Wydawca: Wydawnictwo MG Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2007

Pies Baskerville'ów. Hound of the Baskerville - wydanie dwujęzyczne ebook

Arthur Conan Doyle

5 (3)
Bestseller

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 530 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pies Baskerville'ów. Hound of the Baskerville - wydanie dwujęzyczne - Arthur Conan Doyle

Arcydzieło gatunku, legendarny tekst, inspirujący także współczesnych autorów. Pisarz umiejętnie sięgnął po popularną estetykę grozy, wzbogacając o wątki niesamowite opowieść o zagadce ewidentnie kryminalnej. Niesamowity klimat narracji, opisy mgielnych pejzaży spowijających angielskie mokradła na trwałe zagościły w świadomości czytelników.

Genialny detektyw Sherlock Holmes, wraz ze swym asystentem, nieco ociężałym doktorem Watsonem, muszą zmierzyć się z tajemniczym potworem, przypominającym ogromnego psa, który grasuje na angielskiej prowincji zabijając samotnych wędrowców.

Dwujęzyczne wydanie klasycznej powieści kryminalnej „Pies Baskerville’ów (The Hound of the Baskerville) powstało, by służyć tym, którzy znając język angielski na poziomie podstawowym, chcieliby posługiwać się nim biegle.

Opinie o ebooku Pies Baskerville'ów. Hound of the Baskerville - wydanie dwujęzyczne - Arthur Conan Doyle

Cytaty z ebooka Pies Baskerville'ów. Hound of the Baskerville - wydanie dwujęzyczne - Arthur Conan Doyle

Wchodzimy teraz w dziedzinę domysłów – odezwał się doktor Mortimer. – Powiedzmy raczej: w dziedzinę rozważań nad wyborem najbardziej prawdopodobnej hipotezy. Jest to naukowe wykorzystanie wyobraźni, przy czym mamy zawsze jakiś fakt, na którym możemy opierać nasze domysły.
Muszę zastanowić się nieco dłużej nad tym, co mi pan powiedział – dodał po chwili. – Niepodobna tak od razu zrozumieć wszystko i powziąć postanowienie. Chciałbym mieć chwilę spokoju dla przemyślenia tej sprawy.
a gdybyś ujrzał nagle okrytego skórą, obrośniętego człowieka, wyłażącego ze swego legowiska i zakładającego na cięciwę łuku strzałę o ostrzu z krzemienia, zdawałoby ci się, że jego obecność tam jest naturalniejsza niż twoja własna.
Stapleton może wierzyć w takie zabobony, może w to wierzyć i Mortimer. Ale co do mnie, pochlebiam sobie, że posiadam jedną zaletę – zdrowy rozsądek, i nic na świecie nie zmusi mnie do uwierzenia w taką bajkę.
Na pierwszy rzut oka pani Lyons robiła wrażenie niezwykle pięknej kobiety. Jej oczy i włosy miały ten sam kasztanowy odcień, a jej policzki o ciepłej cerze brunetki, której nie szpeciły nawet dość liczne piegi okrywał rumieniec tak delikatny jak płatki róż. Pierwszym moim wrażeniem na jej widok, powtarzam, był zachwyt. Po pewnej chwili jednak obudził się we mnie krytycyzm. Było coś w jej twarzy, co psuło tę wspaniałą urodę: czy była to pewna pospolitość w wyrazie, czy zimne spojrzenie, czy skrzywienie ust – sam sobie nie zdawałem sprawy.

Fragment ebooka Pies Baskerville'ów. Hound of the Baskerville - wydanie dwujęzyczne - Arthur Conan Doyle

Pies Baskerville'ówHound of the Baskerville

Arthur Conan-Doyle

Wydawnictwo MG

Rozdział 1Sherlock Holmes

Sherlock Holmes, który wstawał zazwyczaj bardzo późno, chyba że nie kładł się wcale spać, co zdarzało mu się dość często, siedział właśnie przy śniadaniu. Ja stałem przy kominku, oglądając laskę pozostawioną przez naszego wczorajszego gościa. Była to piękna, gruba laska z dużą gałką, pod którą znajdowała się srebrna obwódka szerokości około cala z napisem: „Jakubowi Mortimerowi M.R.C.S. od przyjaciół z C.C.H.”, oraz data „1884”.

– I cóż Watsonie sądzisz o tej lasce?

Holmes siedział odwrócony plecami, ja zaś nie zdradziłem ani gestem, ani słowem, czym byłem zajęty.

– Skąd wiesz, co ja robię? – zapytałem zdumiony. – Gotów jestem uwierzyć, że masz oczy z tyłu głowy.

– Nie, ale mam przed sobą srebrny imbryk, wypolerowany jak zwierciadło – odparł Holmes. – Powiedz mi, co myślisz o lasce naszego gościa. Skoro nie zastał nas wczoraj, a nie mamy pojęcia, jaki mógł być cel jego odwiedzin, ta przypadkowa zguba nabiera znaczenia. Niechże się dowiem, co na podstawie tej laski sądzisz o jej właścicielu?

– Sądzę – odpowiedziałem, starając się naśladować sposób rozumowania mojego towarzysza – że doktor Mortimer jest starszym, bardzo wziętym i bardzo poważnym lekarzem, skoro znajomi obdarzyli go takim dowodem uznania.

– Dobrze – odparł Holmes. – Wyśmienicie!

– Sądzę także, że najprawdopodobniej doktor Mortimer jest lekarzem wiejskim, odwiedzającym chorych przeważnie pieszo.

– Dlaczego?

– Dlatego, że ta laska, zapewne bardzo ładna, gdy była nowa, jest już tak zniszczona, iż nie wyobrażam jej sobie w rękach lekarza miejskiego. Gruba skuwka jest niemal zupełnie ścięta. Świadczy to, że doktor odbywał z tą laską długie spacery.

– Doskonale, zupełnie słusznie! – przytakiwał Holmes.

– A wreszcie jest tu jeszcze napis: „Od przyjaciół z C.C.H.”. Przypuszczam, że „C.C.H.” stanowią skrót jakiegoś miejscowego kółka łowieckiego. Doktor udzielał pewnie członkom tego koła lekarskiej pomocy, a oni, w dowód wdzięczności, ofiarowali mu ten drobny upominek.

– Doprawdy, Watsonie, przechodzisz samego siebie – rzekł Holmes. – Muszę przyznać, że we wszystkich sprawozdaniach, jakie łaskawie pisałeś o moich skromnych osiągnięciach, nie doceniłeś własnych zdolności. Nie jesteś może samym źródłem światła, lecz umiesz kierować światłem. Są ludzie, którzy, sami nie mając geniuszu, posiadają talent pobudzania go u innych.

Holmes nigdy jeszcze nie przemawiał tak do mnie. Muszę przyznać, że słowa jego sprawiły mi wielką przyjemność. Często bywałem dotknięty obojętnością Holmesa dla mego podziwu i dla moich wysiłków zmierzających do nadania rozgłosu jego metodom. Duma ogarniała mnie także na myśl, że przyswoiłem sobie jego system tak dalece, iż zdobyłem uznanie samego mistrza. Holmes wyjął mi z rąk laskę i przyglądał jej się przez kilka minut. Po czym podszedł do okna, gdzie zabrał się do badania laski przez lupę.

– Ciekawe, chociaż proste – rzekł wróciwszy na swoje ulubione miejsce na kanapie. – Dostrzegam na tej lasce parę wskazówek, które doprowadzą nas do wielu wniosków.

– Czyżby coś uszło mojej uwagi? – spytałem z pewną zarozumiałością w tonie. – Nie sądzę, żebym ominął jakiś ważny szczegół.

– Obawiam się, mój drogi, że większość twoich wniosków była mylna. Gdy mówiłem, że dodajesz mi bodźca, miałem na myśli, mówiąc szczerze, to, iż stwierdzenie twoich pomyłek doprowadziło mnie wielokrotnie do odkrywania prawdy. W tym wypadku nie mylisz się bynajmniej co do istoty rzeczy. Właściciel laski jest niewątpliwie lekarzem wiejskim i chodzi dość dużo.

– Miałem zatem słuszność.

– Pod tym względem tak.

– Ale to chyba wszystko.

– Nie, nie, mój drogi, nie wszystko… bynajmniej nie wszystko. Na przykład wydaje mi się bardziej prawdopodobne, że ofiarowany doktorowi podarunek pochodzi od pracowników szpitala, a nie od kółka łowieckiego. Toteż gdy litery „C.C.” umieścimy przed słowem „szpital”, wyrazy „Charing Cross” nasuwają się same przez się.

– Może masz słuszność.

– Moje wyjaśnienie ma wszelkie cechy prawdopodobieństwa i jeśli przyjmiemy tę hipotezę, mamy nową podstawę, która pozwoli nam odtworzyć postać naszego nieznanego gościa.

– Dobrze. Przypuszczając zatem, że C.C.H. znaczy „Charing Cross Hospital”, jakież inne wnioski stąd wysnujemy?

– Czyż nie nasuwa ci się żaden? Znasz moją metodę. Zastosuj ją!

– Jedynym wnioskiem oczywistym jest fakt, że nasz nieznajomy praktykował w mieście, zanim przeniósł się na wieś.

– Myślę, że możemy posunąć się nieco dalej w naszych przypuszczeniach. Spójrz na to z innego punktu widzenia. Przy jakiej sposobności ofiarowano Mortimerowi ten podarunek? Kiedy przyjaciele mogli w ten sposób wyrazić mu dowód swej wdzięczności i uznania? Niewątpliwie w chwili, gdy doktor opuszczał szpital, żeby rozpocząć prywatną praktykę. Wiemy już, że był to podarunek. Przypuszczamy, że doktor opuścił szpital miejski i przeniósł się na wieś. Czy zatem zbyt śmiałe byłoby nasze twierdzenie, że laskę ofiarowano mu właśnie przy pożegnaniu?

– Jest to bardzo prawdopodobne.

– A teraz zechciej zauważyć, że doktor Mortimer nie mógł należeć do składu stałych lekarzy szpitalnych. Na te stanowiska wyznaczani są tylko pierwszorzędni lekarze londyńscy, a ci nie przenoszą się na wieś. Kim był zatem? Jeżeli pracował w szpitalu, a nie należał do stałego personelu lekarskiego, to był zapewne tylko asystentem i zajmował stanowisko niewiele wyższe niż studenci ostatniego roku medycyny. Opuścił zaś szpital przed pięciu laty… masz datę na lasce. Tak więc twój poważny doktor w średnim wieku znika jak widmo, mój drogi, a na jego miejsce ukazuje się nam trzydziestoletni mężczyzna, miły, skromny, roztargniony i posiadający ulubionego psa, którego określiłbym mniej więcej jako większego od teriera, a mniejszego od buldoga.

Uśmiechnąłem się z niedowierzaniem, a Sherlock Holmes rozsiadł się wygodnie, puszczając pod sufit kółka dymu.

– Nie mam możliwości sprawdzenia tego ostatniego wywodu – rzekłem – ale nic łatwiejszego niż dowiedzieć się kilku szczegółów dotyczących wieku i kariery zawodowej doktora.

Wziąłem z mojej biblioteki „Przewodnik lekarski” i odszukałem literę M. Znalazłem kilku Mortimerów, ale tylko jeden z nich mógł być naszym gościem. Przeczytałem głośno odpowiednią notatkę:

„Mortimer Jakub, M.R.S.C.*, 1882; Grimpen, Dartmoor, Devon. Asystent-chirurg w szpitalu Charing Cross od 1882 do 1884. Laureat Nagrody Jacksona za pracę z dziedziny patologii porównawczej pt. Wpływ cech wstecznych na powstawanie pewnych chorób. Członek-korespondent Szweckiego Towarzystwa Patologicznego. Autor „Kilku kaprysów atawizmu” (The Lancet, 1882), „Czy idziemy naprzód” (Journal of Psychology, marzec 1883). Lekarz urzędowy gmin: Grimpen, Thorsley i High-Barrow.”

* Medical Royal College Surgeons – Królewska medyczna szkoła chirurgów.

– O kółku łowieckim ani wzmianki – rzekł Holmes z drwiącym uśmiechem – ale jest lekarzem wiejskim, jak to sprytnie wywnioskowałeś. Zdaje mi się, że nasze wywody się potwierdzają. Co do przymiotników określających naszego doktora, powiedziałem, jeśli się nie mylę: miły, skromny i roztargniony. Wiem z doświadczenia, że podarunki otrzymuje na tym świecie tylko człowiek miły, jedynie skromny człowiek rezygnuje z kariery londyńskiej i osiedla się na wsi, a tylko roztargniony zostawia ci laskę zamiast biletu wizytowego po godzinnym wyczekiwaniu w twoim pokoju.

– A pies?

– Pies zwykle nosi laskę swego pana. Ponieważ jest ciężka, pies mocno trzymał ją pośrodku; ślady jego kłów są wyraźnie widoczne. Wskazują one moim zdaniem, że szczęka jest za duża na teriera, a za mała na buldoga. To może… tak, do licha, to jest spaniel!

Mówiąc to Holmes chodził po pokoju, a gdy zatrzymał się przy oknie, w głosie jego nagle zabrzmiała taka stanowczość, że spojrzałem na niego zdumiony.

– Mój drogim skąd ta pewność?

– Stąd po prostu, że widzę tego psa u naszych drzwi wejściowych, a oto dzwoni jego pan. Nie odchodź, proszę cię, Watsonie. To przecież twój kolega po fachu i twoja obecność może mi się bardzo przydać. Oto dramatyczna chwila: słyszysz na schodach kroki człowieka wchodzącego w twoje życie i nie wiesz, z czym przychodzi: z dobrym czy złym. Czego może chcieć doktor Jakub Mortimer, człowiek nauki, od Sherlocka Holmesa, specjalisty w kryminalistyce?… Proszę!

Postać naszego gościa przejęła mnie zdumienie, gdyż spodziewałem się ujrzeć typowego lekarza wiejskiego. Doktor Mortimer zaś był bardzo wysoki i chudy; nos miał długi, haczykowaty, oczy szare, przenikliwe, bardzo blisko siebie osadzone iskrzyły się zza okularów w złotej oprawie. Ubrany był w strój ogólnie przyjęty przez lekarzy, choć mocno zaniedbany: surdut miał wytarty, spodnie w dole obszarpane. Jakkolwiek młody jeszcze, plecy miał zgarbione, idąc pochylał głowę, a na twarzy jego malowała się wielka dobroduszność.

Gdy spostrzegł laskę w ręku Holmesa, rzucił się ku niemu z radosnym okrzykiem.

– Co za szczęście! Nie byłem pewny, czy zostawiłem ją tutaj, czy w biurze okrętowym. Za nic na świecie nie chciałbym jej zgubić.

– Podarunek, nieprawdaż? – spytał Holmes.

– Owszem, proszę pana.

– Od pracowników szpitala Charing Cross?

– Od kilku przyjaciół w szpitalu z okazji mojego ślubu.

– Do licha! Niedobrze – odezwał się Holmes potrząsając głową.

Na twarzy doktora Mortomera pojawił się wyraz zdziwienia.

– Niedobrze? Dlaczego?

– Dlatego, że nasze wnioski okazały się mylne. Mówi pan zatem, że to podarunek z okazji ślubu?

– Tak, ożeniłem się i porzuciłem szpital. Trzeba było pomyśleć o stworzeniu własnego domu.

– Co prawda – rzekł Holmes – nie pomyliliśmy się znowu aż tak bardzo. A teraz, doktorze Jakubie Mortimer…

– Proszę mnie tak nie tytułować… jestem tylko skromnym lekarzem.

– I najwyraźniej człowiekiem o umyśle ścisłym.

– Jestem dyletantem w nauce, panie Holmes. Zbieraczem muszelek na wybrzeżach wielkiego, nieznanego oceanu. Przypuszczam, że mówię do pana Sherlocka Holmesa, nie zaś…

– Tak, a oto mój przyjaciel, doktor Watson.

– Bardzo mi przyjemnie. Słyszałem często nazwisko pana, wymieniane wespół z nazwiskiem pańskiego przyjaciela. Panie Holmes, interesuje mnie pan niesłychanie. Nie spodziewałem się zobaczyć czaszki tak dolichocefalicznej jak pańska i do tego stopnia rozwiniętych guzów nadczołowych. Czy pozwoli mi pan przesunąć palec po szwie ciemieniowym? Odlew pańskiej czaszki – dopóki oryginał jest nieosiągalny – byłby ozdobą każdego muzeum antropologicznego. Nie pragnę bynajmniej pańskiej śmierci, ale przyznaję, że na czaszkę pańską mam wielką ochotę.

Sherlock Holmes wskazał krzesło osobliwemu gościowi.

– Jest pan entuzjastą swojego zawodu, podobnie jak ja mojego – rzekł. – Widzę po pańskim palcu wskazującym, że pan samo sobie zwija papierosy. Proszę, niech się pan nie krępuje.

Gość wyjął z kieszeni bibułkę i ze zdumiewającą wprawą zwinął papierosa. Palce miał długie, zwinne i ruchliwe jak macki owada. Holmes milczał, ale bystre spojrzenia, jakimi raz po raz obrzucał naszego gościa, dowodziły jak bardzo się nim interesuje.

– Przypuszczam – odezwał się wreszcie – że nie tylko dla zbadania mojej czaszki zaszczycił mnie pan swoimi odwiedzinami wczoraj i ponownie w dniu dzisiejszym.

– Nie, proszę pana, jakkolwiek rad jestem niezmiernie, że nastręczyła mi się sposobność ku temu. Przyszedłem do pana, panie Holmes, bo orientuję się, że nie jestem człowiekiem biegłym w tych sprawach, a znalazłem się wobec niezwykle poważnego i zadziwiającego zagadnienia. Ponieważ uważam pana za drugiego specjalistę w swojej dziedzinie w Europie…

– Doprawdy? A czy wolno wiedzieć, kto ma zaszczyt być tym pierwszym? – spytał Holmes z odcieniem niezadowolenia.

– Dla człowieka o umyśle naukowca prace pana Bertillona są nieocenione.

– A więc dlaczego nie udaje się pan do niego po poradę?

– Jeśli chodzi o praktyczne podejście, pan jest jedyny. Mam nadzieję, że mimo woli nie uraziłem…

– Tylko trochę – przerwał Holmes. – Sądzę, doktorze, że najwyższy czas, aby pan wyjaśnił mi teraz dokładnie, na czym polega zagadnienie, które wymaga mojej pomocy.

Rozdział 2Przekleństwo Baskerville’ów

Mam w kieszeni rękopis – zaczął doktor Mortimer.

– Spostrzegłem to, gdy pan wszedł do pokoju – odparł Holmes.

– Rękopis ten jest bardzo stary.

– Z pierwszej połowy osiemnastego wieku, jeśli nie jest podrobiony.

– Skąd pan wie?

– Podczas rozmowy z panem miałem możność przyjrzenia się rękopisowi, którego kawałek wystawał z pańskiej kieszeni. Marny byłby to znawca, który nie umiałby określić daty dokumentu z dokładnością do dziesięciu lat. Może czytał pan moją monografię na ten temat? Rękopis pański pochodzi mniej więcej z roku 1730.

– Dokładnie z 1742 – odparł Mortimer wydobywając go z kieszeni. – Ten dokument rodzinny został mi powierzony przez sir Charlesa Baskerville’a, którego tragiczna śmierć wywołała przed trzema miesiącami takie wzburzenie w Devonshire. Pragnę nadmienić, że byłem jednocześnie jego lekarzem i przyjacielem. Był to człowiek stanowczy, przenikliwy, praktyczny i miał równie trzeźwą wyobraźnie jak i ja. Niemniej jednak traktował poważnie ten dokument i przygotowany był, że zginie w taki właśnie sposób.

Holmes wyciągnął rękę po dokument i rozłożył go sobie na kolanach.

– Zauważ, Watsonie – rzekł zwracając się do mnie – jak różnie jest pisana litera „s”. Raz „s” jest długie, raz krótkie. To jedna ze wskazówek, która pozwoliła mi określić datę.

Spojrzałem przez jego ramię na pożółkły papier i wyblakłe pismo. W nagłówku widniał napis „Baskerville Hall”, a później wielkimi, niekształtnymi cyframi: „1742”.

– Wygląda to na jakąś opowieść.

– Tak, to pewna legenda krążąca w rodzinie Baskerville’ów.

– Sądziłem, że pragnie pan zasięgnąć mojej rady w sprawie bardziej aktualnej i życiowej.

– Sprawa jest jak najbardziej aktualna i nagląca. Trzeba ją koniecznie wyjaśnić w ciągu dwudziestu czterech godzin. Rękopis ten jest krótki i ściśle z nią związany. Pozwoli pan zatem, że go przeczytam.

Holmes zagłębił się w fotelu, splótł dłonie i zamknął oczy, przybrawszy wyraz twarzy pełen rezygnacji. Doktor Mortimer odwrócił się do okna i zaczął czytać wysokim, szorstkim głosem następującą ciekawą starodawną opowieść:

„O pochodzeniu psa Baskerville’ów krążyły różne pogłoski. Ponieważ jestem jednak potomkiem w prostej linii Hugona Baskerville’a, a historię niniejszą słyszałem z ust mojego ojca, który znał ją od swego ojca, przeto spisałem ją, przekonany szczerze o jej prawdziwości. I chciałbym, synowie moi, żebyście wierzyli, że ta sama Sprawiedliwość, która karze za grzechy, umie również przebaczać miłosiernie i że nie ma tak strasznego przekleństwa na świecie, którego by nie można okupić skruchą i modlitwą. Z opowieści niniejszej zatem wyciągnijcie tę naukę, że nie należy obawiać się przekleństwa przeszłości, pod warunkiem że uniknie się w przyszłości tych ciężkich grzechów, które ściągnęły na naszą rodzinę takie nieszczęście.

Wiedzcie tedy, że w czasach wielkiej rebelii (której dzieje spisane przez wielce uczonego lorda Clarendona polecam gorąco waszej uwadze) zamek Baskerville był własnością Hugona tegoż nazwiska. Zaprzeczyć trudno iż był to człowiek szalony i bezbożny. Sąsiedzi byli mu wybaczyli owe błędy, gdyż strony te nigdy nie obfitowały w świętych, ale był on zarazem tak rozpustny i okrutny, że imię jego stało się przysłowiowe w całej okolicy. Zdarzyło się, iż ów Hugon zapałał miłością (jeśli szlachetnym tym mianem można nazwać jego nieszlachetne uczucie) do córki ziemianina, którego grunty sąsiadowały z posiadłościami Baskerville’ów. Ale młoda dziewczyna, skromnie i pobożnie wychowana, unikała wielbiciela, znając jego złą sławę.

Pewnego razu, a było to w dniu świętego Michała, ów Hugon z kilkoma towarzyszami hulanek, wtargnęli do majątku sąsiada i porwali pannę pod nieobecność jej ojca i braci. Przywiózłszy brankę do zamku, umieścili ją w jednej z górnych komnat, a sami zasiedli do uczty, by jak zwykle spędzić noc na pijatyce. Nieszczęśliwa dziewczyna była bliska obłędu słysząc dochodzące z dołu śpiewy, wrzaski i straszne przekleństwa. Mówiono bowiem, że same słowa wypowiadane przez Hugona w stanie nietrzeźwym powinny były doprowadzić go do piekła. Aż wreszcie, zdjęta śmiertelną trwogą, zdobyła się na czyn, przed którym zawahałby się najodważniejszy mężczyzna. Po bluszczu, który okrywał (i nadal okrywa) południową ścianę zamku, zsunęła się na dół i zaczęła uciekać przez moczary do swego domu oddalonego od zamku o dziewięć mil.

Wkrótce potem Hugon opuścił gości, by zanieść trochę jadła i wina swej brance – a może żywił i jakieś gorsze zamiary – ale klatkę zastał pustą, ptaszek uciekł. Wówczas, jak opętany przez diabła, zbiegł w szalonym pędzie ze schodów, wpadł do sali jadalnej, wskoczył na stół tłukąc dzbany i talerze i wobec przerażonych biesiadników zaprzysiągł głośno, iż jeśli zdoła schwytać zbiegłą dziewczynę, to jeszcze tej samej nocy zaprzeda czartu ciało i duszę. Przez chwilę obecni stali oszołomieni furią Hugona, gdy naraz jeden bardziej podły, a może bardziej pijany od innych krzyknął, żeby puścić psy gończe śladem zbiega. Wtenczas Hugon wybiegł z zamku wołając na służbę, by mu osiodłali klacz i puścili ogary z psiarni, po czym cisnął im chustkę dziewczyny, aby skierować psy na trop. I tak w świetle księżyca pościg pomknął przez moczary.

Wszystko to dokonało się z tak błyskawiczną szybkością, że biesiadnicy zrazu nie zrozumieli, co zaszło. Niebawem jednak, pomimo zamroczenia, zaczęli pojmować, że na moczarach może stać się coś strasznego. Powstał zamęt. Jedni wołali o pistolety, inni o konie, inni znów o wino. W końcu trochę oprzytomnieli i wszyscy, w liczbie trzynastu, dosiedli koni i puścili się w pogoń. Księżyc świecił jasno. Jechali szybko zwartą gromadą, kierując się w stronę domu panny.

Ujechali tak ze dwie mile, gdy spotkali nocnego pastucha i spytali go, czy nie widział pogoni. Opowieść niesie, że nieborak był oniemiały ze strachu, lecz wreszcie wykrztusił, że widział nieszczęsną dziewczynę i pędzące za nią psy.

– Ale widziałem więcej jeszcze – dodał – widziałem Hugona Baskerville’a na karej klaczy, a za nim cicho biegnącego psa o iście piekielnym wyglądzie, takiego, że niechaj mnie Bóg uchowa, abym go kiedykolwiek miał spotkać na swojej drodze.

Pijani młodzieńcy sklęli pastucha i popędzili dalej. Ale niebawem zamarli z przerażenia, gdyż nagle rozległ się tętent kopyt końskich i kara klacz, okryta pianą, minęła ich w pełnym galopie, bez jeźdźca, z luźno zwisającymi cuglami.

Zdjęci trwogą jeźdźcy zbliżyli się do siebie, lecz nie zaniechali pogoni, jakkolwiek każdy z nich, gdyby był sam, chętnie zwróciłby konia.

Jadąc wolno natrafili wreszcie na sforę psów, które, jakkolwiek znane z odwagi i wszelkich przymiotów dobrej rasy, stały zbite w gromadę, skowycząc nad krawędzią głębokiego wąwozu. Jedne zaczynały już się wymykać, inne, z najeżoną sierścią, wpatrywały się w wąwóz.

Grono mężczyzn – już niemal zupełnie trzeźwych, jak łatwo się domyślić – zatrzymało się. Większość nie miała odwagi zapuszczać się dalej, lecz trzej najśmielsi, czy też może najmniej trzeźwi, zjechali do wąwozu. Wąska gardziel rozszerzała się dalej w szeroką kotlinę, gdzie wznosiły się dwa z owych wielkich kamieni, ustawionych w zamierzchłych czasach przez mieszkańców. Kotlina tonęła w blasku księżyca. Na środku leżała bez życia nieszczęsna ofiara. Tutaj widocznie upadła i skonała ze znużenia i trwogi. Ale nie na jej widok ani na widok zwłok Hugona Baskerville’a, leżących w pobliżu, skamienieli trzej śmiałkowie. Nad trupem Hugona stał okropny potwór – czarne wielkie zwierzę podobne do psa, ale psa nigdy nie spotykanych rozmiarów. Na ich oczach potwór rozerwał gardło Hugona, a gdy zwrócił ku przybyłym swe ogniste ślepia i paszczę broczącą krwią, trzech śmiałków wrzasnęło z przerażenia i krzycząc ratowało się ucieczką przez moczary.

Powiadają, że jeden z nich umarł jeszcze tej samej nocy z przerażenia, a dwaj inni pozostali obłąkani do końca życia.

Tak brzmi, synowie moi, opowieść o pierwszym ukazaniu się psa, który od owego czasu stał się okrutną plagą naszego rodu. Spisałem tę opowieść dlatego tylko, że wzmianki i domysły wzbudzają zawsze więcej trwogi niż rzeczy dokładnie wiadome. Nie można zaprzeczyć, że wielu członków naszej rodziny zginęło śmiercią gwałtowną, nagłą i tajemniczą. Powinniśmy jednak ufać w nieskończoną dobroć Opatrzności, która rzadko kiedy karze niewinnych poza trzecim lub czwartym pokoleniem, jak mówi Pismo Święte. Polecam was, synowie moi, opiece tej Opatrzności i radzę gwoli ostrożności unikać moczarów w godzinach nocnych, kiedy panuje moc złego ducha.

(Spisał Hugon Baskerville dla synów swoich, Rodgera i Johna, zalecając wszakże, aby pod żadnym pozorem nie powtarzali opowieści powyższej siostrze swojej, Elisabeth).

Gdy doktor Mortimer skończył czytać tę niezwykłą opowieść, odsunął okulary na czoło i zwrócił spojrzenie na Sherlocka Holmesa. Ten ziewnął, cisnął niedopałek papierosa w ogień i spytał lakonicznie:

– I cóż?

– Czy cała ta historia nie wydaje się panu zajmująca?

– Owszem, dla amatora bajek.

Doktor Mortimer wyjął z kieszeni starannie złożoną gazetę.

– Teraz, panie Holmes, pokażę panu coś bardziej aktualnego. Oto numer „Devon County Chronicle” z dnia 14 czerwca tego roku, zawierający szczegóły śmierci sir Charlesa Baskerville’a zmarłego kilka dni przedtem.

Mój przyjaciel pochylił się nieco, a twarz jego przybrała wyraz skupienia. Gość poprawił okulary i zaczął.

„Nagła śmierć sir Charlesa Baskerville’a, którego w zbliżających się wyborach wymieniano jako kandydata stronnictwa liberalnego dla okręgu środkowego Devonu, pogrążyła w smutku całe hrabstwo. Jakkolwiek sir Charles mieszkał dopiero od niedawna w Baskerville Hallu, niemniej jednak ujmującym podejściem i wielką szczodrobliwością zdobył przywiązanie oraz szacunek wszystkich tych, którzy go znali.

W czasach panoszenia się „nowobogackich” przyjemnie jest widzieć, jak potomek starego, choć podupadłego rodu przywraca dawną świetność rodzinnemu gniazdu.

Sir Charles, jak wiadomo, zrobił duże pieniądze w Afryce Południowej. Roztropniejszy od tych, którzy spekulują dopóty, dopóki fortuna nie odwróci się od nich, zrealizował wszystkie swoje zyski i powrócił do Anglii. Dwa lata zaledwie minęło od chwili, kiedy zamieszkał w Baskerville Hallu, a wiadomo już było wszystkim, że nosi się z zamiarem odbudowania zamku i wprowadzenia różnych ulepszeń w swoich posiadłościach. Śmierć nie pozwoliła urzeczywistnić tych planów, powziętych na wielką skalę. Będąc bezdzietnym pragnął, by cała okolica korzystała z jego bogactw, toteż wiele osób ze względów osobistych opłakuje przedwczesny zgon naszego darczyńcy. Niejednokrotnie na łamach naszego pisma wspominaliśmy o jego szczodrych dotacjach na różne cele dobroczynne.

Śledztwo nie mogło dokładnie wyjaśnić okoliczności, które towarzyszyły śmierci sir Charlesa Baskerville’a, ale rozproszyło przynajmniej pewne pogłoski zrodzone z zabobonu. Nie ma bowiem powodów do przypuszczeń, że zaszło tu coś podejrzanego lub że śmierć nie nastąpiła z przyczyn naturalnych.

Sir Charles był wdowcem i uchodził pod pewnymi względami za dziwaka. Pomimo znacznej fortuny żył bardzo skromnie, a cała jego służba składała się jedynie z małżeństwa nazwiskiem Barrymore; mąż był lokajem, a żona gospodynią.

Zeznania ich, potwierdzone przez kilku przyjaciół, wskazują, iż od pewnego czasu sir Charles silnie niedomagał. Trapiło go cierpienie sercowe, objawiające się nagłym blednięciem, napadami duszności i ostrymi atakami nerwowymi. Doktor Jakub Mortimer, przyjaciel i lekarz zmarłego, złożył zeznanie w tym samym duchu.

Fakty są bardzo proste. Co wieczór, przed udaniem się na spoczynek, sir Charles przechadzał się po słynnej alei cisowej w Baskerville Hall. Małżonkowie Barrymore stwierdzili w swoich zeznaniach, że taki był zwyczaj ich pana.

Dnia czwartego maja sir Charles oznajmił, iż wyjeżdża nazajutrz do Londynu i polecił Barrymore’owi, aby mu zapakował rzeczy. Wieczorem wyszedł na zwykłą przechadzkę, podczas której zawsze palił cygaro.

Z przechadzki tej już nie powrócił.

O północy Barrymore widząc, że drzwi do hallu są jeszcze otwarte, zaniepokoił się i zapaliwszy latarnię, poszedł szukać swego pana.

Dzień był dżdżysty, odnaleziono więc z łatwością ślady stóp sir Charlesa na rozmiękłej ziemi alei. Mniej więcej w jej połowie znajduje się furtka prowadząca na moczary. Głębsze w tym miejscu ślady wskazywały, że sir Charles zatrzymał się tutaj na chwilę. Następnie udał się widocznie dalej, ponieważ zwłoki jego znaleziono na samym końcu alei.

Pewien szczegół zeznania Barrymore’a pozostaje jeszcze nie wyjaśniony: kształt stóp zmienił się z chwilą, kiedy sir Charles Baskerville minął furtkę. Wyglądało na to, że szedł dalej na palcach.

Niejaki Murphy, Cygan, handlarz koni, znajdował się wówczas w pobliżu na moczarach, lecz jak sam zeznał, był kompletnie pijany. Oświadczył wszakże, iż słyszał krzyki, ale nie widział, skąd dochodziły. Na zwłokach sir Charlesa nie stwierdzono żadnych śladów obrażeń, jakkolwiek zeznanie lekarza wspomina o niezwykłym, wprost konwulsyjnym wykrzywieniu twarzy – wykrzywieniu tak strasznym, że zrazu doktor Mortimer nie chciał wierzyć, że ma istotnie przed sobą swego pacjenta i przyjaciela. Wyjaśniono jednak, że jest to objaw pojawiający się często w przypadku dusznicy i śmierci spowodowanej atakiem serca. Oględziny zwłok pozwoliły na taką właśnie diagnozę, a sędzia śledczy potwierdził wyjaśnienie lekarskie.

Radzi jesteśmy z takiego wyniku śledztwa. Spadkobierca sir Charlesa powinien jak najprędzej osiąść na zamku i prowadzić dalej w tak tragiczny sposób przerwane dzieło swego poprzednika. Gdyby trzeźwy werdykt sędziego nie zniweczył ostatecznie romantycznych opowieści krążących w związku z tą śmiercią, trudno byłoby znaleźć nowego pana dla Baskerville Hall.

Najbliższym krewnym zmarłego jest – jeżeli jeszcze żyje – pan Henry Baskerville, syn najmłodszego brata sir Charlesa. Gdy ostatnio o nim słyszano, przebywał w Ameryce. Podjęto odpowiednie kroki celem znalezienia go i zawiadomienia o dziedzictwie, jakie mu przypadło w udziale.”

Doktor Mortimer złożył gazetę i schował ją do kieszeni.

– Tak przedstawiają się, panie Holmes, fakty podane do publicznej wiadomości – rzekł.

– Dziękuję panu – odparł Holmes – za zwrócenie mojej uwagi na sprawę, która pod wielu względami jest niewątpliwie interesująca. Swego czasu czytałem o niej kilka wzmianek w prasie, ale byłem wówczas całkowicie pochłonięty sprawą watykańskich kamieni. Oddając swoje usługi papieżowi przestałem na razie interesować się tym, co się działo w Anglii. Powiada pan, że artykuł ten zawiera wszystkie publicznie znane fakty.

– Tak.

– Niech mi pan poda nieznane. – Holmes zagłębił się znów w fotelu, splótł dłonie, a twarz jego przybrała wyraz powagi i skupienia.

– Aby uczynić zadość pańskiemu żądaniu – powiedział doktor Mortimer okazując coraz silniejsze zdenerwowanie – opowiem panu to, z czego nie zwierzyłem się dotąd nikomu. Zataiłem to przed sędzią, bo człowiekowi nauki trudno przyznać się publicznie do wiary w zabobony. Nadto kierował mną też i ten wzgląd, wspomniany w artykule, że Baskerville Hall pozostałby bezpański, gdyby coś jeszcze wzmocniło ponurą sławę tej siedziby. Dla tych dwóch przyczyn uważałem za stosowne powiedzieć mniej, niż wiedziałem; ale z panem chcę być zupełnie szczery.

Okolica moczarów jest bardzo rzadko zaludniona, dlatego też sąsiedzi pozostają w bliskich ze sobą stosunkach. Oto przyczyna mojej zażyłości z sir Charlesem Baskerville’em. Z wyjątkiem pana Franklanda w Lafter Hall i pana Stapletona, przyrodnika, nie ma w promieniu kilku mil innych ludzi wykształconych.

Sir Charles lubił samotność, ale choroba jego zbliżyła nas, a wspólne zainteresowania naukowe utrwaliły to zbliżenie. Podczas swoich podróży po Afryce Południowej zdobył dużo ciekawych wiadomości i spędziliśmy razem niejeden miły wieczór, rozprawiając o anatomii Buszmenów i Hotentotów.

W ciągu ostatnich kilku miesięcy dostrzegłem u sir Charlesa wzmagające się rozdrażnienie nerwowe. Przejął się on do tego stopnia legendą, którą przeczytałem przed chwilą, że nic na świecie nie mogło go zmusić do wyjścia w nocy poza teren parku. Jakkolwiek wyda się to panu nieprawdopodobne, niemniej jednak sir Charles był święcie przekonany, iż okrutny los ciąży nad jego rodem, a kroniki rodzinne tylko tę wiarę wzmacniały.

Myśl o ciągłej obecności jakiegoś ducha ścigała go nieustannie. Często zapytywał mnie, czy podczas moich nocnych wizyt lekarskich nie dostrzegłem nigdy jakiejś niezwykłej postaci i czy nie słyszałem szczekania psa. Ostatnie pytanie zadawał mi wielokrotnie, i to zawsze drżącym ze wzruszenia głosem.

Przypominam sobie doskonale drobny wypadek, który się zdarzył na kilka tygodni przed jego śmiercią. Zajechałem pewnego wieczoru przed zamek i zastałem sir Charlesa na ganku. Zeskoczyłem z dwukółki i podszedłem do niego, by się przywitać, gdy naraz zauważyłem, ze wpatruje się w coś za moimi plecami z wyrazem okropnego przerażenia. Odwróciłem się i dostrzegłem jeszcze na skręcie drogi coś nieokreślonego; zdawało mi się, że było to wielkie czarne cielę. Sir Charles był tym zjawiskiem tak wzburzony i zaniepokojony, że uważałem za swój obowiązek udać się na poszukiwanie zwierzęcia. Ale zniknęło bez śladu. Zdarzenie to wywarło na moim przyjacielu straszne wrażenie. Spędziłem z nim cały wieczór i wówczas, aby wyjaśnić mi swoje wzburzenie, powierzył mojej pieczy rękopis, który panu przeczytałem. Wspomniałem o tym drobnym zajściu dlatego tylko, że nabiera ono pewnego znaczenia ze względu na późniejszą tragedię; wtenczas nie przywiązywałem do niego żadnej wagi i uważałem, że wzburzenie mego przyjaciela nie jest niczym usprawiedliwione.

Na skutek moich nalegań sir Charles postanowił pojechać do Londynu. Wiedziałem, że ma wadę serca, a nieustający niepokój – choćby nawet bezpodstawny – oddziaływał ujemnie na jego zdrowie. Sądziłem, że kilkumiesięczny pobyt w Londynie i rozrywki miejskie wpłyną na niego uspakajająco, a pan Stapleton, nasz wspólny przyjaciel, podzielał moje zdanie. W ostatniej chwili przed wyjazdem, nastąpiła ta straszna katastrofa.

Tej nocy, gdy zmarł sir Charles, Barrymore, jego lokaj, przysłał po mnie chłopca stajennego Perkinsa, a ponieważ jeszcze nie spałem, w godzinę po wypadku byłem już w Baskerville Hall. Stwierdziłem osobiście wszystkie fakty wspomniane podczas śledztwa: zbadałem ślady kroków w alei cisowej, obejrzałem miejsce przy furtce, gdzie mój przyjaciel się zatrzymał, zauważyłem zmianę kształtu śladów począwszy od tego miejsca, widziałem że poza nimi nie ma innych śladów prócz tych, które pozostawił Barrymore, potem zbadałem uważnie zwłoki, których przede mną jeszcze nikt nie dotknął. Sir Charles leżał twarzą do ziemi, ręce miał rozkrzyżowane, palce zaciśnięte kurczowo, a rysy tak wykrzywione, że nie odważyłbym się stwierdzić pod przysięgą jego tożsamości. Na ciele nie znalazłem żadnych obrażeń. Wszelako na śledztwie Barrymore złożył jedno nieścisłe zeznanie. Powiedział, że w sąsiedztwie zwłok nie było żadnych śladów. Nie widział ich. Ja jednak dostrzegłem… choć w pewnej odległości, lecz świeże i wyraźne.

– Ślady kroków?

– Tak, ślady kroków.

– Mężczyzny czy kobiety?

Doktor Mortimer spoglądał na nas przez chwilę szczególnym wzrokiem, po czym, szeptem niemal, odpowiedział:

– Panie Holmes, to były ślady łap olbrzymiego psa.

Rozdział 3Problem

Przyznaję, że słowa te przejęły mnie dreszczem. Głos doktora Mortimera drżał także, znać było, że poruszyło go jego własne opowiadanie. Holmes pochylił się ku niemu z błyskiem w oczach, który był dowodem żywego zainteresowania.

– Czy pan to naprawdę widział? – zapytał.

– Tak dokładnie, jak widzę pana w tej chwili.

– I nic pan o tym nie mówił?

– Dlaczegóż miałbym o tym mówić?

– Jak to się stało, że nikt poza panem tego nie zauważył?

– Ślady znajdowały się o jakieś dwadzieścia metrów od ciała i nikt nie zwrócił na nie uwagi. Gdybym nie znał tej legendy, pewnie też bym ich nie dostrzegł.

– Czy na moczarach nie spotyka się wielu owczarków?

– Niewątpliwie, ale to nie był owczarek.

– Twierdzi pan, że pies był wielki?

– Olbrzymi!

– I nie zbliżył się do ciała?

– Nie.

– A jaka była wtedy pogoda?

– Było wilgotno i zimno.

– Czy padał deszcz?

– Nie.

– Jak wygląda aleja cisowa?

– Tworzy ją gęsty cisowy szpaler wysokości ponad trzech metrów. Środkiem biegnie drużka szerokości dwóch i pół metra.

– Czy jest coś miedzy żywopłotem a ścieżką?

– Tak, po obu stronach jest pas trawy szeroki na dwa metry.

– Mówił pan, że w alei cisowej znajduje się furtka.

– Tak, można przez nią pójść na moczary.

– A czy nie ma żadnego innego wyjścia?

– Nie.

– To znaczy, że do alei cisowej można się dostać tylko z domu lub przez furtkę.

– Można jeszcze wejść przez altanę stojącą przy końcu alei.

– Czy sir Chaeles doszedł aż do tego miejsca?

– Nie, znaleziono go o jakieś pięćdziesiąt metrów od altany.

– Teraz niech mi pan powie, doktorze, a jest to szczegół wielkiej wagi, czy ślady, jakie pan dostrzegł, znajdowały się na ścieżce czy na trawie?

– Na trawie ślady byłyby niewidoczne.

– Czy były one po tej samej stronie co furtka?

– Tak, i to na samym skraju ścieżki.

– Zaciekawia mnie pan niezmiernie. A czy furtka była zamknięta?

– Zamknięta na kłódkę.

– Jakiej wysokości jest ta kłódka.

– Nieco ponad metr.

– Więc można się przez nią przedostać.

– Z łatwością.

– Czy dostrzegł pan coś godnego uwagi przy furtce?

– Nic szczególnego.

– Na litość boską! Czy nikt tego miejsca nie badał?

– Badałem je osobiście.

– I nic pan nie odkrył?

– Sir Charles stał w tym miejscu od pięciu do dziesięciu minut.

– Z czego pan to wywnioskował?

– Zobaczyłem na ziemi popiół dwa razy strząśnięty z cygara.

– Doskonale – powiedział Holmes. – Watsonie, znaleźliśmy godnego nas kolegę… ale jakie tam były ślady?

– Było dużo śladów sir Charlesa. Innych nie zauważyłem.

Sherlock Holmes uderzył się niecierpliwie ręką po kolanie.

– Ach! Gdybym ja tam był! – zawołał. – Wypadek przedstawia się niezmiernie interesująco i daje szerokie pole do popisu specjaliście w tej dziedzinie. Ślady na pisku, z których mógłbym tyle wyczytać, zatarł deszcz i buty ciekawych wieśniaków. Och! Doktorze, doktorze, dlaczego mnie pan wtedy nie wezwał? Zawinił pan bardzo!

– Nie mogłem wezwać pana nie wyjawiając tych wszystkich szczegółów, a podałem już powody, dla których wolałem milczeć. Zresztą… zresztą…

– Dlaczego się pan waha?

– Są okoliczności, w których najbardziej bystry i doświadczony detektyw nic poradzić nie może.

– Czy pan przypuszcza, że mamy do czynienia z czymś nadprzyrodzonym?

– Tego nie powiedziałem.

– Ale niewątpliwie tak pan myśli.

– Po tej tragedii opowiadano mi różne historie, które trudno jest uznać za naturalne zjawiska.

– Na przykład?

– Dowiedziałem się, że przed tą straszną nocą kilka osób widziało na moczarach zwierzę, będące jak gdyby wcieleniem złego ducha rodu Baskerville’ów. Zwierzę to nie da się zaliczyć do żadnego znanego gatunku. Wszyscy twierdzą zgodnie, że był to wielki potwór buchający ogniem, upiorny. Wypytywałem tych ludzi: trzeźwo myślącego wieśniaka, kowala, farmera. Wszyscy jednakowo odmalowali złowrogie zjawisko, które dokładnie odpowiada opisowi piekielnego psa z legendy. Trwoga panuje w całej okolicy i tylko człowiek wielkiej odwagi ośmieliłby się zapuścić w nocy na moczary.

– A pan, człowiek nauki, wierzy, że jest tu coś nadprzyrodzonego?

– Sam nie wiem, co mam o tym sądzić.

Holmes wzruszył ramionami.

– Dotychczas – rzekł – ograniczałem swoje badania do spraw ziemskich. W miarę moich skromnych możliwości walczyłem ze złem, ale wypowiedzenie walki piekielnym mocom byłoby zadaniem przerastającym moje ambicje. Musi pan jednak przyznać, że ślady były materialne.

– Pies z opowieści był o tyle stworzeniem materialnym, że zdołał rozerwać człowiekowi gardło, a jednak pochodzenie jego jest piekielne.

– Widzę, że przeszedł pan na stronę ludzi wierzących w zjawiska nadprzyrodzone. Teraz proszę powiedzieć, jeśli pan w to wierzy, dlaczego przyszedł pad do mnie po poradę? Mówi pan, iż nie należy badać przyczyn, które spowodowały śmierć Charlesa Baskerville’a, i jednocześnie prosi mnie pan, bym to uczynił.

– Nie, ja pana o to nie prosiłem.

– W jaki sposób więc mogę panu pomóc?

– Chciałem prosić, aby mi pan poradził, jak się mam zachować wobec sir Hanry’ego Baskerville’a, który przybywa na dworzec Waterloo – tu doktor Mortimer wyjął zegarek – za godzinę i kwadrans.

– Czy to on jest spadkobiercą majątku?

– Tak. Po śmierci sir Charlesa poszukiwaliśmy tego młodego człowieka i dowiedzieliśmy się, że zajmował się rolnictwem w Kanadzie. Wiadomości zaczerpnięte o nim są najzupełniej zadawalające. W tej chwili mówię jako wykonawca testamentu sir Charlesa Baskerville’a.

– Czy nie ma innych spadkobierców?

– Nie, jedyny krewny, którego ślad odnaleziono, nazywał się Rodger Baskerville; był on młodszym bratem sir Charlesa. Drugi brat, który umarł młodo, pozostawił tylko jednego syna, Henryka. Rodgera uważano zawsze w rodzinie za parszywą owcę. Był on uosobieniem Baskerville’ów dawnego typu i – jak mnie zapewniano – żywym portretem owego Hugona. W Anglii grunt zaczął mu się palić pod nogami, uciekł więc do Ameryki Środkowej, gdzie umarł na żółtą febrę w 1876 roku. Sir Henry jest więc ostatnim potomkiem rodu Baskerville’ów. Za godzinę i pięć minut mam się z nim spotkać na dworcu Waterloo. Telegrafował do mnie z Southampton, że przyjechał dziś rano. Cóż więc mam czynić, panie Holmes?

– Dlaczegóż nowy spadkobierca nie miałby zamieszkać w siedzibie swoich przodków?

– Wydaje się to rzeczą zupełnie naturalną, nieprawdaż? Jednak trzeba sobie uprzytomnić, że wszyscy członkowie rodziny Baskerville’ów, którzy mieszkali w tym zamku, zginęli śmiercią gwałtowną. Mam to przekonanie, że gdyby sir Charles mógł rozmawiać ze mną przed śmiercią, byłby mi usilnie polecał, abym nie wprowadzał do tego nieszczęsnego domu ostatniego potomka jego rodziny i spadkobiercy olbrzymiego majątku. Lecz z drugiej strony trudno zaprzeczyć, że dobrobyt całej biednej okolicy zależy w dużej mierze od obecności sir Henry’ego; wszystkie ulepszenia, jakie wprowadził sir Charles, byłyby stracone, gdyby zamek stał pusty. Przyszedłem więc prosić pana o zdanie i radę, gdyż lękam się, aby własny interes nie wpłynął na moją decyzję.

Holmes zastanawiał się przez chwilę, wreszcie rzekł:

– Mówiąc bez ogródek, uważa pan, że jakieś diabelskie moce czynią Dartmoor niebezpiecznym miejscem dla członka rodziny Baskerville’ów. Czy takie jest pańskie zdanie?

– Czyż nie ma do tego podstaw?

– Nie przeczę. Ale jeżeli pańska nadprzyrodzona teoria jest prawdziwa, zło zagraża mu tak samo w Londynie, jak i w Devonshire. Trudno sobie wyobrazić diabła, którego zakres władzy sięgałby tylko granic jednej parafii.

– Zapatrywałby się pan, panie Holmes, poważniej na te zagadnienia, gdyby pan miał osobiście z nimi do czynienia. Uważa pan więc, że ten młody człowiek nie jest narażony na większe niebezpieczeństwo w Devonshire niż w Londynie. Przyjeżdża za pięćdziesiąt minut. Co mi pan radzi?

– Radzę panu wziąć powóz, zawołać swojego psa, który drapie do moich drzwi, i podążyć na spotkanie z sir Henrym Baskerville’em na dworzec Waterloo.

– No a potem?

– Potem nie powie mu pan nic, dopóki ja nie powezmę decyzji w tej sprawie.

– Czy to długo potrwa?

– Dwadzieścia cztery godziny. Doktorze, bardzo proszę, żeby pan zechciał mnie odwiedzić jutro o dziesiątej rano. Byłoby wielce wskazane, aby pan przyprowadził ze sobą sir Henry’ego.

– Nie omieszkam tego uczynić, panie Holmes.

Doktor Mortimer zapisał godzinę spotkania i wyszedł pośpiesznie, z wyrazem dziwnego roztargnienia na twarzy.

Holmes zatrzymał go na schodach.

– Jeszcze jedno pytanie, doktorze. Mówił pan, że przed śmiercią sir Charlesa Baskerville’a kilka osób widziało na moczarach to dziwne zjawisko.

– Tak, trzy osoby.

– A czy widziano je i później?

– Nie słyszałem o tym.

– Dziękuję panu. Do widzenia.

Holmes powrócił na fotel z wyrazem wewnętrznego zadowolenia, malującym się na twarzy, co było oznaka, że ma przed sobą ciekawą robotę.

– Czy wychodzisz, Watsonie? – zapytał.

– Tak, a może jestem ci potrzebny?

– Nie, drogi przyjacielu, pomoc twoja będzie mi potrzebna dopiero w chwili działania. Wiesz, że to wspaniała sprawa i pod niektórymi względami jedyna w swoim rodzaju. Jak będziesz przechodził koło sklepu Bradleya, powiedz proszę, żeby mi przysłał funt najmocniejszego tytoniu. Byłbym ci wdzięczny, gdybyś pozostawił mnie samego aż do wieczora. Jak wrócisz, porównamy nasze wrażenia o tej ciekawej zagadce, którą nam dał do rozwiązania Mortimer.

Wiedziałem, że samotność była konieczna dla mego przyjaciela w momentach koncentracji myślowej. Rozważał on wtedy każdy szczegół sprawy, budował różne teorie, zbijał je kolejno i segregował fakty według ich ważności. Wobec tego spędziłem cały dzień w moim klubie i dopiero wieczorem wróciłem na Baker Street. Dochodziła dziewiąta, gdy znalazłem się znów w gabinecie Sherlocka Holmesa.

Gdy otworzyłem drzwi, zdawało mi się, że się pali, bo w pokoju było aż ciemno od dymu.

Gdy wszedłem, ochłonąłem z przestrachu, był to bowiem tylko dym tytoniowy, który zaczął mnie drapać w gardle wywołując nieprzyjemny kaszel. Poprzez gęste obłoki dymu dostrzegłem Holmesa, z czarną fajką w zębach, otulonego w szlafrok i zagłębionego w ulubionym fotelu. Dookoła niego leżały zwoje papierów.

– Zaziębiłeś się, Watsonie? – zapytał.

– Nie, to ten trujący dym.

– A rzeczywiście, dym jest dość gęsty…

– Gęsty! Ależ tu nie można oddychać!

– No to otwórz okno. Założyłbym się, że cały ten czas przesiedziałeś w klubie.

– Mój drogi…

– Czy zgadłem?

– Naturalnie, ale jakim sposobem…

Holmes roześmiał się widząc moje zdumienie.

– Rozczulająca jest twoja naiwność – rzekł. – Zawsze sprawia mi przyjemność korzystanie z moich skromnych możliwości dla zabawienia się twoim kosztem. Pomyśl tylko, pewien dżentelmen, który nie ma serdecznych przyjaciół, wychodzi podczas deszczu i słoty, a wraca mając nieskazitelnie lśniący cylinder i buty. Musiał zatem spędzić cały dzień pod dachem. Gdzie mógł być? Czy to nie jest jasne?

– Raczej tak.

– W świecie jest dużo rzeczy jasnych, na które jednak nie zwraca się uwagi. A jak ci się zdaje, gdzie ja byłem?

– Zdaje mi się, że także nie ruszyłeś się z miejsca.

– Mylisz się… byłem w Devonshire.

– Ale tylko myślami?

– Oczywiście, ciało moje nie ruszało się z tego fotela i wchłonęło bez współudziału mojej myśli, co stwierdzam z żalem, dwa duże dzbanki kawy i niezmierną ilość tytoniu. Po twoim odejściu posłałem do Stanforda po mapę tej części moczarów i duch mój błądził po nich cały dzień. Pochlebiam sobie, że mógłbym już tam teraz wędrować bez przewodnika.

– Czy jest to mapa o dużej skali?

– Bardzo dużej.

Holmes rozwinął jedną z map i rozłożył ją na kolanach.

– Oto obszar, o który nam chodzi – rzekł. – Tu pośrodku znajduje się Baskerville Hall.

– Okolony lasem?

– Tak. Jakkolwiek aleja cisowa nie jest tu nazwana, przypuszczam, że biegnie wzdłuż tej linii, a moczary znajdują się po prawej stronie. Tu, ten szereg domów, to wioska Grimpen, gdzie mieszka nasz przyjaciel, doktor Mortimer. Widzisz, że w promieniu pięciu mil osiedla ludzkie są rzadko rozrzucone. Tu jest posiadłość Lafter Hall, o której wspomina stary rękopis. A ten oto dom należy pewnie do przyrodnika Stapletona, jeżeli dobrze pamiętam jego nazwisko. Wreszcie są tu dwie farmy; High Tor i Foulmire. O czternaście mil stamtąd wznosi się więzienie Princetown. Dookoła i pomiędzy tymi punktami ciągną się ponure i puste moczary. Tu właśnie rozebrał się dramat, który może uda nam się odtworzyć.

– To wygląda na bardzo dzikie miejsce.

– Tak, tło jest odpowiednie. Gdyby diabeł chciał się mieszać do ludzkich spraw…

– A więc i ty przypuszczasz, że istnieją jakieś potęgi nadprzyrodzone?

– A czyż diabeł nie może się posługiwać pomocnikami z krwi i kości? Od początku dwa pytania nasuwają mi się na myśl: czy popełniono tu zbrodnię? Oraz: jakiego to rodzaju zbrodnia i w jaki sposób ją popełniono? Jeżeli przypuszczenia doktora Mortimera, że mamy do czynienia z siłami nadprzyrodzonymi są słuszne, to oczywiście zaniechamy dalszych badań. Ale musimy przeanalizować wszystkie inne hipotezy, zanim zatrzymamy się na tej ostatniej. Proszę, zamknij teraz okno. Może to dziwne uprzedzenia, ale wydaje mi się, że duszna atmosfera dopomaga do zebrania myśli; co prawda nie doszedłem jeszcze do tego, by izolować się całkowicie przy myśleniu, choć byłoby to logiczne z punktu widzenia moich zasad. No, a ty czy zastanawiałeś się nad tą sprawą?

– Myślałem o niej wiele w ciągu dnia.

– I jakie jest twoje zdanie?

– Że jest wyjątkowo zagmatwana.

– Rzeczywiście, ma swoisty charakter i tyle niezwykłych cech. Na przykład ta zmiana w śladach stóp. Jak to sobie tłumaczysz?

– Mortimer twierdzi, że sir Charles Baskerville szedł na palcach po tej części alei.

– Powtarza tylko zeznanie jakiegoś idioty w czasie śledztwa. Dlaczego Baskerville miałby iść na palcach?

– A więc?

– On musiał biec, biec z rozpaczliwym wysiłkiem, biec, by ocalić swe życie, dopóki nagły atak serca nie powalił go na ziemię.

– A dlaczego biegł?

– W tym właśnie tkwi zagadka. Z niektórych oznak wnoszę, że był już przerażony do najwyższego stopnia, zanim zaczął uciekać.

– Na czym opierasz swój wniosek?

– Przypuszczam, że powód jego przestrachu znajdował się na moczarach. Wydaje mi się prawdopodobne, gdyż tylko człowiek oszalały ze strachu może uciekać nie w stronę domu, lecz w stronę przeciwną. Jeżeli można wierzyć opowiadaniu Cygana, sir Charles biegł, wołając o pomoc, w kierunku, skąd najmniej mógł spodziewać się pomocy. A teraz pytanie, na kogo czekał tej nocy i dlaczego czekał w alei cisowej, a nie w domu?

– Czy sądzisz, że czekał na kogoś?

– Sir Charlesa Baskerville był człowiekiem starym i niedołężnym. Można by jeszcze zrozumieć, że wyszedł wieczorem na spacer, gdyby nie to, że wówczas było wilgotno i zimno; czy jest zatem prawdopodobne, aby sir Charles stał na jednym miejscu pięć czy dziesięć minut, jak to na podstawie popiołu z cygara wywnioskował znakomicie doktor Mortimer?

– Przecież sir Charles wychodził na spacer co wieczór.

– Nie wydaje mi się prawdopodobne, aby do wieczór czekał przy furtce prowadzącej na moczary. Przeciwnie, wszyscy zgodnie zeznają, że sir Charles unikał moczarów, a tej nocy znalazł się tam właśnie. Nazajutrz miał jechać do Londynu. Sprawa przedstawia się teraz jaśniej. Watsonie, czy mogę cię prosić o moje skrzypce? Odłóżmy dalsze rozważania nad tą sprawą do jutrzejszego spotkania z doktorem Mortimerem i sir Henry’m Baskerville’em.

Rozdział 4Sir Henry Baskerville

Następnego ranka zjedliśmy śniadanie bardzo wcześnie i Sherlock Holmes oczekiwał w szlafroku na przybycie gości. Stawili się punktualnie – z wybiciem godziny dziesiątej ukazał się doktor Mortimer wraz z młodym baronetem.

Baronet miał około trzydziestki. Był mężczyzną niskiego wzrostu, krępej budowy, o żwawych ruchach. Miał piwne oczy i energiczny, zawzięty wyraz twarzy. Miał na sobie ubranie z rudawego tweedu. Ogorzała cera dowodziła, że spędzał większą część życia na świeżym powietrzu. Spokojny a zarazem swobodny sposób bycia wskazywał, że jest dżentelmenem.

– Przedstawiam sir Henry’ego Baskerville’a – rzekł doktor Mortimer.

– To ja – dodał młody człowiek. – A co dziwniejsze, panie Holmes, to fakt, że gdyby mój przyjaciel doktor Mortimer nie zaproponował mi złożenia panu wizyty dziś rano, byłbym sam przyszedł do pana. Jeśli się nie mylę, rozwiązuje pan różne łamigłówki, a ja dzisiaj rano dostałem do rozwiązania taką, która przekracza moje możliwości.

– Proszę, niech pan spocznie, sir Henry – rzekł Holmes. – Czy dobrze zrozumiałem, że miał pan jakąś niezwykłą przygodę po przyjeździe do Londynu?

– Nic ważnego. Wygląda mi to raczej na żart. Oto list, jeśli to, co otrzymałem dziś rano, można nazwać listem.

Sir Henry położył kopertę na stole. Zbliżyliśmy się wszyscy, by się jej lepiej przyjrzeć. Była to pospolita szara koperta. Adres napisany niewprawną ręką brzmiał: „Sir Henry Baskerville, hotel Northumberland.” Na kopercie był stempel pocztowy „Charing Cross” i data z dnia poprzedniego.

– Czy ktoś wiedział, że pan się zatrzyma w hotelu Northumberland? – zapytał Holmes patrząc uważnie na gościa.

– Nie, nikt nie mógł tego wiedzieć, gdyż zdecydowałem się na ten hotel dopiero po spotkaniu z doktorem Mortimerem.

– Zapewne doktor Mortimer tam się zatrzymał?

– Nie, ja mieszkam u znajomych – odpowiedział doktor – nie można więc było przewidzieć, że udamy się do tego hotelu.

– Hm! – mruknął Sherlock Holmes. – Zdaje mi się, że ktoś bardzo interesuje się pańską osobą. – Holmes wyjął z koperty pół arkusza papieru złożonego na czworo.

Rozłożył papier na stole; na środku arkusza znajdowało się tylko jedno zdanie, ułożone z naklejonych wydrukowanych słów. Zdanie to brzmiało:

„Jeśli cenisz swoje życie, trzymaj się z dala od moczarów.”

Jeden tylko wyraz: „moczarów”, napisany był atramentem.

– Może mi pan objaśni, panie Holmes – zapytał się sir Henry Baskerville – co to wszystko znaczy i kto może się mną tak żywo interesować?

– Co pan myśli o tym, doktorze? Musi pan przyznać, że nie ma w tym nic nadprzyrodzonego.

– Nie przeczę. Ale czy tej przestrogi nie mógł przesłać ktoś, kto jest przekonany, że jednak jest w tym coś nadprzyrodzonego.

– W czym? – zapytał żywo sir Henry. – Zdaje mi się, że panowie znacie lepiej ode mnie moje sprawy.

– Zanim pan wyjdzie z tego pokoju – odpowiedział Sherlock Holmes – będzie pan wiedział to wszystko, co i my. Przyrzekam to panu. A teraz, jeżeli pan pozwoli, zajmiemy się tym ciekawym dokumentem. Został on niewątpliwie zredagowany i wysłany wczoraj wieczorem. Czy masz Watsonie, wczorajszego „Timesa”?

– Leży w kącie.

– Podaj mi go, proszę, chcę przejrzeć strony redakcyjne. – Holmes szybko przebiegł wzrokiem po kolumnach. – Jest tu świetny artykuł o wolnym handlu – rzekł. – Pozwólcie, że wam przeczytam urywek:

„Na podstawie wiadomości, krążących obecnie, możesz sobie wyobrażać, że twoje własne przedsiębiorstwo handlowe czy też przemysłowe zyska przez wprowadzenie ceł ochronnych. Trzymaj się jednak z dala od takich poglądów i nie zgadzaj się na tego rodzaju ustawy i zarządzenia, jeśli cenisz ogólny dobrobyt kraju, a tym samym i swoje spokojne życie.”

– Jakie jest twoje zdanie o tym artykule, Watsonie? – zawołał wesoło Holmes, zacierając ręce z widocznym zadowoleniem.

Doktor Mortimer spojrzał na Holmesa z zawodowym zainteresowaniem, a sir Henry utkwił we mnie wzrok pełen zdumienia.

– Nie znam się na cłach i temu podobnych rzeczach – rzekł sir Henry. – Ale wydaje mi się, że odbiegliśmy nieco od tematu.

– Przeciwnie, sir Henry, nie odbiegliśmy ani trochę. Watson zna lepiej od pana moje metody, ale obawiam się, że nawet on nie zrozumiał, o co mi chodzi w przytoczonym ustępie.

– Przyznaję – odparłem – nie widzę żadnego związku.

– A jednak, mój drogi, istnieje bardzo ścisły związek: „Trzymaj się”, „z dala od”, „jeśli cenisz”, „swoje”, „życie”. Czy nie rozumiesz teraz, skąd pochodzą te słowa?

– Do licha! Ma pan rację! – zawołał sir Henry. – Ależ to błyskotliwe!

– Gdyby nawet istniały jeszcze jakieś wątpliwości – ciągnął dalej Holmes – to przekreśla je fakt, że wyrazy „trzymaj się” i „jeśli cenisz” są wycięte w jednym kawałku.

– Doprawdy, panie Holmes, to mi się nie mieści w głowie – rzekł doktor Mortimer, spoglądając ze zdumieniem na mego przyjaciela. – Domyślić się, że zdanie jest wycięte z gazety, nietrudno, ale wiedzieć z jakiej gazety, a nawet z jakiego artykułu, to jest godne podziwu! Jakim sposobem pan to odgadł?

– Przypuszczam doktorze, że potrafi pan odróżnić czaszkę Murzyna od czaszki Eskimosa?

– Naturalnie, że potrafię.

– Ale w jaki sposób?

– Przecież to moja specjalność. Różnice same rzucają się w oczy. Kość czołowa, kąt twarzowy, krzywa szczękowa i…

– A to znów dotyczy mojej specjalności: różnica między drukiem „Timesa” a drukiem jakiejś marnej gazety jest dla mnie równie oczywista, jak dla pana różnica między Murzynem a Eskimosem. Znajomość czcionek drukarskich jest jedną z podstawowych umiejętności specjalisty od spraw kryminalnych. Przyznaję, że gdy byłem jeszcze bardzo młody, zdarzyło mi się raz pomylić „Leeds Mercury” z „Western Morning News”. Ale druk stron redakcyjnych „Timesa” jest tak charakterystyczny, że wykluczam pomyłkę: wyrazy te nie mogły być wycięte z żadnej innej gazety. Ponieważ zrobiono to wczoraj, szukałem zatem w numerze wczorajszym.

– Więc ktoś wyciął te słowa nożyczkami? – zapytał sir Henry Baskerville.

– Tak, nożyczkami od paznokci – potwierdził Holmes. – Ostrze ich musiało być bardzo krótkie, gdyż znać dwa cięcia przy wyrazach: „Trzymaj się” i „jeśli cenisz”.

– Słusznie. Więc ktoś wycinał te słowa małymi nożyczkami i następnie przylepiał je klejem.

– Nie. Gumą arabską – poprawił Holmes.

– No, niech będzie gumą. Ale nich mi pan wytłumaczy, dlaczego słowo „moczarów” jest napisane atramentem?

– Dlatego, że tego słowa nie ma w artykule. Inne spotkać można w każdej gazecie, ale wyrazu „moczarów” niełatwo znaleźć.

– Tak, to dużo wyjaśnia, panie Holmes. Czy ten list nie nasuwa panu czegoś jeszcze?

– Nasuwa mi się parę wskazówek, choć autor zadał sobie dużo trudu, aby zatrzeć wszelkie ślady. Na przykład adres napisany jest koślawymi literami, a przecież wiemy, że „Timesa” czytają tylko ludzie wykształceni. Z tego można wywnioskować, że list układał człowiek wykształcony, który pragnął uchodzić za prostaka. Następnie zmieniony charakter pisma nasuwa myśl, że albo pan zna charakter tego pisma, albo wkrótce pan go pozna. Poza tym niech pan zwróci uwagę na to, że wyrazy nie są równo naklejone, lecz jedne wyżej, drugie niżej i tak „życie” wyskakuje z linii. Może to świadczyć o niedbalstwie albo pośpiechu autora. Skłaniam się ku przypuszczeniu, że w grę wchodził pośpiech, gdyż sprawa była niewątpliwie ważna i autor musiał układać starannie taki list. A skoro chodziło o pośpiech, to nasuwa się pytanie: dlaczego? Przecież list wrzucony wczoraj wieczorem czy nawet w nocy powinien był dojść do rąk sir Henry’ego przed jego wyjściem z hotelu. Czyżby autor obawiał się, aby mu ktoś nie przeszkodził? Ale kto?

– Wchodzimy teraz w dziedzinę domysłów – odezwał się doktor Mortimer.

– Powiedzmy raczej: w dziedzinę rozważań nad wyborem najbardziej prawdopodobnej hipotezy. Jest to naukowe wykorzystanie wyobraźni, przy czym mamy zawsze jakiś fakt, na którym możemy opierać nasze domysły. Może pan to nazwie zgadywaniem, ale jestem prawie pewien, że list był pisany w hotelu.

– Jakim cudem pan to wywnioskował? – zawołał Mortimer.

– Jeśli się pan uważnie przyjrzy, to przekona się pan, że pióro i atrament pozostawiały wiele do życzenia. Pióro zacięło się dwukrotnie przy jednym wyrazie, a atramentu zabrakło trzy razy w czasie pisania tak krótkiego adresu. Zatem pióro było zużyte, a w kałamarzu brakowało atramentu. Pióro zaś i kałamarz w mieszkaniu prywatnym rzadko znajdują się w takim zaniedbaniu. Natomiast pióra i kałamarze w hotelach zna pan zapewne dobrze… Toteż nie waham się powiedzieć, że gdybyśmy mogli przetrząsnąć kosze do papierów w hotelach w pobliżu Charing Cross i znaleźć pocięty numer „Timesa”, to schwytalibyśmy autora tego dziwnego ostrzeżenia. No, no… a to co znowu. – Holmes przysunął arkusz papieru do oczu i pilnie mu się przyglądał.

– Co takiego? – zapytałem go.

– Nic – odparł rzucając list. – Papier ten nie ma żadnego wodnego znaku. Zdaje mi się, że wysnuliśmy z tego listu wszystko, co było można. Teraz, sir Henry, niech pan nam powie, czy nic ciekawego nie wydarzyło się panu od chwili przybycia do Londynu?

– Nie, panie Holmes… Nie wydaje mi się.

– Czy nie zauważył pan, że ktoś pana śledzi?

– Zdaje mi się, że zostałem bohaterem jakiejś brukowej powieści – odpowiedział sir Henry. Dlaczego, do licha, miałby ktoś mnie śledzić?

– Zaraz się tym zajmiemy. Czy nie ma pan nam nic więcej dopowiedzenia?

– Nie wiem, co może pana interesować.

– Wszystko to, co wykracza poza normalny tryb życia.

Sir Henry uśmiechnął się.

– Nie znam jeszcze zwyczajów angielskich – powiedział – gdyż większą część życia spędziłem w Stanach Zjednoczonych i w Kanadzie. Ale mam nadzieję, że strata jednego buta nie należy do normalnych zdarzeń w Anglii.

– Zgubił pan jeden but?

– Ależ, drogi panie – zawołał doktor Mortimer – pański but pewnie się gdzieś zapodział. Znajdzie go pan po powrocie do hotelu. Czy warto nudzić pana Holmesa takimi drobiazgami?

– Pan Holmes pytał mnie, czy wydarzyło mi się coś nietypowego.

– Tak, choćby to nawet było błahe – rzekł Holmes. – A więc zgubił pan jeden but?

– W każdym razie zapodział mi się. Wczoraj wieczorem wystawiłem buty przed drzwiami mego pokoju, a dziś rano znalazłem tylko jeden. Pytałem chłopca hotelowego, lecz ten nie umiał mi dać żadnego wyjaśnienia. A co gorsza, kupiłem te buty dopiero wczoraj i nie miałem ich jeszcze na nogach.

– Jeśli pan w nich nie chodził, dlaczego wystawił je pan do czyszczenia?

– Żółta skóra nie miała połysku, chciałem, by go nabrała.

– Wczoraj więc po przyjeździe do Londyny, wyszedł pan natychmiast na miasto i kupił parę butów?

– Kupowałem jeszcze inne rzeczy. Doktor Mortimer towarzyszył mi. Do licha! Jeśłi mam grać rolę wielkiego pana, musze być odpowiednio ubrany. Na Dalekim Zachodzie nie dbałem tak o swoją powierzchowność. Robiąc inne sprawunki kupiłem także i żółte buty, zapłaciłem za nie sześć dolarów i skradziono mi jeden, zanim je włożyłem na nogi.

– Nie pojmuję, w jakim celu popełniono by taką bezużyteczną kradzież – rzekła Holmes. – Podzielam zdanie doktora Mortimera, że but znajdzie się wkrótce.

– Zdaje mi się, panowie – rzekł stanowczo baronet – że powiedziałem wszystko, co miałem do powiedzenia. Nadeszła chwila, żebyście zgodnie z obietnicą wyjaśnili mi, o co tu w ogóle chodzi.

– Życzenie pańskie jest słuszne – odpowiedział Sherlock Holmes. – Doktorze, najlepiej będzie, jeśli pan opowie jeszcze raz całą historię.

Nasz przyjaciel, zachęcony w ten sposób, wyjął z kieszeni papiery i przedstawił całą sprawę tak, jak to uczynił poprzedniego dnia. Sir Henry Baskerville słuchał go z największą uwagą. Od czasu do czasu mimowolny okrzyk zdumienia wyrywał mu się z piersi. Gdy doktor Mortimer zamilkł, baronet zawołał:

– Odziedziczyłem zatem przeklętą spuściznę. Tak, od dzieciństwa słyszałem o tym psie. Była to legenda opowiadana w naszej rodzinie, ale nigdy nie brałem jej poważnie. Co zaś do śmierci mojego stryja… wszystko plącze mi się w głowie i nic z tego nie rozumiem. Zdaje mi się, że pan sam jeszcze nie wie, czy ta sprawa wymaga policji czy kapłana.

– Rzeczywiście, ma pan rację.

– Następnie list przysłany do hotelu. Przypuszczam, że ma on jakiś związek z tą sprawą.

– Wydaje mi się, że ktoś wie lepiej od nas, co się dzieje na moczarach – rzekł doktor Mortimer.

– I że ten ktoś jest panu życzliwy, ponieważ ostrzega pana o niebezpieczeństwie – dodał Holmes.

– Albo że ktoś chce mnie odstraszyć.

– To też jest możliwe. Jestem panu bardzo wdzięczny, doktorze, że dał mi pan do rozwiązania problem, który nasuwa tyle ciekawych możliwości. Teraz, sir Henry, pozostaje nam tylko jedna kwestia do rozstrzygnięcia: czy wskazane jest, aby się pan udał do Baskerville Hall.

– Dlaczegóż miałbym tam nie jechać?

– Bo tam może grozić panu niebezpieczeństwo.

– Niebezpieczeństwo pochodzące od złego ducha prześladującego moją rodzinę czy też od złych ludzi?

– To właśnie musimy wyjaśnić.

– Jakiekolwiek jest zdanie panów, ja już powziąłem decyzję. Panie Holmes, nie istnieje w piekle taki diabeł ani na ziemi taki człowiek, który by mi mógł przeszkodzić w powrocie do siedziby moich przodków. Oto jest moje ostatnie słowo.

Mówiąc to, zmarszczył swoje czarne brwi i mocno poczerwieniał. Ostatni potomek Baskerville’ów odziedziczył widocznie gwałtowny temperament swoich przodków.

– Muszę zastanowić się nieco dłużej nad tym, co mi pan powiedział – dodał po chwili. – Niepodobna tak od razu zrozumieć wszystko i powziąć postanowienie. Chciałbym mieć chwilę spokoju dla przemyślenia tej sprawy. Panie Holmes, teraz jest wpół do dwunastej i ja wracam prosto do hotelu. Może zechce pan wraz z doktorem Watsonem przyjść do mnie o drugiej i zjeść z nami lunch? Sądzę, że do tego czasu, wyrobię już sobie opinię na temat naszej sprawy.

– Czy to ci odpowiada, Watsonie?

– Najzupełniej.

– W takim razie przyjmujemy zaproszenie. Czy posłać po dorożkę?

– Nie, dziękuję, wolę się przejść, jestem trochę zdenerwowany.

– Będę panu z przyjemnością towarzyszył – odezwał się doktor Mortimer.

– A więc spotykamy się o drugie. Au revoir i do widzenia.

Usłyszeliśmy odgłos kroków naszych gości na schodach i trzaśnięcie drzwi wejściowych. Błyskawicznie z ospałego marzyciela Holmes zamienił się w człowieka czynu.

– Wkładaj buty i kapelusz, Watsonie, szybko! Nie ma ani chwili do stracenia!

Wpadł w szlafroku do swego pokoju i w kilka sekund później wrócił w surducie. Zbiegliśmy ze schodów i wypadliśmy na ulicę. Doktor Mortimer i Baskerville szli o jakieś dwieście metrów przed nami, w stronę Oxfort Street.

– Czy mam ich dogonić i zatrzymać? – spytałem.

– Ani mi się waż! Twoje towarzystwo wystarczy mi najzupełniej, jeśli ty zadowolisz się moim. Ci panowie mieli słuszność, ranek dzisiejszy jest wyśmienity na przechadzkę.

Przyspieszył kroku, tak że niebawem odległość dzieląca nas od tamtych panów, zmniejszyła się o połowę, po czym, pozostając o jakieś sto metrów w tyle, szliśmy za nimi Oxford Street, a później Regent Street. Raz doktor Mortimer i Baskerville zatrzymali się przed jakąś wystawą sklepową, a Holmes uczynił to samo. Chwilę później wydał stłumiony okrzyk radości. Śledząc kierunek jego badawczego wzroku, spostrzegłem powóz jakimś pasażerem stojący po przeciwnej stronie ulicy, który teraz ruszył znowu wolno.

– Mamy go, Watsonie! Chodź prędko. Przyjrzyjmy mu się przynajmniej, żeli nic więcej nie będziemy mogli zrobić.

W przelocie dostrzegłem gęstą, czarną brodę i parę przenikliwych oczu, spoglądających na nas przez boczne okno. W tej samej chwili otworzyło się okienko w dachu, przez które pasażer porozumiewa się z dorożkarzem, jadący krzyknął coś i dorożka potoczyła się szybko Regent Street. Holmes rozejrzał się bacznie dookoła, lecz w pobliżu nie było żadnego wolnego pojazdu. Puścił się tedy dzikiem pędem pośród ruchu ulicznego, ale odległość była tak wielka, że kareta znikła nam z oczu.

– Do licha – zaklął Holmes, gdy wydostał się zadyszany i blady ze złości spomiędzy sznura pojazdów. – Co za pech i co za niedołęstwo! Watsonie, Watsonie, jeżeli jesteś uczciwym człowiekiem, zapamiętaj to i zapisz na rachunek moich niepowodzeń.

– Kto to był?

– Nie mam pojęcia.

– Jakiś szpieg?

– Sądząc z tego, cośmy słyszeli, nie ulega wątpliwości, że od chwili przyjazdu Baskerville jest pilnie przez kogoś śledzony. Inaczej skąd by wiedziano od razu, że zamieszkał w hotelu Northhumberland? Jeśli śledzono go pierwszego dnia, wywnioskowałem, że będą go śledzić i następnego. Zauważyłeś pewnie, że gdy doktor Mortimer czytał swoją opowieść, zbliżyłem się dwukrotnie do okna.

– Tak, przypominam sobie.

– Patrzyłem, czy ktoś nie chodzi pod domem, ale nie spostrzegłem nikogo. Słuchaj, mamy do czynienia z mądrym człowiekiem. Sprawa jest poważna, a jakkolwiek nie jestem pewien, jakie intencje wchodzą tu w grę, przyjazne czy wrogie, niemniej zdaję sobie sprawę, że działa tu jakaś ukryta siła w określonym celu. Gdy przyjaciele nasi wyszli od nas, udałem się za nimi, chcąc wykryć ich niewidzialnego opiekuna. Człowiek ten jest tak przebiegły, że nie szedł pieszo, lecz wsiadł w dorożkę, aby śledzić ich niepostrzeżenie. Miało to tę dobrą stronę, że gdyby wynajęli powóz, mógłby ich śledzić bez trudu. Miało to jednak i swoją słabą stronę…

– Że uzależniało tego jegomościa od dorożkarza?

– Właśnie.

– Co za szkoda, że nie zauważyliśmy jego numeru.

– Mój drogi, nie sądzisz chyba, abym aż tak dalece pokpił sprawę: miała numer 2704. Ale na razie nie jest on nam potrzebny.

– Nie wyobrażam sobie, co mógłbyś zrobić więcej.

– Gdy zauważyłem naszego nieznajomego, trzeba było niezwłocznie zawrócić i iść w przeciwnym kierunku. Wtedy znalazłbym z pewnością jakiś pojazd i mógłbym pojechać za tamtym w odpowiedniej odległości lub też, co byłoby jeszcze lepiej, pojechać od razu do hotelu Northumberland i tam zaczekać. Gdyby się okazało, że nasz nieznajomy śledzi Baskerville’a, to moglibyśmy odwzajemnić się śledząc jego. Tymczasem, przez naszą zbytnią gorliwość, z której przeciwnik nasz umiał skorzystać z rzadką szybkością i energią, zdradziliśmy się i straciliśmy go z oczu.

Rozmawiając szliśmy wolno Regent Street, a doktor Mortimer i jego towarzysz dawno zniknęli w tłumie.

– Dalsze śledzenie ich nie ma sensu – rzekł Holmes. – Szpieg znikł i już nie powróci. Musimy zobaczyć, jakie karty mamy w ręku i dobrze je rozegrać. Czy poznałbyś człowieka, który siedział w dorożce?

– Poznałbym go tylko po brodzie.

– I ja również… Sądzę wobec tego, że według wszelkiego prawdopodobieństwa była fałszywa. Człowiek sprytny, spełniający zadanie tak drażliwej natury, nosi brodę jedynie w celu ukrycia twarzy. Wejdźmy tutaj, Watsonie!

Holmes wszedł do biura posłańców, gdzie kierownik powitał go z wielką uprzejmością.

– A, pan Wilson… powiedział Holmes. – Widzę, że nie zapomniał pan tej drobnej przysługi, którą kiedyś panu wyświadczyłem.

– Nie, proszę pana i nie zapomnę nigdy. Ocalił mi pan wtedy honor, a może i życie.

– Przesadza pan, mój drogi. O ile sobie przypominam, panie Wilson, miał pan u siebie chłopca nazwiskiem Cartwright, który w toku śledztwa złożył dowody niemałego sprytu.

– Tak, proszę pana, jest jeszcze u nas.

– Czy może go pan tu zawołać? Dziękuję! Prosiłbym także, żeby mi pan zmienił ten pięciofuntowy banknot na drobne.

Czternastoletni chłopiec o bystrej twarzy zjawił się na wezwanie kierownika. Stanął przed Holmesem spogladając z wielkim szacunkiem na słynnego detektywa.

– Daj mi przewodnik hotelowy, Cartwright, masz tutaj nazwy dwudziestu trzech hoteli położonych w bezpośrednim sąsiedztwie Charing Cross. Widzisz?

– Tak jest, proszę pana.

– Odwiedzisz je wszystkie po kolei.

– Tak jest, proszę pana.

– Zaczniesz od tego, że każdemu portierowi dasz szylinga. Masz tu dwadzieścia trzy szylingi.

– Dobrze, proszę pana.

– Zażądasz od każdego z nich, by ci dał do przejrzenia kosz z papierami z dnia poprzedniego. Powiesz, że zaniesiono ważny telegram pod niewłaściwy adres i że masz polecenie go odnaleźć. Rozumiesz?

– Rozumiem, proszę pana.

– Naprawdę jednak będziesz szukać środkowej strony „Timesa”, pociętej nożyczkami. Masz tu ten sam numer, a oto strona, o która mi chodzi. Poznasz ją z łatwością, co?

– Poznamm, proszę pana.

– W każdym hotelu portier odeśle cię do woźnego, któremu też dasz szylinga. Masz tu kolejne dwadzieścia trzy szylingi. Być może że w dwudziestu hotelach na dwadzieścia trzy powiedzą ci, że śmieci zostały spalone lub wyrzucone. W trzech pozostałych pokażą ci stos papierów i tam będziesz szukał stronicy „Timesa”. Prawdopodobieństwo, że ją znajdziesz jest bardzo małe. Na wszeslki wypadek masz tu jeszcze dziesięć szylingów na nieprzewidziane wydatki. Doniesiesz mi telegraficznie przed wieczorem, jak ci poszło. A teraz Watsonie, musimy, również telegraficznie, stwierdzić tożsamość dorożkarza nr 2704, po czym wstąpimy do którejkolwiek galerii obrazów na Bond Street, aby wypełnić czas do lunchu.