Opis

Przewrotna, słodko-gorzka „Pieśń harfy” to najcieplejsza – i najzabawniejsza – jak dotąd powieść Leviego Henriksena. 

Dowcipna, ciepła i niezwykle zajmująca opowieść o miłości i Bogu, przyjaźni, zdradzie i utraconej nadziejach. Cierpiący z powodu kaca producent muzyczny Jim Gystad odwiedza kościół w Vinger i słyszy anielski śpiew. Głosy dobiegające z ławki za Jimem praktycznie unoszą go do wieczności i uwalniają od przygnębiającej rzeczywistości. Po raz pierwszy od lat jego egzystencja nie wydaje mu się całkowicie pozbawiona sensu.

Głosy, które słyszy, należą do Śpiewającego Rodzeństwa Thorsen. Przed wieloma laty trio składające się z dwóch braci i siostry koncertowało po Stanach Zjednoczonych i sprzedało setki tysięcy płyt z singlami  zatytuowanymi „To krzyż, który mam dźwigać” czy „Trzydzieści srebrników na Biblii naszego Ojca”. Każde z rodzeństwa odnalazło po drodze miłość swojego życia. I każde ją utraciło.

Od tej pory Jim myśli tylko o jednym: postanawia namówić Śpiewające Rodzeństwo Thorsen do powrotu na scenę. Czeka na niego wiele poważnych przeszkód, z czego najtrudniejszą okaże się przywrócenie miłości z powrotem do ich życia.

„Od początku do końca przyprawia czytelnika o ciarki na plecach... wspaniała powieść.”

Geir Vestad, Hamar Arbeiderblad

„Początek książki Leviego Henriksena jest najbardziej fascynującym fragmentem tego autora, jaki czytałem od czasu jego pierwszych zbiorów opowiadań. Mitologizuje on najbardziej obskurne rejony Kongsvinger, czyniąc z nich tak tajemniczo kuszące miejsca, jak naturalistyczni amerykańscy pisarze, na których się wzorował, opisywali swoje miejsca pochodzenia.... Pieśń harfy jest historią tożsamości. Jednoczy środowiska, które Henriksen dobrze zna. Rodzinne tereny Kongsvinger, silną chrześcijańską subkulturę, amerykańskiego rocka i norweską branżę muzyczną – i o nich wszystkich dobrze się wypowiada”.

Ole Jacob Hoel, Adresseavisen

„Siła i charakter tej powieści to portrety życia i ludzi, misterne opisy nieodwzajemnionych uczuć i utraconej radości życia. Henriksen to mistrz w portretowaniu rozczarowanych życiem ludzi i ich nieudolnych, mozolnych prób odnalezienia czegoś stałego, na czym można by się oprzeć”.

Torstein Hvattum, Aftenposten

„Z ręką na sercu: to najlepsza powieść Leviego Henriksena... Norweski brudny realizm w swojej najlepszej odsłonie.”

Anne Schäffer, Tara

„Mocna pieśń dobiegająca z domu modlitwy... o zakłamaniu, rodzinnych konfliktach i dawnej miłości. Zakończenie zaskoczyło mnie, ale gdy zamknąłem książkę, pomyślałem: jest tak, jak być powinno."

Brynjulf Jung Tjønn, VG

Pieśń harfy jest najlepszym dziełem Leviego Henriksena. To najstarsza historia jaką znamy, historia stworzenia... To dla mnie oaza tej literackiej jesieni, kawał dobrej literatury, wobec której nie można przejść obojętnie.”

Anita Krok, Glåmdalen

„Kiedy rozczarowany życiem producent muzyczny spotyka troje artystów po osiemdziesiątce, rezultatem może być wielka sztuka i wielkie problemy… Hojnie dzieli się wiedzą o biznesie muzycznym, historii rocka i subkulturach religijnych. Kombinacja, która zwykle działa bez pudła – i w tym przypadku okazuje się strzałem w dziesiątkę.”

Pål Andreassen, Moss Avis

„Jeśli interesujecie się muzyką, czytanie Leviego Henriksena da wam o tyle więcej radości... Spędziłem błogie chwile, czytając tę książkę. Ma wyjątkowo piękne brzmienie.”

Helge Ottesen, Varden

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 359

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Dla Leah, Elisabeth i Hermanna

Jesteśmy brzydcy, ale mamy muzykę.

Chelsea Hotel #2,

Leonard Cohen

Rozdział 1

Pierwszy raz zobaczyłem rodzeństwo Thorsen w kościele w Kongsvinger. Przyjechałem do miasta, ponieważ miałem zostać ojcem chrzestnym. Tamten niedzielny poranek był jak uderzenie obuchem w głowę. Wyjątkowo bolesne uderzenie, nawiasem mówiąc. Poprzedni wieczór zakończył się totalną klapą. Zespół lokalnych muzyków, który według ojca dziecka przystępującego dzień później do chrztu zrobił więcej dla współczesnego bluesa niż jakakolwiek inna norweska grupa, dawał domowy koncert. A ponieważ jako producent muzyczny poszukuję nieco innych klimatów niż te, w których się lubuje podpity gość pubu, tamta próba zaprezentowania amerykańskiej muzyki folkowej w nowym wydaniu sprawiła, że zacząłem pić. Co gorsza, doprowadziło mnie to do takiego stanu, że nie mogłem przestać, ja, który zawsze źle się czułem po wysokoprocentowym alkoholu. Gdy w niedzielę rano wleciałem twarzą w zaparowane lustro w łazience, wydawało mi się absolutnie niemożliwe, abym mógł doprowadzić się do stanu używalności i zająć należne mi miejsce przed chrzcielnicą. Nie mówiąc już o spojrzeniu w oczy pastorowi i wymówieniu imienia „Hubert” tak, aby nie zabrzmiało jak przekleństwo.

Próbowałem wykrzesać z siebie choć trochę energii, wyobrażając sobie twarz zmarłego gitarzysty Howlin’ Wolf, po którym dziecko otrzymało imię, ale jedyne, co zdołałem sobie wyobrazić, to czarny malstrøm[1], który zasysał cały świat. Dwa dzbanki kawy później udało mi się stanąć na nogi i dowlec się do kościoła, ale na wysokości przedostatniej ławki dałem znak reszcie towarzystwa, że muszę usiąść i zebrać myśli. Dopiero później byłem w stanie dojść do miejsc zarezerwowanych dla rodziców i chrzestnych.

Nigdy nie byłem szczególnie wierzący, ale gdy siedziałem w przedostatniej ławce Bożej świątyni, nie mogłem przestać myśleć o pewnej historii z Pisma Świętego, którą lubił opowiadać mój dziadek. Tę o Pawle, który spada z konia w drodze do Damaszku, bo musi oślepnąć, by móc przejrzeć na oczy. Gdy wybiegłem z kościoła i drogą na skróty, to znaczy przez cmentarz, pognałem do toalety, unikając prawdziwej katastrofy, zdążyła zaświtać mi myśl, czy przypadkiem ja również nie zostałem wystawiony na podobną próbę. Chwilę później szarpnąłem drzwi do kabiny i rzuciłem się na kolana przed porcelanową muszlą.

Po powrocie do kościoła robiłem, co mogłem, żeby się nie chwiać, i gdy przycupnąłem na brzegu jednej z pierwszych ławek, starałem się nie chuchać prosto na ludzi, ale i tak nowa żona mojego dawnego najlepszego przyjaciela przyglądała mi się podejrzliwie. Wyprostowałem się, próbowałem napiąć mięśnie brzucha, ale siła ciążenia walczyła ze mną w bezwzględny sposób. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie doświadczyłem. Pot szczypał mnie w oczy, a ciarki, które przebiegały mi po plecach jak lodowaty palec wskazujący śmierci, oszukiwały serce, powodując jego niemiarowe bicie.

Tej niedzieli do chrztu przystępowało troje dzieci i kościół był prawie pełny. Hubert Malling był ostatnim, który miał zostać zanurzony w płytkiej wodzie przed ołtarzem, a ja czułem, że nie wysiedzę do końca nabożeństwa. Nawa kościoła robiła przytłaczające wrażenie, grubo ciosane deski podłogowe przypominały wnętrze trumny. Już miałem się poddać – i wtedy uratowało mnie rodzeństwo Thorsen. Po latach porównywałem ich głosy do ręki, która chwyta cię, gdy znikasz pod wodą po raz trzeci. Rodzeństwo Thorsen poruszyło moje zatwardziałe producenckie serce jak żaden inny głos. Nie potrafię tego inaczej wyjaśnić.

W pierwszej chwili nie miałem odwagi się odwrócić. Stałem nieruchomo w obawie, że pocenie i dudnienie w głowie jeszcze się nasilą, lecz gdy trzecia zwrotka zaczęła się słowami „Żadne szczęście, żadna trwoga nie oddzieli nas od Boga”[2], po prostu musiałem zerknąć do tyłu. Spodziewałem się, że zajrzę prosto w śnieżnobiałe uzębienie piersiastych gospelowych diw, i musiałem odwrócić się dwa razy, żeby dotarło do mnie, kto tak naprawdę śpiewa z takim zaangażowaniem. Mężczyzna był lekko przy kości, a jego cienkie włosy koloru waty leżały przyklejone do czaszki niczym równoleżniki na globusie. Wyższa z kobiet miała kruczoczarne włosy i szczupłą twarz, a róż tak bardzo podkreślał jej kości policzkowe, że wyglądała jak ptak z długim dziobem. Druga z kobiet ukrywała włosy pod staroświeckim kapeluszem, ale nietrudno było się domyślić, że kiedyś mężczyźni wpadali przez nią na latarnie i potykali się o szyldy reklamowe. Siedzieli ramię w ramię, trzy rzędy za mną i daleko na północ w życiu, i chociaż niewiele wskazywało na to, że tych troje śpiewaków w podeszłym wieku ma wspólnych przodków, to jednak ich głosy zakorzenione były w tym samym muzycznym DNA. Słuchając ich, nie mogłem wyjść z podziwu, tak niezwykła moc biła z ich śpiewu. W kościele mogło być ze dwieście osób, z czego co najmniej połowa śpiewała psalmy chrzcielne, a mimo to głosy tych trojga wyróżniały się z tłumu, słyszałem je jasno i wyraźnie. Każde słowo wymawiali tak, jakby to były małe fragmenty ich życia. Ich pieśń miała w sobie jakąś niebiańską lekkość, długa wstęga ruchu, która czyniła niewyraźnym wszystko, co znajdowało się wokół mnie. Uniosła moje słabe ciało z doliny cienia i wypełniła mnie pokorą.

Gdy nadeszła nasza kolej, żeby zająć miejsce wokół chrzcielnicy, poczułem nagle, że żyję. Wyobrażam sobie, że tak może się czuć tylko ten, kto właśnie wyczołgał się z wraku samochodu. Bez problemu, czysto i wyraźnie wymówiłem imię Hubert, a łzy, które napłynęły do oczu ojca dziecka, sprawiły, że pochyliłem głowę, czując wdzięczność za to, że mogłem uczestniczyć w czymś, co dla drugiego człowieka jest czystym, niezmąconym szczęściem.

Po tym, jak pani pastor podniosła Huberta do góry, tak aby wszyscy wierni mogli powitać nowego członka Kościoła, wróciliśmy do naszych ławek, a kościelny pół śpiewając, pół deklamując, odczytał fragment Pierwszego Listu świętego Piotra. Poczułem, jak ogarnia mnie błogosławiony spokój, i starałem się usiąść możliwie najmniej wygodnie, żeby powieki znowu nie zaczęły mi się kleić. W myślach byłem już na przyjęciu z okazji chrztu i sięgałem po pierwszego budweisera, więc gdy pani pastor poprosiła, abyśmy złączyli się we wspólnej modlitwie, w pierwszej chwili sądziłem, że troje śpiewaków zaczęło mówić językami, ale potem rozpoznałem słowa „Ojcze nasz”. Z tą różnicą, że słowa przez nich wypowiadane brzmiały zupełnie inaczej niż te, które wydobywały się z innych pochylonych głów wokół mnie.

– Co się dzieje? – szepnąłem do Mallinga i odchyliłem się do tyłu.

– Protestują przeciwko uwspółcześnionej wersji „Ojcze nasz” i nie zgadzają się na odmawianie zrewidowanego tekstu modlitwy, który zaczął obowiązywać od dzisiaj – odpowiedział szeptem Malling, nie odrywając oczu od kartki.

– Kim są ci staruszkowie?

– Rodzeństwo z pobliskiej wsi. W zeszłym stuleciu wydali całkiem sporo płyt i byli bardzo popularni.

– Co śpiewali? – spytałem cicho.

– To są zielonoświątkowcy. Wykonywali pieśni religijne – odparł Malling, starając się skupić znowu na modlitwie.

Gdy odwróciłem głowę, rodzeństwo wstało z ławki. Ich wygląd przywiódł mi na myśl jedną z najciekawszych fotografii w historii światowego rocka. Zdjęcie zrobione w Oakland w Kalifornii w 1970 roku przedstawia owacyjne przyjęcie przez publiczność zespołu Creedence Clearwater Revival w czasie, gdy grupa święciła największe triumfy. Fotograf, który stał z tyłu sceny, zrobił zdjęcie falującego morza ludzkich głów. Spośród wszystkich roześmianych twarzy, wyciągniętych rąk i ciasno splecionych ciał najbardziej przykuwają wzrok trzy dziewczyny. Przewyższają innych o kilka głów, więc najprawdopodobniej siedzą na czyichś ramionach, ale zawsze lubiłem sobie wyobrażać, że zostały wyniesione w górę dzięki temu, że potrafiły oddać się całkowicie muzyce. Rodzeństwo Thorsen nie potrząsało tak entuzjastycznie głowami, ale z ich twarzy bił ten sam blask. John Fogerty jest najwyraźniej w swoim żywiole. Unosi lewą dłoń, jakby chciał pobłogosławić zgromadzone tłumy. W tym samym czasie pani pastor w kościele Vinger wygląda na zakłopotaną. Jej usilne starania, aby przeprowadzić wiernych przez nową wersję „Ojcze nasz”, przypominają program telewizyjny nadawany na żywo, w którym obraz i dźwięk nie pokrywają się ze sobą. Patrzyłem na poruszające się wargi pani pastor, ale słyszałem głosy trojga rodzeństwa.

Po chrzcie staliśmy przez dłuższą chwilę przed ołtarzem, pozując do zdjęć, ale ja nie mogłem oderwać wzroku od trojga śpiewaków, którzy maszerowali do wyjścia. Pierwsze, co mnie zaskoczyło, to fakt, że mężczyzna jechał na wózku i że z daleka wydawali się dużo starsi. Potem zwróciłem uwagę na to, że poruszali się jak rockmani, którzy przez wiele lat schodzili ze sceny w ten sam wyćwiczony sposób: lider zespołu jako pierwszy, a za nim pozostali członkowie idealnie zsynchronizowanym krokiem naprzemianstronnym. Już miałem spytać Mallinga o więcej szczegółów na temat rodzeństwa, gdy nagle błysnęły flesze i przez kilka kolejnych minut musiałem rozciągać wargi w uśmiechu gwiazdy filmowej.

Wychodząc z kościoła, podszedłem do pani pastor. Podziękowałem jej za piękne kazanie i spytałem, kim jest tych troje śpiewających jak anioły.

– To Maria, Timoteus i Tulla Thorsen – odparła.

– Zrobili na mnie niesamowite wrażenie – przyznałem. Starałem się nie pokazać po sobie, jak bardzo się niecierpliwiłem, by móc rzucić ostatnie spojrzenie na rodzeństwo, zanim zniknie mi z oczu.

– Zawsze rzucali ludzi na kolana – przytaknęła.

– To znaczy, że pani ich zna?

Wzruszyła ramionami.

– Powiedziałabym raczej, że wiem dobrze, kim są.

– Wydawało mi się, że zielonoświątkowcy nie chodzą do kościoła – powiedziałem.

– Ich dom modlitwy spłonął. Szczerze mówiąc, nie wiem, jak często się tam spotykali. Jeszcze przed pożarem słyszałam, że chętnie odwiedzali inne parafie w mieście.

– Dlaczego?

Pani pastor znowu wzruszyła ramionami.

– Może dlatego, że mają jasno sprecyzowane wyobrażenie na temat tego, jak należy praktykować wiarę.

– To znaczy, że są konserwatystami?

– Nie, absolutnie bym ich tak nie nazwała. Pod wieloma względami są pełni sprzeczności, jeśli chodzi o wielkie i te nieco mniejsze pytania teologiczne. Jedna z tych pań jest stałym gościem na tutejszym cmentarzu. Wcześniej bywała tu przynajmniej kilka razy w tygodniu. Wiele lat starałam się namówić ich, żeby zaśpiewali w kościele. Zgodzili się jeden jedyny raz. Przyszło więcej ludzi niż w wigilię, kościół dosłownie pękał w szwach. Jeden z dziennikarzy stwierdził, że rodzeństwo potrafi śpiewem sprawić, że zmarli powstają z grobów. Ja sama nie użyłabym takiej metafory, ale prawda jest taka, że kiedyś rodzeństwo Thorsen było najlepiej sprzedającym się zespołem muzycznym pochodzącym z Hedmarku[3].

Wiosenne słońce wycisnęło łzy z moich oczu, gdy tylko wyszedłem na schody kościoła, i znowu poczułem się tak, jakbym zstąpił do piekieł. Dopiero gdy nałożyłem okulary przeciwsłoneczne, byłem w stanie podnieść wzrok na cmentarz, a wtedy zobaczyłem ich, jak stoją wokół nagrobka tuż obok murów kościoła. Ale zanim zdołałem przecisnąć się między fotografami rodzinnymi, musiałem jeszcze uścisnąć kilka rąk i przyjąć gratulacje w imieniu Huberta. W tym czasie siostry Thorsen zdążyły zniknąć wśród zaparkowanych samochodów. Na szczęście udało mi się dogonić Timoteusa, zanim opuścił cmentarz.

– Przepraszam! – zawołałem, zatrzymując go. – Chciałem tylko powiedzieć, że to było fantastyczne przeżycie słyszeć państwa śpiew. To było... jak magia.

– Czy pan jest nietrzeźwy? – spytał, wbijając we mnie wzrok, tak że musiałem spuścić oczy.

– Słucham? – odrzekłem. Czułem, że moje uszy robią się gorące.

– Czy pan jest pijany? Czuć od pana alkohol.

– Wypiłem wczoraj kilka kieliszków – przyznałem i przełknąłem ślinę.

– Wie pan, co mówią o alkoholu?

Potrząsnąłem głową.

– Że to wymysł szatana – powiedział jasnym, zdecydowanym głosem, który z powodzeniem mógłby należeć do mężczyzny młodszego o dwadzieścia lat. Potem uruchomił wózek i obrał kurs na siostry.

– Przepraszam – powtórzyłem i położyłem dłoń na jednym z uchwytów. – Mówiłem serio. Chyba jeszcze nigdy nie słyszałem, żeby ktoś tak mną wstrząsnął swoim śpiewem.

– W takim razie wypada mieć nadzieję, że nie doznał pan wstrząśnienia mózgu.

– Jestem producentem muzycznym – odparłem.

Wtedy po raz pierwszy poczułem, że spojrzał na mnie, a nie przeze mnie. Jego oczy zabłyszczały jak u zwierzęcia, które nagle wyczuło jakiś podstęp.

– Producent muzyczny? – powtórzył.

Skinąłem głową z uśmiechem.

– Skoro już mowa o diable, wie pan, co mówi się o nim w moich rodzinnych stronach? – spytał.

Starałem się wymyślić jakąś błyskotliwą odpowiedź, ale skończyło się na tym, że potrząsnąłem przecząco głową.

– Nie wiadomo, czy warto podejmować walkę z szatanem. Nawet jeśli wygrasz, paskudnie się poparzysz. Siostry już na mnie czekają. Niech pan uważa na harleya – dodał, a ja spojrzałem na niego zaskoczony.

– Na harleya?

Timoteus Thorsen nie odpowiedział, tylko przejechał wózkiem po mojej stopie.

– Przepraszam! – zawołałem za nim i zacząłem szukać portfela.

– Przeprasza pan częściej niż kwakrowie – odparł, nie zatrzymując się nawet na chwilę.

– Czy mógłbym dać panu swój numer telefonu? Chętnie porozmawiałbym z panem i pańskimi siostrami – powiedziałem i biegnąc kłusem obok jego wózka, skupiłem się na tym, żeby wydobyć wizytówkę z przegrody portfela.

Timoteus zdawał się nie słyszeć, co do niego mówię. Ignorując mnie całkowicie, jechał dalej w stronę parkingu. Dopiero wtedy zauważyłem, że jego niższa siostra czeka na niego przed ogromnym biało-niebieskim amerykańcem. Druga siostra siedziała już za kierownicą.

– Wsunę panu wizytówkę do kieszeni marynarki, dobrze? – powiedziałem, zawieszając głos, a ponieważ staruszek nie odpowiedział, po prostu to zrobiłem.

– Okej. Miłej niedzieli – rzuciłem i zawahałem się. – A może woli pan, żebym to ja do pana zadzwonił? Ma pan jakiś numer telefonu, pod którym pana zastanę?

Nie spodziewałem się, że odpowie. Odwracałem się, gdy nagle Timoteus wymówił kilka cyfr. Już miałem zamiar go przeprosić, ale w porę ugryzłem się w język.

– Może pan powtórzyć? – zawołałem i tym razem zdążyłem zapisać numer telefonu w swoim kalendarzu.

– Wspaniale! Dziękuję za spotkanie – odparłem i patrzyłem za nim, dopóki nie dojechał do samochodu. Siostra złożyła jego chodzik, wsiedli do środka i biało-niebieski amerykaniec ruszył powoli z parkingu, by po chwili włączyć się do ruchu. Mimo ostrego słońca nie było zbyt ciepło i dlatego pomyślałem, że Timoteus Thorsen sporo ryzykuje, jadąc z opuszczoną szybą. Wtedy zobaczyłem, że coś wypada z wnętrza auta. Zaczekałem, aż samochód zniknie w dole ulicy prowadzącej do centrum miasta, i poszedłem zobaczyć, co to jest. Nawet nie musiałem się schylać, żeby rozpoznać swoją wizytówkę.

[1] Malstrøm – silny prąd morski na Morzu Norweskim, któremu towarzyszą wiry wodne. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

[2] Tryggare kan ingen vara – pieśń śpiewana w Skandynawii podczas chrztów, napisana około 1850 roku przez Carolinę Vilhelminę Sandell-Berg, szwedzką poetkę, pisarkę i teolog.

[3] Hedmark – jeden z 19 okręgów, na które podzielona jest Norwegia.

Rozdział 2

W poniedziałek obudziłem się wczesnym rankiem w jednej ze świeżo odrestaurowanych kamienic na starym mieście w Kongsvinger. Nie musiałem wracać do Oslo przed czwartkiem, bo dopiero wtedy ruszały prace nad nową preprodukcją, postanowiłem więc pobyczyć się przez kilka dni u Mallinga. Można by sądzić, że mężczyzna w moim wieku potrafi uczyć się na własnych błędach, ale gdy poczłapałem do łazienki, poczułem wyraźnie, że poprzedni wieczór kolejny raz zakończył się w nieznanych mi okolicznościach. Mimo to byłem w o wiele lepszej formie niż w niedzielny poranek. Udało mi się zjeść na śniadanie dwa jajka, a później stałem w oknie i kiwałem na pożegnanie, gdy Malling odwoził Huberta i żonę do przychodni, a następnie sam jechał do pracy w biurze pośrednictwa nieruchomości. Gdy odszukałem numer telefonu Timoteusa Thorsena, nie miałem żadnych jasno sprecyzowanych oczekiwań. Ale w życiu każdego człowieka istnieje wyraźna granica tego, jak dużo dwunastotaktowego bluesa jest w stanie znieść. A ja czułem ostatnio desperacką potrzebę kontaktu z muzyką, która nie powiela tego schematu. Dość paradoksalnie większość wykonawców europejskiego bluesa jest bardziej konserwatywna od tych, którzy odziedziczyli muzykę po swoich przodkach znad delty Missisipi czy ze slumsów w Luizjanie. Blues, jak żadna inna forma muzyczna, bazuje na uczuciach, ale gdy piosenki jedna po drugiej powstają według tego samego wzoru, szybko zaczynamy mieć do czynienia z czystą matematyką. Właśnie dlatego tak wielkie nadzieje wiązałem z zespołem, o którym tak entuzjastycznie wypowiadał się Malling. Ufałem mu. Ale dużo bluesa w rzece upłynęło, odkąd po raz pierwszy słuchaliśmy razem Bukki White’a, i chociaż nadal byliśmy dobrymi przyjaciółmi, to nasze gusty muzyczne znacznie się od siebie różniły. Malling jako słuchacz miał niemal dziecięce podejście do muzyki, natomiast próg mojego zachwytu stale się podnosił.

Nalałem sobie kolejną filiżankę kawy i zanurzyłem się w wytartym fotelu z kompletu wypoczynkowego w stylu chesterfield, który Malling odziedziczył po swoim ojcu. Czy surowy śpiew rodzeństwa Thorsen zrobiłby na mnie takie samo wrażenie, gdybym nie był wczoraj w tak beznadziejnej formie? Nie miałem pojęcia. Ale potrzebowałem prawdziwego wyzwania. Potrzebowałem czegoś, co uciszyłoby krzyk, że Jim Gystad ma swoje najlepsze produkcje dawno za sobą i że nie odczuwa już żadnego innego głodu poza głodem pustego żołądka. Kiedy ma się przez cały czas pełną kontrolę, łatwo stać się nudnym producentem.

Dawno nie czułem, że mam coś do stracenia. Zbyt długo przebywałem w krajobrazie shabby chic[4], w którym wszystko sprowadzało się do tego, by nowej muzyce nadać stare brzmienie. W wypadku rodzeństwa Thorsen chodziło o to, by utrzymać pierwotne brzmienie ich głosów, bez ozdóbek i przeróbek. Być na tyle dojrzałym, by potraktować ich podeszły wiek jako część wyrazu artystycznego, a nie jako wymówkę.

Ostatnio wiele razy czułem się jak cieśla, który buduje w kółko ten sam dom, ponieważ takie są oczekiwania i zapotrzebowanie. Może warto było rozejrzeć się za czymś innym? Znowu zacząć rozciągać przewody i stawiać rozdzielnice elektryczne? Miałem czterdzieści dwa lata i chciałem spojrzeć na życie inaczej niż jak na coś, co się robi wyłącznie dla zabicia czasu.

Najpierw zapisałem na żółtej kartce samoprzylepnej kilka słów kluczy, ale zmiąłem papier i wrzuciłem go do kosza. Coś mi mówiło, że nie ma sensu przygotowywać się do rozmowy z Timoteusem Thorsenem.

Bez dłuższego wahania wybrałem numer. Ktoś podniósł słuchawkę tak szybko, że nie zdążyłem się zdenerwować. Zanim się przedstawiłem, odezwał się kobiecy głos.

– Eee, halo. Z tej strony Jim Gystad. Wczoraj po nabożeństwie w kościele spotkałem Timoteusa Thorsena. Jestem producentem muzycznym. Czy mógłbym prosić go do telefonu? – powiedziałem na jednym oddechu, podczas gdy kobieta, zupełnie niezrażona, oznajmiła: – Już łączę.

Pomyślałem, że może Timoteus mieszka w domu spokojnej starości, zanim kolejna pani powiedziała „halo” po szwedzku, w bardziej przymilny sposób niż poprzednia.

– Halo! Nazywam się Jim Gystad. Czy mógłbym rozmawiać z Timoteusem Thorsenem?

– W takim razie proszę dzwonić pod numer dla gejów – odparła Szwedka, dużo mniej przymilnym tonem.

– Słucham?

– To jest prywatny chat dla osób heteroseksualnych. Chat dla gejów ma końcówkę 9.

– Przepraszam – powiedziałem i odłożyłem słuchawkę.

Jezu. Pierwszy raz zadzwoniłem na party line, będąc trzeźwym.

Sprawdziłem numer, który miałem zapisany w kalendarzu, i spróbowałem jeszcze raz.

– Halo! Witamy w serwisie erotycznym. Usługa kosztuje 149 koron za połączenie plus 15 koron za każdą minutę rozmowy. Już łączę – powiedział ten sam głos co ostatnio.

Alleluja! Udało mi się zanotować zły numer. Historia rocka zna mnóstwo porąbanych historii o członkach zespołów, którzy wsiadali do niewłaściwego pociągu, spóźniali się na samolot albo tak hucznie świętowali podpisanie kontraktu płytowego i byli tak schlani, że nie pamiętali, z kim ani gdzie mieli się spotkać. Nie mówiąc już o Dicku Rowe z Decca Records, który odrzucił The Beatles, uzasadniając to tym, że zespoły gitarowe wychodzą z mody! Ale żeby sekstelefon!

Wybrałem numer informacji. Ulżyło mi, gdy w słuchawce odezwał się głos mężczyzny i to w dodatku mówiącego po norwesku.

– Proszę numer telefonu Timoteusa Thorsena zamieszkałego w gminie Kongsvinger – powiedziałem.

Przez szum w komórce podobny do szumu muszli usłyszałem gorączkowe stukanie w klawiaturę.

– Nie mam w bazie nikogo o tym nazwisku – padła odpowiedź.

– W takim razie proszę sprawdzić Marię, Marię Thorsen.

Tym razem odpowiedź przyszła niemal natychmiast.

– Przykro mi. Ona również nie figuruje w bazie danych. Nie ma pan żadnych dodatkowych informacji?

Potrząsnąłem głową, po czym szybko odpowiedziałem:

– Nie, ale może pan jeszcze spróbować odszukać Tullę Thorsen, chociaż domyślam się, że to nie jest jej prawdziwe imię.

Żaden telefon nie był zarejestrowany na Tullę Thorsen.

Wybrałem numer do Mallinga.

– Dzwoniłem do informacji, ale nie udało mi się namierzyć nikogo z rodzeństwa Thorsen. Nie wiesz przypadkiem, gdzie mieszka chociaż jedno z nich? – spytałem.

– Wydaje mi się, że mieszkają razem, ale na pewno mają zastrzeżony numer. Nie znam dokładnego adresu, ale mogę ci wytłumaczyć, jak tam dojechać. Jak już będziesz na miejscu, ktoś ci pokaże, który to dom.

Znowu zanurzyłem się w fotelu z uszakami, próbując uporządkować myśli. Starałem się sporządzić mentalny opis projektu, jakbym miał złożyć wniosek o dotację na nagranie, ale bez powodzenia. Szczerze mówiąc, jeszcze nigdy nie miałem takich problemów ze skleceniem paru sensownych zdań na temat muzyki, którą chciałem się zająć. Większość producentów marzy o tym, żeby potknąć się o artystę lub zespół, który ma to coś. To brzmienie, które sprawia, że człowiek od razu zaczyna się zastanawiać, jak postarzyć je w studio nagraniowym i zaprezentować publiczności, nie rozcieńczając wyrazu artystycznego. Ja moich artystów znalazłem na chrzcie w kościele. Przypomniały mi się słowa pani pastor, że rodzeństwo śpiewa tak, że zmarli powstają z grobów. Sformułowałbym to nieco inaczej, ale jedno było pewne: głosy Marii, Timoteusa i Tulli były w pełni ukształtowane.

To był cudowny dzień. Światło miało tę nieprzefiltrowaną, przejrzystą ostrość, którą można znaleźć jedynie wiosną. Nad brzegiem jednego z jezior za miastem pojedyncze drzewa liściaste tworzące szpaler przypominały smaganych wiatrem żołnierzy. Przez chwilę żałowałem, że nie zabrałem ze sobą szkicownika. To był idealny dzień na to, by usiąść na poboczu, przełożyć nową kartkę i długo, starannie ostrzyć ołówek. Gdy kierując się wskazówkami Mallinga, zjechałem z drogi krajowej, poczułem nagle ogromną chęć, żeby pojechać dalej, do Szwecji. Nie jechałem tą drogą od czasu, gdy jako szesnastolatek wybrałem się do Eda Folkpark[5] na koncert Motörhead. Byłem ciekawy, czy to dziwne małe miasteczko wciąż walczy o życie, wciśnięte między domy towarowe pod namiotami, sex shopy i sklepy kolonialne. Ale jeśli nadal istniało, to jutro na pewno też tam będzie, pojechałem więc dalej, minąłem szyld pola golfowego i po kilku ostrych zakrętach znalazłem się u podnóża doliny.

Pierwsza droga w lewo prowadziła na stację kolejową. Pomyślałem, że to równie dobry punkt wyjścia jak każdy inny. W muzyce americana pełno jest odniesień do pociągu, jednak ta zapyziała stacja miała niewiele wspólnego z rozstaniem lub byciem skazanym na wieczne zostawanie w tyle. Co prawda tabliczka z napisem „167 m n.p.m.” trzymała się dzielnie dachu peronu i stała tam nawet jedna opuszczona ławka, ale nigdzie nie było szyldu z nazwą stacji, a porozbijane szyby i wulgarne graffiti śpiewały przygnębiającą pieśń o degeneracji i rozkładzie. Po obu stronach torów znajdowało się wiele budynków. Wysiadłem z auta w nadziei, że zobaczę jakiś znak życia, ale wszędzie panowała przytłaczająca niedzielna cisza.

Ponieważ nie mam zwyczaju dzwonić do drzwi obcych ludzi, postałem przez chwilę przed maską, zupełnie nieruchomo, a potem wsiadłem do samochodu i odjechałem. Tuż za żwirownią położoną obok jeziora w kształcie krateru droga ciągnęła się wzdłuż torów kolejowych, po czym odbijała lekko w przeciwnym kierunku. Pojechałem dalej w stronę czegoś, co przypominało od dawna nieczynny sklep. Po drugiej stronie szosy na potężnym rusztowaniu stało dwóch mężczyzn i przybijało gwoździe. Zaparkowałem na poboczu i sam nie wiedząc, dlaczego, podniosłem dłoń w geście pozdrowienia, zanim zbliżyłem się na tyle, by móc z nimi porozmawiać.

– Cześć – przywitałem się, a obaj mężczyźni przestali stukać młotkami. – Znacie tę okolicę?

Młodszy przytaknął. Włosy miał związane w koński ogon, a na obu ramionach widniały kolorowe tatuaże.

– Jestem umówiony z rodzeństwem Thorsen. Z tego, co wiem, mieszkają gdzieś tutaj – powiedziałem i uśmiechnąłem się.

– Jest pan dziennikarzem? – spytał mężczyzna z kitką.

Potrząsnąłem głową i już miałem powiedzieć, że jestem producentem, ale w porę ugryzłem się w język. – Wczoraj na chrzcie, na którym śpiewali, robiłem im zdjęcia, ale z numerem telefonu, który podyktowali mi po uroczystości, jest chyba coś nie tak, bo nie mogę się do nich dodzwonić – wyjaśniłem. Zaskoczyło mnie to, jak łatwo kłamstwo przechodzi mi przez gardło, ale gdy zobaczyłem, jak mężczyźni wymieniają spojrzenie, poczułem się trochę niepewnie. Czyżby moje kłamstwo okazało się nietrafione?

– Dużo było jęczenia? – spytał mężczyzna z końskim ogonem, a drugi facet, o rzadkich rudych włosach, zaczął przewracać oczami.

– Słucham?

– Dodzwonił się pan do party line? Timoteus uwielbia dawać takie numery ludziom, z którymi nie chce rozmawiać.

– Tak – przyznałem i poczułem, że się czerwienię. Myślę, że to musiało mieć związek z tą ciasnotą, zamknięciem na świat. Ludzie, którzy tu mieszkali, posiadali niezwykłą zdolność odpowiadania pytaniem na pytanie, żeby przyjezdni poczuli się zakłopotani. Odwróciłem się, żeby wrócić do samochodu.

– Minął pan zjazd do ich posiadłości – powiedział mężczyzna z końskim ogonem i wskazał kierunek. – Dom Thorsenów leży tuż za żwirownią. Musi pan przejechać przez tory kolejowe. To jest ich dom rodzinny i jedno z najpiękniejszych miejsc w całej wsi. My tu mówimy na to ulica Alleluja.

– Ulica Alleluja? – powtórzyłem.

Przytaknął.

– To z jakiejś piosenki – wyjaśnił.

– Dzięki za pomoc – odparłem i zrobiłem krok do tyłu.

– Hej, niech pan zaczeka – powiedział długowłosy mężczyzna. – Naprawdę wczoraj śpiewali? Już prawie nigdy nie robią tego publicznie. Mieliśmy nadzieję, że zaśpiewają, gdy budynek będzie gotowy.

– Nie śpiewali solo, jeśli to ma pan na myśli – odpowiedziałem. – Budujecie dom kultury?

– Nie. Dom modlitwy. Poprzedni spłonął dwa lata temu jesienią w czasie gwałtownej burzy. Byłoby super, gdyby ponowne otwarcie kaplicy uświetniło swoją obecnością Śpiewające Rodzeństwo Thorsen, ale żądają 30 000 za występ.

– 30 000 koron za występ w kaplicy?

Obaj pokiwali głowami.

– Powodzenia – powiedziałem i ruszyłem z powrotem w stronę jeziora i żwirowiska. 30 000 kafli? To chyba jakiś żart? Albo i nie. Znałem wielu artystów, którzy zawyżali swoje honorarium tylko po to, żeby nie musieć występować, kiedy nie mieli na to ochoty.

*

Toczyłem się wyboistą drogą przez żwirownię, minąłem olbrzymi stos drewna i wyjechałem na otwarty płaskowyż, otoczony gęstym lasem jodłowym tworzącym coś w rodzaju palisady. Tutaj ziemia wydawała się bardziej zielona i żyźniejsza niż wokół stacji kolejowej, a trawa po obu stronach drogi aż do bramy wjazdowej była usiana przylaszczkami.

Przestronny drewniany budynek w kolorze rdzy stał tuż przy wzgórzu. Przed krótszymi ścianami domu rosło kilka wybujałych brzóz, spieniony strumyk płynął w dół zbocza, krzyżował się z drogą, biegnąc pod nią, po czym znikał w małym zagajniku rosnącym w pobliżu żwirowni. Na środku płaskowyżu znajdował się niewielki staw. Kilka kaczek poderwało się do lotu, gdy przejeżdżałem obok. W końcu zatrzymałem samochód, spuściłem szybę i natychmiast wnętrze auta wypełniło szemranie strumyka. Nic nie daje takiego pogłosu jak dźwięk ciszy.

Nagle przyszło mi do głowy, że przy stawianiu domu niekoniecznie kierowano się tym, aby pokoje były jak najdłużej nasłonecznione w ciągu dnia. Położenie budynku pozwalało jego mieszkańcom na spokojne rozważenie, czy mają ochotę na czyjąś wizytę, czy też nie. Nie musieli wybiegać w popłochu z domu, jeśli uznali, że wolą się ulotnić, bo zanim niemile widziani goście zdążyli dojść do drzwi wejściowych, oni już dawno byli w lesie za gospodarstwem.

Gdy otworzyłem bramę, zawiasy zatrzeszczały, stawiając opór, jakby dawno nikt z niej nie korzystał. Dwa duże okna na pierwszym piętrze wpatrywały się we mnie jak błyszczące szklane oczy, poręcz w kształcie półksiężyca biegnąca wokół drzwi wejściowych przypominała krzywe dolne zęby człowieka.

Nie wiem, czy poczułem ulgę, czy może rozczarowanie, gdy zauważyłem, że drzwi do garażu są otwarte, a w środku nie widać biało-niebieskiego amerykańskiego wozu. Przez chwilę zastanawiałem się, co robić. Potem usłyszałem dźwięk dolatujący z domu. Muzyka? Zdążyłem zrobić dwa kroki, gdy nagle zaczął ujadać jakiś pies, a po chwili przyłączył się drugi. Znowu się zatrzymałem. Odkąd w czwartej klasie pogryzł mnie owczarek niemiecki, śmiertelnie bałem się psów.

Nieskończenie ostrożnie zacząłem się wycofywać i już dotykałem dłonią bramy, gdy dwa szare elkhundy przytruchtały zza rogu domu. Najpierw mi ulżyło, w końcu elkhundy to nie owczarki niemieckie, ale gdy ich wolny trucht przeszedł w dziki galop, otworzyłem gwałtownie bramę i pobiegłem przed siebie. Szybko zrozumiałem, że nigdy w życiu nie zdążę dobiec do samochodu przed psami, i dlatego skręciłem w dół, w stronę zagajnika. Może udałoby mi się wdrapać na drzewo, może znalazłbym coś, czym mógłbym się obronić, może nie wiedziałem, co robię. Moje stopy uderzały o ziemię ciężko i niezgrabnie, biegłem, biegłem tak szybko, jak nigdy wcześniej. Już słyszałem dźwięk rozrywanych na strzępy spodni, czułem zęby, które przebijają skórę, mięśnie, trzewia i zatrzymują się dopiero na kościach.

Tylko dlaczego mnie nie doganiały?

Spojrzałem za siebie i ledwo zdążyłem zarejestrować, że nadal mam nad nimi kilkumetrową przewagę, gdy nagle ziemia usunęła mi się spod nóg. Przez moment unosiłem się w powietrzu, aż w końcu wylądowałem na kolanach w miękkiej masie, przewróciłem się i zacząłem toczyć bezwładnie w dół. Umieram, pomyślałem, zanim wszystko się uspokoiło. Leżałem nieruchomo i czekałem, aż osiągnę stan nieważkości. Aż poczuję, jak moja dusza toruje sobie drogę do wyjścia, a moje ciało zostaje na ziemi. Ale nic takiego nie nastąpiło, a gdy podniosłem głowę, zobaczyłem dwa elkhundy stojące jeden przy drugim, nieprzeniknione jak dwa sfinksy, tuż nad krawędzią żwirowiska. Zauważyły, że się ruszam, a wtedy, mógłbym przysiąc, spojrzały na siebie jak dwaj bramkarze w klubie, zadowoleni z dobrze wykonanej roboty, po czym spokojnie się oddaliły.

Tam, gdzie zleciałem, żwirowisko opadało lekko w dół, w stronę podnóża doliny, i masa miała prawie złotobrązowy kolor. W pobliżu stacji kolejowej żwir wyglądał zupełnie inaczej, wydawało się, że zawiera więcej ziemi niż piasku. Warstwy kolorów jak w cieście książęcym[6], jak na planszy przedstawiającej budowę wnętrza Ziemi. Skorupa ziemska, górny płaszcz ziemski, płaszcz ziemski, jądro zewnętrzne i jądro wewnętrzne. Pamiętam, że w szkole miałem zawsze ochotę ugryźć spory kawałek i przekonać się, jak naprawdę smakuje Norwegia.

Przewróciłem się na plecy i zobaczyłem stado jaskółek brzegówek, które wlatywały i wylatywały z gniazd na szczycie żwirowiska. Równej wielkości otwory wydrążone w żwirze przypominały nuty brzemiennej w skutki symfonii. Miałem zadrapania na obu dłoniach i obolałe ciało, ale zdawało mi się, że nic sobie nie złamałem. A jednak bałem się wstać. Bałem się, że przeszyje mnie ostry ból i nagle dotrze do mnie, że jestem ranny. Tym bardziej, że słyszałem w głowie dziwny dźwięk. Dźwięk, na który nie zwróciłem uwagi, leżąc na brzuchu. Tępe brzęczenie. Czyżbym doznał wstrząśnienia mózgu? Zauważyłem, że ziemia pode mną się trzęsie, i pomyślałem, że może właśnie przejeżdża pociąg, ale drżenie nie ustąpiło. Było jak uparty, prymitywny rytm, który wdzierał się w moje ciało i wprawiał je w delikatne wibracje. Zamknąłem oczy, pomyślałem, że to dziwne kołysanie spowodował upadek z wysokości, ale dźwięk narastał. Był jak monotonna manipulacja, rytmiczna sugestia, która przywodziła na myśl pierwsze takty Telegramu zespołu Nazareth. Nie mogłem dłużej tak leżeć. Z trudem stanąłem na nogi i wyplułem piasek. Zacząłem iść. Czułem się jak po gwałtownym spadku ciśnienia, chwiałem się i musiałem bardzo uważać, żeby nie upaść. Dźwięk był coraz intensywniejszy. Minąłem żółtą koparkę i przeszedłem nad zardzewiałymi torami kolejowymi.

Gdy okrążyłem zniszczony barak budowlany Moelven[7], odkryłem, skąd pochodzi dźwięk. Żwir był przepychany przez urządzenie o długiej szyi, następnie przesuwał się w dół po gumowej taśmie, aż do czegoś, co wyglądało jak metalowa konstrukcja do suszenia ryb. Monotonne grzechotanie brało się stąd, że tłuczeń podskakiwał nad stalowymi strunami, które przesiewały żwir i spuszczały go na dno wagonu kolejowego. Dźwięk pojawiał się i znikał, jakby miał przejść przez phaser[8], podczas gdy kruszywo było przesiewane z metronomiczną precyzją. Miałem wrażenie, że dźwięk wydobywa się spod ziemi, pradźwięk, przywodzący na myśl pierwszych bluesmanów z południowych stanów USA, wystukujących rytm pieśni, które nieśli w sobie, zanim jeszcze przyszli na świat.

Podszedłem trochę bliżej i zauważyłem mężczyznę w niebieskim kombinezonie i nausznikach ochronnych, który obsługiwał urządzenie. Mężczyzna podniósł wzrok, ale dopiero gdy stanąłem tak blisko, że mogłem dotknąć jego ramienia, lekkim skinieniem głowy dał znak, że dostrzega moją obecność. Pokazałem mu na migi, żeby zdjął nauszniki.

– Hej! Jestem zafascynowany tym urządzeniem. Co ono robi? – spytałem, a gdy się uśmiechnąłem, poczułem, że w ustach wciąż mam resztki żwiru.

– To urządzenie? – zdziwił się. – Przesiewa żwir.

– Fascynujące – powtórzyłem. – Jak się nazywa?

Mężczyzna spojrzał na mnie i wyjął z kieszeni papierosy w miękkim opakowaniu.

– Przesiewacz do żwiru[9] – odparł.

– Fantastyczna nazwa.

– Miał pan wypadek? – spytał, spoglądając na nogawki moich spodni.

Potrząsnąłem głową i znowu się uśmiechnąłem.

– Tylko się potknąłem. Nie ma pan nic przeciwko temu, żebym nagrał ten dźwięk?

– Nagrał?

Przytaknąłem i wyciągnąłem z kieszeni iPhone’a.

– Po co? – spytał.

W pierwszej chwili nie wiedziałem, co powiedzieć, bo tego nie można było wytłumaczyć – jak myśli, która nie przyszła jeszcze do głowy – ale ta rytmiczna żarliwość przesiewacza, organiczna i mechaniczna jednocześnie, sprawiła, że nagle uświadomiłem sobie, że wszystko ma swoją pieśń.

– Podoba mi się ten dźwięk – odparłem.

– Jest pan z miasta?

– Z Kongsvinger? Nie. Jestem z Oslo.

– Tak myślałem – powiedział. – Proszę bardzo. Niech pan nagrywa, co chce.

Kwadrans później po raz drugi przeszedłem nad torami. W oddali wciąż było słychać dźwięk przesiewania. Urzekający rytm przeniósł mnie przez drogę i dalej w dół, w stronę jeziora – i dopiero wtedy poczułem się znów bezradny. Jak mam iść po samochód, wiedząc, że dwa psy grasują na wolności? Nie mogłem zadzwonić po Mallinga, bo był jeszcze w pracy. Poza tym nie chciałem, żeby się później ze mnie nabijał. Spojrzałem na drugą stronę drogi i prawie przekonałem samego siebie, że psy nie warują przy moim aucie, gdy niespodziewanie nadjechał range rover. Chwilę trwało, zanim rozpoznałem w kierowcy długowłosego stolarza.

– Oddał pan zdjęcia? – spytał, gdy opuścił szybę.

– Co? A, nie – odparłem i tak energicznie potrząsnąłem głową, że poczułem, jak żwir wysypuje mi się z włosów.

– Nie było ich w domu?

– Nie. To znaczy nie wiem. W każdym razie nie było amerykańca.

– Amerykańca? – powtórzył mężczyzna, marszcząc czoło.

– Ich samochodu. Tego, którym wczoraj przyjechali do kościoła.

– Rozumiem, że mógł się pan pomylić, ale oni nie rozbijają się żadnym amerykańcem – wyjaśnił, chociaż wyglądał tak, jakby miał ochotę powiedzieć coś zupełnie innego. – To opel kapitän, rocznik 1956. Najlepiej utrzymany samochód retro w całej wsi. Tylko Maria może nim kierować. I robi to, odkąd kupili auto po powrocie z Ameryki.

– Po powrocie z USA? – powtórzyłem. – Co tam robili?

– Byli na jakimś tournée.

Mężczyzna spojrzał na zegarek.

– Nawet jeśli nie ma Marii, reszta na pewno jest w domu. Może nie słyszeli pukania do drzwi?

Nie odpowiedziałem od razu. Wpatrywałem się w czarne jak smoła jezioro, zanim odważyłem się napotkać jego wzrok.

– Nie dotarłem aż tak daleko. Zza domu wybiegły nagle dwa wściekłe psy, a ja nie przepadam za psami. Uciekając, spadłem ze żwirowiska, a mój samochód nadal stoi na górze.

– Dwa psy? Elkhundy? – upewnił się.

Przytaknąłem.

Znowu wyglądał tak, jakby zdecydował się nie mówić tego, co naprawdę myśli.

– Chce pan, żebym pana podwiózł?

Znowu skinąłem głową.

W aucie pachniało farbą i materiałami budowlanymi. Mężczyzna prowadził wóz jak prawdziwy rzemieślnik. Gdy skręcaliśmy przed dom, nie zwrócił uwagi na żadną z głębokich kałuż, które ja z takim mozołem omijałem.

– To było bardzo uprzejme z pana strony – powiedziałem i otworzyłem drzwi. Wyglądało na to, że brama wciąż jest otwarta, ale nigdzie nie widziałem psów.

– Nie ma o czym mówić. Spróbuje pan jeszcze raz? – spytał, a widząc, że się waham, dodał: – Może pan wrzucić zdjęcia do skrzynki pocztowej.

– Dobry pomysł. Dzięki za podwózkę – powiedziałem, uniosłem prawą dłoń w geście pożegnania i szybkim krokiem podszedłem do swojego auta.

Przez chwilę rozważałem myśl, żeby podjechać aż do drzwi domu i poczekać w samochodzie, aż ktoś zwróci na mnie uwagę. Czułem jednak, że takie wejście, a raczej taki brak wejścia nie ułatwi mi nawiązania kontaktu z Timoteusem Thorsenem. Pomyślałem, że lepiej zrobię, jeśli namierzę jakoś ich numer telefonu i zadzwonię, żeby umówić się na spotkanie.

Jadąc z powrotem, spojrzałem w stronę miejsca, z którego spadłem. Nagle przyszły mi do głowy słowa pieśni, a może to był cytat z Pisma Świętego? Sól ziemi. Sól z ziemi. Jesteście solą ziemi – czy jakoś tak. Tak czy inaczej, to był niezły tytuł roboczy. Coś, na czym można było dalej budować.

[4] Stylistyka urządzania wnętrz z wykorzystaniem starych lub celowo postarzanych mebli.

[5] Charlottenberg Folkets Hus & Folkets Park Eda – dom kultury i park miejski w Charlottenberg w gminie Eda, położony kilometr od granicy z Norwegią.

[6] Fyrstekake – popularna w Norwegii tarta marcepanowa z migdałami, kardamonem i wanilią.

[7] Moelven – norwesko-szwedzki koncern drzewny założony w 1844 roku.

[8] Analogowy syntezator zaprojektowany po to, by wywołać iluzję dźwiękową, tak zwane tony Sheparda.

[9] W języku norweskim urządzenie nazywa się grusharpe, „harfa do żwiru”, co może tłumaczyć entuzjazm producenta muzycznego (a także stanowić nawiązanie do tytułu powieści).

Rozdział 3

Pół godziny później zatrzymałem się przed dworcem kolejowym w Kongsvinger. Gdy byłem tu ostatnim razem, na peronie znajdowała się azjatycka restauracja, ale ponieważ nie było po niej śladu, wziąłem kurs na nowy lokal po drugiej stronie ulicy. Restauracja miała w swoim logo włoską flagę i kilka zbłąkanych dusz siedziało po kowbojsku, plecami do ściany, przy paru stolikach stojących na zewnątrz. Uznałem, że to miejsce dobre jak każde inne, żeby napić się kawy, i dopiero gdy przeszedłem na drugą stronę, zauważyłem lokal w piwnicy sąsiadujący z restauracją. Okna były oklejone starymi okładkami singli. Finn Eriksen, Sandie Shaw, Evert Taube, Rolling Stones i Mud. Wisiało tam również oryginalne nagranie Almost Persuaded Davida Houstona, a Abba-Benny plus reszta The Hep Stars siedzieli ściśnięci na ośnieżonej parkowej ławce na okładce Sunny Girl. W gronie mniej znanych artystów dostrzegłem również The Young Lords z ich jedynym minialbumem, który wydali przed zmianą nazwy. Poczułem pełne oczekiwania napięcie. Na tę płytę z Oh So sLOw i 5 feet Heroes polowałem od wielu lat.

Zszedłem po krótkich, kręconych schodach i o mały włos uderzyłbym głową w szybę w drzwiach, gdy naciskałem klamkę. Drzwi były zamknięte na cztery spusty. Próbowałem uwiesić się na klamce, ale drzwi nawet nie drgnęły. Potem usiłowałem zajrzeć do środka przez okno, ale ogromny plakat Boba Dylana zasłaniał widok. Napis wykonany wściekłymi literami głosił: Anybody who comes out for peace, is not for peace. Peace is the time it takes to reload your rifle[10].

Nie wiem dlaczego, ale straciłem ochotę na kawę i już miałem przejść na drugą stronę ulicy, gdy jeden z mężczyzn siedzących przed restauracją powiedział coś, czego nie zrozumiałem.

– Słucham?

– Pukał pan? – spytał i odgarnął długie postrzępione włosy za uszy.

– Czy pukałem? Drzwi były zamknięte – odparłem.

– To pewnie jeden z tych dni. Jeśli pan zapuka, Jethro Tull[11] na pewno wpuści pana do środka.

– Jethro Tull?

– Tak. Tak nazywamy faceta, który prowadzi tę budę. Jego zdaniem ludzie muszą zasłużyć na to, by móc kupić u niego płyty – powiedział i napił się.

– Żartuje pan?

– Skąd! Niech pan zapuka, to panu otworzy. Ale na litość boską niech mu pan nie patrzy w oczy, bo wtedy zaczyna śpiewać.

Stałem jak wryty.

– Teraz naprawdę żartowałem – powiedział i uniósł kieliszek jak do toastu.

Czując, że chcą mi zrobić kawał, zaszedłem po raz drugi do sklepu i uderzyłem pięścią w drzwi. Policzyłem w myślach do dziesięciu i zrobiłem to jeszcze raz. Żadnej reakcji. Już miałem się odwrócić, gdy nagle usłyszałem dźwięk przekręcanego klucza. Zawahałem się. Uznałbym to za zaproszenie, gdyby drzwi się otworzyły, ale nic takiego się nie stało. Za to w oknie wystawowym z okładkami minialbumów zapaliło się zielone światło. Nabrałem głęboko powietrza i wszedłem do środka.

Lokal był wypełniony muzyką od podłogi do sufitu. Płyty gramofonowe, płyty LP, CD, DVD, kasety VHS stały na półkach, skrzynkach po napojach i kilku długich drewnianych panelach, ciągnących się od drzwi wejściowych aż do lady. Wolne miejsca na ścianach zajmowały plakaty i wycinki z gazet, które wskazywały na to, że prawdziwym idolem właściciela sklepu był Alvin Stardust.

– Otwarte? – spytałem mężczyznę, który nagle zmaterializował się przy jednej z półek przed ladą. Tysiące płyt sprawiało, że mój głos zabrzmiał dziwnie cicho. Przez chwilę myślałem, że facet nie usłyszał mojego pytania. Ale potem wydało mi się, że ledwo dostrzegalnie skinął głową, nie patrząc bezpośrednio w moją stronę.

Jego głowa sprawiała wrażenie zbyt dużej w stosunku do reszty ciała, a wierzchołek czaszki wystawał niczym złota niezamieszkana planeta ponad siwym, dziko rosnącym runem leśnym. W każdym razie jego T-shirt z napisem „My Coo Ca Choo” był co najmniej o dwa numery za mały, przez co twarz Alvina Stardusta wyglądała tak, jakby została żywcem wyjęta z ekranizacji Planety małp, wersja oryginalna. Cienkie puszące się włosy były niemal zrośnięte z brodą i prawdopodobnie dzięki temu facet odziedziczył przezwisko po angielskim zespole z jego kudłatym frontmanem.

Przez chwilę paraliżował mnie lęk przed pracami wykopaliskowymi. Bo w którym miejscu człowiek ma zacząć kopać, jeśli płyty stoją poupychane na półkach tak ciasno, że trzeba wyciągnąć dziesięć, dwanaście sztuk, żeby w ogóle być w stanie przejrzeć tytuły? Mój wzrok padł na winylowe wydanie Take the Heat of Me Boney M. W jednym z muzycznych czasopism wyczytałem, że producent zespołu, Frank Farian, grał na zębach długopisem, żeby wydobyć prawidłowe brzmienie perkusji, gdy nagrywali hit Daddy Cool. Nie mogłem się doczekać, kiedy puszczę go Mallingowi.

Wsunąłem album między kolana i przeglądałem dalej zawartość regału, ale nie znalazłem nic równie ciekawego.

– Odłożę ją na chwilę, bo trochę mi przeszkadza – powiedziałem i położyłem płytę przed Jethro Tullem, który zajął miejsce za ladą.

– Słyszał pan o Peterze Greenie? – zapytał, nie podnosząc wzroku znad czegoś, co wyglądało jak sudoku domowej roboty.

– Słucham?

– Peter Green. Słyszał pan o nim? – powtórzył i wpisał jakąś cyfrę w jedną z kratek łamigłówki.

– Ee, tak, oczywiście – odparłem i zawahałem się przez moment. – Peter Green z Fleetwood Mac. Albatros, The End of the Game, Splinter Group i tak dalej.

– Marty Stuart?

– Kto? Ten artysta country? Ten, który grał w zespole Johnny’ego Casha?

Jethro Tull przytaknął, wpatrując się nadal w sudoku.

– Doll by Doll?

– Kto?

– Jackie Leven?

– Tak, mam kilka jego płyt.

– W takim razie tej pan nie dostanie – powiedział właściciel sklepu i odłożył album Boney M. na półkę pod ladą.

W pierwszej chwili pomyślałem, że facet żartuje, ale trudno to stwierdzić w wypadku osób, którym nie można spojrzeć w oczy.

– Boney M. jest dla ludzi, którzy nie znają się na muzyce – wyjaśnił i wpisał kolejną cyfrę.

Stałem przed ladą nieco zbity z tropu. Przyszło mi do głowy, że facet z restauracji właśnie to musiał mieć na myśli, mówiąc, że w tym sklepie trzeba zasłużyć na to, by móc coś kupić.

– Na wystawie widziałem minialbum The Young Lords. Długo na niego polowałem. Czy jest na sprzedaż?

– Oczywiście. Wszystkie płyty w sklepie są na sprzedaż.

Postanowiłem z nim nie dyskutować. Podszedłem do okna i pochyliłem się, żeby sięgnąć po płytę, gdy usłyszałem głośne pochrząkiwanie. W wyciągniętej prawej ręce trzymał parę lateksowych rękawiczek. Spojrzałem na niego pytająco.

– Niech je pan włoży, zanim pan dotknie starego singla.

W sklepie śmierdziało zbutwiałym namiotem. Na podłodze pod półkami mieszkało kilka kocich miotów kurzu, a szare linoleum było co najmniej o kilka tonów ciemniejsze niż w dniu zakupu. Mimo to zrobiłem, co kazał.

Rękawiczki wżynały mi się w nadgarstki niczym gumki recepturki, gdy zdejmowałem The Young Lords ze stojaka. Przypadkiem zahaczyłem rękami o Sunny Girl.

– Wezmę jeszcze The Hep Stars – powiedziałem. Ściągnąłem rękawiczki i położyłem płyty na ladzie, trochę niepewny, czy nie wykazałem się zbytnią brawurą.

– Sunny Girl powstała w Kongsvinger – odparł i wyjął spod lady reklamówkę.

– Niech pan nie żartuje – zaśmiałem się.

– Nie żartowałem od śmierci Marca Bolana[12] – powiedział i włożył płyty do siatki. – Benny Andersson napisał tę piosenkę w 1966 w hotelu Vinger. Ułożenie melodii zajęło mu piętnaście minut, a po kolejnym kwadransie był gotowy tekst. Jak pan zapewne wie, piosenka od razu wskoczyła na pierwsze miejsce „Tio i topp”[13].

Skinąłem głową i wyjąłem banknot tysiąckoronowy z kalendarza, w którym miałem zanotowany numer telefonu do Timoteusa, a raczej numer, który wyciął mi Timoteus. – A tak przy okazji, nie ma pan jakiejś płyty chrześcijańskiego zespołu, który tworzyło troje rodzeństwa Thorsen? – spytałem.

Jethro Tull zastygł z banknotem w dłoni. Nasze spojrzenia po raz pierwszy się spotkały. Jego intensywnie niebieskie oczy zdawały się wyjątkowo nie pasować do bladej twarzy. Tym razem to on poprosił o powtórzenie pytania.

– Wczoraj w kościele słyszałem, jak śpiewa rodzeństwo Thorsen – wyjaśniłem. – I dowiedziałem się, że wydali kilka płyt, w każdym razie sporo singli. Nie wie pan, czy można je gdzieś dostać?

Ciąg dalszy w wersji pełnej

[10] „Każdy, kto głosi pokój, nie jest za pokojem. Pokój to czas potrzebny do przeładowania broni”. Słowa pochodzą z wywiadu „Bob Dylan. Recovering Christian”, którego artysta udzielił w czerwcu 1984 roku magazynowi „The Rolling Stone”.

[11] Jethro Tull – brytyjski zespół rockowy występujący w latach 1967–2012, którego nazwa pochodzi od nazwiska angielskiego agronoma żyjącego na przełomie XVII i XVIII wieku. W języku norweskim tull oznacza „bzdura, niedorzeczność”.

[12] Marc Bolan (właśc. Marc Feld; 1947–1977) – brytyjski wokalista, gitarzysta i założyciel rockowego zespołu Tyrannosaurus Rex (T. Rex). Zginął w wypadku samochodowym.

[13] Lista przebojów szwedzkiego radia nadawana w latach 1961–1974.

Rozdział 4

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 5

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 6

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 7

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 8

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 9

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 10

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 11

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 12

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 13

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 14

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 15

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 16

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 17

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 18

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 19

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 20

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 21

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 22

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 23

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 24

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 25

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 26

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 27

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 28

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 29

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 30

Dostępne w wersji pełnej

Podziękowanie

Dostępne w wersji pełnej

Tytuł oryginału: Harpesang

Copyright © 2014 Gyldendal Norsk Forlag AS

All rights reserved.

Copyright © 2016 for the Polish edition by Smak Słowa

Copyright © for the Polish translation by Milena Skoczko

This translation has been published with the financial support of NORLA

Wszystkie prawa zastrzeżone. Książka ani żadna jej część nie może być publikowana ani powielana w formie elektronicznej oraz mechanicznej bez zgody wydawcy.

Edytor: Anna Świtajska

Redakcja i korekta: Anna Mackiewicz

Projekt graficzny i skład książki: Agnieszka Karmolińska

Projekt okładki: Agnieszka Karmolińska

Zdjęcie na okładce: © istockphoto.com / alenkadr

ISBN 978-83-64846-46-5

Smak Słowa

ul. Sobieskiego 26/4

81-781 Sopot

tel. 507 030 045

www.smakslowa.pl

Szukaj nas także na

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: [email protected]

www.eLib.pl