Wydawca: Muza Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 497

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Pieszo do irańskich nomadów - Łukasz Supergan

Relacja z pierwszego w historii pieszego przejścia irańskiego łańcucha gór Zagros z północy na południe, na dystansie  około 2300 km. Autor opisał i utrwalił na fotografiach spotkania z ostatnimi żyjącymi tam koczowniczymi ludami: Lurów, Bachtiarów i Kaszkajów, oraz gościnnymi Azerami i Kurdami. Po 76 dniach samotnej wędrówki przez surowy, pustynny i półpustynny masyw, którego najwyższe szczyty przekraczają wysokość 4 000 m, po zmaganiach z upałem i brakiem wody, ale też mrozem i śniegiem blokującym przełęcze, Łukasz Supergan przeszedł całą długość Zagrosu, docierając do Oceanu Indyjskiego. Wśród wielu przeżyć nie ominęło go też aresztowanie i 24-godzinny pobyt na posterunku.

Książka jest też pewną refleksją nad Iranem jako krajem wielu narodów i języków.

Opinie o ebooku Pieszo do irańskich nomadów - Łukasz Supergan

Fragment ebooka Pieszo do irańskich nomadów - Łukasz Supergan

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Zdjęcie na okładce

Kurdyjscy pasterze w górach północnego Iranu – Łukasz Supergan

Opracowanie redakcyjne

Mariola Hajnus

Redaktor prowadzący

Urszula Lewandowska

Redakcja techniczna

Andrzej Sobkowski

Skład wersji elektronicznej

Robert Fritzkowski

Korekta

Krystyna Wysocka

Renata Kuk

Zdjęcia

Łukasz Supergan

Mapa

Anna Szymańska

© for the text and photos by Łukasz Supergan, Warszawa 2016

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2016

ISBN 978-83-7758-009-7

Sport i Turystyka – MUZA SA

Warszawa 2016

Wydanie I

Ojcu Paolo Dall’Oglio.Obyś jeszcze kiedyś mógł zobaczyć pustynię.

W tym wieku, gdy środki ludzkiego transportu obejmują urządzenia potrafiące pokonywać w transczasie głębię przestrzeni i inne delikatnie przenoszące ludzi przez rzeczywiście niedostępne dla ich stóp planetarne powierzchnie, dziwna jest myśl o podejmowaniu pieszo dalekich podróży. Mimo to sposób ten pozostaje podstawowy na Arrakis. Fakt ów przypisywany jest częściowo świadomemu wyborowi, a częściowo brutalnemu traktowaniu, jakie planeta zachowuje dla wszystkiego, co mechaniczne. W ograniczeniach narzucanych przez Arrakis człowiek jest najwytrzymalszym i najbardziej niezawodnym elementem Hadżdż. Być może milcząca świadomość tego faktu czyni Arrakis ostatecznym zwierciadłem duszy.

Frank Herbert, Dzieci Diuny, tłum. Marek Marszał, Poznań 2007.

(Choć książka ta opisuje zdarzenia prawdziwe, imiona niektórych osób zostały zmienione ze względu na ich bezpieczeństwo).

Powrót do Iranu

Spotkanie w Kom

Mały hotelowy pokój tonął jeszcze w mroku, gdy ciemną przestrzeń ulicy wypełnił wydobywający się jakby z głębin zawodzący głos. Bóg jest wielki! – donośne słowa muezzina docierające do nas z niewidocznego w ciemności minaretu, strzelistej wieży stojącej przy meczecie, wzywały na modlitwę wiernych z całej okolicy. Słowa przypływały i rozpływały się w powietrzu, jakby głos śpiewającego wiązł na moment w gardle, po czym znowu odzyskiwał swobodę. Po chwili do niego dołączył jeszcze jeden głos, a potem kolejny i kolejny, aż ogarnęły całe miasto. Nawoływania nałożyły się na siebie, jednak nie w zgodnym unisono – każde biegło w swoim rytmie, tworząc kakofonię skrzypiących dźwięków.

– Allahu akbar, Allahu akbar! Aszhadu an la ilaha illa Allah! – „Bóg jest wielki! Nie ma boga prócz Boga!”. Tymi słowami każdego ranka, niezmiennie od wieków, głosy ze świątyń wzywały pobożnych muzułmanów na Fadżr, pierwszą modlitwę dnia, odmawianą przed wschodem słońca.

Odwróciłem się na bok i z wysiłkiem podniosłem powieki. Leżąca po drugiej stronie pokoju Ola przekręciła się niespokojnie, nie budząc się. Za oknem panował mrok. Zamknąłem oczy i padłem na poduszkę, starając się łowić ślad przerwanego przed chwilą snu. Nas nie dotyczyło to wezwanie, mogliśmy spokojnie drzemać aż do świtu, który nawet tu, w Iranie, leżącym bardziej na południe niż Polska, przychodził kilka minut po siódmej.

Byliśmy w drodze już od trzech miesięcy. Tyle właśnie minęło od dnia, kiedy pełni obaw i nadziei zarazem stanęliśmy z dwoma wielkimi plecakami na płycie dworca autobusowego w Warszawie. Ten dzień zamykał miesiące przygotowań do realizacji najbardziej szalonego pomysłu, jaki kiedykolwiek powstał nam w głowach. Poprzedniej wiosny odszedłem z pracy, w której spędziłem ostatnie cztery lata, wynająłem moje mieszkanie na warszawskim Mokotowie, Ola skończyła swoje studia i pracę. To był moment, w którym mogliśmy śmiało powiedzieć, że nie trzyma nas tu już nic i jesteśmy gotowi zrealizować marzenie noszone w sercu od lat – podróż na Wschód. Wielomiesięczne gromadzenie informacji, kompletowanie map i nerwowe tygodnie, podczas których staraliśmy się o wizy do kolejnych krajów na naszej drodze, dobiegły kresu tamtego październikowego wieczoru 2010 roku, gdy odprowadzani przez małą grupkę znajomych zostawialiśmy nasze dotychczasowe życie. Mieliśmy w planach osiemnaście miesięcy włóczęgi przez kilkanaście krajów Azji, wyłącznie drogą lądową, przez miejsca, o których dotychczas jedynie czytaliśmy w przewodnikach.

– Półtora roku! – kręcili głowami z zazdrością, ale i obawą.

I my nie byliśmy od tych obaw wolni. Zwłaszcza ja, który czułem się odpowiedzialny za moją towarzyszkę podróży i partnerkę. Ola miała większe doświadczenie niż ja, poznała już obce kultury, odwiedziła Syberię, Kaukaz i Maroko. Ja nigdy nie wystawiłem nosa poza południową granicę Rumunii i wszystko, co położone dalej na wschód, było dla mnie nieznanym lądem, który miałem dopiero odkryć. Tamtego wieczoru wsiedliśmy w autobus do Lwowa, a dwudziestokilogramowe plecaki stały się naszym całym dobytkiem.

Pociągiem osobowym jechaliśmy przez zachodnią Ukrainę, autostopem z północy na południe Rumunii, pociągami przez Bułgarię, w cztery tygodnie przemierzyliśmy z tureckimi kierowcami ich kraj, między Stambułem a Kurdystanem. Chęć skonfrontowania się z nieznanym zagnała nas do Syrii. Widok kobiet w nikabach, odsłaniających jedynie podkreślone wyrazistą czernią oczy, ciekawie zerkające na obcych lub przeciwnie uciekające przed naszym wzrokiem, robił duże wrażenie. Podobnie jak zakurzone, hałaśliwe arabskie ulice, wszechobecny chaos na drogach i zaśmiecone przedmieścia Aleppo czy Damaszku. Pobudzająco na zmysły działały bazary, pełne kolorów, zapachów, gwaru ludzkich rozmów i pokrzykiwań sprzedawców. Grudzień spędziliśmy, korzystając z ostatnich promieni słońca nad Morzem Śródziemnym, w chrześcijańskim klasztorze na syryjskiej pustyni. Wigilia Bożego Narodzenia zastała nas nad brzegami jeziora Van, wśród ośnieżonych gór wschodniej Turcji. Nowy Rok witaliśmy w Iraku, w świątyni jezydów oraz wśród asyryjskich chrześcijan. Przez tamte trzy miesiące nasze zmysły bywały wyostrzone do granic możliwości. Doświadczaliśmy strachu, zwątpień i radości, patrzyliśmy na łagodne zachody słońca i walczyliśmy z zimnem mroźnych biwaków. Stopniowo obawy, wywiezione jeszcze z kraju, gasły, kiedy kolejni ludzie na naszej drodze obdarowywali nas gościnnością. To był najlepszy argument za tym, by kontynuować wędrówkę. A potem dotarliśmy do Iranu.

Jadąc tu, wiedzieliśmy o trudnej sytuacji politycznej tego państwa. Islamska Republika, rządzona przez reżim sterowany przez religijnych mułłów i dość bezwolnego prezydenta Mahmuda Ahmadineżada, nie zachęcała nas do przyjazdu. Pełne urzędowych kruczków wyrabianie wizy w irańskiej ambasadzie w Warszawie przemawiało raczej za tym, by ominąć ten kraj. A jednak się uparliśmy. Dlaczego? Na pewno miały w tym udział opowieści o mieszkających tam ludziach i ich gościnności, tak kontrastującej z obrazem Iranu przedstawianym w zachodnich mediach. Kierowała też nami ciekawość, każąca nam skonfrontować obiegowe opinie z rzeczywistością.

Jaki jest Iran? A raczej: jacy są Irańczycy? Zadawaliśmy sobie to pytanie nieustająco. Odpowiedzi udzielali nam ludzie, których spotykaliśmy. Taksówkarz – poznany na przedmieściach kamiennej wioski Kandovan, który uparł się zabrać nas ze sobą. Długo pytaliśmy go o cenę, by w końcu dowiedzieć się, że zabiera nas do domu w pobliskim mieście, gdzie spędziliśmy popołudnie z jego rodziną. Mariam i Massud – którzy, zapraszając nas do swojego mieszkania, uprzedzali: „Skromnie mieszkamy”, tymczasem gdy otworzyliśmy drzwi, zobaczyliśmy stumetrowy apartament, który w dowolnej europejskiej stolicy uchodziłby za luksusowy. Właściciel hotelu w Tebrizie, słysząc obcokrajowców, wdał się w rozmowę o irańskich politykach, na koniec określając ich krótko: „pedały”. Mohamed – student z Isfahanu, nielegalnie pędzący wino, opowiadał o krwawo tłumionych demonstracjach po wyborach prezydenckich, w wyniku których doszedł do władzy Ahmadineżad. „Nie jestem muzułmaninem” – dodał, wprawiając nas w konsternację.

Wreszcie trafiliśmy do Kom.

Właściwie nie mieliśmy wyboru. Wiza do Iranu była ostatnią, jaką wyrobiliśmy w Polsce, a wydanie kolejnej, do Pakistanu, wąsaci urzędnicy uzależniali od zdobycia przez nas dokumentu na wjazd do Indii. Brak małej naklejki, której uporczywie nam odmawiano, sprawił, że utknęliśmy w tym kraju na dobre. Gdybyśmy chociaż mogli po nim swobodnie podróżować, czekając na wizy! Musieliśmy jednak co trzy–cztery dni pojawiać się w indyjskiej ambasadzie, słuchając kolejnych zdawkowych wyjaśnień dotyczących odmowy. Potrzeba było aż pięciu takich wizyt, zanim wreszcie mogliśmy opuścić Iran. Tymczasem wyjeżdżaliśmy z Teheranu na kilka nocy, wpadając do jednego z miast w centrum lub na południu kraju, po czym nocnym autobusem wracaliśmy do stolicy, by kontynuować batalie z biurokratami.

Gdy spojrzeć na mapę Iranu, wydaje się, że Kom leży w cieniu potężnej metropolii, jaką jest stolica. Wiele innych miast przerasta je rozmiarem. Nie to stanowi jednak o jego ważności.

Kiedy w 632 roku prorok Mahomet umierał w Medynie, cały Półwysep Arabski znajdował się pod wpływem nowej religii – islamu. Prorok jeszcze za życia wyznaczył swojego następcę. Miał nim zostać Ali, jego przybrany syn, jednak wspólnota wiernych zdecydowała o wyborze na przywódcę muzułmanów najbliższego towarzysza proroka. Nowym kalifem został Abu Bakr, co doprowadziło ostatecznie do rozłamu niedawno powstałej religii. Stronnicy Alego konsekwentnie uznawali jednak jego zwierzchnictwo jako kalifa, a po jego śmierci kolejnych potomków z jego rodu. Nadano im tytuły imamów – świętych mężów, których wiedza pochodzi wprost od Boga. Ósmym z kolei był Reza i choć nie był władcą (Iran znajdował się wtedy pod panowaniem arabskim i władzę sprawował kalif Al-Mamun z dynastii Abbasydów), przewodniczył dużej społeczności szyitów. Zazdrosny o jego wpływy władca najpierw starał się zjednać sobie Rezę i jego stronników, mianując go następcą. Szyici wiedzieli jednak, że ich starszy o kilkadziesiąt lat imam nie przeżyje młodego władcy, odmówili więc Al-Mamunowi swojego poparcia. Dostrzegając daremność swojego wysiłku, kalif wysłał Rezę z Bagdadu, ówczesnej stolicy, do odległej prowincji Chorasan, a następnie nakazał otruć. Uznany za męczennika Reza pochowany został w północno-wschodniej Persji. Wokół jego mauzoleum powstało miasto Meszhed, obecnie najważniejszy ośrodek religijny Iranu.

Reza nie opuścił jednak Bagdadu z całą rodziną. W stolicy pozostała jego siostra Fatima, która po trwającej rok rozłące z bratem postanowiła dołączyć do niego razem z karawaną krewnych i przyjaciół. Udała się w długą podroż na wschód. Niestety, Fatimie nie było dane zobaczyć brata. W pobliżu Kom jej grupę napadnięto, wielu jej towarzyszy zabito, a ona sama zmarła po dotarciu do miasta – tu, w miejscu jej pochówku, zbudowano wielkie mauzoleum, które jest, po grobie jej brata w Maszhadzie, drugim najważniejszym celem pielgrzymek szyitów z Iranu i całego świata.

Dotarliśmy tu wieczorem, po godzinnej jeździe autobusem z Kaszanu. Dworzec znajdował się na obrzeżach miasta, transportu miejskiego nie było. Taksówkarz stojący przy głównej drodze skosił nas na 25 tysięcy riali – o wiele za dużo jak na krótki kurs do centrum. Trudno, przyzwyczailiśmy się już do faktu, że w Iranie czasem – na szczęście nie zawsze – nawet kierowca taksówki bywa osobą, której nie można ufać. Zresztą cenę ustala ten, kto się na nią zgadza, a my nie umieliśmy się targować. Podczas szybkiego zwiadu na głównej ulicy Ola znalazła niedrogi hotel. Duży, ciepły pokój z łazienką i europejską toaletą oraz kuchnią do dyspozycji gości wynagrodził nam zmęczenie. Aż dziw, że nikt w recepcji nie spytał, czy jesteśmy małżeństwem.

Kiedy wyszliśmy z hotelu, słońce już wstało. Ulicami, otaczającymi świątynny kompleks, przelewały się tłumy. Potężny teren, zajęty przez widoczne z daleka gmachy świątyń, opasany był czworobokiem szerokich ulic. Budynki z jasnożółtej cegły, na piętrach pełniące funkcje mieszkalne, zajęte były od frontu przez sklepy, każdy z nich nakryty od góry markizą, mającą osłaniać przed słońcem lub deszczem. Wszystkie bez wyjątku oferowały przedmioty związane z kultem religijnym. Witryna na rogu prezentowała książki religijne, historie o życiu świętych Alego, Rezy i innych, ściany obwieszone były jaskrawymi grafikami, przedstawiającymi Mekkę i podobizny szyickich imamów. Kolejny sklep pękał w szwach od egzemplarzy Koranu, który kupić można było w dowolnym formacie i cenie, zależnej od wielkości księgi i staranności jej wykonania. Na półkach piętrzyły się, ustawione w długie rzędy, skromne i pozbawione ozdób tomy do codziennego studiowania, miniaturowe podróżne i opasłe, kapiące od złota i kolorów. Na ladzie ułożono w stosy setki innych, równie starannie wydanych. Sprzedawca niedużego sklepu, kilka kroków dalej, wystawił na chodnik stojaki obwieszone muzułmańskimi „różańcami” – sznurami modlitewnymi z kolorowych koralików i amuletami zwanymi „dłonią Fatimy” lub „okiem Proroka”. Za ścianą zachęcał do wejścia sklep ze słodyczami, z których Kom słynęło w całym kraju, jednak już metr za nim patrzyli na przechodniów stojący ramię w ramię ajatollahowie: dawny, nieżyjący już Chomeini oraz jego obecny następca, Ali Chamenei. Obydwaj przyjaźnie, choć z jakąś dziwną surowością w oczach, uśmiechali się z plakatu, który można było kupić za skromne sto tysięcy riali. Kolejny sklep z pamiątkami dla pielgrzymów, kolejna księgarnia, a gdzieś między nimi krawiec, oferujący długie do kostek szaty dla duchownych: białe, szare, kremowe, brązowe, czarne, wszystkie w neutralnych, skromnych odcieniach. Dziesiątki okryć jedno obok drugiego przypominały adwokackie togi lub sutanny.

Przeciskając się w tłumie, od razu dostrzegliśmy różnicę między Kom a Teheranem. Stolica była metropolią, w której spotykali się ludzie różnego pochodzenia i o różnym podejściu do religii. Obok jadącej w autobusie kobiety zawiniętej w czador, czarną pelerynę, szczelnie okrywającą kształty jej ciała i odsłaniającą wyłącznie twarz, mogła siedzieć wyzywająco umalowana dziewczyna, z chustką zsuniętą na tył głowy, rzucająca wyzwanie regułom Islamskiej Republiki. Kom było inne. Tu nie spotykało się kobiet ubranych inaczej niż w czarne szaty. Nawet mężczyźni nosili się tu skromniej i w niczym nie przypominali młodzieży ze stolicy, naśladującej stylem wzorce europejskie i tureckie. Pomiędzy nimi pojawiali się brodaci mężczyźni ubrani w luźne szaty do kostek i biały lub czarny turban.

W pobliżu mauzoleum, gdzie szeroka ulica prowadząca do świętego miejsca zamknięta była dla samochodów, mogliśmy oglądać mieszankę narodów. Irańczycy, arabscy szyici z Iraku, smagli przybysze z Azji Centralnej i Afganistanu, skośnoocy Malajowie, a może Indonezyjczycy, wszyscy przybywali tu z pielgrzymką i w skupieniu podążali do jednej z kilku bram świątynnych. Mauzoleum widoczne było już z daleka dzięki świecącej złotej kopule oraz otaczającym ją czterem minaretom w kolorze zgaszonego błękitu. Po przejściu na olbrzymi dziedziniec tłum zmierzał w stronę drzwi, za którymi oddzieleni ścianami kobiety i mężczyźni osobno podchodzili do sarkofagu Fatimy zwanej Bezgrzeszną i składali jej swoje prośby.

O tym, że do wnętrza świątyni wejść mogą tylko muzułmanie, wiedzieliśmy już wcześniej. Mieliśmy jednak nadzieję, że uda nam się przemknąć. Jeszcze poprzedniej nocy udaliśmy się w stronę świątyni. Niestety, ludzi było zbyt mało, byśmy mogli wtopić się w tłum – wysoki i łysy mężczyzna o gładkiej twarzy z daleka wyróżniał się swoim wyglądem. A i twarz Oli, choć obramowana chustą, zupełnie nie przypominała irańskiej. Strażnik na wejściu, mimo zmroku, z daleka wypatrzył cudzoziemców i skierował Olę do wypożyczalni czadorów. Dopiero odziana w biało-czarny „namiot” mogła wejść na dziedziniec. Mimo zmroku robił wrażenie swoim rozmiarem i ilością zdobień, typową dla szyickich meczetów. Ściany wszystkich budynków ozdobione były ceramiką, milionami błękitnych, zielonych i żółtych misternie ułożonych płytek ceramicznych, między które wpleciono cytaty z Koranu. Do wnętrza nie mogliśmy jednak wejść. Niemal od razu jeden ze strażników „zaopiekował” się nami, nie odstępując ani na chwilę. Postanowiliśmy wrócić nazajutrz.

– Nie oddałaś wczoraj czadoru? – spytałem, gdy Ola wyjęła z podręcznego plecaka okrycie, które za chwilę miało szczelnie przykryć jej ciało.

– Powiedzieli, że to dla mnie, nie muszę zwracać…

– Dali ci czador z wypożyczalni?

– Tak, pytałam.

Przy wejściu na olbrzymi dziedziniec niektórzy mężczyźni skłaniali głowę, a kobiety jeszcze bardziej nasuwały zasłonę na czoła. Wyłożony kamiennymi płytami plac przemierzały setki ludzi, ale i to nie pomogło nam umknąć przed czujnym wzrokiem. Zjawił się kolejny porządkowy, który sprowadził nas na ziemię, każąc Oli bardziej nasunąć skrawek czadoru na czoło, by zakryć niesforny kosmyk włosów. Nie znał angielskiego, ale jego postawa wyraźnie wskazywała, że nie zamierza wpuścić nas do wnętrza mauzoleum. Zamiast tego gestami zaprosił nas do położonego na uboczu visitor centre. Trochę nas to ubodło. Czy w jakiejkolwiek świątyni chrześcijańskiej muzułmanin byłby pilnowany z taką starannością? Na ulicy wyłapywaliśmy pojedyncze spojrzenia, taksujące nas, obcych, z ciekawością, ale i obawą. Tutaj odczuwało się dziwną nieufność wobec obcych.

W pomieszczeniu dla gości, z widokiem na dziedziniec, przyjął nas mówiący po angielsku profesor tutejszego uniwersytetu. Z brodą, przeplataną siwizną, odziany w długą szatę i turban, przypominał setki podobnych duchownych, jakich widzieliśmy na ulicach. Kom to nie tylko drugie najświętsze miejsce Iranu, ale też największe w tym kraju skupisko szkół koranicznych i uniwersytetów, studiuje na nich łącznie 100 tysięcy osób, także z zagranicy. Nauczyciel z dumą opowiadał o mieście, w którym 32 lata wcześniej rozpoczęła się rewolucja islamska. Słuchaliśmy bez mrugnięcia okiem jego słów, że nie tylko na uniwersytetach, ale i w tutejszych szkołach koranicznych studiują także kobiety, które w Iranie traktowane są na równi z mężczyznami. Wsłuchiwałem się w te słowa, patrząc, jak za oknem swobodnie ubrani mężowie szli obok starannie zasłaniających się żon. Jeszcze przed przyjazdem do tego kraju dowiedziałem się, że według prawa kobieta za tę samą szkodę otrzymuje w Iranie dwukrotnie mniejsze odszkodowanie, a jej słowo w sądzie znaczy dwa razy mniej niż mężczyzny. Nie powiedziałem tego siedzącemu przede mną teologowi. Słuchałem.

– Nasz kraj nazywa się Islamską Republiką, gdyż podczas rewolucji ludzie stwierdzili, że jeśli większość obywateli wyznaje islam, to przepisy tej religii powinny mieć zastosowanie także w prawie naszego kraju. Skoro nasi rodacy są w przeważającej części muzułmanami, chcieli, by religia była obecna także w życiu politycznym. W Iranie religia i polityka nie są oddzielne, są ściśle ze sobą związane. I to jest dobre. Na przykład naszym prezydentem nie może zostać ktoś, kto nie jest muzułmaninem.

Kiwaliśmy głowami na jego wywody, zadając neutralnie brzmiące pytania i omijając starannie tematy polityczne. Profesor mówił z pełnym przekonaniem i cały czas myśleliśmy, jak ekstremalnie odmienny jest punkt widzenia ludzi takich jak on na sprawy, które nam wydają się oczywiste.

– Religia i polityka nie są oddzielone od siebie, ale połączone – mówił.

Jak zachowuje się władza, która używa religii do celów politycznych, widać było na ulicach i słychać było w rozmowach z naszymi znajomymi. Na zakończenie spotkania podarował nam książkę o szyizmie. Jeszcze kilka zdjęć i opuściliśmy mauzoleum.

Wyszliśmy z hotelu niemal bez śniadania, dlatego gdy w bocznej ulicy wypatrzyłem piekarnię, skręciłem ku niej od razu. Irański chleb! Stał się moim przysmakiem od początku pobytu w tym kraju. Smaczniejszy nawet od syryjskiego czy libańskiego, pieczony na kamieniach, przy którym seryjnie produkowane pieczywo z Polski wydawało się nie mieć smaku. Ten, który kupiliśmy w Kom, przypominał ażurowy placek o pofałdowanej powierzchni, długi na ponad pół metra. Jedząc, wolno szliśmy między domami. Wokół nas, na chodnikach, giełda biżuterii. Mężczyźni, zbici w małe grupki, kłębili się dokoła handlarzy sprzedających sygnety. Patrząc na nich, zostałem nieco w tyle za Olą. W pewnej chwili ktoś przystanął obok.

– Hello! – słysząc angielskie pozdrowienie, odwróciłem się. Za mną stał młody, może dwudziestoletni chłopak. – Skąd jesteś?

– Az Lachestan, z Polski – odparłem odruchowo, gapiąc się na niego. A właściwie na to, co miał na sobie, bowiem to właśnie jego ubranie od razu przykuło moją uwagę. Ubrany był w prostą koszulę i zwykłą kurtkę, a nogi całkowicie okrywały mu czarne spodnie, niesamowicie szerokie. Nie rozszerzane u dołu, na podobieństwo hipisowskich dzwonów, ale bufiaste niczym worki na całej długości, aż po kostki. Patrząc na niego z daleka, można by przypuścić, że nosi coś w rodzaju spódnicy lub azjatyckiego sarongu, tyle że bardzo obszernego. Głowę okrywała mu okrągła czapka z czarnego filcu.

– Z Polski? Zwiedzacie Iran? Jak wam się podoba? Dawno przyjechaliście? – mówił świetną angielszczyzną, zaskakująco dobrą w kraju, który oficjalnie pozostaje niechętny Zachodowi. Zasypał mnie pytaniami, starałem się odpowiedzieć, zdając sobie sprawę, że gapię się jak głupek na jego ubranie. Wychwycił to spojrzenie.

– Pewnie ciekawi cię, dlaczego noszę takie spodnie?

Przytaknąłem.

– Jestem Lurem. Pochodzę z Lorestanu, z zachodniej części kraju, w górach Zagros. My, Lurowie, tradycyjnie nosimy właśnie takie ubranie.

Lorestan. Przypomniałem sobie mapę Iranu, której część w pobliżu granicy z Irakiem pokrywał czerwony kolor oznaczający góry. Cały zachód Iranu to były potężne masywy, jednak my nie zapuszczaliśmy się w tamtą stronę. Dwa dni wcześniej, opuszczając Kaszan, próbowaliśmy namówić kilku kierowców taksówek, by zabrali nas choćby kilkadziesiąt kilometrów w tamtym kierunku. Cena, jaką oferowaliśmy za podwiezienie w góry, była jednak za niska, a transport publiczny zdawał się nie istnieć poza główną drogą przecinającą miasto z południa na północ. Poddaliśmy się szybko i odległych gór nawet nie zobaczyliśmy. Stojący przede mną chłopak pochodził z prowincji jeszcze bardziej odległej, leżącej w połowie drogi stąd do granicy irackiej.

– Jeśli nie byliście w mojej okolicy, koniecznie tam przyjedźcie. Nasze góry są piękne, to zupełnie inny Iran niż tu, w dużym mieście i inny niż w stolicy.

– Łukasz, musimy już iść. – Ola, widząc, że zniknąłem, wróciła do mnie i pociągnęła za rękaw. Czułem, że trochę wybawia mnie z kłopotu, po wizycie w mauzoleum Fatimy i wykładzie profesora czułem lekki mętlik w głowie i nie miałem ochoty na dłuższe konwersacje ani zaproszenia, a tak bez wątpienia skończyłaby się rozmowa z młodym Lurem. Z drugiej strony zaciekawił mnie swoją odmiennością. Jadąc przez ten kraj, skupialiśmy się na dużych miastach, między którymi łatwo jeździło się wygodnymi nocnymi autobusami. A gdyby tak spróbować poznać inny Iran? Odległy, na pewno trudniejszy i bardziej surowy, ale nie mniej gościnny? Szkoda, pomyślałem, że nie mamy czasu, by zobaczyć coś całkiem innego.

Ola miała jednak rację. Musieliśmy jeszcze zabrać rzeczy z hotelu, by tego samego dnia zjawić się w Teheranie. Wróciliśmy do naszego pokoju, spakowaliśmy plecaki i wyszliśmy na drogę wylotową z miasta. Udało nam się złapać kierowcę jadącego na przedmieścia Kom. Nie mogąc porozumieć się z nami w farsi, zadzwonił do swojej siostry, której wyjaśniliśmy przez telefon, że chcieliśmy tylko dostać się na dworzec. Ta przetłumaczyła nasze słowa kierowcy i już po kwadransie byliśmy na miejscu, a nasz przypadkowy szofer za okazaną pomoc nie wziął od nas ani riala.

Religijne uniesienia i nielegalne wino. Nieufne spojrzenia przeplatające się z ujmującą gościnnością. Widoczne na każdym kroku portrety ajatollaha i rozmowy z naszymi znajomymi, którzy bez wahania nazywali rządzących terrorystami. Iran opuściliśmy trzy tygodnie później, ale od tamtej pory został on w mojej pamięci jako fascynujący, niejednoznaczny – miejsce, które chciałbym zrozumieć lepiej. Przekraczając pustynną granicę z Pakistanem, obiecałem sobie, że kiedyś tu wrócę poznać wszystkie te miejsca, które zostały gdzieś z dala od naszego szlaku, i spotkać ludzi, o których nie wiedziałem jeszcze, że istnieją. Iran przyzywał mnie cicho, chociaż dopiero go opuszczałem. Do wielu miejsc odwiedzonych w czasie tamtej podróży obiecałem sobie powrócić, coś mi jednak mówiło, że to Iran będzie tym, wobec którego tę obietnicę spełnię.

Decyzja

Do Polski wróciłem niemal dwa lata później. W chwili, gdy polski celnik bez słowa zwrócił mi paszport, opuściłem blaszany barak na granicy i padłem na kolana, by dotknąć czołem rodzinnej ziemi. Stojący obok ludzie być może patrzyli na mnie zdziwieni. Był 21 października 2012 roku, pojutrze wypadała druga rocznica opuszczenia domu i ruszenia na wschód.

Tak długa droga zmieniła bardzo wiele. Właściwie nie było innego wyjścia. Wracałem, mając za sobą 24 miesiące w dokładnie 24 krajach Azji i Europy. Choć wyjechaliśmy razem, wracałem sam. Ola już od pół roku była w Polsce. Cały czas nosiłem w sobie bolesne wspomnienie tamtego dnia w Pekinie, na placu Tian’anmen, gdy padły między nami słowa: „Lepiej, żebyśmy się rozstali”. Przez pierwszy rok wspólnej podróży, aż do opuszczenia Pakistanu i wjazdu do Chin, wspólnie pokonywaliśmy trudności tej drogi, walcząc z biurokracją, przebijając się lokalnym transportem przez najwyższe góry świata i najbardziej zapadłe regiony kontynentu. Nasze drogi zaczęły się rozchodzić w Azji Południowo-Wschodniej, gdzie zmęczył nas psychicznie szlak wydeptany przez miliony backpackersów z całego świata, przemierzających Wietnam, Laos i Kambodżę. Jechaliśmy ich trasą, codziennie w tym samym pociągu, w restauracjach, których obsługa patrzyła na dwójkę białasów jak na kolejne chodzące portfele, nie mogąc wyrwać się z miejsc pełnych przybyszów z całego świata. Podążaliśmy przetartą turystyczną trasą, szeroką niczym autostrada, nie mogąc zrozumieć, gdzie podziali się ci wspaniali, gościnni ludzie, których spotykaliśmy na Bliskim Wschodzie, w Iranie czy Pakistanie. Nasz budżet topniał zastraszająco z miesiąca na miesiąc, aż dotarliśmy do Kuala Lumpur w Malezji, a potem było już tylko gorzej. W ostatniej chwili udało nam się zawrócić i zatrzymać na tajskiej wyspie, gdzie przez dwa miesiące pracowaliśmy za jedzenie i dach nad głową w małym ośrodku medytacji. Cóż z tego, nawet ta chwila oddechu nie pomogła. Zmęczeni długą drogą, zmęczeni ludźmi, a nade wszystko zmęczeni sobą popadliśmy w jakiś rodzaj apatii. Przez całe dnie mogłem nie schodzić z łóżka, drzemiąc lub marnując czas przed komputerem. Przepaści, jak powstała między nami, nie udało się już zasypać. Ruszyliśmy w drogę powrotną do domu i podczas niej nasze ścieżki się rozeszły. Jak się okazało, ostatecznie. Z Chin dotarliśmy na rosyjski Daleki Wschód i nad Bajkał, skąd kolej transsyberyjska zabrała Olę do Europy. Ja ruszyłem na południe, do Azji Centralnej.

Znów byłem sam. „Znów”, bowiem moje poprzednie górskie przygody najczęściej były samotne. Przejście łuku Karpat, wędrówki po Beskidach, sezon wspinaczek w szwajcarskich Alpach – od lat brak towarzystwa na szlaku stał się dla mnie raczej regułą niż wyjątkiem. Czułem się z tym dobrze. Będąc raczej introwertykiem, oswoiłem samotność i polubiłem ją, znajdując w swoim towarzystwie przestrzeń na refleksję i doładowanie psychicznych baterii.

Nie zawsze wyruszałem w góry sam. Korzystając ze względnej swobody, jaką dawała mi praca w polskim biurze organizacji Greenpeace i brak zobowiązań rodzinnych, spędziłem cały rok na kursie przewodników beskidzkich, poznając polskie góry, tak jak nigdy przedtem. Na tym kursie poznałem Olę i już rok później zdecydowaliśmy o wyjeździe na Wschód. Teraz, gdy jej zabrakło, musiałem na nowo przyzwyczaić się do samotności, w dodatku podróżując po kompletnie nieznanym gruncie. Nie było to łatwe. Pierwszy miesiąc oznaczał dla mnie dojście do siebie po naszym rozstaniu, któremu – wiedziałem to dobrze i ta świadomość nie dawała mi spokoju – byłem winien w dużej mierze ja sam. Bardzo powoli odradzał się we mnie entuzjazm, wracała ciekawość świata. Wszystko było nowe, zaskakujące, każdy dzień przynosił zdziwienie ludźmi, krajobrazami, nawet tym, jak szybko, w ciągu zaledwie trzech miesięcy, opanowałem od zera język rosyjski. Wszystko to, czego nauczyła mnie podróż przez południe i wschód Azji, wykorzystywałem teraz, poruszając się wśród gór Kirgistanu i Tadżykistanu, prosząc kierowców o bezpłatne podwiezienie, które niekiedy kończyło się w ich domach, zaglądając ludziom pod dachy, goszcząc w jurtach półkoczowniczych pasterzy, rozmawiając moim niewprawnym rosyjskim z mieszkańcami wsi, majstrami na budowach, leśnikami w Tien-szanie, pogranicznikami stacjonującymi na przełęczy w Tadżykistanie, na wysokości czterech tysięcy metrów, górnikami szukającymi srebra wśród szczytów Pamiru. Moją pewność siebie zwiększyło dwukrotne zatrzymanie przez kirgiskich i uzbeckich mundurowych, gdy bezwiednie przekroczyłem strefy przygraniczne, których pilnowali. Pod koniec lata, opuszczając Uzbekistan, ostatnią z odwiedzonych republik postsowieckich, czułem zmęczenie podróżą i odmierzałem tygodnie do powrotu. Samotność, która towarzyszyła mi przez pół roku, dała mi jednak poczucie pewności, że niezależnie od warunków potrafię odnaleźć się w obcym miejscu, w odmiennej kulturze, mimo trudności czerpiąc radość z tego stanu.

Opuszczałem Azję Centralną, po długiej nieobecności wracałem do rodzinnej Europy i… czułem się jakby innym człowiekiem. Zaledwie dwa lata wcześniej przerażałaby mnie myśl o tym, że mógłbym stracić pracę, zostać bez domu i pieniędzy. Wracałem do Polski, nie mając grosza przy duszy, bez możliwości powrotu do domu i bez żadnego zajęcia. I byłem zupełnie spokojny. Wiedziałem, że droga, na którą wkracza się z wiarą, będzie się opiekować wędrowcem, więc i moja nowa droga, tym razem w rodzinnym kraju, zaopiekuje się mną. Jak? Tego nie wiedziałem. Moje poczucie wewnętrznego bezpieczeństwa nie dało się jednak zburzyć. Przez kilka tygodni pomieszkiwałem w domu znajomego, pośrodku warmińskiego lasu, dochodząc do ładu z nową rzeczywistością. A potem na nowo ruszyłem w drogę. Kolejny rok spędziłem na pieszych wędrówkach przez Europę. Gdy i one się skończyły, wróciłem do domu i zadałem sobie pytanie: co dalej?

Wędrując przez Azję, nie zbierałem pamiątek. Nawet jeden drobiazg, zabrany z każdego kraju na naszej drodze, oznaczałby dociążenie plecaka dodatkowym balastem. Gdy już w rodzinnym mieście rozpakowywałem się w pokoju, który na kilka miesięcy zajmowałem wraz z przypadkowymi, ale wspaniałymi znajomymi, wydobyłem z plecaka niewielki zeszyt. W plastikowych okładkach formatu A5 zamknięte były setki przelotnych wspomnień, refleksji, zapisków, rad praktycznych. A wśród nich, gdzieś między notatkami z Nepalu i Pakistanu – pojedyncza strona, którą od początku naszej dwuletniej przygody zapisywałem tylko jednym: pomysłami na kolejne wyprawy i nazwami miejsc, do których chciałbym wrócić. Po dwóch latach była zapisana niemal w całości. Czasem były to rejony kompletnie mi nieznane. Czasem te, które z konieczności ominęliśmy w naszej drodze, jak Półwysep Arabski. A niekiedy – miejsca raz odwiedzone, do których postanowiłem kiedyś powrócić. Wśród nich Iran.

Dlaczego właśnie on? Dlaczego miałbym wracać do miejsca, które już poznałem, zamiast rzucać się na nowe, jeszcze nieodkryte? Chyba stała za tym ta dziwna fascynacja Persją, jej niejednoznacznością, podwójnym obliczem, jakie nam ukazała – jednym, należącym do naszych znajomych, szeptem wspominających krwawe demonstracje i częstujących nas winem i drugim, patrzącym zza okularów ortodoksyjnego nauczyciela z Kom. Te dwa różne oblicza nie pasowały do siebie, ale bez wątpienia opowiadały prawdziwą historię Iranu, trudną i tragiczną, były świadectwem pokrętnej polityki, w jaką został uwikłany, pokazywały dzień dzisiejszy. Czułem też, że w trakcie tamtych pięciu tygodni widziałem rzeczy dostępne dla każdego, kto zechce tu przyjechać. Pragnąłem czegoś więcej, czegoś wyjątkowego, o czym mógłbym powiedzieć „odkryłem to”. Wiedziałem, że w kraju tak olbrzymim – ponadpięciokrotnie większym niż mój – musi być wiele miejsc nieopisanych. I myśl o zobaczeniu ich właśnie nie dawała mi spokoju. Wracało do mnie wspomnienie rozmowy z młodym Lurem z gór Zagros.

W pamięci miałem też chwile spędzone w irańskich domach, których gospodarze otwierali przed nami każde drzwi. To wspomnienie ich niesamowitej gościnności przypominało, że mam do spłacenia dług. Dług, który mogłem spłacić tylko w jeden sposób: wracając do tego kraju, by poznać go jeszcze lepiej i z opowieścią o nim wrócić do domu. I chyba właśnie wtedy, po powrocie z karpackich wędrówek, przyszło mi do głowy, że idealnym sposobem na poznanie tamtego kawałka świata będzie połączenie podróży do Iranu z przejściem przez jego góry. Wyłącznie pieszo, tak jak pieszo przemierzyłem Europę. Wyjąłem z szuflady biurka wysłużony już notes, po czym na kartce, wypełnionej mnóstwem innych pomysłów, dopisałem krótkie zdanie: „przejść góry Zagros”. A potem odłożyłem go z powrotem, zapominając na pewien czas o tym marzeniu.

Wszystko odżyło na wiosnę. Po powrocie z ostatniej europejskiej wyprawy rzuciłem się w wir podróży, tym razem po Polsce – opowieści o moich pieszych wędrówkach po Europie niespodziewanie przyciągały mnóstwo osób. Ci, którzy czytali o nich w sieci, chcieli posłuchać ich także na żywo. Prezentowanie cały czas tej samej historii i ilustrujących ją zdjęć może wydawać się nudne, ale wcale takie nie było, dzięki ludziom, których spotykałem. Pytanie „dlaczego pieszo?” padało z ich ust najczęściej, a mnie wcale niełatwo było na nie odpowiedzieć.

Pierwsza odpowiedź, która przychodziła mi do głowy to: „Bo widzę więcej”. Wydawało mi się, że zostawiając wszelkie środki transportu i decydując się polegać na własnych nogach, zaczynam dostrzegać rzeczy, których inni nie widzą. Przypadkowy kamień przy drodze, kępa kwiatów na łące, mężczyzna koszący trawę, rozklekotana ciężarówka, mijająca mnie z hukiem, woń żywicy w głębi lasu, skrzypienie śniegu pod podeszwami butów. Czy rzeczywiście widziałem więcej? Zrozumiałem, że nie – widziałem intensywniej. Idąc pieszo, spędzam w każdym miejscu znacznie więcej czasu i dokładniej widzę to, co mnie otacza. Jadąc samochodem lub pociągiem, mogę pokonać tysiąc kilometrów w jeden dzień. Pieszo nie uda mi się przejść więcej niż czterdzieści, ale za to mam szansę dostrzec o wiele więcej szczegółów.

Wędrowanie pokazało mi także miejsca, których nie miałbym okazji zobaczyć, gnając przed siebie pociągiem czy autobusem. Boczne drogi, leśne ścieżki, wsie, leżące daleko od głównych szlaków komunikacyjnych, nawet zaułki w miastach, wszystkie one są osiągalne tylko dla tych, którzy odważą się iść wolno i porzucić wszelkie środki lokomocji. Co zresztą widzimy z okien pędzącego pociągu lub samochodu? Kiedy suniemy po torach lub autostradach, rzekomych „arteriach” naszej cywilizacji, najczęstszy widok, jaki mamy za oknem, to ekrany akustyczne na poboczach i rzędy słupów trakcji kolejowej. Wsiadamy, dajemy przenieść się na drugi koniec kraju, po czym wysiadamy, nie wiedząc nawet, którędy prowadziła droga naszej podróży. Jak napisał przed stu laty pewien angielski podróżnik, krajobrazy naszego kontynentu zniszczone zostały w imię prędkości.

Piesza wędrówka wszystko zmienia. Kiedy idziesz, ważne staje się niemal wszystko, pilnujesz swojego położenia i trasy wędrówki. Zaczynasz zwracać uwagę na drobiazgi, które umykają ci na co dzień. Czujesz pracę mięśni pod skórą, niepokoi cię kłucie w stawie, doskwiera nierówne rozłożenie ciężaru na plecach, bo jeden pasek plecaka jest bardziej ściągnięty niż drugi. Zwracasz uwagę na nawierzchnię, po której idziesz i wysokość krawężników, na jakie musisz się wdrapywać. Każdy bodziec z otoczenia wydaje się teraz mocniejszy, odbierasz go intensywniej. I wcale nie dlatego, że twój mózg zaczął dostrzegać więcej. Więcej masz czasu, zdaje się on płynąć wolniej, a przestrzeń wokół ciebie się rozszerza. Dystans, który samochodem, a nawet rowerem, pokonałbyś w ciągu minut, dla piechura staje się kwestią godzin. W zamian za to każdy kawałek twojej drogi nabiera większego znaczenia. Mamy czas, by się zatrzymać. Ze zdumieniem odkrywamy, że otoczenie pełne jest dźwięków, z istnienia których nie zdawaliśmy sobie sprawy. Mamy też czas na spotkania z ludźmi, a im częściej ich spotykamy, tym bardziej zaczynamy ufać im i drodze, która nas prowadzi. Intensywność wrażeń nie ma sobie równych.

Te refleksje naszły mnie po dłuższym czasie, już po powrocie z moich pieszych wędrówek przez Europę. Zimą 2014 roku miałem za sobą ponad dwieście dni marszu i około siedmiu tysięcy kilometrów w nogach. To były trzy podróże: wędrówka do Santiago de Compostela, przejście łuku Karpat i zimowy marsz przez góry Słowacji. Marsz do Hiszpanii nauczył mnie zaufania do drogi, którą szedłem. Zobaczyłem na własne oczy, że jeśli jej zaufasz, opiekuje się tobą – również poprzez tych, których na niej spotykasz. Ludzie, którzy bezinteresownie pomagali pielgrzymom idącym do grobu świętego Jakuba, pokazali mi, jak wielką moc ma w sobie dzielenie się. Tysiące kilometrów marszu uczyły cierpliwości i wytrwałości. Po tygodniach walki z samym sobą, w deszczu i śniegu zrozumiałem, że wyruszając w długą drogę, musimy zgodzić się na trudności, jakie nas czekają – wszelkie trudności, nawet te, których jeszcze nie znamy. Ostatnia myśl, wciąż niedające mi spokoju pytanie „po co?”, szła wraz ze mną przez te wszystkie miesiące. Długo nie mogłem zrozumieć, co tak właściwie pcha mnie przez ten czas, każąc wędrować bez wytchnienia. Zadawałem sobie to pytanie podczas drogi przez Europę i w czasie karpackiej wędrówki. I zrozumiałem to dopiero podczas zimowej wyprawy przez Słowację. Siedziałem w górskiej chacie po męczącym dniu, po przejściu sporego fragmentu grzbietu Niżnych Tatr, cały czas w śniegu, chmurach i przy porywistym wietrze, i mój umysł uwolnił się na chwilę od myślenia o tym, co było i co będzie, o zmęczeniu i uczuciu zimna, jakie towarzyszyły mi od wielu dni. Zniknęła gdzieś satysfakcja z pokonanej trasy. I pomyślałem wtedy: „Podróżujesz, aby stać się lepszym człowiekiem”.

To odkrycie, tak błahe, a jednocześnie tak ważne, zamknęło klamrą prawie rok wędrówki. Wiedziałem, że musiałem ruszyć w tę drogę i przejść kilka tysięcy kilometrów, by zrozumieć tę prostą rzecz. I o tym odkryciu, bardziej niż o wszystkich przygodach, jakie przeżyłem w drodze, wolałem opowiadać podczas spotkań, po powrocie do kraju.

A potem przyszedł mi do głowy ten pomysł. Był zbyt szalony, by traktować go poważnie, a jednak gdy już zacząłem o tym myśleć, nie byłem w stanie opędzić się od niego: przejście gór Zagros.

Przede wszystkim czekało mnie wyznaczenie trasy. Jak dokładnie biegnie ten łańcuch górski i którędy powinienem iść, by go przejść? To pytanie było jednym z trudniejszych. Zagros znajduje się w zachodniej części Iranu, a jego grzbiety biegną równolegle do granicy irackiej, miejscami zbliżając się do niej. Od kilku miesięcy po jej drugiej stronie trwały zacięte walki z Państwem Islamskim. Na wszelki wypadek wolałem nie zapuszczać się zbyt blisko pogranicza. Moim głównym celem, poza ukończeniem drogi przez te góry, miało być spotkanie z ich mieszkańcami. Cały czas miałem w pamięci spotkanie z młodym Lurem w Kom i marzyłem, by dotrzeć do takich jak on mieszkańców gór. W jakich regionach ich szukać? Wiadomości o tych górach, do których dokopałem się w trakcie długich poszukiwań, były bardzo skromne i rozrzucone w bardzo wielu miejscach. Pomału obraz tego, na co się porywałem, stawał się coraz wyraźniejszy.

Zagros. Pustka. Pustynne góry. To pierwsza rzecz, o jakiej pomyślałem, oglądając fotografie tego miejsca zrobione z kosmosu. Zdjęcia satelitarne przedstawiały zadziwiające formy górskie, przypominające nieco wydmy, jednak znacznie ostrzejsze w kształtach, skaliste, poszarpane, jakby ukształtowały je trwające przez tysiąclecia uderzenia jakiegoś tępego narzędzia. W niektórych miejscach teren tych gór nabierał niezwykłej regularności. Grzbiety, na pierwszy rzut oka suche i pozbawione jakiejkolwiek roślinności, wyglądały jak zaorane w olbrzymie bruzdy, biegnące od szczytów ku podstawie niczym przeciągnięte zębami gigantycznego grzebienia. Miejscami wysokie, pokryte śniegiem, nietopniejącym nawet w koszmarnym upale irańskiego lata, miejscami niższe, przysadziste, jakby rozlewające się w miejscu, na którym osadziła je natura. Wszystkie, bez wyjątku, wydawały się najbardziej jałowym miejscem, jakie mogłem sobie wyobrazić. Latem temperatury musiały tu osiągać wartości uniemożliwiające marsz. Musiałem więc rozpocząć wędrówkę jesienią. To z kolei oznaczało, że zima złapie mnie w najwyższych partiach Zagrosu. Okno pogodowe, w trakcie którego mogłem pokusić się o to przejście, było dość wąskie: trwało od września do początku grudnia. Był maj, zacząłem więc wyścig z czasem.

Łańcuch Zagrosu jest olbrzymi. Nie dostrzegałem tego kilka lat temu, podróżując po Iranie i korzystając codziennie z mapy tego kraju. Spojrzenie z perspektywy całego kontynentu, olbrzymiej Eurazji, pozwala tym górom odzyskać właściwą skalę. Karpaty, góry, które uważałem za olbrzymie, stają się zaledwie cienkimi wstążkami gór, wyrastającymi ponad zieloną nizinę pokrywającą naszą Europę. Nawet ośnieżone szczyty Alp wydały mi się, gdy patrzyłem na nie z dystansu, niewiele znaczącymi plamkami. Góry zaczynają dominować w krajobrazie znacznie dalej na wschód, wokół Morza Czarnego, pokrywając znaczną część Turcji i Kaukaz. A jednak dopiero na granicy z Iranem panują już niepodzielnie, ciągnąc się szerokim pasmem przez ten kraj, ponadpięciokrotnie większy od Polski. Rozsiadają się wygodnie między Morzem Kaspijskim, olbrzymią plamą wody pośród gór i pustyń, a Zatoką Perską, ślepym zaułkiem Oceanu Indyjskiego. Dalej, ku wschodowi, góry znikają, ustępując miejsca Wyżynie Irańskiej. Dopiero tysiąc kilometrów dalej na wschód wynurzają się z niej szczyty afgańskiego Hindukuszu, splecione w olbrzymią połać wraz z górami Pamiru, Karakorum i przepotężnych Himalajów. Na wielkim obszarze południowo-zachodniej Azji nie ma gór równie wysokich i rozległych jak Zagros.

Ten potężny łańcuch górski ma swój początek gdzieś wśród szczytów Gór Kurdystańskich, gdzie spotykają się granice trzech państw: Turcji, Iraku i Iranu. Wysokie i trudno dostępne szczyty otaczają północny Irak, tworząc enklawę zamieszkaną przez Kurdów, których gościnności doświadczyliśmy kiedyś z Olą. Dalej ciągną się ku wschodowi i przekraczają granicę Iranu, przechodząc płynnie w pierwsze pasma Zagrosu.

Czy to właśnie tam zaczynają się góry, które miałem zamiar przejść? Granica tych dwóch obszarów jest dość płynna. Gdy przyglądałem się mapie, zobaczyłem, że najdalej na północ wysunięte szczyty Zagrosu sięgają w głąb Wyżyny Armeńskiej, opierając się niemal o granice Armenii i docierając w pobliże Zakaukazia. Czy w takim razie to nie tam należałoby szukać ich początków i czy nie stamtąd powinienem zacząć wędrówkę?

Dalej droga stawała się już oczywista. Łańcuch Zagrosu, zaczynający się w północno-zachodnim Iranie, ciągnął się wzdłuż zachodniej granicy tego kraju. Nie jest to jeden główny grzbiet, ale dziesiątki równoległych pasm górskich, biegnących w tym samym kierunku, z początku wzdłuż granicy z Irakiem, potem stopniowo się od niej oddalających, cały czas w tym samym, południowo-wschodnim kierunku. Przez setki lat Zagros stanowił granicę, oddzielającą cywilizacje. Dawniej były to Mezopotamia, leżąca w żyznych dolinach rzek Eufrat i Tygrys, oraz Persja, zajmująca potężny obszar wyżynnych pustyń, na terenie obecnego Iranu i Afganistanu. Także dziś góry te są granicą – niezbyt dobrze ustaloną, jak każda granica kulturowa – świata arabskiego i perskiego.

Potrzeba wielu setek kilometrów, by pasma Zagrosu minęły Irak i dotarły w pobliże Zatoki Perskiej. Tam, biegnąc równolegle do jej północnego brzegu, tracą na wysokości i rozszerzają się, schodząc do brzegu Oceanu Indyjskiego i ginąc w piaskach pustyń, które zajmują wschodnie połacie kraju. Wyznaczyłem dystans od rozległej wyżyny, leżącej w pobliżu granicy z Armenią i Turcją, do brzegu oceanu. Wynik potwierdził moje obawy. W linii prostej Zagros miał tysiąc sześćset kilometrów. Był więc o pół tysiąca kilometrów dłuższy od Alp i o trzysta od Karpat. Bite trzy miesiące trudnego marszu.

Nie tylko długość przesądza jednak o skali wyzwania. Góry Europy, które przywykliśmy uważać za potężne, są dosyć wąskie. Szerokość łańcucha Alp, mierzona z północy na południe w ich najszerszym miejscu, wynosi nieco ponad dwieście pięćdziesiąt kilometrów. Bliższe nam Karpaty bardzo rzadko rozpościerają się na więcej niż sto. Zagros tymczasem, w swoim najwęższym miejscu, osiąga tyle, ile wynosi dystans między włoską Weroną a Jeziorem Bodeńskim, znajdującymi się po przeciwległych stronach najwyższych gór Europy. Najszersze miejsce irański Zagros osiąga w części północnej, na wysokości irackiego Bagdadu i na dalekim południu, w obu tych regionach zajmując pas ziemi o szerokości czterystu kilometrów. Nie tylko długość, ale i powierzchnia, kilka razy przewyższająca jakiekolwiek góry Europy, czyni z nich najpotężniejszy łańcuch górski od Alp po Himalaje.

Długość, jaką pokazała mi mapa, nie mogła być jednak faktyczną długością mojej wędrówki. Tak jak podczas poprzednich przejść górskich w Karpatach wiedziałem, że trasę marszu narzuci ukształtowanie terenu, przebieg dolin i grzbietów oraz położenie miast i wsi, które mogą być moimi punktami zaopatrzenia. Nadspodziewanie łatwo zaopatrzyłem się w radzieckie mapy topograficzne Iranu i na ich podstawie zacząłem badać szczegóły związane z terenem wyprawy. Wiedziałem, że nie ma sensu wyznaczanie dokładnej marszruty, dzień po dniu – nieprzewidziane wypadki zawsze weryfikują nasze plany, dlatego z grubsza tylko ustalałem przebieg trasy, wzdłuż najważniejszych obniżeń i masywów. O ile wydłużało to moje przejście? Z pomocą linijki i komputera ustaliłem: dwa tysiące trzysta kilometrów. Moja najdłuższa wędrówka górska, jaką kiedykolwiek planowałem. W dodatku w górach, które w znacznej części pokryte były półpustyniami, przypominającymi jałowy step, oraz pustyniami, gdzie oprócz skał i spękanej ziemi nie istniały niemal żadne formy życia. W wysokich partiach Zagrosu, osiągających ponad cztery tysiące metrów, mogłem natrafić na wieczny śnieg.

A jednak w tym nieprzyjaznym miejscu żyli ludzie. Mapa wskazywała duże miasta w dolinach i nawet w głębi gór mogłem natrafić na wsie oraz drogi. Pokazywała też co prawda wiele obszarów kompletnie pustych, które dawni geografowie nazwaliby „białymi plamami”, gdyby nie fakt, że te były żółte i czerwone. Ich kolory sygnalizowały obecność potężnych masywów, między którymi trzeba będzie szukać przejść. Kilka takich miejsc od razu rzuciło mi się w oczy, gdy studiowałem ogólną mapę Iranu, na bardziej szczegółowych radzieckich arkuszach wypełniały te rejony tylko czarne kreski poziomic, bez dróg czy miejscowości. To właśnie tam czekał mnie prawdziwy sprawdzian wytrzymałości. „Gdzie indziej jednak – myślałem, wpatrując się w mapy – powinienem spotkać ludzi”.

Młody mężczyzna, spotkany przed laty w Kom, nie przedstawił mi się jako Irańczyk. Nie czuł się więc potomkiem Persów, narodu tworzącego zrąb współczesnego społeczeństwa Iranu. Mówiąc o sobie „jestem Lurem”, wskazywał, że przynależy do jednego z mniejszych narodów, wchodzących w skład etnicznej mieszanki tego państwa.

Północna część Zagrosu, sąsiadująca blisko z terenami Armenii, Turcji i Azerbejdżanu, zamieszkana jest przez Azerów. Ich język jest blisko spokrewniony z tureckim, a w kulturze widoczne są wpływy ich zachodnich i północnych sąsiadów. Obszar na południu, w sąsiedztwie granicy z Irakiem, to ojczyzna Kurdów, narodu pozbawionego własnego państwa, żyjącego wśród górskich i pustynnych obszarów, na styku Iranu, Iraku, Turcji i Syrii. Centralny Zagros, który tworzą najwyższe pasma, wznoszące się w wielu miejscach na trzy–cztery kilometry w górę, jest natomiast domem Lurów i Bachtiarów, narodów, którym w naszym języku nadalibyśmy miano „górali”. Mówiący własnymi językami, choć spokrewnionymi z perskim, zamieszkują najwyżej położone partie tych gór, gdzie głównym zajęciem pozostaje hodowla zwierząt. Nieliczni z nich do dziś prowadzą tryb życia nomadów i nie mając stałego domu, przemieszczają się w rocznym cyklu wędrówek, wraz ze swoimi trzodami. To poruszyło moją wyobraźnię. Są więc w górach Iranu ludzie żyjący w namiotach, pasterze wędrujący przez góry, niczym w Europie przed wiekami? Prawdziwie wolni, choć mieszkający w zamkniętym kraju? Jak wygląda ich życie? Jak radzą sobie w trudnej rzeczywistości współczesnej Persji? Myśl, że mógłbym spotkać ich na swojej drodze, zbliżyć się do nich i poznać, obudziła we mnie odkrywcę. Zacząłem przekopywać internet w poszukiwaniu informacji o nich, ale plon tych poszukiwań był mizerny. Nawet na zagranicznych stronach nie znalazłem wiele poza ogólnymi wzmiankami, polskie ograniczały się do kilku zdań, niewskazujących zazwyczaj żadnych tekstów źródłowych. Rozproszone i niekompletne – tak najlepiej można określić dane o mieszkańcach środkowego Zagrosu. Tym bardziej rosła więc moja ochota na osobiste poznanie tych ludzi i ich obyczajów, na zdobycie wiedzy, której próżno szukać w sieci. Ciekawości świata nie zaspokoiła żadna z poprzednich podróży. Czyż każde odkrycie i każda wyprawa w nieznane, oprócz niezwykłości tego świata, nie pokazują nam także, jak wielka pozostaje jeszcze nasza niewiedza?

Mój budżet, po powrocie z wędrówek przez Europę, prezentował się mało optymistycznie. Ostatnie miesiące przyniosły zastrzyk w postaci honorariów za artykuły i prelekcje, pozwalając na kilkumiesięczny wyjazd z kraju. Środki, jakimi dysponowałem, nie wystarczyły jednak na kupno nowego sprzętu. Szansą była pomoc innych osób, moich czytelników i ludzi kibicujących mi podczas zeszłorocznych wędrówek. To właśnie oni, moi czytelnicy, pozwolili mi spełnić moje marzenie. Już w połowie lipca było jasne, że uda mi się zebrać fundusze na aparat fotograficzny i osprzęt do niego. Tydzień później wiedziałem, że będę mógł zabrać dodatkowy obiektyw do nietypowych, panoramicznych zdjęć i niewielki tablet do spisywania relacji z drogi. Niemal każdego dnia trafiało do mnie wsparcie znanych i nieznanych osób, a ja zastanawiałem się tylko: skąd oni wiedzą? Dopiero teraz, zaskoczony i szczęśliwy, przekonałem się o zaufaniu, którego potężną dawkę dostałem wraz z pomocą finansową. Ostatnie cztery dni zbiórki przerosły moje najśmielsze oczekiwania. Zamiast spodziewanych pięćdziesięciu osób, znalazło się ponad sto sześćdziesiąt. To nie tylko pozwalało wyruszyć do Iranu z bardzo dobrym sprzętem, ale dawało mi margines finansowego bezpieczeństwa na wypadek choroby lub innych niespodzianek. A ponad wszystko – dawało potężnego, pozytywnego kopniaka. Czułem, że jestem na dobrej drodze i że świat stanął po mojej stronie, by spełnić marzenie o tej wyprawie.

Wśród dziesiątków spraw, o których musiałem pamiętać przed opuszczeniem kraju, jedną odkładałem długo. Trudno było mi wyruszyć, nie powiadamiając rodziny o moich planach. Kiedy mieszkasz i żyjesz samotnie nie musisz obawiać się reakcji swojej drugiej połówki na szalony plan, jaki właśnie przyszedł ci do głowy i jaki właśnie realizujesz. Nie weźmiesz nikogo za rękę i nie powiesz: „wszystko będzie dobrze”.

Może nie jest to złe, ale czasem chciałoby się podzielić swoimi wątpliwościami z najbliższą ci osobą, którą masz tuż obok. Ja nie miałem takiej szansy i cały emocjonalny bagaż mojej decyzji musiałem dźwigać sam. Z drugiej strony samotność oszczędzała mi jakichkolwiek wyrzutów, tęsknoty za kimkolwiek i rozdarcia, jakie by im towarzyszyły.

– Będziesz tęsknił? – zapytała mnie kiedyś dziewczyna, z którą byłem.

– Nie wiem. Wydaje mi się, że nie znam tego uczucia – odpowiedziałem. Zobaczyłem, jak jej oczy robią się okrągłe ze zdumienia.

– A więc nigdy nie tęsknisz? Za nikim? – dopytywała zdumiona.

– Nie.

Po prostu nie. Odpowiedź była i jest krótka, i prawdziwa. Ale jak miałem to wytłumaczyć bliskiej osobie, komuś, kogo kocham? Jak wyjaśnić, że nie będę za nią tęsknił? Jak powiedzieć, że gdy opuszczam dom, moja uwaga skupiona jest już tylko na zadaniu, które mam do wykonania, na drodze, którą mam do przejścia? I że gdy jestem w drodze, nie brakuje mi tych, którzy zostali. Może tylko czasami, gdy pomyślę o tym, że kiedyś obiecywaliśmy sobie nigdy nie rozerwać łączącej nas więzi, a teraz moi „najlepsi” to właściwie „facebookowi” znajomi. Kiedy oglądam zdjęcia, na których się bawią, budują domy, ciężarne mamy pozują z brzuchami, wtedy czasem żałuję, że nie uczestniczę w ich życiu, że się nawzajem nie wspieramy w swoich troskach i nie dzielimy wspólnych radości. Ale po chwili już o tym zapominam, wracam do swoich spraw i nie myślę o tym przez kolejne miesiące. Chyba więc nie tęsknię, może poza krótkimi momentami. Tamta dziewczyna miała do mnie żal, nie rozumiała, jak to możliwe, choć przyzwyczaiła się do myśli, że jej chłopak może „zapomnieć” o niej na czas swojej przygody i myśleć tylko o tym, co „tu i teraz”. Pytała o to później jeszcze kilka razy, ale co więcej mogłem powiedzieć?

Szykując wyprawę do Iranu, nie miałem więc przy sobie nikogo, z kim mógłbym podzielić się obawami i kogo musiałbym przygotować na dłuższą rozłąkę. Pozostawała więc moja Mama.

Od prawie dekady nie mieszkała ona w Polsce. Po wyjeździe z kraju Mama osiadła w deszczowej Walii, gdzie znalazła swój nowy dom i gdzie przynajmniej raz do roku odwiedzałem ją na święta. Utrzymywaliśmy głównie kontakt telefoniczny i internetowy. Po jednej stronie komputer, po drugiej tablet, połączenie zapewnia komunikator Skype i to wystarczy, by raz na jakiś czas, w ciągu pół godziny, przekazać sobie najważniejsze informacje. Po kilku wstępnych pytaniach o samopoczucie i sprawy bieżące powiedziałem jej, że wyjeżdżam do Iranu. Moja mama była już przyzwyczajona do dziwnych przygód, jakie planuje jej pierworodny, przejście pieszo z Polski do Hiszpanii albo łuk Karpat nie robiły już na niej takiego wrażenia. Ta wyprawa jednak była szczególna. Ponad dwa tysiące kilometrów przez pustynne góry to zupełnie inny kaliber niż wycieczka przez Europę.

– Ktoś ci da w łeb.

– No co ty?

– Zwariowałeś. Nie podoba mi się to. I jeszcze jedziesz sam jak palec, bez żadnego partnera. To kulturowo zupełnie inny region.

– Wiem, przecież byłem tam.

– To kiedy wyjeżdżasz?

– Za dwa miesiące.

– Jeszcze się zastanów. Masz trzydzieści trzy lata, powinieneś znaleźć pracę. Na razie nie masz nic. Oczywiście, wiem, fajnie jest poznawać świat. Nasze pokolenie nie miało takich możliwości wyrwania się z Polski jak twoje. Ale mając trzydzieści trzy lata, zarabiałam, utrzymywałam rodzinę. A ty? Niedługo skończysz czterdziestkę i nic, ani zawodu, ani kariery. W twoim wieku ludzie już są na stołkach.

– O tym, że będę na jakimkolwiek stołku, już dawno nie myślę.

– No pewnie, to akurat oczywiste – parsknęła. – Poza tym znowu samotnie. Skoro znasz tylu podróżników, czemu nie znajdziesz kogoś i nie pojedziecie razem?

– Na taką wycieczkę nie wezmę niesprawdzonego człowieka. – Słowa „wycieczka” użyłem chyba mimowolnie. Chociaż… Może świadomie starałem się ją uspokoić? – Skąd mogę wiedzieć, czy ten ktoś nie zrezygnuje lub nie podda się w połowie drogi?

– Ale jedziesz samotnie w nieznany region i to na pustynię. Kiedy coś ci się tam stanie, nie ma dla ciebie ratunku. Gdy złamiesz nogę, zdychasz tam. Po prostu zdychasz. I jeszcze cię zwierzęta żywcem zeżrą.

Nie wytrzymałem i się zaśmiałem.

– Jeśli nie zeżarły zimą w Karpatach, to i tu nie zeżrą.

– Bo nie złamałeś nogi! Gdy zwierzę poczuje, że człowiek jest słaby, zaatakuje.

– Tam zasuwałem w mrozie i głębokim śniegu. Na pustyni na pewno nie będę słabszy.

– Tego akurat nie wiesz. Czasem to kwestia jednego niefortunnego kroku. Nie masz znajomych, nie masz partnera, z którym mógłbyś wyjechać, nie masz ludzi, którzy by ci pomogli. A poza tym nie masz oszczędności, żeby się rozbijać po świecie. Za co chcesz żyć po powrocie? Powinieneś przyjechać tutaj, poczułbyś przynajmniej, że zarabiasz jakiś pieniądz. Przez następne dwa–trzy lata odbiłbyś się na koniunkturze, która jeszcze tu jest. Powinieneś chyba trochę przestawić się mentalnie. I może tu znalazłbyś w końcu ludzi, z którymi chciałbyś wyjeżdżać? A tak, jedziesz do Iranu z pustą kieszenią.

– Nie taką pustą, to, co zarobiłem, wystarczy mi w zupełności.

– Ciągle masz długi sprzed kilku lat. Myślałam, że najpierw się z nich wygrzebiesz, a potem zaczniesz myśleć o jakiejś podróży. Kiedy wróciłeś z Azji, miałam nadzieję, że się zakręcisz za czymś stałym. A tu nie, Europa i łuk Karpat przez kilka miesięcy. Na co ci to? Ludzie są wszędzie, nomadów znajdziesz wszędzie, góry i proste życie są w wielu innych zakątkach tego świata. Co komu to da, że pojedziesz ich odkrywać akurat tam? Powinieneś się ustabilizować, a nie żyć w tym swoim mieszkaniu jak jaskiniowiec.

– …

– Wiem, że nie dzwonisz, abym cię pouczała, ale nie podoba mi się ten wyjazd. Już zimowa Słowacja zdawała mi się przesadą, ale teraz… Nie możesz znaleźć sobie miejsca? Wyjedź, zacznij od początku. Zrezygnuj z tego Iranu, oddaj ludziom te wszystkie pieniądze i wyjedź z Polski, znajdź pracę.

– Nie martw się, mamo. Jeszcze mam trochę czasu, mogę się ustabilizować – odpowiedziałem, śmiejąc się, ale mówiłem serio.

– Możesz. A możesz też z tego Iranu nie wrócić.

– Zawsze mogę, z polskich gór też.

– Wiem. I wiem, że to, co mówię i tak nic nie zmieni. Uważaj na siebie.

Początek sierpnia. Nie pamiętam, czy tamto lato w Polsce było ładne i upalne, czy nie. Nie miało to żadnego znaczenia, skoro nie było szans, aby z niego skorzystać. Dni spędzałem za biurkiem, a stojący przede mną monitor był moim jedynym oknem na świat. Jak zwykle podczas przygotowań do wyprawy zaniedbywałem inne sprawy, nie wychodząc czasem w ogóle z domu. Pod ścianą stał gotowy do spakowania plecak, przy nim zaczynała się już piętrzyć sterta rzeczy, których jak zwykle było zbyt dużo, a nowe wciąż przybywały.

Na podłodze rozkładałem mapy Zagrosu, wydrukowane na dużych płachtach papieru. Było ich dużo, zbyt dużo, by móc je komfortowo dźwigać. Radzieckie arkusze, kreślone w skali 1:200000, nosiły sygnatury z początku lat siedemdziesiątych, niekiedy osiemdziesiątych. Było dla mnie zagadką, kto i jak wykonał te mapy. Wojska sowieckie walczyły w Iranie podczas drugiej wojny światowej, ale te mapy były jednak sporo młodsze, kto więc i w jaki sposób je rysował? Na jednym arkuszu, o powierzchni czterech kartek papieru biurowego, mieściło się nieraz pięć dni mojej wędrówki. Taka skala sprawiała, że o szczegółowej orientacji w terenie mogłem właściwie zapomnieć. Mój szlak wytyczyłem na dużej mapie całego kraju, po czym zebrałem tylko wydruki obejmujące tereny, przez które miała prowadzić trasa wędrówki. Wziąłem ich prawie pięćdziesiąt, razem utworzyły ponaddwukilogramową paczkę. Wiedziałem, że w miarę upływu czasu będę wyrzucać niepotrzebne już płachty, przez pierwsze dni musiałem jednak dźwigać je wszystkie. Zrezygnowałem za to z namiotu, wychodząc z założenia, że na pustyni deszcz nie będzie padać często, więc nieduża plandeka z żaglowego nylonu, rozpinana na dwóch kijkach trekingowych, w zupełności wystarczy.

Dzięki wspierającym mnie osobom kupiłem niewielki aparat fotograficzny. Tuż pod klapą plecaka, przezornie zamocowany taśmą, znalazł się lokalizator satelitarny, moja polisa ubezpieczeniowa w razie wypadku, napaści bądź aresztowania. Małe urządzenie, rozmiarem zbliżone do grubego portfela, pozwalało przekazać swoje położenie lub nadać sygnał SOS z dowolnego miejsca na świecie. Wiedząc, że niekiedy będę musiał wyjaśniać cel mojej podróży napotkanym ludziom, poprosiłem znajomego tłumacza o krótki list po persku, a w nim podstawowe dane o mnie i całej wędrówce.

Pozostawał ostatni element układanki – wiza. Za wszelką cenę chciałem opuścić Polskę, mając w paszporcie dokument upoważniający do trzymiesięcznego pobytu. Pojawiłem się w irańskiej ambasadzie. Moim wsparciem był krótki list, prezentujący plan całego przedsięwzięcia oraz pismo polecające z Muzeum Azji i Pacyfiku. W krótkich ostrożnych słowach wyjaśniłem w czym rzecz.

– Wizy turystyczne wydajemy tylko na trzydzieści dni – usłyszałem. – Ale jeśli zależy panu na dłuższym pobycie, mogę przekazać sprawę sekretarzowi ambasady do spraw kulturalnych. Jeśli wyprawa ma być projektem fotograficznym, chyba on będzie najbardziej odpowiednią osobą.

Z radością przystałem na tę propozycję, dyskretnie wsuwając swoją wizytówkę między kartki, które powędrowały do irańskiego urzędnika. Dwa dni później wróciłem do ambasady na spotkanie. Ubrany w marynarkę siedziałem w eleganckim salonie ozdobionym perskimi dywanami i przygotowywałem pełne ozdobników przemówienie powitalne, gdy mój gospodarz pojawił się w drzwiach.

– Salam, dzień dobry – przywitałem go, starając się zachować spokój. Nie było to łatwe, wiedziałem, że od tej rozmowy będzie sporo zależeć. Siedliśmy przy niewielkim stole.

Sekretarz ambasady wyglądał jak uosobienie perskiej urody. Mniej więcej czterdziestoletni mężczyzna o okrągłej twarzy okolonej gęstym, trzydniowym zarostem, według klasycznej irańskiej mody. Ciemne gęste włosy, lekko przyprószone siwizną, ciemne oczy i oliwkowa skóra, o ton ciemniejsza od mojej, wskazywały na południowe pochodzenie. Nie nosił krawata, który w jego kraju był symbolem imperializmu, kołnierzyk koszuli miał swobodnie rozpięty. Zacząłem od podziękowania za czas, jaki mi poświęca i w okrągłych zdaniach zacząłem wyjaśniać ideę mojej wyprawy.

– No dobrze, a w czym ja mogę panu pomóc? – spytał szybko, dając do zrozumienia, że chciałby przejść do sedna.

– Przejście całego Zagrosu to trzy miesiące wędrówki – powiedziałem. – Ten czas zamierzam poświęcić na poznawanie narodów, które zamieszkują te góry. To także projekt fotograficzny. Potrzebuję jednak wizy dłuższej niż zwykła, bo trzymiesięcznej.

– To nie jest takie łatwe… – i zaczął mówić coś o formalnych kłopotach, jakie stały na przeszkodzie, by wjechać do Iranu na tak długo. Znałem te argumenty. Decyzja wizowa nie zależy tylko od konsula, musi być uzgodniona z ministerstwem w Teheranie, gdzie pracują kolejni urzędnicy. Ci także nie podejmują decyzji samodzielnie, mają swoich szefów i są trybikami w maszynie, jaką tworzył system Islamskiej Republiki. Nawet studenci, przyjeżdżający do Iranu na wymiany naukowe, często nie otrzymywali odpowiednio długich wiz i musieli przedłużać je kilkakrotnie na miejscu. Miałem nadzieję, że z poparciem Muzeum Azji i Pacyfiku urzędnicy ambasady skorzystają z jakiejś furtki, niechby nawet nieoficjalnej. Ale nie. Po kilkunastu minutach opuszczałem gabinet, wiedząc niewiele więcej niż w chwili przyjścia. Na odchodnym usłyszałem tylko „będziemy w kontakcie”.

– Do zobaczenia. I wszystkiego dobrego na czas Ramadanu – uśmiechnąłem się, trochę na siłę. Podaliśmy sobie ręce na pożegnanie, wymieniliśmy ukłony, ale czułem, że na pomoc z jego strony nie mogę liczyć.

Dwa dni później odebrałem telefon. Uprzejmy głos polskiej urzędniczki oznajmił, że nie ma co prawda mowy, abym uzyskał wizę turystyczną na tak długi czas, jakiego potrzebowałem, mogę jednak złożyć wniosek o wizę dziennikarską. Wróciłem do ambasady, gdzie wypełniłem wszystkie wymagane formularze, w myślach pukałem się jednak w czoło. Dziennikarz w Iranie?! To zakrawało na żart. Szansę wjazdu jako dziennikarz do kraju, gdzie wolność mediów jest tylko pobożnym życzeniem i gdzie zachodnie media nigdy nie są wpuszczane, miałem znikomą. Urzędnicy konsularni dawali mi jednak nadzieję i kazali czekać. Czekałem więc. Tymczasem nadszedł wrzesień. W Iranie miały się wkrótce skończyć piekielne upały, otwierało się właśnie okno pogodowe, dzięki któremu mogłem przejść Zagros. Telefony do ambasady nie przynosiły skutku, wyobrażałem sobie, jak rozmawiające ze mną osoby mówiły „proszę czekać”, a myślały „przecież mówiliśmy, że tak będzie”. Czas uciekał, a ja trwałem w zawieszeniu, oczekując na cud. A ten nie nadchodził.

Istniała szansa – jedna i ostatnia. W każdej ambasadzie Iranu na świecie musiałbym czekać kilkanaście dni na zaproszenie od lokalnej agencji turystycznej i drugie tyle na samą wizę, ale był wyjątek. Konsulat w tureckim mieście Trabzon, na wybrzeżu Morza Czarnego. Placówka znajdowała się w mieście na wschodzie kraju, ledwie kilka godzin jazdy od granicy Gruzji i dzień drogi od Iranu. Niezrozumiały kaprys urzędników sprawił, że było to jedyne miejsce, w którym wizy irańskie wydawano „od ręki”. Udając się do Trabzonu i prosząc o wizę tam, miałem tylko jedną szansę. W razie odrzucenia mojej prośby byłem z miejsca przegrany, musiałbym skrócić plan całej wędrówki (i zrezygnować z północnej części Iranu) lub przesunąć wyprawę na następny rok.

Co robić? Co dalej robić? W amoku załatwiania ostatnich spraw cały czas łudziłem się, że może jednak, może się uda, w ostatniej chwili tu, w Warszawie… Im dłużej czekałem, tym bardziej uświadamiałem sobie, że jest to czekanie skazane na klęskę, beznadziejne. Była połowa września, decyzję musiałem podjąć już, teraz.

Teraz.

Pewnego wieczoru, gdy po dniu wypełnionym spotkaniami i finalnym pakowaniem usiadłem za biurkiem, w spokoju zacząłem analizować moje szanse. Przypomniałem sobie słynne słowa Sherlocka Holmesa: Gdy odrzucisz to, co niemożliwe, wszystko pozostałe, choćby najbardziej nieprawdopodobne, musi być prawdą. Pasowały do mojej sytuacji, choć nie w takim sensie, jaki miał na myśli ich autor. Niemożliwe było przejście gór Zagros, jeśli miałbym czekać na wizę jeszcze miesiąc. Niemożliwe było wjechanie do Iranu bez wizy. Jedyne, co według mnie było możliwe w tej sytuacji, to zdobycie niewielkiego świstka papieru w Trabzonie. To była ostatnia szansa. Gdy to zrozumiałem, przestałem czekać. Tego samego wieczoru zarezerwowałem bilet na samolot ze Lwowa do tureckiej Ankary, z przesiadką w Stambule. Dałem sobie trzy dni na dopięcie wszystkiego na ostatni guzik, a potem czekał mnie wielki skok w nieznane.

Jeśli podróżowanie nauczyło mnie czegoś, było to zrozumienie prostego faktu: ci, którzy wyruszyli w drogę i ci, którzy zostali w miejscu, boją się tego samego. Różni ich właściwie tylko jedna rzecz: ci pierwsi wykonali mały krok. Przekroczyli swój strach, stając na krótką chwilę na krawędzi, po czym zdobyli się na chwilę – zaledwie krótką chwilę – dramatycznej odwagi. Takiej, która uwalnia od lęku o to, co będzie za chwilę, jutro, za rok. A potem rzucili się głową w pustkę. Chwila, w której zamykamy oczy i skaczemy w przepaść, w nieznane, z niepojętą nadzieją, że tam, na dole, czeka bezpieczne lądowanie – to jest ta różnica. Decyzja – ruszyć czy zostać. Mogłem znaleźć tysiące powodów, dla których powinienem był zostać w kraju i czekać na cud w zaciszu domu. Tylko że cud by nie nadszedł, a ja stałbym się takim samym człowiekiem jak miliony marzycieli, którzy nie zdobywszy się na moment szalonej odwagi, zostali w swojej strefie komfortu. Kilka lat temu, wyjeżdżając w podróż wokół Azji, także to zrobiliśmy – skoczyliśmy w nieznane, nie wiedząc, co przyniesie nam jutro. Dzięki tamtemu wspomnieniu wiedziałem, że kiedy wykona się ten pierwszy krok, wszystko, co wydawało się groźne, zazwyczaj przestaje takim być. Kilka dni później zamknąłem drzwi mojego domu i zacząłem iść ulicą z nadzieją, że w razie potrzeby droga, którą wybrałem, stanie po mojej stronie.

Do Turcji po wizę

Bismi Allahi’ ar-Rahmāni ar-Rahīm.

„W imię Boga Miłosiernego, Litościwego… Prowadź nas drogą prostą, drogą tych, których obdarzyłeś dobrodziejstwami, nie zaś tych, na których jesteś zagniewany, i nie tych, którzy błądzą”[1].