Wydawca: WAB Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 537 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pieśń Walkirii - Craig Russell

Jan Fabel znowu ma kłopoty. Jego partnerka oczekuje głębszego zobowiązania, zaś jego córka zamierza wstąpić do policji, za co jego była żona ma do niego pretensje. Jakby tego było mało seryjny morderca kobiet zwany Aniołem z St. Pauli dał znak życia po dziesięciu latach milczenia. W dzielnicy czerwonych latarni znaleziono angielską gwiazdę pop zmarłą wskutek kilku pchnięć nożem. Okazuje się, że ma to pewien związek z serią pozornie niepołączonych ze sobą wydarzeń: morderstwem dziennikarki w Norwegii, śmiercią serbskiego gangstera oraz długo zapomnianym projektem powziętym u szczytu Zimnej Wojny, w którego skład wchodziła świetnie wyszkolona grupa zabójczyń znanych pod kryptonimem Walkirie.

 

Russell czeka z niespodziankami i zaskoczeniem aż do ostatniego momentu, który każe czytelnikowi złapać się za głowę z satysfakcjonującą myślą: „Och, jak mogłem się nie domyślić?”.

„Daily Express”

Ostry styl, wiarygodnie zarysowane postacie, mistrzowsko stopniowane napięcie oraz charakterystyczne miejsce akcji dają w wyniku porywającą lekturę.

„Civvy Street Magazine”

Russell łączy w jedno atmosferę, wartką akcję i smakowity czarny humor.

„The List”

Opinie o ebooku Pieśń Walkirii - Craig Russell

Fragment ebooka Pieśń Walkirii - Craig Russell

CRA­IG

RUS­SELL

PIEŚŃ WAL­KI­RII

prze­ło­żył Ja­nusz Ochab

Ty­tuł ory­gi­na­łu: The Val­ky­rie Song

Co­py­ri­ght © 2009 by Cra­ig Rus­sell

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Dla Wen­dy

Nie­bio­sa spla­mio­ne są krwią lu­dzi, gdy wal­ki­rie śpie­wa­ją swą pieśń.

Saga o Nja­lu

Wie­le śmier­ci i ży­wo­tów roz­da­ły wal­ki­rie, słu­żeb­ni­ce Ody­na, w pa­ła­cu wo­jow­ni­ków, Wal­hal­li. To wła­śnie wal­ki­rie, wy­peł­nia­jąc nie­bio­sa strasz­li­wy­mi okrzy­ka­mi, pę­dzi­ły przez pole bi­twy, za­bie­ra­jąc du­sze tych, któ­rym prze­zna­czy­ły śmierć.

W ję­zy­ku sta­ro­nor­dyc­kim wal­ki­ria zna­czy ta, któ­ra wy­bie­ra po­le­głych.

PROLOG

IMe­klem­bur­gia1995

Sio­stry są swo­im ży­wym od­bi­ciem, po­my­śla­ła.

Ute sie­dzia­ła i przy­glą­da­ła się swo­je­mu młod­sze­mu od­bi­ciu – Mar­ga­re­the. A ta wy­glą­da­ła na zmę­czo­ną. I smut­ną. Ten wi­dok spra­wiał Ute ból; kie­dy były małe, wy­da­wa­ło się, że los nie­rów­no roz­dzie­lił mię­dzy nie ener­gię – Mar­ga­re­the za­wsze była tą żyw­szą, by­strzej­szą, ład­niej­szą. Wi­dok sio­stry w tym miej­scu spra­wiał Ute ból.

– Pa­mię­tasz, jak by­ły­śmy małe? – spy­ta­ła Mar­ga­re­the, spo­glą­da­jąc w okno o nie­bie­ska­wych szy­bach. – Pa­mię­tasz, jak cho­dzi­ły­śmy na pla­żę i pa­trzy­ły­śmy na Scha­al­see, a ty mó­wi­łaś, że pew­ne­go dnia prze­pły­nie­my przez je­zio­ro? Do dru­giej czę­ści Nie­miec albo do Da­nii lub Szwe­cji... Mó­wi­łaś, że nie wol­no mi tego zro­bić, a ja się zło­ści­łam, pa­mię­tasz?

– Tak, Mar­ga­re­the, pa­mię­tam.

– Mogę zdra­dzić ci se­kret?

– Oczy­wi­ście, Mar­ga­re­the. Wła­śnie po to są sio­stry. Jak by­ły­śmy małe, za­wsze mó­wi­ły­śmy so­bie se­kre­ty. Wie­czo­rem, kie­dy ga­sły świa­tła, kie­dy mo­gły­śmy szep­tać, a mama i tata nas nie sły­sze­li. Zdradź mi te­raz swój se­kret.

Sie­dzia­ły przy sto­li­ku obok okna wy­cho­dzą­ce­go na ogro­dy. Był ja­sny, sło­necz­ny dzień, na grząd­kach kwi­tły kwia­ty, gru­be nie­bie­skie szy­by nie­co znie­kształ­ca­ły ich praw­dzi­we kształ­ty i bar­wy. Ute po­my­śla­ła, że to ja­kiś spe­cjal­ny ro­dzaj szkła, któ­re­go nie da się roz­bić. Lep­sze to niż kra­ty.

Mar­ga­re­the spoj­rza­ła po­dejrz­li­wie na in­nych pa­cjen­tów, na go­ści i per­so­nel. Od­gro­dzi­ła się od nich, za­mknę­ła po­now­nie we wła­snym świe­cie, ogra­ni­czo­nym je­dy­nie do niej sa­mej, sio­stry i nie­bie­ska­we­go wi­do­ku za oknem. Po­chy­li­ła się do Ute, by prze­mó­wić kon­spi­ra­cyj­nym szep­tem. W tym mo­men­cie znów za­mie­ni­ła się w ład­ną dziew­czyn­kę, któ­rą kie­dyś była. Bar­dzo ład­ną dziew­czyn­kę.

– To strasz­li­wy se­kret.

– Wszy­scy ta­kie mamy – od­par­ła Ute i po­ło­ży­ła dłoń na dło­ni sio­stry.

– Będę po­trze­bo­wa­ła dużo cza­su, żeby ci po­wie­dzieć. Wie­lu wi­zyt. Ni­ko­mu jesz­cze o tym nie mó­wi­łam, ale te­raz już mu­szę. Wró­cisz do mnie, żeby wy­słu­chać tej hi­sto­rii?

– Oczy­wi­ście. – Ute uśmiech­nę­ła się smut­no.

– Pa­mię­tasz, jak za­bra­li mamę i tatę? Pa­mię­tasz, jak nas roz­dzie­li­li i ode­sła­li do róż­nych do­mów dziec­ka?

– Wiesz, że pa­mię­tam. Jak mo­gła­bym za­po­mnieć. Ale nie roz­ma­wiaj­my już o ta­kich rze­czach...

– Wy­sła­li mnie do spe­cjal­ne­go miej­sca. – Mar­ga­re­the zni­ży­ła głos do szep­tu. – Mó­wi­li, że je­stem inna. Wy­jąt­ko­wa. Że mogę ro­bić dla nich rze­czy, któ­rych nie mo­gły ro­bić inne dziew­czy­ny. Twier­dzi­li, że mogę zo­stać bo­ha­ter­ką. Na­uczy­li mnie róż­nych rze­czy. Strasz­nych rze­czy. Tak okrop­nych, że nig­dy ci o nich nie wspo­mi­na­łam. Nig­dy. Dla­te­go je­stem tu­taj. To jest wła­śnie mój pro­blem. Wszyst­kie te strasz­ne rze­czy w mo­jej gło­wie... – Skrzy­wi­ła się, jak­by cię­żar tego, co kry­ło się w jej gło­wie, spra­wiał jej ból. – Nie by­ło­by mnie tu­taj, gdy­by nie na­uczy­li mnie ro­bić tych strasz­nych rze­czy.

– Ja­kich rze­czy, Mar­ga­re­the?

– Po­wiem ci. Po­wiem ci te­raz. Ale mu­sisz mi obie­cać, że po­tem wszyst­ko na­pra­wisz.

– Obie­cu­ję, Mar­ga­re­the. Je­steś moją sio­strą. Wszyst­ko na­pra­wię.

IIHam­burgsty­czeń 2008

Cze­ka­ła na nie­go.

Śle­dzi­ła go od chwi­li, gdy po­ja­wił się na Erich­stras­se, na­prze­ciw­ko mu­zeum ero­ty­ki. Szedł w jej stro­nę, ale jesz­cze jej nie wi­dział. Cof­nę­ła się w mrok ma­łe­go bru­ko­wa­ne­go pla­cu. To mia­ło się stać tu­taj, w ciem­no­ściach roz­świe­tla­nych je­dy­nie bla­skiem do­cie­ra­ją­cym z są­sied­nich ulic, ciem­no­ściach po­głę­bio­nych przez dwa drze­wa o na­gich ga­łę­ziach, któ­re wy­ra­sta­ły z nie­za­bru­ko­wa­nych krę­gów zie­mi po­środ­ku pla­cu.

Cze­ka­ła na nie­go.

Gdy się zbli­żył, roz­po­zna­ła jego twarz. Nig­dy go nie spo­tka­ła, nie wi­dzia­ła go na wła­sne oczy, ale mimo to roz­po­zna­ła. Jego twarz po­cho­dzi­ła spo­za re­al­ne­go świa­ta. Zna­ła ją z te­le­wi­zji, z pra­sy, z pla­ka­tów wy­wie­sza­nych w wi­try­nach skle­pów. Ze świa­ta rów­no­le­głe­go.

Za­wa­ha­ła się na mo­ment. Przy­pusz­cza­ła, że ze wzglę­du na to, kim jest, to­wa­rzy­szą mu inni lu­dzie. Asy­sten­ci. Ochro­nia­rze. Cof­nę­ła się głę­biej w mrok. Kie­dy pod­szedł jesz­cze bli­żej, prze­ko­na­ła się, że jest sam. Zo­ba­czył ją do­pie­ro wte­dy, gdy był tuż obok, a ona wy­szła z cie­nia.

– Cześć – po­wie­dzia­ła po an­giel­sku. – Znam cię.

Za­trzy­mał się za­sko­czo­ny. Nie­pew­ny. Po­tem od­parł:

– Ja­sne, że mnie znasz. Wszy­scy mnie zna­ją. Przy­szłaś tu dla mnie?

Roz­chy­li­ła poły płasz­cza, od­sła­nia­jąc swą na­gość, a jego usta roz­cią­gnę­ły się w sze­ro­kim uśmie­chu. Ob­ję­ła go i wcią­gnę­ła w ciem­ność. Wsu­nął ręce pod jej płaszcz, po­ło­żył dło­nie na jej cie­le, na de­li­kat­nej go­rą­cej skó­rze. Od­dech ko­bie­ty tak­że był go­rą­cy, gdy przy­su­nę­ła usta do jego ucha.

– Przy­szłam tu dla cie­bie... – po­wie­dzia­ła.

– Ja nie przy­sze­dłem tu po to – od­parł zdu­szo­nym gło­sem, po­zwo­lił jed­nak, by wcią­gnę­ła go jesz­cze głę­biej w mrok.

– Nie przy­szłam tu też po twój au­to­graf... – Jej dłoń zsu­nę­ła się po jego brzu­chu, od­szu­ka­ła go.

– Ile? – spy­tał ci­cho, drżąc z pod­nie­ce­nia.

– Ile? – Od­su­nę­ła się, spoj­rza­ła mu w oczy i uśmiech­nę­ła się. – Nic, ko­cha­nie. Do­sta­niesz to za dar­mo, a zo­sta­nie z tobą już na za­wsze.

Nie spusz­cza­ła wzro­ku z jego twa­rzy, lecz jej dło­nie po­ru­sza­ły się szyb­ko i spraw­nie. Czuł, jak roz­pi­na mu pa­sek i pod­cią­ga ko­szu­lę, chłód nocy do­tknął jego na­giej skó­ry.

Osu­nął się na zie­mię.

Bruk pod jego cia­łem był wil­got­ny i zim­ny. Ro­ze­śmiał się ci­cho, za­sko­czo­ny i roz­ba­wio­ny wła­sną nie­zdar­no­ścią. Sie­dział opar­ty ple­ca­mi o ce­gla­ny mur, z sze­ro­ko roz­ło­żo­ny­mi no­ga­mi. Dla­cze­go upadł? Czuł się tak, jak­by nogi nie na­le­ża­ły już do jego cia­ła, wpa­try­wał się w nie i za­sta­na­wiał, dla­cze­go tak na­gle od­mó­wi­ły mu po­słu­szeń­stwa. Po­tem pod­niósł na nią wzrok: sta­ła nad nim okra­kiem, a jej oczy pło­nę­ły prze­ra­ża­ją­cym ogniem. Na­gle zwy­mio­to­wał, choć wcze­śniej wca­le nie czuł mdło­ści. Jego cia­ło prze­nik­nął doj­mu­ją­cy ziąb. Spoj­rzał na wy­mio­ci­ny, znaj­du­ją­ce się na jego pier­si i po­bli­skich ka­mie­niach. W pół­mro­ku lśni­ły głę­bo­ką czer­wie­nią i czer­nią.

Spoj­rzał na nią po­now­nie, jak­by mo­gła mu wy­tłu­ma­czyć, dla­cze­go upadł. Dla­cze­go do­ko­ła jest tyle krwi. Wte­dy to zo­ba­czył: nie­wiel­kie sta­lo­we ostrze w jej dło­ni okry­tej rę­ka­wicz­ką. Po­czuł coś cie­płe­go i wil­got­ne­go pod ubra­niem. Drżą­cy­mi dłoń­mi się­gnął do ko­szu­li i ro­ze­rwał ją jed­nym szarp­nię­ciem. Gu­zi­ki po­le­cia­ły w mrok, od­bi­ły się z ci­chym stu­ko­tem od bru­ku. Jego brzuch był roz­cię­ty, z sze­ro­kiej rany wy­su­wa­ło się coś sza­re­go, lśnią­ce­go i wil­got­ne­go, po­kry­te­go smu­ga­mi czer­wie­ni. Z roz­pła­ta­ne­go brzu­cha są­czy­ła się para, któ­ra zni­ka­ła w mro­ku zi­mo­wej nocy. Krew wy­pły­wa­ła z rany sze­ro­kim stru­mie­niem, któ­ry przy­bie­rał na sile w rytm bi­cia jego ser­ca. Czuł na­ra­sta­ją­cy chłód. I sen­ność.

Ko­bie­ta po­chy­li­ła się nad nim i wy­tar­ła ostrze o rę­kaw jego dro­gie­go płasz­cza. Po­tem prze­szu­ka­ła jego kie­sze­nie, rów­nie spraw­nie i szyb­ko, jak za­da­ła mu cios. Za­bra­ła ter­mi­narz, port­fel i ko­mór­kę, po czym po­chy­li­ła się nad nim, a on znów po­czuł cie­pło jej od­de­chu.

– Po­wiedz im, kto ci to zro­bił – wy­szep­ta­ła. Nadal mó­wi­ła po an­giel­sku. Nadal uży­wa­ła uwo­dzi­ciel­skie­go tonu. – Po­wiedz im, że roz­pruł cię Anioł... – Wy­pro­sto­wa­ła się i scho­wa­ła nóż do kie­sze­ni swo­je­go płasz­cza. – Nie za­po­mnij im o tym po­wie­dzieć, za­nim umrzesz...

IIIDwa­dzie­ścia czte­ry lata wcze­śniej Ber­lin-Lich­ten­berg Nie­miec­ka Re­pu­bli­ka De­mo­kra­tycz­naluty 1984

Roz­ma­wia­my o dzie­ciach, o dzie­ciach, praw­da?

Py­ta­nie ma­jo­ra Geo­r­ga Dre­sche­ra za­wi­sło w cięż­kim od dymu po­wie­trzu. Wszy­scy sie­dzie­li w mil­cze­niu, gdy do po­ko­ju we­szła mło­da ko­bie­ta w mun­du­rze Wa­chre­gi­men­tu Fe­liks Dzier­żyn­ski, nio­sąc tacę z fi­li­żan­ka­mi i dzban­kiem kawy.

Mi­ni­ster­stwo Bez­pie­czeń­stwa Pań­stwo­we­go – Mi­ni­ste­rium für Sta­ats­si­cher­he­it, czy­li MfS – Nie­miec­kiej Re­pu­bli­ki De­mo­kra­tycz­nej, zna­ne po­wszech­nie jako Sta­si, bo taką na­zwą okre­śla­ło je spo­łe­czeń­stwo, któ­re­mu rze­ko­mo słu­ży­ło, zaj­mo­wa­ło cały kwar­tał w dziel­ni­cy Lich­ten­berg, po­ło­żo­nej w Ber­li­nie Wschod­nim. Ob­szer­ne po­miesz­cze­nie, w któ­rym za­sia­dał ma­jor Georg Dre­scher, znaj­do­wa­ło się na pierw­szym pię­trze bu­dyn­ku sie­dzi­by głów­nej przy Nor­man­nen­stras­se. Ścia­ny im­po­nu­ją­cej sali kon­fe­ren­cyj­nej po­kry­te były dę­bo­wą bo­aze­rią, a na jed­nej z nich wi­sia­ła wiel­ka mapa Nie­miec – Wschod­nich i Za­chod­nich. Obok mapy na po­de­ście sta­ła tar­cza z sym­bo­lem obec­nym rów­nież na pie­czę­ci mi­ni­ster­stwa, wraz z ha­słem gło­szą­cym, że Sta­si jest „tar­czą i mie­czem Par­tii”. Śro­dek sali zaj­mo­wał wiel­ki dę­bo­wy stół, przy­po­mi­na­ją­cy lot­ni­sko­wiec w su­chym doku. W rogu zna­la­zło się miej­sce na po­pier­sie Le­ni­na, a na prze­ciw­le­głej ścia­nie wi­sia­ły por­tre­ty I se­kre­ta­rza Eri­cha Ho­nec­ke­ra i mi­ni­stra bez­pie­czeń­stwa pań­stwo­we­go Eri­cha Miel­ke­go, któ­rzy spo­glą­da­li z dez­apro­ba­tą na uczest­ni­ków spo­tka­nia.

Była to sala kon­fe­ren­cyj­na mi­ni­stra: po­kój, w któ­rym od­by­wa­ły się na­ra­dy, w któ­rym usta­la­no stra­te­gię i tak­ty­kę dzia­łań. Tu wła­śnie naj­sku­tecz­niej­sza taj­na po­li­cja świa­ta knu­ła prze­ciw­ko za­gra­nicz­nym wro­gom. I prze­ciw wła­sne­mu na­ro­do­wi.

Sta­si mia­ła też oczy­wi­ście inne po­miesz­cze­nia, za­rów­no w tym kom­plek­sie, jak i w dru­gim, po­ło­żo­nym kil­ka ki­lo­me­trów na pół­noc, w Ho­hen­schön­hau­sen. Po­miesz­cze­nia prze­zna­czo­ne do cze­goś in­ne­go niż roz­mo­wy. Ma­ga­zy­ny wy­peł­nio­ne były bie­li­zną skra­dzio­ną z do­mów po­ten­cjal­nych dy­sy­den­tów: każ­dy ele­ment gar­de­ro­by zo­stał za­opa­trzo­ny w przy­wiesz­kę z na­zwi­skiem i nu­me­rem, by w ra­zie po­trze­by spe­cjal­nie tre­so­wa­ne psy tro­pią­ce Sta­si zna­ły za­pach po­dej­rza­ne­go. W in­nych po­ko­jach kon­stru­owa­no urzą­dze­nia do pod­słu­chu i spe­cjal­ną broń oraz opra­co­wy­wa­no for­mu­ły tru­cizn i od­tru­tek, w jesz­cze in­nych spi­sy­wa­no dłu­gie go­dzi­ny na­gra­nych po­ta­jem­nie roz­mów, wy­wo­ły­wa­no ty­sią­ce zdjęć, prze­glą­da­no ki­lo­me­try za­re­je­stro­wa­nych ukrad­kiem na­grań fil­mo­wych. Całe po­zio­my głów­nej sie­dzi­by Sta­si prze­zna­czo­ne zo­sta­ły na ol­brzy­mie ar­chi­wa akt do­ty­czą­cych oby­wa­te­li NRD. Żad­ne pań­stwo na świe­cie nie zgro­ma­dzi­ło tylu da­nych o wła­snych miesz­kań­cach; in­for­ma­cji zbie­ra­nych przez sieć dzie­więć­dzie­się­ciu je­den ty­się­cy agen­tów Sta­si i trzy­sta ty­się­cy zwy­kłych lu­dzi, któ­rzy „nie­for­mal­nie współ­pra­co­wa­li” z mi­ni­ster­stwem dla do­bra kra­ju, dla pie­nię­dzy lub w za­mian za awans. Albo po to, by sami mo­gli zo­stać na wol­no­ści. Co pięć­dzie­sią­ty oby­wa­tel Nie­miec Wschod­nich szpie­go­wał swo­ich są­sia­dów, przy­ja­ciół i krew­nych.

W bu­dyn­kach Sta­si były też inne po­ko­je. Po­miesz­cze­nia o gru­bych dźwię­kosz­czel­nych ścia­nach, w któ­rych ból słu­żył do­bru pań­stwa.

Ale w tej sali tyl­ko roz­ma­wia­no.

Dre­scher znał czło­wie­ka, któ­ry sie­dział u szczy­tu sto­łu. Puł­kow­nik Ulrich Ade­bach był w mun­du­rze, po­dob­nie jak po­rucz­nik o chło­pię­cym wy­glą­dzie, któ­ry sie­dział po jego le­wej ręce i pa­lił sa­le­ma wy­ję­te­go z pacz­ki le­żą­cej przed nim na sto­le. Ade­bach był krę­pym pięć­dzie­się­cio­kil­ku­lat­kiem o si­wie­ją­cych wło­sach za­cze­sa­nych gład­ko do tyłu i ko­ziej bród­ce po­dob­nej do tej, któ­rą no­sił Wal­ter Ulbricht. In­sy­gnia umiesz­czo­ne na pa­go­nach in­for­mo­wa­ły, że męż­czy­zna ma ran­gę puł­kow­ni­ka. Ma­jor Georg Dre­scher no­sił spor­to­wą ma­ry­nar­kę, spodnie fla­ne­lo­we i golf, któ­re nie wy­glą­da­ły wca­le na pro­duk­ty kra­jo­we­go prze­my­słu tek­styl­ne­go. Dre­scher był jed­nak ofi­ce­rem wy­wia­du za­gra­nicz­ne­go Sta­si, więc utrzy­my­wał z Za­cho­dem bli­skie kon­tak­ty, cze­go od­ma­wia­no nie­mal wszyst­kim jego ro­da­kom.

Dre­scher nie znał po­rucz­ni­ka sie­dzą­ce­go po pra­wej stro­nie Ade­ba­cha ani star­szej ko­bie­ty w cy­wil­nym ubra­niu, a puł­kow­nik wca­le nie za­mie­rzał ich przed­sta­wiać. Ma­jor do­my­ślał się tyl­ko, że mło­dy po­rucz­nik w mun­du­rze o koł­nie­rzu, któ­ry zwie­szał się luź­no wo­kół jego szyi, to ad­iu­tant puł­kow­ni­ka. Po­wie­trze w sali było już siwe od dymu pa­pie­ro­so­we­go, a Dre­scher za­uwa­żył, że mło­dy po­rucz­nik za­pa­la na­stęp­ne­go sa­le­ma, choć przed se­kun­dą zga­sił po­przed­nie­go w po­piel­nicz­ce.

Kie­dy wszy­scy cze­ka­li, aż mło­da ko­bie­ta z Wa­chre­gi­men­tu skoń­czy po­da­wać kawę i wyj­dzie z po­ko­ju, Dre­scher przy­glą­dał się smęt­nej twa­rzy mi­ni­stra bez­pie­czeń­stwa, Eri­cha Miel­ke­go, któ­ry spo­glą­dał nań po­nu­ro z por­tre­tu. Je­śli I se­kre­tarz Ho­nec­ker był Ty­be­riu­szem Nie­miec Wschod­nich, Miel­ke był ich Se­ja­nem.

Dre­scher ukrył uśmiech. Po­czu­cie hu­mo­ru i wy­obraź­nia nie są ce­cha­mi, któ­re ce­nio­no u ofi­ce­rów Sta­si. Z pew­no­ścią nie było nią tak­że po­czu­cie we­wnętrz­ne­go bun­tu. Dre­scher sta­ran­nie ukry­wał wszyst­kie te ce­chy swo­je­go cha­rak­te­ru, gdy prze­by­wał w to­wa­rzy­stwie swo­ich prze­ło­żo­nych. Gdy prze­by­wał w ja­kim­kol­wiek to­wa­rzy­stwie. We­wnętrz­ny bunt ma­jo­ra wy­ra­żał się w dość wy­jąt­ko­wy spo­sób: Dre­scher two­rzył w gło­wie ka­ry­ka­tu­ry, któ­rych jed­nak nig­dy nie prze­lał­by na pa­pier. Wy­obra­żał so­bie swo­ich zwierzch­ni­ków nago, w kom­pro­mi­tu­ją­cych i za­baw­nych sy­tu­acjach.

Ko­bie­ta z Wa­chre­gi­men­tu skoń­czy­ła po­da­wać kawę i wy­szła z sali kon­fe­ren­cyj­nej.

– Co chce­cie przez to po­wie­dzieć? Czyż­by­ście mie­li ja­kieś mo­ral­ne obiek­cje wo­bec tej ope­ra­cji? – spy­tał puł­kow­nik Ulrich Ade­bach, nisz­cząc ob­raz, któ­ry po­wstał wła­śnie w gło­wie Dre­sche­ra. Ma­jor wy­obra­żał so­bie, jak I se­kre­tarz Erich Ho­nec­ker bije po tył­ku ni­skie­go, gru­be­go i po­nu­re­go Eri­cha Miel­ke­go, któ­ry jest ubra­ny je­dy­nie w spód­nicz­kę ba­let­ni­cy i chi­cho­cze jak pod­lo­tek.

– Nie, to­wa­rzy­szu, nie mo­ral­ne, lecz prak­tycz­ne. Wszyst­kie te dziew­czy­ny wy­da­ją się bar­dzo mło­de i nie­doj­rza­łe, a my chce­my wy­słać je w dro­gę, z któ­rej nie ma od­wro­tu... Wy­zna­czyć im zło­żo­ne i nie­bez­piecz­ne za­da­nia, któ­re mu­szą wy­ko­nać w cał­ko­wi­tym od­cię­ciu od struk­tur do­wo­dze­nia. – Dre­scher uśmiech­nął się gorz­ko. – Mam trzy sio­strze­ni­ce. Wiem, jak trud­no je na­mó­wić, by po­sprzą­ta­ły po­kój, nie mó­wiąc już o nie­bez­piecz­nych mi­sjach.

– Kan­dy­dat­ki mają od trzy­na­stu do szes­na­stu lat. – Ade­bach nie od­po­wie­dział na uśmiech Dre­sche­ra. – A do ak­cji zo­sta­ną skie­ro­wa­ne do­pie­ro za kil­ka lat. Może po­wi­nie­nem wam przy­po­mnieć, ma­jo­rze Dre­scher, że gdy wal­czy­łem z fa­szy­sta­mi, by­łem w tym sa­mym wie­ku, co nie­któ­re spo­śród tych dziew­cząt.

Nie mu­sisz mi o tym przy­po­mi­nać, po­my­ślał Dre­scher. Mó­wisz o tym za­wsze, gdy tyl­ko znaj­dziesz pre­tekst, żeby wtrą­cić to ja­koś do roz­mo­wy.

– Pięt­na­ście – kon­ty­nu­ował Ade­bach. – Mia­łem pięt­na­ście lat, gdy wraz z Ar­mią Czer­wo­ną wal­czy­łem na uli­cach Ber­li­na.

Dre­scher ski­nął gło­wą, za­sta­na­wia­jąc się, co czuł ten czło­wiek, gdy za­bi­jał swo­ich ro­da­ków; stał z boku, gdy jego to­wa­rzy­sze bro­ni gwał­ci­li bez­bron­ne Niem­ki. Może zresz­tą wca­le nie stał z boku.

– Z ca­łym sza­cun­kiem, to­wa­rzy­szu puł­kow­ni­ku, ale to są mło­de dziew­czy­ny – od­parł Dre­scher. – I nie mó­wi­my tu o wal­ce zbroj­nej, o bi­tew­nym za­mie­sza­niu.

– Czy­ta­li­ście do­ku­men­ta­cję?

– Oczy­wi­ście.

– Więc wie­cie, że bar­dzo sta­ran­nie wy­bra­li­śmy te dwa­na­ście dziew­cząt. Wszyst­kie speł­nia­ją okre­ślo­ne kry­te­ria. Każ­da z nich od­zna­cza się wy­jąt­ko­wą spraw­no­ścią fi­zycz­ną, każ­da jest po­nad­prze­cięt­nie in­te­li­gent­na i każ­da, z ta­kie­go czy in­ne­go po­wo­du, prze­ja­wia pew­ną dy­so­cja­cję w ob­sza­rze emo­cji.

– Tak, wi­dzia­łem te in­for­ma­cje w do­ku­men­tach. Ale ta dy­so­cja­cja, jak ją na­zwa­li­ście, jest wy­ni­kiem ja­kiejś psy­cho­lo­gicz­nej trau­my z dzie­ciń­stwa. Na­le­ża­ło­by po­wie­dzieć, że moż­na je uznać za... nie­zrów­no­wa­żo­ne. To prze­cież dzie­ci z po­waż­ny­mi pro­ble­ma­mi.

– Żad­na z dziew­cząt nie jest cho­ra psy­chicz­nie – od­po­wie­dzia­ła mu star­sza ko­bie­ta. Mó­wi­ła z ro­syj­skim ak­cen­tem, co wca­le nie zdzi­wi­ło Dre­sche­ra. – Nie są też so­cjo­pat­ka­mi. Ale ze wzglę­du na swo­je do­świad­cze­nia ży­cio­we albo po pro­stu z na­tu­ry, są mniej wraż­li­we emo­cjo­nal­nie niż ich ró­wie­śni­cy.

– Ro­zu­miem. – Dre­scher ski­nął gło­wą. – Ale to chy­ba nie prze­są­dza, że na­da­ją się do tego za­da­nia le­piej niż kto­kol­wiek inny. To zna­czy... jak to po­wie­dzieć... Wiem, że ży­je­my w ide­al­nym spo­łe­czeń­stwie, w któ­rym obie płcie mają rów­ne wa­run­ki, ale bez wąt­pie­nia męż­czyź­ni... męż­czyź­ni są bar­dziej agre­syw­ni. Skłon­niej­si do prze­mo­cy. Za­bi­ja­nie przy­cho­dzi im ła­twiej.

Ade­bach uśmiech­nął się cierp­ko i wstał. Prze­szedł do­ko­ła sto­łu i sta­nął za star­szą ko­bie­tą.

– Może po­wi­nie­nem was so­bie przed­sta­wić – po­wie­dział do Dre­sche­ra. – To jest ma­jor dok­tor Iwa­na Lu­bi­mo­wa. Przy­sła­li ją tu­taj nasi so­wiec­cy to­wa­rzy­sze. Po­wi­nie­nem wam też po­wie­dzieć, że ma­jor Lu­bi­mo­wa tak­że wal­czy­ła w Wiel­kiej Woj­nie Oj­czyź­nia­nej. Słu­ży­ła w dzie­więt­na­stej dy­wi­zji strze­lec­kiej. Prze­szła spe­cjal­ne szko­le­nie w Bu­zu­łu­ku.

– Była snaj­pe­rem? – do­my­ślił się Dre­scher.

– Trzy­dzie­ści trzy po­twier­dzo­ne tra­fie­nia – do­da­ła Lu­bi­mo­wa bez­na­mięt­nym to­nem.

– A te­raz jest pani le­ka­rzem woj­sko­wym? – spy­tał Dre­scher, my­śląc o trzy­dzie­stu trzech za­bi­tych Niem­cach.

– Psy­chia­trą. I nie pra­cu­ję dla woj­ska.

– Ro­zu­miem – od­parł ma­jor. Wie­dział już, że Ro­sjan­ka nie mu­sia­ła przy­jeż­dżać tu z da­le­ka, lecz za­le­d­wie z Karl­shor­stu, w dziel­ni­cy Lich­ten­berg. Z sie­dzi­by KGB.

– Spe­cja­li­zu­ję się w psy­cho­lo­gii wal­ki – kon­ty­nu­owa­ła Lu­bi­mo­wa. – To, co po­wie­dzie­li­ście, jest wła­ści­wie praw­dą: ko­bie­ty są znacz­nie mniej skłon­ne do za­bi­ja­nia pod wpły­wem emo­cji niż męż­czyź­ni. Ogrom­ną więk­szość mor­derstw na świe­cie po­peł­nia­ją męż­czyź­ni, a przy­czy­ną jest zwy­kle gniew, za­zdrość albo al­ko­hol. Albo po­łą­cze­nie tych ele­men­tów. Praw­dą jest też, że męż­czyź­ni za­cho­wu­ją się agre­syw­niej na li­nii fron­tu, szcze­gól­nie pod­czas wal­ki wręcz. Je­śli jed­nak cho­dzi o za­bi­ja­nie z zim­ną krwią, za­bój­stwa za­pla­no­wa­ne, do­ko­na­ne z pre­me­dy­ta­cją, sy­tu­acja wy­glą­da cał­kiem in­a­czej. Ko­bie­ty czę­sto mor­du­ją z wy­ra­cho­wa­niem, kie­ro­wa­ne mo­ty­wa­mi in­ny­mi niż gniew; mo­ty­wa­mi, któ­re mogą być cał­kiem abs­trak­cyj­ne. Dla­te­go wła­śnie tyle mo­ich to­wa­rzy­szek było świet­ny­mi snaj­pe­ra­mi. I dla­te­go te dziew­czy­ny do­sko­na­le na­da­ją się do tego, co za­pla­no­wa­li­śmy.

– Nie je­stem pe­wien. – Dre­scher po­krę­cił gło­wą. – Za­bi­ja­nie to tyl­ko je­den z pro­ble­mów. Te dziew­czy­ny... ko­bie­ty... będą mu­sia­ły dzia­łać w cał­ko­wi­tej izo­la­cji od swo­ich zwierzch­ni­ków.

– I tu­taj wła­śnie za­czy­na się wa­sza rola, ma­jo­rze Dre­scher. Ma­cie ogrom­ne do­świad­cze­nie w Sek­cji A – mó­wił Ade­bach, od­no­sząc się do jed­nost­ki „edu­ka­cyj­nej” wy­wia­du Sta­si, od­po­wie­dzial­nej za szko­le­nie wschod­nio­nie­miec­kich szpie­gów. – Bę­dzie­cie kie­ro­wać ze­spo­łem in­struk­to­rów, któ­rzy wy­szko­lą te dziew­czę­ta w sze­ro­kim za­kre­sie róż­nych umie­jęt­no­ści. Umie­jęt­no­ści, któ­rych będą po­trze­bo­wa­ły, by prze­nik­nąć do róż­nych warstw spo­łe­czeń­stwa na Za­cho­dzie i po­zo­stać w głę­bo­kim ukry­ciu. – Puł­kow­nik po­now­nie za­siadł na swo­im miej­scu.

Dre­scher po­cią­gnął łyk kawy i uśmiech­nął się: Ron­do Me­lan­ge. Ma­jor lu­bił do­brą kawę. Pró­bo­wał już naj­lep­szych ga­tun­ków – w miej­scach ta­kich jak Ko­pen­ha­ga, Wie­deń, Pa­ryż czy Lon­dyn – ale jego zda­niem nic nie rów­na­ło się z Ron­do. Był to je­den z nie­wie­lu traf­nych wy­bo­rów do­ko­na­nych przez mo­no­lit pro­duk­cyj­ny NRD.

– Co ma­cie na my­śli? – spy­tał.

Ade­bach ski­nął gło­wą na swo­je­go ad­iu­tan­ta, któ­ry po­dał Dre­sche­ro­wi plik do­ku­men­tów.

– Zna­cie ja­poń­skie okre­śle­nie ku­no­ichi? Ku­no­ichi to ko­bie­cy od­po­wied­nik wo­jow­ni­ków nin­ja. Za­rów­no ku­no­ichi, jak i nin­ja prze­cho­dzi­li szko­le­nie, któ­re mia­ło z nich uczy­nić do­sko­na­łych za­bój­ców, ale ze wzglę­du na płeć róż­ni­co­wa­no ich me­to­dy dzia­ła­nia. Ku­no­ichi były mi­strzy­nia­mi wal­ki wręcz, uczo­no je jed­nak rów­nież sztu­ki uwo­dze­nia. Zna­ły świet­nie ana­to­mię ludz­kie­go cia­ła, wie­dzia­ły, jak po­bu­dzić je sek­su­al­nie i gdzie znaj­du­ją się jego sła­be punk­ty oraz jak za­bić szyb­ko i przy mi­ni­mal­nym uży­ciu siły, zo­sta­wia­jąc przy tym jak naj­mniej śla­dów prze­mo­cy albo nie zo­sta­wia­jąc ich wca­le. Były rów­nież mi­strzy­nia­mi ka­mu­fla­żu, prze­bie­ra­ły się za słu­żą­ce, pro­sty­tut­ki, wie­śniacz­ki, wie­dzia­ły, jak umie­jęt­nie ukryć broń i jak wy­ko­rzy­stać do wal­ki przed­mio­ty do­mo­we­go użyt­ku. Po­nad­to ku­no­ichi do­sko­na­le zna­ły się na tru­ci­znach, uczy­ły się bo­ta­ni­ki i po­tra­fi­ły przy­go­to­wać śmier­tel­ną mik­stu­rę z ro­ślin, któ­re mia­ły pod ręką. Na­szym ce­lem, ma­jo­rze Dre­scher, jest przy­go­to­wa­nie wła­sne­go od­dzia­łu ku­no­ichi i wpro­wa­dze­nie go głę­bo­ko w tkan­kę za­chod­nie­go ka­pi­ta­li­zmu. Te agent­ki opa­nu­ją wszyst­kie umie­jęt­no­ści, ja­ki­mi dys­po­no­wa­ły ku­no­ichi... ale będą też do­sko­na­le po­słu­gi­wać się wszel­ki­mi ro­dza­ja­mi współ­cze­snej bro­ni.

– Dla­cze­go? – spy­tał Dre­scher. – Dla­cze­go wła­śnie tego ro­dza­ju ope­ra­cja? Dla­cze­go te­raz? I dla­cze­go ma pro­wa­dzić ją Sta­si?

– Mam na­dzie­ję, że to­wa­rzysz­ka ma­jor nie bę­dzie mia­ła mi za złe, że to po­wiem... – Ade­bach ski­nął gło­wą w stro­nę Lu­bi­mo­wej – ...ale zde­cy­do­wa­nie naj­le­piej ra­dzi­my so­bie z in­fil­tra­cją za­chod­nich służb bez­pie­czeń­stwa i or­ga­nów pań­stwo­wych. Oczy­wi­ście mamy pe­wien atut, któ­re­go brak na­szym so­jusz­ni­kom z Ukła­du: mó­wi­my tym sa­mym ję­zy­kiem co nasz głów­ny prze­ciw­nik. – Ade­bach za­pa­lił pa­pie­ro­sa Spra­chlos i za­cią­gnął się po­wo­li dy­mem.

– A je­śli cho­dzi o to, dla­cze­go uru­cha­mia­my ten pro­jekt te­raz... – Ma­jor Lu­bi­mo­wa pod­ję­ła wą­tek po­ru­szo­ny przez Ade­ba­cha. – Po­trze­bu­je­my no­wej stra­te­gii w wal­ce z Za­cho­dem. Mu­si­my użyć skal­pe­la za­miast cięż­kich i tę­pych na­rzę­dzi. Jak wie­cie, nie­daw­no mu­sie­li­śmy ogło­sić naj­więk­szą mo­bi­li­za­cję w na­szej hi­sto­rii. Pod ko­niec ze­szłe­go roku Za­chód nie­mal do­pro­wa­dził do wy­bu­chu praw­dzi­wej woj­ny ato­mo­wej. Przy­pusz­cza­my, że NATO nie zda­wa­ło so­bie spra­wy, jak bli­sko by­li­śmy przy­pusz­cze­nia ata­ku wy­prze­dza­ją­ce­go. Póź­niej oka­za­ło się, że ope­ra­cja Able Ar­cher 83 to zwy­kłe ćwi­cze­nia, co nie zmie­nia fak­tu, że Za­chód użył wów­czas naj­więk­szych sił i środ­ków od cza­su za­koń­cze­nia dru­giej woj­ny świa­to­wej. Ka­pi­ta­li­ści byli na tyle głu­pi, że od­wzo­ro­wa­li praw­dzi­wy atak w każ­dym szcze­gó­le, łącz­nie z szy­fro­wa­ny­mi wia­do­mo­ścia­mi, któ­re prze­sy­ła­li mię­dzy cen­tra­mi do­wo­dze­nia. Wia­do­mo­ścia­mi, któ­re przej­mo­wa­li­śmy. Co wię­cej, usta­li­li­śmy, że bry­tyj­ska pre­mier Mar­ga­ret That­cher wy­jąt­ko­wo czę­sto kon­tak­to­wa­ła się pre­zy­den­tem Re­aga­nem, cza­sa­mi na­wet kil­ka razy dzien­nie. Nie wie­dzie­li­śmy wte­dy, że mia­ło to zwią­zek z ame­ry­kań­ską in­wa­zją na Gre­na­dę, a nie z przy­go­to­wa­nia­mi do woj­ny ją­dro­wej. Do­pie­ro póź­niej do­wie­dzie­li­śmy się, że to zwy­kła sprzecz­ka dwóch im­pe­ria­li­stów o pra­wa ko­lo­nial­ne do skraw­ka zie­mi.

– Mogę was za­pew­nić, ma­jo­rze Dre­scher – do­dał Ade­bach – że zwy­kli lu­dzie tu czy na Za­cho­dzie nig­dy nie do­wie­dzą się, jak nie­wie­le bra­ko­wa­ło, by do­szło do ka­ta­stro­fy. Woj­nie ato­mo­wej na dużą ska­lę za­po­bie­gły je­dy­nie in­for­ma­cje ze­bra­ne i prze­ana­li­zo­wa­ne przez taj­ne służ­by wy­wia­dow­cze, po obu stro­nach, trze­ba przy­znać. Nasi agen­ci w ostat­niej chwi­li nie do­pu­ści­li do tego, by zim­na woj­na za­mie­ni­ła się w go­rą­cą. Mu­si­my opra­co­wać nowe spo­so­by wal­ki, by za­da­wać nie­przy­ja­cie­lo­wi do­tkli­we cio­sy, któ­re nie będą jed­no­cze­śnie pro­wa­dzić do eska­la­cji prze­mo­cy. Wasz wy­dział ma na kon­cie na­praw­dę duże osią­gnię­cia, dzię­ki wa­szym agen­tom uda­ło się prze­nik­nąć do za­chod­nich struk­tur i ze­brać waż­ne in­for­ma­cje. Na­sze do­świad­cze­nia z ze­szłe­go roku do­wo­dzą, jak nie­prak­tycz­ne jest sto­so­wa­nie bro­ni kon­wen­cjo­nal­nej w tym kon­flik­cie. Je­śli mu­si­my sta­nąć do wal­ki z na­szym wro­giem, po­win­ni­śmy to ro­bić na „nie­wi­dzial­nym fron­cie”. Przy­go­to­wu­je­my kil­ka ope­ra­cji wy­ko­rzy­stu­ją­cych dzia­ła­nia wy­wia­dow­cze, sa­bo­ta­żo­we i wy­wro­to­we na nie­spo­ty­ka­ną do­tąd ska­lę. To wła­śnie jed­na z tych ope­ra­cji. Te mło­de ko­bie­ty sta­ną się na­szą bro­nią, prze­nie­sio­ną da­le­ko w głąb te­ry­to­rium wro­ga. Będą miesz­kać na Za­cho­dzie i być może nig­dy nie wkro­czą do ak­cji, a być może będą dzia­łać nie­ustan­nie, w za­leż­no­ści od ak­tu­al­nej sy­tu­acji po­li­tycz­nej. Cho­dzi przede wszyst­kim o to, że w ra­zie po­trze­by mogą znacz­nie ogra­ni­czyć moż­li­wo­ści wro­ga albo po­krzy­żo­wać mu pla­ny.

– Za po­mo­cą za­bój­stwa? – Dre­scher do­lał so­bie kawy do fi­li­żan­ki. – Mu­szę po­wie­dzieć, to­wa­rzy­szu puł­kow­ni­ku, że mam już wy­star­cza­ją­ce środ­ki i per­so­nel, by eli­mi­no­wać po­je­dyn­cze cele na te­ry­to­rium wro­ga.

– Nie mó­wi­my tu­taj o skan­dy­naw­skim dzien­ni­ka­rzu albo pod­sta­rza­łej gwieź­dzie fut­bo­lu – po­wie­dział Ade­bach, zer­ka­jąc z uko­sa na por­tret Miel­ke­go. – Cho­dzi o za­bi­ja­nie naj­waż­niej­szych po­sta­ci, na­wet przy­wód­ców państw Za­cho­du. I to w spo­sób, któ­ry od­su­nie od nas wszel­kie po­dej­rze­nia. Chce­my na przy­kład, by jed­na z Wal­ki­rii prze­nik­nę­ła do pew­nej gru­py ter­ro­ry­stycz­nej, któ­rą fi­nan­su­je­my na Za­cho­dzie.

– Wal­ki­rie? – Dre­scher z tru­dem ukrył uśmiech. Wie­dział o za­mi­ło­wa­niu Ade­ba­cha do Wa­gne­ra. – Więc tak je wła­śnie bę­dzie­my na­zy­wa­li? Czy to nie odro­bi­nę zbyt... wa­gne­row­skie? Brzmi tro­chę jak na­zwa ja­kie­goś żeń­skie­go pod­od­dzia­łu Hi­tler­ju­gend.

– Taki wła­śnie otrzy­ma­ły kryp­to­nim – od­parł Ade­bach sta­now­czym to­nem. – Wa­szym za­da­niem, ma­jo­rze Dre­scher, jest do­wo­dze­nie ze­spo­łem in­struk­to­rów, któ­rzy będą szko­li­li te mło­de ko­bie­ty. Dwa­na­ście dziew­cząt, z któ­rych tyl­ko trzy zo­sta­ną osta­tecz­nie wy­sła­ne do ak­cji. Ale ta trój­ka... Ujmę to w ten spo­sób: nig­dy jesz­cze nie było rów­nie do­sko­na­łych za­bój­ców, praw­dzi­wych ma­szyn do za­bi­ja­nia. Nim za­mie­nią się w te ma­szy­ny, wy, to­wa­rzy­szu ma­jo­rze, bę­dzie­cie ich oj­cem, mat­ką, spo­wied­ni­kiem, na­uczy­cie­lem i straż­ni­kiem. Wszyst­ko jest opi­sa­ne w tych do­ku­men­tach... – Ade­bach wska­zał gło­wą na plik w rę­kach Dre­sche­ra. – Za­bierz­cie to ze sobą, ale nie rób­cie ko­pii. Sta­tus każ­dej z tych dziew­czyn to nie­ofi­cjal­ny współ­pra­cow­nik, jak wie­lu pań­skich agen­tów, któ­rzy dzia­ła­ją na wła­sną rękę. Pod ko­niec ty­go­dnia chcę do­stać te pa­pie­ry z po­wro­tem. Wszyst­kie do­ku­men­ty do­ty­czą­ce pań­skich pod­opiecz­nych zo­sta­ną znisz­czo­ne po ukoń­cze­niu szko­le­nia. Nie mogą za­cho­wać się żad­ne akta opi­su­ją­ce przy­go­to­wa­nie i pra­cę tych agen­tek.

Dre­scher wstał z krze­sła.

– Oczy­wi­ście, ale nie uwa­żam, by było to ko­niecz­ne... Nikt z ze­wnątrz nie bę­dzie miał nig­dy do­stę­pu do do­ku­men­tów Sta­si.

IV U wy­brze­ży Ju­tlan­diiDa­niasier­pień 2002

Go­ran Vu­ja­čić pa­trzył, jak blon­dyn­ka prze­cią­ga się le­ni­wie na le­ża­ku usta­wio­nym na ru­fie jach­tu. Mia­ła dłu­gie i szczu­płe nogi, lecz jej bio­dra nie były tak wą­skie i chło­pię­ce jak bio­dra dru­giej dziew­czy­ny. Vu­ja­čić lu­bił, gdy jego ko­bie­ty wy­glą­da­ły jak ko­bie­ty. Po­pi­jał piwo, sy­cąc się jego chło­dem w go­rą­cy dzień. A było na­praw­dę go­rą­co. Vu­ja­čić nie spo­dzie­wał się, że może tu być aż tak cie­pło. Nie prze­pa­dał za kli­ma­tem pół­noc­nej Eu­ro­py; znacz­nie le­piej czuł się w wil­got­nym śród­ziem­no­mor­skim upa­le Ad­ria­ty­ku lub w pa­lą­cym słoń­cu bał­kań­skie­go lata. Ale dziś po­go­da była na­praw­dę do­bra, dzię­ki cze­mu mógł po­dzi­wiać dziew­czy­ny ska­czą­ce z rufy jach­tu do Mo­rza Pół­noc­ne­go. Wie­dział już, że zde­cy­du­je się na blon­dyn­kę. To mia­ła być część trans­ak­cji, znak do­brej woli: że wol­no mu bę­dzie prze­le­cieć blon­dyn­kę. W koń­cu do tego wła­śnie słu­ży­ły ko­bie­ty. Aha, i zdo­bi­ły jesz­cze po­kład.

– Ta two­ja łó­decz­ka mu­sia­ła cię spo­ro kosz­to­wać – po­wie­dział do Knud­se­na, prze­su­wa­jąc dło­nią po czer­wo­nej skó­rze i la­kie­ro­wa­nym drew­nie te­ko­wym, z któ­rych wy­ko­na­no sofę wbu­do­wa­ną w po­kład. Vu­ja­čić, bo­śniac­ki Serb, roz­ma­wiał z Knud­se­nem, Duń­czy­kiem, po an­giel­sku: w mię­dzy­na­ro­do­wym ję­zy­ku biz­ne­su. I zor­ga­ni­zo­wa­nej prze­stęp­czo­ści.

– Jest war­ta ja­kieś pięć mi­lio­nów do­la­rów. Ale ku­pi­łem ją po kosz­tach – od­parł Knud­sen cierp­ko. – Do­sze­dłem do po­ro­zu­mie­nia z wła­ści­cie­lem. Na pew­no nie chcesz szam­pa­na?

– Na ra­zie wy­star­czy mi piwo – stwier­dził Vu­ja­čić, po­now­nie spo­glą­da­jąc przez ra­mię na dziew­czy­ny. – Ale może po­tem...

– Tak. – Knud­sen ski­nął gło­wą. – Po­tem bę­dziesz mógł tro­chę po­sza­leć, co Go­ran? Kie­dy wszyst­ko już za­ła­twi­my.

Vu­ja­čić uśmiech­nął się pod no­sem. Czuł się roz­luź­nio­ny, choć nie na tyle, by nie za­brać ze sobą Zlat­ka. Zlat­ko stał w mil­cze­niu za nim, w pa­lą­cym słoń­cu i mo­krej od potu ha­waj­skiej ko­szu­li. Vu­ja­čić z roz­ba­wie­niem my­ślał o tym, że Chor­wat pil­nu­je jego bez­pie­czeń­stwa. Cza­sy się zmie­nia­ją...

Knud­sen, wy­so­ki Duń­czyk o wy­glą­dzie twar­dzie­la, sie­dział z Vu­ja­či­ciem w za­cie­nio­nej al­ko­wie na ru­fie jach­tu. Umun­du­ro­wa­ni człon­ko­wie za­ło­gi sta­li w cie­niu mar­ki­zy, wy­star­cza­ją­co da­le­ko, by nie sły­szeć ich roz­mo­wy. Cze­ka­li na sy­gnał do po­da­nia lun­chu. Vu­ja­čić wcią­gnął głę­bo­ko po­wie­trze, jak­by wdy­chał za­pach bo­gac­twa uno­szą­cy się nad po­kła­dem.

– Wiesz, Pe­ter, to jest po­czą­tek pięk­nej przy­jaź­ni – rzekł. – A wiesz dla­cze­go? Bo uzu­peł­nia­my się na­wza­jem. Po­daż i po­pyt. Mogę do­star­czyć to, cze­go po­trze­bu­jesz. W na­szym ma­łym przed­się­wzię­ciu stwo­rzy­my głów­ny szlak han­dlo­wy, któ­rym będą prze­pły­wać nar­ko­ty­ki do Skan­dy­na­wii i Nie­miec. Ty i ja, mój przy­ja­cie­lu, bę­dzie­my bar­dzo, bar­dzo bo­ga­ci. A na pew­no bo­gat­si. Może ku­pię so­bie taki jacht, je­śli znaj­dziesz mi po­dob­ny po kosz­tach. – Vu­ja­čić uśmiech­nął się do blon­dyn­ki. – Do­ku­pił­bym też może część wy­po­sa­że­nia...

– Po­wiedz mi, Go­ran, je­steś pe­wien, że po two­jej stro­nie wszyst­ko jest już do­pię­te? – spy­tał Knud­sen. – Wiesz, cho­dzi mi o dys­try­bu­cję. Sły­sza­łem, że mia­łeś ja­kieś kło­po­ty z kon­ku­ren­cją.

– To już prze­szłość. Po­ra­dzi­łem so­bie z wszyst­ki­mi pro­ble­ma­mi jesz­cze przed na­szym pierw­szym spo­tka­niem. Mó­wi­łem ci wte­dy, że mam peł­ną kon­tro­lę nad sie­cią dys­try­bu­cji. I nadal ją mam. Mu­sia­łem tyl­ko do­pil­no­wać, żeby kil­ku lu­dzi ode­szło z tego in­te­re­su. Na za­wsze. Nie­ste­ty, mu­sia­łem być dys­kret­niej­szy niż za­zwy­czaj, więc kosz­to­wa­ło mnie to tro­chę wię­cej, niż przy­pusz­cza­łem.

– Wy­na­ją­łeś ko­goś z ze­wnątrz? – spy­tał Knud­sen.

Vu­ja­čić mil­czał przez chwi­lę. Po­pi­jał piwo i spo­glą­dał na wy­so­kie­go Duń­czy­ka, jak­by się za­sta­na­wiał, na ile może mu ufać. Vu­ja­čić wie­dział, że Knud­sen jest bo­ga­ty. Usto­sun­ko­wa­ny. Wszyst­kie in­for­ma­cje na jego te­mat oka­za­ły się praw­dzi­we. Ale Vu­ja­čić wal­czył na woj­nie. Do­świad­cze­nie na­uczy­ło go, że na­le­ży dzie­lić męż­czyzn na dwie gru­py: tych, któ­rzy za­wsze go­to­wi są do wal­ki, i po­zo­sta­łych. Tak jak ko­bie­ty na­le­ży dzie­lić na te, któ­re byś prze­le­ciał, i sta­re. Knud­sen go in­try­go­wał: do­bie­gał pięć­dzie­siąt­ki, może na­wet już ją prze­kro­czył, lecz wciąż za­cho­wał mło­dzień­czą syl­wet­kę, wy­god­ne ży­cie nie zła­go­dzi­ło jego ry­sów. Choć może za­wdzię­czał to je­dy­nie re­gu­lar­nym wi­zy­tom w eks­klu­zyw­nej si­łow­ni...

– Wi­dzisz, mam part­ne­ra... in­ne­go part­ne­ra – po­wie­dział w koń­cu Vu­ja­čić, po­chy­la­jąc się do przo­du i zni­ża­jąc głos do szep­tu. Naj­wy­raź­niej te sło­wa nie były prze­zna­czo­ne na­wet dla uszu Zlat­ka.

– Tak, twój dru­gi part­ner... – Knud­sen zmarsz­czył brwi. – Nie po­do­ba mi się to, Go­ra­nie. Wo­lał­bym wie­dzieć, kto jesz­cze bie­rze w tym udział.

– Ale cie­bie to nie do­ty­czy, mój przy­ja­cie­lu. Moje in­te­re­sy z tam­tym czło­wie­kiem nie mają nic wspól­ne­go z tym, co ro­bi­my tu­taj. Ty nie wiesz nic o nim, a on nie wie nic o to­bie. To zu­peł­nie róż­ne spra­wy. To­bie do­star­czam środ­ki far­ma­ceu­tycz­ne, a jemu po­ma­gam w re­kru­ta­cji per­so­ne­lu. – Serb ro­ze­śmiał się, roz­ba­wio­ny wła­snym dow­ci­pem. – Poza tym my współ­pra­cu­je­my mniej wię­cej na rów­nych za­sa­dach. I choć na­sze przed­się­wzię­cie wca­le nie jest małe, on uznał­by taki za­ro­bek za mar­ne gro­sze. Mó­wi­my tu o gru­bych ry­bach. Na­praw­dę gru­bych ry­bach. Ci lu­dzie pro­wa­dzą znacz­nie po­waż­niej­sze in­te­re­sy niż ty i ja, Pe­ter. Za pie­nią­dze, o któ­rych mo­że­my tyl­ko po­ma­rzyć.

– A co to za in­te­re­sy?

– Nie nar­ko­ty­ki, je­śli o to ci cho­dzi. Jak już mó­wi­łem, do­star­czam im... – Vu­ja­čić prze­su­nął dło­nią po krót­ko przy­strzy­żo­nych wło­sach, szu­ka­jąc wła­ści­we­go sło­wa – ...pra­cow­ni­ków. I na­wet gdy­bym wie­dział coś wię­cej na ten te­mat, a nie wiem, nie mógł­bym ci tego po­wie­dzieć. Tak czy in­a­czej, mu­sia­łem po­ra­dzić so­bie z kon­ku­ren­cją. Mój dru­gi part­ner zna pew­ne­go spe­cja­li­stę. Po­dob­no naj­lep­sze­go w bran­ży.

– Płat­ne­go za­bój­cę?

– Tak. Albo płat­ną za­bój­czy­nię. – Vu­ja­čić po­chy­lił się jesz­cze bli­żej. – Wal­ki­ria. Ale jaka ko­bie­ta umia­ła­by ro­bić ta­kie rze­czy, praw­da Pe­ter? Ta Wal­ki­ria miesz­ka w Niem­czech, w Ham­bur­gu, o ile mi wia­do­mo. Mó­wią, że to naj­lep­szy płat­ny za­bój­ca na świe­cie.

– Jest lep­sza niż Mek­sy­ka­nin? – spy­tał Knud­sen.

– Car­los Ra­mos? Sły­sza­łem nie­daw­no, że się wy­co­fał. Ale to praw­da. Co naj­mniej rów­nie do­bra, może lep­sza. Wła­ści­wie sam mo­głem to za­ła­twić. W la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych za­ła­twi­łem u sie­bie wię­cej ta­kich spraw... – Vu­ja­čić zer­k­nął przez ra­mię na Zlat­ka, jak­by chciał się upew­nić, że Chor­wat go nie sły­szy, po czym od­wró­cił się po­now­nie do Duń­czy­ka. – Ale to za­da­nie wy­ma­ga­ło wię­cej fi­ne­zji, je­śli wiesz, co mam na my­śli. Więc ta Wal­ki­ria zro­bi­ła wszyst­ko, jak na­le­ży. Więk­szość zgo­nów wy­glą­da­ła na wy­pad­ki albo sa­mo­bój­stwo. Gli­nia­rze za­ję­li się tyl­ko dwie­ma spra­wa­mi. Na­praw­dę do­bra ro­bo­ta. Czy­ściut­ka. Krót­ko mó­wiąc, nie mu­sisz mar­twić się o dys­try­bu­cję.

– W po­rząd­ku. – Knud­sen ski­nął gło­wą. – Sko­ro tak mó­wisz, Go­ra­nie. Je­steś go­to­wy?

– Je­stem. – Vu­ja­čić od­wró­cił się i ski­nął gło­wą na Zlat­ka. Po­tęż­ny Chor­wat po­ło­żył na sto­le nie­wiel­ką tecz­kę, z któ­rej Vu­ja­čić wy­jął cien­kie­go czar­ne­go lap­to­pa. Serb wy­stu­kał od­po­wied­ni kod, a na ekra­nie po­ja­wi­ła się za­bez­pie­czo­na stro­na ban­ku. – Blu­eto­oth to cu­dow­ny wy­na­la­zek, praw­da? – Uśmiech­nął się sze­ro­ko.

Knud­sen ski­nął ręką na blon­dyn­kę. Dziew­czy­na okry­ła się szla­fro­kiem, po­de­szła do męż­czyzn i po­da­ła Knud­se­no­wi te­le­fon ko­mór­ko­wy. Knud­sen od­był dwie krót­kie roz­mo­wy.

– Mój kon­takt za­jął się trans­por­tem to­wa­ru – po­wie­dział Duń­czyk, od­da­jąc te­le­fon dziew­czy­nie.

Vu­ja­čić za­mknął lap­to­pa.

– A prze­lew zo­stał po­twier­dzo­ny. – Serb uśmiech­nął się po­now­nie do dziew­czy­ny, prze­su­wa­jąc wzro­kiem po jej po­nęt­nych kształ­tach ukry­tych pod pół­prze­zro­czy­stym ma­te­ria­łem. – Może te­raz po­win­ni­śmy to ja­koś uczcić. Za­ba­wi­my się tro­chę, co? Chcia­ła­byś się za­ba­wić, ko­cha­nie?

– Spy­taj sze­fa – od­par­ła. – To jego jacht.

– Wszyst­ko tu­taj na­le­ży do cie­bie? – spy­tał Vu­ja­čić.

Duń­czyk wstał i ski­nął ręką na służ­bę po­kła­do­wą.

– Mo­że­cie już po­da­wać.

Vu­ja­čić nie zdą­żył za­re­ago­wać.

Na­gle w ci­szę wdar­ły się dzie­siąt­ki gło­sów, krzy­ki prze­pla­ta­ły się ze sobą, ka­za­ły mu sie­dzieć nie­ru­cho­mo. Służ­ba po­kła­do­wa bły­ska­wicz­nie wy­ję­ła broń ukry­tą pod ta­ca­mi na wóz­ku z lun­chem. W tym sa­mym mo­men­cie otwo­rzy­ły się drzwi pro­wa­dzą­ce pod po­kład, zza któ­rych wy­pa­dły uzbro­jo­ne po­sta­cie w czar­nych kom­bi­ne­zo­nach i ka­mi­zel­kach ku­lo­od­por­nych. Vu­ja­čić sły­szał, jak ktoś prze­wra­ca i obez­wład­nia Zlat­ka. Nie mógł nic zro­bić. In­stynkt ka­zał mu się­gnąć po be­ret­tę ukry­tą za pa­skiem, pod luź­ną ko­szu­lą, Serb po­wstrzy­mał się jed­nak w porę, wie­dząc, że ten ruch może kosz­to­wać go ży­cie.

– Grzecz­ny chło­piec... – wy­szep­ta­ła mu do ucha blon­dyn­ka, wbi­ja­jąc jed­no­cze­śnie lufę służ­bo­we­go pi­sto­le­tu w mięk­ką, nie­ogo­lo­ną skó­rę pod jego żu­chwą. – Chcia­łeś mnie ze­rżnąć, co, Go­ran? Mam dla cie­bie wia­do­mość, gno­ju: to my ze­rżnie­my cie­bie.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

1

Mury Ham­bur­ga były wy­jąt­ko­we. Naj­głęb­szą tkan­kę mia­sta sta­no­wi­ły im­po­nu­ją­ce, stwo­rzo­ne z wiel­ką pre­cy­zją bu­dyn­ki z czer­wo­nej ce­gły. Mó­wio­no na­wet, że rze­mieśl­ni­cy, któ­rzy wzno­si­li ta­kie bu­dow­le, nie tyle bu­do­wa­li z ce­gły, ile z niej tka­li.

Mar­ti­na Schil­mann po­wio­dła spoj­rze­niem po wą­skiej ce­gla­nej fa­sa­dzie Da­vi­dwa­che, naj­słyn­niej­sze­go ko­mi­sa­ria­tu w Niem­czech. Da­vi­dwa­che stał w sa­mym ser­cu dziel­ni­cy czer­wo­nych la­tar­ni St. Pau­li w Ham­bur­gu i był nie tyl­ko nor­mal­nie funk­cjo­nu­ją­cym ko­mi­sa­ria­tem, ale i za­byt­kiem chro­nio­nym przez pań­stwo. Mar­ti­na spę­dzi­ła tu sześć spo­śród pięt­na­stu lat służ­by w ham­bur­skiej po­li­cji. Po­tem zmie­ni­ła pra­cę. Pod­nio­sła swój sta­tus, a w koń­cu wy­pro­wa­dzi­ła się z mia­sta.

Sto­jąc te­raz w wil­got­nym chło­dzie nocy i cze­ka­jąc, aż pe­wien bry­tyj­ski ce­le­bry­ta za­spo­koi swą cho­rą cie­ka­wość i obej­rzy Re­eper­bahn, za­sta­na­wia­ła się, dla­cze­go wła­ści­wie to zro­bi­ła. Mar­ti­na była nie­gdyś wscho­dzą­cą gwiaz­dą po­li­cji Ham­bur­ga, ale chcia­ła cze­goś wię­cej. Za­ło­ży­ła wła­sną fir­mę, prze­ko­na­na, że w ten wła­śnie spo­sób osią­gnie wy­zna­czo­ne cele. I te­raz, w wie­ku czter­dzie­stu lat, mia­ła to wszyst­ko: pie­nią­dze, pre­stiż, suk­ces. Lecz spo­glą­da­jąc na ce­gla­ny fron­ton Da­vi­dwa­che, mi­mo­wol­nie wra­ca­ła my­śla­mi do lat spę­dzo­nych w tym bu­dyn­ku. Wspa­nia­łe cza­sy. Świet­ny ze­spół.

Mar­ti­na we­pchnę­ła do ucha słu­chaw­kę ukry­te­go ra­dio­te­le­fo­nu TE­TRA i na­ci­snę­ła gu­zik PTT na mi­kro­fo­nie wpię­tym w kla­pę.

– Gdzie on jest, do dia­bła?

– Nie wiem, sze­fo­wo, sto­ję przy Ger­hardt­stras­se – od­parł Lo­renz, pod­wład­ny Mar­ti­ny. Mó­wił z cha­rak­te­ry­stycz­nym sak­soń­skim ak­cen­tem, któ­ry Mar­ti­na roz­po­zna­ła­by na­wet na koń­cu świa­ta. – Po­szedł na Her­bert­stras­se i jesz­cze nie wró­cił.

– Dla­cze­go nie po­sze­dłeś z nim, na mi­łość bo­ską? Mó­wi­łam ci, że­byś nie od­stę­po­wał go ani na krok. – Mar­ti­na nie po­tra­fi­ła ukryć fru­stra­cji. Prze­szła szyb­ko przez Da­vid­stras­se i do­tar­ła do wej­ścia na Her­bert­stras­se. Da­lej nie mo­gła iść: me­ta­lo­wa prze­gro­da nie tyl­ko za­sła­nia­ła wi­dok na osiem­dzie­się­cio­me­tro­wą uli­cę, ale sta­no­wi­ła też za­po­rę, przez któ­rą mo­gli przejść je­dy­nie męż­czyź­ni po­wy­żej osiem­na­stu lat. Nie mia­ły tu pra­wa wstę­pu żad­ne ko­bie­ty prócz pro­sty­tu­tek, któ­re pra­co­wa­ły przy Her­bert­stras­se; sie­dzia­ły w wi­try­nach za ta­fla­mi szkła umo­co­wa­ny­mi na za­wia­sach, ni­czym po­łcie mię­sa na wy­sta­wie skle­pu mię­sne­go. Choć wła­dze Ham­bur­ga za­pła­ci­ły za prze­gro­dy usta­wio­ne po obu stro­nach uli­cy, za­kaz wstę­pu dla ko­biet zo­stał na­rzu­co­ny nie przez mia­sto, lecz przez same pro­sty­tut­ki. Każ­da ko­bie­ta, któ­ra ośmie­li­ła się na­ru­szyć ten za­kaz, była ob­le­wa­na wodą, pi­wem, a na­wet mo­czem.

– Ka­zał mi tu po­cze­kać – tłu­ma­czył się Lo­renz płacz­li­wym to­nem. – Mó­wił, że sam chce się ro­zej­rzeć. Wiesz, ja­kie są te cho­ler­ne gwiazd­ki. Wy­da­je im się, że to wszyst­ko to tyl­ko za­ba­wa.

– Cho­le­ra. – Mar­ti­na spoj­rza­ła na ze­ga­rek. Bry­tyj­czyk był na Her­bert­stras­se od dwu­dzie­stu mi­nut. To ozna­cza­ło, że sko­rzy­stał za­pew­ne z usług ja­kiejś pro­sty­tut­ki. – Lo­renz, wejdź tam i po­szu­kaj go.

– Ale je­śli on...

– Zrób to.

Wła­śnie wte­dy Mar­ti­na usły­sza­ła krzyk ko­bie­ty. Gdzieś w od­da­li, na Her­bert­stras­se.

2

Jan Fa­bel sie­dział na skra­ju obi­te­go skó­rą krze­sła, moc­no po­chy­lo­ny do przo­du. Wciąż miał na so­bie płaszcz, w dło­ni trzy­mał rę­ka­wicz­ki. Jego po­sta­wa świad­czy­ła jed­no­znacz­nie o tym, że chciał­by jak naj­szyb­ciej wyjść, choć do­pie­ro co przy­szedł.

Kie­dyś, daw­no temu, ten dom w dziel­ni­cy Borg­fel­de na­le­żał do nie­go. Fa­bel znał tu każ­de po­miesz­cze­nie, każ­dą klep­kę w pod­ło­dze, każ­dy za­ka­ma­rek. To było cen­trum jego ży­cia. Jego dom. Oczy­wi­ście od tam­tej pory wszyst­ko się zmie­ni­ło: me­ble, wy­strój, te­le­wi­zor w rogu.

– Mu­sisz z nią po­roz­ma­wiać.

Re­na­te sie­dzia­ła na­prze­ciw­ko Fa­bla, z nogą za­ło­żo­ną na nogę i z rę­ka­mi skrzy­żo­wa­ny­mi na pier­siach, w ta­kiej sa­mej obron­nej po­zie, jaką za­cho­wał w pa­mię­ci. Jej kasz­ta­no­we wło­sy mia­ły nie­co inny od­cień niż wte­dy, gdy ją po­znał i kie­dy się po­bie­ra­li, przy­pusz­czał więc, że te­raz je far­bu­je. Nadal była atrak­cyj­ną ko­bie­tą, choć zmarszcz­ki wo­kół jej ust po­głę­bi­ły się nie­co, na­da­jąc jej twa­rzy wy­raz chy­trej chci­wo­ści. Fa­bel po­my­ślał, że nie po­win­na się wca­le temu dzi­wić.

– Po­roz­ma­wiam z nią – od­parł. – Ale nie mogę ni­cze­go obie­cać. Gabi jest in­te­li­gent­ną dziew­czy­ną. Nie­za­leż­ną. Po­tra­fi sama po­dej­mo­wać de­cy­zje do­ty­czą­ce wła­snej przy­szło­ści.

– Chcesz po­wie­dzieć, że to po­chwa­lasz? Że ją po­pie­rasz?

– Po­prę Gabi we wszyst­kim, co po­sta­no­wi. Choć oso­bi­ście uwa­żam, że po­win­na to jesz­cze do­brze prze­my­śleć. Je­śli oka­że się, że na­praw­dę tego chce, to cóż... – Fa­bel wzru­szył ra­mio­na­mi z re­zy­gna­cją. – Ale nie go­rącz­kuj­my się. Ma jesz­cze dużo cza­su na za­sta­no­wie­nie. Poza tym wiesz, jaka ona jest: je­śli uzna, że na nią na­ci­ska­my, tym bar­dziej ze­chce po­sta­wić na swo­im.

– To two­ja wina – stwier­dzi­ła Re­na­te. – Gdy­byś nie był po­li­cjan­tem, nig­dy nie przy­szło­by jej do gło­wy, żeby wy­brać taką pra­cę. Uwiel­bia cię. Ła­two grać bo­ha­te­ra, kie­dy jest się ro­dzi­cem tyl­ko na część eta­tu.

– A kto do tego do­pro­wa­dził? – Fa­bel sta­rał się za­pa­no­wać nad na­ra­sta­ją­cym gnie­wem. – Bo na pew­no nie ja. Zo­sta­łem wy­pchnię­ty z jej ży­cia. I o ile mnie pa­mięć nie myli, to wła­śnie ty mnie z nie­go wy­pchnę­łaś.

– A ja zo­sta­łam wy­pchnię­ta z two­je­go ży­cia przez tę two­ją cho­ler­ną ro­bo­tę.

– I tra­fi­łaś pro­sto do łóż­ka Lu­di­ge­ra Beh­re­na, je­śli do­brze pa­mię­tam – od­gryzł się Fa­bel i na­tych­miast tego po­ża­ło­wał. Re­na­te była ko­bie­tą ma­łost­ko­wą: do­pie­ro w ostat­nich la­tach ich mał­żeń­stwa uświa­do­mił so­bie, jak bar­dzo. Za­wsze też po­tra­fi­ła spro­wa­dzić go do swo­je­go po­zio­mu. – Po­słu­chaj, ta roz­mo­wa do ni­cze­go nie pro­wa­dzi. Uwa­żam, że za bar­dzo się tym przej­mu­jesz. Gabi do­pie­ro nie­daw­no za­czę­ła o tym mó­wić. Po­cze­kaj­my, aż zda ma­tu­rę, po­tem zo­ba­czy­my, jak roz­wi­nie się sy­tu­acja. Jak już mó­wi­łem, mi­nie jesz­cze spo­ro cza­su, za­nim bę­dzie mu­sia­ła pod­jąć de­cy­zję w tej kwe­stii. Po­roz­ma­wiam z nią i do­pil­nu­ję, żeby do­brze wie­dzia­ła, w co się pa­ku­je. Ale mu­szę cię uprze­dzić, że je­śli na­praw­dę bę­dzie chcia­ła zo­stać po­li­cjant­ką, po­mo­gę jej w tym.

Po­nu­ra twarz Re­na­te jesz­cze bar­dziej spo­sęp­nia­ła.

– Ona nie wie, co robi – stwier­dzi­ła. – To nie jest pra­ca dla ko­bie­ty.

Fa­bel aż otwo­rzył usta ze zdu­mie­nia.

– Nie mogę uwie­rzyć, że to po­wie­dzia­łaś. Kto jak kto, ale ty, Re­na­te... Po­my­śleć, że przez wszyst­kie te lata, kie­dy by­li­śmy mał­żeń­stwem, nig­dy nie uwa­ża­łem cię za zwo­len­nicz­kę tra­dy­cyj­nej roli ko­bie­ty, wiesz, „dzie­ci, kuch­nia, ko­ściół”. Bio­rąc pod uwa­gę hi­sto­rię two­je­go ojca...

Fa­bel wie­dział, że za­raz spło­nie w ogniu, któ­ry za­pa­lił się w zie­lo­nych oczach Re­na­te. Ode­tchnął z ulgą, gdy jego te­le­fon za­dzwo­nił, za­nim była żona zdą­ży­ła go za­ata­ko­wać.

– Cześć, sze­fie, mówi Anna. W la­tach sie­dem­dzie­sią­tych i osiem­dzie­sią­tych słu­cha­łeś bry­tyj­skie­go popu, praw­da?

– Uznam to za py­ta­nie re­to­rycz­ne – od­parł Fa­bel ostrze­gaw­czym to­nem. – Co się dzie­je?

– Cho­dzi o Jake’a We­stlan­da, wiesz, wo­ka­li­stę z tego zna­ne­go ze­spo­łu z lat sie­dem­dzie­sią­tych. Więc Jake jeź­dzi te­raz z kon­cer­ta­mi po Niem­czech, a ju­tro ma udzie­lić wy­wia­du w ra­diu NDR.

Fa­bel wes­tchnął cięż­ko.

– Anno... do rze­czy.

– No więc jed­nak nie przyj­dzie na ten wy­wiad. Już się wy­wnę­trzył. W Re­eper­bahn. Aha, i po­wie­dział, że wy­pa­tro­szy­ła go ko­bie­ta i że ka­za­ła mu po­wie­dzieć, kim jest. Ka­za­ła mu po­wie­dzieć, że zro­bił to Anioł.

– Cho­le­ra... – mruk­nął Fa­bel i pod­niósł wzrok na swo­ją byłą żonę. Ogień w jej oczach zgasł, a twarz przy­bra­ła wy­raz wro­giej re­zy­gna­cji, któ­ry po­ja­wiał się tam za­wsze, gdy wzy­wa­no go z pra­cy. – Za­raz tam będę.

We­stlan­da prze­wieź­li przez mia­sto, na od­dział po­mo­cy do­raź­nej w St. Georg. Fa­bel nie za­mie­rzał tam je­chać, nie są­dził bo­wiem, by We­stland był te­raz w sta­nie od­po­wia­dać na jego py­ta­nia. Po­je­chał więc Ost-West Stras­se do Re­eper­bahn, zwa­nej Grzesz­ną Milą Ham­bur­ga. Tam, gdzie nie­gdyś po­wroź­ni­cy ple­tli liny okrę­to­we do ża­glow­ców – to wła­śnie od nich wzię­ła na­zwę głów­na uli­ca tej czę­ści mia­sta – nocą lśni­ły te­raz neo­ny klu­bów ze strip­ti­zem, sex-sho­pów, ba­rów i te­atrów. Nim Fa­bel do­tarł do Da­vi­dwa­che, był już w kiep­skim na­stro­ju. Spo­tka­nie z Re­na­te uło­ży­ło się fa­tal­nie, tak jak się spo­dzie­wał, a do tego zgu­bił od­twa­rzacz MP3; gdy czuł się ze­stre­so­wa­ny, pod­łą­czał go do sys­te­mu ste­reo w swo­im bmw. Zero mu­zy­ki, wię­cej stre­su.

Przed Da­vi­dwa­che ze­bra­ła się już spo­ra gru­pa dzien­ni­ka­rzy, któ­rych po­wstrzy­my­wa­ło trzech umun­du­ro­wa­nych po­li­cjan­tów. Spo­re za­mie­sza­nie pa­no­wa­ło rów­nież obok ko­mi­sa­ria­tu przy Da­vid­stras­se, gdzie mło­dzi po­li­cjan­ci z od­dzia­łu pre­wen­cji sta­ra­li się za­gnać do fur­go­ne­tek po­li­cyj­nych pro­te­stu­ją­ce gło­śno ko­bie­ty. Nie­któ­rzy dzien­ni­ka­rze prze­nie­śli się na tę wła­śnie uli­cę, by sfo­to­gra­fo­wać ten nie­co­dzien­ny spek­takl, więk­szość zo­sta­ła jed­nak przed po­ste­run­kiem. Gdy przed drzwia­mi Da­vi­dwa­che po­ja­wił się Fa­bel, przy­wi­ta­ła go praw­dzi­wa ka­no­na­da fle­szy. Na sa­mym przo­dzie tłu­mu zna­la­zła się eki­pa wia­do­mo­ści te­le­wi­zyj­nych. Fa­bel roz­po­znał dzien­ni­kar­kę prze­wo­dzą­cą eki­pie, Sy­lvię Ach­ten­ha­gen, któ­ra pra­co­wa­ła dla jed­ne­go z ka­na­łów sa­te­li­tar­nych. Cu­dow­nie, po­my­ślał. Nie dość, że in­te­re­su­ją się tym wszyst­kie me­dia, to będę jesz­cze miał na gło­wie tę sukę.

– Pa­nie głów­ny nad­ko­mi­sa­rzu – za­czę­ła Ach­ten­ha­gen, z na­ci­skiem wy­ma­wia­jąc przed ka­me­rą jego sto­pień. – Czy może pan po­twier­dzić, że ofia­rą tego ata­ku był Jake We­stland, bry­tyj­ski pio­sen­karz?

Fa­bel zi­gno­ro­wał ją i prze­szedł da­lej.

– Czy to praw­da, że spraw­cą jest tak zwa­ny Anioł z St. Pau­li? Se­ryj­ny za­bój­ca, któ­re­go po­li­cja ham­bur­ska nie zdo­ła­ła ująć w la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych? – Kie­dy Fa­bel nadal nie od­po­wia­dał, zmie­ni­ła nie­co te­mat: – Czy po­win­ni­śmy za­kła­dać, że pań­ski udział w tej spra­wie, jako sze­fa tak zwa­ne­go su­per­wy­dzia­łu za­bójstw, ma tu­taj szcze­gól­ne zna­cze­nie? Czy pana za­da­niem jest upo­rząd­ko­wa­nie tego ba­ła­ga­nu, któ­ry po­li­cja Ham­bur­ga po­zo­sta­wi­ła po po­przed­nim śledz­twie?

Fa­bel stłu­mił iry­ta­cję, przy­brał ma­skę obo­jęt­no­ści i od­wró­cił się do dzien­ni­kar­ki.

– Rzecz­nik pra­so­wy po­li­cji wy­gło­si peł­ne oświad­cze­nie w od­po­wied­nim cza­sie. Po­win­na pani już znać tę pro­ce­du­rę, pani Ach­ten­ha­gen.

Od­wró­cił się do niej ple­ca­mi, prze­szedł przez po­dwój­ne drzwi i wspiął się na scho­dy ko­mi­sa­ria­tu Da­vi­dwa­che. W nie­wiel­kiej re­cep­cji kłę­bił się tłum po­li­cjan­tów. Sły­szał ja­kieś krzy­ki do­cho­dzą­ce z tyl­nej czę­ści bu­dyn­ku, gdzie znaj­do­wał się areszt. Po chwi­li przy­wi­tał go krót­ko ostrzy­żo­ny, mu­sku­lar­ny pięć­dzie­się­cio­kil­ku­la­tek i ład­na ciem­no­wło­sa ko­bie­ta w dżin­sach i nie­co za du­żej kurt­ce mo­to­cy­klo­wej. Fa­bel uśmiech­nął się po­nu­ro do star­sze­go ko­mi­sa­rza Wer­ne­ra Mey­era i ko­mi­sarz Anny Wolff.

– Skąd, na mi­łość Bo­ską, Ach­ten­ha­gen do­wie­dzia­ła się o Anie­le? – spy­tał.

– Pie­nią­dze czy­nią cuda – mruk­nę­ła Anna Wolff. – Ta suka nie ma żad­nych skru­pu­łów, mo­gła prze­ku­pić za­ło­gę am­bu­lan­su albo ko­goś w szpi­ta­lu, byle tyl­ko upo­lo­wać ja­kąś sen­sa­cję.

– Pew­nie masz ra­cję. Tyl­ko jej nam bra­ko­wa­ło. Prak­tycz­nie zbu­do­wa­ła swo­ją ka­rie­rę wła­śnie na spra­wie Anio­ła. – Fa­bel ski­nął gło­wą w stro­nę Da­vid­stras­se, gdzie wcze­śniej do­strzegł ko­bie­ty wpy­cha­ne siłą do po­li­cyj­nych aut.

– Fa­tal­ny zbieg oko­licz­no­ści. – Wer­ner wes­tchnął. – Ja­kaś gru­pa fe­mi­ni­stek wła­śnie dziś po­sta­no­wi­ła urzą­dzić ma­ni­fe­sta­cję. We­szły siłą na Her­bert­stras­se. Nie po­do­ba im się, że zwy­kła uli­ca w Ham­bur­gu jest za­mknię­ta dla ko­biet. Twier­dzą, że to nie­zgod­ne z pra­wa­mi czło­wie­ka czy coś ta­kie­go.

– Praw­dę mó­wiąc, mają tro­chę ra­cji – od­parł Fa­bel. – No do­brze... co wie­my?

– Ofia­rą jest Jake We­stland, oby­wa­tel Wiel­kiej Bry­ta­nii, pięć­dzie­siąt trzy lata – od­czy­tał Wer­ner ze swo­je­go no­te­su. – I owszem, to jest wła­śnie ten Jake We­stland. Z na­szych in­for­ma­cji wy­ni­ka, że wy­brał się na małą prze­chadz­kę po Re­eper­bahn, ale ra­czej nie po to, żeby zwie­dzać miej­sca zwią­za­ne z Be­atle­sa­mi, je­śli wiesz, co mam na my­śli. To cie­ka­we... Po­my­ślał­bym, że in­te­re­su­ją go ra­czej ge­jow­skie lo­ka­le, no wiesz, w koń­cu to An­gol.

Fa­bel za­re­ago­wał na ten żart je­dy­nie gry­ma­sem znie­cier­pli­wie­nia.

– Nie wiem, dla­cze­go oni to ro­bią – kon­ty­nu­ował Wer­ner. – To zna­czy, wszy­scy ci ce­le­bry­ci. Tak czy in­a­czej, We­stland ce­lo­wo wy­mknął się spod opie­ki swo­ich ochro­nia­rzy i znik­nął na Her­bert­stras­se. Chwi­lę póź­niej dziew­czy­na, któ­ra szła wła­śnie do Kiez, zna­la­zła go z wnętrz­no­ścia­mi na wierz­chu. Po­wie­dział jej, że za­ata­ko­wa­ła go ko­bie­ta, któ­ra na­zy­wa­ła sie­bie Anio­łem, a po­tem stra­cił przy­tom­ność.

– W ja­kim jest sta­nie?

– Jesz­cze żył, kie­dy za­bie­ra­ła go ka­ret­ka. Wy­glą­da na to, że dziew­czy­na, któ­ra go zna­la­zła, ma ja­kieś po­ję­cie o pierw­szej po­mo­cy. Ale przy­pusz­czam, że jego pro­du­cen­ci pla­nu­ją już wy­da­nie po­śmiert­nej pły­ty z naj­więk­szy­mi prze­bo­ja­mi.

– Mamy dziew­czy­nę, któ­ra go zna­la­zła – do­da­ła Anna Wolff. Wy­mie­ni­ła po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nie z Wer­ne­rem, a jej czer­wo­ne, po­kry­te szmin­ką usta roz­cią­gnę­ły się w sze­ro­kim uśmie­chu. – I ochro­nia­rzy. Po­my­śla­łam, że ze­chcesz prze­słu­chać ich oso­bi­ście.

– Ro­zu­miem. – Fa­bel cięż­ko wes­tchnął. – O co cho­dzi, Anno?

– We­stlan­dem opie­ko­wa­ła się fir­ma Schil­mann Se­cu­ri­ty Ochro­na Oso­bi­sta.

– Mar­ti­ny Schil­mann?

– Kie­dyś by­li­ście ze sobą dość bli­sko, praw­da?

– Mar­ti­na Schil­mann była świet­ną po­li­cjant­ką – od­parł Fa­bel.

– Co zna­czy, że była lep­szą po­li­cjant­ką niż ochro­nia­rzem – mruk­nął Wer­ner.

W tym mo­men­cie do­łą­czył do nich umun­du­ro­wa­ny ko­mi­sarz po­li­cji. Był niż­szy od Fa­bla i miał gę­ste, ciem­ne roz­wi­chrzo­ne wło­sy.

– Przede wszyst­kim chciał­bym się do­wie­dzieć... – prze­mó­wił su­ro­wym to­nem, ści­ska­jąc dłoń Fa­bla – ...czy ktoś zdo­był jego au­to­graf.

– Cześć, Car­stens – od­parł Fa­bel z uśmie­chem. – Cią­gle trzy­ma­ją się cie­bie nie­smacz­ne żar­ty?

– Miał­byś to samo, gdy­byś tu dłu­żej po­był.

Car­stens Ka­min­ski do­wo­dził ze­spo­łem po­li­cyj­nym ko­mi­sa­ria­tu Da­vi­dwa­che. Ko­mi­sa­riat nu­mer 15, bo tak się ofi­cjal­nie na­zy­wał, od­po­wia­dał za utrzy­ma­nie po­rząd­ku w Kiez, ham­bur­skiej dziel­ni­cy czer­wo­nych la­tar­ni, li­czą­cej 0,7 ki­lo­me­tra kwa­dra­to­we­go po­wierzch­ni i sku­pio­nej wo­kół Re­eper­bahn. Co week­end dzie­się­cio­ty­sięcz­na po­pu­la­cja dziel­ni­cy wzra­sta­ła o po­nad dwie­ście ty­się­cy go­ści, któ­rzy prze­wi­ja­li się nie­ustan­nie przez Kiez. Nie­któ­rzy z nich byli pi­ja­ni, nie­któ­rzy opusz­cza­li to miej­sce lżej­si o port­fe­le i kosz­tow­no­ści. A dla nie­któ­rych ta wy­pra­wa w świat roz­pu­sty koń­czy­ła się praw­dzi­wą ka­ta­stro­fą.

Po­li­cjan­ci mun­du­ro­wi, któ­rzy pra­co­wa­li w Da­vi­dwa­che, mu­sie­li być ob­da­rze­ni szcze­gól­ną umie­jęt­no­ścią. Mu­sie­li umieć roz­ma­wiać. Kiez za­miesz­ki­wa­li al­fon­si, pro­sty­tut­ki, drob­ni prze­stęp­cy i nie tacy znów drob­ni prze­stęp­cy, a od­wie­dza­li to miej­sce mło­dzi męż­czyź­ni z przed­mieść, któ­rzy czę­sto pili za dużo i za szyb­ko. Więk­szość sy­tu­acji, z któ­ry­mi mu­sie­li so­bie ra­dzić po­li­cjan­ci z Da­vi­dwa­che, wy­ma­ga­ła zro­zu­mie­nia i po­czu­cia hu­mo­ru – dzię­ki ta­kie­mu wła­śnie po­dej­ściu po­li­cji nie­je­den hu­la­ka wra­cał spo­koj­nie do domu, za­miast spę­dzić noc w celi. Car­stens Ka­min­ski uro­dził się i wy­cho­wał w St. Pau­li i nikt chy­ba nie ro­zu­miał le­piej niż on zmien­nych na­stro­jów Kiez. Miał też ty­po­we dla St. Pau­li po­czu­cie hu­mo­ru, nie­co wi­siel­cze, a za­ra­zem peł­ne życz­li­wo­ści.

– O co cho­dzi z tym pro­te­stem? – spy­tał Fa­bel.

– To gru­pa, któ­ra na­zy­wa się Mu­lie­bri­tas. A wła­ści­wie zo­sta­ła ze­bra­na przez cza­so­pi­smo fe­mi­ni­stycz­ne „Mu­lie­bri­tas” – wy­ja­śnił Ka­min­ski. – Wdar­ły się na Her­ber­stras­se i za­czę­ły awan­tu­ro­wać, do­pro­wa­dzi­ły nie­mal do otwar­tej woj­ny z dziw­ka­mi. Mie­li­by­śmy z nimi kło­pot na­wet w zwy­kły dzień, ale dzi­siaj, kie­dy na do­da­tek wy­szła ta hi­sto­ria z We­stlan­dem... Pro­si­li­śmy je, żeby się ro­ze­szły, tłu­ma­czy­li­śmy, że wkra­cza­ją na miej­sce zbrod­ni i utrud­nia­ją śledz­two, ale nic do nich nie do­cie­ra. – Jak­by na po­twier­dze­nie jego słów, z ze­wnątrz znów do­bie­gły roz­wście­czo­ne krzy­ki ko­biet. – Ale nie przy­je­cha­łeś tu­taj z ich po­wo­du, praw­da? Aha, wie­dzia­łeś, że jest tu­taj Mar­ti­na? – do­dał Ka­min­ski, szcze­rząc zęby w uśmie­chu.

– Tak, Anna mi po­wie­dzia­ła – od­parł Fa­bel.

– Czy ty i Mar­ti­na nie...

– Tak, Car­stens – prze­rwał mu nad­ko­mi­sarz, wzdy­cha­jąc cięż­ko. – Już o tym roz­ma­wia­li­śmy. Mamy ry­so­pis ko­bie­ty, któ­ra za­ata­ko­wa­ła We­stlan­da?

– Po­wie­dział tyl­ko, że przed­sta­wi­ła się jako Anioł. A i tę in­for­ma­cję do­sta­li­śmy z dru­giej ręki, od dziw­ki, któ­ra go zna­la­zła.

– Skąd wia­do­mo, że to wła­śnie ona nie jest Anio­łem?

– Wy­glą­da na to, że ro­bi­ła wszyst­ko, co w jej mocy, żeby utrzy­mać We­stlan­da przy ży­ciu aż do przy­jaz­du ka­ret­ki. A je­śli to rze­czy­wi­ście spraw­ka Anio­ła, to ta dziew­czy­na nie mo­gła stać za po­przed­ni­mi mor­der­stwa­mi, jest zde­cy­do­wa­nie za mło­da. Poza tym, choć zgry­wa­ła twar­dziel­kę, wy­raź­nie była w szo­ku. Mó­wi­li­śmy na­wet ko­no­wa­łom, żeby dali jej ja­kiś śro­dek uspo­ka­ja­ją­cy, ale ka­za­ła im się wy­pchać.

– Tak czy in­a­czej, chciał­bym z nią po­roz­ma­wiać.

– A z Mar­ti­ną? – Ka­min­ski znów uśmiech­nął się zna­czą­co, zer­ka­jąc przy tym na Wer­ne­ra i Annę Wolff.

– Z Mar­ti­ną też. A co z ka­me­ra­mi ochro­ny, któ­re za­in­sta­lo­wa­li­śmy w Kiez? Znaj­dzie­my coś cie­ka­we­go na tych na­gra­niach?

– Nie. – Ka­min­ski po­krę­cił gło­wą. – Ten, kto za­ata­ko­wał We­stlan­da, miał dużo szczę­ścia albo był bar­dzo spryt­ny, na tej uli­cy i w po­bli­żu tego pla­cu nie ma ani jed­nej ka­me­ry. Jak sam wiesz, za­kła­da­jąc mo­ni­to­ring w Kiez, mu­sie­li­śmy pójść na kom­pro­mis i nie mo­gli­śmy mon­to­wać ka­mer tam, gdzie mo­gły­by po­ka­zać, jak czci­god­ni oby­wa­te­le na­sze­go mia­sta od­wie­dza­ją peep-show albo sex-sho­py. To zna­czy, że sys­tem jest dziu­ra­wy jak ser szwaj­car­ski. Ale dzwo­ni­łem już do Pre­si­dium z proś­bą o na­gra­nia na go­dzi­nę przed ata­kiem i go­dzi­nę po. Może za­uwa­ży­my coś cie­ka­we­go na są­sied­nich uli­cach. Na przy­kład na­past­ni­ka, któ­ry idzie na miej­sce zbrod­ni albo z nie­go ucie­ka. Na ra­zie wy­sy­łam na uli­ce całą ar­mię mun­du­ro­wych... – Ka­min­ski wska­zał gło­wą na po­li­cjan­tów zgro­ma­dzo­nych w holu. – Prze­słu­cha­my wszyst­kie dziw­ki, wszyst­kich al­fon­sów i wła­ści­cie­li klu­bów z tej oko­li­cy. Ostat­nio in­te­re­sy w Kiez nie idą naj­le­piej, a We­stland to nie jest ja­kaś ano­ni­mo­wa ofia­ra. Taka hi­sto­ria na pew­no nie przy­spo­rzy im klien­tów. Może do­pi­sze nam szczę­ście i znaj­dzie­my coś cie­ka­we­go.

– Dzię­ki, Car­stens.

– Nie ma za co. A te­raz, je­śli nie masz nic prze­ciw­ko, zaj­mę się nimi i zro­bię krót­ką od­pra­wę. – Ka­min­ski wska­zał na po­li­cjan­tów. – Chy­ba że chcesz im po­wie­dzieć, cze­go do­kład­nie mają szu­kać?

– Nie, Car­stens, to two­ja dział­ka – od­parł Fa­bel. Wie­dział, że nikt nie zna Kiez le­piej niż Ka­min­ski.

Po­że­gnaw­szy się z ko­mi­sa­rzem, Fa­bel prze­szedł do szat­ni i po­wie­sił tam swój płaszcz, ma­ca­jąc przy tym wszyst­kie kie­sze­nie.

– Zgu­bi­łeś coś? – spy­ta­ła Anna.

– Cho­ler­ną em­pe­trój­kę.

Wraz z Wer­ne­rem i Anną prze­szedł na tyły ko­mi­sa­ria­tu. Do roku 2005 w Da­vi­dwa­che słu­ży­li je­dy­nie mun­du­ro­wi: aby do­trzy­mać kro­ku zmie­nia­ją­cym się cza­som, na ty­łach chro­nio­ne­go pra­wem za­byt­ku do­bu­do­wa­no nową część, w któ­rej zna­lazł się wy­dział do­cho­dze­nio­wy. Ka­min­ski od­dał im do dys­po­zy­cji salę kon­fe­ren­cyj­ną, w któ­rej mo­gli pro­wa­dzić prze­słu­cha­nia świad­ków. Fa­bel wyj­rzał przez okno na Da­vid­stras­se i frag­ment Frie­drich­stras­se. Wi­dział zie­lo­ne fur­go­net­ki po­li­cyj­ne wio­zą­ce do Po­li­ce Pre­si­dium uczest­nicz­ki pro­te­stu, któ­rych nie mógł po­mie­ścić ma­leń­ki areszt w Da­vi­dwa­che.

– Anno, uwa­żam, że ty po­win­naś pro­wa­dzić prze­słu­cha­nie tego świad­ka – po­wie­dział Fa­bel. – Mam na my­śli dziew­czy­nę, któ­ra zna­la­zła We­stlan­da. Wy­glą­da na to, że może być w dość kiep­skim sta­nie.

– Dla­cze­go ja, sze­fie? – zdzi­wi­ła się Anna. – Bo je­stem ko­bie­tą?

– Po pro­stu uwa­żam, że ty ła­twiej się z nią do­ga­dasz.

Anna pra­co­wa­ła w ze­spo­le Fa­bla od pię­ciu lat, ale cza­sa­mi nie umiał so­bie z nią po­ra­dzić. Nie po­tra­fił jej zro­zu­mieć. Anna Wolff mia­ła trzy­dzie­ści je­den lat, ale wy­glą­da­ła na znacz­nie młod­szą; mia­ła krót­ko przy­cię­te czar­ne wło­sy, za­le­d­wie sto sześć­dzie­siąt dwa cen­ty­me­try wzro­stu i no­si­ła się w dość eks­tra­wa­ganc­kim, pun­ko­wym sty­lu, któ­ry pod­kre­śla­ła za po­mo­cą ciem­ne­go tu­szu do rzęs, ogni­ście czer­wo­nej szmin­ki i za du­żej kurt­ki mo­to­cy­klo­wej. Poza tym – choć Fa­bel usil­nie sta­rał się tego nie za­uwa­żać – była bar­dzo atrak­cyj­na. Przede wszyst­kim jed­nak Anna Wolff była zde­cy­do­wa­nie naj­tward­szym i naj­bar­dziej agre­syw­nym człon­kiem jego ze­spo­łu. I za­ra­zem naj­bar­dziej nie­sub­or­dy­no­wa­nym.

– Och, ja­każ je­stem nie­do­myśl­na – rzu­ci­ła Anna drwią­cym to­nem, ki­wa­jąc przy tym gło­wą. – To oczy­wi­ste, że jako u ko­bie­ty znaj­dzie u mnie lep­sze zro­zu­mie­nie. Prze­pra­szam, za­po­mnia­łam, że po­sia­da­nie fiu­ta wy­klu­cza oka­zy­wa­nie bliź­nim współ­czu­cia.

– To nie jest ja­kieś sek­si­stow­skie za­gra­nie, Anno. Pró­bu­ję my­śleć prak­tycz­nie, to wszyst­ko. – Fa­bel sta­rał się pa­no­wać nad sobą, nie po­tra­fił jed­nak ukryć iry­ta­cji. – Nie­waż­ne. Sam z nią po­roz­ma­wiam.

– Mó­wi­łam tyl­ko...

– Tak, Anno, za­wsze „tyl­ko mó­wisz”. Po­pro­wa­dzę to prze­słu­cha­nie. – Spoj­rzał na ze­ga­rek. Było wpół do trze­ciej nad ra­nem. – Wer­ner, ty tu­taj zo­sta­niesz. Anno, ty mo­żesz wra­cać do domu.

– Och, daj spo­kój. Po­wie­dzia­łam tyl­ko...

– Spo­tka­my się na od­pra­wie o dru­giej. Anno, wcze­śniej chciał­bym z tobą po­roz­ma­wiać. Przyjdź na pierw­szą – roz­ka­zał Fa­bel.

Anna po­rwa­ła z krze­sła swo­ją skó­rza­ną kurt­kę i wy­pa­dła z po­ko­ju.

– By­łeś dla niej tro­chę zbyt su­ro­wy, Ja­nie – po­wie­dział Wer­ner, gdy za­trza­snę­ła za sobą drzwi.

– Po­su­wa się za da­le­ko, Wer­ne­rze, do­brze o tym wiesz. Nie po­zwo­lę, żeby każ­dy mój roz­kaz był ko­men­to­wa­ny albo wy­kpi­wa­ny. I mam już dość skarg na Annę.

– Kie­dyś mó­wio­no o ta­kich po­li­cjan­tach, że są twar­dzi i sta­now­czy.

– Te cza­sy mi­nę­ły, Wer­ne­rze. Daw­no temu. Mamy dwu­dzie­sty pierw­szy wiek.

– Wiesz, Ja­nie, ona ma tro­chę ra­cji. – Wer­ner od­chrząk­nął nie­pew­nie. – To zna­czy, je­śli cho­dzi o hi­sto­rie dam­sko-mę­skie. Rze­czy­wi­ście zwy­kle ka­żesz An­nie prze­słu­chi­wać ko­bie­ty.

– O czym ty mó­wisz?

– Nie zro­zum mnie źle, ale cza­sa­mi za­cho­wu­jesz się tak, jak­byś trak­to­wał ko­bie­ty jak od­ręb­ny ga­tu­nek.

– Jak mo­żesz tak mó­wić, Wer­ne­rze? W moim ze­spo­le za­wsze pa­no­wa­ła rów­no­wa­ga. Choć może te­raz jest tro­chę in­a­czej od cza­su, gdy...

Obaj męż­czyź­ni umil­kli, wy­wo­ław­szy z nie­by­tu po­stać Ma­rii Klee.

– Nie­waż­ne, Ja­nie – po­wie­dział Wer­ner o se­kun­dę za póź­no. – Uwa­żam po pro­stu, że po­wi­nie­neś być ła­god­niej­szy dla Anny.

Fa­bel nie zdą­żył mu od­po­wie­dzieć, bo w tej sa­mej chwi­li mun­du­ro­wy wpro­wa­dził do sali dziew­czy­nę w ciem­nych dżin­sach i gra­na­to­wej pi­ko­wa­nej kurt­ce nar­ciar­skiej. Mło­da ko­bie­ta ści­ska­ła w dło­niach weł­nia­ną czap­kę i sza­lik. Fa­bel do­my­ślił się od razu, że nie jest to pro­sty­tut­ka pra­cu­ją­ca na uli­cy, jed­na z tych, któ­re no­szą ja­skra­we, ko­lo­ro­we ubra­nia, sto­ją w gru­pach wzdłuż Her­bert­stras­se i bez wzglę­du na po­go­dę trzy­ma­ją w dło­niach roz­ło­żo­ne ko­lo­ro­we pa­ra­sol­ki, co dla po­ten­cjal­nych klien­tów jest sy­gna­łem, że moż­na ko­rzy­stać z ich usług. W ten spo­sób sta­ra­ły się rów­nież two­rzyć ra­do­sny na­strój, by prze­ła­mać opo­ry i nie­smak klien­tów w sto­sun­ku do pro­ce­de­ru, któ­rym się trud­ni­ły.

Fa­bel uśmiech­nął się do dziew­czy­ny, choć od razu rzu­cił mu się w oczy jej mło­dy wiek. Przy­pusz­czał, że jest nie­wie­le star­sza od jego cór­ki Gabi. Po­pro­sił, by usia­dła, i po­now­nie uśmiech­nął się życz­li­wie, chcąc do­dać jej otu­chy. Chri­sta Eisel była ład­ną – bar­dzo ład­ną – dziew­czy­ną o ja­snych, się­ga­ją­cych ra­mion wło­sach. Są­dząc po jej skrom­nym ubio­rze i nie­prze­cięt­nej uro­dzie, za­pew­ne prze­bie­ra­ła się w bar­dziej wy­zy­wa­ją­cy strój, gdy przy­cho­dzi­ła do pra­cy, i prze­sia­dy­wa­ła w jed­nym z okien przy Her­ber­stras­se. W cza­sie roz­mo­wy ści­ska­ła ner­wo­wo czap­kę i szal, któ­re trzy­ma­ła na ko­la­nach, lecz jej spoj­rze­nie wy­da­wa­ło się har­de, nie­mal wy­zy­wa­ją­ce.

– Oba­wiam się, że bę­dzie­my mu­sie­li to za­brać – po­wie­dział Fa­bel z uśmie­chem.

Chri­sta spoj­rza­ła na swo­ją za­krwa­wio­ną kurt­kę.

– Te­raz i tak już bym jej nie uży­wa­ła. Zo­sta­wi­łam na dole rę­ka­wicz­ki. Ich też nie chcę. – Zdję­ła kurt­kę i po­da­ła ją Fa­blo­wi. Wer­ner scho­wał ubra­nie do du­żej pla­sti­ko­wej tor­by na do­wo­dy.

– Jak dłu­go tu pra­cu­jesz, Chri­sto? – spy­tał nad­ko­mi­sarz.

– Pół roku. Tyl­ko w week­en­dy. I to nie we wszyst­kie. Mam miej­sce w jed­nym z okien, od cza­su do cza­su jeż­dżę do klien­tów.

– Je­steś nar­ko­man­ką, Chri­sto? Prze­pra­szam, ale mu­szę o to za­py­tać.

Dziew­czy­na wy­da­wa­ła się au­ten­tycz­nie za­sko­czo­na.

– Nie... oczy­wi­ście, że nie.

– A czym się zaj­mu­jesz? To zna­czy, kie­dy nie pra­cu­jesz tu­taj.

– Stu­diu­ję. Na Uni­wer­sy­te­cie Ham­bur­skim.

– Na­praw­dę? Ja też tam stu­dio­wa­łem. Hi­sto­rię. A ty?

– Me­dy­cy­nę.

Fa­bel wpa­try­wał się w nią przez chwi­lę.

– Me­dy­cy­nę? Więc dla­cze­go...?

– Dla pie­nię­dzy. Chcę tro­chę do­ro­bić.

– Ale dla­cze­go w ten spo­sób?

– A dla­cze­go nie? – Chri­sta znów spoj­rza­ła na nie­go wy­zy­wa­ją­co. – Wie­le stu­den­tek tak do­ra­bia.

– Je­steś ład­ną, in­te­li­gent­ną dziew­czy­ną, Chri­sto, masz przed sobą całe ży­cie i mnó­stwo moż­li­wo­ści. Po pro­stu nie ro­zu­miem, dla­cze­go wy­bra­łaś wła­śnie taką dro­gę. My­ślisz, że to czy­ni z cie­bie praw­dzi­wą ko­bie­tę?

– A pan pew­nie nie może się po­go­dzić z my­ślą, że nie je­stem ja­kąś wy­cień­czo­ną nar­ko­man­ką? Mam pan ra­cję, to był mój wy­bór. To moje cia­ło i mogę z nim ro­bić, co chcę. Poza tym to sto­sun­ko­wo ła­twy za­ro­bek. Kil­ka go­dzin pra­cy co week­end, a za­ra­biam wię­cej niż więk­szość lu­dzi w cią­gu mie­sią­ca. Pro­szę mi wie­rzyć, dzię­ki temu o wie­le ła­twiej mi się stu­diu­je.

– Nie o to cho­dzi, Chri­sto. W tej pra­cy co­dzien­nie sty­kam się z ciem­ną stro­ną ludz­kiej na­tu­ry, po­zna­łem ją aż za do­brze. Nie ro­zu­miem, dla­cze­go ktoś taki jak ty sam pcha się w to pa­skudz­two. Pew­nie wy­da­je ci się, że mo­żesz to ro­bić przez rok czy dwa, a po­tem za­jąć się swo­im ży­ciem i za­po­mnieć o wszyst­kim. Nie za­po­mnisz, uwierz mi. To zo­sta­nie z tobą do koń­ca ży­cia, wy­pa­czy każ­dy twój zwią­zek. Nie bę­dziesz w sta­nie doj­rzeć w lu­dziach praw­dzi­we­go do­bra.

– O co panu cho­dzi, pa­nie ko­mi­sa­rzu? Pró­bu­je pan ra­to­wać moją du­szę?

– Tu nie cho­dzi tyl­ko o two­je mo­ral­ne sa­mo­po­czu­cie, Chri­sto. Mó­wię też o re­al­nych za­gro­że­niach. Stu­diu­jesz me­dy­cy­nę. Z pew­no­ścią wiesz, co ci gro­zi. Mam na my­śli two­je zdro­wie.

– I wła­śnie dla­te­go, że stu­diu­ję me­dy­cy­nę, umiem się o sie­bie za­trosz­czyć. Pa­nie Fa­bel, nie mu­szę się przed pa­nem uspra­wie­dli­wiać. Męż­czyź­ni wy­ko­rzy­stu­ją ko­bie­ty od stu­le­ci. Te­raz ja od­pła­cam im pięk­nym za na­dob­ne.

Fa­bel uświa­do­mił so­bie, że choć Chri­sta sta­ra się nad­ra­biać miną, wy­da­rze­nia ostat­niej go­dzi­ny na­praw­dę nią wstrzą­snę­ły. Nie wie­dział, dla­cze­go wda­je się w tę dys­ku­sję. Wła­ści­wie mia­ła ra­cję, to nie była jego spra­wa. Po­sta­no­wił po­rzu­cić ten te­mat.

– Cóż, to two­je ży­cie, Chri­sto... – Wes­tchnął i spoj­rzał na no­tat­ki le­żą­ce na sto­le. – Po­słu­chaj, wiem, że to dla cie­bie nie­ła­twe, ale chciał­bym, że­byś przy­po­mnia­ła so­bie, czy wi­dzia­łaś albo sły­sza­łaś coś, o czym nie wspo­mnia­łaś w ze­zna­niu. Może wi­dzia­łaś, jak ktoś wy­cho­dził z tego pla­cu, kie­dy ty wła­śnie tam wcho­dzi­łaś?

– Nie. Na pew­no ni­ko­go tam nie było. Ko­rzy­stam z tej alej­ki, kie­dy się śpie­szę. Od­cho­dzi od Erich­stras­se i prze­ci­na ten plac. Czę­sto cza­ją się tam ja­cyś zbo­czeń­cy, więc kie­dy tam­tę­dy prze­cho­dzę, za­wsze uwa­żam. Tym ra­zem na pew­no plac był pu­sty.

– Ale to nie trzy­ma się kupy. Mu­sia­łaś wejść tam tuż po ata­ku.

– Są­dząc po tem­pie, w ja­kim tra­cił krew, tak wła­śnie było. Co nie zmie­nia fak­tu, że ni­ko­go tam nie wi­dzia­łam.

– Sły­sza­łem, że udzie­li­łaś mu pierw­szej po­mo­cy. Ro­zu­miem, że wy­ko­rzy­sta­łaś swo­je me­dycz­ne wy­kształ­ce­nie?

– Na tyle, na ile mo­głam, choć w tej sy­tu­acji i tak ni­cze­go to nie zmie­ni. Ten fa­cet pew­nie już nie żyje. Ktoś zro­bił to bar­dzo umie­jęt­nie. Wy­pa­tro­szył go jed­nym cio­sem, to przy­po­mi­na­ło sep­pu­ku. Wie pan, sa­mo­bój­cze cię­cie, pro­ste i głę­bo­kie. Krwa­wie­nie było bar­dzo ob­fi­te, więc do­szło pew­nie do uszko­dze­nia aor­ty brzusz­nej. Nie zdą­żą go ura­to­wać.

Fa­bel ob­ser­wo­wał mło­dzień­czą, szcze­rą twarz Chri­sty, gdy mó­wi­ła o śmier­ci męż­czy­zny: sam opis był chłod­ny i rze­czo­wy, ale głos dziew­czy­ny za­uwa­żal­nie drżał, a jej dło­nie moc­niej za­ci­ska­ły się na czap­ce i sza­li­ku.

– Co ci po­wie­dział?

– Już im mó­wi­łam. Przed­tem.

– Chciał­bym usły­szeć to jesz­cze raz, je­śli nie masz nic prze­ciw­ko.

– Kie­dy go zna­la­złam, tra­cił już świa­do­mość. Drżał. Po­wie­dział tyl­ko: „To była ko­bie­ta. Mó­wi­ła, że jest Anio­łem”. Mó­wił po an­giel­sku. To za­baw­ne, ale nie roz­po­zna­łam go. Nie wie­dzia­łam, kim jest, do­pó­ki mi nie po­wie­dzie­li. Wi­dzia­łam tyl­ko... Wi­dzia­łam umie­ra­ją­ce­go czło­wie­ka. – Spoj­rza­ła na Fa­bla z po­wa­gą. – Nig­dy wcze­śniej nie ob­ser­wo­wa­łam, jak ktoś umie­ra. Pew­nie będę mu­sia­ła się przy­zwy­cza­ić.

– Do tego nie moż­na się przy­zwy­cza­ić.

Kie­dy Fa­bel nie miał już żad­nych py­tań, a Chri­sta nic do do­da­nia, po­zwo­lił jej odejść i obie­cał, że sa­mo­chód po­li­cyj­ny pod­rzu­ci ją do domu. Spy­ta­ła, czy mo­gli­by ją pod­wieźć do ro­dzi­ców w Barm­bek.

– A czy mo­gli­by mnie wy­sa­dzić na koń­cu uli­cy? – po­pro­si­ła nie­śmia­ło. – Moi ro­dzi­ce... oni nie wie­dzą, czym się zaj­mu­ję.

Po wyj­ściu Chri­sty do sali kon­fe­ren­cyj­nej we­szła Mar­ti­na Schil­mann. Była ubra­na w ele­ganc­ki gra­na­to­wy ko­stium, dłu­gie ja­sne wło­sy splo­tła z tyłu gło­wy we fran­cu­ski war­kocz. Pa­trząc na nią po raz pierw­szy od trzech lat, Fa­bel przy­po­mniał so­bie, dla­cze­go wy­da­wa­ła mu się nie­zwy­kle atrak­cyj­na. Mar­ti­na nio­sła dwa kub­ki kawy. Po­sta­wi­ła je­den z nich przed Fa­blem.

– Przy­najm­niej pa­mię­tam, gdzie jest kan­ty­na – po­wie­dzia­ła z uśmie­chem. – Wi­taj Ja­nie, jak się mie­wasz?

– W po­rząd­ku – od­parł, uśmie­cha­jąc się sła­bo. – A ty?

– Na pew­no wszyst­ko w po­rząd­ku?

– Tak... prze­pra­szam. My­śla­łem wła­śnie o mło­dzie­ży, któ­ra mar­nu­je so­bie ży­cie.

– O Boże, wiem... „Szczę­śli­wa dziw­ka”. Cie­bie też pró­bo­wa­ła prze­ko­nać, że jest za­do­wo­lo­na z tej pra­cy? Oszu­ku­je samą sie­bie. Ale twar­da z niej sztu­ka, trze­ba przy­znać. Do­tar­łam na miej­sce tuż po niej. Na­praw­dę bar­dzo się sta­ra­ła za­cho­wać zim­ną krew. Ale masz ra­cję, to przy­gnę­bia­ją­ce. Jest jesz­cze dziec­kiem. Wi­dzia­łam wie­le ta­kich jak one, kie­dy tu jesz­cze pra­co­wa­łam. Tak czy in­a­czej, miło znów cię wi­dzieć. Jak leci?

– Do­brze. Wi­dzę, że to­bie do­brze się po­wo­dzi.

– In­te­re­sy idą cał­kiem nie­źle, to praw­da. – Mar­ti­na spo­chmur­nia­ła na­gle. – To zna­czy szły do tej pory. Po pro­stu nie mogę uwie­rzyć, że go stra­ci­li­śmy. To może być mój ko­niec. Ro­zu­miesz, prze­cież o to wła­śnie cho­dzi w ca­łym tym biz­ne­sie, żeby ni­ko­mu nie sta­ła się krzyw­da. Kto nas te­raz wy­naj­mie?

– Z tego, co sły­sza­łem, Mar­ti­no, Schil­mann Se­cu­ri­ty to w tej chwi­li jed­na z naj­więk­szych firm ochro­niar­skich w Eu­ro­pie. Nie są­dzę, żeby jed­na wpad­ka po­cią­gnę­ła was na dno. Praw­dę mó­wiąc, by­łem za­sko­czo­ny, kie­dy się do­wie­dzia­łem, że oso­bi­ście ochra­nia­łaś We­stlan­da. My­śla­łem, że daw­no już sie­dzisz gdzieś na gó­rze i stam­tąd kie­ru­jesz zwy­kły­mi śmier­tel­ni­ka­mi.

– Nie mo­gła­bym sie­dzieć bez­czyn­nie, cią­gle mu­szę mieć oko na wszyst­kich. Ro­zu­miesz, za­rzą­dza­nie bez­po­śred­nie. Cza­sem na­wet zbyt bez­po­śred­nie. Poza tym w ten week­end bra­ko­wa­ło nam lu­dzi. W przy­szłym mie­sią­cu mam ochra­niać pew­ne­go ro­syj­skie­go po­ten­ta­ta, mu­sia­łam ode­słać po­ło­wę mo­je­go ze­spo­łu, żeby usta­li­li z jego ochro­ną wa­run­ki współ­pra­cy. Do­bry Boże, mam na­dzie­ję, że będę go ochra­niać. Kie­dy do­wie się o tej dzi­siej­szej hi­sto­rii, pew­nie każe mi się wy­no­sić. No do­bra, nie­waż­ne, to mój pro­blem. Nadal je­steś z pięk­ną pa­nią dok­tor Ec­khardt?

– Tak. – Fa­bel ski­nął gło­wą. – Nadal.

– Szko­da. – Mar­ti­na uśmiech­nę­ła się szel­mow­sko.

– Co się wła­ści­wie sta­ło z We­stlan­dem? – spy­tał. – Jak to moż­li­we, że się wam wy­mknął?

– Cóż ci mogę po­wie­dzieć? Zwy­kła gwiaz­dor­ska me­ga­lo­ma­nia. Pła­cą nam ty­sią­ce euro dzien­nie, żeby za­pew­nić im bez­pie­czeń­stwo, a po­tem trak­tu­ją to wszyst­ko jak za­ba­wę. Cza­sa­mi wy­da­je mi się, że je­ste­śmy tam tyl­ko po to, żeby po­ka­zy­wać się przed ka­me­ra­mi. Jako sym­bol sta­tu­su czy coś w tym ro­dza­ju. We­stland był dup­kiem. Wła­ści­wie nie ma się cze­mu dzi­wić... Po­ło­wę tra­sy spę­dził na pi­ciu, a dru­gą na uga­nia­niu się za dzie­więt­na­sto­lat­ka­mi. A fa­cet jest do­brze po pięć­dzie­siąt­ce, na mi­łość bo­ską. Praw­dę mó­wiąc, uwa­ża­li­śmy, że to dość bez­piecz­ne za­da­nie. Wiesz, od­ga­nia­nie pi­ja­ków, na­tręt­nych łow­ców au­to­gra­fów, pa­pa­raz­zich i tak da­lej. Pil­no­wa­li­śmy go we dwo­je, ja i Lo­renz. Lo­renz to góra mię­śni i ma­lut­ki móż­dżek, ale robi do­bre wra­że­nie, je­śli wiesz, co mam na my­śli. A jak już mó­wi­łam, nie grze­szy in­te­li­gen­cją. To Sak­soń­czyk z Gör­litz, pra­co­wał jesz­cze w Volks­po­li­zei. Nadal mówi na ham­bur­ger Gril­let­ta i pew­nie wali ko­nia do zdjęć Ka­ta­ri­ny Witt w ko­szul­ce Wol­nej Mło­dzie­ży Nie­miec­kiej.

Fa­bel par­sk­nął śmie­chem.

– Je­steś dość zło­śli­wa jak na ko­goś, kto sam po­cho­dzi ze Wscho­du.

– Je­stem z Me­klem­bur­gii, to coś zu­peł­nie in­ne­go niż Do­li­na Nie­świa­do­mych – od­par­ła Mar­ti­na z uśmie­chem, od­no­sząc się do tych czę­ści NRD, w któ­rych przed zjed­no­cze­niem nie moż­na było od­bie­rać za­chod­nio­nie­miec­kiej te­le­wi­zji. To lek­ce­wa­żą­ce okre­śle­nie kry­ło jed­nak w so­bie rów­nież ła­du­nek życz­li­wo­ści i po­dzi­wu, bo wła­śnie w Do­li­nie do­szło do tak zwa­nych de­mon­stra­cji po­nie­dział­ko­wych, któ­re dały po­czą­tek ma­so­wym pro­te­stom po­ko­jo­wym i do­pro­wa­dzi­ły osta­tecz­nie do upad­ku muru i ca­łe­go re­żi­mu ko­mu­ni­stycz­ne­go.

– Tak czy in­a­czej – kon­ty­nu­owa­ła – od­wo­zi­li­śmy We­stlan­da do ho­te­lu Vier­jah­rze­iten z kon­cer­tu w Spor­thal­le, kie­dy na­gle za­czął ga­dać o Re­eper­bahn, że nig­dy tam nie był, że dużo o tym sły­szał, że chciał­by zo­ba­czyć miej­sca, gdzie gra­li Be­atle­si, i ta­kie tam pier­do­ły. Po­wie­dzia­łam mu, że wca­le nie jest tak cie­ka­wie, jak mó­wią, a poza tym to nie po dro­dze, ale za­czął ma­ru­dzić, więc w koń­cu za­bra­li­śmy go na krót­ką wy­ciecz­kę.

– Nie są­dzi­łem, że po kon­cer­cie może mieć jesz­cze siły na ta­kie za­ba­wy – mruk­nął Fa­bel.

– Tak, wła­śnie, wy­da­wał się dziw­nie oży­wio­ny. Sły­sza­łam, że dość dłu­go i moc­no po­cią­gał no­sem na tyl­nym sie­dze­niu, a ra­czej nie miał ka­ta­ru, je­śli wiesz, o co mi cho­dzi. Na pew­no wszyst­ko to wyj­dzie pod­czas sek­cji. Co cie­ka­we, wcze­śniej wku­rzył parę osób, bo od­mó­wił udzia­łu w przy­ję­ciu po kon­cer­cie; po­wie­dział im, że jest zbyt zmę­czo­ny, a po­tem ka­zał nam się wieźć na Re­eper­bahn. No więc opro­wa­dza­li­śmy go po oko­li­cy, ale jego in­te­re­so­wa­ło tyl­ko Her­bert­stras­se, chi­cho­tał przy tym jak dzie­ciak. To go tam za­pro­wa­dzi­li­śmy. Oczy­wi­ście, po­nie­waż to jest Her­bert­stras­se, a ja je­stem ko­bie­tą, nie mo­głam wejść, więc zo­sta­wi­łam go z Lo­ren­zem po jed­nej stro­nie, a sama prze­szłam na dru­gą i cze­ka­łam. Przy Da­vi­dwa­che. We­stland bez pro­ble­mu wy­ko­ło­wał Lo­ren­za, a ja przez cały czas my­śla­łam, że są ra­zem, i cze­ka­łam jak idiot­ka na dru­gim koń­cu uli­cy. Chwi­lę po­tem We­stland pró­bo­wał we­pchnąć so­bie fla­ki do brzu­cha, a re­no­ma mo­jej fir­my ru­nę­ła w gru­zy.

– Mó­wisz, że ko­niecz­nie chciał pójść na Her­bert­stras­se. Wła­śnie na Her­bert­stras­se, a nie Gros­se Fre­ihe­it. My­ślisz, że to mo­gło być wcze­śniej usta­wio­ne? Że umó­wił się z kimś i miał się z nim spo­tkać, kie­dy już zo­sta­wił was przy Her­bert­stras­se?

Mar­ti­na za­sta­na­wia­ła się przez mo­ment, marsz­cząc brwi.

– Wąt­pię. Nie moż­na tego wy­klu­czyć, ale moim zda­niem to była zwy­kła za­chcian­ka.

– Mimo wszyst­ko mnie to wy­da­je się tro­chę dziw­ne. Je­śli We­stland chciał tyl­ko tro­chę się za­ba­wić, to dla­cze­go sta­rał się was zgu­bić? Dla­cze­go nie po­szedł do któ­rejś dziew­czy­ny z okien? Mó­wił wam, że nig­dy wcze­śniej nie był na Her­bert­stras­se, tak?

– Zga­dza się.

– Więc albo po­ko­nał szyb­ko Her­bert­stras­se i wy­szedł po dru­giej stro­nie, za­nim ty tam do­tar­łaś, albo prze­szedł bocz­ną alej­ką przy nu­me­rze sie­dem i mu­zeum ero­ty­ki. Moim zda­niem to wy­glą­da na za­pla­no­wa­ne dzia­ła­nie, jak­by do­brze wie­dział, do­kąd ma iść.

– Ra­czej nie wie­dział. Mó­wię ci, we­dług mnie to był tyl­ko zwy­kły ka­prys.

Mar­ti­na opi­sa­ła ze szcze­gó­ła­mi prze­bieg ca­łe­go wie­czo­ru: po­da­ła do­kład­ne go­dzi­ny, mó­wi­ła, z kim i o czym roz­ma­wiał We­stland, jak udał się kon­cert. Na chwi­lę znów za­mie­ni­ła się w po­li­cjant­kę i po­da­ła Fa­be­lo­wi wszyst­kie in­for­ma­cje, któ­rych po­trze­bo­wał. Przed kon­cer­tem We­stland dzwo­nił dwu­krot­nie: raz do swo­jej żony, a raz do księ­go­we­go w spra­wie ja­kiejś in­we­sty­cji czy trans­ak­cji, w któ­rą się za­an­ga­żo­wał.

– Przed wyj­ściem na sce­nę sie­dział przez chwi­lę sam w swo­jej gar­de­ro­bie. Być może dzwo­nił wte­dy do ko­goś z ko­mór­ki. O ile mi wia­do­mo, po wy­stę­pie za­dzwo­nił tyl­ko do ko­bie­ty, któ­ra zor­ga­ni­zo­wa­ła kon­cert. To wła­śnie ona chcia­ła, żeby wziął udział w przy­ję­ciu z moż­ny­mi Ham­bur­ga. Mia­łam wra­że­nie, że ta ko­bie­ta, to zna­czy ta or­ga­ni­za­tor­ka, nie była zbyt za­do­wo­lo­na, kie­dy od­mó­wił. W koń­cu o to cho­dzi­ło w ca­łej tej im­pre­zie, żeby ze­brać pie­nią­dze na cele cha­ry­ta­tyw­ne, a ten du­pek nie po­tra­fił się na­wet zdo­być na ten nie­wiel­ki wy­si­łek i uści­snąć kil­ku dło­ni. Bar­dziej in­te­re­so­wa­ła go wy­pra­wa na Re­eper­bahn.

– Spraw­dzi­my jego te­le­fon. – Fa­bel ski­nął gło­wą.

– Och, więc ty nic nie wiesz? Jego ko­mór­ka znik­nę­ła. Port­fel też. Miał też no­tes, mi­nior­ga­ni­zer, któ­ry za­wsze no­sił ze sobą. Nie zna­leź­li­śmy go.

– Więc to mógł być na­pad ra­bun­ko­wy?

Mar­ti­na ro­ze­śmia­ła się gorz­ko.

– Nie. Ale nie­wy­klu­czo­ne, że na­past­nik chciał upo­zo­ro­wać roz­bój. Kra­dzież była ama­tor­ska. Atak sta­no­wił dzie­ło sztu­ki.

Roz­ma­wia­li jesz­cze przez chwi­lę. Choć ra­port Mar­ti­ny był w peł­ni pro­fe­sjo­nal­ny, nie za­wie­rał ni­cze­go, co mo­gło­by na­pro­wa­dzić Fa­bla na ja­kiś trop.

– Nie­wie­le ci po­mo­głam, co? – spy­ta­ła Mar­ti­na, jak­by czy­ta­jąc w jego my­ślach.

– Nie­wie­le. Ale cała ta hi­sto­ria mo­gła być w su­mie tym, na co wy­glą­da: przy­pad­ko­wym i bez­sen­sow­nym ata­kiem.

– Mó­wisz o Anie­le? – zdzi­wi­ła się Mar­ti­na. – Na­praw­dę wie­rzysz, że wró­ci­ła po dzie­się­ciu la­tach?

– Kto wie? Dziew­czy­na, któ­ra zna­la­zła We­stlan­da, twier­dzi, że cię­cie wy­ko­na­no bar­dzo pro­fe­sjo­nal­nie. Je­den pre­cy­zyj­ny cios.

– Od kie­dy to dziw­ki zna­ją się na ra­nach cię­tych?

– Od­kąd za­czę­ły stu­dio­wać me­dy­cy­nę na Uni­wer­sy­te­cie Ham­bur­skim – od­parł bez­na­mięt­nym to­nem Fa­bel. – Sama chy­ba pa­mię­tasz, że Anioł świet­nie po­słu­gi­wa­ła się no­żem.

– Wąt­pię, że­bym po­tra­fi­ła o tym kie­dyś za­po­mnieć – mruk­nę­ła Mar­ti­na. – Pra­co­wa­łam tu­taj, kie­dy do­szło do przed­ostat­nie­go mor­der­stwa. Nie za­po­mnę tam­tej sce­ny. Zna­leź­li­śmy za­mor­do­wa­ne­go fa­ce­ta w sa­mo­cho­dzie przy Se­iler­stras­se. Nie miał ge­ni­ta­liów. Ostat­nia ofia­ra le­ża­ła w rogu He­li­gen-Ge­ist-Feld. Też nie mia­ła klej­no­tów. Dla­te­go my­ślę, że to nie Anioł. We­stland nie zo­stał wy­ka­stro­wa­ny, a na­past­nik pchnął go w brzuch, a nie po­de­rżnął mu gar­dło... no i mi­nę­ło pra­wie dzie­sięć lat. Poza tym Anioł nie za­bie­ra­ła nic swo­im ofia­rom. Je­śli nie li­czyć ich pe­ni­sów, oczy­wi­ście. Wi­dzia­łam jej ro­bo­tę. Gdy­by ta dziew­czy­na nie po­wtó­rzy­ła tego, co po­wie­dział jej We­stland, nig­dy nie sko­ja­rzy­ła­bym tej spra­wy wła­śnie z Anio­łem.

– Może źle go zro­zu­mia­ła. Mó­wił po an­giel­sku.

Prze­rwał im Car­stens Ka­min­ski, ko­men­dant Da­vi­dwa­che, któ­ry uchy­lił drzwi i wsu­nął gło­wę do sali kon­fe­ren­cyj­nej.