Opis

Znakomita powieść autora cenionego za twórcze łączenie prozy „nurtu chłopskiego” z tradycją gombrowiczowską.

Historia dotyczy powojennego dzieciństwa zadziornego bohatera pochodzącego z rodziny wiejskich „biedniaków” i złodziei. Niepiśmienny ojciec za eksces z nauczycielem oraz kradzież i zniszczenie tablicy szkolnej zostaje – jako wróg ludu – zamknięty do stalinowskiego więzienia. Chłopiec i jego matka dochodzą sprawiedliwości. Paradoksalnie, konieczność pisania podań w tej sprawie rodzi w bohaterze kult słowa pisanego. Symboliczny dar od ojca – kradzione pióro ze złotą stalówką – przesądza o jego dalszych losach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 345

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Marian Pilot

Pióropusz

Ojciec trzymał pisak tak, jak stolarz trzyma w ręku gwóźdź zbyt krzywy, by dało się wbić go w deskę.

Ręce ojca jak z bruku, czarne, grube. Japoński pisak był rozmiarów stolarskiego ołówka, ale z garści ojca wystawał ledwo jego koniuszek i wyziegał w powietrzu zygzaki, i kreślił esy.

Patrzałem na to z zapartym tchem, ze ściśniętym sercem.

Sprawności ani mocy nie utraciła ojcowa ręka. Ojciec śmignął pisakiem i na gładkiej powierzchni tygodnika „Viva” nakreślił grubą krechę; śmignął w tymże mgnieniu raz jeszcze i przeciął tę linię pionową krechą, tak samo głęboko w papierze wyrytą.

Krzyżyk był akuratny, o prostych, równych ramionach: znać, że mistrz go kreślił.

Obok niego teraz jeszcze jeden i drugi winien był stanąć krzyżyk. Zgodnie ze starodawnym obyczajem i obowiązującymi urzędowymi wymogami ojciec zawsze pisał się potrójnym krzyżem.

Koniuszek pisaka drgnął, nakreślił w powietrzu kółko i moje serce, które nigdy nie zapominało o mnie, zadrżało.

Pisak wymsknął się z ręki ojca i pacnął na podłogę.

Niczym przez wiele okularów naraz widziałem wybity w glancpapierze znak. Ojciec postawił krzyżyk. Wierzyć chciałem w życie ojca i usilnie prosiłem Boga o jego zdrowie. Ojciec położył krzyżyk. Nie miałem słów. Czułem winę. Ciało bolało mnie. Bolało niczym dopiero co wyjęte z pokutnego wora. Serce w ciele tym niczym zgnieciona włosiennica i kłuło silnie. Na długą chwilę straciłem pojęcie o tym, gdzie jestem i mój ojciec gdzie jest.

W miejscu, na które nie ma słów.

Ani to izba, ani sala; pomieszczenie. Pomieszczenie przestronne, podługowate, osobliwie wąskie, ścieśniające się ku górze i ku uciesze linoskoczków czy taterników pozbawione sufitu: pochyłe ściany gdzieś na wysokościach zbiegały się. Posępnie tu, nieswojo; pachniało lizolem, ichtiolem, siarkowodorem, karbolem… kto wie, ksylamitem może też jeszcze. Znać było, że środki przeciw owadom kroczącym i trutki na szczury regularnie są tu stosowane.

I w całym gmachu zresztą. Spostrzegłem to od razu, jak tylko wszedłem do środka. Na korytarzach, wyłożonych zleżałym, wypucowanym gładko linoleum, było czysto, pusto, ubogo. Ślizgał się i chwiał, idąc tą wytartą gładką ścieżką samotny staruszek w bamboszach w szkocką kratkę i jaskrawożółtym, choć spranym mocno kaftanie… Na ścianach widniały czarną farbą malowane linie i strzałki. Były wyraźne, akuratnie wyrysowane. Mknęły wysoko nad głową zarośniętego policjanta, który siedział na rozkładanym krzesełku pod drzwiami pomieszczenia, w którym leżał ojciec. Zarost miał ten funkcjonariusz czarny, gęsty: twarz jakby osłonięta kominiarką, taką, jakie są na uposażeniu elitarnych policyjnych formacji. Uprzedzono mnie o tym posterunku, wiedziałem, że służbę wartowniczą pełni zwykły stójkowy z miejscowego komisariatu; wyglądał o wiele dostojniej. Robił wrażenie zbrzydzonego i mocno znudzonego swoim zajęciem. Zwisał ze składanego krzesełka jak struty. Na mój widok poderwał się na równe nogi, przytupnąwszy energicznie, z marsem na swej tajniackiej twarzy zastąpił mi drogę. Zbadał dowody i przepustki, w jakie zostałem w dyrekcji szpitala wyposażony i zamaszystym ruchem rozwarł drzwi, na których widniała wielka – wielka, powiedzieć by się chciało, jak drzwi – cyfra 12; nim jednak wpuścił mnie do środka, powłóczystym spojrzeniem omiótł wnętrze szpitalnej izby.

Okno się w niej – okiem oszołomionego przybysza w każdym razie – okno samo się w tej izbie widziało – wysokie, wąskie, spiczaste u szczytu i do połowy zamalowane białą olejną farbą.

Przez to okno, przez farbę białą, gęstą, którą zamazane były dolne szyby, wnikało do szpitalnej izby światło rzęsiste i rozchwiane, ułomne, białe osobliwą jakąś, widmową, uchylną, chybotliwą bielą. Pomalowane lichą farbą nierówne, pogruźlone ściany, osłonięte szarą wykładziną podłogi i powleczone matowym pokostem sprzęty zdawały się z płynącego z okna światła w mgnieniu oka wysysać całą jasność; w tym rozcieńczonym świetle ledwo majaczyła blada postać leżącego na staroświeckim żelaznym łóżku młodego człowieka – był to zresztą ktoś mniej niż młody, młodzik, młodzieniaszek zgoła, z twarzą, czy też, słuszniej powiedzieć, buźką bezwąsą, pucułowatą; uszy nad ostrzyżoną do goła makówką blade niemowlęcą jakąś, litość budzącą bladością. Miał ten pacjent na sobie białą, szarą od szarego mydła szpitalną koszulę; za to bielą intensywną i jaskrawą pobłyskiwała na przegubie lewej ręki metalowa obróżka: był to zacisk kajdanek. Młodziak przykuty był do swego łoża dosłownie. Ten mikry wymoczek, uprzedzono mnie w biurze szpitala, był bandziorem, bodaj mafiozem, przy tym tak niebezpiecznym, że kajdanek mało, tu nawet, w szpitalu (gdzie miał przejść badania) pilnować go musiała policja. Chudzinka, niewiniątko takie… Budził litość. Groźnie za to, więcej niż groźnie – zgroźnie (jak się w naszych stronach wyraziście mówi), wyglądał powalony na sąsiednie żelazne łóżko ojciec. Ja na jego widok skamieniałem. To umkliwe światło, co tak miłosiernie kładło na buzi kajdaniarza budzące litość chorobliwe cienie, przemieniało ojca w zgrzybiałego karła, zdumiewająco podobnego do japońskiego aktora, co w melancholijnym amerykańskim serialu, którego tytułu nie mogłem sobie na poczekaniu przypomnieć, grał starego samuraja.

Samuraja, dodajmy, dopełniającego obrzędu harakiri. Szpitalną koszulę miał ojciec rozchełśniętą na piersiach szeroko i aż do dołu rozdartą. Ale nie koszulę tylko. Rozdartą miał ojciec pierś i gardło; rany przysłonięte były niedbale przesiąkniętymi krwią i ropą bandażami. Ropa, brudna krew spływały sączkami z jego obrzmiałej, rozkrojonej przez chirurga szczęki do gumowego śliniaczka. Ojciec był rozdarty, najdosłowniej rozszarpany. Ze skóry odarty i, jakby tego nie dość było, zakneblowany. O tym pielęgniarki mnie uprzedziły. Wyjaśniły, że ordynator zalecił blokadę gardła, by ropa nie sączyła się do płuc.

Poszarpany, krwawy, umazany ropą i flegmą ojciec wyglądał żałośnie i groźnie, niczym pokiereszowany, pobity i pokonany, ale stale jeszcze niebezpieczny, nieobliczalny i żądny pomsty na swoich prześladowcach bandyta jakiś czy samuraj właśnie.

…Zakneblowany, charczący i ryczący przez zabite gardło mój ojciec wziął do ręki japoński ołówek i na brzeżku gazety postawił krzyżyk.

Ja sam w pomieszaniu i strapieniu swojemu zakneblowanemu ojcu ten pisak do ręki wetknąłem.

A ojciec mój niepiśmienny.

Jak nikt już inny w całym kaliskim powiecie nie­piśmienny. I dziś, u schyłku swego życia, bardziej niepiśmienny, niż kiedykolwiek przedtem niepiś­mien­ny był.

W miarę bowiem, jak na stare lata popuszczał wodzy swojej złodziejskiej, sowizdrzalskiej i warcholskiej naturze, począł się swoimi trzema krzyżykami bezwstydnie i nachalnie pysznić niczym puszczalska swoim gołym kuprem.

Dla ludzi takich jak ojciec, porywczych, nieoględnych, popędliwych, lekkomyślnych przy tym, starość jest tak przygnębiająca i dokuczliwa dlatego zapewne, że pusty czas, jaki rozwiera się przed człowiekiem wtedy, bardziej namolnie niż innym zwiastuje im koniec wszelkiego czasu i dosłownie dławi; i zadławić może. Ojca jednak, którego, jak dawne przysłowie mówi, fachem była bieda (w jego przypadku przysłowie nie myliło się ani o jotę), biedy starości nie dotknęły nigdy: tarczą mu była i wybawieniem własna jego przeszłość czy zgoła samo urodzenie. Od czasów niepamiętnych bowiem ród nasz cieszył się przywilejem, przy którym ojciec zuchwale i czelnie, wbrew rozsądkowi – o interesie już nie wspominając – niczym święty męczennik przy świętej wierze trwał, wtedy nawet, kiedy tę fanaberię kijami mu z głowy wybijano.

Wiek sędziwy – ojciec osiągnął go nie wiedzieć kiedy, lekko, mimochodem jakby, nie chorując, nie kwękając, nie wpadając w zdziecinnienie – nie ukrócił wcale, przeciwnie, wręcz sprzyjać się zdawał niefrasobliwym trzykrzyskim awanturom ojca i pobudzać go do coraz bardziej ekstrawaganckich poczynań i eksperymentów, rozkosznie sowizdrzalskich niekiedy, niekiedy mało wybrednych, przykro przypominających łobuzerskie wybryki. Nic to, że z dumą i ostentacją pisał się wszędzie trzema swoimi krzyżykami, tej sztuki, niekiedy całkiem pożytecznej, zgoła lukratywnej nawet, niekiedy zaś mocno ambarasującej, ba, sprowadzającej na nas wszystkich nieszczęścia i klęski, nauczył się ojciec za młodu jeszcze i z biegiem lat operować się nauczył nią z niezrównaną maestrią; nic to, jeśliby mistrz sztuki krzyżowej nie był tak bezwzględnie pewien wyjątkowości swojego statusu i świadom swojej bezkarności: zarozumiały, próżny i chełpliwy, po złodziejsku łapczywy, natchniony, cyniczny, grasował po gminach i powiatach, najeżdżał wojewodę nawet, interesy miewał po bankach i w urzędach skarbowych (policje go jak zły szeląg znały), zaglądał do zakładów fotograficznych (gdzie kazał sobie robić paszportowe zdjęcia), do szkół, siedzib partii, ośrodków zdrowia i spółdzielni dentystycznych, nie omijał żłobków, firm spedycyjnych, poczt, urzędów parafialnych ani domów modlitwy ludzi kociej wiary czy rozgłośni radiowych i redakcji reakcyjnych pisemek, biuralistki odrywały się od komputerów, pokazywał im swój zgrzebny trzykrzyski znak, sromały się komputerpanny bardziej, niż gdyby do biura wtargnął ekshibicjonista i począł gmerać przy rozporku. Mołojecka krzyżacka sława szła przed nim, szła za nim, maszerowała też ona z ojcem noga w nogę: bo też nie po to chodził ojciec po ludziach i urzędach (hauzerował, jak z dezaprobatą zwał te łajzowania Eryś Liepke, jedyny w naszych stronach Niemiec, co się nie wyniósł do Niemiec ani do Dedeeru), nie po to więc hauzerował ojciec niezmordowanie, by nie roztaczać przed biuralistami, dyrekcją i prezesami rozmaitych urzędów i instytucji pawiego ogona ofiary komunizmu i nieulękłego bojownika o wolność, solidarność i niepodległość. Był dziwowiskiem i gwiazdorem, pośmiewiskiem i chlubą wszystkich naszych kaliskich powiatów, dziad koślawy i dziarski, niepiśmienny odyniec, zapalczywy, ciemny jak tabaka, fantasmagoryjny krzyżopis, krzykała i ględa, sowizdrzał, cyrkuśnik, bluźnierca, zarazem pokutnik; goniły go od jakiegoś czasu telewizje, błyszczał na ekranach, wiecujący i politykujący na modłę dawnych bałaganiarzy, kategorycznie i bezwzględnie rozstawiający po kątach ministrów, stawiający horoskopy premierom i rządom, wróżący losy wielkim mocarstwom i całemu Bożemu światu…

Pamięć niegdysiejszych zuchwałych swych i chwa­lebnych czynów i zmagań bohaterskich nie opuszczała ojca, przeciwnie, z wiekiem wzmagała się, pielęgnował ją też ojciec i odnawiał coraz usilniej; skwapliwie i z lubością sięgał po ołówek, pisak jakiś, kawałek kredy, cegły, węgla, drut czy gwóźdź – dawniej powściągał się jeszcze, na stare lata teraz wyzbył się resztek zahamowań i wstydów – by na skrawku papieru, na nie zajętym przez kuchenne statki brzeżku stołu, na płocie, ba, na wrotach stodoły, drzwiach szopy karbować krzyżowe znaki. Niczego cierpiętniczego, boleściwie jezuskowego nie było w tych ojca dziełach krzyżokształtnych – bo i przecie z gruntu odmienny miały jego krzyżowe trzykrotki rodowód i sens: chełpliwie i dumnie głosił ojciec wszem wobec prawdę tę, iż to nasi ojcowie, dziadowie, pradawni wszyscy praszczurowie, ciemne, twarde i zapalite chłopskie pieróny po trzykroć pisali się krzyżem od kiedy: od Piasta, het od czasów samego króla Ćwieczka jeszcze! I czuł się potężny ten i dumny krzyżopisek prawowitym spadkobiercą wszystkich tych naszych ciemnych, krzyżem pisanych pokoleń i uważał za swój obowiązek podług własnego rozumu i podszeptów fantazji rozwijać kunszt ciemnych naszych przodków.

© Copyright by Marian Pilot

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, 2010

Wydanie pierwsze

Opieka redakcyjna

Krzysztof Lisowski

Korekta

Urszula Srokosz-Martiuk, Lidia Timofiejczyk

Projekt okładki

Robert Kleemann

Redakcja techniczna

Bożena Korbut

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o., 2011

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

e-mail: [email protected]

fax: (+48-12) 430 00 96

tel.: (+48-12) 619 27 70

ISBN 978-83-08-04825-2

Konwersja do formatu EPUB:Legimi Sp. z o.o.