Pinokio. Literatura klasyczna - Carlo Collodi - ebook
Opis

Jedna z najpopularniejszych opowieści o przygodach drewnianego pajacyka Pinokia.

Seria „Literatura Klasyczna” to zbiór najpiękniejszych dzieł światowej literatury dla dzieci i młodzieży. Piękne, nowoczesne wydanie sprawia, że czytelnicy w każdym wieku z przyjemnością sięgną po lekturę, a piękne ilustracje umilą czytanie i pomogą wyobraźni przenieść się do świata fascynujących historii.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 178

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: LE AWENTURE DI PINOCCHIO
Tekst: CARLO COLLODI
Przekład: ELŻBIETA WSZEBOROWSKA
Ilustracje i projekt okładki: AGATA ŁUKSZA Pracownia Bobra
Korekta ilustracji: MARTA ŻURAWSKA-ZARĘBA
Redaktor prowadzący: NATALIA GALUCHOWSKA
Redakcja: ANNA WŁODARKIEWICZ
Korekta: JUSTYNA KOT, DOROTA JABŁOŃSKA
DTP okładki: BERNARD PTASZYŃSKI
© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o. Warszawa 2017 All rights reserved
Wszystkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.
Wydanie I
ISBN 978-83-8073-606-1
Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o. Al. Jerozolimskie 94, 00-807 Warszawa Tel. +48 22 379 85 50, Faks: +48 22 379 85 51 e-mail:[email protected]
Konwersja:eLitera s.c.

Rozdział 1

O tym, jak mistrz stolarski Wisienka znalazł kawałek drewna, który płakał i śmiał się jak dziecko

Był sobie raz...

– Król! – wykrzykną bez namysłu moi mali czytelnicy.

– Nie, dzieci, mylicie się. Był sobie raz kawałek drewna.

Nie było to żadne szlachetne drewno, lecz zwykłe polano jak te, które układa się w stosy, a zimą wrzuca do pieca albo do kominka, aby rozpalić ogień i ogrzać pokój.

Nie wiem, jak to dokładnie było, ale pewnego dnia tenże właśnie kawałek drewna znalazł się w stolarni leciwego majstra imieniem Antonio, na którego wszyscy wołali majster Wisienka, a to ze względu na czubek jego nosa, który był zawsze błyszczący i purpurowy niczym dojrzała wiśnia.

Kiedy tylko majster Wisienka zobaczył owo polano, cały się rozpromienił i zacierając ręce z zadowolenia, wymamrotał pod nosem:

– W porę trafił mi się ten kawałek drewna. Zrobię z niego użytek. Zostanie nogą od stołu.

Nie zwlekając, chwycił naostrzoną siekierę, by odłupać z polana korę i obciosać je, ale kiedy się zamachnął, ręka zawisła mu w powietrzu, bo usłyszał cieniutki głosik, który pisnął:

– Tylko nie uderz mnie zbyt mocno!

Wyobraźcie sobie zdziwienie starego, poczciwego majstra Wisienki!

Przestraszonym wzrokiem powiódł po pomieszczeniu, szukając źródła tego głosiku, ale nikogo nie dostrzegł! Zajrzał pod stół – pusto, zajrzał do zamkniętej na cztery spusty szafy – pusto, zajrzał do kosza na trociny i ścinki – pusto, otworzył drzwi stolarni, aby wyjrzeć na ulicę – pusto. Czyżby...

– A to dobre – rzekł, śmiejąc się i drapiąc po peruce. – Widać sam wymyśliłem sobie ten głosik. Wracajmy do pracy.

I wziąwszy siekierę w dłoń, zadał kawałkowi drewna porządny cios.

– Au! To bolało! – krzyknął z żalem ten sam głosik.

Tym razem majster Wisienka zdębiał. Ze strachu wytrzeszczył oczy i rozdziawił usta, a język wylazł mu na wierzch i zwisał tak nisko na brodę, że majster przypominał maszkarona rodem z fontanny.

Gdy tylko odzyskał mowę, trzęsąc się z przerażenia, wyjąkał:

– Skąd wziął się ten głosik, który pisnął „au”? Przecież tu nie ma żywej duszy. Czy to ten kawałek drewna nauczył się łkać i kwilić jak dziecko? To niemożliwe. To jest polano, takie samo jak inne, które wrzuca się do ognia, by zagotować wodę i przyrządzić fasolę. Czyżby... ktoś się schował w środku? Jeśli ktoś się tam schował, tym gorzej dla niego. Już ja go urządzę!

To powiedziawszy, złapał obiema rękami biedny kawałek drewna i począł nim tłuc bezlitośnie o ściany.

Następnie nadstawił uszu, aby przekonać się, czy znów usłyszy płacz. Odczekał dwie minuty – cisza, pięć minut – cisza, dziesięć minut – cisza!

– A to dobre – rzekł, siląc się na uśmiech i mierzwiąc perukę. – Widać sam wymyśliłem sobie ten głosik, który powiedział „au”. Wracajmy do pracy.

A ponieważ naszedł go wielki strach, zaczął podśpiewywać, by dodać sobie otuchy.

Następnie odłożył siekierę i złapał za hebel, żeby oczyścić i wygładzić polano, lecz kiedy tak heblował w tę i z powrotem, usłyszał ten sam głosik, który śmiejąc się, powiedział:

– Przestań! To łaskocze!

Tym razem biedny majster Wisienka padł jak rażony gromem. Kiedy się ocknął, zobaczył, że siedzi na ziemi. Jego twarz wydawała się odmieniona, a czubek nosa, który prawie zawsze był purpurowy, z przerażenia przybrał kolor sinoniebieski.

Rozdział 2

Majster Wisienka wręcza kawałek drewna swojemu przyjacielowi imieniem Geppetto. Pragnie on wystrugać sobie cudownego pajacyka, który potrafiłby tańczyć, władać szablą i wykonywać karkołomne salta

W tym momencie zapukano do drzwi.

– Wejdźcie – powiedział stolarz, który nie miał siły stanąć na nogach.

Do warsztatu wszedł żwawy staruszek imieniem Geppetto, którego okoliczne dzieci, ilekroć chciały doprowadzić go do szewskiej pasji, przezywały Mamałygą, a to z powodu jego żółtej peruki, która bardzo przypominała ciasto z mąki kukurydzianej.

Geppetto bardzo łatwo unosił się gniewem. Biada temu, kto nazwał go Mamałygą! W mgnieniu oka dostawał białej gorączki i nie było zmiłuj.

– Dzień dobry, majstrze Antonio – przywitał się Geppetto. – Co robicie na ziemi?

– Uczę mrówki rachunków.

– Życzę powodzenia.

– Co was do mnie sprowadza, kumie Geppetto?

– Nogi. Wiecie, majstrze Antonio, przyszedłem was prosić o przysługę.

– Służę pomocą – odrzekł stolarz, podnosząc się na kolana.

– Dziś rano wpadł mi do głowy pewien pomysł.

– Jakiż to pomysł?

– Pomyślałem, że wystrugam sobie z drewna pięknego pajacyka, ale takiego cudownego pajacyka, który potrafiłby tańczyć, władać szablą i wykonywać karkołomne salta. Z tym pajacykiem chcę objechać świat, aby zarobić na pajdę chleba i kieliszek wina. Co o tym sądzicie?

– Brawo, Mamałyga! – krzyknął nie wiadomo skąd znajomy głosik.

Gdy Geppetto usłyszał, że nazwano go Mamałygą, cały aż poczerwieniał ze złości i odwracając się w stronę stolarza, powiedział rozwścieczony:

– Dlaczego mnie przezywacie?

– Kto was przezywa?

– Nazwaliście mnie Mamałygą!

– To nie ja.

– Czyli niby ja sam to powiedziałem? To przecież wy.

– Nie!

– Tak!

– Nie!

– Tak!

I coraz bardziej się rozsierdzając, przeszli od słów do czynów, a w ruch poszły paznokcie, zęby i pięści. Szamotanina trwała w najlepsze.

Po skończonej bójce majster Antonio trzymał w rękach żółtą perukę Geppetta, a Geppetto spostrzegł, że ma w zębach siwą perukę stolarza.

– Oddaj mi moją perukę! – krzyknął majster Antonio.

– A ty oddaj mi moją i zawrzyjmy pokój.

I dwaj staruszkowie, odzyskawszy swoje peruki, uścisnęli sobie dłonie i przysięgli dozgonną przyjaźń.

– A więc, kumie Geppetto – powiedział stolarz na znak zawartego pokoju – o jaką przysługę chcieliście mnie prosić?

– Chciałbym kawałek drewna, aby móc wystrugać sobie pajacyka. Dacie mi go?

Majster Antonio, cały w skowronkach, szybko podszedł do stołu, by wziąć ów kawałek drewna, który napędził mu takiego stracha. Gdy miał go już wręczyć przyjacielowi, polano mocno się wzdrygnęło i nieoczekiwanie wyślizgując mu się z rąk, z całej siły uderzyło biednego Geppetta w wychudłe piszczele.

– Acha! A więc to z takim wdziękiem wręczacie podarunki, majstrze Antonio? Przez was o mały włos nie zostałem kulawy!

– Przysięgam, że to nie ja!

– A więc może to ja!

– To wina tego drewna!

– Wiem, że to wina drewna, ale to wy ugodziliście nim w moje nogi!

– Ja was nie ugodziłem!

– Kłamca!

– Geppetto, nie obrażajcie mnie, bo w przeciwnym razie nazwę was Mamałygą!

– Osioł!

– Mamałyga!

– Bałwan!

– Mamałyga!

– Paskudny małpiszon!

– Mamałyga!

Gdy Geppetto po raz trzeci usłyszał przezwisko Mamałyga, jego oczy pociemniały. Rzucił się na stolarza i znów doszło do rękoczynów. Po skończonej walce majster Antonio miał na nosie dwa nowe zadrapania, a Geppetto o dwa guziki w kaftanie mniej. Gdy w ten sposób wyrównali swoje rachunki, uścisnęli sobie dłonie i przysięgli dozgonną przyjaźń. Geppetto wziął swój kawałek drewna, podziękował stolarzowi i kulejąc, wrócił do domu.

Rozdział 3

Wróciwszy do domu, Geppetto zaczyna strugać pajacyka i daje mu na imię Pinokio. Pierwsze psoty pajacyka

Mieszkaniem Geppetta była izba na parterze, do której wpadało ledwo tyle światła, ile dochodziło spod schodów. Nie mogło być skromniej umeblowane: kiepski zydelek, niewygodne łóżko i połamany stolik. Na ścianie w głębi widniał kominek z paleniskiem, lecz ogień był namalowany, a nad nim, również namalowany, był garnek z wrzącą wodą, radośnie bulgoczącą i buchającą dymem, który wydawał się prawdziwy.

Po powrocie do domu Geppetto chwycił za narzędzia i zaczął wycinać i strugać swojego pajacyka.

– Jak mu dać na imię? – zamruczał pod nosem. – Nazwę go Pinokio. To imię przyniesie mu szczęście. Znałem całą rodzinę Pinokiów – Pinokio-ojciec, Pinokio-matka, Pinokie-dzieci i wszyscy wiedli udane życie. Najbogatszy z nich był żebrakiem.

Gdy znalazł już imię dla swojego pajacyka, na dobre zabrał się do pracy. Najpierw wystrugał włosy, następnie czoło, a potem oczy. Kiedy już zrobił oczy, wyobraźcie sobie, jak się zdziwił, gdy zdał sobie sprawę, że te oczy ruszają się i patrzą wprost na niego.

Pod przeszywającym spojrzeniem drewnianych oczu Geppetto poczuł się niemalże urażony i powiedział gniewnie:

– Drewniane ślipia, dlaczego na mnie patrzycie?

Nie było odpowiedzi. Po oczach wyrzeźbił nos, ale nos, ledwie co skończony, zaczął rosnąć. Rósł i rósł, i rósł, i w kilka chwil wyrosło nosisko tak długie, że końca nie było widać.

Biedny Geppetto męczył się, by je skrócić, ale im bardziej obcinał je i ciosał, tym bardziej ten bezczelny nos się wydłużał. Po nosie przyszedł czas na usta. Usta nie były jeszcze ukończone, gdy zaczęły się śmiać i drwić sobie z niego.

– Przestań się śmiać! – powiedział zdenerwowany Geppetto, lecz równie dobrze mógłby mówić do ściany. – Przestań się śmiać, powtarzam! – krzyknął groźnie.

Buzia przestała się śmiać, ale za to pokazała cały język. Aby nie psuć swojej roboty, Geppetto udał, że niczego nie zauważył, i pracował dalej. Po ustach wyrzeźbił brodę, potem szyję, potem ramiona, brzuch, ręce i dłonie.

Gdy tylko skończył strugać ręce, poczuł, że z głowy zniknęła mu peruka. Podniósł wzrok i co ujrzał? Swoją żółtą perukę w rękach pajacyka.

– Pinokio! Natychmiast oddaj mi moją perukę!

Ale Pinokio, zamiast oddać mu perukę, włożył ją sobie na głowę i niemal cały pod nią zniknął. Na ten niegrzeczny żart Geppetto posmutniał jak jeszcze nigdy w życiu i zwrócił się do Pinokia, mówiąc:

– Niewdzięczne dziecko! Jeszcze nie jesteś ukończony, a już nie okazujesz szacunku swojemu ojcu! Źle, mój chłopcze, bardzo źle!

I otarł łzę.

Do wystrugania zostały jeszcze nogi i stopy.

Gdy Geppetto skończył strugać stopy, poczuł kopnięcie w sam czubek nosa.

– Dobrze mi tak! – powiedział do siebie. – Powinienem był zawczasu o tym pomyśleć. Teraz już za późno!

Następnie wziął pajacyka pod pachy i postawił go na podłodze, aby ten zaczął chodzić.

Pinokio miał sztywne nogi i nie umiał się poruszać, więc Geppetto prowadził go za rękę, aby nauczył się stawiać krok za krokiem. Gdy nogi już mu się rozprostowały, pajacyk zaczął chodzić i biegać po izbie, aż dopadł do drzwi, wyskoczył na ulicę i dalej w długą. Biedny Geppetto ruszył za nim, ale nie mógł go dogonić, gdyż ten łobuz Pinokio sadził susy jak zając, a tłukąc nogami o brukowaną ulicę, robił tyle hałasu co dwadzieścia par chłopskich chodaków.

– Łapcie go! Łapcie go! – wrzeszczał Geppetto, ale przechodnie, widząc tego drewnianego pajacyka, który pędził jak strzała, przystawali oczarowani i śmiali się, śmiali i śmiali tak bardzo, że trudno to sobie wyobrazić.

Na szczęście w końcu trafił się żandarm, który słysząc cały ten raban i sądząc, że chodzi o źrebaka, który uciekł swojemu panu, zasadził się odważnie, rozstawiając szeroko nogi w poprzek ulicy, przekonany, że go zatrzyma i w ten sposób zapobiegnie większym nieszczęściom. Pinokio, zobaczywszy z daleka żandarma, który zabarykadował ulicę, zdecydował się sprytnie umknąć, czmychając między jego nogami, lecz ta sztuczka mu się nie udała. Żandarm nawet nie drgnął. Złapał Pinokia za nos (a było to olbrzymie nosisko, które, jak się zdawało, było zrobione specjalnie po to, aby mogli za nie łapać żandarmi) i oddał go do rąk własnych Geppetta, który chciał przykładnie wytargać pajacyka za uszy. Wyobraźcie sobie jednak, jak bardzo się zdziwił, gdy nie mógł ich znaleźć. A wiecie dlaczego? Bo wystrugał pajacyka w takim ferworze, że aż o nich zapomniał!

Złapał go więc za kark i prowadząc z powrotem, potrząsał groźnie głową, mówiąc:

– Idziemy szybko do domu. A gdy już będziemy w domu, to się policzymy!

Pinokio, usłyszawszy te pogróżki, rzucił się na ziemię i nie chciał dalej iść. W międzyczasie zeszli się ciekawscy oraz próżniacy i zaczęli dyskutować.

Jedni mówili tak, inni siak.

– Biedny pajacyk! – powiadali niektórzy. – Ma rację, że nie chce wracać do domu! Kto wie, jakie lanie sprawi mu ten okrutny Geppetto!

A inni dodawali złośliwie:

– Ten Geppetto wydaje się porządnym człowiekiem! Ale wobec dzieci jest prawdziwym tyranem. Jeśli ten biedny pajacyk trafi w jego ręce, zostanie z niego tylko garść wiórów!

I w sumie tyle gadali i tyle robili rabanu, że żandarm darował przewiny Pinokiowi, a zaprowadził do więzienia biednego Geppetta. Nie znajdując słów na swoją obronę, staruszek płakał jak bóbr, a po drodze do więzienia jąkał wśród płaczu:

– Co za nieszczęsne dziecko! I pomyśleć, że tyle się natrudziłem, by wystrugać porządnego pajacyka! Ale mam za swoje! Powinienem był zawczasu o tym pomyśleć!

To, co wydarzyło się potem, to historia, w którą trudno uwierzyć, a opowiem wam ją w kolejnych rozdziałach.

Rozdział 4

Historia spotkania Pinokia z Gadającym Świerszczem, z której widzimy, że niegrzeczne dzieci nie cierpią być besztane przez tych, którzy wiedzą od nich więcej

A zatem, drogie dzieci, biednego, niewinnego Geppetta prowadzono do więzienia, a ten łobuz Pinokio, uwolniony ze szponów żandarma, biegł ile sił w nogach przez pola, by jak najszybciej wrócić do domu. Pędząc jak szalony, przeskakiwał strome urwiska, cierniste krzaki i rowy z wodą. Przypominał koziołka lub zajączka ściganego przez myśliwych.

Gdy był już przed domem, zastał drzwi wejściowe lekko uchylone. Pchnął je, wszedł do środka, zasunął rygiel, rzucił się na ziemię i głęboko odetchnął z zadowoleniem.

Jego radość nie trwała jednak długo, bo usłyszał w izbie kogoś, kto robił:

– Kri-kri-kri!

– Kto to mnie woła? – zapytał przestraszony Pinokio. – To ja!

Pinokio odwrócił się i zobaczył dużego świerszcza, który powoli wspinał się po ścianie.

– Powiedz mi, Świerszczu, kim jesteś?

– Jestem Gadającym Świerszczem i mieszkam w tej izbie od ponad stu lat.

– Ale dziś to moja izba – powiedział pajacyk – i jeśli chcesz sprawić mi przyjemność, wynoś się stąd, ale to już, i nie oglądaj się nawet za siebie.

– Nigdzie się stąd nie ruszę – odpowiedział Świerszcz – dopóki nie wyjawię ci wielkiej prawdy.

– Mów, tylko prędko.

– Biada tym dzieciom, które buntują się przeciwko rodzicom i dla kaprysu porzucają rodzinny dom. Nigdy nie zaznają na tym świecie dobra i prędzej czy później gorzko tego pożałują.

– Gadaj zdrów, mój Świerszczu, ile ci się żywnie podoba, aleja i tak jutro o świcie zamierzam sobie stąd pójść. Jeśli zostanę, spotka mnie to, co spotyka wszystkie inne dzieci. Poślą mnie do szkoły i, chcąc nie chcąc, będę musiał się uczyć, a mówiąc między nami, wcale nie mam ochoty się uczyć. Wolę ganiać motyle i wspinać się na drzewa, żeby wykradać pisklęta z gniazd.

– Biedny głuptasie! Czy nie wiesz, że postępując w ten sposób, gdy dorośniesz, staniesz się pięknym osiem i wszyscy będą sobie z ciebie kpić?

– Ucisz się, złowróżbny Świerszczu! – krzyknął Pinokio.

Lecz Świerszcz, który był cierpliwy i lubił filozofować, zamiast przejąć się tą arogancją, ciągnął dalej tym samym tonem:

– Jeśli nie podoba ci się szkoła, dlaczego nie wyuczysz się chociaż jakiegoś zawodu, abyś przynajmniej mógł zarobić uczciwie na kawałek chleba?

– Chcesz znać prawdę? – odpowiedział Pinokio, tracąc powoli cierpliwość. – Wśród wszystkich zawodów świata jest tylko jeden, który prawdziwie przypadłby mi do gustu.

– Jaki to zawód?

– Taki, by jeść, pić, spać, bawić się i od rana do wieczora wieść życie włóczykija.

– Przyjmij do wiadomości – powiedział Gadający Świerszcz ze zwykłym sobie spokojem – że każdy, kto para się tym zawodem, niemal zawsze kończy w szpitalu albo w więzieniu.

– Uważaj, przebrzydły, złowróżbny Świerszczu! Będzie z tobą źle, jak się zdenerwuję!

– Biedny Pinokio! Żal mi ciebie.

– Dlaczego?

– Bo jesteś pajacykiem i najgorsze jest to, że masz zakuty, drewniany łeb.

Słysząc to, Pinokio aż podskoczył ze złości, złapał leżący na stole drewniany młotek i rzucił nim w Gadającego Świerszcza. Może nie chciał nawet w niego uderzyć, ale na nieszczęście trafił go w samą głowę, tak że Świerszcz zdążył jeszcze tylko powiedzieć „kri-kri-kri” i znieruchomiał, przyklejony do ściany.

Rozdział 5

Pinokio jest głodny i szuka jajka, żeby zrobić jajecznicę, ale jajecznica wyfruwa mu przez okno

Tymczasem zaczął zapadać zmrok i Pinokio, zdając sobie sprawę, że nic nie jadł, poczuł burczenie w brzuchu, które bardzo przypominało apetyt. Apetyt u dzieci rośnie bardzo szybko i rzeczywiście, po paru minutach przemienił się w głód, a głód w mgnieniu oka przeszedł w głód iście wilczy, który można było wręcz kroić nożem. Biedny Pinokio szybko podbiegł do paleniska, nad którym wisiał garnek z bulgoczącą wodą, i chciał zdjąć przykrywkę, by zobaczyć, co jest w środku, ale garnek był namalowany na murze. Wyobraźcie sobie jego rozczarowanie. Nos, który i tak już był długi, wydłużył się jeszcze o co najmniej cztery palce. Pajacyk zaczął biegać po izbie i szperać we wszystkich szufladach i po wszystkich zakamarkach, szukając kawałka chleba, może nawet suchego, choćby skórki, kości dla psa, spleśniałej mamałygi, rybiej ości, pestki od czereśni, krótko mówiąc czegoś, co mógłby wziąć na ząb, ale nie znalazł nic, zupełnie nic, absolutnie nic.

A tymczasem głód rósł i rósł, a biedny Pinokio mógł pocieszać się tylko ziewaniem, a ziewał tak szeroko, że buzia rozciągała mu się od ucha do ucha. Po każdym ziewnięciu spluwał, czując, jak zapada mu się żołądek.

Płacząc i rozpaczając, powiedział w końcu:

– Gadający Świerszcz miał rację. Źle zrobiłem, buntując się przeciwko mojemu tatusiowi i uciekając z domu... Gdyby mój tatuś tu był, nie musiałbym teraz umierać z tego ziewania! Och! Jakże straszną chorobą jest głód!

W tym momencie wydało mu się, że na kupie śmieci ujrzał coś białego i okrągłego, co bardzo przypominało kurze jajko. Skoczył raz-dwa i rzucił się w tamtym kierunku. To naprawdę było jajko. Nie sposób opisać radości pajacyka, musicie ją sobie wyobrazić. Myśląc, że to sen, Pinokio obracał jajko w dłoniach, głaskał je i całował, a całując, mówił:

– Ale jak mam je przyrządzić? Zrobię jajecznicę. Nie, lepiej zrobię jajko sadzone. A może będzie smaczniejsze, jeśli usmażę je na patelni? Albo ugotuję na miękko? Nie, najszybciej przygotować je w rondelku. Ależ mam na nie ochotę!

Jak pomyślał, tak zrobił. Nastawił rondelek na piecu pełnym rozżarzonych węgli. Do rondla, zamiast oleju czy masła, nalał trochę wody, a gdy ta zaczynała już wrzeć, trach, rozbił skorupkę jajka i chciał je wlać do środka. Ale zamiast białka i żółtka ze skorupki wyleciało radosne i przemiłe pisklę, które kłaniając się pięknie, powiedziało:

– Stokrotne dzięki, panie Pinokio, żeś mi oszczędził trudu rozbijania skorupki! Do widzenia! Niech się pan dobrze miewa i proszę pozdrowić rodzinę!

To powiedziawszy, pisklę rozłożyło skrzydła i poleciało hen, daleko przez otwarte okno.

Biedny pajacyk stał jak zaczarowany, z tępym wzrokiem, otwartą buzią i skorupkami jajka w dłoniach. Gdy doszedł do siebie po tym wielkim wstrząsie, zaczął płakać, drzeć się wniebogłosy i z rozpaczy tupać nogami, a łkając, mówił:

– Zaprawdę, Gadający Świerszcz miał rację! Gdybym nie uciekł z domu i gdyby mój tatuś tu był, nie musiałbym teraz umierać z głodu! Och! Jakże straszną chorobą jest głód!

A ponieważ w brzuchu burczało mu coraz bardziej i nie wiedział, jak go uciszyć, postanowił udać się do pobliskiej wioski w nadziei, że znajdzie jakąś litościwą osobę, która jako jałmużnę da mu kawałek chleba.

Rozdział 6

Pinokio zasypia ze stopami na piecu i rano budzi się ze spalonymi nogami

To była iście piekielna noc. Grzmiało, błyskało się, jakby niebo płonęło, a wszystkie drzewa w polu skrzypiały i trzeszczały pod naporem zimnego i rwącego wietrzyska, które wyło gniewnie i wzbijało tumany kurzu.

Pinokio bardzo bał się grzmotów i błyskawic, ale jego głód był większy od strachu, więc zamknął drzwi, wziął rozpęd i w stu skokach znalazł się we wsi. Język dyndał mu na wierzchu ze zmęczenia, a zadyszkę miał jak pies myśliwski.

Wszędzie było jednak ciemno i pusto. Sklepy zamknięte, bramy zamknięte, okna zamknięte, a na ulicy nie było nawet psa z kulawą nogą. Wydawało się, że to kraina umarłych.

Głodny i zrozpaczony Pinokio dopadł więc dzwonka jednego z domów i zaczął dzwonić i dzwonić, mówiąc sobie w duchu: „Może ktoś wyjrzy przez okno”.

Rzeczywiście, w oknie pojawił się staruszek w nocnym czepku na głowie i krzyknął rozgniewany:

– Czego chcecie o tej porze?!

– Czy bylibyście tak dobrzy i dali mi kawałek chleba?

– Zaczekaj, zaraz wracam – powiedział staruszek, przekonany, że ma do czynienia z którymś z tych niegrzecznych dzieciaków, co to zabawiają się nocą, dzwoniąc do drzwi i nachodząc dobrych, spokojnie śpiących ludzi.

Po chwili okno otworzyło się ponownie i ten sam starzec zakrzyknął:

– Stań pod oknem i nadstaw kapelusz!

Pinokio raz-dwa zdjął swoją czapeczkę, ale gdy miał ją właśnie nadstawić, poczuł, że spływa mu po plecach cała miska wody, która zmoczyła go od stóp do głów, jakby był doniczką ze zwiędłą pelargonią.

Wrócił do domu przemoczony do suchej nitki, wyczerpany głodem i zmęczeniem, a ponieważ nie miał już siły ustać na nogach, usiadł, opierając mokre i zabłocone stopy o piec pełen żarzących się węgli. I usnął. Gdy spał, jego drewniane nogi zajęły się ogniem i powolutku zwęgliły, przemieniając się w popiół. Pinokio jednak spał dalej i chrapał, jakby to były nogi kogoś innego. Wreszcie, gdy już świtało, obudził się, ponieważ ktoś zapukał do drzwi.

– Kto tam? – zapytał, ziewając i przecierając oczy.

– To ja! – odparł jakiś głos.

Był to głos Geppetta.