Pieśń dla Elli Grey - David Almond - ebook
Opis

David Almond w mistrzowski sposób łączy znane nam mity ze współczesnym światem, w którym nie brakuje telefonów komórkowych i celebrytów rodem z brytyjskiego „Mam Talent”. Bohaterowie powieści chodzą do szkoły. Młodzież „zakuwa”, ale też marzy o miłości, o wolności…
Czasy się zmieniają, ale pewne rzeczy są stałe.

Claire, Ella i ich przyjaciele czują się ze sobą tak silnie związani, że zdaje im się, iż nic nie jest w stanie rozerwać ich przyjaźni. Pewnego dnia pojawia się on – inny od nich i niesamowicie przystojny – Orfeusz. Spacerując po plaży  gra na lirze i śpiewa swoją pieśń. To on odkrywa przed nastolatkami zadziwiający, nowy sposób rozumienia i poznania siebie. Ella jest zauroczona najbardziej, najszybciej i  najgłębiej – a Claire, widząc to, czuje ból, ból porzucenia…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 178

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: A SONG FOR ELLA GREY
Tekst: DAVID ALMOND
Redaktor prowadzący: AGNIESZKA SKÓRZEWSKA-SKOWRON
Redakcja: MONIKA PRUSKA
Korekta: MAGDALENA WIŚNIOWSKA, TERESA ZIELIŃSKA
Projekt okładki: MARTA ŻURAWSKA-ZARĘBA
Zdjęcie na okładce: © Gabriel Isak/Trevillion Images
DTP okładki: BERNARD PTASZYŃSKI
DTP: Plus 2 WITOLD KUŚMIERCZYK
© Copyright for text by David Almond, 2014 © Copyright for illustrations by Karen Radford, 2014 © Copyright for Magpie by Dave Dodds © Copyright for the cover photo by Gabriel Isak/Trevillion Images © Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Warszawa 2017 All rights reserved
Wszystkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.
Wydanie I
ISBN 978-83-8073-488-3
Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o. Al. Jerozolimskie 94, 00-807 Warszawa Tel. +48 22 379 85 50, Faks: +48 22 379 85 51 e-mail:[email protected]
Konwersja:eLitera s.c.

Dla Frei i jej przyjaciół

Zostałam tylko ja. Tylko ja potrafię opowiedzieć ich historię. Znałam oboje, wiem, jak żyli i jak umarli. Wydarzyło się to nie tak dawno temu. Jestem młoda, jak oni. Jak oni? Czy to możliwe? Czy można być młodym i martwym jednocześnie? Nie mam czasu, by o tym ciągle rozmyślać. Muszę wyrzucić z siebie tę historię i zacząć żyć własnym życiem. Opowiem ją szybko i zgodnie z prawdą, żeby znikła, natychmiast, póki nad lodowatą północą gęstnieje ciemność, a światło rzucają tylko gorzkie gwiazdy. Skończę, nim nastanie ranek. Przywrócę moją przyjaciółkę światu na tę jedną, ostatnią noc, a później pozwolę jej odejść. Na zawsze. Podążajcie za mną, słowo po słowie, zdanie po zdaniu, śmierć po śmierci. Nie wahajcie się. Przejdźcie ze mną przez mroki nocy. Nie potrwa to długo. Pamiętajcie jednak – nie odwracajcie wzroku.

Rozpocznę od środka, od chwili, w której historia już się toczyła, a koniec dopiero nadchodził. Była późna wiosna, wczesny ranek, nowy semestr trwał już od dwóch tygodni, a my leżałyśmy obok siebie na łóżku.Tylko my dwie, jak to się nam często wówczas zdarzało. Przywykłyśmy do zostawania u siebie na noc. Już jako pięciolatki leżałyśmy wtulone w siebie, w bawełnianych piżamach, trzymając w objęciach pluszowe misie. Teraz miałyśmy po siedemnaście lat, lecz noce wciąż spędzałyśmy wspólnie. Jej rodzice na krótki okres zakazali jej tego. Twierdzili, że jest na to zbyt dorosła. Powtarzali, że schodzi na złą drogę, że nie przykłada się do szkolnych obowiązków. Ale wtedy ona przysiadła fałdów i zabrała się do nauki, dokładnie tak, jak jej kazali. Jak nikt inny potrafiła owinąć ich sobie wokół palca. I oto znowu spałyśmy przytulone w moim ciepłym, bezpiecznym łóżku, oddychając jednym rytmem, śniąc jednym rytmem. Ella i Claire. Claire i Ella, od zawsze razem. Takie kochane. Takie młode, promienne i wolne, i... I cała przyszłość przed nami, czeka na nas. I... Ha!

Przez cienkie żółte zasłony sączyło się światło. Dzwonki wietrzne, szarpane przeciągiem, brzęczały, a spłowiały łapacz snów kołysał się to w jedną, to w drugą stronę. Wyła nadrzeczna syrena, zmieniał się przypływ, daleko na morzu zawodził róg mgłowy.

Byłam przekonana, że Ella wciąż śpi. Trzymałam policzek przyciśnięty do jej pleców, wsłuchując się w stabilne, rytmiczne bicie serca dziewczyny, szmer życia pluskającego głęboko w jej ciele.

– Claire – powiedziała delikatnie. – Nie śpisz?

– Nie, ale myślałam, że ty śpisz.

– Nie. – Nie poruszyła się. – To miłość, Claire. Wiem, że to miłość.

Moje serce zabiło szybciej.

– Co masz na myśli, mówiąc „miłość”?

Coś w jej oddechu, radosnym westchnieniu, kazało mi pomyśleć, że się uśmiecha.

– Całą noc nie spałam – powiedziała – tylko myślałam o nim.

– O nim? – spytałam ostro. – O jakim znowu „nim”?

Odsunęłam się od niej. Przewróciłam się na plecy.

Oczywiście wiedziałam, co odpowie.

– O Orfeuszu! – szepnęła. – Orfeusz! Bo któżby inny?

Zachichotała. Odwróciła się do mnie z jaśniejącą twarzą.

– Claire! Ja go kocham.

– Ale przecież ty go nawet nie spotkałaś. On ledwo, do diabła, zdaje sobie sprawę z twojego istnienia.

Chichotała bez opamiętania.

– Gadałaś z nim tylko przez ten chrzaniony...

Położyła palec na moich ustach.

– To nie ma znaczenia. W uszach wciąż mi dzwoni ta pieśń. Czekałam tylko, aż go znajdę, a on znajdzie mnie. Czuję, że znam go od zawsze. I że on od zawsze zna mnie.

– Och, Ello.

– To zapisane w gwiazdach. Ja kocham jego, on kocha mnie. Nie ma innej drogi.

Wtedy usłyszałyśmy dobiegający z dołu głos mojej mamy.

– Schodzimy! – odkrzyknęła Ella.

Ujęła moją twarz w dłonie i spojrzała mi głęboko w oczy.

– Dziękuję – powiedziała.

– Ale za co?

– Za to, że nas połączyłaś.

– Co?

– Gdybyś tamtego dnia nie zadzwoniła do mnie, żebym go posłuchała, gdyby on wtedy mi nie zaśpiewał... – Pocałowała mnie w usta. – To wszystko by się nie wydarzyło, nieprawdaż?

Mama krzyknęła ponownie.

– Claire! Ello!

Włożyłam na siebie ubranie.

– Nie – odparłam.

Nie przestawała się uśmiechać.

Pocałowała mnie raz jeszcze.

– Zobaczysz – powiedziała. – Zrozumiesz. To już niedługo.

– Co się wydarzy niedługo?

– Niedługo po mnie przyjdzie. Wiem, że po mnie przyjdzie.

Pocałowała mnie znowu.

Puk – zabiło moje serce. Puk.

***

Szłyśmy do szkoły brzegiem rzeki, obok starej stoczni. Przeszłyśmy przez most, nad potokiem, gdzie kiedyś puszczałyśmy papierowe łódki i kąpałyśmy lalki. W oddali błyszczały wysokie łuki mostów Newcastle. Minęłyśmy kilku rybaków. Doszłyśmy do miejsca, w którym odcinek ścieżki zapadał się pod ziemię, prawdopodobnie z powodu jednego z wielu podziemnych chodników, które kiedyś drążyli górnicy.

Chwyciłam ją za rękę i przeprowadziłam przez przeszkodę.

Ujęłam jej twarz w dłonie i delikatnie przytrzymałam.

– A takie było z ciebie niewiniątko. – Udałam zaniepokojenie. – Do tej pory nie miałaś cienia normalnego faceta, a tu nagle...

Zachichotała w typowy dla siebie sposób.

– Tak to już się dzieje. Jednego dnia wszystko wygląda jak zwykle, a później – trach, ni stąd, ni zowąd trafia cię piorun, zakochujesz się...

– To nie może być miłość – zaprotestowałam. – Oszalałaś.

– W takim razie pozwól mi szaleć!!!

Pocałowała mnie z rozanieleniem, po czym się odsunęła i raźniejszym krokiem ruszyłyśmy przed siebie. Szybko znalazłyśmy się w większej grupie, wszyscy już byli w drodze do Świętej Trójcy. Pozdrawiałyśmy kolejnych przyjaciół.

Gdy znalazłyśmy się pod bramą, przez moment się wahała, po czym wyznała konspiracyjnie:

– Wiem, że jesteś zazdrosna.

Przybliżyła się do mnie raz jeszcze, opuściła wzrok i wyszeptała miękkim, głębokim głosem:

– Wiem, że mnie kochasz, Claire.

– Oczywiście, że cię kocham. Prawdziwą miłością, a nie...

– Nigdzie stąd nie odejdę – powiedziała. – Nie przestanę być twoją...

– Och, Ella, przestań. Skończ już z tym.

Próbowałam ją przytrzymać, ale wyrwała mi się i odeszła, nie oglądając się za siebie.

Na lekcji angielskiego tego ranka Krakatoa niemiłosiernie przynudza, przynudza i przynudza. Znów truje o Raju-kurna-utraconym. Patrzę na Ellę, która wygląda przez okno. Zawsze była marzycielką. Czasem zdawało się, że rzeczywistość zupełnie jej nie dotyczy. Czasem sprawiała wrażenie osoby na wpół martwej, za którą ktoś, czyli ja, musi przeżyć całe życie.

Czasem człowiek miał ochotę kopnąć ją w zadek, mocno nią potrząsnąć i walnąć w ucho.

– Obudź się!

– Claire? – Do moich uszu dobiega głos Krakatoy.

Stoi tuż przy mojej ławce.

– Słucham?

– A ty co o tym myślisz?

– Na jaki temat, profesorze?

Przewraca oczami, ale nie może kontynuować odpytywania, bo Ella niespodziewanie wstaje z krzesła i pakuje książki do plecaka.

– Ello? – pyta.

Nawet na niego nie patrzy. Uśmiecha się do mnie i triumfalnie zaciska pięść.

– Widzisz? – szepta. – Teraz mi wierzysz, Claire?

Wybucha perlistym śmiechem, wybiega za drzwi i znika.

Po chwili go dostrzegamy, stoi w blasku światła na skraju szkolnego podwórka. Przybiera swobodną pozę, jest ubrany w płaszcz, ma uczesane włosy i lirę na plecach, wpatruje się w nas tym szczególnym spojrzeniem Orfeusza. Wreszcie pojawia się Ella, biegnie do niego po betonie.

Krakatoa szarpnięciem otwiera okno.

– Ello! – krzyczy. – Ello Grey!

Dziewczyna nie odwraca się. Przez chwilę ona i Orfeusz przypatrują się sobie – przecież widzą się po raz pierwszy w życiu. Po chwili jednak chwytają się za ręce i spokojnie odchodzą.

Krakatoa wydaje z siebie jeszcze jeden krzyk, po czym z powrotem zamyka okno.

– A taka była potulna jak owieczka i nagle wyskakuje z czymś takim! – mówi. – Kto zrozumie, co wam siedzi w głowach, dzieciaki?

– Czyli to była prawda – szepcze stojąca obok mnie Angelina.

– Ano – odszeptuję.

– Powiedział, że przyjdzie – i tak zrobił.

– Tak zrobił.

– Ależ z niej nicpoń. Kto by pomyślał?

Wpatrujemy się w pustą przestrzeń, którą po sobie zostawili.

– Ona i on – mówi Angelina i powtarza: – Ona i on.

Oprócz nas przy oknie stoi wielu innych uczniów.

– Kto to jest? – pyta Bianka.

– Smaczne ciacho do schrupania! – śmieje się Crystal Carr.

Chłopcy zgodnie milczą.

– Wracajcie do ławek – rozkazuje Krakatoa. – Skoro Ella właśnie postanowiła pogrzebać swoją przyszłość, niechaj tak będzie. Jej wybór.

– Czyżby? – mruczę.

– Kto to jest? – nie ustępuje Bianka. – Kto?

– A teraz wracamy do lekcji – mówi Krakatoa. – „Zło, będziesz moim dobrem”. Co Milton miał na myśli, pisząc te słowa?

– Kto to jest? – dopytuje Crystal.

– Nazywa się Orfeusz – odpowiadam. – Chrzaniony Orfeusz.

Akt pierwszy

Być może był z nami od zawsze. Może był obok, kiedy mieliśmy po trzynaście, czternaście, piętnaście, szesnaście lat, kiedy tworzyliśmy piękną, zgraną paczkę. Lubiliśmy spotykać się na zboczu trawiastego wzgórza, w pobliżu The Cluny, magazynu starej gorzelni, później zamienionego w warsztaty artystów. Stoi on przy brzegu Ouseburn – strumyka, który wypływa spod miasta, po czym przepływa przez jego granice, by wpaść do rzeki Tyne. W starym budynku działają kawiarnia, bar i mały teatr. Jest kanciapa ze sceną, na której grają zespoły muzyczne. Całkiem niedaleko jest Seven Stories, księgarnia dla dzieci. Kiedy byliśmy mali, chadzaliśmy tam z naszymi rodzicami i nauczycielami, aby posłuchać opowieści pisarzy i artystów. Robiliśmy maski, wkładaliśmy przebrania i odgrywaliśmy własne sztuki. Zza masek wypowiadaliśmy zdania w stylu: „To nie ja”. „Zniknęłam”. „Właśnie zamieniłam się w Draculę, Kopciuszka, Jasia, Małgosię, Ginewrę”. Potem opowiadaliśmy fantastyczne baśnie i spisywaliśmy je na papierze. Teraz, kiedy piszę te słowa, wydaje mi się, że był z nami już wtedy, przemawiał naszymi ustami, zachęcał nas do śpiewu, nawoływał do tańca.

Od kiedy pamiętam, mówiło się, że w powietrzu nad potokiem Ouseburn krąży magia. Popijaliśmy wino, słuchając nurtu rzeki, wpatrując się w gwiazdy, opowiadając o marzeniach, o byciu artystami, muzykami, poetami, wędrowcami, kimś innym, kimś nowym. Drwiliśmy z dzieciaków, które nie były do nas podobne, które już rozmawiały o karierach albo nudnych jak flaki z olejem kredytach hipotecznych i emeryturach. Pogardzaliśmy nastolatkami pragnącymi zestarzeć się za młodu. Kumplami, którzy chcieli umrzeć, jeszcze zanim zdążyli pożyć. Oni już teraz kopali własne groby, budowali ściany swoich cholernych więzień. My natomiast kurczowo trzymaliśmy się młodości. Nic nas nie krępowało, byliśmy wolni. Powtarzaliśmy, że nigdy nie wyrośniemy na starych nudziarzy. Plądrowaliśmy ciucholandy organizacji dobroczynnych w poszukiwaniu staromodnych ubrań. Kupowaliśmy znoszone levisy i pięknie wypłowiałe jedwabne fatałaszki ze sklepu Attica w dzielnicy handlowej High Bridge. Nosiliśmy kolorowe buty, lniane szale z Gai. Zaczytywaliśmy się Baudelaire’em i Byronem. Czytaliśmy też sobie nawzajem wiersze. Pisaliśmy teksty piosenek i publikowaliśmy je na YouTube. Zakładaliśmy kapele. Rozmawialiśmy o wspaniałych wyprawach, na które wspólnie wyruszymy po skończeniu szkoły. Czasami łączyliśmy się w pary, chodziliśmy ze sobą przez jakiś czas, lecz to grupa była zawsze najważniejsza. Spędzaliśmy ze sobą dzień za dniem. Mogliśmy powiedzieć sobie wszystko. Darzyliśmy się prawdziwą miłością.

Pewnej soboty, o zmroku, w powietrzu pojawił się zapach Orfeusza. Była wczesna wiosna, ale na dworze już zrobiło się ciepło. Niebo nad miastem przybrało różowo-złoty odcień. Trawa, na której siedzieliśmy, wciąż emanowała ciepłem grzejącego w ciągu dnia słońca. Od strony nabrzeża, z części położonej bliżej miasta, dobiegały śmiechy i krzyki podchmielonych imprezowiczów. Ktoś przyniósł ze sobą butelkę tesco valpolicelli, która krążyła od ust do ust, a my rozkoszowaliśmy się jednocześnie winem i własnym towarzystwem.

Wszystkim nam zaparło dech, gdy zobaczyliśmy ciemne kontury samotnego łabędzia, który zapikował w naszym kierunku z wiszącego wysoko nad nami mostu kolejki miejskiej. Gwałtownie, raptem kilka stóp nad naszymi głowami, zmienił tor lotu i pędem odleciał ku rzece. Bluzgaliśmy w euforii. Wiwatowaliśmy, śmialiśmy się, uśmiechaliśmy, a potem z westchnieniem znowu pogrążaliśmy się w bezruchu.

Siedziałyśmy z Ellą z wyprostowanymi nogami, oparte o siebie plecami. Ona pierwsza to usłyszała.

– Co to jest, do cholery? – spytała nagle.

– Co?

– No ten dźwięk.

Oderwała ode mnie plecy i usiadła prosto.

– Ten. Słuchajcie.

O czym ona gada? Wszyscy nastawiliśmy uszu. Początkowo nic nie słyszeliśmy, ale później odgłos stał się wyraźniejszy.

– Tam coś jest – powiedział Sam.

– Słyszycie? Czy to czyjś śpiew? – spytała Angelina.

– Ano – odparła Ella. – O tym właśnie mówię.

Rzeczywiście, przypominało to śpiew. Ale też amalgamat odgłosów: szum rzeki, pokrzykiwania pijaczków, powietrze smagające twarze, sopran ptasich trelów i pogwar ruchu ulicznego, jakby we wszystkich tych znajomych dźwiękach pojawiła się nowa nuta, która wszystko przeobraziła w dziwną pieśń.

Słuchaliśmy w napięciu.

– Nieee – powiedział Michael. – To nico.

Ale to nie było nico. Bo jak niby wytłumaczyć fakt, że wszyscy wstaliśmy i wyruszyliśmy na poszukiwanie źródła tego dźwięku? Dlaczego wszyscy przytaknęliśmy? A może właśnie tacy wtedy byliśmy – chętni widzieć nietypowość i piękno tam, gdzie w rzeczywistości ich nie było? Może winę należałoby złożyć na karb valpolicelli i łabędzia oraz tego, że byliśmy razem, że byliśmy młodzi i głupi?

Bez względu na to, co to było, wstaliśmy. Wydudliłam resztki wina z dna butelki i wyrzuciłam ją do kosza na śmieci. Trawiastym brzegiem doszliśmy do strumyka Ouseburn, płynącego w głębokim cieniu rzucanym przez budynek The Cluny. Woda kłębiła się, wirowała i bulgotała, zmierzając na spotkanie z większą siostrą – rzeką Tyne. Nadbrzeżne błoto, czarne, oślizgłe i lśniące, trzeszczało pod wpływem wysuszającej je temperatury. Na wąskim stalowym mostku dało się słyszeć odgłos kroków naszej pary. Szłam obok Elli, trzymając ją za rękę.

Poszłyśmy wzdłuż strumyka aż do jego źródła w tunelu pod miastem. Potok przedzierał się przez metalowe pręty zamkniętej bramy. Patrzyłyśmy na nity i masywne kłódki, zardzewiały znak ostrzegawczy z wizerunkiem czaszki i skrzyżowanych piszczeli, na wyrastający dalej tunel z łukowym sklepieniem, na gęstniejący mrok.

– Boże, jakie to przerażające! – powiedziała.

– Pamiętasz, jak lubiłyśmy wytężać wzrok, wytrzeszczać ślepia, zakładać się, która dojrzy dalej?

– A pamiętasz mrożące krew w żyłach strzygi i potwory?

– I wszystkie szczury, które wynurzały się z wody?

– Jak stąd uciekałyśmy, piszcząc i wydzierając się wniebogłosy?

Zachichotałyśmy.

– Jeden jeszcze tam jest! – zawołałam.

– I kolejny, Claire! Patrz! Ten z rogami! Ojej!

Choć żartowałyśmy, żadna nie zdołała powstrzymać drżenia. Przyciągnęłam ją do siebie i pocałowałam w usta. To właśnie w tym miejscu zrobiłam to po raz pierwszy, wiele lat temu, gdy obie byłyśmy podlotkami bojącymi się ciemności.

– Słuchaj – powiedziała. – Ten dźwięk dochodzi jakby z wody, Claire. Słyszysz?

Przysłuchiwałyśmy się, jak woda przelewa się przez bramę, a później płynie ujarzmiona pomiędzy brzegami.

– Ano! – powiedziałam.

Zaśmiałyśmy się.

– Siku-sik, siku-sik – powiedziałam.

– Trysku-trysk, trysku-trysk.

Po chwili jednak dźwięk, którego wszyscy tak uporczywie szukaliśmy, zaczął dobiegać zewsząd. Całą paczką odeszliśmy od strumienia. Odgłos zdawał się dochodzić zza każdego rogu, zza każdego węgła, lecz zawsze z innego miejsca niż to, w którym spodziewaliśmy się znaleźć jego źródło.

– Skąd to dobiega? – spytałam.

Ella przymknęła powieki i zwróciła twarz ku niebu.

– Z naszego wnętrza! – odpowiedziała.

Carlo Brooks, który wyglądał na najstarszego z nas wszystkich, poszedł do baru w The Cluny po więcej wina. Każdy golnął po łyku i ruszyliśmy przed siebie, już nie tyle szukając dźwięku, ile jakby w nim spacerując. Maria i Michael, którzy podbijali do siebie od tygodni, wślizgnęli się za jakieś drzwi, objęli i zaczęli się namiętnie całować. Wreszcie.

– Bomba, tak trzymać – krzyknęła za nimi Catherine. – A teraz do roboty!

Obok nas przetoczyła się grupka pijanych lasek.

– Oto kroczy hipsteria! – śmiały się.

Zarechotałyśmy, kiedy sobie poszły.

– Hipsteria! – drwiliśmy.

– Tylko my mamy prawo się tak nazywać! – zaśmiał się Sam.

Nasłuchiwaliśmy. Dźwięk odpłynął albo po prostu przestaliśmy go słyszeć – a może nigdy nie istniał? Kto wie? Tak czy owak, uświadomiliśmy sobie, że zniknął. Ruszyliśmy na nabrzeże. Po drodze mijaliśmy bary, restauracje i kolejne brygady imprezowiczów.

Pod mostem Tyne Bridge spotkaliśmy ulicznego grajka, starego gościa o pomarszczonej, plugawej twarzy, który grał na wysłużonej mandolinie i chrapliwym głosem śpiewał zagraniczną piosenkę.

– Może być, że od samego początku to był on – powiedział Sam.

Przystanęliśmy, żeby przez chwilę posłuchać śpiewaka.

– Kiedyś, dawno temu, musiał być uroczy – powiedziała Ella.

Facet gestem wskazał stary futerał po mandolinie, leżący na ziemi obok jego stóp.

Wysupłaliśmy kilka monet i wrzuciliśmy je do środka.

Uśmiechnął się do nas i skierował mandolinę ku niebu.

– Bogowie wam to wynagrodzą – powiedział i wrócił do gry z nowym zapałem.

– Łał! – powiedział Carlo. – Gdybyśmy wrzucili do środka kilka dziesięciofunciaków, zagrałby pan jak prawdziwy wirtuoz, co?

Muzyk roześmiał się wesoło.

– Dajcie mi wszystko, co macie – odpowiedział. – Wtedy się przekonacie.

Ruszyłyśmy w drogę powrotną do domu, ja i milcząca Ella.

– Może muzyka nie istniała – powiedziała. – Dopóki my jej nie stworzyliśmy.

Zostawiłam ją przy jej bramie. Ledwo się poruszyła. Zrobiła krok do tyłu i spojrzała na mnie takim wzrokiem, jakby patrzyła na kogoś innego.

– To obłęd – powiedziała.

– Co?

– Być nami, być młodym! To niewiarygodne! Czyż nie, Claire? Nieprawdaż? Powiedz, że tak! Powiedz tak!

– Tak – wyszeptałam.

W odpowiedzi zachichotała, wzruszyła ramionami, odwróciła się i znikła.

Akt drugi

Następnego dnia odkryliśmy, że kilku osób z naszej paczki dźwięk w ogóle nie opuścił, lecz towarzyszył im, kiedy spały, krążył w ich marzeniach sennych. Mnie to nie dotyczyło. Ci, którzy tego doświadczyli, szeroko otworzyli oczy i aż się zachłysnęli, kiedy usłyszeli, że nie byli w tym osamotnieni. Oznajmili, że chcą usłyszeć go raz jeszcze, odnaleźć ponownie.

Na lekcji angielskiego Ella znowu bujała w obłokach.

– Dobrze – podjął Krakatoa. – „Kochałem był cię już dwa lub trzy razy, nie znając jeszcze twojej twarzy ni imienia”[1]. Co pani myśli o tym cytacie, panienko Grey? Panienko Grey! Panienki myśli!

Obudziłam ją szturchańcem.

– Myślę – powiedziała – że to piękny cytat.

– Hmm. Coś jeszcze?

– I... dziwny, profesorze. Jakby śmiertelnie tajemniczy.

– Ach, Piękna, Dziwna i Jakby Śmiertelnie Tajemnicza Szkoła Krytyki. – Twarz nauczyciela pociemniała. – Niestety, nasi egzaminatorzy nie uznają takich interpretacji. Panienko Finch?

Bianka aż podskoczyła na krześle.

– Ja?

– Tak, do ciebie mówię. Co według ciebie chciał nam przekazać szanowny pan Donne?

Bianka przez chwilę piłowała paznokcie pilnikiem, badawczo wpatrując się w twarz Krakatoy.

– Cóż, profesorze – odezwała się wreszcie. – Pan Donne prosi się o dobre bzykanko.

Zamilkła. Krakatoa ani drgnął.

– Szczerze – brnęła – to uważam, że tym cwanym poetom zawsze jedno w głowie.

Posłała mu powłóczyste spojrzenie.

– Ale pan pewnie takich rzeczy nie czuje, profesorze.

Wszyscy obserwowaliśmy twarz Krakatoy. Czy dziś znowu nastąpi erupcja?

Nie. Nie dzisiaj.

1 Cytat z wiersza Powietrze i anioły Johna Donne’a w przekładzie Stanisława Barańczaka.

Akt trzeci

Zbliżały się egzaminy, mury systemu szkolnictwa zasklepiały się wokół nas szczelnie. Rodzice Elli oznajmili, że są głęboko zaniepokojeni jej zachowaniem. Taka z niej przecież była bystra dziewczyna, a nagle zamieniła się w głupiutką marzycielkę. Marnotrawiła wszystkie swoje talenty. Jej wyniki w szkole były niebywale rozczarowujące, a prognozowane oceny końcowe zdecydowanie niższe niż ostatnio. Czy ona nie chce mieć dobrych ocen? Czy nie chce dostać się na dobry uniwersytet? Czy nie chce odnieść w życiu sukcesu?

– A co oni rozumieją przez sukces w życiu? – spytałam.

– Chyba pieniądze i tym podobne.

– Pieniądze i tym podobne?

– Pewnie też dobrą pracę i takie tam.

Potrafiłam sobie wyobrazić, z jakim roztargnieniem ich traktuje, jak nie potrafi bronić swoich racji, jak tylko wzrusza ramionami, powtarza „mhm” oraz „yyy” i przymyka oczy, a potem mówi im, że jej bardzo przykro, że w przyszłości wszystko nadrobi i będzie się bardziej starać.

– I co im powiedziałaś?

– Nic konkretnego.

Spiorunowałam ją wzrokiem.

– Nic konkretnego? A niby nad czyim życiem się tak pastwili?

– Nad moim. Sęk w tym – odparła – że dobrze rozumiem, o co im chodzi.

– Hmm?

– Mają rację. Nawet ty to powtarzasz. Ja naprawdę jestem cholernie beznadziejna.

– A niech mnie, Ello. Nie stawiaj mnie z nimi w jednym szeregu.

– Mówią, że nie mogę tak często do ciebie wpadać. A to nocowanie...

– Nocowanie?

– Wymyka się spod kontroli.

– Spod kontroli?

– Twierdzą, że to dobre dla małych dziewczynek. Mówią, że to nic wielkiego, kiedy jest się w gimnazjum. Ale teraz to niestosowne.

– Co?

– Mówią, że w nocowaniu w sobotę, raz na jakiś czas, nie ma nic złego, ale...

– I co ty na to wszystko odpowiedziałaś?

– Niewiele.

– Niewiele? A niech cię cholera, Ello.

– A co do Wielkanocy...

– Co znowu z Wielkanocą?

– No wiesz. To się nie wydarzy.

– Co?