Wydawca: Czarna Owca Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Pikantne historie dla pendżabskich wdów ebook

Balli Kaur Jaswal

4.33333333333333 (12)
Bestseller

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 411 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pikantne historie dla pendżabskich wdów - Balli Kaur Jaswal

Przezabawna, podnosząca na duchu powieść o spotkaniu Wschodu z Zachodem.

Nikki, córka indyjskich imigrantów, jest barmanką w Zachodnim Londynie. Do tej pory dystansowała się od tradycyjnej sikhijskiej społeczności i wolała bardziej niezależny (czyli zachodni) styl życia. Kiedy popada w finansowe tarapaty, podejmuje pracę nauczycielki kreatywnego pisania w ośrodku w samym sercu zamkniętej londyńskiej społeczności imigrantów z Pendżabu.

Wskutek nieporozumienia sikhijskie wdowy, które zapisały się na kurs, chcą poznać podstawy pisania i czytania po angielsku, a nie zgłębić sztukę pisania krótkich form. Jednak Nikki szybko orientuje się, że jej kursantki to nie tylko skromne wdowy, które spędziły życie w cieniu ojców, braci i mężów. Nikki uczy je, jak wyrazić zamknięte w nich historie, przez co uwalnia nieoczekiwaną i ekscytującą twórczą siłę kobiet.

Kiedy plotki wdów rzucają szokujące światło na śmierć młodej żony – nowoczesnej kobiety takiej jak Nikki – i kiedy wśród przyjaciółek rozchodzą się niektóre z erotycznych opowieści z zajęć, wybucha skandal, który stwarza zagrożenie dla wszystkich.

Opinie o ebooku Pikantne historie dla pendżabskich wdów - Balli Kaur Jaswal

Fragment ebooka Pikantne historie dla pendżabskich wdów - Balli Kaur Jaswal

Rozdział pierwszy

Dlaczego Mindi pragnęła małżeństwa aranżowanego?

Nikki przyglądała się ogłoszeniu, które siostra dołączyła do e-maila. Znajdowały się w nim stosowne dane osobowe: imię, wiek, wzrost, wyznanie, dieta (wegetariańska; tylko od czasu do czasu ryba z frytkami). Ogólne preferencje dotyczące męża: inteligentny, empatyczny i dobry, mający silny system wartości i ładny uśmiech. Do przyjęcia byli zarówno mężczyźni gładko ogoleni, jak i noszący turbany, pod warunkiem że mieli schludnie utrzymane brody i wąsy. Idealny mąż powinien mieć stabilną pracę i najwyżej trzy hobby, które rozwijałyby go mentalnie i fizycznie. „Pod pewnymi względami – napisała – powinien być taki jak ja: skromny (według Nikki: świętoszkowaty), praktyczny w sferze finansów (czyli być dusigroszem) i zorientowany na rodzinę (natychmiast musi chcieć mieć dzieci)”. Najgorsze zaś było to, że na początku tekstu siostra napisała: „Mindi Grewal, mieszanka wschodnio-zachodnia”, jakby była jakąś przyprawą z supermarketu.

Wąski przedpokój łączący pokój Nikki z niewielką kuchnią nie nadawał się do tego, żeby po nim chodzić tam i z powrotem, bo nierówne deski na podłodze skrzypiały na różne tony przy najmniejszym kontakcie ze stopami. Niemniej dziewczyna dreptała po nim i porządkowała myśli. Co też jej siostra sobie wyobrażała? Owszem, Mindi zawsze była większą tradycjonalistką – kiedyś Nikki przyłapała ją na oglądaniu w Internecie filmiku o tym, jak formować idealnie okrągłe placki roti1 – ale żeby pisać ogłoszenie matrymonialne? To już było przesadą.

Nikki telefonowała kilkakrotnie do Mindi, ale za każdym razem słyszała pocztę głosową. Kiedy udało się jej wreszcie dodzwonić, promienie słońca schowały się za gęstą wieczorną mgłą i w zasadzie nadeszła pora, żeby wychodzić do pracy w pubie O’Reilly’s.

– Wiem, co zamierzasz powiedzieć – oznajmiła Mindi.

– Naprawdę to widzisz, Mindi? – zapytała Nikki. – Rzeczywiście umiesz to sobie wyobrazić?

– Tak.

– Więc jesteś szalona.

– Podjęłam tę decyzję samodzielnie. Chcę znaleźć męża w tradycyjny sposób.

– Dlaczego?

– Bo tego chcę?

– Ale dlaczego?

– Bo tak.

– Musisz wymyślić jakiś lepszy powód, jeśli chcesz, żebym zredagowała twoje ogłoszenie.

– To nie fair. Wspierałam cię, kiedy się wyprowadziłaś.

– Nazwałaś mnie samolubną krową.

– Ale gdy się wyprowadziłaś i mama chciała iść do ciebie i zażądać, żebyś wróciła do domu, kto ją przekonał, żeby sobie odpuściła? Gdyby nie ja, nigdy by nie zaakceptowała twojej decyzji. A teraz już się z nią pogodziła.

– Prawie się pogodziła – przypomniała jej Nikki.

Czas osłabił trochę początkową wściekłość matki. Obecnie mama była głęboko niezadowolona ze stylu życia Nikki, ale zrezygnowała z prawienia jej morałów na temat niebezpieczeństw związanych z samodzielnym życiem. „Mojej matce nawet by się nie śniło, żeby przystać na coś takiego”, powtarzała, żeby dowieść, jak bardzo jest postępowa, a w jej tonie pobrzmiewała wówczas chełpliwość przemieszana z ubolewaniem. Wschodnio-zachodnia mieszanka.

– Odwołuję się do naszej kultury – stwierdziła Mindi. – Widzę, jak moje angielskie przyjaciółki poznają mężczyzn przez Internet i w nocnych klubach, ale nie wydaje się, żeby znajdowały kogoś odpowiedniego. Dlaczego nie miałabym spróbować związku zaaranżowanego? W przypadku naszych rodziców się sprawdził.

– To były inne czasy – przekonywała Nikki. – Masz więcej możliwości niż mama, kiedy była w twoim wieku.

– Mam wykształcenie, jestem dyplomowaną pielęgniarką, pracuję. To jest kolejny krok.

– To nie powinien być krok. Postanowiłaś nabyć sobie męża.

– To nie tak. Chcę skorzystać z odrobiny pomocy, by go znaleźć. Ale nie będzie przecież tak, że spotkamy się dopiero w dniu ślubu. Obecnie pary dostają więcej czasu, żeby się lepiej poznać.

Nikki wzdrygnęła się na słowo „dostają”. Dlaczego Mindi miałaby dostawać pozwolenie na randkę?

– Nie decyduj się jeszcze na ustatkowanie. Pozwiedzaj trochę świat.

– Dość już widziałam. – Mindi prychnęła na wspomnienie wyprawy z dziewczynami na Teneryfę poprzedniego lata. To tam odkryła, że jest uczulona na owoce morza. – Poza tym Kirti też szuka odpowiedniego chłopaka. Pora, żebyśmy się obie ustatkowały.

– Kirti nie dostrzegłaby odpowiedniego chłopaka nawet wtedy, gdyby wpadł do niej przez okno – stwierdziła Nikki. – Nie traktowałabym jej jako poważnej rywalki.

Nikki i najlepsza przyjaciółka jej siostry raczej nie darzyły się miłością. Ta makijażystka, czyli „Specjalistka od upiększania twarzy”, jak głosiła jej wizytówka, w czasie przyjęcia z okazji dwudziestych piątych urodzin Mindi przyjrzała się krytycznie strojowi Nikki i skwitowała go stwierdzeniem: „Żeby być piękną, trzeba się postarać, no nie?”.

– Mindi, a może ty się nudzisz?

– A czy nuda nie jest dobrym powodem, by spróbować znaleźć sobie partnera? Wyprowadziłaś się, bo zależało ci na niezależności. Ja szukam męża, bo chcę być częścią czegoś. Pragnę rodziny. Nie znasz tego uczucia, bo nadal jesteś młoda. Wracam do domu po długim dniu pracy i siedzę tam z mamą. Chcę wracać do domu do kogoś, rozmawiać o tym, jak mi minął dzień, jeść kolację i planować wspólne życie.

Nikki otworzyła załączniki. Zobaczyła dwa zbliżenia twarzy Mindi, jej zapraszający uśmiech, gęste proste włosy sięgające poniżej ramion. Było też zdjęcie przedstawiające całą rodzinę: mamę, tatę, Mindi i Nikki; zrobiono je podczas ostatnich wspólnych wakacji. Nie było to najlepsze ujęcie – mrużyli oczy i wydawali się malutcy na tle rozległego krajobrazu. Tata zmarł kilka miesięcy później, jeszcze tamtego roku; zawał serca ukradł mu oddech jak jakiś złodziej. Nikki poczuła wyrzuty sumienia. Zamknęła okno.

– Nie używaj zdjęć rodzinnych – powiedziała. – Nie chcę, żeby moje zdjęcie trafiło w ręce jakiejś swatki.

– To znaczy, że mi pomożesz?

– Jest to niezgodne z moimi zasadami. – Nikki wklepała w wyszukiwarkę hasło: „argumenty przeciwko małżeństwom aranżowanym” i otworzyła pierwszy z wyników wyszukiwania.

– Pomożesz mi?

– „Małżeństwo aranżowane to wadliwy system podkopujący prawo kobiety do decydowania o swoim losie” – przeczytała na głos Nikki.

– Popraw tylko moje ogłoszenie, żeby lepiej brzmiało. Kiepsko sobie radzę z takimi sprawami – rzuciła Mindi.

– Słyszałaś, co powiedziałam?

– To jakieś radykalne bzdury. Przestałam słuchać po „podkopujący”.

Nikki wróciła do ogłoszenia i dostrzegła błąd gramatyczny: „Szukam bratniej duszy. Kogo to będzie?”. Westchnęła. Najwyraźniej Mindi podjęła już decyzję. Teraz chodziło o to, czy Nikki się w to zaangażuje, czy nie.

– Dobra – powiedziała. – Ale tylko dlatego, że takim ogłoszeniem możesz potencjalnie przyciągnąć idiotów. Dlaczego określiłaś siebie mianem lubiącej zabawę? Kto nie lubi zabawy?

– Mogłabyś potem umieścić to ogłoszenie na tablicy matrymonialnej?

– Jakiej tablicy matrymonialnej?

– W wielkiej świątyni w Southall. Prześlę ci szczegóły SMS-em.

– W Southall? Chyba żartujesz.

– Masz tam bliżej niż ja. A przez cały tydzień pracuję w szpitalu na dwie zmiany.

– Myślałam, że są jakieś strony, które zajmują się takimi sprawami – burknęła Nikki.

– Brałam pod uwagę SikhMate.com i PunjabPyaar.com. Zbyt wielu mężczyzn z Indii szuka jednak łatwego sposobu na zdobycie wizy. Jeżeli jakiś facet zobaczy moje ogłoszenie na tablicy w świątyni, przynajmniej będę miała pewność, że przebywa w Londynie. W Southall jest największa gurudwara2 w Europie. Tam szanse są większe niż w Enfield – wyjaśniła Mindi.

– Jestem bardzo zajęta.

– Nikki, proszę. Masz najwięcej czasu z nas wszystkich.

Nikki zignorowała nutę krytyki. Mama i Mindi były zdania, że praca barmanki w O’Reilly’s nie jest pracą na pełen etat. Nie było sensu tłumaczyć im, że Nikki nadal szukała powołania – zajęcia, w którym mogłaby mieć na coś wpływ, stymulować umysł, stawiać czoło wyzwaniom, być cenioną i nagradzaną. Takie stanowiska należały niestety do rzadkości, a recesja tylko pogorszyła sytuację. Odrzucono nawet zgłoszenia Nikki na stanowisko wolontariuszki w trzech różnych kobiecych organizacjach typu nonprofit; za każdym razem usłyszała przepraszające tłumaczenie, że otrzymały rekordową liczbą zgłoszeń. Na co innego mogła liczyć dwudziestodwulatka, której jedynym atutem były przerwane w połowie studia prawnicze? W obecnej sytuacji ekonomicznej (i prawdopodobnie również w innych sytuacjach ekonomicznych): na nic.

– Zapłacę ci za twój czas – powiedziała Mindi.

– Nie przyjmę od ciebie pieniędzy – zaoponowała odruchowo Nikki.

– Czekaj. Mama chce ci coś powiedzieć. – W tle dało się słyszeć stłumione polecenia. – Nie zapomnij zamknąć okna. Wczoraj mówili w wiadomościach coś o włamaniach.

– Powiedz mamie, że nie mam nic tak cennego, co by mi można ukraść – rzuciła Nikki.

– Powiedziałaby ci, że powinnaś chronić cnotę.

– Za późno. Już ją straciłam. Na imprezie u Andrew Forresta po balu maturalnym.

Mindi nic na to nie odparła, ale jej dezaprobata niemal wywołała trzaski na linii.

Szykując się później do pracy, Nikki zastanawiała się nad propozycją zapłaty ze strony Mindi. Hojny gest, aczkolwiek Nikki nie miała problemów finansowych. Jej mieszkanie znajdowało się nad pubem, a opłata za czynsz została zmniejszona dzięki jej dyspozycyjności do przychodzenia w ostatniej chwili na dodatkowe zmiany. Zresztą miała być barmanką tylko przez jakiś czas, bo przecież powinna już coś zrobić ze swoim życiem. Każdy dzień przypominał jej jednak, że tkwiła w miejscu, podczas gdy jej rówieśnicy szli naprzód. W ubiegłym tygodniu wypatrzyła na peronie kolejowym dawną koleżankę z klasy. Jaka się wydawała zabiegana i skoncentrowana, kiedy maszerowała w stronę wyjścia, z teczką w jednej ręce i z kubkiem kawy w drugiej. Nikki zaczęła się bać godzin w ciągu dnia, kiedy to miała największą świadomość Londynu, tykającego i działającego jak dobrze naoliwiona machina.

Na rok przed przystąpieniem do egzaminu GCSE3 Nikki towarzyszyła rodzicom w podróży do Indii, podczas której odwiedzali świątynie, a rodzice zwracali się do mędrców z prośbą o udzielenie córce wskazówek mających jej pomóc w odniesieniu w życiu pewnego sukcesu. Jeden z nich poprosił ją, żeby wyobraziła sobie wymarzoną karierę, podczas gdy on skandował modlitwy mające przekształcić jej wizje w rzeczywistość. Miała pustkę w głowie, tak więc do bogów trafił obraz przedstawiający nicość. Jak zawsze w czasie wyjazdów do ojczyzny przodków, tak i tym razem udzielono jej stanowczych rad na temat tego, czego nie powinna mówić w obecności starszego brata taty, który ich gościł: żadnych przekleństw; żadnych wzmianek o przyjaciołach płci męskiej; żadnego pyskowania. Kazano jej mówić po pendżabsku, żeby okazała w ten sposób wdzięczność za wakacyjne lekcje, które, na co rodzice liczyli, wzmocnią jej korzenie kulturowe. Kiedy wuj zapytał przy kolacji o wizyty u mędrców, Nikki ugryzła się w język, żeby nie odpowiedzieć: „To podli naciągacze. Pewnie lepiej bym zrobiła, gdybym poprosiła, żeby Mitch i Bazza, z którymi się przyjaźnię, powróżyli mi z ręki”.

Odpowiedzi udzielił za nią tata.

– Nikki będzie prawdopodobnie studiowała prawo.

A więc jej przyszłość została przesądzona. Tata oddalał jej wątpliwości stwierdzeniem, że będzie wykonywała bezpieczny i szanowany zawód. Uspokajało ją to tylko przejściowo. Obawa, która już pierwszego dnia studiów zaczęła towarzyszyć poczuciu, że udała się na niewłaściwy wykład, tylko się nasilała w ciągu roku. Kiedy na drugim roku prawie oblała przedmiot, wezwał ją do siebie opiekun naukowy i zasugerował, że być może nie jest to kierunek dla niej. Tak naprawdę mówił tylko o swoim przedmiocie, ale ona dostrzegła, że jego komentarz pasował do wszystkiego: do monotonii wykładów i fakultetów, egzaminów, projektów grupowych i terminów ostatecznych. To nie było dla niej. Zrezygnowała ze studiów tego samego popołudnia.

Nie potrafiła powiedzieć rodzicom, że rzuciła naukę, więc każdego ranka wychodziła z domu ze starą skórzaną torbą kupioną na Camden Market. Chodziła po Londynie, stanowiącym, ze swoim zasłoniętym smogiem niebem i starymi wieżami, doskonałe tło dla jej niedoli. Rezygnacja z uniwersytetu przyniosła Nikki ulgę, ale też uporczywy niepokój związany z tym, co powinna robić dalej. Po tygodniu chodzenia bez celu po mieście zaczęła wypełniać popołudnia uczestniczeniem w protestach; towarzyszyła w nich swojej najlepszej przyjaciółce Olive, która była wolontariuszką w organizacji zwanej UK Fem Fighters. Istniało wiele powodów, by się oburzać. Na trzeciej stronie „Sun” wciąż się pojawiały modelki topless. W ramach oszczędności zmniejszono o połowę rządowe finansowanie centrów kryzysowych dla kobiet. Dziennikarkom działającym w strefach wojennych za granicą groziły molestowanie i fizyczne napaści. W Japonii bezmyślnie wybijano wieloryby (to nie był problem kobiet, ale Nikki było żal wielorybów, więc nagabywała nieznajomych, żeby podpisali petycję wystosowaną przez Greenpeace).

Dopiero kiedy przyjaciel taty zaproponował Nikki staż, musiała się przyznać, że zrezygnowała ze studiów. Tata nie miał w zwyczaju krzyczeć. Swoje rozczarowanie wyrażał poprzez dystans. Po wyznaniu Nikki nastąpiła długa dyskusja, po której ojciec i Nikki okopali się w oddzielnych pokojach, nieświadomie wyznaczając swoje terytoria, a mama i Mindi krążyły między nimi. Najbliżsi krzyku byli wtedy, kiedy tata wymienił listę cech Nikki predestynujących ją do kariery prawniczki.

– Taki potencjał, takie możliwości, a ty to wszystko marnujesz? Byłaś już prawie w połowie. Co teraz planujesz?

– Nie wiem.

– Nie wiesz?

– Prawo mnie nie pasjonuje.

– Nie pasjonuje?

– Nawet nie starasz się mnie zrozumieć. Tylko wszystko po mnie powtarzasz.

– Wszystko po tobie powtarzam?

– Tato – powiedziała Mindi – uspokój się, proszę.

– Nie zamierzam…

– Mohan, twoje serce – przestrzegła go mama.

– Co się dzieje z taty sercem? – zapytała Nikki. Popatrzyła na ojca z troską, ale on unikał jej wzroku.

– Tata ma lekkie zaburzenia. Nic poważnego. EKG jest w normie, ale ciśnienie krwi wynosi sto czterdzieści na dziewięćdziesiąt, co jest trochę niepokojące. W rodzinie występowała zakrzepica żył głębokich, więc można się martwić… – paplała Mindi. Już od roku była pielęgniarką i nadal nie znudziło się jej posługiwać w domu medycznym żargonem.

– Co to znaczy? – zapytała zniecierpliwiona Nikki.

– Jeszcze nic nie jest przesądzone. Tata musi poddać się w przyszłym tygodniu kolejnym badaniom – rzuciła Mindi.

– Tato! – Nikki rzuciła się w jego stronę, ale podniósł rękę i zatrzymał ją w pół kroku.

– Wszystko psujesz – stwierdził.

To były ostatnie słowa, jakie do niej skierował. Kilka dni później mama zarezerwowała bilety na wyjazd do Indii, mimo że byli tam zaledwie parę miesięcy wcześniej. Wyjaśniła, że tata chce pobyć z rodziną.

Do przeszłości odeszły dni, w których rodzice Nikki grozili, że odeślą ją do Indii za złe zachowanie; teraz to oni skazywali się na banicję.

– Może odzyskasz rozum do czasu, kiedy wrócimy – oznajmiła matka.

Ten komentarz zabolał Nikki, ale nie chciała wszczynać kolejnej awantury. Zdążyła już dyskretnie spakować torby. W pubie w pobliżu mieszkania Olive przy Shepherd’s Bush szukano barmanki. Zanim rodzice wrócą, Nikki już tutaj nie będzie.

A potem tata zmarł w Indiach. Okazało się, że jego serce znajdowało się w gorszej kondycji, niż zdiagnozowali lekarze. W tradycyjnych indyjskich moralitetach główną przyczyną chorób serca, guzów nowotworowych, utraty włosów i innych schorzeń cierpiących rodziców okazywały się krnąbrne dzieci. Nikki nie była aż tak naiwna, by sądzić, że to przez nią tata dostał zawału serca, ale wierzyła, że być może dałoby się go uratować, gdyby udał się na kolejną wizytę w Londynie, którą przełożył, aby wyjechać w pośpiechu do Indii. Poczucie winy trawiło ją od środka i nie pozwalało pogrążyć się w żałobie. Na pogrzebie czekała na łzy, które dałyby jej trochę ukojenia, ale się nie pojawiły.

Po upływie dwóch lat nadal nie była pewna, czy podjęła słuszną decyzję. Czasami zastanawiała się skrycie, czy nie wrócić na uniwersytet, chociaż nie mogła znieść myśli o przekopywaniu się przez kolejne studia przypadków sądowych ani przesiadywaniu na kolejnej serii monotonnych wykładów. Być może pasja i ekscytacja miały drugorzędne znaczenie w stabilnym dorosłym życiu. Skoro mogły się sprawdzać małżeństwa aranżowane, może i Nikki zdołałaby wykrzesać w sobie entuzjazm wobec czegoś, czego nie pokochała od pierwszego wejrzenia, i czekać na przyjście miłości.

Nikki wyszła rano ze swojego budynku i od razu ukarał ją deszcz smagający po twarzy. Naciągnęła na głowę kaptur kurtki, obszyty sztucznym futerkiem, i ruszyła w piętnastominutową ponurą wędrówkę na dworzec. Jej ukochana skórzana torba odbijała się od biodra. Kiedy kupowała papierosy w kiosku, w jej kieszeni zawibrował telefon – wiadomość od Olive.

Praca w księgarni dziecięcej. Idealna dla Ciebie! Widziałam ogłoszenie wczoraj w gazecie.

Nikki się wzruszyła. Olive czytała ogłoszenia o pracy, odkąd Nikki wyznała jej, że nie była pewna, czy O’Reilly’s utrzyma się długo na rynku. Wydawało się, że pub jest skazany na porażkę, bo wystrój wnętrz był zbyt przestarzały, by mógł uchodzić za modny, a menu nie mogło konkurować z nowoczesną kawiarnią, którą otwarto po sąsiedzku. Sam O’Reilly spędzał w kanciapie na zapleczu więcej czasu niż kiedyś, zatopiony w stertach rachunków i faktur.

Nikki odpisała:

Też czytałam. Zależy im na minimum pięciu latach doświadczenia w sprzedaży. Trzeba mieć pracę, żeby zdobyć doświadczenie, i doświadczenie, żeby zdobyć pracę – obłęd!

Olive nie odpisała. Była na stażu nauczycielskim w liceum i w tygodniu rzadko się odzywała. Nikki zastanawiała się, czy nie podjąć studiów pedagogicznych, ale za każdym razem, kiedy Olive opowiadała o swoich hałaśliwych uczniach, cieszyła się, że tylko sporadycznie musi sobie radzić z jakimś chwiejącym się pijaczkiem w pubie.

Napisała kolejną wiadomość:

Wpadniesz dzisiaj do pubu? Nie uwierzysz, dokąd jadę. Do Southall!

Zdeptała niedopałek i włączyła się w tłum wsiadający do pociągu w godzinach szczytu.

W czasie jazdy Nikki obserwowała oddalający się Londyn; kiedy pociąg pędził na zachód, miejsce ceglanych budynków zajmowały złomowiska i działki przemysłowe. Southall było jedną z ostatnich stacji. Nazwę na szyldzie wypisano po angielsku i pendżabsku. Nikki w pierwszej kolejności zwróciła uwagę na pendżabski napis, zaskoczona tym, jak znajomo wyglądały te zawijasy. Podczas letnich lekcji w Indiach uczyła się pisać i czytać gurmukhi4, co bardzo jej się później przydało, kiedy na serwetkach w barach wypisywała po pendżabsku imiona angielskich znajomych w zamian za drinki.

Jadąc autobusem do świątyni, Nikki widziała przez okna więcej napisów w dwóch językach, przez co poczuła lekki ból głowy i miała wrażenie, że rozpada się na dwie części. Brytyjską i indyjską. Kiedy była dziewczynką, przyjeżdżali tu całą rodziną – na ślub w świątyni albo żeby kupić świeże przyprawy do curry. Nikki pamiętała rozmowy na temat tych wypraw, pełne wewnętrznego rozdarcia, jako że mama i tata wydawali się zarówno zachwyceni, jak i zniesmaczeni przebywaniem wśród rodaków: czy nie byłoby miło mieć sąsiadów z Pendżabu? Tylko że po co w takim wypadku przenosić się do Anglii? Kiedy północny Londyn stał się domem dla jej rodziców, istniało coraz mniej powodów, by odwiedzać Southall; odeszło w wyblakłą przeszłość podobnie jak same Indie. A teraz z samochodu stojącego na sąsiednim pasie rozbrzmiewał rytm bhangry5. Rząd lśniących manekinów odzianych w sari uśmiechał się wstydliwie do przechodniów z witryny sklepu bławatnego. Stragany z warzywami wylewały się na chodniki, a z wózka stojącego na rogu sprzedawcy samos unosiła się gorąca para. Nic się nie zmieniło.

Na jednym z przystanków do autobusu wsiadła grupka licealistek. Chichotały i mówiły jedna przez drugą, a kiedy autobus nagle szarpnął, potoczyły się do przodu z jednogłośnym piskiem.

– Ja pierdolę! – zakrzyknęła jedna z nich.

Pozostałe się zaśmiały, ale ich śmiech szybko ucichł, kiedy spostrzegły złowrogie spojrzenia mężczyzn w turbanach siedzących naprzeciwko Nikki. Dziewczyny szturchały się, nakazując sobie być cicho.

– Zachowujcie się z szacunkiem – syknął ktoś.

Nikki odwróciła się i zobaczyła starszą kobietę, która patrzyła na dziewczyny miażdżącym wzrokiem, kiedy ją mijały.

Większość pasażerów opuściła autobus razem z Nikki koło gurudwary. Jej złota kopuła lśniła na tle szarych jak skały chmur. Witraż na wysokości drugiego piętra wypełniały szafirowe i pomarańczowe esy-floresy. Wiktoriańskie domy szeregowe otaczające świątynię wyglądały jak zabawki w porównaniu z majestatycznym białym budynkiem. Nikki miała ochotę zapalić, ale patrzyło tu na nią zbyt wiele oczu. Czuła ich spojrzenie na plecach, gdy wyprzedziła grupkę białogłowych kobiet powoli zmierzających z przystanku w stronę łukowatego wejścia do świątyni. Kiedy Nikki była dzieckiem, wydawało się jej, że sklepienie tej ogromnej konstrukcji sięga nieba; nadal było oszałamiająco wysokie. Z sali modlitewnej dobiegało echo śpiewów. Nikki wyjęła z torby szal i zawinęła go wokół głowy. Przedsionek świątyni odnowiono od czasu, gdy była tu ostatnio, i nie od razu dostrzegła tablice z ogłoszeniami. Krążyła przez chwilę, unikając jednak zapytania o kierunek. Swego czasu weszła do kościoła w Islington, żeby zapytać o drogę, i popełniła błąd, mówiąc duchownemu, że się zgubiła. Będąca tego następstwem rozmowa na temat potrzeby określenia własnej duchowości trwała czterdzieści pięć minut i w żaden sposób nie nakierowała ją w stronę stacji metra Victoria Line.

Wreszcie zauważyła tablice w pobliżu wejścia do sali jadalnej6. Dwie z nich zdominowały ścianę: MAŁŻEŃSTWA i SŁUŻBA NA RZECZ WSPÓLNOTY. Ta druga niemal świeciła pustkami, za to na pierwszej brakowało miejsca na ogłoszenia.

HEj jAk siĘ Masz? ŻArTowaŁem! JEstEm wyLuZowAnY, alE zapEwniAm, Że niE jEstEm typEm ImpREzowiCzA. ChCę sIę ciEsZyć ŻyciEm, ŻyĆ dziEń za DniEm i nIE PiEkliĆ się z PowoDU bŁahOstEk. A PRZedE wszYstKim ChCę znAleźĆ swOjĄ ksiĘŻnicZkę i TrakTOwaĆ jĄ, jAk na to zAsŁuGujE.

Sikh z dżatów z dobrego rodu poszukuje sikhijki o równie dobrym pochodzeniu. Musi podzielać moje upodobania i wartości związane z rodziną. Jesteśmy otwarci w wielu kwestiach, ale nie akceptujemy nie-wegetarian i krótkich włosów.

Narzeczona dla sikhijskiego profesjonalisty. Amardeep ukończył studia na kierunku rachunkowości i szuka dziewczyny marzeń, która będzie jego dopełnieniem. Pierwsze miejsce na liście absolwentów zapewniło mu świetną pozycję w wiodącej londyńskiej firmie rachunkowej. Narzeczona też musi być profesjonalistką i mieć ukończone studia magisterskie na jednym z poniższych kierunków: finanse, marketing, kierowanie przedsiębiorstwem lub zarządzanie. Zajmujemy się branżą tekstylną.

Mój brat nie wie, że piszę to ogłoszenie, ale pomyślałam, że spróbuję! Jest samotny, ma 27 lat i jest do wzięcia. Jest mądry (ma magistra z dwóch kierunków!!!), zabawny, miły i dobrze wychowany. A najlepsze jest to, że jest SEXYYY! Wiem, że to trochę dziwne stwierdzenie, bo przecież jestem jego siostrą, ale to prawda. Daję słowo! Jeśli chcesz zobaczyć jego zdjęcie, przyślij mi e-mail.

Nazwisko: Sandeep Singh Wiek: 24 Grupa kwi: 0 plus Wykształcenie: inżynier mechanik Zajęcie: inżynier mechanik Hobby: sport i gry Wygląd fizyczny: jasna karnacja, 170 cm, swobodny uśmiech. Patrz: zdjęcie.

– Nic z tego – burknęła Nikki i odwróciła się od tablicy. Mindi mogła się zdecydować na tradycyjne podejście, ale była za dobra dla któregokolwiek z tych mężczyzn. Zmodyfikowane przez Nikki ogłoszenie przedstawiało empatyczną i pewną siebie samotną kobietę, która znalazła równowagę pomiędzy tradycją i nowoczesnością.

W sari czuję się równie komfortowo jak w dżinsach. Mój wymarzony partner lubi chodzić do restauracji i potrafi się głośno z siebie śmiać. Jestem pielęgniarką, bo opiekowanie się innymi daje mi prawdziwą przyjemność. Szukam męża, który potrafi zająć się sobą, bo cenię własną niezależność. Lubię od czasu do czasu obejrzeć film Bollywood, ale zazwyczaj oglądam komedie romantyczne i filmy akcji. Trochę podróżowałam, ale oglądanie reszty świata odłożyłam do chwili, kiedy znajdę Tego Jedynego i z Nim wybiorę się w najważniejszą podróż: przez życie.

Nikki wzdrygnęła się, czytając ostatnią linijkę, ale coś takiego spodobałoby się jej siostrze. Jeszcze raz przyjrzała się tablicy. Jeżeli odejdzie stąd, nie przykleiwszy ogłoszenia, Mindi się o tym dowie i będzie ją nękać tak długo, aż Nikki tu wróci i to zrobi. Ale jeśli je tutaj zamieści, Mindi może wybrać któregoś z tych mężczyzn. Nikki pragnęła zapalić papierosa, więc gryzła paznokieć. Wreszcie przykleiła ogłoszenie na tablicy matrymonialnej, ale w najdalszym kątku, gdzie prawie nie było go widać, bo zasłaniały je ulotki z tablicy społecznościowej. Teoretycznie wypełniła zadanie zgodnie ze wskazówkami.

Usłyszała chrząknięcie. Odwróciła się i stanęła twarzą w twarz z drobnym mężczyzną. Wzruszył ramionami, kiedy popatrzyła na niego pytająco. Nikki kiwnęła uprzejmie głową i odwróciła wzrok, ale mężczyzna się odezwał:

– A więc szukasz… – machnął nieśmiało w stronę tablicy – męża?

– Nie – zaoponowała szybko. – Ja nie. – Nie chciała skierować jego uwagi na ogłoszenie Mindi. Mężczyzna miał ramiona jak zapałki.

– Och – powiedział. Wydawał się zażenowany.

– Czytałam ogłoszenia społecznościowe – poinformowała Nikki. – Pod kątem jakiegoś wolontariatu.

Odwróciła się plecami do rozmówcy i udawała, że przygląda się tablicy. Czytając ogłoszenia, kiwała głową. Dotyczyły samochodów na sprzedaż i mieszkań do wynajęcia. Przyplątało się tu kilka ogłoszeń matrymonialnych, ale nie prezentowały się bardziej obiecująco od tych, które już przeczytała.

– Interesuje cię służba na rzecz wspólnoty? – mężczyzna nie dawał za wygraną.

– Naprawdę muszę już iść – rzuciła Nikki.

Zaczęła szperać w torebce, żeby uniknąć dalszej rozmowy, i odwróciła się w stronę wyjścia. Wtem jedno z ogłoszeń przykuło jej uwagę. Zatrzymała się i przeczytała je w milczeniu, powoli omiatając słowa wzrokiem.

Lekcje pisania: zarejestruj się! Chciałaś kiedykolwiek pisać? Nowe warsztaty poświęcone technikom narracyjnym, bohaterom i środkom ekspresji. Opowiedz swoją historię! Na koniec warsztatów wydamy antologię najlepszych prac.

Poniżej dopisano ręcznie: „Zajęcia tylko dla kobiet. Potrzebna instruktorka. Pozycja płatna, dwa dni w tygodniu. Proszę się kontaktować z Kulwinder Kaur ze Stowarzyszenia Społeczności Sikhijskiej”.

Nie było słowa na temat kwalifikacji lub doświadczenia, a to dobrze wróżyło. Nikki wyciągnęła telefon i wklepała numer. Zauważyła zaciekawione spojrzenie mężczyzny, ale zignorowała je i dołączyła do tłumu wiernych, którzy wyszli z sali jadalnej.

Mogłaby prowadzić warsztaty literackie? Napisała tekst, który opublikowano na blogu UK Fem Fighters; porównywała w nim swoje doświadczenie, jak to jest, gdy za dziewczyną gwiżdżą mężczyźni w Delhi i w Londynie, i jej tekst przez trzy dni z rzędu znajdował się na liście najczęściej czytanych wpisów. Z pewnością mogłaby udzielać wskazówek kobietom ze świątyni. Może nawet mogłaby zredagować Antologię najlepszych prac. Praca redaktorki ładnie by się prezentowała w jej życiorysie. Poczuła trzepoczącą w piersi nadzieję. Ta praca mogłaby jej dawać radość i dumę.

Przez przestronne okna świątyni wpadło do środka światło, które zalało ciepłem kafelki podłogi, zanim chmury zasłoniły słońce. Kiedy Nikki zamierzała opuścić budynek, wreszcie dostała od Olive odpowiedź na swoją wiadomość.

A gdzie jest Southall?

To pytanie zaskoczyło Nikki. Z pewnością przez te wszystkie lata przyjaźni Nikki wspomniała Olive o Southall. Co prawda poznały się w liceum, w latach, w których rodzice Nikki uznali, że całodzienne wyprawy do świątyni są zbyt kłopotliwe, więc Olive nie musiała wysłuchiwać utyskiwania Nikki na temat marnowania niedzieli na poszukiwanie wysokiej jakości sproszkowanej kolendry lub gorczycy.

Nikki stanęła i się rozejrzała. Otaczały ją kobiety z zakrytymi głowami – biegające za małymi dziećmi, zerkające na siebie z ukosa, przygarbione nad balkonikami. Każda z nich miała swoją historię. Nikki wyobraziła sobie, jak zwraca się do sali pełnej pendżabskich kobiet. Ich barwne tuniki, odgłosy szeleszczącej tkaniny i ołówków stukających o papier, zapach perfum i kurkumy bombardowały jej zmysły. Ujrzała wyraźnie swój cel.

– Niektórzy ludzie nawet nie słyszeli o tym miejscu – powiedziała do siebie. – Zmieńmy to.

Z ogniem w oczach i wzburzone, pendżabskie kobiety opiszą światu swoje historie.

Rozdział drugi

Dwadzieścia lat temu, w ramach pierwszej i ostatniej próby bycia Brytyjką, Kulwinder Kaur kupiła kostkę angielskiego mydła lawendowego Yardleya. Usprawiedliwiła zakup tym, że kostka mydła z dodatkiem miodli indyjskiej7, używanego przez jej rodzinę, bardzo się skurczyła. Kiedy Sarab przypomniał jej, że mają całą szafkę wypełnioną podstawowymi artykułami z Indii (pastą do zębów, mydłem, olejkami do włosów, brylantyną, krochmalem do turbanów i kilkoma buteleczkami płynu dla kobiet, który on przez pomyłkę wziął za szampon), Kulwinder przekonywała, że przecież produkty z ojczyzny kiedyś się skończą. Szykowała się tylko do tego, co nieuniknione.

Następnego ranka wstała wcześnie i ubrała Mayę w wełniane rajstopy, spódnicę w kratę i marynarkę. Przy śniadaniu lękliwie przypominała córce, żeby siedziała spokojnie i nie poplamiła swojego pierwszego szkolnego mundurka. Kulwinder maczała swoje roti w marynowanym mango, które barwiło jej palce i zostawiało na dłoniach zapach. Podsunęła pikle Mai, ale dziewczynka tylko zmarszczyła nos, bo były za kwaśne. Po jedzeniu Kulwinder nowym mydłem wyszorowała swoje i córki ręce – między palcami, pod paznokciami, a zwłaszcza cienkie linie po wewnętrznej stronie dłoni, które przepowiadały ich przyszłość. Pachnące jak angielski ogród stanęły przy rejestracji w szkole podstawowej.

Młoda blondynka przedstawiła się jako panna Teal i przykucnęła, żeby jej oczy znalazły się na wysokości oczu Mai.

– Dzień dobry – powiedziała z uśmiechem, na co Maya uśmiechnęła się nieśmiało. – Jak się nazywasz?

– Maya Kaur – odpowiedziała dziewczynka.

– Och, pewnie jesteś kuzynką Charanpreet Kaur. Spodziewaliśmy się ciebie – poinformowała panna Teal.

Kulwinder poczuła znajome uczucie. Było powszechnym nieporozumieniem, że wszyscy ludzie o nazwisku Kaur są ze sobą spokrewnieni, i mogłaby je z łatwością wyjaśnić, ale dzisiaj brakowało jej angielskich słów. Przytłaczał ją nowy świat, do którego Maya miała właśnie wkroczyć.

– Wyjaśnij jej – odezwała się do Mai po pendżabsku – bo jeszcze sobie pomyśli, że jestem odpowiedzialna za wszystkich pendżabskich uczniów w tej szkole.

Wyobraźnia podsunęła jej przerażający obraz, w którym wraca do domu z grupką rozgadanych dzieciaków.

– Charanpreet nie jest moją kuzynką – powiedziała Maya, wzdychając cicho na myśl o niechęci matki do mówienia po angielsku. – W mojej religii wszystkie dziewczynki nazywa się Kaur, a wszystkich chłopców Singh8.

– Jesteśmy wielką rodziną, dziećmi bożymi – dodała Kulwinder. – Wyznawcami sikhizmu. – Z jakiegoś głupiego powodu pokazała kciuki ustawione do góry, jakby reklamowała jakiś detergent.

– Interesujące – skwitowała panna Teal. – Mayu, czy chciałabyś poznać pannę Carney? Jest naszą drugą nauczycielką.

Panna Carney podeszła do nich.

– Co za piękne oczy! – zawołała.

Kulwinder rozluźniła uścisk na dłoni Mai. To byli dobrzy ludzie, którzy zaopiekują się jej córką. W tygodniach poprzedzających ten dzień bała się posłać Mayę do szkoły. A co, jeśli inne dzieci będą się naśmiewały z jej akcentu? Albo ktoś zadzwoni do Kulwinder z informacją o wypadku, a ona nie będzie mogła go zrozumieć?

Panna Carney wręczyła Kulwinder plik formularzy do wypełnienia. Kulwinder wyciągnęła identyczny plik z torebki.

– Takie same – wyjaśniła.

Sarab wypełnił je poprzedniego wieczoru. Znacznie lepiej władał angielskim, ale mimo to zajęło mu to dużo czasu. Kiedy Kulwinder obserwowała, jak wskazywał palcem na każde słowo w kwestionariuszu, poczuła swoją małość w tym nowym kraju, w którym uczyli się jego alfabetu jak dzieci.

– Niedługo Maya będzie nam wszystko tłumaczyła – zauważył Sarab.

Kulwinder wolałaby, żeby tak nie mówił. Dzieci nie powinny wiedzieć więcej od rodziców.

– Jest pani bardzo dobrze przygotowana – stwierdziła panna Teal.

Kulwinder ucieszyła się, że zrobiła dobre wrażenie na nauczycielce. Panna Teal przekartkowała formularze i nagle się zatrzymała.

– Zapomnieli państwo wpisać numer telefonu. Może mi go pani podać?

Kulwinder nauczyła się kombinacji cyfr po angielsku na pamięć, by móc wyrecytować je zawsze, gdy ją o to poproszą.

– Osiem, dziewięć, sześć… – Zamilkła i się skrzywiła. Poczuła ucisk w żołądku. Zaczęła od nowa. – Osiem, dziewięć, sześć, pięć… – Zamarła. Pikle zjedzone rano podchodziły jej do gardła.

– Osiem, dziewięć, sześć, osiem, dziewięć, sześć, pięć? – zapytała panna Teal.

– Nie. – Kulwinder machnęła ręką, jakby chciała wyczyścić pamięć kobiety. – Jeszcze raz. – Poczuła pieczenie w gardle. – Osiem, dziewięć, sześć, osiem, pięć, pięć, pięć, pięć, pięć, pięć, pięć. – Tych piątek było mniej, ale zachowywała się jak zacięta płyta, bo koncentrowała się na tym, by stłumić zbliżające się beknięcie.

Panna Teal ściągnęła brwi.

– Za dużo cyfr.

– Jeszcze raz – pisnęła Kulwinder. Udało się jej wyrzucić z siebie trzy pierwsze cyfry, zanim z jej gardła wydobył się gwałtowny wybuch, który zabrzmiał przy biurku jak ryk trąby. Powietrze wypełniła cuchnąca woń i – jak wynikało przynajmniej z przerysowanych wspomnień Kulwinder – brązowe bańki.

Kiedy powietrze znowu wypełniło jej płuca, pospiesznie wyrzuciła z siebie pozostałe cyfry. Nauczycielka wytrzeszczyła oczy, tłumiąc śmiech (tego już Kulwinder sobie nie wyobraziła).

– Dziękuję – powiedziała panna Teal. Pokręciła nosem i delikatnie przekrzywiła głowę nad Kulwinder. – To wszystko.

Przerażona Kulwinder uciekła od pozostałych kobiet. Wyciągnęła rękę w stronę Mai, ale zobaczyła ją już w pewnej odległości: dziewczynka z rudymi loczkami zebranymi w dwa kucyki wpychała ją za drzwi wahadłowe.

Kilka lat później, kiedy Kulwinder oznajmiła, że przeprowadzają się do Southall, Maya zaprotesowała:

– A co z moimi przyjaciółkami? – Miała na myśli tę rudowłosą, blondynkę i dziewczynkę, która nosiła kombinezon i sama obcinała sobie włosy („Czy to nie okropne?”, pytała jej matka w taki sposób, pełen podziwu, który nadaje słowu podwójne znaczenie).

– W naszej nowej dzielnicy znajdziesz lepsze przyjaciółki – stwierdziła Kulwinder. – Będą bardziej podobne do nas.

Obecnie Kulwinder ograniczyła spożycie pikli, by kontrolować refluks. Jej angielski się poprawił, chociaż nie był jej potrzebny w Southall. Została niedawno dyrektorką do spraw rozwoju w Stowarzyszeniu Społeczności Sikhijskiej i miała własny gabinet w ośrodku rekreacji. Był zakurzony i pełen zapomnianych akt, które zamierzała wyrzucić, ale je trzymała, bo nadawały pomieszczeniu charakter biura; widniały na nich etykiety w rodzaju: REGULACJE BUDOWLANE i PROTOKOŁY Z ZEBRAŃ – KOPIE. Takie pozory były ważne na wypadek sporadycznych gości, na przykład prezesa Stowarzyszenia Społeczności Sikhijskiej, pana Gurtaja Singha, który stał teraz w jej gabinecie i wypytywał ją na okoliczność ulotek.

– Gdzie je pani zawiesiła?

– Na tablicy ogłoszeń w świątyni.

– Co to za zajęcia?

– Z pisania – odparła Kulwinder. – Dla kobiet.

Napomniała się, żeby nad sobą zapanować. W czasie ostatniego spotkania dotyczącego budżetu Gurtaj Singh odrzucił jej wniosek o przyznanie funduszy. „Nie mamy na to środków”, stwierdził. Kulwinder nie zamierzała podejmować z nim walki w obecności tylu szanowanych sikhów, ale Gurtaj Singh zawsze czerpał przyjemność z oddalania jej próśb. Musiała mu przypomnieć, że Ośrodek Stowarzyszenia znajduje się na terenie świątyni i kłamstwo wygłoszone tutaj obciążało go tak samo jak kłamstwo wygłoszone w świątyni. Z tego też powodu on miał na głowie turban, a ona szal9, żeby oddać cześć świętej obecności Boga. Gurtaj Singh musiał się poddać. Uderzał piórem w swoje notatki, mruczał pod nosem jakieś cyfry i okazało się, że znalezienie funduszy dla kobiet wcale nie było takie trudne.

A oto znowu tu stał i zadawał pytania, jakby słyszał o tym pomyśle po raz pierwszy. Nie spodziewał się, że ona od razu przystąpi do działania i zacznie szukać instruktorki. Kulwinder pokazała mu ulotkę. Gurtaj nie spieszył się z założeniem okularów i odchrząknął. W międzyczasie rzucał Kulwinder kose spojrzenia, przez co wyglądał jak kanciarz ze starego indyjskiego filmu.

– Znalazła pani instruktorkę?

– Jestem umówiona z kimś na rozmowę. Będzie tu niebawem – odparła.

Wczoraj zadzwoniła niejaka Nikki. Powinna przyjść kwadrans temu. Gdyby Kulwinder miała inne kandydatki, nie przejmowałaby się tym, ale ulotka wisiała na tablicy tydzień, a skontaktowała się z nią tylko ta Nikki.

Gurtaj znowu popatrzył na ulotkę. Kulwinder miała nadzieję, że nie zapyta ją o znaczenie tych wszystkich słów. Skopiowała tekst z ulotki, którą widziała w ośrodku rekreacji przy Queen Mary Road. Ulotka wyglądała profesjonalnie, więc ją zdjęła, zamieściła dopisek i zaniosła do punktu ksero, w którym pracował syn Munny Kaur. „Zrób mi kilka odbitek”, poleciła pryszczatemu chłopakowi. Chciała go poprosić, żeby przetłumaczył jej na pendżabski słowa, których nie rozumiała, ale jeśli był choć trochę tak wyrachowany jak Munna, nie wyświadczyłby jej takiej przysługi za darmo. Poza tym nie chodziło o szczegóły; chciała uruchomić jakieś zajęcia – jakiekolwiek – natychmiast.

– Są jakieś zainteresowane? – dociekał Gurtaj Singh.

– Owszem – poinformowała go.

Osobiście informowała kobiety o tych zajęciach, mówiła im, że będą się odbywały dwa razy w tygodniu i będą darmowe, dlatego spodziewa się ich obecności. Jej głównym celem były podstarzałe wdowy, które mogłyby oddawać się wartościowszej rozrywce od plotkowania w sali jadalnej. Istniało duże prawdopodobieństwo, że się pojawią, a dzięki nim będzie się wydawało, że zajęcia cieszą się powodzeniem. Potem pojawią się kolejne inicjatywy, którym Kulwinder będzie mogła poświęcić czas.

– Mam nadzieję, że pewnego dnia będziemy mogli zaproponować kobietom znacznie więcej. – Nie mogła się oprzeć pokusie, by to powiedzieć.

Gurtaj Singh odłożył ulotkę na biurko. Był niskim mężczyzną, który wysoko podciągał swoje beżowe spodnie, jakby skrócenie nogawek stanowiło pogodzenie się z niedoborem wzrostu.

– Kulwinder, wszystkim jest przykro w związku z tym, co spotkało Mayę – odezwał się.

Kulwinder poczuła uderzenie, od którego zabrakło jej tchu. Szybko doszła do siebie i nie odrywała wzroku od Gurtaja Singha. „Nikt nie wie, co się naprawdę stało. Nikt mi nie pomoże się tego dowiedzieć”. Zastanawiała się, jak by zareagował, gdyby wypowiedziała te słowa na głos.

– Dziękuję – odrzekła. – Ale to nie ma nic wspólnego z moją córką. Kobiety z tej społeczności chcą się uczyć, a że jestem jedyną kobietą w radzie, powinnam je reprezentować. – Zaczęła porządkować leżące na biurku papiery. – A teraz proszę wybaczyć, mam bardzo pracowite popołudnie.

Gurtaj Singh zrozumiał aluzję i wyszedł. Jego biuro, podobnie jak gabinety pozostałych mężczyzn z rady, mieściło się w nowo wyremontowanym skrzydle świątyni. Znajdowały się tam drewniane podłogi i przestronne okna wychodzące na ogrody domów otaczających świątynię. Kulwinder była jedynym członkiem rady, który pracował w starym dwupiętrowym budynku. Kiedy wsłuchiwała się w oddalające się kroki Gurtaja Singha, zastanawiała się, po co mężczyznom aż tyle przestrzeni, skoro ich odpowiedź na wszystko zawsze brzmiała „nie”.

Przez nieszczelne okno wpadł przeciąg i rozsypał dokumenty Kulwinder. Gdy szukała w górnej szufladzie przycisku do papieru, natknęła się na swój stary gratisowy notes z Barclays Bank. W części zatytułowanej „Notatki” znajdowała się lista nazwisk i numerów telefonów – lokalnego komisariatu policji, prawników, nawet prywatnego detektywa, do którego nigdy nie zadzwoniła. Minęło już blisko dziesięć miesięcy, a czasami nadal odczuwała taką samą rozpacz jak w chwili, w której się dowiedziała, że jej córka nie żyje. Zatrzasnęła notatnik i zacisnęła dłonie na filiżance z herbatą. Ciepło rozchodziło się po jej dłoniach. Kulwinder nie rozluźniała uścisku. Gorąco przedostawało się przez kolejne warstwy skóry. Maya.

– Sat sri akal10. Przepraszam za spóźnienie.

Kulwinder upuściła filiżankę na biurko. Gęsta strużka herbaty rozlała się na biurku i poplamiła dokumenty. W drzwiach stała młoda kobieta.

– Miała pani być o czternastej – zauważyła Kulwinder, ratując swoje papiery.

– Zamierzałam dotrzeć punktualnie, ale pociąg się spóźnił. – Wyciągnęła chusteczkę z torby i pomogła Kulwinder zetrzeć herbatę z dokumentów.

Kulwinder odsunęła się i obserwowała przybyłą. Mimo że nie miała syna, z przyzwyczajenia oceniała tę dziewczynę pod kątem przydatności na żonę. Nikki miała włosy do ramion, zebrane w kucyk i odsłaniające wysokie czoło. Twarz z wydatnym nosem była na swój sposób atrakcyjna, ale dziewczyna zdecydowanie nie powinna się tak malować. Miała ogryzione paznokcie, paskudny zwyczaj, a o jej biodro obijała się kanciasta torba, która musiała kiedyś należeć do pracownika poczty.

Nikki zauważyła jej spojrzenie. Kulwinder odchrząknęła władczo i, powłócząc nogami, zaczęła przekładać suche papiery na drugi koniec biurka. Spodziewała się, że Nikki będzie ją obserwowała. Zamiast tego dziewczyna patrzyła z dezaprobatą na zapchane półki i nieszczelne okno.

– Przyniosła pani CV? – zapytała Kulwinder.

Nikki wyciągnęła z torby listonoszki kartkę. Kulwinder omiotła ją wzrokiem. Nie mogła sobie pozwolić na wybrzydzanie – na tym etapie, jeśli nauczycielka umiała tylko czytać i pisać po angielsku, i tak dostanie pracę. Jednakże Kulwinder nie mogła zapomnieć o niechętnym spojrzeniu dziewczyny, i z tego powodu była mniej serdeczna.

– Jakie ma pani doświadczenie w nauczaniu? – zapytała po pendżabsku.

Dziewczyna odpowiedziała pospiesznie po angielsku:

– Przyznam, że nie mam dużego doświadczenia, ale bardzo mnie interesuje…

Kulwinder podniosła rękę.

– Proszę odpowiadać po pendżabsku – poleciła. – Uczyła pani kiedykolwiek?

– Nie.

– To dlaczego chce pani prowadzić te zajęcia?

– Czuję… Jak to ująć? Pasję, by pomagać kobietom – odparła Nikki.

– Hm…

Kulwinder spokojnie przytaknęła. W CV najwięcej pozycji znajdowało się pod nagłówkiem „Aktywizm”. Propagowanie akcji Greenpeace, wolontariuszka Women’s Aid, wolontariuszka UK Fem Fighters. Kulwinder nie wiedziała, co to wszystko znaczyło, ale ostatnia nazwa – UK Fem Fighters – wyglądała znajomo. Magnes z takim samym napisem trafił do jej domu dzięki Mai. Kulwinder miała mglistą świadomość, że ta organizacja była w jakiś sposób związana z prawami kobiet. Takie moje szczęście, pomyślała. Walka o fundusze z ludźmi takimi jak Gurtaj Singh, prowadzona za zamkniętymi drzwiami to jedno, ale te urodzone w Wielkiej Brytanii dziewczyny o korzeniach indyjskich, które publicznie gardłowały na temat praw kobiet, pozwalały sobie na zbyt wiele. Czy nie rozumiały, że tym grubiaństwem i postawą roszczeniową tylko napytają sobie biedy? Poczuła przypływ złości na Mayę, ale zaraz potem wezbrał w niej niepohamowany żal, który na chwilę odebrał jej zmysły. Kiedy Kulwinder wróciła do rzeczywistości, Nikki wciąż mówiła. Po pendżabsku wyrażała się mniej pewnie i wtrącała w zdania angielskie wyrazy.

– …wierzę, że każda ma jakąś historię do opowiedzenia. Gdybym mogła pomóc pendżabskim kobietom ubrać w słowa i zebrać ich opowieści w książkę, poczułabym wielką satysfakcję.

Kulwinder potakiwała dziewczynie, bo jej paplanina miała teraz trochę sensu.

– Chce pani napisać książkę? – zapytała ostrożnie.

– Z historii kobiet powstanie kolekcja opowiadań – powiedziała Nikki. – Nie mam wielkiego doświadczenia literackiego, ale lubię pisać i uwielbiam czytać. Wydaje mi się, że będę mogła im pomóc kultywować ich kreatywność. Naturalnie trochę pokieruję procesem i, być może, zajmę się także redakcją.

Do Kulwinder dotarło, że opublikowała ogłoszenie, którego nie rozumiała. Przyjrzała mu się jeszcze raz. Antologia, techniki narracji. Cokolwiek te słowa znaczyły, Nikki na nie liczyła. Kulwinder sięgnęła do biurka i wyciągnęła kartę potwierdzonych zgłoszeń. Przejrzała nazwiska i pomyślała, że powinna przestrzec Nikki. Spojrzała na nią.

– Kursantki nie będą zbyt zaawansowane w pisaniu – rzuciła.

– Oczywiście – odparła uspokajająco Nikki. – To zrozumiałe. Moim zadaniem będzie im pomóc.

Jej protekcjonalny ton wyzuł Kulwinder z wszelkiej sympatii, jaką do niej miała. Ta dziewczyna była dzieckiem. Uśmiechała się, ale mrużyła oczy, jakby oceniała Kulwinder i jej znaczenie tutaj. Czy istniała jakaś szansa, że o to stanowisko będzie się ubiegała bardziej tradycyjna kobieta – a nie ta wyniosła dziewucha, która w swoich dżinsach i z kulawym pendżabskim mogłaby uchodzić za gori11? Mało prawdopodobne. Nieważne, czego Nikki chciała uczyć, zajęcia należało zacząć natychmiast, bo w przeciwnym razie Gurtaj Singh usunie je ze swojego rejestru, a wraz z nimi przepadnie jakakolwiek szansa na to, żeby Kulwinder mogła w przyszłości coś powiedzieć w sprawie kobiet.

– Zajęcia rozpoczynają się w czwartek.

– W ten czwartek?

– Wieczorem. Zgadza się – potwierdziła Kulwinder.

– W porządku. O której godzinie?

– O tej, która najlepiej pani pasuje – zaświergoliła Kulwinder najlepszą angielszczyzną, na jaką ją było stać, a kiedy zaskoczona Nikki przekrzywiła głowę, Kulwinder udała, że tego nie dostrzega.

Rozdział trzeci

Ścieżka wiodąca do rodzinnego domu Nikki w Enfield pachniała przyprawami korzennymi. Nikki szła za tą wonią do drzwi i otworzyła je własnym kluczem. Z salonu dobiegały odgłosy programu Milion w minutę, a mama i Mindi krzątały się w kuchni, pokrzykując do siebie. W czasie szykowania kolacji tata zawsze oglądał wiadomości. Ktoś położył na jego fotelu koc; zabrano też stolik, na który zwykł odstawiać swoją szklaneczkę z whisky. Te zmiany były drobne i przyziemne, ale wyraźnie podkreślały jego brak. Zmieniła kanał na BBC. W drzwiach kuchni natychmiast pojawiły się głowy mamy i Mindi.

– Oglądałyśmy to – zaprotestowała mama.

– Przepraszam – powiedziała Nikki, ale ociągała się ze zmianą kanału.

Głos prezentera obudził w niej falę nostalgii – znowu miała jedenaście lat i oglądała z tatą przed kolacją wiadomości. „Co o tym myślisz? – zapytałby ją. – Według ciebie to jest sprawiedliwe? Jak myślisz, co znaczy to słowo?”. Czasami mama wołała ją, żeby pomogła nakryć do stołu, ale tata puszczał do Nikki oko i odpowiadał głośno: „Jest tu zajęta”.

– Mogę w czymś pomóc? – zapytała matkę Nikki.

– Możesz odgrzać sos z soczewicy. Jest w lodówce – odparła matka.

Nikki otworzyła lodówkę, ale nie znalazła potrawy, o której wspomniała matka, tylko stos pojemników po lodach z wyblakłymi etykietkami.

– Jest w pojemniku po Vanilla Pecan Delight – powiedziała Mindi.

Nikki wyjęła pojemnik i wstawiła go do mikrofalówki. Po czym z przerażeniem obserwowała przez szybkę, jak krawędzie pudełka się topią.

– Soczewica będzie gotowa za chwilkę! – krzyknęła i otworzyła kuchenkę, żeby wyjąć pojemnik. Kuchnię wypełniła toksyczna woń palonego plastiku.

– Ach, ty idiotko – rzuciła matka. – Dlaczego nie przełożyłaś sosu do pojemnika nadającego się do kuchenki?

– A dlaczego go nie przechowujecie w takim pojemniku? – zapytała Nikki. – Pojemniki na lody są mylące. – To stwierdzenie wywodziło się jeszcze z czasów utraconych nadziei, kiedy to Nikki szperała w lodówce w poszukiwaniu deseru, a zamiast tego znajdowała bloki zamrożonego curry.

– Te pojemniki się sprawdzają – stwierdziła matka. – I są za darmo.

Nie dało się uratować ani potrawy, ani opakowania, więc Nikki wyrzuciła je do pojemnika na śmieci i stanęła pod ścianą. Przypomniało się jej, jak się tutaj plątała wieczorem po pogrzebie taty. Mama była bardzo zmęczona – przyjechała do Londynu z ciałem taty, co było biurokratycznym wymogiem i logistycznym koszmarem – ale odrzucała propozycje pomocy ze strony Nikki i kazała jej trzymać się z boku. Nikki pytała mamę o ostatnie godziny życia taty. Musiała wiedzieć, że umarł, nie żywiąc do niej nadal złości.

– Nic nie powiedział. Był w łóżku – powiedziała matka.

– Ale zanim się położył? – Może w jego ostatnich słowach pobrzmiewała nuta przebaczenia.

– Nie pamiętam – odparła matka. Policzki się jej zarumieniły.

– Mamo, na pewno mogłabyś spróbować…

– Nie pytaj mnie o takie rzeczy – ucięła matka.

Zorientowawszy się, że nie ma mowy o przebaczeniu, Nikki wróciła do swojego pokoju i pakowania swoich rzeczy.

– Chyba nie zamierzasz się wyprowadzić? – zapytała Mindi stojąca w progu.

Nikki zerknęła na rogi pudeł wystających spod łóżka. Do biodegradowalnych toreb z Tesco upchnęła stosy książek, zdjęła też z haczyka za drzwiami kurtkę z kapturem i zwinęła tak, żeby się zmieściła w walizce.

– Nie mogę tu mieszkać. Kiedy mama usłyszy, że pracuję w pubie, będzie gadać bez końca. Będziemy się ciągle kłóciły. Znosiłam to, że tata mnie ignorował. Nie zamierzam jednak tu mieszkać, gdy mama też będzie mnie traktować ozięble.

– Jesteś samolubną krową.

– Jestem realistką.

Mindi westchnęła.

– Pomyśl o tym, przez co mama przechodzi. Czasami warto zastanowić się nad tym, co będzie najlepsze dla wszystkich, a nie tylko dla ciebie.

Wskutek tych słów Nikki została jeszcze na tydzień. Ale pewnego dnia po powrocie z pracy mama znalazła na łóżku w pustym pokoju Nikki liścik: „Przepraszam, Mamo. Musiałam się wyprowadzić”. Był tam też adres. Nikki wierzyła, że Mindi wszystko mamie wytłumaczy. Po dwóch tygodniach Nikki zebrała się na odwagę i zadzwoniła do mamy. Ku jej zdumieniu matka odebrała. Rozmawiała z nią sztywno i odpowiadała zdawkowo („Jak się masz, mamo?”. „Żyję”.), ale sam fakt, że odpowiadała, stanowił dobry znak. W czasie kolejnej rozmowy matka wybuchnęła:

– Jesteś samolubną, głupią idiotką – szlochała. – Nie masz serca.

Na dźwięk każdego słowa Nikki się wzdrygała i chciała się bronić, ale czy to nie było prawdą? Zostawiła je w najgorszym momencie. Głupia, samolubna, pozbawiona serca. Tata nigdy tak o niej nie powiedział. Później, wyrzuciwszy z siebie złość, matka zaczęła z nią normalnie rozmawiać.

A teraz kuchnię wypełniał pachnący przyprawami dym. Kolacja była gotowa. Nikki pomogła przenieść naczynie wypełnione po brzegi curry z ciecierzycy i szpinaku.

– A więc – odezwała się Mindi, kiedy już usiadły – opowiedz nam o tej pracy.

– Będę mentorką pomagającą kobietom spisać ich historie. Warsztaty odbywają się dwa razy w tygodniu. Pod koniec semestru będziemy dysponowały zbiorem opowiadań.

– Mentorka to to samo, co nauczycielka? – zapytała Mindi.

Nikki pokręciła głową.

– Nie będę ich uczyła. Zamierzam raczej nimi kierować.

Mama wydawała się nie rozumieć.

– Będzie tam inna nauczycielka, której będziesz asystowała?

– Nie. – Do głosu Nikki zaczęło się wkradać zniecierpliwienie. – Znalezienie własnego środka wyrazu nie jest czymś, czego można się nauczyć, przynajmniej nie w tradycyjnym znaczeniu tego słowa. Ludzie piszą, a ty nimi kierujesz. – Podniosła wzrok, żeby przyłapać mamę i Mindi uśmiechające się do siebie ukradkiem. – To ciężka praca – dodała.

– Dobrze, dobrze – mruknęła matka. Zwinęła roti i przeciągnęła nim po talerzu, żeby nabrać ciecierzycy.

– To jest świetna szansa – upierała się Nikki. – Będę też miała okazję zająć się redakcją i będę mogła zamieścić to później w CV.

– Chcesz być nauczycielką czy redaktorką? – zainteresowała się Mindi.

Nikki wzruszyła ramionami.

– Wydaje mi się, że to dwie różne sprawy. Albo uczysz, albo pracujesz w branży wydawniczej. Sama też lubisz pisać. Zamierzasz napisać własną historię?

– Naprawdę trzeba to definiować? – spytała Nikki. – Nie wiem, kim chcę być, ale powoli zbliżam się do rozwiązania tej zagadki. Odpowiada wam to?

Mindi podniosła ręce w geście poddania.

– Mnie tak. Staram się tylko dowiedzieć czegoś więcej o tym, czym się będziesz zajmować, to wszystko. Nie musisz się tak wściekać.

– Zrobię coś, by kobiety poczuły się silniejsze.

Teraz mama podniosła wzrok i wymieniła z Mindi strapione spojrzenie.

– Widziałam – rzuciła Nikki. – Co się stało?

– Czy większość kursantek to będą kobiety przychodzące do świątyni? – spytała Mindi.

– I co z tego?

– Więc uważaj – przestrzegła ją Mindi. – Zdaje się, że mają to być zajęcia dla początkujących pisarek, ale jeśli myślisz, że zmienisz ich życie, mieszając się do ich osobistych doświadczeń… – Mindi pokręciła głową.

– Problem z tobą polega na tym… – zaczęła Nikki.

– Wystarczy – powiedziała mama. Jej surowe spojrzenie stłumiło wszelkie protesty Nikki. – Bardzo rzadko przychodzisz na kolację, a gdy to robisz, zawsze dochodzi do sprzeczki. Jeśli jesteś zadowolona z tej pracy, cieszymy się razem z tobą. To przynajmniej znaczy, że nie będziesz już musiała pracować w dyskotece.

– To jest pub – Nikki zdobyła się tylko na tyle, by poprawić matkę. Nie wspomniała, że nadal będzie pracowała w O’Reilly’s. Pensja za umacnianie pozycji kobiet poprzez pisarstwo nie pokryje w pełni jej wydatków na życie.

– Tylko uważaj na siebie w czasie dojazdów. To są wieczorne zajęcia? O której godzinie się kończą?

– Mamo, wszystko będzie dobrze. Przecież to jest Southall.

– W Southall nie dochodzi do przestępstw? Tylko ja pamiętam przypadek Kariny Kaur? Chyba widziałaś zwiastuny programu o najbardziej tajemniczych i niewyjaśnionych zabójstwach w Wielkiej Brytanii?

Nikki westchnęła. Mama musiała wspomnieć o przypadku zabójstwa sprzed czternastu lat, żeby udowodnić swoją rację.

– Nigdy nie znaleziono sprawcy – ciągnęła matka. – Zabójca może nadal przebywać na wolności i polować na Pendżabki chodzące samotnie wieczorami.

Nawet Mindi wywróciła oczami w obliczu teatralności matki.

– Trochę dramatyzujesz – stwierdziła.

– Zgadza się, mamo. W Londynie morduje się różne dziewczęta, nie tylko Pendżabki – dodała Nikki.

– To nie jest śmieszne – zauważyła matka. – Kiedy dzieci odchodzą, rodzice muszą się zmierzyć z cierpieniem.

Po kolacji Mindi i Nikki zajęły się zmywaniem naczyń w kuchni, a mama udała się do salonu, żeby oglądać telewizję. Szorowały garnki i talerze w ciszy, dopóki Mindi się nie odezwała:

– Ciocia Geeta zarekomendowała mi kilku kawalerów do wzięcia. Podała adresy e-mailowe trzech, których pokrótce opisała.

– Ojej.

Nikki nie potrafiła zdobyć się na inną reakcję na wzmiankę o cioci Geecie. To była przyjaciółka mamy. Mieszkała przy tej samej ulicy i często wpadała do nich bez zapowiedzi; z trudem udawało jej się pohamować, by zachować wszystkie tajemnice, które znała. „Nie plotkuję, tylko dzielę się informacjami”, utrzymywała zawsze, zanim odsłaniała ruiny prywatnego życia innych ludzi.

– Wymieniłam się kilkoma e-mailami z gościem, który wydaje się w porządku – ciągnęła Mindi.

– Cudownie – stwierdziła Nikki. – W przyszłym roku o tej porze będziesz zmywała naczynia w jego kuchni zamiast w tej.

– Cicho bądź – ucięła Mindi, a po chwili dodała: – Ma na imię Pravin. Podoba ci się?

– Imię jak imię.

– Pracuje w branży finansowej. Rozmawialiśmy raz przez telefon.

– Zadałam sobie tyle trudu, by zamieścić twoje ogłoszenie na tablicy, a ty i tak korzystasz z usług cioci Geety jako swatki?

– Na ogłoszenie w świątyni nikt nie odpowiedział – odparła Mindi. – Jesteś pewna, że zamieściłaś je na tablicy ogłoszeń matrymonialnych?

– Tak.

Mindi przyjrzała się jej.

– Kłamczucha.

– Zrobiłam to, o co prosiłaś – upierała się Nikki.

– To znaczy?

– Zamieściłam ogłoszenie na tablicy z ogłoszeniami matrymonialnymi. Być może nie na najbardziej eksponowanym miejscu. Jest tam mnóstwo ogłoszeń i…

– Typowe – burknęła Mindi.

– Co takiego?

– Oczywiście włożyłaś jak najmniej wysiłku w to, żeby mi pomóc.

– Pojechałam aż do świątyni w Southall. To nie jest mały wysiłek – odpaliła Nikki.

– Ale zgłosiłaś się tam do pracy, co znaczy, że będziesz tam jeździła regularnie. Jak to jest? Możesz jeździć do Southall, pod warunkiem że robisz to dla siebie?

– Nie chodzi tylko o mnie. Pomagam kobietom.

Mindi prychnęła.

– Pomagasz? Nikki, to mi wygląda na twoją kolejną… – zamachała ręką, jakby chciała wyczarować słowo z powietrza – misję.

– A co jest złego w posiadaniu misji? – dopytywała Nikki. – Chcę pomóc kobietom opowiedzieć ich historie. To bardziej wartościowe spędzanie czasu niż szukanie sobie męża.

– Zawsze tak robisz – rzuciła Mindi. – Podążasz za swoimi tak zwanymi pasjami i nie zastanawiasz się nad tym, jakie to ma konsekwencje dla innych ludzi.

Znowu to oskarżenie. Łatwiej byłoby być kryminalistą skazanym uczciwie przez sąd niż córką Hindusów, która zawiodła rodzinę. Za przestępstwo otrzymuje się karę na określony czas, a nie jest się narażonym na osobiste wycieczki ze strony rodziny przez czas nieokreślony.

– Jakie konsekwencje dla innych miało moje porzucenie studiów prawniczych? To była moja decyzja. Owszem, tata nie mógł już opowiadać rodzinie w Indiach, że zostanę prawniczką. Wielkie halo. Nie było sensu poświęcać swojego szczęścia, żeby mógł się chwalić.

– Nie chodziło o chwalenie się – stwierdziła Mindi. – Tylko o obowiązek.

– Już mówisz jak indyjska żona.

– Miałaś swoje obowiązki względem taty. Tak bardzo pracował nad tym, żebyś miała osiągnięcia. Wszystkie te debaty w szkole, konkursy krasomówcze. Wciągał cię w rozmowy o polityce z przyjaciółmi i nie powstrzymywał cię, kiedy się kłóciłaś z mamą, jeśli jego zdaniem miałaś rację. Pokładał w tobie tyle wiary. – W głosie Mindi dało się słyszeć urazę.

Tata i mama również zabrali Mindi w podróż do Indii przed jej egzaminami, żeby podjąć duchowe działania, które miały zagwarantować, że dostanie się na studia medyczne. Okazało się jednak, że najlepsze dla niej będzie pielęgniarstwo – a nie medycyna – rozczarowanie taty było oczywiste. Ze wzmożonym entuzjazmem przeniósł swoje zainteresowanie na Nikki.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Roti – rodzaj indyjskich placków z mąki pszennej razowej (wszystkie przypisy pochodzą od redakcji). [wróć]

Gurudwara (gurdwara) – świątynia i miejsce zgromadzeń wyznawców sikhizmu. [wróć]

Egzamin zdawany powszechnie w Anglii, Walii i Północnej Irlandii przez uczniów w wieku 16 lat w trakcie piątego roku nauki w szkole średniej. [wróć]

Gurmukhi – pismo używane do zapisu języka pendżabskiego. [wróć]

Bhangra – rodzaj muzyki pop powstałej w Wielkiej Brytanii w kręgach imigrantów z subkontynentu indyjskiego, oparty na ludowej muzyce Pendżabu połączonej z elementami zachodniego rocka. [wróć]

Przy każdej sikhijskiej świątyni znajduje się darmowa, powszechnie dostępna jadłodajnia. [wróć]

Miodla indyjska – Azadirachta indica; drzewo o właściwościach leczniczych, antybakteryjnych i przeciwzapalnych. [wróć]

W celu podkreślenia równości wszystkich wyznawców, także kobiet i mężczyzn, w sikhizmie po imieniu wprowadzono dla kobiet przydomek Kaur „książę”, a dla mężczyzn Singh „lew”. [wróć]

Długi, cienki szal noszony przez indyjskie kobiety, zasłaniający piersi i ramiona, czasem zarzucany na głowę. [wróć]

Sat sri akal – pozdrowienie sikhów oznaczające: Prawda jest Bogiem albo Bóg jest Prawdą. [wróć]

Mianem gori Hindusi określają białe kobiety. [wróć]