On jest… Jest po prostu dziwny, okej?

– Och. – Unoszę obie ręce do nieba i odwracam się do całej trójki plecami. – Nie! – sarkam w końcu. – Nie okej.

Mija godzina, a ja wcale nie czuję się inaczej. Jeżeli już, to jestem jeszcze bardziej zdeterminowana, by obstawać przy swoim. Głównie z powodu konsternacji. Jak to możliwe, że odczuwam to wszystko zupełnie inaczej niż Neeta, Wade i Fershan? Znam ich zaledwie kilka tygodni, ale uważałam za rozsądnych i bystrych ludzi aż do dzisiaj, gdy usłyszałam całą tę gadaninę o superbohaterze na ulicach miasta i szalonym szefie w penthousie. Nie potrafię wyrzucić z pamięci surrealistycznego doświadczenia spotkania twarzą w twarz z Reece’em Richardsem. Naelektryzowane powietrze, jego magnetyczna osobowość, brak tchu i koncentracja mojego wzroku.

Kto tu traci rozum?

Czy naprawdę zamierzam zignorować szansę poznania prawdy?

Pytanie wybucha w mojej głowie, gdy drukarka w pokoju obok zaczyna wypluwać kolejne strony tygodniowych raportów.

Całe moje ciało odpowiada trzema zdecydowanymi ruchami.

Jedno kopnięcie. Szpilka numer jeden ląduje na podłodze.

Drugie kopnięcie. To samo spotyka szpilkę numer dwa.

Trzeci ruch – bezszelestny sprint do drukarki i zwinne zebranie wszystkich kartek z tacy.

Nie mija kolejna minuta, a już jestem w windzie dla personelu. Naciskam guzik z literą P i wkładam buty.

Przygotowując się w duchu na dziwactwo.

Nie. Mając nadzieję, że będzie dziwnie.

Tytuł oryginału: Misadventures with a Super Hero

Copyright © 2017 Waterhouse Press, LLC

Copyright for the Polish Edition © 2018 Edipresse Kolekcje Sp. z o.o.

Copyright for the Translation © 2018 Agnieszka Myśliwy

Edipresse Kolekcje Sp. z o.o.

ul. Wiejska 19

00-480 Warszawa

Dyrektor zarządzająca segmentem książek: Iga Rembiszewska

Redaktor inicjujący: Natalia Gowin

Produkcja: Klaudia Lis

Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk, Beata Gontarska

Digital i projekty specjalne: Katarzyna Domańska

Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 22 584 23 51),Beata Trochonowicz (tel. 22 584 25 73),

Andrzej Kosiński (tel. 22 584 24 43)

Redakcja: Ewa Charitonow

Korekta: Anna Parcheta, Edytorial.com.pl Izabela Jesiołowska

Projekt okładki i stron tytułowych: Magdalena Betlej/studio KARANDASZ – www.karandasz.com.pl

Skład i łamanie: Adam Dąbrowski

Zdjęcie na okładce: ArtOfPhotos/Shutterstock

Biuro Obsługi Klienta

www.hitsalonik.pl

mail: bok@edipresse.pl

tel.: 22 584 22 22

(pon.–pt. w godz. 8.00–17.00)

www.facebook.com/edipresseksiazki

www.instagram.com/edipresseksiazki

ISBN 978-83-8117-648-4

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.