Piętno Kaina - James Patterson, Marshall Karp - ebook
Opis

RED to wyjątkowy oddział policji stworzony przez burmistrza Nowego Jorku. Wybrani detektywi prowadzą śledztwa, w które są zamieszani ludzie z pierwszych stron gazet – politycy, aktorzy i sportowcy. Elita chroni elitę. Hunter Alden ma na koncie miliardy. Bez skrupułów łamie prawo, dąży do celu po trupach. Wydaje mu się, że jest bezkarny, ale ktoś jest innego zdania. Porywa nastoletniego syna Huntera i bestialsko morduje jego kierowcę. Detektywi Zach Jordan i Kylie MacDonald na próżno szukają świadków i motywów przestępstwa. Hunter nie chce z nimi współpracować. Nie docenia sprytu człowieka, który postanowił go zniszczyć. Kain - tak każe siebie nazywać wróg Huntera – jest bezwzględny i wie, gdzie szukać sojuszników. Umie uderzyć w najczulszy punkt. Detektywi po raz pierwszy wątpią w skuteczność śledztwa. Pozostaje im czekać, aż Kain popełni błąd.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 307


JAMES PATTERSON, MARSHALL KARP

Piętno Kaina

Tłumaczenie:

Dla Gerri i Victora Gompertów, którzy pomogli mi odnaleźć to, czego szukałem.

PROLOG

JEST KASA DO WZIĘCIA, MOŻNA SIĘ OBŁOWIĆ

I

Co roku trzydziestego pierwszego grudnia Hunter Hutchinson Alden Jr podejmował te same postanowienia noworoczne:

1. Być wartym x dolarów na koniec roku.

2. Rzucić picie.

Tym razem kwota docelowa wynosiła pięć miliardów. Zważywszy na to, że obecnie wyceniano go na cztery miliardy osiemset sześćdziesiąt milionów netto, realizacja pierwszego postanowienia wydawała się prosta. Co do postanowienia drugiego, to po czterdziestu pięciu minutach przyjęcia noworocznego urządzonego przez ojca i po trzech szklankach wody pellegrino już wiedział, że jest skazany na porażkę. Znowu.

Zaszył się w rogu kanapy z niebieskiej cielęcej skóry stojącej we wschodnim końcu Wielkiej Sali, by uniknąć kontaktu wzrokowego z rojem nadzianych narcyzów krążących po kompleksie Hutcha Aldena przy Piątej Alei i obnoszących się z bożonarodzeniową opalenizną z Saint-Barts.

Rok w rok widział tutaj ten sam tłum – czołowe nazwiska z Listy Bogatych i Płytkich. Sam bywał tu z jednego powodu. Miał obowiązek czarować gości swojego ojca.

W tej chwili jednak nie miał do tego głowy. Wściekłość wygrała z czarującym obejściem.

Wpatrzony w iPhone’a marzył, by telefon zawibrował, zadzwonił czy dał znak życia w jakikolwiek inny sposób. Ktoś z nich w końcu zadzwoni. Hunter miał nadzieję, że to nie będzie jego syn. Chłopak stchórzy i zrzuci odpowiedzialność na Petera, który zacznie gorąco przepraszać i siebie obwini za złe zachowanie Trippa.

Po pierwszym sygnale błyskawicznie wcisnął przycisk „Odbierz”.

– Gdzie, do cholery, jesteś? – warknął, nie wiedząc nawet, czy rozmawia z Trippem, czy z Peterem.

– Tak rozmawiasz z damą? – rozległ się w słuchawce seksowny kobiecy głos.

– Przepraszam. Spodziewałem się telefonu od najbardziej nieodpowiedzialnego osiemnastolatka na ziemi. A przynajmniej od kierowcy, którego już dawno wysłałem, żeby wyciągnął go z kłopotów.

– Nie jestem ani lekkomyślnym nastolatkiem, ani jego szoferem. Jestem za to blondynką, do tego napaloną blondynką, a ty, po głosie sądząc, jesteś bardzo wzburzony. Może jakoś mogłabym ukoić twoje nerwy?

– Oj, mogłabyś, mogła.

– Jesteś wolny?

– Oficjalnie żonaty, ale nie traktuję tego stanu ze śmiertelną powagą.

– To mi odpowiada – odparła blondynka. – Rzuć ją. Właśnie takiego mężczyzny szukam, a może już znalazłam.

– To znaczy jakiego?

– Który byłby wyzwaniem na całe życie.

– Czyli wartym zachodu… – Zamilkł na moment. – Gdzie mogę cię znaleźć?

– Tam, gdzie Romeo znalazł Julię.

Hunter spojrzał w stronę szerokiego balkonu po zachodniej stronie sali. Janelle, jego żona, zamachała wesoło, mówiąc przy tym:

– Zostań, gdzie jesteś, Romeo.

Hunter rozłączył się i patrzył, jak była Miss Alabamy z burzą blond włosów i w sukni z różowego jedwabiu schodzi po marmurowych schodach, a następnie zmierza ku niemu przez całą salę niczym urodzona ambasadorka witająca się po drodze z gośćmi.

Różowy był kolorem Janelle. Nosząc róż, czciła pamięć swojej siostry Chelsea, która pokonała raka piersi w wieku dwudziestu sześciu lat, a w wieku trzydziestu zginęła w zawalonych bliźniaczych wieżach World Trade Center.

Hunter poznał Janelle jedenastego września dwa tysiące drugiego roku w pierwszą rocznicę zamachu. Był jednym z tysięcy żałobników, którzy wypełnili strefę Ground Zero, by uczcić pamięć ofiar. I tam, w morzu szarości i czerni, ujrzał złotowłose różowe zjawisko o anielskiej twarzy.

Była całkowitym przeciwieństwem jego zmarłej żony. Marjorie urodziła się i wychowała na północy Stanów, skończyła Harvard Business School i zrobiła karierę na Wall Street. Janelle była nieodrodną córą Południa, nigdy w życiu nie uczyła się zasad biznesu, a zbierała miliony w akcjach dobroczynnych dzięki wrodzonemu i nieodpartemu wdziękowi.

Usiadła na kanapie obok Huntera i położyła mu dłoń na kolanie.

– Idę do domu. Jutro muszę wcześnie wstać.

– Jadę z tobą. Nie kochaliśmy się od roku.

– Nie tak szybko, kowboju. Czekają na ciebie na górze. – Wskazała dłonią balkon. – Hutch zaprosił kogoś, kto chce ci uścisnąć dłoń.

– W tym domu jest mnóstwo osób, którym według niego powinienem uścisnąć ręce.

– Ale tylko jedna jest nowym burmistrzem Nowego Jorku. Właśnie dlatego popija drinka z Hutchem w jego azylu, podczas gdy reszta błąka się bez celu po zamczysku. Do zobaczenia w domu.

– Jak tam dotrzesz? Ciągle nie mogę skontaktować się z Peterem.

– Na pewno naprawia auto Trippa.

– Peter nie jest mechanikiem, Janelle. To nasz kierowca. Kazałem mu zostawić samochód Trippa tam, gdzie go znajdzie, a samego Trippa zawieźć do domu. Unikanie kontaktu to sposób działania mojego syna, na dodatek zaraził tym Petera.

– Kochanie, przecież Tripp skontaktował się z tobą – zaoponowała Janelle. – Przysłał SMS-a, że potrzebuje pomocy, więc wysłałeś mu pomoc. Koniec, kropka. Przestań zajmować się drobiazgami i nie martw się o mnie. Hutch już zarządził, że Findley mnie odwiezie. A teraz czemu nie wprowadzisz w życie swoich nauk?

– Co masz na myśli?

– Bądź dobrym synem i nie spraw zawodu ojcu, który oczekuje, że przyjdziesz na górę i oczarujesz nową panią burmistrz. Nie każ na siebie czekać. – Pocałowała go przelotnie i ruszyła do wyjścia.

Hunter wstał i odetchnął głęboko. Sala pachniała dolarami, forsą branży wydawniczej, kosmetycznej i oczywiście finansowej. Te ostanie sprytnie zarabiane są wtedy, kiedy reszta świata stawia na coś zupełnie innego. Hunter dopił czwartą szklankę importowanej wody, przywołał na usta serdeczny uśmiech i skierował się w stronę tłustych kocurów.

– Hunter! – rozległ się głos Damona Parkera.

Parker był nikczemnym dziennikarzyną telewizyjnym. Między innymi na koncie miał to, że nazwał Hutcha Aldena swojskim Warrenem Buffetem, który na swoje nieszczęście spłodził syna, który jest równie bezlitosny, jak Rupert Murdoch.

Szedł ku niemu z wyciągniętą ręką, rozpływając się w uśmiechach, ale Hunter uniknął spotkania z tym typkiem, wbiegając po schodach wiodących do wartego pięć milionów dolarów centrum dowodzenia Hutcha, do którego nikt nie miał wstępu bez zaproszenia.

– Jesteś – powitał go ojciec, zmierzając ku niemu z Muriel Sykes u boku, wysoką, mocno zbudowaną kobietą, której twarz widniała tego ranka na pierwszych stronach wszystkich nowojorskich gazet. – Przywitaj się z naszym honorowym gościem.

– Pani burmistrz – powiedział Hunter – uścisnąłbym pani dłoń, ale widzę, że obie ma pani zajęte.

Zgodnie z tradycją noworocznych przyjęć u Hutcha, gospodarz serwował gościom smaki starego Nowego Jorku. Pani burmistrz trzymała w jednej ręce napoczętego hot doga, a koktajl mleczno-czekoladowy w drugiej.

Muriel Sykes podsunęła mu policzek, na którym Hunter złożył pocałunek.

– Wszystkiego dobrego w Nowym Roku i udanych rządów – powiedział. – Jak mija dzień?

– Kompletne szaleństwo. W największym skrócie: dziś rano zadzwonił do mnie z życzeniami prezydent, a wieczorem twój ojciec poczęstował mnie najlepszym nowojorskim hot dogiem, jakiego jadłam w życiu.

– Cały tata – skomentował Hunter. – Prawdziwy w każdym calu.

– Nie lubię jeść i zaraz wychodzić – powiedziała Sykes – ale przez cały dzień nadzorowałam przeprowadzkę do Gracie Mansion, więc teraz marzę tylko o jednym. Zrzucić buty i wyciągnąć nogi w nowej siedzibie. Szczęśliwego Nowego Roku.

Gdy Sykes nie mogła ich już słyszeć, Hutch zwrócił się do syna:

– Przez cały wieczór zerkałeś na telefon. Co było aż tak ważne, że nie mogłeś sobie odpuścić?

– Chodzi o Trippa. Miał kłopoty z wozem, i to akurat w Harlemie. Peter pojechał mu pomóc. Od paru godzin nie mam od nich wiadomości.

– Uspokój się, Harlem to ulubiona dzielnica Petera. Pewnie pokazuje Trippowi ciekawe miejsca. Haitańskie chłopaki wiedzą, jak się bawić… Oczywiście jeśli wiesz, co mam na myśli.

– Haitańskie chłopaki? Tak, tato, rozumiem twój niepoprawny politycznie komentarz.

– O co ci chodzi? Jestem politycznie poprawny. Psiakrew, właśnie wydałem majątek, pomagając tej damulce w wyborze na burmistrza.

Hunter wybuchnął śmiechem.

– Z podatkowego punktu widzenia to słuszna uwaga. Na pewno okaże się pomocna, jeśli będziesz jej potrzebował.

Potężnie zbudowany Hutch Alden otoczył syna ramieniem.

– Jeśli kiedyś my będziemy jej potrzebowali – sprostował. – Jak mówią w hiszpańskim języku: Mi mayor, su mayor. Jesteś gotów zejść pomiędzy tych starych bogatych pryków i roztoczyć przed nimi swój czar?

– Tato, niczego tak nie pragnę, jak zacieśniać więzy i ściskać dłonie – odparł Hunter, przybierając stosowny wyraz twarzy. – Prócz zlokalizowania Trippa i Petera, a potem ukręcenia im łbów.

II

Hunter od dziecka nie znosił noworocznych przyjęć, ale skoro ojcu ten cyrk sprawiał przyjemność, cóż mu pozostawało? Traktował to jak jeden z obowiązków wynikających z urodzenia.

Następne dwie godziny spędził w tłumie gości, wymieniając uściski dłoni, zdawkowe pocałunki i uprzejme, lecz puste frazesy, mające sprawiać wrażenie, że nic go to wszystko nie obchodzi. Jego rozmówcy zupełnie nie zdawali sobie sprawy z tego, jak wiele o nich wie.

Siłą napędową finansowej machiny Huntera Aldena była informacja. Wydawał miliony na czujne oczy i uszy na całym świecie. Sieć jego wywiadowców infiltrowała rządy, firmy i ciała nadzorcze. A ponieważ bogacze skrywali więcej brudnych sekretów niż inni, Hunter grzebał w osobistym życiu niemal wszystkich obecnych z zamiarem użycia swojej wiedzy przeciwko nim w stosownym momencie.

O dziesiątej wieczorem, po spełnieniu synowskiego obowiązku względem gości ojca, dyskretnie wymknął się z sali i zjechał prywatną windą Hutcha do holu.

– Na dworze jest zimno, panie Alden – zwrócił się do niego Nils, niski i przysadzisty odźwierny. – Minus siedem, a przez wiatr temperatura wydaje się jeszcze niższa. Na pewno nie potrzebuje pan płaszcza?

Na co mi płaszcz? – pomyślał Hunter. W jego świecie temperaturę kontrolowały specjalne urządzenia. Nawet zadaszenie nad wejściem było wyposażone w lampy grzejące, które miały zapewnić ciepło bogaczom, którzy muszą pokonać sześć metrów do czekającej limuzyny.

– Nie martw się, Nils, nic mi nie będzie – powiedział.

Przed budynkiem stał czarny cadillac ojca. Findley St. John, wieloletni kierowca Hutcha, na widok Huntera szeroko rozłożył ramiona.

Findley należał do niewielkiej garstki ludzi, którym udało się przeniknąć za mur, jaki wzniósł wokół siebie. Śpiewał z nim piosenki, kiedy wiózł małego Huntera do przedszkola, sprał trzech bandziorów, którzy napadli Huntera w liceum, no i omal nie stracił pracy, gdy zaklinał się na wszystkie świętości, że butelka wódki na tylnym siedzeniu cadillaca należy do niego, a nie do czternastoletniego wówczas syna Hutcha.

– Wszystkiego dobrego w Nowym Roku, kolego! – zawołał tubalnym głosem i zamknął Huntera w serdecznym uścisku.

– Wzajemnie, staruszku. Widzę, że nadal jeździsz tym amerykańskim rzęchem.

Findley położył dłoń w rękawiczce na klamce tylnych drzwi, otworzył je i zamknął, gdy tylko Hunter zajął swoje miejsce, nie dając szansy ogrzanemu powietrzu uciec z wnętrza limuzyny.

– Rzęchem? – powtórzył, sadowiąc się za kierownicą. – Wiesz, co mawia twój tatuś. „Jeśli jest wystarczająco dobry dla prezydenta Stanów Zjednoczonych, jest też wystarczająco dobry dla mnie”.

– Mój ojciec jest za stary i za bogaty, żeby zadowalać się czymś „wystarczająco dobrym”. Nic nie dorównuje niemieckiej inżynierii.

Takie słowne pojedynki staczali ze sobą od lat i Findley był zachwycony, że może stoczyć kolejny.

– Mimo to – rzucił, zerkając przez ramię na Huntera – ten solidny i niezawodny niemiecki samochód musiał wyciągać z kłopotów amerykański rzęch z Detroit.

– To nie auto było powodem kłopotów – zaoponował Hunter – ale nieodpowiedzialny haitański kierowca.

Findley zaśmiał się gardłowo. Pochodził z tej samej wioski co Peter.

– Odwiozłem panią Janelle do domu i ani słowem nie wspomniała o nieodpowiedzialnych Haitańczykach. Wyglądało na to, że źródłem kłopotów jest twój niesforny nastolatek. Jabłko pada niedaleko od jabłoni.

Niecałe pięć minut później Findley skręcił w Osiemdziesiątą Pierwszą Ulicę.

– Dobre wieści – zaanonsował, zatrzymując cadillaca przed czteropiętrową secesyjną rezydencją Huntera. – W garażu pali się światło. Wygląda na to, że Peter jest już w domu.

– Sukinsyn! – Hunter wyskoczył z auta, nie czekając, aż Findley otworzy mu drzwi. – Dlaczego nie dał mi znać?

– Nie będę tu stać, żeby się dowiedzieć – stwierdził Findley, uruchamiając silnik. – Nie bądź dla niego za twardy, chłopcze. Jest Nowy Rok.

Hunter skierował się prosto do garażu. Uniósł osłonę klawiatury i wpisał kod, bardziej podekscytowany perspektywą ujrzenia swojego wymarzonego auta niż konfrontacją z Peterem.

Jego maybach 62 S powstał w Center of Excellence w Sindelfingen w Niemczech. Według słów osobistego doradcy, który towarzyszył Hunterowi od chwili złożenia zamówienia aż po odbiór tego cacka, co trwało w sumie ponad rok, wóz był „majstersztykiem myśli motoryzacyjnej, starannie zaprojektowanym i doskonale wykonanym nie tylko dla wygody w poróżowaniu, ale i po to, by stać się odbiciem stylu i osobowości właściciela”. Dla Huntera był wart każdego centa z miliona stu tysięcy dolarów, jakie zapłacił za realizację swojego marzenia.

Drzwi garażu otworzyły się i do pomieszczenia wdarło się więcej światła. Hunter aż jęknął z wrażenia. Maybacha w środku nie było. Zamiast niego na podłodze wyłożonej srebrzystoperłowymi i szaroniebieskimi płytami stał jasnożółty futerał na kamerę wideo Trippa. Hunter odetchnął z ulgą. To oznaczało, że przynajmniej syn jest już w domu.

I wtedy je zobaczył. Z daleka wyglądały jak przypadkowe czerwone plamki na żółtym tle. Podszedł bliżej. Ciemnoczerwone linie nie były śladami po markerze. To była zaschnięta krew. A bezładne z pozoru linie układały się w napis HHA III – Hunter Hutchinson Alden III. Inicjały Trippa.

Hunter padł na kolana, odsunął metalowe zatrzaski i otworzył futerał. Na wierzchu zobaczył zasuwaną plastikową torebkę z telefonem komórkowym w środku. Odłożył ją na bok i cofnął się przerażony. Jego oczom ukazała się odcięta głowa ułożona na wyściółce z pianki. Z szyi zwisały zakrwawione strzępy naczyń krwionośnych. Oczy spoglądały prosto na Huntera.

To był Peter.

Między wargami miał wetknięty kawałek papieru. Hunter wyjął kartkę, rozłożył ją i wbił wzrok w siedem słów napisanych starannym charakterem pisma układających się w zdanie:

Jest kasa do wzięcia, można się obłowić.

Nagle zabrakło mu powietrza. Niemożliwe, niepojęte, a jednak się wydarzyło. Ktoś dowiedział się o Projekcie Gutenberg.

Roztrzęsiony Hunter Alden zamknął drzwi garażu i ruszył na górę, by nalać sobie pierwszego drinka w ledwie co zaczętym nowym roku.

CZĘŚĆ PIERWSZA

GRZECHY OJCA

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Przeżyłem najlepszy Nowy Rok w życiu, a kiedy rankiem drugiego stycznia otworzyłem oczy, euforia trwała nadal.

Przed moimi oczami roztaczała się panorama Central Parku z białymi śladami po śnieżnym Bożym Narodzeniu. Sufit nade mną ozdabiały ręcznie malowane cherubiny i rozbawione półnagie kobiety na leśnej polanie. A obok mnie leżała całkiem naga kobieta, która przyćmiewała urodą każdą z rzymskich bogiń uwiecznionych na fresku.

– Mogłabym się do tego przyzwyczaić – powiedziała Cheryl. – Zdecydowanie powinieneś zacząć brać więcej łapówek.

Dwa dni wcześniej Cheryl i ja zameldowaliśmy się w Steel Towers w Central Park South na krótki noworoczny urlop. Zamówiłem pokój stosowny do finansowych możliwości gliniarza, ale kiedy zjawiliśmy się w hotelu, zmartwiony recepcjonista poinformował, że nasz pokój jest niedostępny z powodu nagłej awarii i prac konserwacyjnych.

Odczekał stosowną chwilę, by na naszych twarzach pojawił się wyraz zawodu, po czym dodał już weselszym tonem:

– Proszę się nie martwić, detektywie Jordan. Zapewnimy państwu apartament o nieco wyższym standardzie.

Akurat w tym przypadku wersja „nieco wyższego standardu” okazała się penthouse’em o powierzchni stu sześćdziesięciu metrów kwadratowych na najwyższym piętrze tego luksusowego pięciogwiazdkowego hotelu.

– Mój Boże – westchnęła Cheryl, gdy konsjerż otworzył drzwi apartamentu. Spojrzała na cennik wiszący na drzwiach od wewnątrz. – Jedyne sześćset pięćdziesiąt dolarów za noc.

– Szczęśliwe przypadki trafiają się najsympatyczniejszym ludziom – sentencjonalnie skomentował konsjerż.

Od razu się domyśliłem, w czym rzecz. Nie był to żaden przypadek, tylko dyskretny gest wdzięczności ze strony Jasona Steele’a, właściciela hotelu. Kilka miesięcy temu jego żona padła ofiarą morderstwa, a moja partnerka Kylie MacDonald i ja rozwiązaliśmy tę sprawę.

Stojąc na progu apartamentu, zadzwoniłem do szefowej, kapitan Cates, i opisałem problem.

– Och, żaden problem – zaoponowała. – Jesteś tam jako osoba prywatna, nie policjant.

– Ale recepcjonista zwrócił się do mnie per detektywie Jordan. Wiedział, że jestem policjantem.

– Zach, jesteś jednym z nielicznych policjantów działających w NYPD Red. W ciągu pół roku dokonałeś dwóch spektakularnych aresztowań i znalazłeś się na pierwszych stronach gazet. Przywyknij do myśli, że ludzie będą cię rozpoznawać. Chciałeś znać moje zdanie, to posłuchaj: po prostu hotele tak robią. Siedź cicho, bierz ten apartament i dobrze bawcie się z Cheryl.

Nie trzeba nam było tego dwa razy powtarzać. Bawiliśmy się doskonale. Teraz jednak przyszedł czas na powrót do rzeczywistości. Wstałem z łóżka.

– Idę pod prysznic – oznajmiłem.

Cheryl przeciągnęła się leniwie jak kot w letnim słońcu i odsłoniła piersi.

– Chyba jednak wskoczę z powrotem do łóżka – powiedziałem.

– Wskakuj pod prysznic – odparła z uśmiechem. – Zaraz do ciebie dołączę.

– Nie ociągaj się. Na pewno wymyślimy najlepszą możliwą konfigurację, kiedy już się namydlimy.

W tej samej chwili zadzwonił telefon Cheryl.

– To pewnie moi rodzice z noworocznymi życzeniami. Wczoraj nie mogliśmy się zdzwonić. Tęsknię za nimi. Zaraz przyjdę.

W apartamencie były trzy łazienki. W każdej z nich zaliczyliśmy gimnastykę we dwoje pod prysznicem. Poszedłem do naszej ulubionej.

Przygasiłem światła, włączyłem nastrojowy jazz, wszedłem do dwuosobowej kabiny obłożonej zielonymi granitowymi płytami i odkręciłem wodę. Byłem w siódmym niebie.

Chociaż w pracy codziennie stykam się z najbogatszymi mieszkańcami Nowego Jorku, rzadko mam okazję zaznać luksusu będącego ich udziałem. Dałem się ponieść pulsującemu rytmowi wody o sześciostopniowej regulacji ciśnienia, zamknąłem oczy i pogrążyłem się w myślach o pięknej, ciemnowłosej Latynosce o karmelowej skórze i przenikliwej inteligencji, w której byłem coraz bardziej zakochany.

Poznałem Cheryl Robinson cztery lata temu. Była psycholożką w NYPD, a ja kandydowałem do najbardziej elitarnej jednostki w Nowym Jorku. Ocena mojej osoby zajęła jej trzy godziny. Ja ze swojej strony potrzebowałem zaledwie trzech sekund, by ocenić Cheryl. Nigdy przedtem nie widziałem tak ponętnej policjantki czy psycholożki i gdyby nie złota obrączka na jej palcu, a także fakt, że właśnie ta Latynoska stała między mną a najlepszą pracą w policji, rzuciłbym jej się do stóp.

Dostałem tę pracę, a pół roku później, niedługo po tym, jak Cheryl na dobre zdjęła obrączkę, dostałem również ją. Dotąd byłem zakochany tylko raz. Jedenaście lat wcześniej wdałem się w namiętny, trwający dwadzieścia osiem dni romans z koleżanką z akademii policyjnej, prześliczną i przewspaniałą Kylie MacDonald. Rzuciła mnie jednak i wróciła do poprzedniego chłopaka, a po roku została jego żoną.

Dziesięć lat później Wydział do spraw Doprowadzania do Szału Zacha Jordana postanowił przetestować moją emocjonalną wytrzymałość i znowu postawił Kylie na mojej drodze. Ale nie jako moją dziewczynę, lecz jako partnerkę w rozwikływaniu zbrodni. Tym sposobem od pół roku Kylie i ja staliśmy się nierozłączni, poza tymi chwilami, kiedy co wieczór jechała do domu i męża, Spence’a Harringtona.

Upłynęło piętnaście minut, a Cheryl ciągle się nie zjawiała. Zmęczony czekaniem wytarłem się, włożyłem biały frotowy szlafrok i wróciłem do głównej sypialni.

Cheryl nadal rozmawiała przez telefon.

– Bądź silny. Przyjadę najszybciej, jak to możliwe. Powiedz jej, że ma się trzymać, i pozdrów ją serdecznie ode mnie. – Rozłączyła się i spojrzała na mnie. – Zach, przykro mi. Pilna sprawa rodzinna.

– Twoja mama zachorowała? – zapytałem.

– Nie. Chodzi o mamę Freda.

Zaraz, przecież Fred był eksmężem Cheryl. Eks przez wielkie E.

– To on dzwonił?

– Tak. – Skinęła głową. – Jest załamany.

– Myślałem, że Fred to już przeszłość.

– Bo tak jest, ale jego matka umiera. Mówiłam ci, że mam zamiar jechać w przyszły weekend do Bedford na urodziny Mildred. Niestety wygląda na to, że nie dożyje urodzin. Pojadę do biura, załatwię parę spraw i złapię pociąg do szpitala Northern Westchester. – Wstała z łóżka i narzuciła szlafrok. – Przepraszam, skarbie, ale wezmę prysznic. Szybki i w pojedynkę. – Skierowała się do łazienki. – Och, jeszcze coś. Kiedy rozmawiałam z Fredem, zadzwoniła twoja komórka. Zobaczyłam, że to Kylie, odebrałam i powiedziałam, że zaraz oddzwonisz.

Kylie mnie potrzebowała, co oznaczało pracę. Fred potrzebował Cheryl, co dla mnie oznaczało galopadę niespokojnych myśli.

Zadzwoniłem do Kylie.

– Szczęśliwego Nowego Roku – powiedziałem.

– Nie dla wszystkich – odparła. – W parku Riverside mamy bezgłowe zwłoki.

Pozbawianie głów to ulubiona metoda działania meksykańskich karteli narkotykowych, ale w Nowym Jorku coś takiego zdarzało się bardzo rzadko, a jeszcze rzadziej miała z tym do czynienia nasza jednostka.

– Jesteś pewna, że to robota dla Red? – zapytałem.

– Ciało ma na sobie uniform szofera – odparła Kylie – a na parkingu stoi wielka limuzyna z tablicą rejestracyjną ALDEN 2. Czyli jest to sprawa dla nas. Gdzie jesteś?

Wyjaśniłem jej. Powiedziała, że przyjedzie po mnie za dziesięć minut, i kazała mi czekać przed wejściem.

Tak skończyła się moja noworoczna euforia.

ROZDZIAŁ DRUGI

Niewielu nowojorczyków wie o tym, że park Riverside powołał do życia ten sam człowiek, który zaprojektował Central Park. I choć nie jest najbardziej znanym dziełem Fredericka Lawa Olmsteda, ten liczący sześć i pół kilometra pas zieleni rozciągający się nad rzeką Hudson od Siedemdziesiątej Drugiej do Sto Pięćdziesiątej Ósmej Ulicy jest najpiękniejszym terenem zielonym i rekreacyjnym w mieście.

Kylie pojechała na północ Aleją Henry’ego Hudsona, skręciła gwałtownie pod mostem Waszyngtona i skierowała się na południe, póki naszym oczom nie ukazało się wejście do parku przy Sto Pięćdziesiątej Pierwszej.

Na parkingu roiło się od wozów policyjnych. Jedynym cywilnym autem była lśniąca czarna limuzyna, która nie pasowała do tego miejsca jak amator na wyścigu kolarskim zawodowców.

Dostrzegliśmy faceta, którego szukaliśmy. Chuck Dryden to wybitny technik kryminalistyczny i patolog o charyzmie mokrej maty łazienkowej. Miał ksywkę Milcz-Dryden, ponieważ interesowała go wyłącznie praca i nie tracił czasu na towarzyskie pogawędki, kwitując wszystko mruknięciami typu „mhm” lub bardziej lapidarnie, czyli „hm”. Odkryłem jednak, że istnieje defibrylator, który był w stanie poruszyć jego wyprane z emocji serce. Jak wielu mężczyzn durzył się w Kylie.

Dlatego na jego widok moja partnerka przejęła funkcję zarządzającej rozmową.

– Mamy szczęście, Zach. To nasz ulubiony technik. Szczęśliwego Nowego Roku, Chuck – powiedziała, uwodzicielskim ruchem wkładając lateksowe rękawiczki, jakby miała na myśli coś innego niż ochrona przed zanieczyszczeniem miejsca zbrodni.

Chuck Dryden spuścił wzrok.

– Wzajemnie – wymamrotał i natychmiast przeszedł do referowania dokonanych już obserwacji: – Ofiarą jest prawdopodobnie Peter Chevalier, pięćdziesiąt pięć lat, z Cité Soleil na Haiti. Obywatel amerykański od roku tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego ósmego, zamieszkały przy Osiemdziesiątej Pierwszej Wschodniej.

– Prawdopodobnie? – powtórzyła Kylie.

– W kieszeni ofiary znaleźliśmy portfel – wyjaśnił Dryden. – W normalnych warunkach zdjęcie z prawa jazdy pozwoliłoby mi dokonać identyfikacji, ale głowa tego gościa zniknęła.

Odchylił brezent okrywający ciało, dał nam dziesięć sekund na oględziny zwłok i z powrotem nasunął brezent.

– Tablica rejestracyjna sugeruje, że wóz jest zarejestrowany na Alden Investments, własność Huntera Hutchinsona Aldena Juniora. Brak śladów walki w środku. Sądząc po plamie krwi, pan Chevalier stał na zewnątrz, kiedy obcięto mu głowę.

– Czas zgonu? – zapytałem.

– Wczoraj wieczorem, a mówiąc precyzyjniej, między siódmą pięćdziesiąt dwie a ósmą jedenaście.

– Skąd wziąłeś tak dokładne ramy czasowe? – spytałem zdumiony.

Po twarzy Drydena przemknął ledwie dostrzegalny uśmiech.

– Wczoraj w Nowym Jorku panował mróz, który nasilił się wieczorem – wyjaśnił. – Jeszcze mroźniej niż w pozostałych częściach miasta było tutaj, nad rzeką. Nie określę dokładnie czasu, póki nie zbadam w laboratorium śladów krwi, zawartości żołądka, stężenia pośmiertnego, to znaczy zwykłych śladów. Ale na ziemi od strony drzwi kierowcy znaleźliśmy telefon komórkowy. Wygląda na to, że ofiara pisała SMS-a do Aldena, kiedy morderca zaszedł ją od tyłu.

Uniósł komórkę, żebyśmy mogli przeczytać wiadomość:

Nie mogę znaleźć Trippa. Czy mam…

– Nie dokończył tekstu i go nie wysłał, więc nie wiadomo dokładnie, kiedy go napisał – ciągnął Dryden – ale jest wiele wiadomości od Aldena, a wszystkie w stylu: „Zadzwoń do mnie, gdzie jesteś, do cholery?!”. Ponieważ na wszystkie wcześniejsze SMS-y Chevalier sumiennie odpowiadał, logiczne się wydaje, że zgon nastąpił między ostatnią odpowiedzią Chevaliera o siódmej pięćdziesiąt dwie a SMS-em od Aldena o godzinie ósmej jedenaście.

– Przyczyna śmierci? – zapytała Kylie.

– Doskonałe pytanie, pani detektyw – odparł Dryden. – Wielu gliniarzy, by nie wyjść na mało bystrych, nie spytałoby o to, co zabiło człowieka pozbawionego głowy, i wszyscy bardzo by się pomylili, myśląc, że odpowiedź już znają. To nie była prosta egzekucja w stylu kata z toporem. – Przerwał na moment. – Na ciele brak ran postrzałowych i kłutych, ale znalazłem świeże zasinienie w okolicy krzyżowej, odpowiadające śladowi kolana przy duszeniu od tyłu. Ponieważ głowę odcięto piłą linkową, co pozostawia zwykle wielki bałagan, a nie widzę żadnych śladów zaciskania, uduszenie jest jedynie hipotezą. Możliwe, że został uduszony piłą linkową, a dopiero potem odcięto mu głowę. Tak czy siak, głowa została odcięta po śmierci.

– Jestem miastową dziewczyną – powiedziała Kylie. – Co to jest piła linkowa?

Wiedzieliśmy, że Dryden ma w mózgu istny sezam wiedzy o wszelkiej możliwej broni i narzędziach zbrodni. Zawsze podejrzewaliśmy, że w piwnicy trzyma całą kolekcję tych specyficznych przedmiotów.

– Piła linkowa to ząbkowany łańcuch ze stali węglowej z uchwytami na obu końcach. Ma wszystkie zalety piły łańcuchowej, ale nie powoduje hałasu.

– Dziękuję, Chuck – odparła Kylie. – Jesteś jak zwykle bardzo konkretny.

Skinął głową, po czym dodał:

– Zadzwonię z laboratorium, kiedy poznam więcej szczegółów. I nie muszę chyba dodawać, że jeśli znajdziecie la tête de Monsieur Chevalier, powinniście jak najszybciej mi ją podesłać. Bardzo potrzebuję tej główki.

– Jasne – powiedziała Kylie. Odczekała, aż Chuck znajdzie się poza zasięgiem głosu, i dodała szeptem: – Pewnie potrzebuje jej do uzupełnienia kolekcji.

ROZDZIAŁ TRZECI

– Prosiłam Matta Smitha, żeby odszukał Petera Chevaliera w systemie – oznajmiła Kylie. – Przez lata dostał wiele mandatów za nieprawidłowe parkowanie, co mnie nie dziwi. Pasażerowie limuzyn wolą zapłacić karę, niż przejść pół przecznicy. Poza tym był wzorowym obywatelem.

– Wzorowi obywatele raczej nie mają wrogów, szczególnie takich od obcinania głów – skonstatowałem. – Z drugiej strony jego szef jest jednym z najbogatszych i najbardziej bezwzględnych sukinsynów na Wall Street.

– Akurat tak się składa, że bogate i bezwzględne sukinsyny są naszą specjalnością. Utnijmy sobie pogawędkę z panem Aldenem.

Zaparkowaliśmy na drugiego przy Osiemdziesiątej Pierwszej Wschodniej i już mieliśmy wysiąść z wozu, gdy w drzwiach domu stanął Hunter Alden z innym mężczyzną.

– Cholera – rzuciła Kylie. – Ten niższy w płaszczu to Silas David Blackstone.

– Znasz go?

– O tak, wazeliniarski dupek. Jest szefem SDB Investigative Services. Jeśli masz jakiś prawniczy problem, Silas Blackstone ci to załatwi. Jeśli to nielegalne, zrobi to za pieniądze. Dowiedzmy się, co tu robi.

Gdy wysiedliśmy z wozu, Alden i Blackstone natychmiast nas zauważyli.

– Kylie? Kylie MacDonald? – zawołał szef SDB, zbiegł po schodach i otworzył nam bramę. – Cóż za miła niespodzianka – mówił dalej. – Śledziłem twoją drogę zawodową. Robisz furorę w NYPD, prawda?

– To mój partner – powiedziała Kylie, ignorując pytanie. – Detektyw Zach Jordan.

– Silas David Blackstone. Jordan, szczęściarz z ciebie. Zabiłbym, żeby całymi dniami jeździć po mieście z tą kobietą. Tyle że ze mną jeździłaby o niebo lepszym wozem.

Wyciągnął dłoń na powitanie. To była niechęć od pierwszego uścisku rąk.

Potem zwrócił się ponownie do Kylie i spytał:

– Jak twój mąż? Słyszałem, że choruje.

Wazeliniarz to mało powiedziane. Musiał wiedzieć, że Spence był na odwyku, ponieważ uczynił w powietrzu znak cudzysłowu przy słowie „choruje”.

– Wraca do zdrowia, dziękuję. – Kylie wyjęła odznakę i pokazała ją Aldenowi. – NYPD – oznajmiła. – Hunter Alden?

– Tak, to ja. Proszę wejść – powiedział Alden.

Kylie i ja podeszliśmy do drzwi z Blackstone’em tuż za plecami.

– Detektywi Kylie MacDonald i Zach Jordan – przedstawiła nas. – Skoro rozmawiał pan z panem Blackstone’em, zapewne zna pan powody naszej wizyty.

– Tak, Peter zaginął ubiegłej nocy. Niepokoiłem się i zadzwoniłem do Silasa.

– A ja dowiedziałem się o morderstwie z radia. I przyjechałem przekazać złe wieści panu Aldenowi.

– Jakim cudem? – zapytałem. – Przecież nie podano nazwiska ofiary.

Blackstone wydął usta, przez co jego sztuczny uśmiech zmienił się w prawdziwie szyderczy uśmieszek.

– Tak, detektywie, ale podano opis samochodu. Po naszych drogach jeździ niewiele maybachów. Ich cena zaczyna się od czterystu tysięcy dolców. Ten ma dodatkowo blachę pancerną, kuloodporne okna i całkowicie…

– Wystarczy, Silas – przerwał mu Alden.

– Chcę im uświadomić, że mają na parkingu policyjnym wóz wart milion dolarów, więc powinni go oddać jak najszybciej. Nawiasem mówiąc – tu Silas zwrócił się do mnie i Kylie – mówi się „maj-bach”, nie „mej-bak”. Przypuszczam, że wasz dyspozytor przywykł raczej do hond i toyot.

– Dosyć, do cholery! – Alden podniósł głos.

– Już wychodzę – stwierdził Blackstone. – Cudownie było znów cię zobaczyć, Kylie. Pamiętaj, że dla ciebie zawsze znajdzie się posada w SDB.

Gdy pokonał trzy schody, zatrzymał się i odwrócił do szefa.

– Jest pan w dobrych rękach, panie Alden – dodał. – Tych dwoje to nie są zwykli policjanci. Służą w NYPD Red. To najlepsze, co może zaoferować… – znacząco uniósł brwi i lekko wzruszył ramionami – sektor publiczny.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Hunter Alden wprowadził nas do imponującego holu. Większość ludzi ogląda takie architektoniczne cuda wyłącznie w kinie lub na ekranie telewizora. Już wiedziałem, że to, co ukazało się naszym oczom, to schody motylowe[1], które zwykli śmiertelnicy nazywali dwustronnymi, bowiem można się po nich poruszać z obu stron.

Słoje na posadzce wskazywały na drewno, przy tym podłoga lśniła niczym hebanowe klawisze fortepianu. Z pokrytego kunsztownymi rzeźbieniami sufitu zwieszał się kryształowy żyrandol. Po lewej widniały drewniane drzwi ze srebrnymi kratami i fazowanymi lustrami.

Jedynym barwnym elementem, kontrastującym z monochromatycznym tłem tworzonym przez odcienie czerni i szarości, była imponująca choinka stanowiąca centralny punkt holu. Wznosiła się ponad balustradę z kutego żelaza na piętrze i równie dobrze mogłaby stać w Białym Domu. Poczułem się jak w świątecznym numerze Architectural Digest.

– Przepraszam za Blackstone’a – powiedział Alden, zamykając drzwi wejściowe. – To zgryźliwy dupek, ale świetny w tym, co robi.

– A czym się dokładnie zajmuje? – zapytała Kylie.

Jeśli czekało nas zwiedzanie rezydencji Aldena, to właśnie straciliśmy na to szansę. Hunter Alden zatrzymał się gwałtownie w przejściu i spytał nieprzyjaznym tonem:

– A co to panią obchodzi, pani detektyw? Moja rodzina przeżywa straszliwy dramat. Peter był z nami przez dwadzieścia trzy lata. Przed chwilą usłyszałem, że jesteście najlepszymi policjantami w wydziale, a pani wyskakuje z obcesowym pytaniem, które narusza moją prywatność.

Niektórzy policjanci na jej miejscu zaczęliby przepraszać, ale Kylie urodziła się z poważnie uszkodzonym genem przepraszania i nie pozostała dłużna:

– Panie Alden, nie od takiego pytania zamierzałam rozpocząć naszą rozmowę, ale gdy wchodzę do domu ofiary zabójstwa i widzę takiego „zgryźliwego dupka” jak Blackstone, to po prostu chcę wiedzieć, co on tu robi. Przykro mi z powodu pańskiej straty, ale ponieważ oboje chcemy się dowiedzieć, kto zabił Petera Chevaliera, pozwoli pan, że zadam panu inne pytania.

– Sam mam ich kilka. – Alden odwrócił się od niej i spojrzał prosto na mnie. – Niech mi pan powie – zaczął łagodniejszym tonem zarezerwowanym dla osoby grającej rolę dobrego gliniarza – czy to był napad rabunkowy? Mam nadzieję, że nie zginął, broniąc mojego auta. Został zastrzelony? Dźgnięty nożem?

– Nie, proszę pana. Wygląda na to, że Peter Chevalier najpierw został uduszony, a potem pozbawiony głowy.

Tej informacji Blackstone nie mógł mu przekazać.

– Odcięli mu głowę? – Z wrażenia Alden cofnął się o krok. – Nie wiem, co powiedzieć…

– Może pan zacząć od odpowiedzi na pytanie, czy Peter miał wrogów.

– Miał opinię kobieciarza. Pewnie w swoim życiu wkurzył paru mężów i narzeczonych.

– Na tyle, żeby któryś chciał go zabić?

– Detektywie, jestem jego pracodawcą, nie kumplem. Wiem tylko tyle, ile wam powiedziałem.

– Czy kiedykolwiek pożyczał pański wóz na własny użytek?

Alden rzucił mi takie spojrzenie, jakby przyłapał mnie na spluwaniu do wazy z ponczem. Najwyraźniej uważał, że nie mam pojęcia o nieprzekraczalnych granicach między państwem a służbą.

– Oczywiście, że nie – warknął.

– To znaczy, że w chwili śmierci pracował dla pana. Może nam pan powiedzieć, co robił sam na pustym parkingu przy West Side Highway o tak późnej porze?

Powtórzył pytanie, co było oczywistą wskazówką, że nie zamierza na nie odpowiedzieć, ale zapędziłem go w kozi róg, więc „nie mam pojęcia” nie wchodziło w rachubę.

– Wyjaśnienie jest proste – powiedział po chwili. – Wczoraj wieczorem około szóstej trzydzieści dostałem SMS-a od mojego syna Trippa z informacją, że popsuł mu się samochód, więc wysłałem po niego Petera.

– W takim razie Tripp musi być jedną z ostatnich osób, które widziały go żywego – wtrąciła Kylie, wyczuwając, że Alden jest w defensywie.

– Nie, w ogóle się nie spotkali – odparł szybko. – Tripp zadzwonił do mnie i powiedział, że Peter się nie pojawił. W końcu po syna przyjechał jeden z jego kolegów, u którego Tripp przenocował.

– Jakim autem jeździ pański syn? – zapytała Kylie.

– Jedną z tych bezużytecznych hybryd, priusem. Niebieskim czy zielonym, tego niestety nie pamiętam.

– W pobliżu miejsca zbrodni nie było samochodu odpowiadającego temu opisowi – zauważyłem.

– Był pan w parku Riverside? To wielki teren. Na pewno się znajdzie. Czy to wszystko, państwo detektywi? Jestem bardzo zajęty.

– To na razie wszystko. Chcielibyśmy jednak pomówić z pańskim synem – odparłem.

– Teraz to niemożliwe. Jest uczniem ostatniej klasy w Barnaby Prep. W tym liceum obowiązuje ścisły zakaz używania telefonów komórkowych, ale zostawię mu wiadomość. – Wyjął z kieszeni telefon. – Zdaję sobie sprawę, że Silas zachował się nietaktownie – ciągnął, wciskając przycisk szybkiego wybierania – ale naprawdę potrzebuję wozu, i to najszybciej, jak tylko się da. Mogę liczyć na przyśpieszenie… Chwilę, odezwała się jego poczta głosowa. Cześć, Tripp. Wieczorem coś się stało z Peterem, policja jest u mnie w tej sprawie. Mają do ciebie kilka pytań. Zadzwoń do mnie, kiedy będziesz mógł, a ja was umówię. – Rozłączył się. – Jeśli zostawicie mi namiary, skontaktuję się z wami, jak tylko Tripp się odezwie.

Podałem mu wizytówkę, mówiąc przy tym:

– Ostatnie pytanie, panie Alden. Powiedział pan, że syn pierwszy raz zadzwonił do pana w sprawie kłopotów z autem o szóstej trzydzieści. O tej godzinie w parku było już ciemno, pusto i bardzo zimno. Co tam robił tak późno?

– Tripp ma fioła na punkcie filmów – wyjaśnił Alden. – Poprosiłem, żeby zrobił wideo-niespodziankę dla mojego ojca, który w marcu kończy siedemdziesiąt lat. Sądzę, że Tripp postanowił nakręcić zdjęcia w miejscach, gdzie dorastał mój ojciec.

– A gdzie dokładnie? – Gdy się zawahał, dodałem: – Proszę, niech pan wysili pamięć. Jeśli pański ojciec jest w tym względzie podobny do mojego, zaciągnął tam pana co najmniej kilka razy, żeby pokazać, gdzie mieszkał jako dziecko.

Aldenowi szybko wróciła pamięć.

– Ma pan rację. To Sto Trzydziesta Szósta Zachodnia numer pięćset trzydzieści.

– To adres w Harlemie – zauważyłem.

– Wiem. Doskonała ilustracja historii od zera do milionera. Już sobie wyobrażam minę ojca, gdy zobaczy to nagranie. – Otworzył nam drzwi. – Dajcie mi znać, co z autem. To dla mnie nie tylko środek lokomocji, ale też mobilne biuro. Bez niego się pogubię.

Uśmiechnął się na pożegnanie. Wyglądało na to, że szybko się otrząsnął po tej strasznej tragedii.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Kylie usiadła za kierownicą i ruszyła z piskiem opon.

– Co za palant! – rzuciła z wściekłością. Przejechała na czerwonym świetle Osiemdziesiątą Pierwszą Ulicę i ostro skręciła w lewo w Piątą Aleję. – Nastoletni syn prosi go o pomoc, kierowca, którego wysyła, zostaje zamordowany, a on nie może się doczekać reakcji ojca na film?

Poświąteczny ruch uliczny był niewielki. Zapiąłem pasy bezpieczeństwa, gdy strzałka szybkościomierza zbliżyła się do setki.

– Wydaje się, że śmierć Petera jest dla tej rodziny bardziej niedogodnością niż tragedią. A zmieniając temat: możesz zwolnić?

Kylie nie zwolniła, tylko spytała:

– I co tam porabiał ten obleśny Blackstone?

– Ty mi powiedz, K. Mac – użyłem jej ksywki. – To ciebie coś z nim łączy.

Zdjęła rękę z kierownicy i pokazała mi środkowy palec.

– Nie, Zach. To ciebie i mnie coś łączyło. Blackstone jest tylko facetem, który lubi mi dogryzać. Miło z jego strony, że zarekomendował nas Aldenowi jako członków jednostki NYPD Red, specjalnego gatunku policjantów szkolonych do tego, by służyli bezdusznym bogaczom i ich chronili.

– Przynajmniej teraz Alden wie, że jesteśmy najlepsi, po prostu lepszych już się nie znajdzie… w sektorze publicznym.

– Dla tego napuszonego dupka moglibyśmy być nawet z NYPD Platinum, a i tak nie puści pary z gęby. Nie chciał nawet przyznać, gdzie dorastał jego ojciec. Sprytnie to z niego wyciągnąłeś.

– Dzięki, ale zdradził tylko tyle, ile sami byśmy się dowiedzieli. W jego historii są słabe punkty, ale raczej nie kłamał, gdy powiedział, że Peter i Tripp się nie spotkali. Właśnie ta informacja była w wiadomości, którą pokazał nam Dryden. Muszę jednak zyskać całkowitą pewność.

Zahamowała z piskiem opon na rogu Siedemdziesiątej Drugiej Ulicy i Piątej Alei, wyskoczyła z wozu i przesunęła kozioł blokujący wejście do Central Parku. Wskoczyła z powrotem do auta, wjechała do parku, wysiadła i ustawiła kozła na swoim miejscu.

– Nie wiem, dlaczego zamykają park dla aut w takie dni – powiedziała, kierując się na zachód. – Nie ma biegaczy, rowerzystów…

– Tylko stuknięci kierowcy – wpadłem jej w słowo. – Domyślam się, że nie wracamy na komisariat.

– Zaczynamy działać, Zach. Dobrze kombinujesz, nie wracamy na komisariat.

– W takim razie jedziemy albo do Barnaby Prep porozmawiać z Trippem, albo do Harlemu, żeby obejrzeć okolicę, gdzie dorastał dziadek.

– Jedno i drugie – odparła z uśmiechem. – Złapiemy Trippa, kiedy skończy zajęcia. Ale najpierw sprawdźmy adres podany przez Aldena i przekonajmy się, czy ktoś widział tam wczoraj Trippa z kamerą.

Mieliśmy cały park dla siebie, więc Kylie nie zważała na czerwone światła, ograniczenie prędkości i lód na drodze.

– Jeśli dobry Bóg sprawi, że przeżyjemy tę jazdę – powiedziałem kąśliwie – to pamiętaj, że musimy zadzwonić do Chucka Drydena i przykazać mu, by jak najszybciej odesłał „mej-baka” Aldenowi. Bez niego biedak całkiem się pogubi.

– Oczywiście – powiedziała, mknąc po łukach East Drive. – Oddanie Aldenowi bezcennego mobilnego biura to numer dwa na liście moich priorytetów. Zaraz po znalezieniu zabójcy kierowcy Aldena.

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Kylie opuściła park od strony północnej, wjechała w Sto Dziesiątą, potem w Broadway i skręciła w Sto Trzydziestą Szóstą w rekordowym czasie ośmiu minut. Potem zwolniła i w ślimaczym tempie skierowała się na wschód w stronę Amsterdam Avenue.

– Wypatruj jednej z tych bezużytecznych hybryd. Niebieskiej, może zielonej.

W połowie przecznicy dostrzegłem poszukiwane auto.

– Zielony prius – oznajmiłem, wskazując samochód stojący przed domem oznaczonym numerem pięćset trzydzieści. Sprawdziliśmy tablice rejestracyjne. Samochód był zarejestrowany na Alden Investments.

Podeszliśmy do auta i sprawdziliśmy wszystkie klamki. Prius był zamknięty.

– Otwórz łomem – zaproponowała Kylie.

– Auto stoi prawidłowo. Nie mamy powodu podejrzewać, że zostało użyte podczas popełniania przestępstwa – zaoponowałem. – A może NYPD ostatnio zniósł zakaz włamywania się do prawidłowo zaparkowanych aut?

– Po co Tripp napisał do ojca, że zepsuł mu się samochód w parku Riverside, skoro auto stoi tutaj?

– To moje domysły, ale jeśli planujesz odciąć komuś głowę piłą linkową, nie zrobisz tego na środku Sto Trzydziestej Szóstej w Nowy Rok, bo będziesz mieć tłum świadków. W tym samym czasie park jest pusty. Zero świadków.

– Posądzasz Trippa o zabicie Chevaliera? – zapytała Kylie.

– Nie, ale i tak trzeba go umieścić na liście podejrzanych. Jeśli tego nie zrobił, ktoś inny użył jego telefonu, wysłał SMS-a i zwabił Petera do parku.

– Kto?

– Nie wiem – przyznałem. – Popytajmy tutejszych mieszkańców.

– Kogo? Jest piekielnie zimno. Na ulicy nie roi się od świadków.

– Znajdźmy wdowę w oknie.

Spojrzała na mnie zaskoczona.

– Kogo?

Kylie i mnie łączyły dwa rodzaje więzi. Chociaż kochankami byliśmy tylko przez miesiąc, odsłoniłem przed nią duszę i zdradziłem swoje największe sekrety. Nasz związek jako partnerów w pracy był tak świeży, że nie zdążyłem jeszcze podzielić się z nią wszystkimi nabytymi przez lata doświadczeniami.

– Wdowa w oknie – powtórzyłem. – Praktycznie każda okolica taką ma. Może lepiej użyć słowa „sąsiedztwo”, czyli zaludniony teren tworzący lokalną całość. „Wdowa w oknie” to starsza siwa pani, która zwykle mieszka na parterze od frontu. Dzieci są już dorosłe i dawno się wyprowadziły, mąż nie żyje, a jej obecne życie polega na siedzeniu przy oknie i obserwowaniu sąsiadów. W dzisiejszych czasach może mieć komórkę i kiedy widzi coś ciekawego, chce się tym podzielić z innymi i dzwoni do każdego, kogo ma pod przyciskiem szybkiego wybierania i kto mógłby okazać choćby cień zainteresowania. Może w twojej okolicy nie było takich wdów, ale wierz mi, że w tej części miasta jest przynajmniej jedna w każdym kwartale tworzącym owo „sąsiedztwo”.

– To najgłupsza teoria, jaką słyszałam – skwitowała Kylie.

– Może, ale w tej chwili tylko taką mamy. Popraw mi humor. Chodź ze mną poszukać takiej wdowy.

Przeszliśmy całą przecznicę od Broadwayu po Amsterdam Avenue, ale w żadnym oknie nie zobaczyliśmy starszej kobiety.

– Może siada w oknie później – rzuciła Kylie. – A może ma inne zajęcie, na przykład rezyduje jako wdowa w bujanym fotelu przed telewizorem. A może… Może to najgłupsza teoria, jaką kiedykolwiek wymyślił gliniarz.

– Masz lepszy pomysł?

– Tak. Mam teorię o sierżancie dyżurnym na komisariacie. Chodź, wracamy do auta. Popraw mi humor.

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Większość nowojorskich policjantów nie spędza zbyt wiele czasu poza jasno wyznaczonymi rewirami. Jedną z największych zalet pracy w Red jest to, że nie mamy ścisłych granic działania, mogę więc obcować z całym wielokulturowym i geograficznie zróżnicowanym tyglem, jakim jest Nowy Jork.

Część Harlemu zwana Sugar Hill jest jednym z największych i najlepiej nadzorowanych terenów. Otrzymała swoją nazwę w latach dwudziestych ubiegłego wieku, kiedy bogaci Afroamerykanie zamieszkali tu, by pędzić słodkie życie w czasach renesansu Harlemu.

Jechaliśmy wzdłuż okazałych szeregowców, które w dwudziestym wieku zamieszkiwało wielu czołowych czarnych pisarzy, muzyków, sportowców i polityków. Zabudowana nimi okolica tworzy tak wspaniałą całość, że Komisja Ochrony Dziedzictwa Kultury ustanowiła ją dzielnicą historyczną, a Kylie zwolniła, byśmy mogli to wszystko podziwiać.

Trzydziesty komisariat mieści się przy Sto Pięćdziesiątej Pierwszej Zachodniej, w wysadzanym drzewami kwartale na wschód od Covent Garden. Weszliśmy do budynku i wylegitymowaliśmy się sierżantowi w recepcji. Jeden rzut oka wystarczył, by ocenić go jako starego wyjadacza. Krótko ostrzyżone włosy, mocne szczęki, przeszywający wzrok, a nawet sposób siedzenia zdradzały kogoś, kto służył swemu krajowi w armii.

– Steve Norcia – powiedział. – Co was sprowadza do trzydziestki?

– Szukamy kogoś – zaczęła Kylie. – Najpewniej starszej kobiety, która regularnie dzwoni na komisariat i skarży się na hałas, źle zaparkowane auta blokujące inne samochody, ludzi, którzy nie sprzątają po swoich psach…

– Wystarczy, pani detektyw – wpadł jej w słowo Norcia. – Znam ten typ. Po prostu chcą ściągnąć policjanta do siebie, żeby mieć z kim porozmawiać, poczęstować kawą i ciasteczkami. Mamy tu takich całkiem sporo. Nazywamy ich Klubem Samotnych Serc. Szukacie kogoś konkretnego, czy mam wam podać namiary na tę, która piecze najlepsze ciasteczka z czekoladą?

– Ułatwię panu sprawę – odparła Kylie. – Mogła zadzwonić wczoraj, być może ze skargą na młodego człowieka z kamerą filmową. Może uznała go za podglądacza albo chciała wiedzieć, czy ma pozwolenie na filmowanie.

– Wiem, o kim mowa. Sam odebrałem ten telefon – powiedział Norcia i poszedł do komputera. – Dajcie mi chwilę.

– Proszę się nie śpieszyć, sierżancie – odparła Kylie. – To i tak zajmie mniej czasu niż chodzenie od drzwi do drzwi. Albo – posłała mi szeroki uśmiech – od okna do okna.

– Bingo! – zawołał Norcia po niecałej minucie. – Wiedziałem, że to ona.

– Kto? – zapytała Kylie, wyjmując notes i długopis.

– Fannie Gittleman. Mieszka pod pięćset trzydziestym przy Sto Trzydziestej Szóstej Zachodniej, numer mieszkania 2 A. Dzwoniła wczoraj po południu, o trzeciej trzydzieści pięć. Tyle że ona nie jest samotną wdową z ciasteczkami. Gittleman sprawia trochę kłopotów, ponieważ jest aktywistką na rzecz lokalnej społeczności. Rozumiecie, zawsze gotowa wciągnąć policjantów w sprawę, którą akurat się zajmuje. Wczoraj zgłosiła, że widzi dwóch terrorystów filmujących sąsiedni budynek. Była pewna, że planują jego wysadzenie.

– Terrorystów? – powtórzyła Kylie. – Kogo pan wysłał do zbadania sprawy?

– Pani detektyw, był pierwszy dzień stycznia. Dziewięciu kolegów wzięło wolne na żądanie. To nasza coroczna epidemia, posylwestrowa grypa zwana kacem. Ale wcale ich nie winię, w ich wieku robiłem to samo.

– Rozumiem, że nikogo pan nie posłał?

– W końcu posłałem. – Uśmiechnął się. – W kontaktach z tymi starszymi paniami trzeba się nieźle nagimnastykować. Zareagujesz za szybko, to zaczną wydzwaniać dziesięć razy dziennie, w ogóle zlekceważyć, jeszcze gorzej. Ale brakowało mi ludzi, więc to zgłoszenie nie było na szczycie listy. Nie posłałbym tam pierwszego wolnego radiowozu, ale Gittleman zadzwoniła dziesięć minut później, żeby mi podziękować.

– Za co?

– Licho wie, ale według niej facet, którego wysłałem, spisał się doskonale. Problem został rozwiązany.

– Nie wydało się to panu dziwne? – zapytała Kylie.

Norcia spojrzał na nas wymownie zza kontuaru.

– Wiecie, ile telefonów dziennie przyjmuję? Dlatego wcale mnie nie dziwi, gdy jakaś szurnięta damulka dzwoni i dziękuje mi za wysłanie wyimaginowanego policjanta, by aresztował dwóch wyimaginowanych terrorystów. Z drugiej strony – dodał z szerokim uśmiechem samozadowolenia, rzadkim u sierżantów dyżurnych – dwoje detektywów z NYPD Red wypytujących w sprawie rzeczonego wyimaginowanego przestępstwa… To jest dopiero dziwne.

ROZDZIAŁ ÓSMY

Kylie nigdy nie umiała wyzbyć się chełpliwości. Swój ostatni triumf potraktowała jako kolejną sposobność przypomnienia mi, że to ona ukończyła akademię z pierwszą lokatą, a ja byłem zaledwie szósty na liście absolwentów.

Wróciliśmy na Sto Trzydziestą Szóstą i zadzwoniliśmy do drzwi pani Gittleman, która ani trochę nie przypominała drobnej siwowłosej staruszki z moich wyobrażeń. Owszem, była wiekowa, liczyła ponad osiemdziesiąt lat, ale zamiast siwizny miała na głowie ognisty oranż, zaś jej strój, biżuteria i makijaż kazały przypuszczać, że spodziewa się gości. Zupełnie jakby przewidziała nasze przyjście.

Zablokowała sobą wejście i uważnie obejrzała nasze identyfikatory.

– Jordan i MacDonald – powiedziała. – Jesteście nowi w naszym komisariacie. Wyjaśniacie wczorajszy incydent?

– Tak, proszę pani – odparła szybko Kylie. – Musimy ustalić kilka faktów.

– Wejdźcie. – Pani Gittleman otworzyła nam drzwi. – Ostrożnie, w środku jest lekki nieporządek.

„Nieporządek” to mało powiedziane. Mieszkanie pani Gittleman było rajem zbieracza. Sprawiało wrażenie, jakby właścicielka zaczęła dekorować je sześćdziesiąt lat temu i nie przestała do dzisiaj. Każdy centymetr ściany pokrywały obrazy i obrazki w ramach, a wiele z nich, jak przyznała, wyszło spod jej pędzla. W niedużym salonie stały upchnięte trzy kanapy. Na jednej piętrzyła się imponująca kolekcja poduszek, na drugiej leżały stosy rozmaitych broszurek, ulotek i folderów. W rogu trzeciej spał zwinięty w kłębek kot.

– Siadajcie tutaj – zarządziła Gittleman. – Kotka jest głucha, nie będziecie jej przeszkadzać.

Kylie usiadła, ja stanąłem przy niej. Gittleman przysiadła na krawędzi zastawionego drobiazgami stolika kawowego. Z jej zachowania wywnioskowałem, że nie zamierza częstować nas ani ciasteczkami, ani kawą. Interesowały ją wyłącznie fakty.

– Miałam rację? To byli terroryści? – zapytała.

– Prowadzimy śledztwo w tej sprawie, nie możemy więc ujawniać szczegółów – odparła Kylie. – Próbujemy zebrać to, co już wiemy. Opowie nam pani dokładnie, co pani widziała?

Gittleman chrząknęła uroczyście.

– Było wpół do czwartej. Zobaczyłam dwóch chłopaków z kamerą wideo. Jeden był wysoki, biały, drugi miał ciemniejszą skórę. Nie mówię, że był Arabem, ale kto to wie? Filmowali sąsiedni budynek, skierowali kamerę w okna pani Glantz. Ktoś mógłby uznać, że to nie jego sprawa, ale ja uważam, że jeśli coś widzę, powinnam o tym powiedzieć. Nie mogłam udawać, że nic się nie dzieje. Zadzwoniłam więc do Steve’a…

– Do Steve’a? – powtórzyła pytająco Kylie.

– Do sierżanta Norcii. Myślałam, że z nim pracujecie. Nieważne. Nie tracę czasu na telefony pod dziewięćset jedenaście. Zadzwoniłam bezpośrednio na komisariat do Steve’a, a on przysłał tajniaka.

– Skąd pani wiedziała, że to tajniak?

– Na litość boską, przecież miał rudą perukę i sztuczną brodę! To jasne, że był tajniakiem. Podszedł do białego chłopaka i bez pytania zakuł go w kajdanki.

Wyjęliśmy zdjęcie Trippa Aldena, które zrobił, gdy wyrabiał prawo jazdy. Gittleman rzuciła na nie okiem.

– Tak, to ten – potwierdziła. – Kiedy policjant skuł białego, nagle drugi chłopak, ten Arab, rzucił się na niego z nożem do papieru. Zranił go, widziałam krew na rękawie bluzy.

– Jakiej bluzy? – zapytałem.

– Takiej z kapturem. Była szara z granatową lamówką, z przodu miała niebieski napis „Yankees”. Policjant wyjął paralizator i wycelował w chłopaka, a ten padł na ziemię. Potem poprowadził tego białego do radiowozu, wrócił i zaciągnął drugiego.

– Pamięta pani, jak wyglądał radiowóz? – zapytała Kylie.

– Był niebieski, nieoznakowany. Policjant otworzył bagażnik i wepchnął tam obu chłopaków. A potem, wyobraźcie sobie, przewiązał zamek taką rozciągliwą liną. Nie zamierzam wam mówić, jak zarządzać wydziałem policji, ale skoro tak zamierzacie przewozić aresztowanych, można się spodziewać, że miasto wyda parę dolców na sprawnie działające zamki… – Na moment zawiesiła głos. – Czy za te informacje przewidzieliście nagrodę?

Kylie spojrzała na mnie, ale zanim zdążyliśmy otworzyć usta, Gittleman wybawiła nas z kłopotu:

– Nieważne, wyjaśnię to ze Steve’em.

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Zawiesiwszy na jakiś czas noworoczne postanowienie dotyczące rzucenia picia, Hunter Alden otworzył butelkę niebieskiego Johnniego Walkera, by rozjaśnić myśli.

Głowa Petera mogła przysporzyć sporych kłopotów. Było już za późno, by zwrócić się do policjantów i powiedzieć:

– Przepraszam, ale dzisiaj rano, kiedy usłyszałem od was, że mojemu kierowcy obcięto głowę, zapomniałem wspomnieć, że poprzedniego wieczoru znalazłem ją w pokrowcu na kamerę wideo mojego syna. Uważam, że nie ma potrzeby rozmawiać o tym z Trippem. Jest zajęty nauką.

Jedynym wyjściem było ukrycie głowy, aż policja przestanie u niego węszyć. Blackstone zasugerował włożenie jej do otwieranej od góry zamrażarki w piwnicy, no i Peter spoczął w pokoju pod dziesiątkami kilogramów steków wołowych, kanadyjskich homarów i najlepszej wieprzowiny.

Hunter usiadł za biurkiem, nalał do kawy odrobinę szkockiej i wlepił wzrok w telefon komórkowy, który morderca przysłał mu poprzedniego wieczoru.

Potem spojrzał na kartkę wyjętą z ust Petera Chevaliera:

Jest kasa do wzięcia, można się obłowić.

Te słowa go prześladowały. Zamknął oczy i cofnął się o czternaście lat, na plażę Grace Bay na wyspie Provedenciales w archipelagu Turks i Caicos.

Poleciał na Turks prywatnym odrzutowcem, ominął odprawę, został przewieziony do hotelu zamkniętego z okazji corocznych wrześniowych modernizacji i wprowadzony do sali konferencyjnej.

Siedzący w środku mężczyzna miał na sobie strój niepasujący do egzotycznych wysp. Był to ciemny garnitur i krawat, oficjalny uniform szwajcarskiego prawnika.

Na widok Huntera wstał i przedstawił się lakonicznie:

– Samuel Joost.

Jest tylko jeden sposób, w jaki wielkie sumy pieniędzy mogą przepłynąć między dwiema osobami, które sobie nie ufają. Należy wezwać pośrednika, człowieka o nieskazitelnej opinii. Joost był starszym wspólnikiem w firmie prawniczej w Zurychu, od lat trzydziestych działającej w charakterze pośrednika między bogatymi klientami.

Otworzył skórzaną dyplomatkę, z której wyjął mały kalkulator, zestaw piór i gruby segregator z napisem „Projekt Gutenberg” na okładce. Jeśli miał jakąś osobowość, to zostawił ją za drzwiami.

Dokumenty zostały podpisane, fundusze przepłynęły z ręki do ręki, każdy punkt szczegółowo omówiony i zaakceptowany przez obie strony. Joost nadał Hunterowi pseudonim „Leviticus”[2].

Kilka minut po wyjściu Joosta pojawił się drugi mężczyzna, wysoki i chudy, o zaczesanych do tyłu jasnych włosach do ramion. Kojarzył się z typem androginicznym, istotą o niedookreślonej płci, łączącą w sobie zarówno męską, jak i żeńską osobowość.

– Jest kasa do wzięcia, można się obłowić – oznajmił konspiracyjnym szeptem. – Zna pan ryzyko, korzyści oraz konsekwencje łamania zasad. Ma pan jakieś pytania?

– Kto jeszcze w to wchodzi?

– Tożsamość reszty uczestników jest strzeżona równie dobrze jak pańska. Nie tworzymy klubu towarzyskiego. Dyskrecja ma zasadnicze znaczenie dla powodzenia lub porażki naszego przedsięwzięcia.

– Dyskrecja i kupa kasy – z uśmieszkiem odparł Hunter.

– Panie Alden – powiedział bezimienny nieznajomy – w moim świecie miliarderzy są równie powszechni co figowce. Niech pan nie sądzi, że został pan zaproszony na to spotkanie z powodu swojego majątku. Został pan starannie wybrany z powodu ideologii, jakiej pan hołduje.

– O jakiej ideologii pan mówi? – zapytał Hunter.

– O chciwości.

Ten dzień odmienił życie Huntera Aldena. W swojej głowie ukrywał tajemnicę, o której był przekonany, że nigdy nie wyjdzie na jaw. I nagle…

Otworzył oczy i jego wzrok padł na stojące na biurku zdjęcie Marjorie oprawione w srebrną ramkę. Trzymała na kolanach czteroletniego wówczas Trippa. W ostatni weekend przed śmiercią Marjorie wyznała, że jest w ciąży. Od tamtego czasu wiele razy żałował, że to drugie dziecko się nie urodziło.

Z zamyślenia wyrwał go dźwięk telefonu. Dzwonił Silas Blackstone.

W takich chwilach, pomyślał Hunter, odbierając telefon, życie byłoby o wiele łatwiejsze, gdybym w ogóle nie miał dzieci.

– Ci gliniarze znaleźli priusa – oznajmił Blackstone. – Stał przy Sto Trzydziestej Szóstej. Pojechałem tam zaraz po wyjściu od ciebie. Rozmawiali z tobą, ale kiedy tam się pojawiłem, już byli na miejscu. Jakim cudem tak szybko znaleźli auto?

– Podałem im adres.

– Dlaczego?

– A jak sądzisz? Przycisnęli mnie. Musiałem im coś dać. Nieważne. Co zrobili po znalezieniu wozu?

– Obejrzeli go z zewnątrz, potem odjechali. Miałem kluczyki Trippa, więc przeszukałem wnętrze auta, ale nic nie znalazłem. Już miałem jechać, kiedy oni wrócili. Pomyślałem, że zdobyli nakaz przeszukania auta, ale nie. Poszli do jednego z domów i rozmawiali z lokatorką.

– Z którą?

– Z jakąś starszą kobietą. Kilka razy podchodziła do okna i coś pokazywała. Domyśliłem się, że widziała, co się stało z Trippem, i obszernie im o tym opowiedziała.

– Pogadaj z nią. Dowiedz się, co widziała.

– Już to zrobiłem – odparł Blackstone. – Kiedy od niej wyszli, zadzwoniłem do jej drzwi. Początkowo nie chciała mnie wpuścić, ale powiedziałem, że jestem prywatnym detektywem i szukam zaginionego chłopaka. Pokazałem zdjęcie Trippa i wtedy kompletnie jej odbiło. Powiedziała, że był terrorystą i dlatego policja wczoraj go aresztowała.

– Cholera – zaklął Hunter i pociągnął łyk zaprawionej alkoholem kawy. – Gliniarze nie mówili, że go aresztowali.

– Bo nie aresztowali – wyjaśnił Blackstone. – To wszystko stało się w jej wyobraźni. Widziała, jak facet z rudą brodą wlecze Trippa do niebieskiej furgonetki. Powiedziała Jordanowi i MacDonald, że to był policyjny tajniak, ale oni na pewno wiedzą swoje.

– Jestem pewien, że został porwany. Wczorajsza przesyłka nie pozostawia wątpliwości. Kłopot w tym, że gliniarze też już to wiedzą. Znajdź Trippa, zanim oni go znajdą, tylko na tym mi zależy.

– Ktokolwiek porwał Trippa, to samo zrobił z jego kumplem. Na nim też ci zależy?

– Co to za kumpel?

– Niski, o ciemnej karnacji. Razem kręcili film. Ta staruszka mówi, że ten chłopak jest arabskim terrorystą.

– Arab? Oszalała? To Portorykańczyk, Lonnie Martinez. Pomaga Trippowi kręcić film dla mojego ojca. Dlaczego ktoś miałby go porywać? To biedak i łachmyta, mieszka u swojej babci. Dla porywacza niewart złamanego centa.

– W takim razie maczał w tym palce – stwierdził Blackstone. – Ci, którzy za tym stoją, wiedzą, że trudno zbliżyć się do ciebie i twojej rodziny, więc zwerbowali Lonniego. Kto wiedział, gdzie będą kręcić?

– Tylko ja… i Lonnie.

– Wygląda na to, że to on wrobił Trippa.

– Gnida. Posłałbym cię do jego domu, ale nie mam pojęcia, gdzie mieszka.

– Żaden kłopot, szefie. Sprawdziłem GPS Trippa. Imię Lonniego jest na górze listy.

– Jedź tam zaraz i wypytaj jego babcię.

Hunter rozłączył się, wylał resztkę kawy do wielkiej doniczki i napełnił filiżankę czystym Johnniem Walkerem.

Rozsiadł się wygodnie w fotelu i wziął do ręki liścik dostarczony przez martwego kierowcę.

Jest kasa do wzięcia, można się obłowić.

Pociągnął duży łyk szkockiej i uśmiechnął się szyderczo.

– Przekonamy się, skurwysynu.

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

– Pani Gittleman nie jest zbyt wiarygodnym świadkiem – powiedziałem. – Twierdzi stanowczo, że Tripp jest terrorystą, a facet z policyjną furgonetką, którą można zamknąć tylko rozciągliwą liną, tajniakiem wysłanym po jej zgłoszeniu.

– Mnie się podobała. Jest charakterna i przebojowa – zaoponowała Kylie.

– Nie przepadam za charakternymi i przebojowymi kobietami. Zwykle przypisują sobie wszystkie zasługi i za szybko jeżdżą. – Kylie trzepnęła mnie w ramię, a ja ciągnąłem dalej: – Aczkolwiek opowieść o Rudobrodym i paralizatorze, i o drugim chłopaku, który bronił się nożem do papieru, wyjaśnia, dlaczego nigdzie nie możemy znaleźć Trippa Aldena. Nie ma jak do niego zadzwonić, ale nie zamierzam siedzieć i czekać, aż w szkole sprawdzą, czy został uprowadzony, czy nie.

– Wreszcie się w czymś zgadzamy – powiedziała Kylie.

Włączyła światła i syrenę, skręciła gwałtownie w lewo z Amsterdam Avenue w Sto Dziesiątą, objechała rondo przy północnym końcu parku z prędkością osiemdziesięciu kilometrów na godzinę i pomknęła dalej, mając czerwone światła na całej długości Central Park West aż po Osiemdziesiątą Ósmą.

– To też było dla ciebie zbyt przebojowe? – zapytała, parkując na przejściu dla pieszych przed imponującym sześciopiętrowym budynkiem, siedzibą Barnaby Prep od początku dziewiętnastego wieku.

Dwaj pierwsi uczniowie, których minęliśmy w holu, rozmawiali o zabójstwie kierowcy Trippa.

– Wygląda na to, że ścisły zakaz używania komórek, o czym wspomniał Alden, dzisiaj został cofnięty – kąśliwie zauważyła Kylie. – Skoro tych dwóch wie, na pewno wiedzą wszyscy.