Pieśń koguta - Viktor Fischl - ebook
Opis

Ta niewielka objętościowo książka jest jednym z najbardziej znanych i cenionych tytułów Viktora Fischla (1912–2006), czeskiego prozaika żydowskiego pochodzenia, także poety, twórcy literatury faktu, autora książek dla dzieci i tłumacza.

Pieśń koguta to liryczna narracja starego wiejskiego lekarza, który stojąc u progu śmierci, szuka odpowiedzi na podstawowe egzystencjalne pytania. Mający za sobą gorzkie życiowe doświadczenia doktor prowadzi ciągły spór o sens istnienia ze swoim alter ego – rezolutnym i tryskającym energią kogutem Pedro, wyśpiewującym codziennie pieśń zwycięstwa na cześć słońca, piękna, cudu życia.

Pieśń koguta jest opowieścią pełną ciepła, mądrej zadumy i żywych emocji, choć jednocześnie naznaczoną smutkiem i melancholią. Bogactwo emocji towarzyszących lekturze wynika z natury autora: Viktor Fischl nie jest człowiekiem, który godzi się bez sprzeciwu ze wszystkim, co nieuniknione. Godzi się, bo nie ma innego wyjścia, ale godzi się, walcząc.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 185

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Viktor Fischl

Pieśń koguta

Przełożył Krzysztof Rejmer

Czytelnik

Warszawa 2016

I

– Wygrana! Wygrana! – budzi mnie Pedro każdego dnia o poranku. Rozrywa noc niczym uderzenie błyskawicy, a fanfara jego przenikliwego głosu brzmi tak, jak sygnał do ataku grany na trąbce. – Wygrana! Wygrana! – słyszę jego nawoływanie, otulony jeszcze w pajęczyny ostatnich, poprzedzających świt snów. Kiedy już się ocknę, to zanim jeszcze cokolwiek ujrzę, widzę na różowiejącym niebie ciemny zarys jego sylwetki. Stoi w rozkroku na płocie, jak wojownik na barykadzie, i zwycięsko wymachuje proporcem ogona.

Srebrzysta macica perłowa rozbrzasku nadchodzi po pokrytych rosą grudach pól i głaszcze strzechy niskich domów. Noc dała już rozkaz do uporządkowanego odwrotu i strumienie światła gnają ją przed sobą na całym froncie. Kiedy wstaję i podchodzę do okna, aby odetchnąć świeżą wonią pachnącej porankiem ziemi, Pedro, teraz już w pełnej krasie nasyconych barw, wypina pierś, jak gdyby to on unosił cały ciężar złotej kuli słońca wysoko ponad horyzont. A słońce, jak gdyby mu płaciło za jego trud, pozostawia płatki złota na jedwabiu jego czarnych, modrych, czerwonych i brązowych piór.

– Wygrana! – znów woła Pedro. – Wygrana! – A w chwili, w której spostrzega, że stoję w oknie, przylatuje do mnie z płotu.

– O co tyle hałasu? – pytam go, drobiąc chleb i sypiąc ziarno na parapet.

Dziobie łapczywie jak po ciężkiej pracy, jednak i przy tym podśpiewuje, a pomiędzy kęsami strawy odpowiada mi:

– Piękny poranek. Piękny dzień.

– Dzień jak co dzień – odpowiadam, nalewając do szklanki zimne mleko i zagryzając posmarowaną masłem pajdą chleba.

– Nie, nie – upiera się przy swoim. – Dzisiejszy dzień jest piękniejszy niż wczorajszy. Jutro zaś będzie piękniejsze niż dziś.

– Powtarzasz to zawsze, czy słońce, czy gradobicie, czy świat rozkwita, czy też leży pod śniegiem. A idź ty z tym swoim wiecznym: Wygrana! A idź ty z tym swoim: Dziś jest piękniej niż wczoraj.

– A jednak to ja mam rację, a nie ty ze swoim: Dzień jak co dzień – odpłaca mi tą samą monetą. – Dziś jest piękniejsze niż wczoraj, ponieważ dziś jest, a wczoraj już nie ma – znów się rozgdacze zwycięsko, jak gdyby się ze mnie wyśmiewał.

Na języku mam wiele możliwych odpowiedzi. Mógłbym mu mówić o dużo piękniejszym wczoraj, które pozostało i pozostanie zapisane w pokładach mojej pamięci. Mógłbym go ostrzec, że nie jest dobrze chwalić dzień przed zachodem słońca. To już wiedzieli nasi dziadowie, ale ja mam do czynienia z Pedrem i wiem, że jego koguciemu myśleniu te spostrzeżenia są obce, choćby mnie wydawały się nie wiem jak bardzo oczywiste. Tak więc zamiast wszystkiego innego, zanim wstanę od stołu, rzucam tylko:

– A co będzie, jeśli jutro się nie zbudzę i wyniosą mnie, wykopią grób i zasypią ziemią? A co będzie, jeśli w nocy łasica skoczy ci do gardła i zamiast na płocie, znajdę cię w ogrodzie ogryzionego przez myszy, rozebranego przez mrówki? Będzie także i wtedy dziś piękniejsze niż wczoraj?

Nie czekam na odpowiedź. Mówię tak tylko po to, aby wiedział, że nie ma racji. Pedro jednak bez namysłu, jak gdyby od dawna przygotowany na moje słowa, przelatuje z parapetu z powrotem na płot i stamtąd do mnie woła:

– I wtedy, doktorze, będzie piękny dzień. Będzie i bez nas, ale będzie piękny. – I pieje głośniej niż przedtem, a koguty z całej wsi przyłączają się do jego wspaniałego chorału.

II

Tak rozmawiamy, Pedro i ja, już od dawna.

Za wszystko ponosi odpowiedzialność Anna. Ktoś ze wsi przyniósł go, gdy byłem chory, pomiędzy niebem a ziemią, jak to się tu u nas mawia. (Mnie samemu wydaje się, że jestem pomiędzy niebem a ziemią również wtedy, gdy jestem zdrowy, a od czasu, kiedy Pedro jest ze mną, jestem tego więcej niż pewien). Rosół miał mnie ponoć postawić na nogi. Po dwóch talerzach będę zdrowy jak ryba. Będę łamać skały. Wyskoczę z łóżka jak młody jeleń i zapragnę nosić cały świat niczym różę w klapie płaszcza.

I wtedy Anna powiedziała:

– Popatrz, jaki jest piękny. W całej wsi nie znajdziesz piękniejszego galanta. Don Pedro, tak go nazwę, Don Pedro. – Klaskała z radości i roztańczyła się po pokoju, unosząc koguta w ramionach.

Okazało się, że jeśli nadacie kogutowi imię, możecie pożegnać się z myślą, że kiedyś skończy jako niedzielne pieczyste na waszym stole. Okazało się jeszcze wiele innych rzeczy. Nie tylko to, że Pedro rozumie mnie (w tym nie widziałem nic dziwnego, bo i psy, i konie mnie rozumiały, więc dlaczego kogut nie miałby być równie mądry jak one?), ale – i to mnie zdziwiło bardziej – że także i ja rozumiem jego gdakanie. Szybko też pojąłem, że Pedro jest nie tylko mądrzejszy niż psy, konie i koty, ale mądrzejszy od wielu ludzi, których znałem. A potem, kiedy kolejne wiosny następowały po zimach, okazało się, że i miara życia, jaką mu odmierzono, daleko przerasta liczbę lat przypisaną wielu innym istotom.

Tak to się właśnie zaczęło. Już następnego dnia zbudziło mnie pianie koguta. Na różowiejącym za oknem niebie rysowała się jego ciemna sylwetka.

– Wygrana! – wołał pełnymi płucami. – Wygrana! – A gdy tylko mnie spostrzegł, zaczął śpiewać: – Wstawaj, doktorze, jest piękny dzień.

Dopiero dużo później zdziwiłem się, jak dobrze go rozumiem. Bez namysłu wstałem i podskoczyłem do okna. Łapczywie oddychałem powietrzem pachnącym rosą, ziemią i trawą, i głośno mu odpowiedziałem:

– Dzień dobry, Pedro. Masz rację, kamracie. Masz rację. Piękny dzień.

A Pedro latał z płotu na parapet i z powrotem z parapetu na płot, i śpiewał, a ja mu klaskałem i wtórowałem. Tak nas wtedy znalazła Anna.

Nie wiem, jak długo stała na progu bez słowa. Potem cała się rozkołysała dzwoneczkami śmiechu, przybiegła do mnie i znów roztańczyła się po izbie. Jednak tym razem ściskała w ramionach mnie.

III

Teraz obaj, Pedro i ja, jesteśmy już starzy. Dawniej jeździliśmy konno. Wskakiwałem na siodło, a Pedro siadał na moim ramieniu i tak kłusowaliśmy od wsi do wsi. Patrzyliśmy na świat z góry, Pedro zwycięsko machał skrzydłami, rywalizowaliśmy w śpiewie i wjeżdżaliśmy do wsi jak zdobywcy. Jednym skokiem pokonywaliśmy rowy, skracaliśmy sobie drogę przez las, a stada gęsi i kierdele owiec pierzchały przed nami.

Teraz ja i Pedro jesteśmy już starzy. Już nie jeździmy po okolicy. Dawno sprzedałem konia i siodło, a z wizytami chodzę tylko po naszej wsi, jedynie tam, gdzie mnie jeszcze nogi doniosą. Wyruszamy zawsze rano, ja z torbą pełną leków i opatrunków na ramieniu, z kijem w prawej ręce – kij jest sękaty, z czereśniowego drzewa, jego ciepło w mojej dłoni jest niczym ciepło żywego ciała – na moim lewym przedramieniu stoi Pedro i rozgląda się po okolicy niby zamkowa straż.

Dawniej się z nas śmiali. – Sokolnik – poszturchiwały się chłopki przy studni. – Ma nierówno pod sufitem. – Chwytały się pod boki i chowały twarze za zasłony ogorzałych dłoni. Chłopi porozumiewawczo popatrywali na siebie, a ledwieśmy ich minęli, wzruszali ramionami. – Cudak – mówili albo przynajmniej tak myśleli. Ale posyłali po mnie, gdy ich żony rodziły, gdy dzieci miały gorączkę, gdy podczas żniw nastąpił który na kosę, a na innego przewrócił się źle naładowany wóz, gdy w zimie znaleziono chłopa spitego i na wpół zamarzniętego w śniegowej zaspie, gdy się przy święcie poharatali nożami w gospodzie. Posyłali po mnie, bo wiedzieli, że jeśli to możliwe, doktor pomoże. Płacili jajkami, jabłkami i masłem, aż w końcu przywykli. Przywykli do tego stopnia, że jeśli rano doktor, ten cudaczny sokolnik z kogutem, na którego wołał Pedro, nie pokazał się rano we wsi z torbą na ramieniu, przychodzili zapytać, czy nic się nie stało.

Teraz, kiedy jak zawsze wychodzimy rano, nikt już nie widzi nic dziwnego w tym, że Pedro siedzi na mojej ręce, w drugiej zaś mam sękaty kij z czereśniowego drzewa.

Najpierw idziemy do starej Terezy. Siedzi na niskim stołeczku, który wynieśli jej za próg, z rękoma złożonymi na podołku, patrzy przed siebie, w pustkę, na pierwsze promienie słońca, wspierające się o błyszczącą srebrem przyłbicę jej włosów, i nie widzi, że nadchodzimy. Pozdrawiam ją z oddali, a Pedro głośno oznajmia nasze przybycie, wtedy ona, jakby obrośnięta gęstymi krzewami, zdejmuje zawój za zawojem, przedziera się przez mgłę, w końcu odgarnia koronki przeczucia, a kiedy już zacznie mnie poznawać, kiwa głową na znak, że wie, kim jestem. Wiem już, co będzie dalej, i cierpliwie czekam, aż potwierdzi słowami, że mnie rozpoznała.

Powoli, tak cicho, jak cichy jest szelest liści spadających jesienią z gołych już niemal gałęzi drzew, z jej wąskich, bezbarwnych warg spływa słowo za słowem:

– Tańczyłam jeszcze na waszym weselu.

Potem odprowadzamy ją do izby, z jednej strony ja, z drugiej jej wnuczka Marta. Ma piętnaście lat i jest piękna. Długie włosy koloru dojrzewających kłosów pszenicy opadają swobodnie na ramiona, które już miękko zaokrąglają się jak u młodej kobiety; dumnie niesie przed sobą kielichy rozkwitających piersi, a błyszczące łydki jej bosych nóg z trudem powstrzymują się od tańca.

I Tereza była kiedyś piękna. Jest starsza ode mnie, może o dziesięć, może o piętnaście lat, ale i ja jeszcze pamiętam jej urodę. Chłopi połykali ją wzrokiem, odwracali się za nią, stawali jak wryci, oczarowani falowaniem jej bioder. Teraz ledwie słyszę bicie jej serca pod wyschniętymi piersiami, na które i ja się gapiłem, gdy jeszcze były pełne. Zginam kark pod ciężarem smutku, kiedy tylko widzę obok siebie Terezę i jej rozkwitającą wnuczkę.

Ostukam staruszkę i dam jej lek. Znam na pamięć każdy szelest jej serca i wiem, że moje leki już od dawna jej nie pomagają, ale jeszcze przez rok, a może tylko przez pół, bezbarwne wargi Terezy z każdą łyżką będą ssać kropelkę nadziei.

Potem odprowadzamy ją za próg, a zanim ciężko usiądzie na niskim stołeczku, powtórzy:

– Tańczyłam jeszcze na waszym weselu.

Potem słońce znów oprze się na srebrnej przyłbicy jej włosów. Tereza złoży ręce z koronką niebieskich żył na wystygłym łonie i będzie patrzeć na wrzeciono pustki, które omota ją jeszcze przed moim odejściem.

Pedro wie, jak ciężkie chmury przewalają się w moim sercu, gdy opuszczam dom Terezy, i stara się rozweselić mnie błazeńskimi sztuczkami. Przelatuje z mojej ręki na płotek, siada mi na głowie i macha skrzydłami niby wachlarzem, pieje mi w ucho, a nim zdążę zareagować, znów jest na płocie i podśmiewa się ze mnie z bezpiecznej odległości.

– Błaźnie – złoszczę się – głupi błaźnie!

– Doktorze – małpuje mnie – mądry doktorze!

Widzę, że z nim nie wygram, więc uderzam w jego słaby punkt.

– Bezwstydniku – besztam go – awanturniku!

Wiem, że podczas gdy badałem Terezę, jak zawsze przepędził jej koguta, potargał mu grzebień, do krwi podziobał głowę i wygnał z krzykiem na śmietnisko za płotem, a gdy już się go pozbył, popędził za największą kurą w stadzie. Co prawda z gdakania, które dochodziło do izby, wnoszę, że zbytnio się nie broniła. Mimo to besztam go jako gwałciciela, nicponia i lubieżnika.

– Miej odrobinę rozumu – broni się Pedro. – Tyle krzyku o trochę miłości?

– Cóż ty wiesz o miłości, nikczemniku?

– Nie ma nic piękniejszego.

– Ty to nazywasz miłością, dzikusie? – ciskam w niego płomienie gniewu.

– Dla mnie to właśnie miłość – powiada niewinnie i upiera się przy swoim: – Nie ma nic piękniejszego.

– Nie wstydzisz się? – apeluję do jego koguciego sumienia. – Nie żal ci tego biedaka, którego wygnałeś na śmietnisko?

– I wśród kogutów zdarzają się rogacze – odpowiada tak, jak gdyby wzruszał ramionami.

– Będzie ich mniej, gdy zrobię z ciebie kapłona – nie mogę się powstrzymać.

Długo milczy. Nie odpowiada na moją groźbę. Chyba posunąłem się za daleko. Jest dumny, nie ma dumniejszego niż on, a ja zaczynam żałować swych przykrych słów. Wiem teraz, że to wszystko to tylko gwałtowny deszcz z chmury spowijającej moje serce. Teraz, gdy chmura już się rozpłynęła, szukam słów, którymi mógłbym się wytłumaczyć. Aż wreszcie on sam pomaga mi wybrnąć z zakłopotania.

– Wtedy – mówi poważnie – już nie mógłbym rano śpiewać pod twym oknem i chwalić urody pięknego dnia.

A ja, stary głupiec, daję mu się złapać na lep, chwytam się tego jak tonący źdźbła i szybko kończę nasz spór.

– No dobrze, już dobrze – mamroczę, jak gdybym to ja, a nie on, dopuścił się czegoś złego.

Jest mi teraz lżej, jak wtedy, gdy dwóch przyjaciół poda sobie ręce na zgodę. Gdy tylko Pedro przekonuje się, że jest już po burzy, wzlatuje z mojego przedramienia, na którym dotąd siedział, odlatuje na najbliższy płot i z bezpiecznej odległości pokrzykuje na mnie:

– A tak z ręką na sercu, doktorze. Trochę mi zazdrościsz?

Macham na niego kijem, a że jest w moim zasięgu, ucieka przede mną po sztachetach płotu. A ja biegnę za nim, ale obaj wiemy, że teraz to już tylko udaję gniew.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Strona redakcyjna

TYTUŁ ORYGINAŁU: Kuropění

© Copyright by Heirs of Viktor Fischl, 2016

PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Wiesław Rosocha

REDAKCJA: Katarzyna Heidrich-Żurkowska

Wydanie I elektroniczne

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela jest zabronione.

Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik” ul. Wiejska 12a, 00-490 Warszawawww.czytelnik.pl

© Copyright for the Polish translation by Krzysztof Rejmer, 2016 © Copyright fot the Polish edition by Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”, Warszawa 2016

ISBN 978-83-07-03391-4