Piętnastoletni kapitan. Un capitaine de quinze ans - Jules Verne - ebook

Piętnastoletni kapitan. Un capitaine de quinze ans ebook

Jules Verne

5,0

Opis

Jules Verne: Piętnastoletni kapitan. Un capitaine de quinze ans. Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i francuskiej. Version bilingue: polonaise et française.

Fabuła książki to opis fikcyjnej podróży z Nowej Zelandii do Afryki odbytej w roku 1873 na brygu „Pilgrim”. Śmierć kapitana i załogi przy próbie zapolowania na płetwala spowodowała, że dowódcą statku został piętnastoletni chłopiec - Dick Sand. Miał on do pomocy tylko pięciu Murzynów. Sam musiał zaopiekować się załogą i pasażerami oraz odwieźć ich bezpiecznie do Ameryki, w czym przeszkadza mu handlarz niewolników Negoro. Niszczy on log i jeden z dwóch kompasów, a drugi ustawia tak, że wskazuje zły kierunek. Nieświadomi niczego pasażerowie statku zamiast do Ameryki Południowej, dopływają do Afryki... (http://pl.wikipedia.org/wiki/Piętnastoletni_kapitan)

Le jeune marin Dick Sand est novice à bord du brick-goëlette Pilgrim commandé par le capitaine Hull. Après une saison de pêche calamiteuse, le baleinier repart de Nouvelle-Zélande pour rentrer en Amérique lorsque commence le récit en 1873. Au cours du voyage de retour, le capitaine ne résiste pas à chasser une jubarte ou baleine franche ; mais la course au cétacé tourne au désastre et le jeune orphelin se retrouve seul maître à bord, avec la femme de l'armateur, Mistress Weldon et son jeune fils Jack à ramener à bon port... L'ensemble du voyage retour sera parsemé d'embuches et permettra à Dick Sand à la fois de s'élever moralement et d'éprouver ses limites physiques, en faisant face aux situations les plus périlleuses, souvent menacé par les agissements du perfide Negoro, le maître-queux énigmatique du bord. Ainsi, Negoro va profiter d'une absence du jeune capitaine à la barre du Pilgrim pour fausser la seule boussole du bord, ce qui conduira le bateau sur les côtes de l'Afrique... (http://fr.wikipedia.org/wiki/Un_capitaine_de_quinze_ans)

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 858

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0

Popularność




Jules Verne

Piętnastoletni kapitan Un capitaine de quinze ans

Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i francuskiej Version bilingue: polonaise et française

Przekład anonimowy

Armoryka Sandomierz

Projekt okładki: Juliusz Susak 

Na okładce: Henri Meyer (1844–1899), Ilustracja powieści Juliusza Verne'a "Piętnastoletni kapitan" (ok.1877-78),

(licencjapublic domain), źródło: http://commons.wikimedia.org/wiki/File:'Dick_Sand,_A_Captain_at_Fifteen'_by_Henri_Meyer_059.jpg (This file has been identified as being free of known restrictions under copyright law, including all related and neighboring rights). 

Tekst na podstawie edycji: polskiej: Juliusz Verne, Piętnastoletni kapitan, Nakładem Gebethnera i Wolffa, Warszawa 1917, francuskiej: Jules Verne, Un capitaine de quinze ans, Pierre-Jules Hetzel, Paris 1878.

Copyright © 2014 by Wydawnictwo „Armoryka”

Wydawnictwo ARMORYKA

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

tel +48 15 833 21 41

e-mail:[email protected]

http://www.armoryka.pl/

Piętnastoletni kapitan

Część I

Rozdział I. Bryg ˝Pilgrim˝.

Dnia 2 lutego 1873 roku bryg ˝Pilgrim˝ znajdował się pod 43° 57’ stopniem szerokości południowej i 165° 19’ długości zachodniej południka Greenwich. Uzbrojony w San-Francisco na wielki połów w morzach południowych, był własnością Jakóba Weldon, bogatego armatora kalifornijskiego, który dowództwo jego poruczył już od lat kilku kapitanowi Hull. ˝Pilgrim˝ był najmniejszym, ale najlepszym ze statków flotylli, jaką Jakób Weldon wysyłał corocznie poza zatokę Behringa do mórz północnych i aż do oceanu południowego. 

Statek ten płynął wybornie, zbudowany był dokładnie i zaopatrzony w wszelkie przyrządy, co dozwalało mu, choć z nieliczną osadą, zapuszczać się aż pod niezmierzone ławice lodu, znajdujące się na półkuli południowej. Kapitan Hull umiał kierować się wśród tych lodników, które podczas lata posuwają się prosto ku Nowej Zelandyi lub Przylądkowi Dobrej Nadziei. Wprawdzie chodziło tu tylko o góry lodowe mniejszych rozmiarów, osłabione już przez uderzenia i przepływ ciepłych wód, i które po większej części topnieją w łonie Oceanu Spokojnego i Atlantyckiego, wszelako przyznać trzeba, że kapitan Hull był znakomitym marynarzem. 

Pod rozkazami jego i jednego z najwprawniejszych harponerów całej flotylli znajdowała się osada złożona z pięciu majtków i jednego nowicyusza. Było to trochę za mało dla połowu wielorybów, wymagającego dość znacznej liczby osób, do manewrowania łodziami podczas połowu, jakoteż do rozbierania schwytanych wielorybów. Pan Weldon jednak, tak samo jak inni armatorowie, dla oszczędności wysyłał z San-Francisco tylko osadę niezbędną do prowadzenia okrętu, wiedząc, iż w Nowej Zelandyi znajdzie harponerów i marynarzy wszelkich narodowości, wynajmujących się na porę połowu i dobrze wywiązujących się z przyjętych na siebie obowiązków. Po ukończonym połowie płacono im umówioną kwotę i odwożono na miejsce, gdzie oczekiwali do przyszłego roku, aby znów przyjąć służbę u wielorybników. W ten sposób połów wielorybów odbywał się znacznie mniejszym kosztem i stosunkowo większe przynosił zyski. 

Bryg ˝Pilgrim˝ nie był w tym sezonie tak zaopatrzony w ładunek, jak w latach poprzednich. Połów wielorybów tak wielkie przybierał rozmiary, iż stawały się one coraz rzadsze, dlatego też wiele baryłek było pustych. Choć to był dopiero początek stycznia, czyli połowa lata w tych strefach południowych, kapitan Hull postanowił już opuścić miejsce połowu z powodu niesforności wynajętych majtków. 

˝Pilgrim˝ popłynął zatem ku Nowej Zelandyi i tam wysadził na ląd wynajętych na porę połowu ludzi. Osada była bardzo z tego niezadowolona; do uzupełnienia ładunku brakowało jeszcze około 200 baryłek tranu; połów zatem był mniej pomyślny niż dawniej. Kapitan Hull był w złym humorze tak, jak dobry myśliwy, powracający po raz pierwszy z polowania z próżną torbą. Jego miłość własna była bardzo podrażniona, nie mógł darować nicponiom, których niesforne zachowanie się udaremniło wyprawę. Napróżno usiłował skompletować w Aukland nową osadę, wszyscy marynarze wyruszyli na innych okrętach; trzeba więc było zrzec się nadziei uzupełnienia ładunku i kapitan zamierzał odpłynąć z Aukland, gdy oznajmiono mu pasażerów pragnących wsiąść na jego statek. 

Interesy zmuszały niekiedy Jakóba Weldon odbywać podróż do Nowej Zelandyi, tym razem towarzyszyli mu żona, synek i kuzyn Benedykt. Mieli oni z nim wracać do San-Francisco, ale na nieszczęście przed samym wyjazdem mały Janek poważnie zachorował. Ojciec nie mógł pozostać skutkiem bardzo ważnych interesów, opuścił więc Aukland, pozostawiając żonę i synka pod opieką kuzyna Benedykta. 

Od owego czasu upłynęło trzy miesiące; Janek odzyskał zdrowie zupełnie i tak długie rozłączenie dotkliwie im się dawało uczuć. Pani Weldon pragnęła wracać jak najprędzej, gdy wtem dano jej znać, iż ˝Pilgrim˝ wpływa do portu. Wiadomość ta ucieszyła ją niezmiernie, zaraz też oznajmiła kapitanowi Hull, iż chce na jego statku powrócić do San-Francisco wraz z synem, kuzynem Benedyktem oraz starą murzynką Nany, która od wielu lat służyła u niej. 

Mieli więc przebyć trzy tysiące mil morskich na statku żaglowym, ale statkiem tym dowodził wytrawny marynarz, kapitan Hull, który utrzymywał go we wzorowym porządku; przytem czas był bardzo piękny. 

Kapitan oddał pani Weldon swoją kajutę, chcąc jej udogodnić w miarę możności odbycie uciążliwej podróży, mogącej trwać czterdzieści do pięćdziesięciu dni, a może nawet jeszcze dłużej z powodu, iż ˝Pilgrim˝ winien był złożyć swój ładunek w Valparaiso w Chili. Pani Weldon nie obawiała się niewygód; była to osoba odważna, nie lękająca się morza. Miała lat trzydzieści, była zdrowa, silnie zbudowana i przyzwyczajona do długotrwałych morskich podróży, gdyż niejednokrotnie odbywała je z mężem. Nie wahała się też ani chwili wsiąść na statek, który nie zapewniał jej wprawdzie wygód, do jakich była przyzwyczajona, ale natomiast był mocny, szybki i kierowany przez sumiennego i doświadczonego kapitana. 

Kuzyn Benedykt miał być nieodstępnym towarzyszem podróży. Był to sobie poczciwy człeczyna, ale choć już dobrze pełnoletni, bo liczył około lat pięćdziesięciu, nie byłoby można zostawić go samemu sobie. Raczej długi niż wysoki, raczej chudy niż szczupły, twarz miał wychudłą i wyciągniętą, głowę wielką, gęstymi pokrytą włosami. Nie tylko najbliższa jego rodzina, lecz wszyscy znajomi nazywali go zawsze »kuzynem Benedyktem«; zdawało się, iż nie wie, co ma robić ze swojemi dłu-giemi rękami i nogami, i że w najzwyklejszych okolicznościach życiowych nie potrafiłby sobie radzić. Nie był nikomu natrętnym lub przykrym, ale częstokroć nudnym zarówno dla innych, jak i dla siebie. Wogóle jednak był bardzo zgodny i łatwy w pożyciu, niewymagający, zadowalający się wszystkiem. Gdyby mu nie podano obiadu lub śniadania, pewnieby o tem zapomniał. Był niewrażliwy zarówno na upał, jak i na zimno; słowem zdawał się raczej należeć do królestwa roślinnego niż do zwierzęcego. Porównać go można było do drzewa nie dającego owoców, ani cienia, ale miał zato bardzo dobre serce. 

Takim był właśnie kuzyn Benedykt; nigdy nikomu nic złego nie zrobił, czyniłby nawet dobrze, gdyby do tego był zdolny; lubiano go też pomimo tej jego niezaradności, a pani Weldon uważała go jakby za starszego brata swego małego Janka. Pomimo to, kuzyn Benedykt nie był ani leniwym, ani próżniakiem; owszem pracował bezustannie, jedyna jego namiętność »historya naturalna« pochłaniała wszystkie chwile jego życia. Ale może niewłaściwie powiedzieliśmy »historya naturalna«, gdyż wiadomo, iż nauka ta dzieli się na cztery działy, mianowicie: zoologię, botanikę, mineralogię i geologię, a kuzyn Benedykt nie zajmował się ani zoologią, ani botaniką, ani mineralogią, ani wreszcie geologią. 

Oto całkiem i wyłącznie zajmował się entomologią, czyli nauką o owadach. Jej poświęcił wszystkie dni i noce, bo we śnie nawet marzył o najrozmaitszych owadach. Trudno byłoby porachować niezliczoną ilość szpilek wpiętych w jego rękawy, klapy, kołnierz od surduta, w kamizelkę i w podszewkę od kapelusza. Gdy powracał z jakiejś naukowej wycieczki, kapelusz jego zamieniał się w szafkę z okazami, tak był najeżony owadami przypiętymi szpilkami. 

Aby szczegółowo opisać tego oryginała, dodać jeszcze musimy, iż tylko ze względu na swą ukochaną entomologię udał się z państwem Weldon w daleką podróż, do Nowej Zelandyi. Wzbogacił tu zbiory swoje nader rzadkimi okazami i chciałby jak najspieszniej powrócić do San-Francisco, aby je móc rozgatunkować i umieścić w odpowiednich przegrodach. Jak tylko pani Weldon zdecydowała się wracać do Ameryki na pokładzie ˝Pilgrima˝, kuzyn Benedykt zgodził się z największą ochotą jej towarzyszyć, chociaż w trudnych okolicznościach pani Weldon nie mogła liczyć na jego radę, pomoc lub opiekę. Szczęściem w tym razie nie było się czego obawiać, gdyż podróż morska podczas tak pięknej pory roku i na pokładzie dobrego statku pod dowództwem wytrawnego kapitana, żadnego nie przedstawiała niebezpieczeństwa. 

Podczas trzydniowego wypoczynku ˝Pilgrima˝ w Waitemata pani Weldon szybko przygotowała wszystko do podróży, nie chcąc dłużej zatrzymywać statku w porcie, odprawiła też miejscowych służących. 

Kuzyn Benedykt zapakował w odpowiednio urządzone pudło cały swój szacowny zbiór owadów, w którym między innemi było kilka okazów nowych kąsawców z oczami umieszczonemi ponad głową, które do tej pory, jak przypuszczano, znajdować się miały tylko w Nowej Kaledonii. Zwracano uwagę kuzyna Benedykta na rodzaj jadowitego pająka, zwanego »Katipo«, którego ukąszenie często śmierć sprowadza, ale ponieważ pająki żadnej nie przedstawiały wartości w oczach naszego zbieracza, nie chciał umieścić »Katipo« w swojej kolekcyi, której główną ozdobę stanowił duży kąsawiec nowo-zelandzki. 

Aby się zapewnić od nieprzewidzianych wypadków, kuzyn Benedykt ubezpieczył swój zbiór, który uważał za stokroć cenniejszy niż cały ładunek ˝Pilgrima˝; opłacił dość znaczną sumę asekuracyjną, co uskuteczniwszy, odetchnął dopiero swobodniej. 

Przed podniesieniem kotwicy, gdy już pani Weldon z towarzyszami podróży była na pokładzie, kapitan Hull zbliżył się do niej i rzekł: 

– Łaskawa pani, wszak jedynie z własnej woli i na własną odpowiedzialność zostajesz pasażerką ˝Pilgrima˝? 

– Dlaczego zadajesz mi, kapitanie, to pytanie? 

– Ponieważ w tym względzie żadnych od małżonka pani nie otrzymałem rozkazów i naturalnie bryg ˝Pilgrim˝ nie zapewni pani wygód, jakie znaleźć można na okrętach urządzonych do przewozu pasażerów. 

– Gdyby mąż mój był tutaj, czy wahałby się odpłynąć na pokładzie ˝Pilgrima˝ wraz ze mną i synkiem swoim? 

– Nie, pani – odrzekł kapitan – nie wahałby się pewnie. ˝Pilgrim˝ jest dobrym statkiem, i choć teraz wyprawa nam się nie udała, jestem przekonany, jak tylko marynarz nim być może, o jego trwałości i mocy. Boję się tylko wziąć na siebie odpowiedzialność za to, iż pozbawioną będziesz pani wygód, do jakich jesteś przyzwyczajoną. 

– Jeśli o to tylko chodzi, możesz być zupełnie spokojnym, kapitanie; umiem się zastosować w każdem położeniu i na nic narzekać nie będę. Możemy zatem ruszyć w drogę. 

Kapitan bezzwłocznie wydał rozkaz i statek zwolna wypłynął z portu, zwracając się ku wybrzeżom amerykańskim. 

W trzy dni po odpłynięciu, skutkiem silnych wiatrów wschodnich, dnia 2 lutego, kapitan Hull znajdował się pod wyższym niżby był pragnął stopniem szerokości i w położeniu marynarza, któryby raczej zamierzał opłynąć przylądek Horn, niż płynąć najprostszą drogą do nowego lądu. 

Rozdział II. Dick Sand.

Pomimo spóźnionej pory czas był piękny, morze spokojne, żegluga pomyślna. Dla pani Weldon urządzono, jak można najwygodniej, skromną kajutę kapitana, znajdującą się na tyle statku. W małej tej izdebce mieściła się ona z synkiem Jankiem i starą Nany, tam zasiadała do stołu w towarzystwie kuzyna Benedykta, dla którego urządzono osobną izdebkę. Kapitan Hull zamieszkał w kajucie obok osady. 

Załogę ˝Pilgrima˝ składali dobrzy i dzielni marynarze i wszyscy okazywali wielki szacunek dla pani Weldon, żony swego armatora, dla którego żywili nieograniczone przywiązanie. Mieli oni znaczny udział w zyskach, jakie przynosił połów, choć z powodu małej liczby wielorybów większą mieli pracę, nie skarżyli się na nią, bo i większe przy obrachunku odnosili korzyści. 

Wprawdzie w tym roku czysty zysk będzie bardzo mały, to też wyrzekali bardzo na tych niegodziwców z Nowej Zelandyi. 

Z całej osady jeden tylko człowiek nie był amerykańskiego pochodzenia; był on rodem z Portugalii, ale mówił dobrze po angielsku, nazywał się Negoro i pełnił obowiązki kucharza. 

Poprzedni kucharz pozostał w Aukland. Negoro, nie mający wówczas żadnego zajęcia, podjął się przyjąć jego miejsce i został przez kapitana zgodzony. 

Należał on do ludzi małomównych, nie zaprzyjaźnił się z nikim z osady, ale obowiązki swoje spełniał dość sumiennie i, od czasu objęcia służby na statku, nigdy nie zasłużył na naganę. 

Kapitan Hull jednakowoż żałował, iż nie miał czasu zasięgnąć wiadomości co do jego przeszłości; wyraz twarzy Negora, a szczególniej spojrzenie nie podobały mu się jakoś, a nigdy nie można być dosyć przezornym, gdy chodzi o przyjęcie kogoś na pokład statku, w pośród osady w tak ścisłych i nieustannych z sobą pozostającej stosunkach. 

Negoro mógł mieć około lat czterdziestu; chudy, silny, średniego wzrostu, mocny brunet z ogorzała cerą. Sądząc z niektórych uwag i zdań, jakie mu się czasami wymykały, przypuścić należało, że musiał odebrać jakieś wykształcenie, ale nigdy sam nie wspominał ani o rodzinie, ani też o swojej przeszłości. Nikt nie wiedział i nie można było dowiedzieć się, skąd przybywał, gdzie dotąd żył i jaka była jego przeszłość; powiedział tylko, iż pragnie wysiąść w Valparaiso. Bądź co bądź był to jakiś dziwny człowiek, ale zdawało się, iż nie jest marynarzem, gdyż pod tym względem okazywał wielką nieznajomość rzeczy. 

Wogóle z nikim nie obcował, mało z kim rozmawiał; całe dnie przesiadywał w swej kuchence pośród rondli i garnków, a wieczorem, gdy skończył swe zajęcia i ognisko wygasło, udawał się do swej małej izdebki, kładł się wcześnie i zaraz zasypiał. 

Zaznaczyliśmy wyżej, że osada statku ˝Pilgrim˝ składała się z pięciu majtków i jednego nowicyusza; był nim piętnastoletni chłopiec, syn nieznanych rodziców. Biedny ten młodzian, sierota od urodzenia, został przygarnięty i wychowany kosztem miłosierdzia publicznego. 

Dick Sand, tak się nazywał, pochodził, jak się zdawało, ze stanu New-York. Nadano mu imię Dick, gdyż takie nosił litościwy człowiek, który go znalazł i przygarnął do siebie. Nazwisko Sand nadano mu na pamiątkę miejsca, w którem go znaleziono, zowiącego się Sandy Hook [»sand« znaczy po angielsku piasek], a stanowiącego wejście do portu New-Yorskiego, przy ujściu rzeki Hudson. 

Dick był mocno zbudowany; miał ciemne włosy i niebieskie oczy. Zawód marynarza przysposabiał go do walk, jakie w życiu staczać trzeba; w rozumnej twarzy przebijała się energia nie awanturnika, ale śmiałego i odważnego człowieka, a to wielka różnica, bo awanturnik bywa nieoględny, a śmiały najpierw myśli, a potem dopiero działa. 

Dick był śmiałym i odważnym. W piętnastym roku życia umiał powziąć postanowienie i wykonać, co postanowił. Jego żywa, bystra i jednocześnie poważna fizyognomia zwracała uwagę wszystkich. Nie wdawał się w rozprawy i dowodzenia, jak to czyni wielu chłopców w jego wieku, ale wcześnie zastanawiał się nad zadaniem i obowiązkami życia, nad smutnem położeniem swojem i postanowił własną pracą i zasługą wyrobić sobie stanowisko. I przyznać trzeba, że dotrzymał tego postanowienia; w wieku, w którym równieśnicy jego zazwyczaj są jeszcze dziećmi, on już prawie był mężczyzną. Dick był zwinny, zręczny, wprawny we wszelkie ćwiczenia fizyczne, pilny w naukach i gorliwy w pracy. Wychowany kosztem dobroczynnym, oddany był najpierw do jednego z przytułków dla opuszczonych biednych dzieci, których w Ameryce jest bardzo dużo. Gdy skończył lat sześć, nauczono go czytać, pisać i rachować, a następnie zaczęto mu wykładać początki innych nauk. Mając lat dziesięć, takie objawił powołanie do zawodu marynarza, iż oddano go na naukę, jako chłopca okrętowego, na jeden ze statków dalekie odbywających podróże po morzach południowych. Od najmłodszych więc lat uczył się marynarki, prędko znaczne robiąc postępy pod kierunkiem zdolnych i doświadczonych oficerów, którzy pojętnego i posłusznego ucznia polubili bardzo. W krótkim też czasie z chłopca awansował na nowicyusza. Dziecko, które pojmuje wcześnie, iż praca jest konieczną w życiu i przejmie się zasadą Pisma świętego: »w pocie czoła na chleb swój zarabiać będziesz«, może być zdolne do dokonania wielkich rzeczy, gdyż wyrobi w sobie wolę i siły do ich spełnienia. Kapitan Hull poznał Dicka na statku kupieckim, polubił bardzo i przedstawił go panu Weldon, który ujęty zdolnościami i bystrością umysłu biednego sieroty, zajął się dalszem jego kształceniem i w tym celu oddał go do wyższego zakładu naukowego w San-Francisco. 

Dick uczył się bardzo pilnie i zaraz w początkach okazał wielkie zamiłowanie do geografii i opisów dalekich podróży, później celował w matematyce, zwłaszcza części, odnoszącej się do żeglugi, a wkrótce do teoryi dołączył praktykę. Pierwszy raz, już jako nowicyusz, odpłynął na pokładzie ˝Pilgrima˝. 

Nie będziemy opisywali, jak nieograniczona była wdzięczność i poświęcenie Dicka dla całej rodziny swego dobroczyńcy, powiemy więc tylko, iż ucieszył się niezmiernie, dowiedziawszy się, iż pani Weldon ma zostać pasażerką ˝Pilgrima˝. 

Pani Weldon przez lat kilka była najlepszą matką dla sieroty, a Dick małego Janka kochał jak brata, choć nigdy nie zapominał, iż jest tylko biednym sierotą, a przybrany brat synem bogatego armatora. 

Państwo Weldon wiedzieli dobrze, iż nauka i rady, jakie dawali Dickowi, nie padły na niewdzięczną niwę; serce sieroty przepełnione było wdzięcznością dla swych opiekunów. 

Znając z tak dobrej strony swego wychowańca, pani Weldon wiedziała, iż może bez obawy powierzać mu swego Janka, który czując, jak jest kochany przez tego »dużego brata«, bardzo lubił z nim przebywać. Przez długie, wolne od zajęć godziny, tak często wydarzające się podczas dalekiej morskiej podróży, Dick i Janek byli prawie nierozłączni. Młodziutki nowicyusz pokazał i objaśniał chłopcu wszystko, co w zawodzie marynarskim mogło go zająć i zabawić. Pani Weldon patrzyła spokojnie, jak mały jej synek wspinał się po linach na wierzchołki masztów, gdyż Dick nie odstępował wówczas ani na chwilę, aby móc chłopczyka zatrzymać w razie usunięcia. Zabawa ta, połączona z ćwiczeniami gimnastycznemi, bardzo zbawiennie oddziaływała na chłopczyka, wyrabiał bowiem w sobie siłę i zręczność, co jednocześnie z orzeźwiającym wiatrem morskim wzmacniało jego zdrowie i wybladłym skutkiem choroby policzkom przywracało piękne rumieńce. 

Do tej pory żegluga odbywała się w szczęśliwych warunkach, i zarówno kapitan jak pasażerowie i załoga chyba tylko na wiatr niezbyt pomyślny uskarżać się mogli. Przyznać trzeba, iż długo trwający i dość silny wiatr wschodni zaczynał już niepokoić kapitana, gdyż dotąd jeszcze nie dozwalał mu skierować się na właściwą drogę, a oprócz tego obawiał się zbytecznej ciszy około zwrotnika Koziorożca, a co gorsza jeszcze, prądów zwrotnikowych, któreby statek odepchnęły daleko na Zachód. Obawiał się tego głównie ze względu na panią Weldon, aby nie była narażoną na zbyt długą i niewygodną podróż, czemu zaradzić nie był w stanie; postanowił też, w razie spotkania jakiego okrętu zaatlantyckiego, płynącego do Ameryki, skłonić ją do zajęcia na nim miejsca. Na nieszczęście w szerokościach, w jakich się znajdował, trudno było o taką sposobność, ponieważ w owej epoce komunikacya między Australią a Nowym Światem przez ocean Spokojny nie była ani tak częstą, ani tak ułatwioną jak obecnie. Trzeba więc było spuścić się na łaskę Bożą i zdawało się też, że nic nie zakłóci spokojnej żeglugi, aż dnia 2 lutego zdarzył się niespodziewany wypadek. 

Około dziewiątej zrana czas był jasny i pogodny, Dick i Janek, ulokowawszy się na belce wysokiego masztu, mieli bardzo rozległy widok na ocean. 

Dick wskazywał i objaśniał Jankowi różne składowe części okrętu, gdy nagle chłopczyk przerywając mu, zawołał: 

– Co to tam widać? 

– Czyś co dojrzał? – zapytał Dick i wstał rozglądając się wokoło. 

– Patrz! patrz! – wołał Janek – wskazując dość odległy punkt na morzu. 

Dick wpatrzył się uważnie w przestrzeń we wskazanym przez dziecko kierunku i zawołał: 

– Rozbity statek! 

Rozdział III. Rozbity statek.

Cała osada zbiegła się, usłyszawszy okrzyk Dicka. Nie będący na służbie wyszli na pokład; kapitan Hull skierował się ku przodowi statku. 

Pani Weldon, Nany, nawet obojętny na wszystko kuzyn Benedykt, wybiegli na pomost, aby zobaczyć rozbity statek. 

Tylko Negoro nie opuścił zajmowanego stanowiska w kuchni i z całej załogi on jeden okazał się zupełnie obojętnym wobec tego wypadku. 

Wszyscy wpatrywali się z całą uwagą w pływający po morzu przedmiot, kołysany przez fale w odległości trzech mil morskich od ˝Pilgrima˝. 

– Co to być może? – zapytał jeden z majtków. 

– Pewnie jakaś wielka porzucona łódź odrzekł drugi. 

– A może w tej łodzi znajdują się nieszczęśliwi rozbitki – dodała pani Weldon. 

– Dowiemy się wkrótce, ale zdaje mi się, że nie jest to łódź, lecz przewrócone pudło statku – zauważył kapitan. 

– Być może, iż to jakieś morskie zwierzę – wtrącił kuzyn Benedykt – jakiś niezwykły potwór. 

– Nie zdaje mi się – powiedział Dick. 

– Więc, jak sądzisz, co to być może? – zapytała pani Weldon. 

– Przewrócone pudło statku, jak to powiedział kapitan. Zdaje mi się nawet, iż rozpoznaję jego spód błyszczący. 

– W istocie… masz słuszność… rzekł kapitan, a zwracając się do sternika, dodał: 

– Bolton, staraj się tak kierować naszym brygiem, abyśmy jak najbliżej podpłynęli do rozbitego statku. 

– Słucham, kapitanie – odrzekł sternik. 

– Powtarzam – rzekł kuzyn Benedykt – iż to żaden statek, lecz niezawodnie jakiś zwierz potworny. 

– W takim razie musiałby to być chyba mosiężny wieloryb – zauważył kapitan, gdyż widzę wyraźnie jak błyszczy na słońcu. 

– A potem – dodała pani Weldon – przyznasz kuzynie, iż ów wieloryb chyba byłby już martwy, gdyż nie porusza się zupełnie. 

– Ależ kuzynko – odrzekł, upierając się przy swojem zdaniu – alboż to raz widziano wieloryby śpiące na powierzchni wody? 

– To prawda – powiedział kapitan – ale tym razem nie jest to wieloryb, lecz przewrócony statek. 

– Zobaczymy, kto ma słuszność – odparł kuzyn Benedykt, który zresztą oddałby wszystkie wieloryby mórz północnych i południowych za jeden rzadki okaz owadu. 

– Boltonie, steruj! steruj! – wołał kapitan Hull – steruj i nie zbliżaj się nazbyt blizko do rozbitego statku. Trzymaj się w odległości stu dwudziestu sążni. Wprawdzie nie zrobilibyśmy wielkiej krzywdy strzaskanemu statkowi, ale nasz ˝Pilgrim˝ mógłby ucierpieć skutkiem zerknięcia się z nim. 

Bryg znajdował się jeszcze na przestrzeni milowej od przewróconego pudła statku; majtkowie przyglądali mu się ciekawie. 

A może znajduje się tam cenny jakiś ładunek, który zdołają przenieść na ˝Pilgrima˝, a wówczas staliby się właścicielami trzeciej części uratowanych przedmiotów. Jeśli więc ładunek nie zatonął, osada może zrobić dobry interes, co byłoby bardzo pożądanem wynagrodzeniem za nieudany połów. 

Po upływie kwadransa ˝Pilgrim˝ znajdował się już zaledwie o pół mili od rozbitego statku. Wyraźnie już było można rozpoznać tył prawego boku. Przechylony był aż do parapetu, tak, że prawie niepodobnaby utrzymać się na pokładzie. Masztów wcale nie było widać. Z przodu prawego boku widniała szeroka dziura. 

– Statek ten uległ uderzeniu! – zawołał Dick. 

– Niewątpliwie odrzekł kapitan – i trudno pojąć, jak się to stać mogło, iż zupełnie nie zatonął. 

– Jeśli inny jaki okręt uderzył o ten statek i stał się powodem zatonięcia, to zapewnie przyjął na swój pokład osadę – rzekła pani Weldon. 

– Takby przynajmniej być powinno – odpowiedział kapitan – ale może osada zmuszona była szukać ratunku na swoich szalupach, jeśli okręt, który uderzył o ten statek, ratował się ucieczką dla uniknięcia odpowiedzialności. 

– Czyż podobna, kapitanie, aby można było postąpić tak nieludzko i tak nieuczciwie? 

– Niestety, podobne fakty często się wydarzają. Co zaś do osady tego statku, przypuszczam, iż go opuściła, gdyż nie widzę ani jednej łodzi żaglowej, jeśli więc rozbitki nie przeszli na inny okręt, może próbowali dopłynąć do jakiegoś lądu. Ale stąd tak jest daleko do wybrzeży amerykańskich lub wysp Oceanii, iż takie przypuszczenia musiały ich zawieść. 

– Może więc przyczyna tej tajemniczej katastrofy nigdy nie zostanie wyjaśnioną – rzekła pani Weldon, chyba, jeśli przypadkiem ktoś z osady pozostał jeszcze na pokładzie. 

– Nie bardzo to prawdopodobne – odrzekł kapitan – bo jużby nas dostrzegli i nie omieszkali dać sygnałów. Ale przekonamy się niezadługo. Posuwaj się z wiatrem, Boltonie! Steruj tam! – zawołał, wskazując, w którą stronę płynąć. 

˝Pilgrim˝ znajdował się już tylko o 360 sążni od rozbitego statku i nie można było wątpić, że pudło statku zupełnie było opuszczone. 

W tejże chwili Dick zawołał: 

– Słuchajcie! słuchajcie! 

Wszyscy zaczęli nadsłuchiwać. 

– Słyszę jakby szczekanie! – wołał Dick. 

Rzeczywiście słychać było szczekanie rozlegające się we wnętrzu pudła; zapewne więc był tam uwięziony pies, który się wydostać nie mógł. 

– Choćby tam nie było nikogo prócz tego psa, musimy go ocalić! – zawołała pani Weldon. 

– O tak… tak! ocalimy go!… – wołał mały Janek… – Ja będę mu dawał jeść… Piesek przywiąże się do nas… Mamo, pójdę przyniosę dla niego kawałek cukru! 

– Zostań, mój synku, biedny pies musi być bardzo głodny i pewnie będzie wolał coś pożywniejszego – odpowiedziała pani Weldon. 

– No, to niech mu oddadzą moją pieczeń, ja mogę się obejść. 

W tej chwili słyszeć się dało szczekanie wyraźniejsze; już tylko trzysta stóp rozdzielało oba statki. Wielki pies ukazał się na parapecie prawego boku statku, uczepił go się rozpaczliwie i szczekał żałośnie. 

– Howicku! – zawołał kapitan – rozłóż tak żagle, aby w połowie działaniem swem popychały statek, a w połowie cofały, i niech spuszczą mniejszą łódź. 

– Nie bój się, piesku, czekaj! – wołał Janek – a pies zdawał się odpowiadać na te słowa dziecka przytłumionem szczekaniem. 

Sterowano ˝Pilgrima˝ w ten sposób, iż stał prawie w miejscu o jakie sześćdziesiąt sążni od przewróconego pudła zatopionego statku. 

Spuszczono łódź na morze, bezzwłocznie wsiedli do niej kapitan, Dick, dwóch majtków i popłynęli ku statkowi. 

Pies wciąż szczekał, chciał utrzymać się na parapecie, ale co chwila spadał na pomost. Zdawało się, że wtedy szczekanie jego nie zwracało się już do nadpływających – czyżby więc osada i pasażerowie znajdowali się jeszcze na statku? 

– Być może, iż jeszcze ktoś pozostał na pokładzie – pomyślała sobie pani Weldon. 

Jeszcze parę poruszeń wiosłami, a łódź ˝Pilgrima˝ dopłynie do rozbitego statku. 

Wtem nagle pies zaczął inaczej szczekać; poprzednio zdawał się przyzywać zbawców, obecnie wyraźnie był jakby rozwścieczony. 

– Co się temu psu stało? – pytał kapitan Hull – a łódź opływała tyły statku, aby dobić do kryjącego się pod wodą pomostu. 

Ani kapitan ani osada ˝Pilgrima˝ nie mogli tego dostrzedz, iż pies wtedy wpadł w wściekłość, gdy Negoro przyszedł z kuchni i ukazał się na przedniej wyniosłości statku. 

Czyżby pies ten znał i poznawał kucharza? Nie zdawało się to prawdopodobnem. To jednak pewnem było, że zobaczywszy psa, Negoro nie okazał żadnego zdziwienia lub wzruszenia, zmarszczył tylko brwi i niebawem powrócił do swej zwykłej siedziby, kuchni. 

Łódź opłynęła tyły statku; na tablicy widniał napis: ˝Waldeck˝. 

˝Waldeck˝ i nic więcej; żadnej wskazówki, skąd pochodził statek; ale z kształtu pudła i pewnych szczegółów, które nie ujdą bacznego oka marynarza, kapitan Hull poznał, iż statek ten zbudowany był w Ameryce, czego zresztą dowodziła sama jego nazwa. Był to bryg o pięciuset beczkach, a teraz pozostało z niego tylko przechylone pudło. Szeroki otwór z przodu wskazywał, w którem miejscu nastąpiło uderzenie. Skutkiem obalenia się pudła, otwór ów znajdował się wtedy o pięć albo sześć stóp nad wodą i dzięki tylko temu statek nie poszedł dotąd na dno morza. 

Kapitan Hull widział już cały pomost, ale na nim nie było nikogo. 

Pies zlazł z parapetu i spuścił się do środka przez otwarte wejście, szczekając bezustannie. 

– Widać pies ten nie sam pozostał na pokładzie – rzekł Dick. 

– Tak jest – odparł kapitan. 

Łódź przesunęła się około parapetu przedniego boku okrętu, nawpół zatopionego; gdyby fale morskie nieco więcej były wzburzone, ˝Waldeck˝ zatonąłby niewątpliwie w przeciągu kilku minut. 

Pomost statku zupełnie był zniesiony; z wielkiego i przedniego masztu pozostały tylko odłamy, wszystko było połamane i zniszczone, a jednak nigdzie wokoło nie widać było szczątków rozbitego statku, co dowodziło, iż nieszczęsna katastrofa nastąpić musiała przed kilku dniami. 

– Jeśli w tem starciu kilku nieszczęśliwych ocalało, zapewne poumierali już z głodu i pragnienia, bo składy żywności i wody musiały ulec zalaniu. Chyba tylko trupów znajdziemy na pokałdzie – rzekł kapitan. 

– Nie! nie! – zawołał Dick – pies nie szczekałby tak, gdyby nie było nikogo żyjącego. 

W tej chwili pies wskoczył do morza i z wysiłkiem płynął ku łodzi; widać było z jego ruchów, że jest bardzo osłabiony. 

Pochwycono go niebawem i wciągnięto do łodzi; Dick podał mu kawałek chleba, ale pies nie pochwycił go i pobiegł prędko do ceberka z wodą. 

– Biedne psisko umiera z pragnienia! – zawołał Dick. 

Łódź oddaliła się o parę sążni, upatrując miejsca, w którem mogłaby najdogodniej przybić do ˝Waldecka˝. Widać pies myślał, że wybawcy jego nie zamierzają wejść na pokład, gdyż pochwycił Dicka za połę i począł wyć żałośnie. 

Ta jego mowa została tak dobrze zrozumianą, jakby się wyrażał słowami; łódź podpłynęła aż do miejsca, w którem się zawieszają kotwice, tam dwóch majtków silnie ją przymocowało, a kapitan Hull i Dick razem z psem weszli na pomost i z wielkim trudem dotarli do przejścia między masztami, skąd przeszli na dno statku. 

Dno ˝Waldecka˝ nawpół zalane wodą, nie zawierało żadnych ładunków. 

– Czy niema tu kogo? – zawołał kapitan. 

– Niema – rzekł Dick, zajrzawszy aż na tyły dna. 

Pies został na pomoście, nie przestawał jednakże szczekać, jak gdyby chciał koniecznie zwrócić uwagę kapitana. 

– Wracajmy! – zawołał kapitan i wrócili na pomost. 

Pies pobiegł do nich i wyraźnie ciągnął ich do izdebki oficerskiej, znajdującej się w tyle statku. Podążyli za nim. 

Wszedłszy tam, zobaczyli leżące na podłodze pięć ciał, zapewne już martwych. W izdebce było dość widno, kapitan poznał, że są to ciała murzynów. Dick chodził od jednego do drugiego i zdawało mu się, iż ci nieszczęśliwi oddychali jeszcze. 

– Na pokład! – wydał rozkaz kapitan. 

Przybyli natychmiast majtkowie pozostali w łodzi i pomogli przenieść biednych, układając ich w łodzi jak można najwygodniej. Wybawcy mieli nadzieję, że może świeżą wodą i orzeźwiającemi kroplami przywrócą ich do życia. 

Łódź prędko do nich dopłynęła; pies także znajdował się na niej. 

– Nieszczęśliwi! – zawołała pani Weldon, ujrzawszy pięciu biedaków nieruchomych, jakby pozbawionych życia. 

– Oni żyją jeszcze! pani, uratujemy ich! – wołał Dick. 

– A cóż to im się stało? – zapytał kuzyn Benedykt. 

– Cierpliwości! – odpowiedział kapitan – opowiedzą nam swoje przygody, jak będą mogli mówić. Teraz trzeba im przedewszystkiem wlać w usta trochę wody zmieszanej z paru kroplami araku – co rzekłszy, odwrócił się i zawołał: 

– Negoro! 

Zaledwie wymówił to nazwisko, pies zerwał się, nasrożył i pokazał zęby. 

Kucharz nie przychodził, kapitan powtórnie zawołał: 

– Negoro! Negoro! 

Jak tylko tenże się ukazał na pomoście, pies rzucił się na niego i chciał chwycić za gardło. Negoro odskoczył w tył, a majtkowie zdołali zaledwie powstrzymać psa. 

– Czy znasz tego psa? – zapytał kapitan kucharza. 

– Ja? odrzekł Negoro – nigdy go nie widziałem. 

– Szczególna rzecz! – wyszeptał Dick. 

Rozdział IV. Ocaleni.

W niektórych okolicach Afryki prowadzi się dotąd na wielką skalę handel niewolnikami. Pomimo krążących bezustannie statków angielskich i francuskich okręty pełne niewolników odpływają corocznie od brzegów Angola i Mozambiku, aby dowozić ich na różne punkty świata, a przyznać trzeba ze wstydem, że nawet i świata cywilizowanego. 

Kapitan Hull wiedział o tem dobrze, a jakkolwiek te strony nie były zazwyczaj uczęszczane przez handlarzy niewolników, jednak przyszło mu na myśl, że może murzyni, których ocalił, są cząstką gromady niewolników, których ˝Waldeck˝ wiózł na sprzedaż do którejś z kolonii oceanu Spokojnego. Ale gdyby nawet i tak było, murzyni ci byli już wolni z chwilą przyjęcia ich na pokład jego statku i chciał jak najprędzej zawiadomić ich o tem. 

Otoczono biednych rozbitków ˝Waldecka˝ najtroskliwszą opieką. Pani Weldon z pomocą Nany i Dicka podawała im po trochu świeżej wody, której przez kilka dni byli pozbawieni, a następnie dano im lekki, ale jednocześnie pożywny posiłek. Powoli odzyskali przytomność. 

Najstarszy z murzynów, lat około sześćdziesięciu oprzytomniał wkrótce i mógł odpowiadać na zadawane mu pytania. 

– Statek, którym płynęliście, został uderzony przez inny? – zapytał kapitan Hull. 

– Tak – odrzekł stary murzyn. – Dziesięć dni temu uderzył o nasz statek; noc była bardzo ciemna, spaliśmy… 

– Cóż się stało z załogą? 

– Nie było jej już na statku, gdy ja i nasi towarzysze wyszliśmy na pomost. 

– Czyżby osada i służba okrętowa zdołała dostać się na pokład okrętu, który uderzył o wasz statek? – pytał dalej kapitan. 

– Być może, i pragnąłbym bardzo, żeby tak się stało. 

– A ów statek nie powrócił, aby was zabrać? 

– Nie. 

– Czy i tamten zatonął? 

– O nie – odrzekł stary murzyn – potrząsając głową, widzieliśmy, jak pospiesznie uciekał. 

Fakt ten, potwierdzony przez resztę ocalonych rozbitków, może wydać się nieprawdopodobnym, jednakże nie ulega zaprzeczeniu, iż bywają tak niegodziwi dowódcy statków, którzy, gdy przez swą nieostrożność narazili jakiś okręt na zatonięcie lub rozbicie, uciekają jak można najprędzej, zamiast ratować tych, których zguby stali się przyczyną. Jest to podłość i zbrodnia, a jednak zdarza się czasami i kapitan Hull powiedział pani Weldon, że sam znał kilka tego rodzaju wypadków. Poczem zwrócił się znów do murzyna, i zapytał: 

– Skąd płynął ˝Waldeck˝? 

– Z Melbourne. 

– Więc nie jesteście niewolnikami? 

– Nie! panie kapitanie – odrzekł żywo starzec; pochodzimy ze Stanu Pensylwanii i jesteśmy obywatelami wolnej Ameryki! 

Rzeczywiście murzyni ci, płynący statkiem ˝Waldeck˝ pochodzili z Pensylwanii. 

Najstarszy, mając lat sześć, został w Afryce sprzedany za niewolnika, a przeniesiony do Stanów Zjednoczonych, już od lat kilku został wolnym, dzięki zniesieniu niewolnictwa. 

Towarzysze jego, młodsi daleko, byli synami wyzwolonych już niewolników, a więc urodzili się wolnymi, i nigdy nie byli własnością białych. Wszyscy oni dobrowolnie opuścili i dobrowolnie wracali do Stanów Zjednoczonych. 

Opowiedzieli oni kapitanowi, iż zgodzili się pracować u pewnego Anglika, posiadającego rozległe plantacye w okolicach Melbourne, w Australii południowej. Tam przebyli trzy lata, zarobiwszy sporo, a po wysłużeniu umówionego czasu chcieli wrócić do Ameryki. 

Tak samo, jak inni pasażerowie opłacili za przewóz i odpłynęli na ˝Waldeck˝u. 

Wyjechali z Melbourne dnia 5-go grudnia, a w siedmnaście dni później, podczas bardzo ciemnej nocy, wielki jakiś statek uderzył o ˝Waldecka˝. 

Murzyni spali wówczas; w kilka minut po tem strasznem wstrząśnieniu, jakie wynikło z powodu zetknięcia się dwóch statków, wybiegli na pomost, ale wtedy maszty już były strzaskane i ˝Waldeck˝ był przewrócony na bok; nie zatonął wszakże, gdyż woda do pewnej tylko wysokości zapełniła dno jego. 

Nie mogli objaśnić, co się stało z kapitanem i osadą ˝Waldecka˝; może jedni powpadali w morze, inni chwycili się lin i masztów uderzającego okrętu, który zaraz potem uciekł i nie pokazał się więcej. Murzyni sami tylko zostali na pokładzie, w pudle na wpół obalonem, o 1,200 mil od jakiegokolwiek lądu. 

Najstarszy z tych murzynów nazywał się Tom; zarówno podeszły wiek jego, jakoteż energiczny charakter i doświadczenie nabyte długiem życiem i pracą, czyniły go naturalnym przywódcą towarzyszy. Inni murzyni byli to ludzie młodzi, mający od lat dwudziestu pięciu do trzydziestu; jeden z nich syn starego Toma, nazywał się Baty, drugi Austyn, trzeci Akteon, a czwarty Herkules. Wszyscy byli dobrze zbudowani, silni i drogo by za nich zapłacono na targowiskach środkowej Afryki. Chociaż wiele przecierpieli, znosząc tyle dni głód i pragnienie, byli jednak wybornymi okazami tej rasy, na której edukacya zaczerpnięta w licznych szkołach Ameryki północnej odbijała już swoje piętno. 

Tak więc Tom i jego towarzysze znaleźli się sami na pomoście rozbitego statku, nie mogąc podnieść ani opuścić przewróconego pudła, gdyż obie łodzie, będące na pokładzie, zostały zgruchotane. Jedyną nadzieją ratunku było pojawienie się jakiegoś okrętu, a tymczasem ˝Waldeck˝ pogrążał się coraz więcej pod działaniem prądów morskich. Przez parę pierwszych dni po tym strasznym wypadku murzyni żywili się znalezionymi w podręcznej spiżarce produktami, których zapas był bardzo niedostateczny; do składów żywności dostać się nie mogli, były one bowiem zupełnie zalane, przytem nie mieli nic, czemby mogli ugasić pragnienie. ˝Pilgrim˝ pojawił się w samą porę, od wczoraj wieczór bowiem trapieni głodem i pragnieniem zupełnie utracili przytomność. 

Wszystko to Tom w krótkich słowach opowiedział kapitanowi Hull, i nie było powodu wątpić, że mówi prawdę; reszta murzynów potwierdziła jego zeznanie. Jedna jeszcze żywa istota, znaleziona na rozbitym statku, byłaby pewnie również szczerze mówiła – gdyby mówić mogła – był to ów pies, tak ujadający na sam widok Negora. Ta niepojęta nienawiść jego dawała wiele do myślenia. 

Dingo, tak się pies ów nazywał, należał do rasy brytanów, pochodzącej z Nowej Holandyi; kapitan ˝Waldecka˝ jednak nie w Australii go znalazł. Dwa lata temu, spotkano go na zachodniem wybrzeżu Afryki, w okolicach ujścia Kongo, zaledwie dyszącego ze znużenia i głodu. Kapitan ˝Waldecka˝ przygarnął biednego psa, który ciągle jednak był posępny, jakby tęsknił za dawnym swym panem, którego niepodobna było odnaleźć w tych pustych strefach. Na obroży miał litery S. V. – to było wszystko, co psa tego wiązało z nieznaną i niepodobną do odgadnięcia przeszłością. 

Dingo, pies wielki i silny, gdy się wyprostował i łeb w tył odrzucił, dorównywał ludziom średniego wzrostu; jego zręczność, szybkość i niezmierna siła muskularna, zdradzały, że nie zawahałby się wystąpić do walki z jaguarami i panterami, a nawet i niedźwiedzia by się nie uląkł. Pies ten rozwścieczony mógł stać się nader niebezpiecznym; łatwo więc zrozumieć, iż Negoro nie mógł być zadowolonym z przyjęcia, jakie go od niego spotkało. Dingo nie był bardzo towarzyski, jednak nie zdawał się być złym, ale smutnym. 

Będąc jeszcze na pokładzie ˝Waldecka˝ stary Tom uważał, że Dingo nie lubi czarnych, wprawdzie nie robił im nic złego, ale od nich wyraźnie stronił. Być może, iż gdy się błąkał po wybrzeżach Afryki, krajowcy źle się z nim obchodzili; to też choć Tom i jego towarzysze byli dobrzy ludzie, Dingo nigdy się do nich nie zbliżał. Przez owe dziesięć dni, które biedacy spędzili na ˝Waldeck˝u, Dingo trzymał się zdaleka, żywił się nie wiedzieć czem, cierpiąc także straszne pragnienie. 

Gdyby cisza i wiatr nieprzyjazny nie były dłużej w tych stronach zatrzymały ˝Pilgrima˝, co dozwoliło kapitanowi Hull spełnić miłosierny uczynek, lada chwila gwałtowniejszy prąd fal morskich byłby zatopił pudło wraz z nieszczęśliwymi rozbitkami. Należało jeszcze odstawić do ojczyzny tych nieszczęśliwych, którzy skutkiem rozbicia utracili całe swoje mienie. Kapitan postanowił to uczynić. ˝Pilgrim˝ miał wyładować ładunek swój w Valparaiso, potem holować około wybrzeży amerykańskich i dopłynąć do wysokości brzegów kalifornijskich; tam Jakób Weldon przyjmie gościnnie Toma i jego towarzyszy, i jak zapewniała ich dobra pani Weldon, zostaną zaopatrzeni we wszystko, czego potrzebować będą, aby móc powrócić do Pensylwanii. 

Biedni ci ludzie uspokojeni, co do przyszłości, ze łzami wdzięczności dziękowali pani Weldon i kapitanowi Hull. Tak wiele im zawdzięczali, a choć byli to tylko prości murzyni, mieli jednak nadzieje, iż może znajdą kiedyś sposobność odwdzięczenia się swoim dobroczyńcom. 

Rozdział V. S. V.

˝Pilgrim˝ płynął dalej o ile możności w kierunku na wschód; ciągły brak wiatru niepokoił kapitana, gdyż w ten sposób żegluga z Nowej Zelandyi do Valparaiso musi potrwać parę tygodni dłużej, a zatem i pani Weldon dłużej narażoną będzie na niewygody nużącej podróży. Dnia 2-go lutego nad wieczorem, zupełnie stracili z oczu szczątki rozbitego statku. 

Kapitan Hull umieścił jak można najdogodniej Toma i jego towarzyszy, a że miejsce oddzielone na pomoście dla załogi było za szczupłe, ulokowano ich pod przednią wyniosłością statku. Biedacy ci, nawykli do niewygód i ciężkiej pracy, nie byli bardzo wybredni, a ponieważ i pora była piękna i ciepła, mogli więc łatwo przebyć tam do czasu wylądowania. 

Życie na statku zakłócone chwilowo tym wypadkiem, do dawnego wróciło spokoju. Tom, Baty, Akteon i Herkules – prosili, aby im wyznaczono jakieś zajęcie, ale podczas takiej ciszy powietrza, gdy już żagle były urządzone, nie pozostało nic do roboty. Jednak gdy szło o zmianę kierunku statku, stary Tom i jego towarzysze dopomagali osadzie, a trzeba przyznać, iż gdy kolosalny Herkules wziął się do roboty, współudział jego stawał się widocznym. Siła jego starczyła za kilku ludzi. 

Mały Janek bardzo lubił patrzeć na tego olbrzyma, mającego około siedmiu stóp wysokości. Nie tylko się go nie obawiał, ale chętnie się z nim bawił; śmiał się i wydawał radosne okrzyki, gdy Herkules stawiał go sobie na ręce i tak podnosił w górę, jakby małą laleczkę. 

– Podnieś mnie jeszcze wyżej – wołał chłopczyk. 

– Dobrze, paniczu – odpowiadał murzyn. 

– Czy ja jestem bardzo ciężki? – pytał Janek. 

– Ależ gdzietam, nie czuję nawet, iż cię trzymam na dłoni. 

– To podnieś mnie jeszcze wyżej. 

Herkules, trzymając swą szeroką dłonią obie nóżki chłopca, podnosił go w górę i spacerował z nim po pomoście, jakby sztukmistrz w arenie cyrkowej. Janka bardzo to bawiło, zdawało mu się, iż urósł tak duży. 

Miał chłopczyk teraz na statku dwóch przyjaciół Dicka i Herkulesa, wkrótce pozyskał jeszcze trzeciego – wprawdzie innego rodzaju, był nim wielki pies, Dingo. Dingo, który na pokładzie ˝Waldecka˝ unikał ludzi, na ˝Pilgrim˝ie zachowywał się zupełnie inaczej. Szczególniej polubił Janka, który chętnie się z nim bawił, i nigdy żadnej nie wyrządził mu przykrości. Nad wszelkie zabawy Janek przekładał jeździć wierzchem na Dingo, który poddawał się temu chętnie i stokroć lepszym był wierzchowcem, niż wszelkie konie drewniane lub tekturowe, choćby nawet zaopatrzone w kółka przy nogach dla łatwiejszego przesuwania się z miejsca na miejsce. 

Ale za to w spiżarni dużo ubywało cukru, bo Janek pasł nim swego rumaka. 

Wkrótce i cała osada polubiła Dinga; jeden tylko Negoro musiał go zawsze unikać, gdyż pies chciał się zawsze rzucać na niego, jak go tylko zobaczył. 

Ta niewytłómaczona nienawiść mocno dziwiła wszystkich. 

Dick spędzał z Jankiem wszystkie wolne chwile od służby okrętowej, z czego pani Weldon nadzwyczajnie była zadowolona, gdyż kapitan Hull największe młodemu nowicyuszowi oddawał pochwały. 

– Ręczyłbym głową mówił do pani Weldon – iż chłopiec ten będzie kiedyś dzielnym marynarzem. Posiada niezaprzeczenie instynkt żeglarza, który zastępuje mu do pewnego stopnia brak fachowych jeszcze wiadomości i wprawy. W istocie, zadziwiajacem jest, jak wiele się on nauczył w tak krótkim przeciągu czasu. 

– A prócz tego – dodała pani Weldon – Dick ma bardzo dobre i kochające serce, charakter prawy i niezłomny. Nadto umie być wdzięcznym, dowodem tego, iż tak się przywiązał do nas. 

– Rzadki chłopiec, to też wszyscy go kochają i cenią. 

– Wiem, iż mąż mój postanowił, aby po powrocie z tej wyprawy, Dick skończył kurs hydrografii; później będzie mógł otrzymać patent na kapitana okrętu – rzekła pani Weldon. 

– Pan Weldon ma słuszność – odrzekł kapitan – będzie mógł pochlubić się kiedyś swym wychowańcem, gdyż pewny jestem, że Dick przyniesie zaszczyt marynarce amerykańskiej. 

– Biedny sierota! tak młody i tyle już zaznał przeciwności i smutku. 

– Prawda, ale nie będzie to bez korzyści dla niego; zrozumie, iż sam tylko może i powinien wyrobić sobie stanowisko w świecie i wchodzi na dobrą, prowadzącą do tego celu drogę. 

– Tak, na drogę nauki i pracy. 

– Spójrz tylko pani na niego – mówił kapitan – stojąc przy rudlu nie spuszcza z niego oka i steruje tak dobrze, jak najbieglejszy sternik; to też statek płynie równo i spokojnie. Nasz zawód trzeba rozpoczynać od dzieciństwa; kto nie był chłopcem okrętowym, nigdy nie będzie dobrym marynarzem, zwłaszcza w marynarce kupieckiej. Trzeba poznać i umieć dokonywać wszelkie manewry, mieć jednocześnie doświadczenie, instynkt marynarski i umieć nadto w oka mgnieniu powziąć i wykonać stanowcze postanowienie. 

W tej chwili ukazał się kuzyn Benedykt; szedł zwolna ze wzrokiem spuszczonym ku ziemi, wpatrując się we wszystkie szpary, rozglądając się po kątach. 

– Dzień dobry, kuzynie Benedykcie – rzekła pani Weldon – jakże się miewasz? 

– Dobrze… kuzynko… bardzo dobrze… ale pragnąłbym już jak najprędzej dostać się na stały ląd. 

– Czego pan tak szukasz pod ławką? – zapytał kapitan. 

– Owadów, panie kapitanie, czyż ja szukam kiedykolwiek czego innego? 

– Owadów! no, daj pan lepiej temu pokój, dopóki jesteś na morzu; trudno je znaleźć na statku. 

– Czy to coś niepodobnego, żeby zabłąkał się tu jakiś ciekawy okaz? 

– Powinieneś, kuzynie Benedykcie, mieć słuszną pretensyę do kapitana Hull, tak czysto utrzymuje swój statek, iż nie zobaczysz żadnego robactwa. 

Kapitan się rozśmiał. 

– Wiem o tem, niestety! – rzekł wzdychając kuzyn Benedykt – przeszukałem go wszędzie, kładłem palce we wszystkie szpary, nic nie znalazłem. 

– W kajutach w samej rzeczy nic pan nie znajdziesz, ale na spodzie okrętu zapewne są tarakany, choć są one niebardzo zajmujące… 

W tej chwili Dingo, z którym bawił się Janek, podbiegł skacząc do kuzyna Benedykta. 

– Precz! a pójdziesz! – krzyknął kuzyn Benedykt, odtrącając psa. 

– Zachwycasz się pan tarakanami, a nie lubisz psów! – rzekł kapitan. 

– A to taka dobra psina! – mówił Janek obejmując małemi raczkami wielki łeb Dinga. 

– Dobry, dobry – rzekł kuzyn Benedykt – nie lubię go, nie ziścił moich nadziei. 

– Czy chciałeś, kuzynie, Benedykcie, zaliczyć go do rzędu dwuskrzydłowych, czy też do nagoskrzydłych owadów? 

– Wcale nie – odpowiedział poważnie – ale choć Dingo pochodzi z rasy nowo-zelandzkiej, znaleziony został na zachodniem wybrzeżu Afryki? ' – W istocie – odrzekła pani Weldon. – Tom powiada, że kapitan ˝Waldecka˝ nie raz to mówił. A więc… myślałem… miałem nadzieje, iż pies ten przeniósł na sobie jakiś okaz owadu z pyszczkiem lejkowatym, właściwego faunie afrykańskiej. 

– Co za przypuszczenie! – zawołała pani Weldon. 

– Łudziłem się nadzieją, iż może znajdę na nim jakąś pchłę dotąd nieznaną… 

– Czy słyszysz Dingo? – rzekł kapitan – czy słyszysz psino, oskarżają cię, iż nie spełniłeś twego obowiązku. 

– Lecz daremnie szukałem jak najstaranniej – mówił niepocieszony zbieracz – nie znalazłem najmniejszego nawet owadu. 

– Prawda, iż jestem marynarzem, a nie entomologiem, ale też nie rozumiem, jak można mieć takie zamiłowanie do owadów. 

– Panie kapitanie – odparł poważnie kuzyn Benedykt – zechciej przyjąć do wiadomości, że John Franklin byłby uważał sobie za zbrodnię zabić choćby najnędzniejszego komara, który przecież więcej dokucza aniżeli pchła, a spodziewam się, iż nie zaprzeczysz, że John Franklin był znakomitym marynarzem. 

– Któżby się ośmielił temu zaprzeczyć – odpowiedział kapitan. 

– Pewnego razu ukąsił go strasznie jakiś zjadliwy owad, dmuchnął tylko i odegnał go, mówiąc: idź w świat – dość on przestronny dla nas obu! Widzisz pan, jak grzecznie się wyrażał, starał się nawet nie powiedzieć mu ty! 

– Czy tak? – zapytał kapitan – a więc, panie Benedykcie muszę ci powiedzieć, że był jeszcze ktoś drugi, który wyrzekł to pierwej, niż Franklin. 

– Ktoś drugi i pierwej, któż to był taki? 

– Wuj Tobiasz. 

– Zapewne jakiś entomolog? – zapytał kuzyn Benedykt. 

– Nie, wuj Tobiasz. Zacny ten wujaszek wypowiedział te słowa, wypuszczając na wolność mustyka, który mu bardzo dokuczał, z tą wszakże różnicą, że ośmielił się powiedzieć mu ty: »Leć, dyable – rzekł – świat jest tak obszerny, że i ty i ja możemy zmieścić się na nim«. 

Wszyscy obecni spojrzeli na kuzyna Benedykta i głośno śmiać się zaczęli. 

Długie godziny podróży schodziły na swobodnej pogawędce i rozmowie, których niejednokrotnie treścią była entomologia, ilekroć kuzyn Benedykt brał w nich udział. Morze wciąż było spokojne, ale wiatr za mały, skutkiem czego ˝Pilgrim˝ bardzo powoli posuwał się na wschód, a wielce byłoby pożądanem, aby w jak najkrótszym czasie dostał się w okolice, gdzie panują przyjaźniejsze wiatry. 

Trzeba nam jeszcze dodać, że kuzyn Benedykt próbował obznajmić młodego nowicyusza z tajemnicami entomologii, ale Dick żadnego nie okazywał do tego zamiłowania. W braku innych chętnych słuchaczów uczony nasz chciał naukę swoją wykładać murzynom, ale jakoś ci nic nie rozumieli i nareszcie zaprzestali słuchać wykładów z wyjątkiem Herkulesa, w którym kuzyn Benedykt upatrywał jakieś wrodzone zdolności. 

Herkules też spędzał często całe godziny w pośród obfitych i bogatych zbiorów entomologa, który drżał z przestrachu za każdym razem, gdy uczeń jego brał w swe olbrzymie i ciężkie ręce jego rzadkie okazy; ale murzyn był uczniem tak potulnym, tak uważnie przysłuchiwał się wykładom swego nauczyciela, iż warto było coś zaryzykować dla niego. 

Podczas gdy kuzyn Benedykt myślał tylko o swoich owadach, pani Weldon zajmowała się uczeniem Janka, a Dick wykładał mu początki rachunków. Chłopczyk uczył się czytać na elementarzu, lecz za pomocą ruchomych liter, odbitych czerwono na deseczkach, z których bawiąc się składał niektóre słowa. Pani Weldon brała deseczki, ułożyła jakiś wyraz, potem zamieszała i Janek dopóty szukał, dopóki go znowuż nie ułożył. Chłopczykowi bardzo się podobała nauka w ten sposób prowadzona. 

Pewnego dnia podczas takiej nauki-zabawy zdarzył się niespodziewany wypadek. Rano, dnia 9-go lutego, Janek usiadłszy na ziemi bawił się układaniem wyrazu, który miał następnie rozrzucić, aby stary Tom znowu go rozłożył. Tom na życzenie chłopczyka musiał zasłonić sobie ręką oczy, aby nie widzieć, w jaki sposób Janek składa litery. Były duże i małe litery, oraz deseczki z liczbami, przez co uczył się składać nie tylko wyrazy, lecz i liczby. 

Janek siedział na ziemi, a litery leżały rozrzucone około niego. Od paru minut Dingo kręcił się około chłopczyka i nareszcie zatrzymał się nagle. Oczy psa patrzyły nieruchomie, podniósł zwolna prawą łapę i zaczął machać ogonem, poczem prędko pochwycił w pysk jedną drewnianą tabliczkę i położył ją na pomoście o kilka kroków od chłopczyka. 

Była to tabliczka z dużą literą S. 

– Dingo! Dingo! – wołał chłopczyk – obawiając się z początku, aby pies nie połknął mu litery. 

Dingo powrócił niebawem do niego, w ten sam sposób co poprzednio pochwycił drugą literę i położył ją przy pierwszej. 

Na drugiej deseczce widniała litera V. 

Janek, ujrzawszy to, wydał okrzyk podziwu, na który przybiegła doń matka, kapitan Hull i młody nowicyusz, przechadzający się podówczas na pomoście. 

Janek opowiedział im, co zaszło. 

Dick zamierzał wziąć tabliczki i oddać Jankowi, ale stojący przy nich Dingo, wyszczerzając zęby, chciał się rzucić na niego. Pomimo to nowicyusz pochwycił tabliczki i włożył je między inne. 

Dingo poskoczył, porwał te same deseczki i odłożył je na bok, ale tym razem położył na nich łapy, jakby dając do zrozumienia, że ich strzec potrafi. Na inne litery ani spojrzał. 

– To szczególne – rzekła pani Weldon. 

– W istocie szczególne – odparł kapitan Hull – przyglądając się literom. 

– S. V. – rzekła pani Weldon. 

– S. V. – powtórzył kapitan – te same litery, które wybite są na obroży Dinga. 

I nagle zwróciwszy się do Toma, zapytał: 

– Tom, wszak mówiłeś, że kapitan nie oddawna posiadał tego psa? 

– Tak jest, Dingo najwyżej dwa lata temu dostał się na okręt. 

– Mówiłeś także, iż kapitan znalazł go na zachodniem wybrzeżu Afryki? 

– Tak jest, panie kapitanie, około ujścia Kongo. Kapitan nieraz nam to powtarzał. 

– Czy nic nie wiedział skąd się wziął ten pies i do kogo należał? 

– Nic zupełnie; zabłąkany pies, to gorzej niż dziecko opuszczone. Niema przy nim żadnych papierów, a sam nie da żadnych objaśnień. 

Kapitan zamilkł i pogrążył się w myślach. 

– Czy litery te przypominają panu coś? – zapytała go pani Weldon. 

– Tak, pani, przypominam sobie… dziwny to zaprawdę zbieg okoliczności… 

– Cóż takiego? 

– Być może, iż litery te mają znaczenie i może dają pewne wskazówki, dotyczące losu śmiałego podróżnika. 

– Jakto? – zapytała. 

– Dwa lata temu, w 1871 roku, pewien podróżnik francuski pojechał z polecenia paryskiego towarzystwa geograficznego z zamiarem przebycia Afryki od zachodu na wschód. Podróż tę miał właśnie rozpocząć od ujścia Kongo, i zbliżyć się jak można najwięcej do przylądka Deldago i ujść Rowumy. Podróżnik ten nazywał się Samuel Vernon. 

– Samuel Vernon! – powtórzyła pani Weldon, a więc imię i nazwisko jego zaczyna się właśnie od liter, które Dingo wybrał z całego alfabetu i które są wyryte na jego obroży. 

– Tak jest – odpowiedział kapitan Hull – a od czasu jego wyjazdu niema o nim żadnej wiadomości, 

– Cóż z tego wnosisz, kapitanie? 

– Że Samuel Vernon nie mógł się dostać na wschodnie wybrzeże Afryki, lub, że został pojmany przez krajowców, albo wreszcie, że śmierć znalazł gdzieś w drodze. 

– Ale skądże ten pies?… 

– Pies ten – przerwał kapitan – widocznie należał do niego, i jeśli przypuszczenia moje nie są mylne, musiał jakimś szczęśliwym trafem dostać się napowrót w okolice Kongo, skoro tam znaleziony został przez kapitana ˝Waldecka˝. 

– Czy ci wiadomo, kapitanie, iż podróżnik francuski miał ze sobą psa, czy też jest to tylko przypuszczenie? – zapytała pani Weldon. 

– Tylko przypuszczenie; tego jednak jestem pewny, iż Dingo nosi te dwie litery S. i V., będące właśnie pierwszemi literami imienia i nazwiska podróżnika francuskiego. Tego wszakże nie potrafię wytłómaczyć, jakim sposobem pies ten nauczył się poznawać te litery. Spójrz pani, jak je łapą wysuwa naprzód jakby prosił, abyśmy je czytali. 

– Czy Samuel Vernon był sam tylko, gdy opuszczał wybrzeże Kongo? – zapytał Dick. 

– Tego nie wiem – odparł kapitan – ale przypuszczam, iż musiał zabrać ze sobą straż z krajowców złożoną. 

Gdy tak rozmawiali ukazał się na pomoście Negoro. Z początku nie zauważono jego obecności, ani też strasznego spojrzenia, jakie rzucił na Dinga, zobaczywszy dwie leżące przed nim litery. Pies, ujrzawszy kucharza, z wściekłością rzucił się na niego. Negoro cofnął się natychmiast, grożąc psu pięścią. 

– Musi w tem być jakaś tajemnica – powiedział kapitan – który przyglądał się tej scenie. 

– Zawsze to coś niezwykłego, kapitanie, aby pies rozpoznawał litery – rzekła pani Weldon. 

– Mama opowiadała mi – zauważył Janek – o jakimś psie, który nie tylko umiał czytać i pisać, ale nawet grać w domino. 

– Kochany synu – rzekła pani Weldon – pies, o którym mówisz, nazywał się Munito, ale nie był on wcale tak uczonym, jak myślisz. Sam nie potrafiłby odróżnić liter i składać wyrazów, tylko pan jego amerykanin, przekonawszy się, iż pies ma słuch nadzwyczaj delikatny, umiał zręcznie to wyzyskać i doszedł do zadziwiających rezultatów. 

– W jakiż sposób dokazał tego? – zapytał Dick zaciekawiony. 

– Gdy Munito miał popisywać się przed publicznością, rozłożone były na stole takie same jak te litery; pies chodził pomiędzy niemi, czekając, aż ktoś wymówi jakieś słowo cicho lub głośno. Było jednak koniecznem dla udania się doświadczenia, aby pan jego znał wypowiedziany wyraz. 

– Więc w nieobecności swego pana? 

– Pies nie złożyłby żadnego wyrazu – odpowiedziała pani Weldon – i zaraz zrozumiecie dlaczego. Jak już mówiłam, Munito przechadzał się pomiędzy rozłożonemi na stole literami, gdy doszedł do litery potrzebnej mu do złożenia podanego wyrazu, zatrzymywał się – ale dlatego jedynie, iż pochwycił niedosłyszany dla nikogo z obecnych trzask piórka od zębów, które pan jego miał w kieszeni. Gdy poruszył piórkiem, znaczyło to, iż pies ma wziąć literę, przed która stoi i odłożyć na stronę i tak z kolei obok niej układać następne. 

– A więc to cała tajemnica! – zawołał Dick. 

– Tak – rzekła – rzecz bardzo prosta, jak wszystkie prawie sztuczki kuglarskie, polegające najczęściej na zręczności lub oszustwie. W nieobecności swego pana Munito przestawał być psem uczonym. Dziwi więc mnie w tym wypadku, że choć niema tu podróżnika Samuela Vernon, jeśli on był jego panem, Dingo jednak poznał te dwie litery. 

– W istocie jest to zadziwiające – rzekł kapitan Hull – chociaż co prawda chodzi tu wyłącznie o dwie pojedyncze litery, a nie o wskazanie całego wyrazu. Z drugiej strony, ów pies, który dzwonił do furty klasztornej, aby zabierać żywność, przeznaczoną dla biednych przechodniów, i inny, który zarówno, jak drugi jego towarzysz, obowiązany był obracać rożen co drugi dzień i za nic nie chciał tego robić, jeśli nie na niego wypadała kolej; więcej daleko niż Dingo wkraczali w sferę inteligencyi, będącej przywilejem człowieka. W tym razie nie ulega wątpliwości, iż Dingo z całego abecadła wybiera tylko litery S i V, a inne litery pozostawia nietknięte; stąd wnosić można, iż z jakiejś niewiadomej nam przyczyny uwaga jego głównie tylko na powyższe dwie litery była zwrócona. 

– Ach! panie kapitanie – rzekł Dick – żeby tak Dingo mógł przemówić!… Dowiedzielibyśmy się, co oznaczają te dwie litery i dlaczego tak znieść nie może naszego kucharza, którego, jak tylko zobaczy, chciałby rozszarpać. 

– A ma zęby potemu! – odpowiedział kapitan – wskazując na otwartą paszczę wielkiego psa. 

Rozdział VI. Wieloryb.

Łatwo pojąć, iż szczególny ten wypadek był nieraz przedmiotem rozmowy pani Weldon, kapitana i Dicka, który niewytłumaczonym jakimś instynktem podejrzywał Negora, choć zachowanie się jego na statku nie zdawało się tego usprawiedliwiać. 

Osada rozmawiała także między sobą o powyższem zdarzeniu, tylko w zupełnie inny sposób. Tam utrzymywano po prostu, iż Dingo umie czytać i pisać lepiej od niejednego majtka na ˝Pilgrim˝ie, a jeśli nie mówił, to musiał mieć ważne powody. 

– Zobaczycie – prawił sternik Bolton – iż pewnego dnia Dingo zapyta was, w jakim płyniemy kierunku, czy wiatr jest zachodnio-północny, czy wschodni, i trzeba będzie dać mu dokładną odpowiedź. 

– Przecież są zwierzęta, które umieją gadać – rzekł jeden z majtków – czemuż więc i Dingo nie miałby gadać, gdyby mu taka przyszła ochota. Przyznacie, że ptakowi daleko trudniej gadać dziobem niż psu mordą. 

– Zapewne – odrzekł sternik – jednak dotąd żaden pies do nikogo nie zagadał. 

Tak tedy Dingo stał się bohaterem na pokładzie ˝Pilgrima˝, co jednakże nie wbijało go wcale w dumę. Kapitan Hull kilkakrotnie ponawiał doświadczenia; rozkładał przed Dingiem tabliczki z literami, ale pies ani razu się nie omylił, ani zawahał i zawsze wybierał tylko litery S i V. 

Pośród całej osady ˝Pilgrima˝ tylko jednego kuzyna Benedykta doświadczenia te nie bardzo zajmowały, raz jednak oznajmił, iż nie trzeba myśleć, że tylko psy bywają tak rozumne; inne zwierzęta dorównywają im pod tym względem, choć rządzą się tylko swoim instynktem. I tak, szczury opuszczają okręt mający zatonąć, bobry przewidują przybór wody i odpowiednio wysokie budują tamy, konie Nicomedesa, Scanderberga i Oppiena tak uczuły śmierć swych panów, iż z rozpaczy same żyć przestały. Pewien kardynał miał papugę, za którą zapłacił sto dukatów, a która doskonale wypowiadała cały Skład Apostolski. A jakaż to szlachetna duma budzi się w sercu entomologa na samą myśl o tych małych owadach, dających dowody wielkiej zmyślności, jakby potwierdzenie, że właśnie w maluczkich najwidomiej objawia się wielkość Boga. Jakież zadziwiające są owe maleńkie mrówki, pracujące i rządzące się tak mądrze jak mało który naród, a choćby tylko te pchły uczone, ciągnące małe karety, jakby najlepiej wytresowane konie. 

Nie, ten Dingo stanowczo nie zasługuje ani na podziw, ani na tak przesadzone pochwały, widać należy do rodzaju, który nauka jeszcze do żadnej nie zaliczyła klasy, a który należałoby nazwać Canis alphabeticus nowozelandzki. 

Dowodzenia te kuzyna Benedykta wcale nie przekonały osady; Dingo nie stracił swej dobrej u nich opinii i zawsze był uważany za fenomen psiego rodu. Jeden tylko Negoro widocznie nie podzielał zdania osady, może uważał, iż Dingo jest za rozumny. Okazywał on względem kucharza zaciętą nienawiść i byłby niewątpliwie ściągnął na siebie jego straszną zemstę, gdyby nie to, iż sam umiał się bronić i czuwała nad nim troskliwa opieka wszystkich marynarzy. 

Negoro jak mógł unikał psa, Dick jednak zauważył, iż od czasu owego poznania dwóch liter wzajemna ich do siebie niechęć jeszcze się powiększyła. W istocie było w tem coś niepojętego. 

Dnia 10 lutego powietrze zmieniło się nieco i kapitan Hull mógł się spodziewać, iż po upartej ciszy, nie dozwalającej ˝Pilgrim˝owi płynąć, nastąpi wiatr pomyślny. Do tej pory opóźnienie podróży nie było zbyt znaczne, gdyż dopiero dziewiętnaście dni byli na morzu; przy pomyślnym wietrze łatwo można byłoby odzyskać czas stracony. 

W tej części oceanu Spokojnego statki rzadko kiedy się pojawiały. Okręty przeznaczone do połowu wielorybów zwykle nie zapuszczają się o tej porze tak daleko i tylko wyjątkowe okoliczności mogły skłonić kapitana Hull do opuszczenia tych stref przed końcem pory połowu; nie można więc było liczyć na spotkanie jakiegoś statku. 

Chociaż na morzu nic nie widać, pomimo to trzeba obserwować je bacznie aż do ostatnich krańców widnokręgu. Dla ludzi nie lubiących się zastanawiać, ocean wydaje się monotonnym, lecz dla tych, którzy umieją go pojąć i patrzeć na niego, przedstawia się zupełnie inaczej. Najmniejsze zmiany na powierzchni jego mają niewysłowiony urok dla odczuwających poezyę oceanu. Trawa morska wychylająca się z łona wód, jakaś deska unosząca się na wodzie, której przeszłość daremnie chciałoby się odgadnąć, wszystko to zajmuje niewysłowienie. Wobec takiej nieskończoności nic nie krępuje wyobraźni – tworzyć ona może najróżnorodniejsze wnioski i przypuszczenia. Godni zazdrości są ci, którzy umieją badać myślą tajniki oceanu i wznosić się umysłem od ruchomej jego powierzchni aż do wyżyn niebieskich. 

Zarówno w falach oceanu, jak i nad ich powierzchnią, życie przejawia się nieustannie. Pasażerowie ˝Pilgrima˝ mogli obserwować, jak stada ptaków uciekających przed zimą z ostrego podbiegunowego klimatu, uganiały się za maleńkiemi rybkami i nieraz Dick okazywał dowody swojej zręczności, trafiając z dubeltówki lub pistoletu do tych szybkolotnych ptaków. 

Tu unosiły się stada petreli, białych zupełnie lub ze skrzydłami, o ciemnych obwódkach; tam pingwiny, zwane także bezlotki, których chód po ziemi jest ciężki i śmieszny, ale pływają natomiast tak prędko, iż mogą prześcignąć najszybsze ryby i z tej też przyczyny marynarze nieraz biorą je za nie. Dalej unosiły się ogromne albatrosy, chłoszcząc powietrze wielkiemi skrzydłami, które rozpostarte dochodzą dziesięciu stóp, poczem opuszczały się na powierzchnię wody, zanurzały w niej dzioby, szukając pożywienia. 

Dnia tego przechadzała się pani Weldon po tylnej części statku, gdy nagle oczom jej przedstawiło się ciekawe zjawisko. Powierzchnia morza zaczerwieniła się raptownie, jakby krwią zalana: Dick wówczas bawił się w pobliżu z Jankiem. 

– Patrz, Dicku – rzekła pani Weldon, – czy widzisz to dziwne zabarwienie wód oceanu, tak daleko, jak wzrokiem można zasięgnąć? 

– Powodem tego są – odparł nowicyusz – miliardy skurupiaków, którymi zazwyczaj się żywią wielkie zwierzęta ssące. Rybacy zwą je »strawą wielorybów«. 

– Ależ skurupiaki te są tak małe, że możnaby je wziąć za owady morskie, a kuzyn Benedykt chętnie umieściłby je w swojej kolekcyi. 

Rzekłszy to, pani Weldon zawołała głośno: 

– Kuzynie Benedykcie! 

Kuzyn Benedykt ukazał się na pokładzie prawie jednocześnie z kapitanem Hull. 

– Kuzynie Benedykcie, spojrzno na tę czerwoność, roztaczającą się na morzu. 

– A! – zawołał kapitan – strawa wielorybów. Panie Benedykcie, doskonała nadarza ci się sposobność zbadania ciekawego rodzaju skurupiaków. 

– Cóż one mnie obchodzić mogą – odrzekł kuzyn Benedykt z pogardą. 

– Inaczejbyś pan mówił, gdybyś posiadał żołądek wieloryba, cóż to za specyał dla nich… W porze połowu, gdy napotkamy podobną ławicę tych skorupiaków, przygotowujemy zaraz liny i harpuny, bo możemy być pewni, iż zwierzyna znajduje się niedaleko. 

– Jak to być może, żeby takie małe zwierzątka mogły żywić tak ogromne! – zawołał Janek. 

– A czyż małe ziarnka kaszy i pyłki mąki nie służą za pożywienie dla ludzi? Bóg tak urządził, aby każde stworzenie jego znajdowało odpowiednie sobie pożywienie; to też, gdy wieloryb wypłynie na wodę i otworzy swą ogromną paszczę, zaraz wpada do niej miliardy skorupiaków, a co się raz do niej dostanie, już stamtąd nie wróci, i masa skorupiaków wpada do żołądka wieloryba, tak, jak zupa do twego. 

– Nie myśl czasem Janku, że wieloryb traci czas na obieranie skorupiaków, jak my to czynimy, jedząc raki – dodał Dick. 

– Dodam jeszcze, iż właśnie wtedy, gdy olbrzymi ten łakomiec zajęty jest odżywianiem się, najłatwiej zbliżyć się doń, nie budząc podejrzenia; jest to najwłaściwsza pora do uderzenia go harpunem. 

W tej samej minucie jeden z majtków zawołał: 

– Wieloryb ukazał się z lewej strony statku! 

Kapitan zerwał się, krzyknąwszy: wieloryb! 

Poczem pobiegł na pomost, a za nim poszli pani Weldon, Janek, Dick i kuzyn Benedykt. 

W istocie, o jakie cztery mile z wiatrem, pewne wrzenie wskazywało, iż wielkie jakieś zwierzę ssące poruszało się w pośród fal czerwonych; osada nie mogła go nie poznać. Nie ulegało wątpliwości, iż był to wieloryb. 

Kapitan Hull i cała osada z zajęciem spoglądali na potwora; mówią, że zegarmistrz, będąc w salonie, w którym znajduje się zegar, uczuwa nieprzepartą chęć nakręcenia go, a jakżeby wielorybnik, patrzący na wieloryba, nie uczuł w sobie żądzy pochwycenia go, tem więcej, iż wracali z niezupełnym ładunkiem. 

– Ach! jaki on wielki! – zawołał Janek. 

– Tak jest – odpowiedział kapitan – pewnie ma około 70 stóp długości. 

– Pół tuzina takich wielorybów zapełniłoby cały statek, wielkości naszego ˝Pilgrima˝ – rzekł sternik. 

– Niezawodnie – odparł kapitan, wchodząc na przedni maszt, aby lepiej się przyjrzeć potworowi. 

– Jeśli pochwycimy tego – mówił dalej sternik, – w kilka godzin zapełnimy połowę dwustu brakujących nam beczek tranu. 

– Tak, tak… niewątpliwie – po cichu, jakby do siebie mówił kapitan. 

– Prawda – rzekł Dick – ale nie zawsze udaje się połów i przytem grozi niebezpieczeństwo. 

– Masz zupełną słuszność – odrzekł kapitan. – Wieloryby niekiedy mają tak silne ogony, iż nader ostrożnie zbliżać się do nich trzeba; najmocniej zbudowana łódź nie wytrzyma ich uderzenia. Ale schwytanie potwora tyle przynosi korzyści, iż warto się narazić na niebezpieczeństwo. 

– Oj! że warto, to warto – dorzucił jeden z majtków. 

– Szkodaby go pozostawić w spokoju – rzekł drugi. 

Im dłużej osada przyglądała się wielorybowi, tem więcej się zapalała, aby go złowić. Ileż to beczek będzie tranu! Słysząc ich rozmowy, zdawałoby się, iż trzeba tylko przygotować beczki, a niebawem się zapełnią. 

Kilku majtków, uczepiwszy się lin masztowych, wydawało pożądliwe okrzyki. Kapitan milczał, przygryzając paznogcie. 

– Mamo! mamo! – wołał wtedy Janek – jakżebym chciał mieć tego wieloryba, aby mu się przypatrzeć z blizka jak wygląda. 

– Ach! zachciało ci się wieloryba, mój chłopcze, czemużby nie, wszak prawda, zuchy, iż jest to możliwem do urzeczywistnienia. Brak nam wprawdzie majtków, mogących zastąpić tych, którzy wezmą udział w połowie, możemy jednak… 

– Tak, tak – zawołali jednogłośnie majtkowie. 

– Nie pierwszy to raz zajmę się połowem wielorybów – zawołał kapitan Hull – zobaczycie, iż nie zapomniałem jeszcze ciskać harpunem! 

– Hurra! hurra! – wrzasnęła cała osada. 

Rozdział VII. Przygotowania.

Łatwo zrozumieć, że widok tak olbrzymiego wieloryba, pływającego wśród tych fal czerwonawych, mógł wzbudzić w marynarzach osady gorącą chęć niepominięcia sposobności uzupełnienia ładunku. 

Pani Weldon spytała kapitana, czy jemu i osadzie nie grozi niebezpieczeństwo, jeżeli w podobnych warunkach zajmą się połowem wieloryba. 

– Nic nam nie zagraża – odpowiedział kapitan – ileż to razy z jedną łodzią puszczałem się na połów i wyprawa zawsze uwieńczona była pomyślnym rezultatem. Mogę panią zapewnić, iż nam, ani też pozostałym na statku nie grozi żadne niebezpieczeństwo. 

Pani Weldon uspokojona, nie oponowała więcej. Kapitan Hull wydał bezzwłocznie rozkazy, dotyczące zamierzonej wyprawy. Wiedział z doświadczenia, iż pościg za wielorybem nastręcza niemałe trudności i chciał im w miarę możności zapobiedz. 

Połów już przez to samo był daleko trudniejszym, iż osada ˝Pilgrima˝ miała wypłynąć na jednej tylko łodzi, chociaż statek posiadał wielką szalupę i trzy łodzie, jakich używa się zwykle na podobne wyprawy. Na ˝Pilgrim˝ie wszelako nie było dostatecznej liczby majtków, i trzeba było poprzestać na pięciu obecnych, gdyż manewrowanie łodzią przy połowie wielorybów wymaga bardzo wytrawnych i biegłych marynarzy. Jedno niewłaściwe poruszenie wiosłem, może łódź przyprawić o zgubę. 

Kapitan Hull musiał więc zabrać wszystkich majtków dla obsadzenia łodzi, a zwierzchnictwo nad statkiem powierzyć Dickowi. 

– Dicku – rzekł – pozostawiam cię na statku i powierzam ci dowództwo podczas mojej nieobecności, która, jak się spodziewam, nie długo potrwa. 

– Dobrze, kapitanie – odrzekł nowicyusz. 

Dick miał niemałą ochotę wziąć udział w łowach, ale zrozumiał, że tam silne ramię któregokolwiek z majtków więcej usług oddać może, a na statku znów nikt prócz niego nie może zastąpić kapitana. 

Cała osada ˝Pilgrima˝, to jest czterech majtków i sternik Howick mieli wsiąść do łodzi; majtkowie chwycili za wiosła, sternik ulokował się przy rudlu, kapitan zaś miał trzymać harpun, użyć go we właściwym czasie i czuwać nad rozwijaniem się długiej liny, przytwierdzonej do końca haka i dobić potwora włócznią, gdy znów wypłynie na powierzchnię oceanu. 

Niekiedy do takich łowów używają broni palnej; za pomocą małej armatki, wyłącznie w tym celu urządzonej i ustawionej na pokładzie okrętu lub z przodu łodzi, zarzucają hak pociągający za sobą przytwierdzoną do końca jego linę lub naboje wybuchające. 

˝Pilgrim˝ nie posiadał podobnego przyrządu; jest on bardzo kosztowny i trudny do manewrowania, a majtkowie, zajmujący się połowem wielorybów, zazwyczaj ludzie nie zbyt postępowi, wolą posługiwać się dawnemi narzędziami, to jest hakiem i włócznią, któremi bardzo zręcznie władać umieją. 

Kapitan Hull miał zatem użyć zwykłej broni do pochwycenia wieloryba, który znajdował się o pięć mil morskich od jego statku. Zdawało się, iż pogoda sprzyjać będzie wyprawie; morze było spokojne, nadające się do manewrowania łodzią, a wiatr tak ucichł, iż ˝Pilgrim˝ prawie nie oddali się ze swego stanowiska, podczas, gdy osada będzie zajęta połowem. 

Spuszczono łódź na morze i czterech majtków zajęło w niej miejsce. Howick spuścił zaraz dwa wielkie harpuny i dwie długie ostro zakończone włócznie, oraz pięć kłębów mocnych lin, mających po sześćset stóp długości. Liny takie nie mogą być krótsze, gdyż zdarza się czasami, iż ścigany potwór głębiej jeszcze zanurza się w morzu. Wszystkie te przyrządy umieszczone zostały na przedzie łodzi, a sternik i majtkowie czekali już tylko na rozkaz odwiązania liny przytrzymującej łódź. Z przodu łodzi pozostawiono miejsce dla kapitana. 

Przed opuszczeniem ˝Pilgrima˝ osada jego tak rozłożyła żagle, aby połowa ich działania popychała statek naprzód, a druga go cofała. W ten sposób statek nie oddalał się z miejsca. W chwili odpłynięcia kapitan rozejrzał się jeszcze po statku, aby się przekonać, czy wszystko jest w należytym porządku. Skończywszy przegląd, który wypadł korzystnie, rzekł do nowicyusza: 

– Dicku, zostawiam cię na mojem miejscu, czuwaj troskliwie nad statkiem. Jeśli przypadkiem, co zdaje mi się nie nastąpi, oddalilibyśmy się zanadto, ścigając wieloryba, wskutek czego trzebaby podpłynąć dalej, Tom i jego towarzysze przyjdą ci w pomoc, musiałbyś tylko dobrze ich objaśnić, co i jak mają robić, a jestem pewny, iż będą posłuszni. 

– O! tak, panie kapitanie, pan Dick może śmiało liczyć na nas – zawołał stary Tom. 

– Rozkazuj pan, a wypełnimy wszystko, takbyśmy pragnęli przydać się na co – rzekł Baty. 

– Co mam robić? – zapytał Herkules, zawijając rękawy swojego odzienia. 

– Teraz nic jeszcze – odrzekł Dick z uśmiechem. 

– Dicku – mówił kapitan – pogoda piękna, wiatr zupełnie ustał i zdaje się, iż się tak prędko nie podniesie; głównie zaś pamiętaj o tem, aby w żadnym razie nie spuszczać łodzi na morze i nie opuszczać statku. A gdyby się okazała potrzeba podpłynięcia ku nam, dam ci znać o tem przez podniesienie bandery. 

– Bądź spokojny, kapitanie, nie spuszczę z oka waszej łodzi – odpowiedział Dick. 

– Dobrze, chłopcze, odwagi