Pieśń białego domu - Aleksander Szczęsny - ebook

Pieśń białego domu ebook

Aleksander Szczęsny

0,0

Opis

Zbiór trzech opowiadań niedocenionego, chociaż wybitnego autora, którego twórczość poetycka i prozatorska stanowi coś w rodzaju pomostu pomiędzy młodopolszczyzną a dwudziestoleciem międzywojennym. Niniejszy zbiór zawiera następujące utwory:  Pieśń białego domu, Głos domu, Historia chłopca i dziewczynki. Zachęcamy do lektury!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 109

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0

Popularność




Aleksander Szczęsny

 

 

 

Pieśń białego domu

 

 

 

 

Armoryka

Sandomierz

 

 

Projekt okładki: Juliusz Susak

 

Tekst wg edycji z roku 1915. 

Zachowano oryginalną pisownię.

 

© Wydawnictwo Armoryka

 

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

 

ISBN 978-83-7639-257-8 

 

 

 

PIEŚŃ BIAŁEGO DOMU.

Gorąco jest w mieście w upalne letnie dnie. Ludzie chodzą tuż pod murami domów, aby choć trochę korzystać z cienia, pochowanego po kątach. W ogrodach, łabędzie śpią u brzegu sadzawek, pod zwisającemi nieruchomo gałęźmi srebrzystych wierzb, a asfalt chodników miękki jest jak najdoskonalszy dywan.

Tylko słońce nieustannie czuwa na niebie i uważa, aby każda najmniejsza choćby powierzchnia wody, każdy nowy dach blaszany, albo szyba otwartego okna odbijały je jak lusterko.

Kiedy nadchodzą takie dnie, spoglądam z utęsknieniem, siedząc w swojem mieszkaniu, na zielony worek podróżny, wiszący w kącie. Gdybyż teraz można było wydostać się za miasto i iść przez łąki, ku tym czarnym lasom, u których jakby kończy się ziemia.

Aż wreszcie nadchodzą dnie, kiedy mam więcej wolnego czasu. Wstaję raniutko i oglądam troskliwie rzemienie tłomoczka, nim go zarzucę na plecy. Mam w nim wszystko, co niezbędne jest do pieszej podróży. Wreszcie wesoło wychodzę na ulicę.

Zaczyna się już robić gorąco. Stróże polewają podwórza i przedsienia, z bram, które mijam, zawiewa wilgotny chłód.

Ale oto wydostaję się za miasto. Droga wije się przedemną daleko, po bokach rosną wysokie topole, a gdzieś pośrodku zboża sterczy samotna dzika gruszka.

Widzę przed sobą pociąg, jak posuwa się pod lasem. Długie kłęby pary ciągną się nad nim niby półprzezroczysta biała liszka, słaby gwizd dochodzi aż tutaj, a wagony, maleńkie jak zabawka, ciągną się długim sznurem. Niedaleko płynie rzeka. W zaroślach nadbrzeżnych roją się owady. Jętki krążą nad małemi zatokami w piasku, a miasto ukryte we mgle powietrza, pokazuje tylko swoje najwyższe wieże.

Tak idę coraz dalej. Aż wreszcie mój czas wolny upływa i trzeba wracać do miasta. Ale wtedy wszystkim kwiatom, które spotykam po drodze, mówię, że zobaczymy się jeszcze. Wiatr faluje zboże, kwiaty nachylają się ku mnie, a ja — uśmiecham się do nich ogorzałą twarzą.

_ _ _ _ _ __ _ _ _ _ __ _ _ _ _ __ _ _ _ _ __ _ _ _ _ __ _ _ _ _ __ _ _ _ _ __ _ _ _ _ __ _ _ _ _ _

_ _ _ _ _ __ _ _ _ _ __ _ _ _ _ __ _ _ _ _ __ _ _ _ _ __ _ _ _ _ __ _ _ _ _ __ _ _ _ _ __ _ _ _ _ _

W jednej z takich wędrówek, dość daleko od miasta, natrafiłem na zamknięty biały dom, stojący niedaleko od drogi. Było wtedy południe. Zmęczony i zgrzany, wszedłem przez zniszczoną bramę ogrodzenia na duże podwórze. Po trawnikach przed domem widać było odrazu, że tutaj nikt nie mieszka. Klomby zarosła gęsta dzika trawa, pełna małych żółtych kwiatków, pokryła ona także, choć nie tak gęsto, żwirowane niegdyś ścieżki. Niektóre z zamkniętych zielonych okiennic domu podparte były poczerniałemi żerdziami.

Zbliżyłem się do drzwi i wziąłem za klamkę. Drzwi się otworzyły. Z dużego przedpokoju wązkie drewniane schody prowadziły na górę. Znalazłem tam mały, również otwarty pokoik z wychodzącym na tyły domu balkonem.

Stanąłem na nim, aby się przypatrzeć pięknemu widokowi.

Za domem był duży ogród owocowy, a za nim aleja topolowa, prowadząca do drugiej drogi tuż nad rzeką.

Szeroka rzeka zakręca w tem miejscu, a na środku jej znajduje się duża wyspa zarośnięta krzakami.

Gdy upał dokuczył mi bardzo na balkonie, zszedłem po chwili na dół i w dużym pokoju postanowiłem przeczekać południe. Pokój był zupełnie pusty. W ścianach tkwiły tylko gwoździe po obrazach, a na spłowiałej tapecie widać było ciemniejsze miejsca tam, gdzie one niegdyś wisiały, albo gdzie stały meble. W świetle, wpadającem przez duże serca okiennic, wirował drobniutki kurz, mucha brzęczała gdzieś w kącie. Urwaną gałązką oczyściłem podłogę z kurzu na środku pokoju i położyłem się tam na chwilę z głową opartą o mój tłómoczek. Wkrótce usnąłem.

Kiedym się obudził, światło w okienicach było czerwonawe, a więc spałem do zachodu słońca. Przez otwarte drzwi dolatywało brzęczenie koników polnych. Wstałem i wyszedłem przed dom, ale choć spóźniony, nie ruszyłem zaraz w drogę...

Bo oto kiedym usiadł na chwilę na schodach przed drzwiami, dom przemówił do mnie. Przemówił echem swoich pustych pokoi, patrząc jakby wycięciami zamkniętych okiennic.

A tymczasem niebo pociemniało i okryło się gwiazdami. Głosy wieczorne zlały się powoli w jedno ciche brzmienie, w którem utonął głos domu. Ale ów głos, i to, co po nim nastąpiło, obudziły we mnie chęć wysnucia sobie całej — długiej opowieści.

GŁOS DOMU.

Dobrze mi jest na starość bez ludzi. Patrzę na świat, i uśmiecham się cicho. Mój wiek nikogo już nie nęci. Stoję pośród traw i drzew, coraz im bliższy, i rozumiem wszystko. Patrz, oto słońce zachodzi, schyla się ono niby wielki kwiat czerwony daleko za rzeką. Złote chmurki płyną wolno po bladem niebie, czerwienieją i zmieniają kształty, a mój dach, podobny jest z koloru w tem świetle do ziarnek maku. Gdybyś był tak wysoki jak ja, to dojrzałbyś, że na zachodzie, u brzegu nieba, leży wązka ciemna chmurka. Igrają w niej sine iskry i chmurka się nieznacznie rozrasta. Siedź i słuchaj, będzie z niej deszcz, ale dopiero późną nocą. — Czy czujesz jak pachną trawy? Drzemały w słońcu cały dzień, i teraz przed zmrokiem każda z nich jest jak mała kadzielnica, a wieleż ich tutaj naokoło? Drzewa dla mnie potrząsają liśćmi, słońce, zachodząc, pieści mój dach, a trawy dają swoje zapachy. Kiedy już odejdziesz późną nocą, stanę w błyskawicach taki bialutki, jakim mnie nigdy malarz wiejski nie oglądał, a ciepły deszcz zmyje ze mnie kurz. Ale przedtem jeszcze pozwolę nadchodzącemu wiatrowi pobiegać po moich pokojach; wie on wszystko i zaśpiewa mi przeciągle jakąś żałosną historję ziemi, rzucając na dach trochę nowych ziaren, aby się zazieleniły później między szczerbatemi gontami.

Deszcz przejdzie, drzewa cicho otrząsną się z wody i księżyc zajrzy w serca moich okiennic. Podłogi to jego wielkie przyjaciółki. Zacznie iść po nich długim pasem, jakby zasłuchany w wolną rozmowę starych desek, aż ku ścianom. A wtedy na nich, zamiast obrazów, które tu kiedyś wisiały, zjawią się czarne cienie liści z za okna, na pięknem srebrzystem tle żywego powietrza, które drży jak serce ptaszyny.

Wtedy zacznę się modlić razem z trawami i drzewami aż do białej rosy, aż do świtu, co jak bledziutki pasek całą noc czuwa, naprzeciw zachodu... A nad ranem zaśpiewają ptaki. Wiele ich gniazd tulę do siebie. Obudzą się w pierwszem świetle i zaczną wołać, aż drzewa potrząsną po raz pierwszy ciężkiemi liśćmi. Krople rosy zaczną spadać z nich na mech mojego dachu, aby się napił dosyta.

Słońce! słońce! usłyszę wtedy jakiś głos wielki, choć daleki i odetchnę do nowego dnia. Oto jest moje życie...

Nie wiesz, że przedtem mieszkali tutaj ludzie. Ojciec, matka i mała dziewczynka. Czas płynął, rodzice starzeli się, a dziewczynka rosła niby śliczny kwiat ludzki.

Tylko że historja kwiatów ludzkich nie jest tak łatwą do opowiadania, jak tych, które tu widzisz u moich stóp. Przychodził tutaj też mały chłopiec, — wielkie piękne serce jego poznała niedawno cisza tego miejsca. Dziewczynka z rodzicami wyjechała stąd, ale całą jej i swoją historję on tutaj wypowiedział. Wygrał ją na skrzypcach głosem, od którego niemieje przyroda i powierza swoje skarby w ręce ciszy, piastunki wielkich spraw. Nie potrafię ci tej melodji powtórzyć. Stań się cichy, a zagra ona po raz drugi w tobie samym, aby ci uświęcić serce.

Dom ucichł, a ja słuchałem długo melodji ciszy, która, gdy przepływa przez duszę, czyni ją pogodną, jak piękny wieczór letni. I teraz opowiem, co usłyszałem, bom myślał o tem nieraz długo, kiedy mi nikt nie przeszkadzał.

HISTORIA CHŁOPCA I DZIEWCZYNKI.

I.

Pewnego zimowego popołudnia, zanim się ściemniło, biały dom patrzył na wszystkie strony z pod wiszących na nim długich sopli, niby z pod ogromnych brwi.

Nagle na końcu topolowej alei, prowadzącej do drogi nad rzeką, ukazała się jakaś mała postać. Był to biednie odziany chłopiec, z niedużem zawiniątkiem pod pachą. Obok niego biegł mały kudłaty piesek. Rodzice dziewczynki siedzieli wtedy w dużym pokoju od frontu, w kuchni zajęci byli podwieczorkiem kucharka ze stangretem, a mała dziewczynka siedziała przy oknie, wychodzącem na ogród, w pokoju matki.

Okno było zamarznięte od góry do dołu, więc otworzyła wewnętrzny lufcik i przykładała ciepły paluszek do szyby, roztapiając powoli lód, aby dojrzeć, co się dzieje na świecie. Tymczasem chłopiec szedł ciągle aleją, wiatr targał na nim ubranie i otrząsał z gałęzi śnieg na głowę, a piesek dreptał obok powoli i tak zbliżali się do domu, przy resztach dziennego światła. Pod oknem, przy którym siedziała dziewczynka, stała ławka ogrodowa. Chłopiec, gdy do niej doszedł, wdrapał się na nią i ostrożnie zaczął zaglądać przez okno, przestępując na zmarzniętych nogach. Piesek stał w śniegu i patrzył w górę. W tej właśnie chwili lód ustąpił pod paluszkiem dziewczynki. Mały krążek na szybie zrobił się przezroczysty, a w nim jak w ramce dziecko dojrzało duże smutne oczy wędrownego grajka. Dziewczynka spojrzała w nie przez chwilę. Był w nich także cały świat zimowy, świat biednego smutnego dziecka, które nie ma nikogo blizkiego.

Nagle zaszczekał zniecierpliwiony piesek, dziewczynka odbiegła od okna, a chłopiec zsunął się z ławki i poszedł powoli wzdłuż domu, aby natrafić na drzwi kuchni.

Wreszcie natrafił na nie i stał tam chwilę, bo bał się sam otwierać. Dopiero na słabe pukanie gruba kucharka wpuściła go do środka.

Ach jakiż był ciepły ogień na kominie! Stare zaduże buty schły przy nim powoli, zmarznięte nogi bolały coprawda, ale cóż to znaczyć mogło.

Piesek dostał dużą kość od pieczeni, a chłopiec też po chwili opróżniał miskę z zupą, aż mu się uszy trzęsły.

— Dokąd idziesz, chłopcze? — pytali go kucharka i stangret, który opuścił fajkę na kolana i długo przypatrywał się małemu. — Idzie do miasta, umie trochę grać, a na wsi nacóż się skrzypce takie, jak jego, przydać mogą?

— Więc zagraj nam co, chłopcze — powiedzieli oboje, a chłopiec otarł usta zadługim rękawem i wyjął z zawiniątka swoje skrzypce. Prosty to był instrument, jedyny sprzęt, jaki mu pozostał po ojcu. Ale kiedy chłopiec popróbował strun palcami, dała się z nich słyszeć nuta wielkiego serca. — Jestem sam — odezwało się z nich przy pierwszym dźwięku, — a kocham wszystko, — a potem coraz ciszej dźwięk się rozpłynął: — i pozostanę sam. — Chłopiec zagrał jakąś cichą melodję. — Dobrze grasz — powiedział stangret, gdy chłopiec skończył, — na weselach nie słyszałem nic podobnego. — I wyjął ze starego woreczka trochę pieniędzy. — Weź to odemnie, nie wstydź się, to ci się przyda w mieście; kiedyś grał, myślałem o moim synu, który jest daleko za morzem, Bóg ci zapłać za to. — Kucharka szykowała tymczasem coś w kącie obok komina. — Zostaniesz się na noc u nas, gdzieżby takie dziecko chodziło po ciemnicy i mrozie — powiedziała, a chłopiec spojrzał na nią z wdzięcznością.

Wtem do kuchni weszła pani z córką. — Zatrzymaliśmy to biedne dziecko na noc, — powiedziała kucharka, — idzie do miasta i chyba zmarzłoby po drodze. — Wtedy pani spojrzała na chłopca. Stał przy kominie i trzymał swoje skrzypce w ręce, a teraz, nie wiedząc co odpowiedzieć, podniósł je do twarzy i znów zagrał coś cichutko. Przytem patrzył ciągle na dziewczynkę, która schyliła się i wołała do siebie pieska. Pani zaczęła pytać chłopca i dowiedziała się powoli, że jest sierotą. Stryj go wyprawił do miasta na zarobek, aby nie żywić w zimie i doprawdy nie wie, jak sobie da radę. — Pójdziesz jutro dalej, jak się słońce pokaże i zrobi się trochę cieplej — zakończyła głaszcząc, go po głowie.

I chłopiec został. W nocy dom mu śpiewał razem z wiatrem w kominie swoje opowiadania, a księżyc świecił przez zamarznięte okna i całował go po twarzy.

Nazajutrz rzeczywiście była pogoda. Chłopiec odpoczął w cieple, napił się dobrego mleka i z paroma bułkami w kieszeni szykował się do drogi, kiedy słońce już było wysoko na niebie i dach domu skrzył się cały jak brylantowy. Dziewczynka była ze swojemi lalkami przy odejściu grajka i zaczęła o coś prosić matkę.

— Zaczekaj jeszcze — zawołała po chwili pani, gdy mały z pieskiem chciał odchodzić. — Maciej jedzie po gałęzie do lasu, to cię podwiezie kawałek na saniach, a tutaj masz coś do okrycia się i otuliła go dużą starą chustką wełnianą, zawiązując ją na węzeł na plecach. — A teraz do widzenia.

Duże sanie stały już na podwórzu. Chłopiec ukłonił się niezgrabnie i usiadł obok stangreta razem z pieskiem, a węzełek położył przy sobie. Duży siwy koń zakręcił w podwórzu i zaczął biedz truchtem po ośnieżonej drodze... Chłopiec oglądał się często za siebie, ale widział tylko zamknięte drzwi i osypane śniegiem okna domu. Nie mógł więc domyślić się, że dziewczynka ustawiła przy oknie swoje lalki i patrzyła, dopóki konia i sanie widać było coraz dale] na drodze.

_ _ _ _ _ __ _ _ _ _ __ _ _ _ _ __ _ _ _ _ __ _ _ _ _ __ _ _ _ _ __ _ _ _ _ __ _ _ _ _ __ _ _ _ _ _

_ _ _ _ _ __ _ _ _ _ __ _ _ _ _ __ _ _ _ _ __ _ _ _ _ __ _ _ _ _ __ _ _ _ _ __ _ _ _ _ __ _ _ _ _ _

Kiedy chłopiec odjechał, dziewczynka poszła do salonu i posadziła lalki na kanapie. Muszę o nich parę słów powiedzieć, bo zasługują na większą uwagę. Lalek było trzy. Jedna stara, zamorusana, z włosami w nieładzie, ale zato bardzo poczciwa. Gdyby wiadomo było, że niektóre z lalek mają serca, to jej napewno by nie zabrakło między niemi. Obok niej, ostrożnie, aby się tamtej zbytnio nie dotykać, siedziała pięknie wystrojona dama dworska w atłasowej sukni. Jej duże czarne oczy patrzyły z wysoka na wszystkich z pod pięknie malowanych brwi. Teraz właśnie, z nogą założoną na nogę, tak aby widać było białe pantofelki i ażurowe pończoszki, zwróciła się twarzą do trzeciej lalki sztywnej i wyprostowanej. Był nią elegancki pan, ubrany czarno z pięknie uczesaną głową i twardemi od kleju wąsami, postawionemi do góry. Pan był niesłychanie dumny i zarozumiały, co widać było odrazu z jego twarzy i ruchów. Pasowali do siebie doskonale z damą dworską i dlatego zawsze byli zwróceni do siebie, kiedy je razem posadzono.

— Jakże się