Pionierowie. Preria - James Fenimore Cooper - ebook

Pionierowie. Preria ebook

James Fenimore Cooper

0,0

Opis

[PK]

 

"Pięcioksiąg przygód Sokolego Oka" wszedł do trwałego dorobku literatury światowej, zapewniając autorowi czołowe miejsce w gronie ówczesnych pisarzy. Składają się nań: "Pogromca Zwierząt", "Ostatni Mohikanin", "Tropiciel Śladów", "Pionierowie" i "Preria". W książkach tych pisarz ukazuje panoramę wczesnego okresu dziejów osadnictwa amerykańskiego. Obrazy dramatycznych walk białych traperów i kolonistów z Indianami łagodzone są mistrzowskimi opisami przyrody, charakteryzują się realizmem, który fascynuje czytelnika. Cooper chętnie portretuje ludzi odważnych i uczciwych, kierujących się szczytnymi zasadami. 

 

Cykl: Sokole Oko, t. 5 / t. 4 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Słupcy
Depozyt Biblioteczny

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 1271

Rok wydania: 1958

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



COOPER

PIONIEROWIE PRERIA

Zima nadchodzi, żeby rok markotny Smętnie obdarzyć codziennym orszakiem Burz, chmur i mgławic...

Thomson

iedaleko środka Stanu New York rozciąga się spory szmat ziemi, którego powierzchnię kształtują na przemian wzgórza i padoły, czyli — mówiąc z większym szacunkiem dla nazw geograficznych — góry i doliny. Z tych właśnie wzgórz wypływa rzeka Delawar. Stąd też z przezroczystych jezior, z tysiąca źródeł owej okolicy biorą początek liczne strumienie Susąuehanny, które wijąc się dolinami łączą się wreszcie w jedną z najdumniejszych rzek Stanów Zjednoczonych. Góry są przeważnie uprawne aż po szczyty, ale nie brak w tych stronach również zboczy górskich najeżonych skałami. To przydaje krajobrazowi wiele malowniczości i romantycznego uroku. Doliny są wąskie, żyzne i uprawne; w każdej z nich wije się strumień. Piękne, kwitnące osiedla wznoszą się nad brzegami małych jezior i w tych miejscach nad rzeczkami, gdzie manufaktury najłatwiej mogą się rozwinąć. W dolinach i w górach, nawet na ich szczytach pełno jest farm schludnych, dobrze urządzonych i dostatnio zagospodarowanych. Drogi biegną we wszystkich kierunkach: od dolin o uroczych i gładkich dnach aż do najbardziej urwistych i krętych przełęczy. Człowiek wędrujący tym górzystym krajem co parę mil napotyka akademię* lub szkołę niższego stopnia. Obfitość przybytków kultu boskiego świadczy, że mieszka tu lud obyczajny i skłonny do medytacji, a rozmaitość kościołów i ich obrządku wypływa niewątpliwie z niczym nie skrępowanej wolności sumienia. Słowem, okolica ta na każdym kroku świadczy, jak wiele można dokazać, nawet w surowym klimacie i dzikim kraju, pod rządem łagodnych praw, i wówczas, gdy każdemu leży na sercu dobro ogółu, którego jest cząstką. Wysiłkom pionierów, pierwszych osadników, dzielnie potem sekundował mo-

Akademia — szkoła publiczna, drugi stopień nauczania powszechnego.

V

zolny i uparty trud farmerów. Dzięki pracy tych ludzi, którzy chcieli spocząć w ziemi zroszonej ich potem, krajj dźwigał się coraz wyżej. Synowie, już tu urodzeni, poszli w ślady swych ojców i wiernie trwali przy ich grobach. Trudno uwierzyć, że zaledwie czterdzieści lat temu* kraj ten porastała puszcza.

Po zawarciu pokoju w roku 1783, gdy Stany Zjednoczone zdobyły niepodległość, przedsiębiorczy Amerykanie postarali się jak najlepiej wykorzystać naturalne bogactwa swego olbrzymiego kraju. Przed Wojną Rewolucyjną najwyżej jedna dziesiąta prowincji New York była zamieszkana. Prawie dwieście tysięcy ludzi żyło na wąskim i krótkim pasie ziemi po obu brzegach Hudsonu, na podobnym pięćdziesięciomilowym skrawku nad Mohawkiem, na wyspach Nassau i Staten i w paru samotnych osiedlach, leżących w dogodniejszych miejscach nad rzekami. Ale, jak już-mówiliśmy, w krótkim okresie czterdziestu lat ludność tego kraju wzrosła do półtora miliona i zagospodarowała ponad pięć stopni szerokości geograficznej i siedem — długości, żyjąc w dostatku i bez troski spoglądając w przyszłość.

Nasza opowieść zaczyna się w roku 1793. To znaczy mniej więcej w siedem lat po założeniu jednego z pierwszych osiedli, które przyczyniły się do tak bajecznego przeobrażenia i rozwoju wspomnianego na początku kraju.

Tuż przed zachodem słońca, pewnego jasnego, mroźnego grudniowego dnia, pod górę jechały wolno sanie, nazywane tu sleigh*. Pogoda była niezwykle piękna. Na błękitnym niebie żeglowały najwyżej dwie lub trzy chmury rozjaśnione refleksami światła odbitego od śniegu, który grubą pokrywą zaścielał ziemię. Droga wiła się nad stromym urwiskiem. Jej wewnętrzny skraj przebiegał wzdłuż skał podciętych dla poszerzenia drogi na ówczesne potrzeby, a zewnętrzny wspierał się na rusztowaniu z bali. Ale rusztowanie, skały i wszystko wkoło, co nie miało kilkunastu stóp wysokości, pokrywał śnieg. Dwie koleiny, dwustopowej głębokości, w których z trudem mieściły się sanie, znaczyły drogę. W dolinie, o kilkaset stóp poniżej, leżała polana, czyli „wyrąb", na której widać było powstającą osadę. Nawet na zboczu góry, aż do miejsca, gdzie droga nagle skręcała i biegła po równym już

Autor pisał tę powieść w roku 1823 (przyp. autora).

Sleigh — tak w Stanach Zjednoczonych nazywają pewien rodzaj sanek. Nazwa ta prawdopodobnie przyszła z zachodniej Anglii, gdzie znany jest ten typ pojazdów. Amerykanie odróżniają sleigh od zwykłych sanek: płozy sleigh mają żelazne okucia. Sleigh bywają jedno lub dwukonne. Jednokonne mogą być cutter, w których dyszle pozwalają koniowi iść koleiną, al6o pung czy taw-pung, o jednym dyszlu, albo też gumper — proste sanie sklecone w nowych osiedlach dla doraźnych celów. Sanki amerykańskie są przeważnie bardzo eleganckie, chociaż w miarę wycinania lasów i, co za tym idzie — łagodnienia klimatu, ten rodzaj lokomocji zanika (przyp. autora).

szczycie, można było dostrzec ślady kulturalnego życia. Sam szczyt jednak wciąż porastała puszcza. Mroźne powietrze skrzyło się miliardami klejnotów, a sierść kasztanków wprzęgniętych w sanie gęsto pokryła się szadzią. Z ich nozdrzy buchała para, a wszystko wkoło, jak i każdy szczegół stroju podróżnych, wyraźnie wskazywało na ostrą zimę w tych górach.

Uprząż koni, matowoczarną w porównaniu z dzisiejszą — błyszczącą lakierem, zdobiły wielkie mosiężne skuwki i sprzączki. W ukośnych promieniach słońca świecącego przez korony drzew lśniły one jak złote. Na gęsto nabitych główkami gwoździ wielkich siodłach, nałożonych na czapraki, wznosiły się cztery kwadratowe wieżyczki, przez które biegły lejce do rąk woźnicy, dwudziestoletniego Murzyna. Mróz pocętkował mu z natury lśniąco-czairną twarz, a z dużych, błyszczących oczu wycisnął łzy: daninę, którą w tym kraju synowie Afryki zawsze musieli składać. Lecz mimo to woźnica uśmiechał się pogodnie na myśl o bliskości domu, jego cieple i wigilijnych radościach. Sanie były wielkie, wygodne, staroświeckie i mogły pomieścić całą rodzinę, ale teraz siedziało w nich tylko dwoje pasażerów, nie licząc Murzyna. Z zewnątrz były pomalowane na delikatną zieleń, od wewnątrz — na płomienną czerwień, niewątpliwie po to, by w tym mroźnym klimacie stworzyć atmosferę ciepła. Oparcie i całe wnętrze wymoszczono olbrzymimi skórami bawołów, obszytymi frędzlami z czerwonego materiału. Skóry te otulały też nogi podróżnych — mężczyzny w kwiecie wieku i młodej dziewczyny na progu życia. O mężczyźnie można tyle tylko powiedzieć, że był krzepkiej budowy, bo nic więcej nie dało się dojrzeć spod szczelnie okrywającej go zimowej odzieży. Miał na sobie szeroki i długi płaszcz obficie obszyty futrem, w który otulił się po uszy; głowę nakrył kunią czapką podbitą safianem. Nauszniki opuścił na uszy i zawiązał pod brodą czarną taśmą. Z czubka tej czapki zwisał kuni ogon, z fantazją opadający na ramiona podróżnego. Z na pół odsłoniętej twarzy widać było, że jest to przystojny mężczyzna, a duże niebieskie oczy zdradzały niezwykłą inteligencję, zmysł humoru i pogodne, dobroduszne usposobienie.

Jego towarzyszka dosłownie tonęła w futrach i jedwabiach, które wyglądały spod wielkiego i obszernego, najwidoczniej męskiego palta na grubej flanelowej podszewce. Czarny jedwabny kaptur, podbity puchem, ukrywał jej twarz, pozostawiając tylko mały otwór do oddychania, przez który czasem można było dojrzeć parę błyszczących, żywych i czarnych jak smoła oczu.

Ojciec i córka (bo takie więzy łączyły oboje podróżnych) zbyt byli zamyśleni, by przerwać ciszę, czasem tylko mąconą skrzypieniem sań lekko sunących po śniegu. Ojciec przypomniał sobie, jak to jego nieboszczka żona cztery lata temu, niechętnie rozstając f się z jedynaczką, tuliła ją do serca. Zgodziła się na tę rozłąkę, bo wówczas ich córka mogła się kształcić tylko w New Yorku. A w parę miesięcy później umarła mu żona — ta jego jedyna towarzyszka samotności. Był jednak zbyt trzeźwym ojcem, by przerwać edukację córki, odebrać ją ze szkoły i sprowadzić do głuszy, w której sam żył.

Myśli córki nie były tak melancholijne. Dziwiły ją i radowały nowe widoki, które odkrywały się przed nią za każdym zakrętem drogi. Jechali zboczem gęsto porośniętym jodłami. Proste pnie, gołe do wysokości siedemdziesięciu, osiemdziesięciu stóp, często strzelały w niebo równie wysokimi, gęstymi wierzchołkami. Pod nimi wzrok wędrował swobodnie, póki nie spoczął na jakimś odległym wzniesieniu lub nie zatrzymał się na szczycie góry po przeciwnej stronie doliny, do której podróżni jechali. Ze skrzą-co jasnej bieli śniegu wyrastały czarne, proste pnie, które gdzieś wysoko swą wieczną zielenią rozłożystych gałęzi smętnie kontrastowały z obumarłą naturą pod nimi. Podróżni nie czuli wiatru, ale wierzchołki jodeł kołysały się majestatycznie, a ich żałosny i płaczliwy poszum doskonale harmonizował ze smętnym krajobrazem.

Sanie ujechały już kawał drogi po równym śniegu, dziewczyna ciekawie a może nawet lękliwie wpatrywała się w głąb lasu, gdy nagle pod jego stropem rozległo się donośne i przeciągłe ujadanie, jakby spuszczonej sfory psów. Mężczyzna natychmiast zawołał do Murzyna:

— Stań, Aggy! To stary Hektor. Poznam go wśród tysięcy głosów! Skórzana Pończocha skorzystał z pięknego dnia i poluje z psami w tych górach. Widzę przed nami ślad jelenia. Bess, jeżeli nie boisz się huku, obiecuję ci wspaniałą pieczeń na Boże Narodzenie!

Radosny uśmiech rozpromienił zmarznięte oblicze Murzyna. Zatrzymał konie i począł zabijać zdrętwiałe ręce. Jego pan zaś zerwał się, odrzucił na bok okrywające go skóry i wyskoczył prosto w zaspę śniegu, który nawet się pod nim nie ugiął.

W mgnieniu oka podróżny wydostał dubeltówkę ptaszniczkę spod licznych kufrów i puzder. Zdjął grube, wełniane rękawice naciągnięte na futrzane, badawczym okiem spojrzał na panewkę i właśnie ruszył naprzód, gdy usłyszał szelest zwierza przedzierającego się przez las. Po chwili ujrzał tuż przed sobą wspaniałego kozła. Zwierzę wychynęło nagle i jak błyskawica pognało przed siebie, ale podróżny był żbyt wytrawnym myśliwym, by się tym

speszyć. Zmierzył i pewną ręką pociągnął za cyngiel, a kiedy zwierzę, najwidoczniej nie draśnięte i nawet nie przestraszone, pędziło dalej, lekko przesunął za nim lufą i po raz drugi pociągnął za cyngiel nie odrywając kolby od ramienia. Ale i tym razem chybił.

Wypadki te rozegrały się tak szybko, że zaskoczyły dziewczynę podświadomie radującą się, że jeleń, który jak meteor przeciął im drogę, uciekł szczęśliwie. Ale radość była przedwczesna, bo zaraz usłyszała krótki, suchy trzask wystrzału, zupełnie inny od pełnego i grzmiącego huku strzelby jej ojca. W tej samej chwili jeleń podskoczył wysoko i po drugim strzale, takim jak pierwszy, padł koziołkując po zamarzniętym śniegu. Niewidoczny myśliwy krzyknął tryumfalnie, a po chwili dwóch mężczyzn wyszło z zasadzki zza drzew.

—1 Ha! Natty, nigdy bym nie strzelił, gdybym wiedział, że pan siedzi w zasadzce — zawołał podróżny zmierzając ku powalonemu zwierzęciu. Rozradowany Murzyn ruszył saniami za nim. — Nie mogłem jednak wytrzymać, bo szczekanie Hektora zbyt mnie podnieciło. Nie wiem, czy trafiłem jelenia.

— Nie, nie, panie sędzio — odparł myśliwy chichocząc wewnętrznie, a z jego rozradowanej miny wyraźnie wynikało, że jest pewien swego. — Spalił pan proch tylko po to, by rozgrzać sobie nos w tym mroźnym wieczornym powietrzu. Czy sądził pan, że z tej pukawki uda się panu powalić dorodnego kozła, któremu Hektor i suka wsiedli na ogon? Na moczarach ustrzeli pan pełno bażantów, a zięby latają tuż pod pańskimi drzwiami. Może im pan sypać okruchy i strzelać do nich co dzień, ile dusza zapragnie. Jeżeli jednak wybiera się pan na kozła albo ma pan chętkę na szynkę z niedźwiedzia, musi pan wyjść ze strzelbą o długiej lufie i użyć dobrze natłuszczonego flejtucha. Bo inaczej spali pan więcej prochu, niż zdobędzie mięsa.

Mówiąc to przesunął wierzchem gołej dłoni po koniuszku nosa i znów rozwarł wielkie usta w cichym śmiechu.

— Strzelba bije dobrze, Natty, i powaliła już niejednego jelenia — odparł podróżny śmiejąc się dobrodusznie. — Jedna rura naładowana była sarnim śrutem, a druga — drobnym, na ptactwo. Widzę dwa postrzały: w szyję i prosto w serce. Jeden na pewno pochodzi z mojej ręki.

— Pal licho, kto zabił jelenia — ponuro odparł myśliwy — na to jest, by go zjeść. — To mówiąc wydobył duży nóż ze skórzanej pochwy zatkniętej za pas i przeciął gardło zwierzęcia. — Jeśli w tym jeleniu siedzą dwie kule, to trzeba zobaczyć, czy pochodzą z dwóch strzelb. A poza tym, kto widział, by kula z gładkiej całymi dniami uganiające z raną w szyi. Nie należę też do tych, którzy kradną innym prawa.

— Widzę, że w ten mroźny wieczór mocno pan stoi przy swoim — odparł sędzia z niezachwianą pogodą ducha. — Ale co pan powie, młody człowieku, czy trzy dolary wystarczą?

— Przede wszystkim ustalmy, kto ma prawo do kozła — stanowczo, ale uprzejmie odparł zapytany tonem, który nie odpowiadał jego prostackiemu wyglądowi. — Iloma loftkami załadował pan strzelbę?

— Pięcioma, mój panie — odrzekł sędzia nieco zaskoczony postawą młodzieńca. — Czy to wystarczy na takiego kozia?

— Wystairczy jedna — odparł młodzieniec idąc do drzewa, zza którego wyszedł. — Strzelał pan przecież w tym kierunku, prawda? Tu w drzewie siedzą cztery.

Sędzia przyjrzał się świeżym śladom w korze i kiwając głową powiedział z uśmiechem:

— Świadczy pan przeciw sobie, młody adwokacie. Gdzież jest piąta?

— Tu — rzekł młodzieniec rozpinając swoje proste okrycie i ukazując dziurę w koszuli, przez którą sączyła się krew.

— Święty Boże! — wykrzyknął przerażony sędzia. — Ja się tu przekomarzam o głupie prawa, a mój bliźni ani jęknie cierpiąc przeze mnie! Prędko, prędko, chodź pan do sanek... o milę stąd w miasteczku znajdziemy chirurga... Pokryję wszytkie koszty... Zamieszka pan u mnie aż do wyzdrowienia albo i na stałe.

— Dziękuję panu za dobre chęci, ale muszę odmówić. Mam przyjaciela, który zmartwiłby się szczerze, gdyby się dowiedział, że jestem ranny i z dala od niego. To tylko draśnięcie. Kula nie tknęła kości. Sądzę, że teraz nie zaprzeczy mi pan prawa do zwierzyny.

— Zaprzeczę?! — zawołał podniecony sędzia. — Daję panu dożywotnie prawo polowania w mych lasach na jelenie, niedźwiedzie... na co pan zechce. Poza panem tylko Skórzana Pończocha korzysta z takiego przywileju, a nadchodzą czasy, kiedy będzie to coś warte. Kupuję też tego jelenia... proszę, oto banknot, który dostatecznie wynagrodzi panu pański strzał i mój.

Stary myśliwy słuchając słów sędziego wyprostował się dumnie. Milczał jednak, dopóki ten nie skończył.

— Żyją jeszcze ludzie, którzy potwierdzają, że Nataniel Bumppo miał prawo polować w tych górach, zanim Marmaduk Tempie mógł mu tego zabronić — powiedział. — Jeżeli w ogóle istnieje jakieś prawo, to kto kiedy słyszał o zakazie ubicia zwierzyny, gdy człowiekowi przyjdzie na to ochota? Prawo powinno zabraniać używania strzelb o gładkich lufach. Nigdy nie wiadomo, dokąd poleci kula z tej niepewmej broni.

Młodzieniec puścił mimo ucha ten monolog. Z lekka skłonił się sędziemu i odparł nie przyjmując ofiarowanych mu pieniędzy.

— Żałuję, panie, ale sam potrzebuję zwierzyny.

— Za te pieniądze kupi jej pan, ile dusza zapragnie — nalegał sędzia. — Niech pan weźmie, błagam pana — i niemal szeptem dorzucił: — to sto dolarów.

Młodzieniec zawahał się, lecz tylko na sekundę. Po chwili jego zaczerwieniona z mrozu twarz zarumieniła się jeszcze bardziej, jakby się wstydził swej przelotnej słabości, i po raz drugi odmówił sędziemu.

Tymczasem dziewczyna stanęła w sankach, nie zważając na mróz odrzuciła kaptur i powiedziała poważnym tonem:

— Mój młody czło... panie, chyba nie narazi pan ojca na wyrzuty sumienia, że zraniwszy bliźniego zostawił go w puszczy na łasce losu. Proszę pana na wszystko: niech pan jedzie z nami i przyjmie pomoc lekarza.

Trudno powiedzieć, czy sprawił to rosnący ból, czy też młodzieniec nie mógł się oprzeć miłej petentce, która tak wzruszająco ujęła się za ojcem, dość że zmiękł i stał niezdecydowany. Nie chciał się zgodzić i krępował się odmówić. Sędzia, którego już tak będziemy tytułowali, z żywym zainteresowaniem przyglądał się temu dziwnemu wahaniu. Po chwili postąpił parę kroków, łagodnie wziął rannego pod ramię, popchnął go w stronę sanek i zmusił do wejścia.

— Pomoc najbliżej znajdziemy w Templeton — powiedział — a chata Natty'ego stoi o dobre trzy mile stąd. Jedźmy, jedźmy, młodzieńcze, i pozwólmy nowemu lekarzowi opatrzyć ci ranę. Nat-ty uspokoi twego przyjaciela, a rano, jeśli zechcesz, wrócisz do domu.

Młody człowiek uwolnił rękę z serdecznego uścisku sędziego. Nie odrywał jednak oczu od pięknej dziewczyny, która mimo mrozu stała z odkrytą głową i proszącym wyrazem twarzy. Skórzana Pończocha lekko przechylił głowę, jakby się nad czymś głęboko zastanawiał, i przyglądał się tej scenie oparty na swej długiej strzelbie. A gdy już doszedł do jakiegoś wniosku, przerwał mil-domu.

— Lepiej zrobisz, chłopcze, ustępując. Bo jeśli kula tkwi głęboko pod skórą, nie wydostanę jej. Jestem już za stary na dłubanie, jak ongiś, w ludzkim mięsie. Trzydzieści lat temu, w czasie starej wojny, kiedy byłem w polu pod sir Williamem, przeszedłem samotnie siedemdziesiąt mil głuchą puszczą z kulą w udzie.

A potem wydłubałem ją sobie składanym nożem. Stary Indianin John dobrze to pamięta, bo wtedy spotkałem go, jak szedł z oddziałem Delawarów. Tropili Irokezów, którzy podczas napadu nad Schoharie zdobyli pięć skalpów. Przy tej okazji naznaczyłem jednego Minga tak, że zabrał ten znak do grobu! Ugodziłem go, za przeproszeniem pani, w odwrotną stronę medalu. Gdy się wychylił, wpakowałem mu w gołą skórę trzy loftki tuż koło siebie, tak że można by je nakryć dolarową monetą... — stary wyciągnął długą szyję, wyprostował się, otworzył usta i ukazał samotny, żółty kieł. Śmiał się całą twarzą, oczami, postacią, choć nie towarzyszył temu żaden dźwięk prócz syku spazmatycznie wciąganego powietrza. — Przy ujściu Oneidy*, w czasie przeprawy, zgubiłem foremkę na kule i musiałem sobie radzić loftkami. Na szczęście strzelba była celna i nie siała tak na wszystkie strony jak pańska dwururka, panie sędzio, która moim zdaniem nie nadaje się do polowania.

Natty niepotrzebnie przepraszał dziewczynę za swój dosadny język, bo tak była zajęta pomaganiem ojcu w usuwaniu waliz i paczek, że nie zwróciła uwagi na jego słowa. Młodzieniec nie mógł dłużej opierać się uprzejmym naleganiom podróżnego i choć niechętnie, pozwolił wprowadzić się do sanek. Murzyn z pomocą sędziego ułożył ubitego kozła na bagażach. Potem obaj weszli do sań, a sędzia zaprosił do nich również myśliwego.

— Nie, nie — Natty potrząsnął głową. — W domu czekają mnie jeszcze przygotowania wigilijne... jedźcie sami i niech lekarz opatrzy chłopcu zranione ramię. Byle tylko wyjął kulę. Mam zioła, które wygoją ranę szybciej od wszelkich obcych wymysłów. — Odwrócił się i już chciał odejść, gdy nagle coś sobie przypomniał. Zawrócił i dodał: — A jeżeli wypadkiem nad jeziorem spotkacie Indianina Johna, zabierzcie go ze sobą. Niech stary pomoże lekarzowi, dobrze się zna na wszelkich ranach i postrzałach. Pewnie wybrał się do osady ze swymi miotłami, by przed Bożym Narodzeniem poczyścić kominy.

— Stój! Stój! — zawołał młodzieniec chwytając za rękę Murzyna, który już ruszał. — Natty... Nic nie mów o ranie ani dokąd pojechałem. Na miłość boską, nie zapomnij!

— Możesz zaufać Skórzanej Pończosze — znacząco odparł myśliwy. — Pięćdziesiąt lat w puszczy wśród dzikich nauczyło mnie trzymać język za zębami. Nie bój się, chłopcze, i pamiętaj o starym Johnie.

— Natty — żywo mówił młodzieniec nie puszczając ramienia

O n e i d a —. jezioro w stanie New York.

Murzyna. — Przyjdę jeszcze dziś. Jak tylko wyjmą mi kulę. I przyniosę ćwiartkę jelenia na święta...

Myśliwy przyłożył palec do ust i przerwał młodzieńcowi. Potem cicho i zwinnie postąpił parę kroków, nie odrywając oczu od gałęzi jednej z sosen. Gdy stanął na upatrzonym miejscu, odstawił jedną nogę w tył, odwiódł kurek strzelby, przyłożył kolbę do ramienia i podpierając lufę wyprostowaną lewą ręką, wolno począł ją wznosić wzdłuż strzelistego pnia. Ludzie w sankach wiedli oczami za tym ruchem i wkrótce dostrzegli cel. Na suchej i niemal pionowej gałązce sosny, o siedemdziesiąt stóp od ziemi, tuż pod zielonym, soczystym igliwem siedział ptak, w potocznym języku nazywany bażantem lub kuropatwą. Był niewiele mniejszy od zwykłej kury. Szczekanie psów i rozmowy w pobliżu drzewa, na którym siedział, najwidoczniej go spłoszyły. Przytulił się więc do pnia, zadarł głowę i wyciągnął szyję tak, że znalazła się na jednej linii z jego nogami. Gdy muszka strzelby spoczęła na celu, Natty pociągnął za cyngiel i ptak bezwładnie spadł z wysoka, zarywając się w śniegu.

— Leżeć, leżeć! Stary łobuzie! — krzyknął Natty, stemplem od strzelby grożąc Hektorowi, który skoczył ku zwierzynie. — Leżeć, mówię!

Pies usłuchał, Natty zaś szybko i z wielką uwagą znów naładował strzelbę. Gdy skończył, podniósł ptaka z odstrzeloną głową, pokazał go siedzącym w sankach i zawołał:

— Doskonały świąteczny przysmak dla starego człowieka... Chłopcze, pal licho pieczeń! Pamiętaj o Johnie. Jego zioła są lepsze od zagranicznych leków. Panie sędzio — dodał unosząc w górę łup — czy myśli pan, że z niegwintowanej strzelby zdjąłby pan tego ptaka nie trąciwszy piórka? — Roześmiał się swym cichym śmiechem — tryumfalnym, wesołym i ironicznym zarazem. Potem szybko, ze strzelbą w pogotowiu, wykręcając kolana do wewnątrz i lekko przysiadając przy każdym kroku, niemal biegiem ruszył w las. Młodzieniec obejrzał się na zakręcie za swym towarzyszem i jeszcze go dostrzegł, gdy nikł za drzewami. Psy biegły za nim, tylko od czasu do czasu węsząc ślad jelenia, gdyż instynkt mówił iin, że robią to niepotrzebnie. Konie szarpnęły saniami i Skórzana Pończocha na dobre zniknął w puszczy.

Tam, gdzie spogląda opatrzności oko — Dla ludzi prawych port i szczęsna

przystań.

Nie sądź, źe król cię skazał na

wygnanie,

Toś ty wypędził króla...

Ryszard II

P radziad Marmaduka Tempie, przyjaciel Williama Penna* i również kwakier, przybył do założonej przez Penna kolonii — Pensylwanii, jakieś sto dwadzieścia lat przed początkiem naszej opowieści. Stary Marmaduk — to groźne imię stało się dziedziczne w rodzie — przyjechał do tego schronienia uciśnionych, jakim wówczas były kolonie amerykańskie, przywożąc ze sobą. dużą fortunę. Wkrótce stał się posiadaczem kilkunastu tysięcy akrów* dziewiczej ziemi, żywicielem i opiekunem wielu kolonistów. Żył — powszechnie szanowany dla swej pobożności — jako człowiek wybitny wśród kwakrów i zajmujący w ich społeczeństwie poważne stanowiska. Umarł na czas, by się nie dowiedzieć o swym bankructwie.

Pod tym względem podzielił los większości bogatych osadników, którzy przywieźli swe fortuny do środkowych kolonii Nowego Świata.

W tych prowincjach liczba białej i czarnej służby oraz zajmowane stanowisko decydowały o znaczeniu imigranta. Według tej miarki musimy stwierdzić, że pradziad sędziego był znaczną personą.

Dziś nie bez ciekawości czytamy w krótkich sprawozdaniach z tego wczesnego okresu powstawania kolonii, jak — z małymi wyjątkami — nieubłaganie i stale bogacili się słudzy tych imigrantów. Oni sami zaś, nawykli do wygodnego życia, niezdolni do walki w młodym społeczeństwie, z trudem utrzymywali się na powierzchni, i to tylko dzięki swej wyższości, jaką dawał im majątek i wykształcenie. Ale gdy legli w grobie, ich potomstwo, nieudolne i gorzej wykształcone, musiało ustąpić przed ludźmi, któ-

Penn William (1644—1718) — Anglik, kwakier i założyciel kolonii Pensylwania.

Akr — miara powierzchni równa 4047 m*.

rych energię potęgowała bieda. Proces ten jeszcze do dziś trwa w Stanach Zjednoczonych, ale przede wszystkim widzieliśmy go w pokojowych i przedsiębiorczych koloniach: Pensylwanii i New Jersey.

Potomstwo Marmaduka spotkał los wszystkich tych, którzy chętniej liczą na schedę niż na własne siły. Toteż trzecie pokolenie spadło już do punktu, poniżej którego w tym szczęśliwym kraju nie może spaść człowiek uczciwy, rozumny i trzeźwo myślący. Ta sama duma, która przez gnuśną zarozumiałość doprowadziła ród do ruiny, teraz dodała mu bodźca, aby podniósł się z upadku. Choroba przeszła w zdrowie — w ożywcze dążenie do zmiany warunków, odzyskania znaczenia, a nawet dawnego dobrobytu. Ojciec sędziego, naszego nowego znajomego, był pierwszym w rodzie, który znów zaczął wspinać się po drabinie społecznej. Ożenił się bogato i to mu znacznie pomogło. Pieniądze pozwoliły mu wysłać jedynaka do szkół lepszych niż pensylwańskie, które na ogół były kiepskie, i dać mu wykształcenie wyższe, niż przyjęte w rodzie od dwóch czy nawet trzech pokoleń.

W szkole młody Marmaduk zaprzyjaźnił się z jednym ze swych rówieśników. Ta przyjaźń ułatwiła karierę przyszłemu sędziemu. Rodzina Edwarda Effinghama była bowiem nie tylko bardzo bogata, ale i wpływowa na królewskim dworze. Należała do tych niewielu rodzin osiadłych w koloniach, które gardziły handlem. Jeśli któryś z Effinghamów opuszczał swe dobra, czynił to tylko dla przewodnictwa w najwyższych władzach kraju lub dla służby wojskowej. Ojciec Edwarda całe życie był wojskowym. Przed sześćdziesięciu laty w Królewskiej Armii Angielskiej mocno trzeba się było namozolić i natrudzić, by się doczekać awansu. Całe lata bez szemrania schodziły na służbie w niższych stopniach. Nic więc dziwnego, że żołnierze wojsk kolonialnych, gdy już dochrapali się dowództwa kompanii, z pogardą traktowali spokojnych rolników i wymagali od nich największego szacunku. Ci z naszych czytelników, którzy kiedykolwiek wybrali się za Niagarę, łatwo mogli zauważyć, że nawet w tych polarnych regionach pod berłem królewskim najniżsi urzędnicy otaczają się niezwykłą powagą, a ludność darzy ich niekłamanym szacunkiem. Takim to poważaniem dość niedawno jeszcze otaczano żołnierzy w kraju, gdzie teraz, na szczęście, nie zanosi się na wojnę, chyba że wolny i nieskrępowany głos obywateli za nią się opowie. Kiedy więc stary Effingham, ojciec przyjaciela Marmaduka, po czterdziestoletniej służbie wyszedł z wojska w stopniu majora i zamieszkał w swej wcale okazałej rezydencji, traktowano go w New Yorku — jego rodzinnym stanie — jako pierwszą osobę. Służył wiernie i dzielnie, zgodnie więc ze zwyczajami utartymi w koloniach powierzano mu dowództwa ponad jego rangę, z których wywiązywał się zaszczytnie. Zmorzony wiekiem, major Effingham w pełni sławy wystąpił z wojska, rezygnując ze zwyczajowej połowy pensji i z jakiegokolwiek wynagrodzenia za długoletnią służbę, której dłużej nie mógł już pełnić.

Odmówił też przyjęcia ofiarowanych mu stanowisk w administracji cywilnej, nie tylko zaszczytnych, ale i dochodowych. Wierny swemu charakterowi odrzucił te propozycje z iście rycerską niezależnością i lojalnością. Wkrótce po tym patriotycznym geście nastąpił akt niezwykłej osobistej szczodrości. Kłócił się on z zasadami rozsądnego przewidywania, ale zgadzał się z prostymi poglądami majora Effinghama na życie.

Edward był jedynakiem i ożenił się z dziewczyną, którą major bardzo polubił. W dniu ślubu ojciec podarował mu cały majątek składający się z papierów wartościowych, posiadłości miejskiej i wiejskiej, wielu bogatych farm w zagospodarowanych już częściach kolonii i olbrzymich połaci dziewiczej ziemi. Sobie nic nie pozostawił, całkowicie zdając się na łaskę syna. Już przedtem, gdy odrzucił ponętne propozycje rządu, ludzie, którzy nawet tu, w odległych zakątkach Imperium Brytyjskiego chętnie wieszaliby się u pańskiej klamki, gdyby mogli, uważali go za człowieka niespełna rozumu. Teraz, gdy dobrowolnie oddał synowi cały swój olbrzymi majątek co do grosza, .wszyscy bez wyjątku zgodzili się, że do cna zdziecinniał. To tłumaczy nagły upadek jego znaczenia. I jeżeli major zamierzał kiedyś zupełnie wycofać się z życia, teraz tego dopiął. Ludzie mogli sobie myśleć,

00 chcieli, ale dla niego i dla Edwarda darowizna nie miała w sobie nic nadzwyczajnego. Był to po prostu prezent: ojciec podarował synowi dobra, których sam nie mógł już używać ani powiększyć. Syn natomiast z charakteru i wykształcenia świetnie nadawał się do jednego i do drugiego. Młody Effingham przyjął więc dar bez zastrzeżeń, bo wiedział, że ojciec zachowa moralną kontrolę nad jego czynami, a wyzbył się tylko ciężaru zarządzania majątkiem. Obaj tak sobie ufali, że było to dla nich tylko przełożeniem pieniędzy z jednej kieszeni do drugiej.

Młody Effingham natychmiast po objęciu majątku odszukał swego ^szkolnego przyjaciela i zaproponował mu pomoc.

Śmierć starego Marmaduka i rozdrobnienie niewielkiej schedy między spadkobierców sprawiły, że ta pomoc była szczególnie cenna dla młodego Pensylwańczyka. Wierzył on w swoje siły

1 znał nie tylko zalety, lecz i braki przyjaciela. Effingham, trochę gnuśny i łatwowierny, nieraz ulegał popędom i postępował nierozważnie. Marmaduk zaś, niezwykle czynny i zrównoważony, był człowiekiem przedsiębiorczym i wnikliwym. Nic więc dziwnego, że pomoc, a raczej spółka z Effinghamem obiecywała obu duże korzyści. Marmaduk chętnie więc zgodził się na propozycję przyjaciela i szybko z łatwością ustalili między sobą warunki. Za pieniądze Effinghama założyli w stolicy Pensylwanii wielki dom handlowy, którego oficjalnym i prawie wyłącznym właścicielem został Marmaduk Tempie. Effingham był cichym wspólnikiem korzystającym z połowy zysków. Spółka pozostawała tajemnicą dla dwóch powodów, lecz Marmaduk wiedział tylko o jednym. Drugi powód — Effingham ukrył głęboko w sercu. Chodziło o dumę i o nic więcej. Wprawdzie handel, nawet w zamaskowanej formie, wydawał się itemu potomkowi żołnierzy czymś niegodnym, ale dopiero przesądy jego ojca stanowiły przeszkodę nie do pokonania.

Mówiliśmy już, że major Effingham chlubnie służył ojczyźnie. Pewnego razu, gdy wysłano go przeciw Francuzom i sprzymierzonym z nimi Indianom na zachodnią granicę Pensylwanii, o mało nie utracił sławy i nie zginął z całym oddziałem. Stało się to przez pokojowość osiadłych tam kwakrów. Major czuł się tym głęboko dotknięty w swej żołnierskiej dumie. Przecież bronił kwakrów. Wiedział, że przebiegły i złośliwy wróg nie uszanuje łagodnych zasad wiary tej małej społeczności praktykujących chrześcijan. Urazę odczuwał tym boleśniej, że — jak wiedział — wstręt do wojny, który skłonił kwakrów do odmówienia mu zbrojnej pomocy, narażał jego oddział, a nie mógł przyczynić się do pokoju. Po ciężkiej, rozpaczliwej walce udało mu się wyrwać z garstką żołnierzy z rąk bezlitosnego wroga, lecz nigdy tego nie zapomniał ludziom, którzy narazili go na takie niebezpieczeństwo i pozostawili własnemu losowi. Daremnie próbowano przekonać go, że nie miał czego szukać na ich granicy. Nie wątpił, że przybył tam dla dobra Pensylwańczyków i, jak mawiał, ich religijnym obowiązkiem było mu pomóc.

Stary żołnierz nigdy nie był wielbicielem pokojowo usposobionych uczniów Foxa*. Dzięki trzeźwemu życiu i wstrzemięźliwym obyczajom kwakrzy osiągnęli doskonałą fizyczną formę. Major wytrawnym okiem z rozkoszą przyglądał się kształtnej, atletycznej budowie tych ludzi, ale jego wzrok wyrażał głęboką pogardę dla ich głupoty. Uważał też, że gdzie za dużo form, tam mało treści. Nie jest jednak naszym zadaniem dyskutować, na czym powinna polegać istota chrześcijaństwa. Przytaczamy tu tylko pogląd majora Effinghama.

F o x George (1624—1690) — założyciel sekty kwakrów.

Nic dziwnego, że młody Effingham, wiedząc, co ojciec myśli

0 kwakrach, wolał ukryć przed nim łączący go związek, a raczej swą zależność od Marmaduka.

Jak już wspomnieliśmy, Marmaduk wywodził się z grona rówieśników i przyjaciół Williama Penna. Ale potomkowie starego Marmaduka przez jego ożenek z dziewczyną innej wiary utracili wpływy w sekcie. Młody Marmaduk wychowywał się jednak w kolonii kwakrów, w środowisku, gdzie wszystko przepojone było ich łagodną wiarą. Jego zwyczaje i język nosiły więc ich piętno. Później, gdy i on ożenił się z kobietą, która nie tylko nie należała do tego samego kościoła, ale i wolna była od jego wpływów, prawie zupełnie pozbył się naleciałości z młodych lat. Aż do śmierci jednak zachował coś niecoś z tych naleciałości

1 w chwilach podniecenia mówił językiem kwakrów. Ale nie wybiegajmy naprzód w naszej opowieści.

Zawierając spółkę z młodym Effinghamem, Marmaduk, zewnętrznie przynajmniej, nie różnił się od kwakrów. Dlatego zbyt niebezpiecznie było rzucić tak jawne wyzwanie poglądom starego majora. Spółka pozostała więc jak najgłębszą tajemnicą i wiedziały o niej tylko dwie zainteresowane osoby.

Przez kilka lat Marmaduk mądrze i przezornie prowadził spółkę. Przedsiębiorstwo przynosiło wspólnikom duże zyski. Później Marmaduk ożenił się z kobietą, o której wspomnieliśmy — matką Elżbiety — i więzy między przyjaciółmi zacieśniły się jeszcze bardziej. Wydawało się, że niebawem będą mogli odkryć swą tajemnicę światu, bo Effingham coraz wyraźniej widział korzyści wynikające z ich spółki. Przeszkodziły temu niepokojące wypadki, które poprzedziły Wojnę Rewolucyjną.

Od samego początku zatargu, jaki powstał między koloniami a Koroną Brytyjską, Effingham, wychowany w wierności dla króla, ślepo stanął po stronie tronu, gorąco broniąc świętych, jego zdaniem, praw władcy. Zdrowy sąd Marmadukit i jego niezależny umysł kazał mu wziąć stronę kolonistów. Zapewne były to jeszcze wpływy lat młodzieńczych: syn dzielnego i wiernego żołnierza nie miał nic droższego nad wolę monarchy, a potomek prześladowanych wyznawców Penna z goryczą myślał o niesprawiedliwości, jaką wyrządzono jego przodkom.

Na ten temat sprzeczali się długo. Najprzód w przyjacielskim tonie, potem —: coraz zapalczywiej. Marmaduk swym bystrym okiem począł dostrzegać zarzewie niezwykłych wypadków, nie mógł więc poprzestać na przekomarzaniu się z Effinghamem. Wkrótce iskra niezgody rozgorzała jasnym płomieniem. Kolonie, które same przemianowały się na Stany Zjednoczone, stały się widownią długoletnich krwawych walk. Na krótko przed bitwą pod Lexington* Effingham, już owdowiały, oddał Marmadukowi na przechowanie cały swój ruchomy majątek i sam, bez ojca, wyjechał z Ameryki. Wojna dopiero zaczynała się na dobre, kiedy znów zjawił się w New Yorku, tym razem w mundurze wojsk królewskich. Wkrótce wyruszył w pole na czele oddziału krajowej armii. Tymczasem Marmaduk całkowicie oddał się sprawie powstania. Przyjaciele nie utrzymywali żadnych stosunków: pułkownik Effingham ich nie szukał, a Marmaduk wolał zachować ostrożność. Zresztą niebawem musiał opuścić Filadelfię. Zdążył jeszcze wywieźć cały majątek, wraz z powierzonym mu przez przyjaciela, w bezpieczne miejsce, gdzie nie mogły dotrzeć wojska królewskie. Przez całą wojnę Marmaduk godnie służył krajowi na rozmaitych urzędach. Zawsze pracował z zapałem i korzyścią dla ojczyzny, ale nie zapominał też o sobie. Tak więc, gdy sprzedawano z młotka skonfiskowane włości zwolenników króla, zjawił się w New Yorku i za niewielkie pieniądze kupił rozległe dobra.

Kupując majątki wydarte innym, ściągnął na siebie gromy sekty, która wprawdzie wyklucza ze swego grona niewiernych synów, ale nie przestaje się nimi interesować. Wkrótce jednak ta chmura znikła. Rozproszyło ją zdobyte bogactwo, a może powszechność wspomnianego grzechu. Znaleźli się wprawdzie ludzie zawistni lub świadomi własnych win, którzy pozwalali sobie na aluzje do tego nagłego wzbogacenia się biednego kwakra, ale jego zasługi:, a może pieniądze sprawiły, że niebawem wszystko puszczono w niepamięć.

Po skończonej wojnie i zdobyciu niepodległości przez Stany Zjednoczone Marmaduk poniechał handlu, w owych czasach bardzo niepewnego, i zajął się zagospodarowaniem nabytych majętności. Pieniądze i praktyczny zmysł pozwoliły mu wyciągnąć z nowego przedsięwzięcia maksimum tego, co mógł dać surowy klimat i górzysty teren, toteż jego majątek wzrósł dziesięciokrotnie i niebawem zaliczano go do ludzi najbogatszych i najbardziej znakomitych. Miał jednak spadkobiercę — córkę, którą czytelnik już poznał. Teraz odebrał ją ze szkół i wiózł do domu, gdzie od dawna brakło pani i gospodyni.

Gdy ta część stanu, gdzie leżały włości Marmaduka, zaludniła się dostatecznie, aby przekształcić ją w hrabstwo, powołano go, zgodnie ze zwyczajami kolonialnymi, na urząd pierwszego sędziego. To na pewno przyprawiłoby o wesołość uczonego jurystę londyńskiego, ale po pierwsze, tak nakazywała konieczność,

Lexington — miasto w stanie Massachusetts. 19 kwietnia 1775 r. stoczona pod Lexington pierwszą bitwę Wojny Rewolucyjnej.

a po drugie, człowiek doświadczony i zdolny na każdym urzędzie potrafi wzbudzić szacunek, który go dostatecznie broni. Marma-duk zaś, z natury trzeźwiej myślący od sędziego króla Karola, nie tylko ferował słuszne wyroki, ale i uzasadniał je trafnie. W każdym razie takie panowały wówczas zwyczaje. Sędzia Tempie, bynajmniej nie ostatni wśród sędziów nowo powstałych okręgów, nie bez racji uważany był (i sam się uważał) za jednego z pierwszych.

Na tym kończymy krótką historię i charakterystykę naszych bohaterów i pozwolimy im odtąd samym ipówić i działać.

Ł TRZECI

Wszystko, co widzisz — to dzieło

natury;

Skały, co wznoszą swe czoła omszałe Jak dumne blanki zamków

starodawnych, Te pnie dostojne, co chylą dostojnie Gęstwę konarów w zimowej zamieci, Lodowe pola, błyszczące się w słońcu, Bielsze niż białość piersi

marmurowych... Lecz tak jak potwarz cześ6 plami

dziewicza, Tak człowiek szpeci to dzieło natury.

Duo

o chwili Marmaduk Tempie dostatecznie ochłonął z wrażeń, by uważniej przyjrzeć się swemu nowemu towarzyszowi. Zobaczył, że był to młodzieniec w wieku lat dwudziestu dwóch lub trzech, wzrostu powyżej średniego. Nic więcej nie dostrzegł spod grubego płaszcza, szczelnie otulającego młodzieńca i przepasanego wełnianym pasem, bardzo podobnym do tego, jaki nosił myśliwy. Przyjrzawszy się postaci nieznajomego sędzia przeniósł badawczy wzrok na jego twarz. Wciąż zdradzała ona tę samą niechęć, z jaką młodzieniec wsiadał do sanek, niechęć, która nie uszła uwagi Elżbiety i podnieciła jej ciekawość. Wyraźny zaś niepokój zaznaczył się w słowach młodzieńca, gdy prosił swego starego towarzysza o zachowanie tajemnicy. Nawet gdy się już zdecydował pojechać, a raczej gdy pozwolił się zabrać do miasteczka, nachmurzył się, jakby był z tego nierad. Ale stopniowo jego ujmująca twarz się rozpogadza-ła. Siedział w milczeniu — najwidoczniej nad czymś rozmyślał. Sędzia przez chwilę bacznie mu się przyglądał. Potem, jakby drwiąc z własnego roztargnienia, powiedział:

— Przerażenie, mój młody przyjacielu, najwidoczniej odebrało mi pamięć... Znam pańską twarz a jednak nawet za dwadzieścia nowych jelenich ogonów do czapki nie powiedziałbym, jak się pan nazywa.

— Jestem tu zaledwie od trzech tygodni — chłodno odparł młodzieniec — a pana nie było przez sześć tygodni.

— Jutro kończy się piąty tydzień mej nieobecności. A jednak przysiągłbym, że już gdzieś pana widziałem. Zresztą tak się przejąłem tym wypadkiem, że wcale bym się nie zdziwił, gdybyś mi się, maj panie, tej nocy przyśnił w postaci ducha. Co powiesz, Bess? Czy uważastz, że jestem przy zdrowych zmysłach? Czy mogę przewodniczyć ławie przysięgłych lub co teraz ważniejsze — robić honory domu na wigilijnej wieczerzy w Templeton?

R O Z D Z I A

— Prędzej podołasz jednemu i drugiemu, niż zabijesz jelenia z dwururki — odpowiedział mu wesoły głosik spod wielkiego kaptura. A po chwili Elżbieta dorzuciła już poważniej: — Mamy sporo powodów do dziękowania Bogu.

Konie niebawem poczuły stajnię. Zagryzły wędzidła, potrząsnęły łbami i żwawo ruszyły naprzód po płaskim szczycie góry. Wkrótce dojechali do miejsca, gdzie droga gwałtownymi serpentynami schodziła w dolinę. Na widok czterech słupów dymu nad własnym domem sędzia ocknął się z zadumy. Ujrzawszy przed sobą dolinę, miasteczko i dom wesoło zawołał do córki:

— Spójrz, Bess. Warto, byś tu została do końca życia. I ty, młodzieńcze, także mógłbyś zostać, gdybyś przyjął nasze zaproszenie.

Młodzi nagle spotkali się wzrokiem. Elżbieta zarumieniła się, choć spojrzenie jej było chłodne. Młodzieniec zaś znów się uśmiechnął zagadkowo, jakby i on nie wierzył, że mógłby wejść do rodziny sędziego. Krajobraz, który rozścielał się u ich stóp, był tak piękny, że poruszyłby człowieka jeszcze trzeźwiejszego niż Marmaduk Tempie.

Zjeżdżali wąską drogą wijącą się tuż nad przepaścią, tak stromą, że trzeba było bardzo ostrożnie kierować saniami. Murzyn powściągał niecierpliwe konie, Elżbieta miała więc dość czasu, by przyjrzeć się okolicy, wprawdzie szybko zmieniającej się pod ręką ludzi, ale znanej jej i podziwianej od wczesnego dzieciństwa. U stóp Elżbiety rozpościerała się bajkowa równina, biała i lśniąca, ukryta w górach. Były one strome, zwłaszcza od strony osady, i przeważnie zalesione. Tu i ówdzie, przerywając monotonię krajobrazu, tworzyły łagodne siodła albo ostro wdzierały się w długą, śnieżną równinę, którą, gdyby nie domy, drzewa i płoty, można by wziąć za obłok zawisły nad ziemią. Lecz na nieskalanej bieli tu i tam ruszały się czarne punkciki. Elżbieta poznała w nich sanki wyjeżdżające iz osady lub powracające do niej. Na zachodnim skraja doliny góry były równie wysokie, lecz mniej strome. Opadając przechodziły w sfałdowane wąwozy lub tworzyły uprawne tarasy i doliny. Wszędzie na zboczach zwróconych ku dolinie przeważał świerk, ale odległe faliste góry porastały buki i klony, na których chętnie spoczywało oko i które zapowiadały urodzajną glebę. Na przeciwległych zboczach w gęstym lesie widać było rzadkie białe plamy. Smugi dymu nad drzewami mówiły, że są to osiedla, forpoczty rolnictwa. Czasem te miejsca wspólnym ludzkim wysiłkiem rozrastały się w osady, ale częściej były samotne i małe. Jednakże zmiany, jakie tu zaszły w ciągu tych paru lat, były tak wielkie, a praca ludzi, którzy wszystko postawili na jedną kartę, tak uporczywa, że Elżbiecie — w niemym podziwie patrzącej na zmieniony krajobraz — wydało się, iż te samotne wysepki rosną w jej oczach. Na zachodzie dolina, zupełnie pozbawiona roślinności, obfitowała w odnogi większe niż na wschodzie. Zwłaszcza jedna wybiegała naprzód tworząc coś na kształt pięknych krętych fiordów w zwałach śniegu. Na jej krańcu rósł wyniosły dąb, którego rozłożyste gałęzie jakby broniły miejsca, gdzie wbrew ludzkiej woli zapuścił korzenie. Uwolnił się z niewoli, którą wieki narzuciły innym drzewom. Upojony wolnością szeroko rozpostarł swe sękate, fantastyczne w kształtach ramiona. Tuż u nóg podróżnych, na południowym krańcu tej pięknej równiny rozciągała się ciemna kilkuakrowa plama. Z pomarszczonej powierzchni i z oparów nad nią łatwo było zgadnąć, że to górskie ijezioro w okowach mrozu. Z jego głębi wypływał wąski, wartki strumień. Sosny, jodły nad brzegami i opary powstające w zimniej szym powietrzu nad wodą wyraźnie znaczyły jego krętą, kilkumilową drogę, dnem doliny biegnącą na południe. Brzegi uroczego jeziora przy jego południowym krańcu były strome, ale niewysokie. Stąd, jak okiem sięgnąć, uchodziła w dal, również na południe, wąska, lecz piękna dolina. Widać w niej było rozrzucone skromne domki osadników. Ich ilość świadczyła, że ziemia jest tu urodzajna, a warunki życia dość łatwe. Tuż nad brzegiem jeziora, wzdłuż jego grobli leżała osada Templeton. Składała się z pięćdziesięciu różnych budynków, przeważnie drewnianych. Wszystkie były w nie najlepszym guście, najwidoczniej budowano je w pośpiechu, a żadnego jeszcze nie wykończono. Przedstawiały istną mozaikę barw. Kilka było białych, ale tylko z frontu i od tyłu. Większość jedynie z frontu pomalowano tą kosztowną farbą. Oszczędni, ale i ambitni właściciele pokryli ich boki brudnoczerwonym kolorem. Parę domów zdążyło już zbrązowieć ze starości; przez ich wybite okna widać było nie otynkowane belkowania drugiego piętra, co świadczyło, że właściciele tych budynków z zamiłowania albo przez próżność podjęli zadanie ponad siły. Wszystkie domy stały szeregiem małpując miejski szyk. Najwidoczniej tak zarządził ktoś, kto więcej myślał o przyszłości niż o dzisiejszej wygodzie. Parę lepszych domów prócz tego, że było pomalowane na jednolity kolor, miało jeszcze zielone okiennice. Ta zieleń dziwnie kontrastowała, przynajmniej w tej porze roku, z mroźnym jeziorem, białymi górami, lasami i śnieżnymi polami. Przed wejściem do tych pretensjonalnych siedzib rosło parę drzewek bez gałęzi lub najwyżej przyozdobionych jedno- czy dwuletnimi pędami. Stały one jak grenadierzy u progu książęcego pałacu. Bo rzeczywiście te uprzywilejowane domy były siedzibami miejscowej arystokracji w królestwie Marmaduka. Mieszkali w nich dwaj młodzi uczeni w prawie, dwóch ludzi z gatunku tych, którzy zawsze chętnie zaspokajają potrzeby innych pod szyldem sklepikarzy, i wreszcie jeden uczeń Eskulapa*. Ten dziwnym trafem więcej ludzi sprowadził na świat, niż z niego wyprawił. W samym środku tego dziwacznego zbiorowiska domów wznosił się dwór sędziego górując nad innymi budynkami. Otaczał go wieloakrowy sad. Niektóre z drzew pozostały w nim jeszcze po Indianach. Omszałe i zbutwiałe rażąco odbijały od młodych drzewek wyglądających zza wiejskich częstokołów. Prócz tych dowodów rozwijającej się uprawy kultur, rosły tam jeszcze dwa rzędy niedawno sprowadzonych do Ameryki, młodych włoskich topoli. Obsadzono nimi aleję, któ-. ra wiodła od wrót przy głównej ulicy osady do podjazdu sędziowskiego domu. Sam dom zbudowano pod wyłącznym nadzorem niejakiego Ryszarda Jonesa, o którym już wspomnieliśmy. Jones był ciotecznym bratem Marmaduka, a że był też majstrem do wszystkiego i zawsze chętny — kierował jego drobnymi sprawami. Po wybudowaniu domu z lubością mawiał, że to dziecko jego fantazji przypomina w strukturze kazanie: jego część pierwszą i ostatnią. W pierwszym roku po przybyciu do Templeton wzniósł wysoki, długi, drewniany budynek wychodzący na drogę. Mając już jaki taki dach nad głową rodzina Marmaduka przemieszkała pod nim trzy pełne lata. Przy końcu trzeciego roku Ryszard uporał się ze swymi planami. W tym ciężkim zadaniu korzystał z doświadczenia wędrownego europejskiego majstra, który posługując się paroma wybrudzonymi angielskimi szkicami i uczenie mówiąc o fryzach i pilastrach, a przede wszystkim o kombinacji różnych stylów całkiem Ryszarda zawojował. Ryszard udawał wprawdzie, że uważa Hirama Doolittle'a tylko za doskonałego rzemieślnika, i słuchał j.ego wywodów z pobłażliwym uśmiechem, ale czy to dlatego, że ńie mógł sam nic przeciwstawić ze swej skarbnicy wiedzy, czy też z ukrytego podziwu dla rozmówcy — zawsze mu ustępował. Wspólnymi więc siłami nie tylko wznieśli siedzibę Marmaduka, ale i nadali ton budownictwu całego okręgu. Kombinowany styl, jak to nazywał Doolittle, stanowił mieszaninę paru stylów, a zmierzał do tego, by przejąć z nich wszystko, co

Eskulap — bóg sztuki lekarskiej (łac.).

*

było najdogodniejsze w lokalnych warunkach. Ryszard przeważnie zgadzał się z przedstawianymi mu propozycjami, a wiadomo, że gdy współzawodniczące genialne umysły, które posiadają nie tylko wpływy, ale i bogactwa, pójdą ręka w rękę, muszą stać się wyrocznią, nawet w ważniejszych sprawach. Toteż, jak już wspomnieliśmy, zamek — bo tak nazywano siedzibę sędziego — stał się wzorem w tym czy innym ze swych licznych i wspaniałych szczegółów dla ambitnych budowli w promieniu dwudziestu mil.

Sam dom, albo jego ostatnia część, był murowany, obszerny, czworokątny i bardzo wygodny. Na te cztery warunki Marmaduk położył szczególny nacisk. Poza tym do niczego się nie wtrącał polegając na Ryszardzie i jego wspólniku. Dwaj artyści wybrali materiał za twardy dla narzędzi, jakimi operowali robotnicy nawykli do budoiwania domów z białej sosny, przysłowiowo tak miękkiej, że myśliwi używali jej jako poduszki. Gdyby nie ten problem, ambicja naszych dwóch artystów być może dostarczyłaby nam więcej tematu do opisu. Skoro jednak trudności materiałowe zmusiły ich do zrezygnowania z frontonu, z zapałem zabrali się do ganku i dachu. Ganek, jak postanowili, miał być klasyczny, a dach — wyszukanym połączeniem zalet wszystkich stylów.

Dach — rezonował Ryszard — jest częścią budynku, którą starożytni zwykle usiłowali ukryć, bo w architekturze jest on tylko naroślą tolerowaną z konieczności. Poza tym — dodawał dowcipnie — dom wtedy będzie dobry, jeżeli będzie miał fronton z każdego boku. Bo skoro się go widzi zewsząd i w różną pogodę, nie może mieć słabej strony, która pozwoliłaby sąsiadom dać*' upust złośliwej zazdrości. Postanowiono więc, że dach będzie płaski i że dom otrzyma cztery fasady. Marmaduk sprzeciwił się pierwszemu postulatowi ze względu na wagę śniegu, który w ciągu długiej zimy pokrywał ziemię czterostopową warstwą. Na szczęście, kombinowany styl łatwo pozwalał na kompromis. Wydłużono więc wiązania, tak by śnieg się zsuwał. Niestety, Hiram potrafił operować tyliko węgielnicą, popełnił więc błąd w wyliczeniu, który wyszedł na jaw dopiero wtedy, gdy ciężkie belkowanie dźwignięto w górę i oparto na czterech ścianach. Wbrew więc wszelkim teoriom Ryszarda dach z całego budynku najbardziej rzucał się w oczy. Ryszard i Hiram pocieszali się, że pokrycie zaradzi złemu. Ale gonty jeszcze pogorszyły sprawę. Ryszard starał się naprawić błąd odpowiednio dobranymi barwami i własnoręcznie pomalował dach na cztery różne kolory. Pierwszy, jasny błękit, miał sprawiać wrażenie, że to niebo zniżyło się tuż nad siedzibą Marmaduka. Drugi, ciemnoszary, niby to imitował dym i mgłę. Trzeci, według określenia Ryszarda — niewidoczna

zieleń, nie spełnił zadania, bo odbijał od nieba. Po tych niepowodzeniach obaj architekci poniechali próby ukrycia dachu i wytężali umysły, aby upiększyć nieszczęsne gonty. Po długich rozważaniach i kilku próbach przy świetle księżyca Ryszard rozstrzygnął sprawę, śmiało malując dach na kolor, który ochrzcił mianem słonecznego. Zajpewniał przy tym Marmaduka, że jest to najtańszy sposób stałego zapewnienia sobie pogody nad głową. Poza tym otoczył dach tuż przy okapie jaskrawą balustradą, a genialny Hiram wysilił się i sfabrykował różne urny, gzymsy i gzym-siki, którymi obficie usiał tę część swego dzieła. Ryszard wpadł też na chytry pomysł, by kominy były niskie i przypominały ornamenty na balustradzie. Ale trzeba było je podwyższyć, by nie dymiły, wskutek czego stały się czterema najwidoczniejszymi fragmentami całej budowy.

To niepowodzenie z dachem, największym z dotychczasowych życiowych przedsięwzięć budowlanych Jonesa, bardzo go przygnębiło. Początkowo szeptał znajomym, że przyczyną wszystkiego była nieumiejętność Hirama, ale później, gdy już oswoił się z widokiem domu, zamiast szukać usprawiedliwień począł się zachwycać jego pięknem. Wkrótce znalazł chętnych słuchaczy, a że dobrobyt i wygoda zawsze są rzeczą pociągającą, dom stał się wzorem dla mniejszych budynków. W niecałe dwa lata po wzniesieniu tej budowli Ryszard, stojąc na dachu, miał przyjemność oglądania trzech skromnych imitacji swego wspaniałego dzieła. Tak zawsze jest z modą: nawet błędy wielkich budzą zachwyt ^ maluczkich.

Marmaduk dobrodusznie znosił wszystkie kalectwa swego domu i niebawem własnymi pomysłami przysporzył rodowej siedzibie wygody i szlachetnego wyglądu. Mimo to domowi i jego najbliższemu otoczeniu wciąż czegoś brakowało. Sprowadzono topole z Europy, by nimi obsadzić aleję, zasadzono wierzby i inne drzewa wokół dworu, lecz sterczące w górę czapy śniegu zdradzały ukryte pod nimi pniaki sosen. Tu i ówdzie nawet widać było odrażające, czarne, na pół zwęglone szczątki drzew, wysoko wystające nad bielą śniegu. Było ich wiele na przyległych polach. W miejscowym języku nazywano je pniakami. Stały samotnie, czasem tylko obok okorowanych sosen lub jodeł — pamiątek dawnej świetności — smętnie kołyszących na wietrze uschłymi gałęziami. Lecz rozradowana z powrotu do domu Elżbieta nie widziała ani tego, ani wielu innych, równie przykrych widoków. Zjeżdżając stokiem góry patrzyła tylko na grupę domów, które jak na mapie leżały u jej stóp, na liczne dymy nad doliną sięgające chmur, na białą gładź zamarzniętego jeziora w ramie wiecznie

zielonych gór, pokrytą długimi, coraz dłuższymi cieniami sosen. Spoglądała na ciemną wstęgę rzeki wypływającej z jeziora i wijącej się w drodze ku odległej zatoce Chesapeake*, słowem — na krajobraz zmieniony, a jednak pamiętny z lat dziecięcych.

Pięć lat wprowadziło tu więcej zmian niż stulecie w krajach cywilizowanych od wieków. Młody myśliwy i sędzia nie dostrzegali nic nowego, choć trudno było nie zachwycać się widokiem pięknej doliny, która nagle otworzyła się przed nimi, gdy wyjechali z mrocznych górskich lasów. Myśliwy z rozkoszą spojrzał wzdłuż doliny, a później znów ukrył twarz w fałdach płaszcza. Sędzia zaś z zadowoleniem filantropa przyglądał się rosnącemu wokół dostatkowi i postępom cywilizacji —: owocom jego inicjatywy i pracowitości.

Wesoły, raźny dźwięk dzwoneczków u sanek przyciągnął uwagę podróżnych. Najwidoczniej jakiś śmiały woźnica rączymi końmi ostro pędził w górę. Krzaki po bokach drogi zasłaniały widok, dojrzano się więc dopiero, gdy sanki się zjechały.

Chesapeake — zatoka na Atlantyku, w stanie Maryland 1 Wirginia.

Co, czyja szkapa zdechła? Co się stało?

Falstaff

W ielkie, rozłożyste sanki w czwórkę koni wychynęły zza bezlistnych krzaków porastających obrzeże drogi. Dwa siwki szły jako lejcowe, dwa kare jako dyszlowe. Sanie mimo stromego wjazdu pędziły szybko, jakby powożący chciał, by dzwoneczki, którymi uprząż była usiana, dzwoniły możliwie najsilniej. Sędzia od jednego rzutu oka na zaprząg poznał,* kto nim jedzie. W saniach siedziało czterech mężczyzn. Na fotelu — takim jakie zwykle stoją za biurkiem — mocno przywiązanym do boków sań, siedział mały człowieczek szczelnie otulony w płaszcz obszyty futrem. Spod tego okrycia wyglądała tylko ceglastoczerwona twarz. Najwidoczniej z przyzwyczajenia -człowieczek zadzierał głowę, jakby nierad ze swego wzrostu. Minę miał głęboko zatroskaną. Pewną ręką śmiało kierował ognistymi końmi, pędząc tuż nad przepaścią. Tyłem do niego, tuż za nim, twarzą do dwóch pozostałych osób siedział ktoś wysoki i chudy. Ani drugi płaszcz, który wciągnął na siebie, ani róg końskiej derki, którą się nakrył, nie zdołały mu nadać pozorów mocnej budowy. Na głowie miał szlafmycę, a gdy sanie się zjechały, odwrócił się do Marmaduka i ukazał twarz o rysach tak ostrych, jakby przeznaczonych do cięcia powietrza. Przeszkodzić temu mogły tylko oczy — dwie jasnoniebieskie, wypukłe, świecące i szkliste kule. Żółtawej, niezdrowej cery nie zdołał zaróżowić nawet wieczorny mróz. Naprzeciw niego siedział ktoś krzepki i krępy, tak szczelnie otulony w płaszcz, że widać było tylko twarz z parą błyszczących, żywych czarnych oczu, zadających kłam niezwykle sztywnej minie. Głowę tego jegomościa zdobiła kunia czapka, taka sama, jaką nosili pozostali dwaj pasażerowie, a spod niej, ujmując twarz w rodzaj półowalnej wytwornej ramy, opadały mu na ramiona włosy jasnej i pięknej peruki. Czwartego mężczyznę — ,

»

o potulnym wyglądzie i pociągłej twarzy — chroniło od mrozu tylko czarne, zrudziałe, przetarte na szwach i bardzo już niemodne okrycie. Na głowie nosił mały kapelusz zupełnie wytarty przez częste szczotkowanie. Twarz miał bladą, w dodatku o melancholijnym, można by rzec — medytacyjnym wyrazie. Mróz zaróżowił mu policzki, na których wykwitł rumieniec jakby gorączki. Cały jego wygląd — człowieka z natury głęboko zatroskanego — rażąco odbijał od pogodnego humoru jego sąsiada. Ledwie sanie zbliżyły się na odległość głosu, woźnica fantastycznego pojazdu zawołał donośnie:

— Stań przy kamieniołomie... Stań, grecki królu. Zjedź w kamieniołom, Agamemnonie*, bo inaczej cię nie wyminę. Witaj, kuzynie Duku... Witaj, witaj nam, czarnooka Bess. Widzisz, MarmaJ duku, że* z wyborowym ładunkiem wyjechałem na twe powitanie. Monsieur Le Quoi wyruszył tylko w jednej czapce, stary Fryc nie zdążył dopić butelki, a wielebny pastor Grant nie dokończył ostatniej części kazania. Zabrałem nawet pełny zaprząg... nawiasem mówiąc, sędzio, kare trzeba jak najprędzej sprzedać. Strychu-ją, i ta para źle chodzi w zaprzęgu. Spławię je...

— Sprzedaj, co chcesz, Dickonie — wesoło przerwał mu sędzia — bylebyś mi zostawił ziemię i córkę. Ach, mój drogi Frycu, niemały to zaszczyt, gdy siedemdziesiąt lat wyjeżdża na spotkanie czterdziestu pięciu. Sługa pański, monsieur Le Quoi — i unosząc czapki powiedział: — Pastorze Grant, naprawdę czuję się zobowiązany. Panowie, przedstawiam wam moją córkę. Świetnie was zna z opowiadań.

— Witamy, witamy, sędzio — z wyraźnym niemieckim akcentem odparł starszy z mężczyzn. — Pani Betsy winna mi jest pocałunek.

— I chętnie go odda, łaskawy panie — zawołała Elżbieta. W jasnym górskim powietrzu jej głosik zabrzmiał srebrzyście na tle głośnych okrzyków Ryszarda. — Dla starego przyjaciela, majorze Hartmann, nigdy nie zabraknie mi pocałunków.

Tymczasem jegomość na przednim siedzeniu, pan Le Quoi, walcząc z okrywającymi go płaszczami, z trudem wstał z miejsca. Chwyciwszy się jedną ręką zaimprowizowanego kozła, drugą zdjął czapkę i uprzejmie skłonił się sędziemu, a potem, nisko, Elżbiecie.

— Nakryj makówkę, Francuzie, nakryj makówkę — wołał woźnica, którym, jak już wiemy, był Ryszard Jones. — Mówię ci,

Agamemnon — legendarny król Myken i Argosu, wódz wyprawy trojańskiej.

nakryj makówkę, bo do reszty wyłysiejesz na mrozie. Gdyby Absalon* był tak łysy jak ty, żyłby do dziś!

Żartom Ryszarda zawsze towarzyszył śmiech, chociażby jego własny. Teraz też pękał ze śmiechu, a pan Le Quoi, grzecznie mu wtórując, sadowił się na miejscu. Pastor Grant serdecznie choć z godnością witał Marmaduka i Elżbietę, gdy Ryszard przygotowywał się do zawrócenia koni.

Mógł to uczynić jedynie w kamieniołomie, jeśli nie chciał wjechać aż na szczyt góry. Tam gdzie udało mu się stanąć, zbocze było głęboko podcięte, stąd bowiem wybierano kamień na budynki w osiedlu. Na wąskiej, górskiej drodze trudno, a nawet niebezpiecznie było się minąć, Ryszard zaś na dobitkę musiał wykręcić czwórką koni. Usłużny Murzyn chciał mu pomóc i wyprząc konie lejcowe, co sędzia gorąco doradzał, ale Ryszard z największą pogardą odrzucił pomoc i radę.

— Po co i na co, drogi kuzynie! — zawołał gniewnie. — Konie są spokojne, niczym jagnięta. Wiesz, że lejcowe sam ujeżdżałem, a z dyszlowymi poradzę sobie batem. Zapytaj pana Le Quoi, często ze mną jeździ i zna się na powożeniu. Niech powie, czy nam coś grozi.

Francuz, jak każdy Francuz, zbyt był grzeczny, by sprawić zawód człowiekowi, który okazał mu tyle zaufania. Ale gdy Ryszard przednią parą koni wjechał w kamieniołom, Francuz zesztywniał na widok rozwierającej się przed nim przepaści i wybałuszył oczy jak rak. Niemiec nawet się nie zmarszczył, bystrym okiem badał jednak każdy ruch Ryszarda. Pastor Grant położył ręce na krawędzi sań, szykując się do skoku, ale nieśmiałość wciąż jeszcze w nim górowała nad strachem.

Ryszard nagłym uderzeniem bata wpędził przednią parę koni w zaspę w kamieniołomie. Lecz cienka skorupa lodu załamała się pod siwkami. Gdy się okazało, że przy każdym kroku grzęzną coraz głębiej, odmówiły posłuszeństwa. Co więcej, przynaglane batem i krzykiem poczęły się cofać, nacisnęły na dyszlową parę, która z kolei naparła na sanki. Już tylko kloc spoczywający na rusztowaniu, podpierającym krawędź drogi od strony doliny, przykryty teraz śniegiem, dzielił je od przepaści. Sanki łatwo przeskoczyły tę przeszkodę i zanim Ryszard się zorientował, do połowy zwisły nad stromym, stustopowym urwiskiem. Francuz, który ze swego siedzenia doskonale widział groźne niebezpieczeństwo, odchylił się całym ciałem i zawołał:

Absalon — postać biblijna. Trzeci syn króla Dawida — zbuntował się przeciw ojcu; ścigany, podczas ucieczki, zaplątał się włosami o gałąź, został ujęty i zabity.

— Ah! Mon cher monsieur Dick! Mon Dieu! Que faites vous/•

— U licha, Ryszardzie! — wychylając się z sanek, z niezwykłym podnieceniem krzyknął stary Niemiec. — Czy chcesz rozbić sanki i pozabijać konie?

— Drogi panie Jones — powiedział pastor — niech pan będzie ostrożny, mój drogi... niech pan uważa.

— Wio, uparte diabły! — zawołał Ryszard jednym rzutem oka ogarniając z wysokości kozła groźną sytuację i w zapale kopiąc fotel, na którym siedział. — Wio! Mówię ci, kuzynie, będę musiał sprzedać i siwki. Panie le Kłak, to najgorzej ujeżdżone konie — w podnieceniu Ryszard zapomniał o prawidłowej francuskiej wymowie, z której był taki dumny, i przekręcił nazwisko Francuza. — Panie le Kłak, niech pan puści moją nogę. Nic dziwnego, że konie się cofają, gdy pan ją tak ściska.

— Litościwe nieba! — wołał sędzia — zginą wszyscy!

Elżbieta krzyknęła przeraźliwie, a czarne oblicze Murzyna spopielało.

W tej krytycznej chwili młody myśliwy, który w czasie całego powitania siedział w posępnym milczeniu, wyskoczył z sań i stanął przy upartych siwkach. Nielitościwie i na chybił trafił smagane batem konie tańczyły w miejscu i lada chwila gwałtownym ruchem mogły zepchnąć sanki w przepaść. Młodzieniec mocno szarpnął za uzdy lejcową parę. Konie skoczyły w bok, znów wydostały się na drogę i stanęły jak przedtem. Sanki nagle skręciły i wywróciły się. Niemiec i pastor gwałtownie wypadli na drogę, ale nic im się nie stało. Ryszard wyleciał jak z procy i zakreśliwszy łuk, którego promieniem były lejce, zarył się głową o jakieś piętnaście stóp od sanek w zaspie zalegającej kamieniołom. A że instynktownie mocno trzymał lejce, jak tonący słomkę, posłużył saniom za kotwicę. Francuz, który już stał gotów do skoku, również Wyleciał w powietrze, szeroko rozkraczony. Utknął głową w zaspie, wystawiając na widok szczudłowate nogi, jak u stracha na wróble kołysanego wiatrem. Major Hartmann, który przez cały czas doskonale panował nad sobą, zerwał się pierwszy i pierwszy też odzyskał mowę.

— Der Teujell* Ryszardzie — wołał na pół serio, na pół żartem — masz dziwny sposób wyładowywania sań.

Trudno powiedzieć, czy pastor Grant dlatego jakiś czas klęczał, że w takiej postawie wyleciał z sanek, czy też, że kornie dziękował Bogu za cudowne ocalenie. Gdy wstał, dygocąc ze strachu każdą kosteczką, spojrzał na swych przyjaciół niespokoj-

Ach, mój drogi panie Dicku! Mój Boże! Co pan robi! (franc.) Do diabła (niem.).

ny o ich zdrowie. Ryszard też był oszołomiony, ale gdy mgła ustąpiła mu sprzed oczu i ujrzał, że nikomu nic się nie stało, zawołał wielce zadowolony z siebie:

— Wykaraskaliśmy się szczęśliwie!... Miałem dobry pomysł, by nie wypuszczać lejc, bo inaczej te diabelskie konie już by były po tamtej stronie góry. Szybko się zorientowałem, Duku, co? Jeszcze chwila, a byłoby za późno. Wiedziałem, gdzie kropnąć prawego lejcowego. Tym uderzeniem w prawy bok i nagłym szarpnięciem lejcami od razu je zawróciłem, muszę to sobie przyznać*.

— Tyś szarpnął! Tyś miał głowę na karku! — wołał sędzia. — Gdyby nie ten dzielny młodzieniec, ty i twoje konie, a właściwie — moje, roztrzaskalibyście się w drobny mak... Ale gdzie pan Le Quoi?

— O! mój drogi sędzio! mój przyjacielu — rozległ się stłumiony głos. — Dzięki Bogu, żyję. Panie Agamemnonie, proszę, niech / pan tu przyjdzie i pomoże mi wstać.

Pastor i Murzyn schwycili uwięzionego Francuza za nogi i wyciągnęli go z trzy stopowej zaspy, skąd głos jego dobywał się jak z grobu. Po wydostaniu się na wolność pan Le Quoi przez chwilę nie bardzo wiedział, co się z nim dzieje. Ale gdy światło dotarło do niego, podniósł oczy, by zobaczyć, dokąd doleciał. Widząc, że jest zupełnie bezpieczny, odzyskał dawny- humor, choć minęło jeszcze sporo czasu, zanim jasno zrozumiał, co się stało.

— Jak to, mój panie? Pan jest tu? Przed chwilą widziałem, jak pan leciał na szczyt góry — pytał Ryszard, pilnie pomagając Murzynowi wyprząść przednią parę.

— Dziękuję Bogu, że nie zleciałem w jezioro — odparł Francuz na pół z bólem, bo zdarł sobie skórę z głowy padając w zlodowaciały śnieg, na pół uprzejmym tonem, który tak wspaniale pasował do jego łagodnej twarzy. — Ach, mój drogi Dicku, jakiej sztuki dokaże pan teraz?... Pan musi wszystkiego spróbować.

— Przede wszystkim musi posiąść sztukę powożenia — wtrącił się sędzia zrzucając jelenia i kilka pakunków z sań. — Panowie, starczy tu miejsca dla was. Na wieczór mróz bierze coraz mocniej, a w dodatku, pastorze Grant, zbliża się czas nabożeństwa. Nasz przyjaciel Ryszard zostanie tutaj i z pomocą Agamemnona naprawi szkodę, a my pojedziemy do domu, by się rozgrzać przy kominku. Dickonie, zostawiam ci tu łaszki Elżbiety. Zabierz je do swoich sanek, gdy już będziesz gotów. Proszę cię nie zapomnij

Ludzie mają odwieczne, uświęcone zwyczajem prawo śmiać się na widok wywracających się sanek. Sędzia skwapliwie skorzystał z tego prawa, gdy się przekonał, że wszyscy są cali i zdrowi (przyp. autora).

o ubitym przeze mnie koźle... Aggy, pamiętaj, że dziś przychodzi święty Mikołaj*...

Murzyn zrozumiał, że sędzia w ten sposób chce kupić jego milczenie, i uśmiechnął się. Ryszard zaś nawet nie pozwolił kuzynowi skończyć.

— Sztukę powożenia, powiadasz, kuzynie? Czy znajdziesz w całej okolicy kogoś lepiej znającego się na koniach niż ja? Może to nie ja ujeżdżałem klaczkę, której nikt nie odważył się dosiąść? Twój woźnica twierdzi, że on już przedtem tego dokonał, ale wszyscy wiedzą, że to wierutne kłamstwo... wielki kłamczuch był z tego Johna... co to, kozioł? — Ryszard poniechał koni i podbiegł do ubitego jelenia, a tymczasem Marmaduk odjechał z całym towarzystwem. — Rzeczywiście, kozioł! No, no, no! Widzę dwa postrzały. Marmaduk strzelił z obu rur i za każdym razem trafił. Do licha! — ciągnął Ryszard — ale zadrze nosa! Umie się chwalić byle czym. Kto by pomyślał, że Duk położy kozła w wigilijny wieczór. Trudno będzie z nim teraz wytrzymać... ale oba strzały kiepskie. Czysty przypadek... czysty przypadek... Ja tam nigdy nie dublowałem do parzystokopytnego zwierza... albo trafiłem, albo spudłowałem, albo padł, albo poszedł... Gdyby to był niedźwiedź lub ryś, można by strzelać z dwóch luf. Hej! Aggy! Z jakiej odległości sędzia strzelał?

— Eee... massa* Ryszard... może było z pięćdziesiąt pięć jardów* — odparł Murzyn i schylił się pod brzuch jednego z koni niby to poprawiając uprząż, ale w rzeczywistości by ukryć szeroki uśmiech.

— Pięćdziesiąt pięć jardów — powtórzył Ryszard. — Jak to, Aggy? Do jelenia, którego położyłem zeszłej zimy, strzelałem ze stu, tak, jeśli nie ze stu sześćdziesięciu jardów. Nie strzelałbym do jelenia z pięćdziesięciu jardów. A prócz tego, pamiętasz, Aggy, powaliłem go od pierwszego strzału.

— Tak, massa Ryszard, doskonale pamiętam. Natty Bumppo strzelił po panu i pan wie: ludzie mówią, że to on zabił tego jelenia.

— Ludzie kłamią, ty czarny diable! — krzyknął Ryszard w pasji. — W ciągu tych czterech lat nie zdarzyło mi się ustrzelić zwykłej wiewiórki, by ten stary gałgan lub inni w jego imieniu nie rościli sobie do niej pretensji. Przeklęty, zazdrosny świat... Do każdej zasługi znajdzie się wspólnik, byle tylko innemu nie

Osadnicy w stanie New York przestrzegali zwyczaju odwiedzin świętego Mikołaja do czasu, kiedy emigranci z Nowej Anglii wprowadzili purytańskie zwyczaje i poglądy. Święty Mikołaj przybywał zawsze w wieczór wigilijny (przyp. autora). Massa — pan. Tak Murzyni tytułują białych.

dać się wyróżnić. Teraz znowu gadają w całym patencie*, że to Hiram Doolittle pomógł mi w planowaniu dzwonnicy kościoła Świętego Pawła. A Hiram wie najlepiej, że to tylko moje dzieło. Przyznaję, że pomysł zapożyczyłem z katedry Świętego Pawła w Londynie, lecz pod każdym innym względem dzieło jest moje.

— Nie wiem, skąd go pan zapożyczył, ale każdy przyzna, że dzwonnica jest piękna — teraz już poważnie i z prawdziwym zachwytem odparł Murzyn.

— Słusznie — zawołał Ryszard. Ożywił się nagle, porzucił jelenia i podszedł do Murzyna z miną człowieka zajętego jedną myślą. — Powiedz bez przechwałek, że jest to najpiękniejszy kościół wiejski w Ameryce, zbudowany na naukowych zasadach. Wiem, że osadnicy z Connecticut uważają swój zbór w Weathersfield za najładniejszy. Ale czy można wierzyć tym samochwałom? Najwyżej w połowie. Gdy widzą, że się coś komuś udało, muszą wtrącić do tego swoje trzy grosze. I można się założyć dziesięć do jednego, że sobie przyznają przynajmniej połowę cudzej zasługi, jeżeli nie całą. Może pamiętasz, Aggy, jak malowałem dzielnego dragona na szyldzie kapitana Hollistera. Przyszedł wtedy facet, który smarował w osadzie domy na ceglasto, i zaproponował, że mi wymiesza farbę na ogon i grzywę. A gdy kolor rzeczywiście przypominał końskie włosie, gadał wszędzie, że razem ze mną malował cały szyld! Marmaduk musi wypędzić tego człowieka ze swego patentu albo niech sobie sam upiększa osadę.

Zamilkł i głośno chrząknął, a Murzyn, milcząc z szacunkiem, pilnie szykował sanie. Marmaduk zgodnie z kwakierskimi zwyczajami nie chciał zatrudniać w swym domu niewolników i dlatego Aggy czasowo* służył Ryszardowi i w nim widział swego prawnego pana. Ale gdy między jego prawnym a rzeczywistym panem powstawał zatarg, przez wielki szacunek dla obu nie wtrącał się w spór.

Ryszard przyglądał się, jak Aggy dopina sprzączki uprzęży, i po

Patent — król angielski, a później Stany Zjednoczone nadawały ziemię w Ameryce dokumentami, tzw. patentami opatrzonymi w wielkie pieczęcie. Stąd nazwą „patent" obejmowano cały obszar komuś nadany. Jednocześnie z ziemią król często nadawał obdarzonemu prawa feudalne. Dlatego też w starszych stanach spotykamy nieraz określenie „manor" (majątek feudalny — przyp. tłum.). W stanie New York było wiele takich „manorów", choć wygasły wszystkie prawa feudalne ich właścicieli (przyp. autora).

Murzyni w stanie New York uzyskiwali wolność stopniowo. Pod wpływem opinii publicznej utarł się zwyczaj wynajmowania ich usług na okres sześciu — ośmiu lat. Po tym terminie mieli być wolni. Później ogłoszono prawo, że mężczyźni w dwudziestym ósmym roku życia, a kobiety w dwudziestym piątym — stają się wolni. Potem na właściciela nałożono obowiązek nauczenia swych niewolników czytania i pisania, zanim skończą osiemnaście lat. Wreszcie w roku 1826 — już po wyjściu tej książki — wszystkich niewolników uwolniono. Kwa-krzy i ludzie przejęci ich duchem nigdy nie posługiwali się niewolnikami, mieli natomiast zwyczaj „czasowego" wynajmowania ich pracy (przyp. autora).

chwili rzuciwszy na niego ukradkiem spojrzenie, bo zdawał sobie sprawę, że kręci, powiedział tak:

— Jeżeli młodzieniec z waszych sanek jest osadnikiem z Connecticut, to rozgada na prawo i lewo, jak uratował moje konie. A gdyby je pozostawił w spokoju jeszcze z pół minuty, poradziłbym sobie batem i lejcami o wiele lepiej i bez wywracania sań. Nic tak nie narowi koni jak walenie po łbie. Nie dziwię się, jeżeli będę musiał sprzedać cały zaprząg po tym uderzeniu. — Zamilkł i znów odchrząknął, bo nagle odezwało się w nim sumienie na myśl, że obgaduje człowieka, który uratował mu życie. — Co to za jeden, Aggy?... Nie pamiętam, żebym go kiedy widział.

Murzyn przypomniał sobie wzmiankę sędziego o świętym Mikołaju i pokrótce opowiedział o spotkaniu na szczycie góry. Nic jednak nie bąknął o ranie i tylko tyle powiedział, że uważa młodzieńca za obcego. Ryszard poprzestał na tym wyjaśnieniu, bo był zwyczaj, że okoliczni panowie zabierali do swych sanek przypadkowo spotkanych podróżnych brnących przez śniegi. Uważnie wysłuchał więc opowiadania i zauważył:

— Jeżeli ludzie w Templeton nie zdążyli go jeszcze zepsuć, może być skromnym młodzieńcem, a że miał dobre zamiary, będę o nim pamiętał... A może to taki gość, który szuka, gdzieby się osiedlić. Jak myślisz, Aggy?

— Eee... o tak, massa Ryszard! — odparł zmieszany Murzyn. W domu sędziego tylko Ryszard uprawiał bicie, nic więc dziwnego, że Aggy bał się go znacznie więcej niż innych. — Tak, panie, tak właśnie przypuszczam.

— Czy miał jaki tłumok i siekierę?

— Nie, panie, tylko strzelbę.

— Strzelbę! — krzyknął Ryszard zauważywszy zmieszanie Murzyna, które teraz przeszło w przerażenie. — Na Boga, to on ubił jelenia! Wiedziałem, że Marmaduk nie trafi kozła w skoku... Opowiedz mi wszystko. Ho, ho, sędzia prędzej spiecze raka, niż upiecze tego jelenia... Mów jak było. Młodzieniec zastrzelił kozła, a sędzia go kupił, co? Ha, i zabrał ze sobą młodego, żeby mu zapłacić.

Odkrycie Ryszarda wprawiło go w tak dobry humor, że Murzyn zapomniał o swych obawach, a przypomniał sobie o pończosze świętego Mikołaja. Przełknął więc raz i drugi, po czym wy bąkał:

— Tam były dwa strzały, panie.

— Nie kłam, czarny łotrze! — zawołał Ryszard wdrapując się na zaspę, by lepiej sięgnąć batem pleców Murzyna. — Gadaj prawdę, bo cię spiorę!

Mówiąc to, powoli unosił prawą ręką biczysko, a lewą, zaciśniętą w pięść, fachowo naciągał bat, jak się to robi przy chłoście. Aga-memnon nadstawiał to jeden bok, to drugi, aż wreszcie, czując, że oba boją się bicia, ustąpił. W paru słowach powiedział prawdę zaklinając Ryszarda, by go bronił przed gniewem sędziego.

— Dobrze, chłopcze, bądź spokojny! — wołał Ryszard, radośnie zacierając ręce. — Nic nie mów, zdaj się na mnie... Mam ochotę zostawić tu kozła i zmusić Duka, by sam po niego przyjechał. Nie. Pozwolę kuzynowi trochę poblagować, a potem się do niego zabiorę. Spiesz się, Aggy. Muszę pomóc przy opatrywaniu tego młodzieńca. Ten Jankes*, lekarz, nie zna się na chirurgii. Musiałem mu trzymać nogę Milligana, gdy ją urzynał.

Ryszard siadł na swym fotelu, Murzyn ulokował się z tyłu i konie ruszyły ku domowi. Gdy raźnym kłusem jechali w dół, woźnica odwrócił się do swego towarzysza i ciągnął "dalej, bo mimo niedawnego incydentu znów zapanowały między nimi idealnie przyjacielskie stosunki:

— To tylko dowodzi, że ja zawróciłem konie. Człowiek z raną w prawym ramieniu nie poradziłby sobie z tymi upartymi diabłami. Od razu wiedziałem, że ja to zrobiłem, ale nie chciałem się spierać z Marmadukiem... Co, łobuzie, gryziesz? Wio, wio! A ten stary Natty do tego... to najlepszy kawał... Dobrze, dobrze... Duk już słowa nie piśnie o moim jeleniu... Fuszer, strzelał z obu luf i tylko postrzelił biednego chłopca za drzewem! Muszę pomóc temu szarlatanowi przy wyjmowaniu loftki z ramienia biedaka.

Z brzęczeniem dzwoneczków zjechał z góry i nie zamykał ust aż do samej osady. Tu skupił całą uwagę na powożeniu, by swą sztuką wprawić w podziw dzieci i kobiety gapiące się na wjazd dziedzica i jego córki.

Jankes — yankee. W Ameryce nazwa Jankes ma regionalne znaczenie. Przypuszcza się, że powstała ona od sposobu, w jaki Indianie z Nowej Anglii wymawiają słowo „English" (Anglik). W ich ustach brzmi ono jak ,,JengizM. New York był kolonią holenderską i dlatego nazwa ta nie była w tym stanie znana. Dalej na południe Indianie, mówiąc różnymi dialektami, zapewne inaczej wymawiają to słowo. Marmaduk i jego kuzyn, z urodzenia Pensylwańczycy, nie byli Jankesami w amerykańskim znaczeniu tego słowa (przyp. autora).

Surdut Natana nie był Jeszcze gotów, A but Gabriela nie wycięty w karby; Piotr nie miał toatąthi to rondzie

kapelusza, A not Waltera zardzewiał mu ^ mm _ 10 pochwie.

Ralf, Grzegorz, Adam — cł byli gotowi.

Szekspir