Pinokio - Carlo Collodi - ebook + audiobook
Opis

Przeżyj niezapomnianą przygodę razem z bohaterami naszych książek. Wprowadzą Cię oni w świat dziecięcych fascynacji, gdzie marzenia się spełniają, a wszystko wokół zachwyca swoją niezwykłością. Dzięki najcenniejszym utworom literatury dziecięcej odnajdziesz krainę, z której nie będziesz chciał wychodzić... Pinokio to niezwykły pajacyk, który potrafi mówić, poruszać się i myśleć. Wyrzeźbiony z drewna przez dobrego Dżeppetta, przysparzał mu niemało kłopotów i przykrości, aż w końcu opuścił go i poszedł w świat. Spotkało go tam mnóstwo nie zawsze miłych, lecz z pewnością pouczających przygód, które również Wam dadzą do myślenia... Dlatego sięgnijcie po tę niezwykle ciekawą i pouczającą książeczkę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 145

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Carlo Collodi

Pinokio

Wydawnictwo Zielona Sowa Kraków

Projekt graficzny serii:

Mariusz Pająk

Ilustracje:

Stanisław Dzięcioł

Opracowanie graficzne okładki:

Mariusz Pająk

Ilustracja na okładce:

Zbigniew Seweryn

Przełożyła i opracowała:

Halina Kozioł

Redakcja:

Iwona Puchalska

Korekta:

Sylwia Burdek

© Copyright by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Kraków 2009

ISBN 978-83-7895-249-7

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.

30-404 Kraków, ul. Cegielniana 4A

tel./fax (012) 266-62-94, tel. (012) 266-62-92

www.zielonasowa.pl

[email protected]

I

Jak majster Wisienka znalazł kawałek drewna,

który zachowywał się jak dziecko: śmiał się i płakał

Był sobie raz...

- Król - krzykną moi domyślni Czytelnicy.

- Jesteście w błędzie, kochane dzieci. Był sobie raz kawałek drewna.

Nie było to jakieś nadzwyczajne drewno, ale pospolite polano, którym zimą pali się w piecu lub w kominku, aby poczuć przyjemne ciepło.

Nie znam szczegółów. Wiem tylko, że pewnego dnia polano to znalazło się w pracowni majstra stolarskiego, niejakiego pana Wisienki. Naprawdę stolarz miał na imię Antonio, ale z powodu bordowego i błyszczącego czubka nosa - zwano go Wisienką.

Widząc polano, Wisienka rozpogodził się i zatarłszy z zadowolenia ręce, rzekł cicho:

- Takiego kawałka drewna właśnie szukałem. Będzie z niego doskonała noga stołowa.

Wziął się żwawo do pracy: w jego ręce mignęło ostrze siekiery. Wisienka miał zamiar odłupać kawałki kory i ociosać polano, ale kiedy siekiera zawisła w powietrzu, aby za moment spaść z rozmachem na polano - rozległ się cichutki, błagający głosik:

- Nie bij mnie zbyt mocno!

Nietrudno sobie wyobrazić zaskoczenie majstra Wisienki, człowieka o gołębim sercu. Stolarz zaczął wodzić po pracowni szeroko otwartymi ze zdziwienia oczami, aby dostrzec źródło głosu. Ale w pomieszczeniu nie było nikogo. Zajrzał pod stół - pusto; otworzył szafę, do której nikt od lat nie zaglądał - pusto; sprawdził w koszu wióry i trociny - ani żywego ducha. Wyszedł wreszcie z pracowni, aby sprawdzić, czy nie ma kogoś przed domem. Ale nikogo nie znalazł.

- No cóż, chyba na starość słuch mnie zawodzi - rzekł stolarz z uśmiechem i podrapał się po peruce. - Pora zabrać się znów do pracy.

To powiedziawszy, uderzył z całej siły siekierą w polano.

- Auuu, to boli - zapiszczał cienko ten sam głosik.

Teraz majster Wisienka stanął jak wryty. Z wybałuszonymi oczami, otwartymi ustami i wywieszonym językiem przypominał maszkarona, wypluwającego wodę w fontannie.

Kiedy ochłonął z przerażenia, zaczął powtarzać drżącym głosem:

- Kto jest źródłem tego głosiku, który powiedział: „Auuu"? Przecież tu nie ma żadnej ludzkiej istoty. Czy kawałek drewna potrafi łkać i zawodzić jak dziecko? To nie do wiary. Wszak to tylko pniak, taki sam jak inne. Gdyby nim rozpalić pod kuchnią, można byłoby zjeść smaczną gotowaną fasolę. Ale cóż to? Czyżby tam w środku ktoś był? Jeśli tak, to będzie z nim kiepsko. Już ja się o to postaram.

Mówiąc te słowa ujął polano oburącz i zaczął nim mocno uderzać o ściany pracowni. Potem nadsłuchiwał, czy głosik znów się odezwie.

Upłynęły dwie minuty i cisza, pięć minut i cisza, dziesięć minut i cisza.

- No tak, już rozumiem - rzekł Wisienka, niszcząc misterne loki swej peruki - przywidziało mi się, że jakiś głosik krzyczał: „Auuu". Pora wracać do pracy.

Ale ponieważ bał się jeszcze trochę, zaczął nucić, aby dodać sobie odwagi.

Po chwili odłożył siekierę na swoje miejsce, a do ręki wziął hebel, aby wygładzić ten kawałek drewna. Kiedy heblował, znów usłyszał cieniutki - tym razem jakby uśmiechnięty - głosik:

- Ojej, nie mogę. Przestań mnie łaskotać.

Tego już poczciwy majster Wisienka nie zdzierżył i padł na podłogę, jakby rażony gromem.

Po chwili oprzytomniał i otworzył oczy. Na jego przerażonej twarzy błyszczał czubek nosa, który ze strachu zmienił kolor z bordowego na sinoniebieski.

II

Majster Wisienka oddaje tajemnicze polano swemu

przyjacielowi Dżeppetto. A ten pragnie wystrugać

z niego niezwykłego pajaca, który będzie tańczył,

władał mieczem i wykonywał niebezpieczne akrobacje

W tym momencie rozległo się pukanie do drzwi.

- Proszę wejść - powiedział stolarz, nie podnosząc się z podłogi.

Do warsztatu wszedł energiczny staruszek Dżeppetto. Urwisy z sąsiedztwa nazywały go „Mamałygą", gdyż jego żółta peruka przypominała barwą kukurydzianą kaszkę.

Dżeppetto był bardzo porywczy. A już przezwisko „Mamałyga" doprowadzało go do furii.

- Dzień dobry, kumie Antonio - pozdrowił go Dżeppetto. - Czemu siedzicie na podłodze? - spytał.

- Bo uczę mrówki tabliczki mnożenia.

- Życzę sukcesów!

- Co was do mnie sprowadza, majstrze Dżeppetto?

- Nogi oraz wielka prośba.

- Jestem do dyspozycji - odpowiedział stolarz, unosząc się z podłogi.

- Dziś rano przyszedł mi do głowy pewien pomysł.

- Zamieniam się w słuch.

- Postanowiłem wyrzeźbić z drewna pajaca. Ale nie będzie to zwyczajny pajac. Mój będzie umiał tańczyć, władać mieczem i wykonywać zapierające dech w piersiach akrobacje. Z tym pajacem przemierzę cały świat, zarabiając na kromkę chleba i łyk wina. Jak wam się podoba mój projekt?

- Doskonale, Mamałygo - zapiszczał cienki głosik, dochodzący nie wiadomo skąd.

Usłyszawszy znienawidzone przezwisko, Dżeppetto z wściekłości zrobił się purpurowy. Zwracając się do stolarza, rzekł jadowitym głosem:

- Dlaczego mi ubliżacie?

- Kto wam ubliża?

- Przezwaliście mnie „Mamałygą".

- To nie ja.

- Ach, to może ja sam sobie ubliżam? Jednak to wy mi ubliżacie.

- Nie!

- Tak!

- Nie!

- Tak!

Kłócąc się coraz zapalczywiej, od słów przeszli do czynów. Rzucili się w końcu na siebie, drapiąc, szarpiąc i miętosząc.

Po skończonej bijatyce Antonio dzierżył w dłoni żółtą perukę Dżeppetta, a Dżeppetto trzymał w zębach srebrzystą perukę Wisienki.

- Zwróć mi moją perukę - krzyknął Antonio.

Obaj staruszkowie zamienili swe peruki, podali sobie ręce na zgodę i przyrzekli pozostać w przyjaźni na resztę życia.

- Kumie Dżeppetto - spytał stolarz, aby okazać swe dobre intencje - o jaką przysługę chcecie mnie prosić?

- Chciałbym dostać kawałek drewna, aby z niego wyrzeźbić pajaca. Dacie mi go?

Majster Antonio, bardzo zadowolony, wziął z warsztatu polano, które napędziło mu tyle strachu. Kiedy miał je wręczyć przyjacielowi, polano wymknęło mu się z rąk i z rozmachem uderzyło w chude golenie Dżeppetta.

- Ach! To tak grzecznie wręczacie prezenty, majstrze Antonio? Mało brakowało, a uczynilibyście mnie kulawym.

- Nic podobnego, przysięgam, to nie ja!

- A więc kto? Czy to ja sam?

- To polano jest winne...

- Oczywiście, widziałem, że to polano. Ale to wy biliście mnie nim po nogach.

- Ja was nie biłem.

- Kłamca!

- Dżeppetto, nie obrażajcie mnie, bo was nazwę „Mamałygą".

- Osioł!

- Mamałyga!

- Idiota!

- Mamałyga!

- Debil!

- Mamałyga!

Kiedy Dżeppetto po raz trzeci dowiedział się, że jest Mamałygą, wpadł w amok i rzucił się na stolarza. Obaj zaczęli okładać się pięściami z wielką zaciętością. Zakończenie walki przyniosło majstrowi Antonio dwa nowe zadrapania na nosie, a jego przeciwnikowi - dwa urwane przy palcie guziki. Po wyrównaniu rachunków, przeciwnicy podali sobie ręce i powtórnie przyrzekli przyjaźń na całe życie.

Dżeppetto wziął polano, podziękował swemu przyjacielowi i powłócząc nogą, wrócił do domu.

III

Dżeppetto wróciwszy do domu rzeźbi pajaca

i nadaje mu imię - Pinokio. Pierwsze psoty pajaca

Mieszkanie Dżeppetta to uboga izdebka oświetlona jedynie światłem docierającym spod schodów. Urządzenie izby było najskromniejsze ze skromnych: nędzny taboret, rozlatujące się łóżko i stolik w opłakanym stanie. W głębi widać było kominek, na którym płonął ogień. Ale i piec i ogień były namalowane. Taki sam był też garnek, wypuszczający kłęby pary, która wyglądała jak prawdziwa.

Wróciwszy do domu, Dżeppetto wyjął narzędzia i zaczął rzeźbić pajaca.

- Jak go nazwać? - dumał. - Może Pinokio. To szczęśliwe imię. Znałem kiedyś całą familię Pinokiów: matkę, ojca i dzieci. Wszystkim świetnie się powodziło. Najbogatszy z nich był żebrakiem.

Kiedy Dżeppetto wymyślił już imię dla pajaca, energicznie zabrał się do pracy. Wyrzeźbił włosy, czoło i oczy. Jakież było jego zdziwienie, gdy wystrugane przed chwilą oczy zaczęły się poruszać i przyglądać uważnie majstrowi.

Dżeppetto poczuł na grzbiecie gęsią skórkę, ale głosem pełnym animuszu rzekł:

- Drewniane oczyska, dlaczego wbijacie się we mnie jak sroka w kość?

Odpowiedzią była cisza.

Potem Dżeppetto wystrugał nos pajaca. Nos zaczął gwałtownie rosnąć, aż po kilku minutach stał się wielkim nochalem. Majster usiłował go skrócić, ale im bardziej go przycinał, tym bardziej się wydłużał ów pewny siebie nos.

Po nosie wyrzeźbił mu usta. Zanim skończył je strugać, one już dokuczały i kpiły sobie z Dżeppetta.

- Przestań kpić! - rozkazał oburzony majster. Ale skutek był taki, jakby ktoś rzucał grochem o ścianę.

- Jeszcze raz ci powtarzam, przestań kpić! - krzyknął groźnym głosem Dżeppetto.

Wtedy śmiech ucichł, ale pokazał się imponująco długi jęzor.

Majster nie chcąc się denerwować, udał, że tego nie zauważył i dalej spokojnie pracował.

Po ustach przyszła kolej na szyję, barki, tułów i ręce. Gdy tylko wyrzeźbił dłonie, poczuł, że ktoś ściąga mu z głowy perukę. Zerknął w bok i cóż zobaczył: w rękach pajaca tkwiła jego złocistowłosa peruka.

- Pinokio, proszę mi to w tej chwili oddać!

Ale pajac ani myślał psuć sobie zabawy. Włożył perukę na głowę, a ona przykryła go całego.

Ten zuchwały i niegodziwy postępek zmartwił majstra. Dżeppetto zmarkotniał i zwracając się do Pinokia, powiedział smutnym głosem:

- Ty huncwocie. Jeszcze nie jesteś gotowy, a już dokuczasz staremu ojcu. Źle czynisz, bardzo źle. - I staruszek otarł spływającą mu po policzku łzę.

Miał jeszcze wystrugać nogi i stopy. Kiedy zakończył swoje dzieło, poczuł ból w czubku nosa. To Pinokio wymierzył mu mocnego kopniaka.

- Mam, czego chciałem - mruknął pod nosem Dżeppetto. - Mogłem być bardziej przewidujący, ale teraz za późno...

Ujął pajaca pod pachy i postawił na posadzce, zamierzając rozpocząć naukę chodzenia. Ledwie nogi Pinokia utraciły nieco ze swej drewnianej sztywności, a już słychać było ich tupot po ulicy.

Dżeppetto chyżo ruszył za nim w pogoń, ale nie miał z huncwotem żadnych szans. Pajac skakał jak zając, a jego drewniane nogi tupały tak głośno, jakby przechodziły tamtędy dziesiątki ludzi, mających na nogach drewniaki.

- Złapcie go! Zatrzymajcie go! - wrzeszczał Dżeppetto.

Ale gapie śmiali się tylko, leniwie przyglądając się drewnianej kukiełce, która rwała przed siebie jak koń wyścigowy.

Na szczęście pojawił się tam strażnik miejski, który powziął przekonanie, że oto biegnie młody źrebak, który uciekł właścicielowi. Przedstawiciel władzy stanął w rozkroku na środku ulicy, aby odważnie stawić czoła galopującemu zwierzęciu. Pinokio z daleka zauważył przeszkodę i usiłował przecisnąć się między nogami strażnika. Ale próżne były jego wysiłki.

Strażnik zręcznym ruchem ujął go za nos, który był tak długi, że aż się prosił, żeby za niego łapać. Potem oddał pajaca w ręce Dżeppetta, który chciał mu natrzeć uszu. Jakież było jego zdumienie, kiedy na głowie pajaca ich nie znalazł.

A dlaczego?

A dlatego, że Dżeppetto w pośpiechu zapomniał je wyrzeźbić.

Ujął pajaca za kark i trzęsąc gniewnie głową, powiedział:

- Marsz do domu! A tam wyrównamy rachunki!

Słysząc te groźnie brzmiące słowa, pajac rzucił się na ziemię i odmówił dalszej wędrówki. Na widok takiej sceny wokół zgromadzili się gapie, a każdy wyrażał swoją opinię:

- Szkoda pajaca! - mówili jedni. - Trudno się dziwić, że nie chce wracać do domu. Ten sadysta Dżeppetto wygarbuje mu skórę!

Inni dodawali złośliwie:

- Ten Dżeppetto udaje niewiniątko, ale w rzeczywistości jest tyranem. Jeśli pajacyk pozostanie w jego rękach, to wkrótce nie pozostaną z niego nawet drzazgi!

I tak długo użalali się nad losem drewnianego chłopczyka, że w końcu strażnik wypuścił Pinokia, a zaaresztował Dżeppetta. Ten, nie mając przygotowanych żadnych argumentów na swą obronę, udał się - płacząc - do więzienia. Po drodze do aresztu mruczał pod nosem:

- A to nicpoń! A ja tyle pracy włożyłem, aby był z niego pajac na schwał. Nie pomyślałem wcześniej co może z tego wyniknąć, to teraz mam za swoje.

To, co się dalej działo, jest tak dziwne, że aż nieprawdopodobne. Opowiem o tym w kolejnych rozdziałach.

IV

Pinokio poznaje Gadającego Świerszcza.

Spotkanie to pokazuje, że krnąbrni chłopcy

nie słuchają rad osób mądrzejszych od siebie

Musicie wiedzieć, że kiedy niesłusznie oskarżony Dżeppetto wlókł się do więzienia, uwolniony przez strażnika Pinokio mknął na oślep przez pola, aby jak najprędzej dobiec do domu. Zręcznie przeskakiwał kłujące żywopłoty, wzniesienia i rowy napełnione wodą.

Kiedy zbliżył się do domu, spostrzegł, że drzwi są lekko uchylone. Otworzył je, wszedł i zamknął drzwi na skobel. Usiadł na podłodze i wydał z siebie westchnienie ulgi.

Ale ten błogi stan trwał krótko. Nagle dał się słyszeć dziwny dźwięk:

- Kri, kri, kri!

- Kto mnie przyzywa? - spytał Pinokio, cierpnąc ze strachu.

- To ja.

Pinokio spojrzał na ścianę i dostrzegł wędrującego po niej dużego świerszcza.

- Kim jesteś?

- Jestem Gadającym Świerszczem i mieszkam w tym pokoju dłużej niż wiek.

- Ale teraz to mój pokój. Pakuj więc manatki i jazda stąd! No, już cię tu nie ma!

- Zanim odejdę, muszę ci przekazać przestrogę.

- Byle szybko, bo szkoda czasu.

- Zły los wybierają dzieci, które lekceważą słowa rodziców i z głupoty opuszczają rodzinny dom. Nigdy nie będą szczęśliwe i zapłacą za swe złe postępowanie wysoką cenę.

- Bywaj zdrów Świerszczu. Jutro o brzasku wyruszam w świat. Gdybym tu został, musiałbym - jak wszystkie dzieci - chodzić do szkoły i uczyć się. A na to nie mam najmniejszej ochoty. O wiele bardziej cieszy mnie łapanie motyli, łażenie po drzewach i wybieranie ptaków z gniazd.

- Biedny, niemądry chłopcze! Czy nie rozumiesz, że czyniąc tak, wyrośniesz na skończonego osła i wszyscy będą się z ciebie śmiać?

- Przestań krakać, ty głupi Świerszczu - zdenerwował się Pinokio.

Świerszcz nie obraził się na te słowa, gdyż zwykł zachowywać w życiu stoicki spokój, ale mówił dalej:

- Jeśli nie chcesz uczyć się w szkole, to wyucz się jakiegoś zawodu, abyś mógł zarobić na swe utrzymanie.

- Chcesz wiedzieć jaki zawód mnie interesuje? - krzyczał rozsierdzony Pinokio.

- No jaki? - spytał Świerszcz.

- Chcę być włóczęgą, jeść, pić i bawić się przez cały dzień.

- Musisz wiedzieć, że ci, którzy wybrali taki zawód, wcześniej czy później trafią do szpitala albo więzienia.

- Nie wyprowadzaj mnie z równowagi, złowróżbny Świerszczu, bo jak wpadnę w gniew, będzie z tobą źle.

- Biedaku, żal mi ciebie.

- A to dlaczego?

- Bo jesteś pajacem i masz pustą, drewnianą głowę.

Te słowa tak rozjuszyły Pinokia, że porwał ze stołu drewniany młotek i wycelował nim w Gadającego Świerszcza.

Być może nie chciał go zabić, ale młotek uderzył Świerszcza dokładnie w głowę. Biedny Gadający Świerszcz zaśpiewał cichutko: „kri, kri, kri" i znieruchomiał na ścianie.

V

Głodny Pinokio chce sobie usmażyć jajecznicę,

ale jajecznica wyfruwa przez okno

Z wolna zapadał zmierzch. Pinokio poczuł, że mu kiszki marsza grają i przypomniał sobie, że nic nie jadł.

U pajacyków, podobnie jak i u chłopców, apetyt szybko narasta. Toteż po chwili Pinokio poczuł głód, który po kilku minutach zmienił się w wilczy głód, tak dotkliwy, że mógłby zjeść konia z kopytami.

Biedny Pinokio podbiegł szybko do pieca, gdyż dostrzegł tam garnek z gotującą się zupą. Już miał unieść pokrywkę, żeby sprawdzić, co jest w środku, kiedy spostrzegł, że garnek jest namalowany na ścianie. Wyobraźcie sobie rozczarowanie głodnego Pinokia! Jego nos, już i tak okazały, wydłużył się jeszcze o cztery palce.

Gorączkowo zaczął myszkować po izbie, przeszukał wszystkie schowki i zakamarki. Zadowoliłby się skórką chleba, ogryzioną kością, przeznaczoną dla psa, odrobiną spleśniałej mamałygi, a w ostateczności nawet rybią ością czy pestką od czereśni, czymkolwiek co dałoby się włożyć do ust i przeżuć. Ale w domu nie było nic, zupełnie nic. Głód doskwierał mu coraz bardziej i tylko ziewanie przynosiło mu krótkotrwałą ulgę. Ziewał tak szeroko, że usta dotykały mu uszu. Kiedy kończył, spluwał i miał wrażenie, że jego żołądek jest coraz mniejszy.

Głodny i zrozpaczony rozpłakał się i rzekł sam do siebie:

- Więc Gadający Świerszcz mówił prawdę. Źle zrobiłem nie słuchając taty i uciekając z domu. Gdyby tatuś był tu ze mną, nie umierałbym z głodu. Nie ma gorszego cierpienia niż głód!

Wtem dostrzegł na stercie śmieci coś białego, przypominającego jajko. Zerwał się i popędził w tamtą stronę. Istotnie leżało tam jajko. Nie mogę Wam opisać radości pajaca, musicie ją sobie wyobrazić.

Nie wierząc własnym oczom, przekładał jajko z jednej ręki do drugiej, głaskał je i całował, mówiąc:

- Jak by je tu przyrządzić? Jajecznica byłaby niezła! Hm, a może lepszy będzie omlet. Jajka w koszulce też bardzo lubię. Najlepiej jednak będzie, gdy usmażę je na patelni!

Powiedziawszy to, postawił patelnię na kuchennej płycie, pod którą tlił się żar. A że nie miał żadnego tłuszczu, nalał na patelnię odrobinę wody. Kiedy woda zaczęła wrzeć, bęc - rozbił zręcznie skorupkę i chciał wylać jej zawartość.

Jego oczom zamiast białka i żółtka ukazało się wesołe i wdzięczne pisklę i rzekło, kłaniając się:

- Panie Pinokio, zechciej przyjąć wyrazy wdzięczności. Wyręczyłeś mnie bowiem w rozbijaniu skorupki. A teraz żegnaj. Wszystkiego dobrego dla ciebie i rodziny.

To mówiąc, pisklę rozwinęło skrzydła - i zniknęło w otwartym oknie.

Pinokio trwał przez chwilę w osłupieniu, wybałuszając oczy na trzymane w rękach skorupki. Gdy oprzytomniał, rozpłakał się, a potem zaczął krzyczeć i kopać podłogę ze złości:

- A więc Gadający Świerszcz mówił prawdę! Gdybym nie uciekł z domu i gdyby mój tatuś był teraz przy mnie, nie pozwoliłby mi na śmierć głodową. Och, jakże wielkim cierpieniem jest głód!

A że kiszki mu marsza grały coraz głośniej, postanowił wyjść z domu i udać się do najbliższej wioski, w nadziei, że spotka tam miłosierną istotę, która wesprze go kromką chleba.

VI

Pinokio zasypia z nogami na kuchennej płycie

i nazajutrz budzi się ze spalonymi stopami

Była to burzliwa zimowa noc. Grzmoty dudniły głucho, a zimowe niebo co chwilę rozjaśniało się płomieniem błyskawic. Zimny, przejmujący wiatr wzbijał w powietrze kurz i przyginał drzewa.


Złoczyńcy to wymysł tatusiów, aby było kim straszyć dzieci, które chcą nocą opuścić dom. Jeśli nawet spotkam po drodze jakiegoś rozbójnika, to wiem co zrobię: spojrzę mu prosto w oczy i krzyknę: „Czemu stoisz mi na drodze? Ze mną to nie przelewki! Zejdź mi z drogi, pókim dobry!" Na takie dictum rozbójnik uciekałby, aż by się kurzyło. A gdyby to był gbur i nie chciał uciekać, to ja dałbym nogę i sprawa byłaby rozwiązana...