Opis

Pies Baskerville’ów” to powieść detektywistyczna sir Arthura Conana Doyle’a. Jedna z najsłynniejszych pozycji, należących do cyklu opowieści o detektywie Sherlocku Holmesie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 241

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


I. SHERLOCK HOLMES.

II. PRZEKLĘTY RÓD.

III. ZAGADKA.

IV. SIR HENRYK BASKERVILLE.

V. TRZY ZERWANE NICI.

VI. BASKERVILLE HALL.

VII. STAPLETONOWIE Z MERRIPIT HOUSE.

VIII. PIERWSZY RAPORT DOKTORA WATSONA.

IX. DRUGI RAPORT DOKTORA WATSONA.

X. WYJĄTEK Z DZIENNIKA DOKTORA WATSONA.

XI. CZŁOWIEK Z CZARNEGO SZCZYTU.

XII. ŚMIERĆ NA MOCZARACH.

XIII. ZARZUCANIE SIECI.

XIV. PIES BASKERVILLE’ÓW.

XV. RZUT OKA WSTECZ.

Arthur Conan Doyle

PIES BASKERVILLE’ÓW

Tłumacz: Bronisława Neufeldówna

Projekt okładki: Avia Artis

W projekcie okładki wykorzystano zdjęcie Arthura Conana Doyle’a.

Autor: Arnold Genthe.

Wydawnictwo Avia Artis

2017

ISBN 978-83-65810-91-5

I.SHERLOCK HOLMES.

Sherlock Holmes, który wstawał zazwyczaj późno, chyba, że spędzał bezsennie noc całą, co zdarzało się dosyć często, siedział rano przy stole w jadalni. Ja stałem przy kominku, oglądając laskę, zostawioną przez naszego gościa poprzedniego wieczora. Był to kij ładny, mocny, z dużą gałką, okoloną u spodu złotą, na cal blisko szeroką obrączką, z napisem:

JAKÓBOWI MORTIMEROWI

M. R. C. S.

od przyjaciół z C. C. H.

1884.

 Laska ta, pełna godności, poważna, budząca zaufanie, była z rodzaju tych, jakie nosili lekarze domowi dawnej daty.

 — I cóż, Watsonie — odezwał się do mnie Holmes — jakie wysnuwasz wnioski z tego kija?

 Holmes siedział obrócony do mnie plecami, ja zaś nie zdradziłem się najlżejszą oznaką czem byłem zajęty.

 — Zkądże ty wiesz, co ja robię? Gotów jestem uwierzyć, że masz oczy na tyle głowy.

 — Nie, ale mam przed sobą imbryk srebrny, wypolerowany jak z zwierciadło — odparł.

 — Powiedz mi, cóż za refleksje poddaje ci laska naszego gościa? Skoro nie zastał nas wczoraj, a nie mamy pojęcia jaki mógł być cel jego odwiedzin, ta przypadkowa pamiątka nabiera znaczenia. Niechże się dowiem, co wnosisz z tego kawałka drzewa o jego właścicielu?

 — Sądzę — odpowiedziałem, stosując, o ile umiałem, metodę swego towarzysza — że doktór Mortimer jest starym, bardzo wziętym i bardzo poważanym lekarzem, skoro znajomi obdarzyli go takim dowodem uznania.

 — Dobrze — rzekł Holmes. — Wyśmienicie.

 — Sądzę także, iż, według wszelkiego prawdopodobieństwa, doktór Mortimer jest lekarzem wiejskim, odwiedzającym chorych swoich przeważnie pieszo.

 — Dlaczego?

 — Dlatego, że ta laska, bardzo ładna, gdy była nowa, wydaje mi się taka zniszczona, iż nie wyobrażam jej sobie w rękach lekarza miejskiego. Okucie żelazne na końcu jest tak ścięte, iż świadczy, że kij służy doktorowi do częstych przechadzek.

 — Doskonale, zupełnie słusznie! — przytakiwał Holmes.

 — A wreszcie są tu jeszcze wyrazy: „Od przyjaciół z C. C. H.“ Odgaduję — że chodzi tu o jakieś miejscowe stowarzyszenie łowieckie... Doktór leczył pewnie członków tego stowarzyszenia, a oni, w dowód wdzięczności, ofiarowali mu ten drobny upominek.

 — Watsonie, dalibóg, przechodzisz samego siebie — rzekł Holmes, odsuwając krzesło i zapalając papierosa. — Muszę przyznać, że we wszystkich raportach, jakie zdawałeś łaskawie z moich skromnych prac, nie doceniałeś własnych zdolności. Nie jesteś może sam przez się jaśniejącą pochodnią, ale doskonały z ciebie przewodnik w poszukiwaniu światła. Są ludzie, którzy, sami nie mając genjuszu, posiadają talent pobudzania go u innych. Wyznaję, mój drogi chłopcze, że jestem twoim dłużnikiem.

 Holmes nigdy jeszcze nie przemawiał do mnie w ten sposób i muszę przyznać, że słowa jego sprawiły mi wielką przyjemność, gdyż bywałem często dotknięty jego obojętnością, zarówno dla mego podziwu jak i dla moich usiłowań, zmierzających do rozpowszechniania jego metody. Nadto dumny byłem z tego, że przyswoiłem sobie system jego tak dalece, iż, stosując go, zdobywałem uznanie Holmesa.

 Po chwili wziął mi z rąk laskę i zaczął ją pilnie oglądać. Poczem, z nagłem zajęciem, rzucił papierosa, podszedł do okna i zabrał się do badania laski przez lupę.

 — Ciekawe, chociaż proste — rzekł, powracając na kanapę, gdzie usiadł w ulubionym kątku. — Dostrzegam na tej lasce parę wskazówek, które doprowadzą nas do wniosków.

 — Czyżby uszło co mojej uwadze? — spytałem z pewną zarozumiałością w tonie. — Nie sądzę, żebym ominął jaki ważny szczegół.

 — Obawiam się mój drogi, że większość twoich wniosków jest mylna. Gdy mówiłem, że jesteś mi podnietą, znaczyło to, iż stwierdzenie twoich pomyłek doprowadza mnie przypadkowo do odkrywania prawdy. W danym wypadku nie mylisz się bynajmniej co do istoty rzeczy. Właściciel laski jest niewątpliwie lekarzem wiejskim i chodzi bardzo dużo.

 — Miałem zatem słuszność.

 — Tak jest, pod tym względem.

 — I to wszystko?

 — Nie, nie, mój drogi, nie wszystko... bynajmniej. Tylko, widzisz, mnie się zdaje naprzykład, że prawdopodobniejszem jest, iż ofiarowany doktorowi podarunek pochodzi od szpitala, niż od stowarzyszenia łowieckiego. To też, gdy litery „C. C.“ umieszczone są przed literą, określającą ów szpital, wyrazy „Charing Cross“ nasuwają się same przez się.

 — Może masz słuszność.

 — Moje wyjaśnienie ma za sobą wszelkie prawdopodobieństwo i, jeśli przyjmiemy tę hypotezę mamy nową podstawę, która nam pozwala odtworzyć osobistość naszego nieznajomego gościa.

 — Dobrze, przypuszczając zatem, że C. C. H. znaczy „Charing Cross Hospital,“ jakież inne wnioski stąd wysnujemy?

 — Czyż nie nasuwa ci się żaden? Znasz moją metodę. Zastosuj ją!

 — Jedynym wnioskiem oczywistym jest fakt, że nasz nieznajomy praktykował w mieście, zanim przeniósł się na wieś.

 — Posuńmy się dalej w naszych przypuszczeniach i idźmy ciągle tym śladem. Co nastręczyło najprawdopodobniej sposobność do ofiarowania tego podarunku? Kiedy przyjaciele Mortimera zebrali składkę, by mu dać upominek? Niewątpliwie w chwili, gdy doktór opuszczał szpital, żeby rozpocząć praktykę na własną rękę. Wiemy już, że był to podarunek. Przypuszczamy, że nastąpiło przejście ze szpitala miejskiego do praktyki wiejskiej. Czy zatem zbyt śmiałe byłoby nasze twierdzenie, że podarunek ofiarowano z powodu tej zmiany warunków bytu?

 — Jest to bardzo prawdopodobne.

 — A teraz zechciej zauważyć, że doktór Mortimer nie mógł należeć do składu stałych lekarzy szpitalnych. Na te posady wzywani są tylko pierwszorzędni lekarze londyńscy, a ci nie przenoszą się nigdy na wieś. Czemże był zatem? Lekarzem-asystentem, zajmował stanowisko niewiele wyższe niż starsi studenci. Opuścił zaś szpital przed pięciu laty... masz datę na lasce. Tak więc, twój poważny doktór w średnim wieku znika, jak widmo, mój drogi, a na jego miejsce ukazuje się nam trzydziestoletni młodzieniec, miły, skromny, roztargniony i posiadający psa, którego określiłbym mniej więcej jako większego od jamnika a mniejszego od brytana.

 Uśmiechałem się z niedowierzaniem, gdy Sherlock Holmes przechylił się w tył, puszczając pod sufit kółka dymu.

 — Nie mam sposobu zbicia tego ostatniego wywodu, — rzekłem — ale nic łatwiejszego niż dowiedzieć się szczegółów, dotyczących wieku i karjery zawodowej doktora.

 Zbliżyłem się do bibljoteki, wziąłem z półki „Przewodnik lekarski“ i odszukałem literę M. Znalazłem kilku Mortimerów, a z tych jeden mógł być naszym gościem. Przeczytałem głośno odpowiednią notatkę:

 „Mortimer Jakób, M. R. C. S., 1882; Grimpen, Dartmoor, Devon. Asystent-chirurg w szpitalu Charing Cross od 1882 do 1884. Laureat nagrody Jacksona za pracę z dziedziny patalogji porównawczej p. t. „Czy dziedziczność jest chorobą?“ Członek-korespondent szwedzkiego Towarzystwa Patologicznego. Autor „Kilku kaprysów atawizmu“ (The Lancet, 1882) „Czy postępujemy?“ (Journal of Psychology, marzec 1883). Lekarz rządowy gmin: Grimpen, Thornsley i High-Barrow.“

 — No, a o stowarzyszeniu łowieckiem ani wzmianki, — rzekł Holmes z drwiącym uśmiechem — ale jest lekarz wiejski, jak sprytnie wywnioskowałeś. Zdaje mi się, że moje wywody się potwierdzą. Co do przymiotników, powiedziałem, jeśli się nie mylę, miły, skromny, roztargniony. Otóż doświadczenie nauczyło mnie, że podarunki otrzymuje na tym świecie tylko człowiek miły, skromny jedynie opuszcza Londyn dla osiedlenia się na wsi a tylko roztargniony zostawi ci laskę, zamiast karty wizytowej, po godzinnem czekaniu w twoim salonie.

 — A pies?

 — Pies nosi zazwyczaj laskę swego pana. Ponieważ jest ciężka, przeto pies trzyma ją mocno w środku, a ślady jego kłów są wyraźnie widoczne. Wskazują ci one, mojem zdaniem, że szczęka jest zaduża na jamnika, a zamała na brytana. To może... tak do licha, to jest wyżeł!

 Mówiąc to Holmes wstał i chodził po pokoju, naraz zatrzymał się przed oknem, a w głosie jego dźwięczała taka stanowczość, że spojrzałem na niego zdumiony.

 — Mój drogi, skąd ta pewność?

 — Stąd poprostu, że widzę tego psa u naszych drzwi, a oto i głos dzwonka jego pana. Nie odchodź, proszę cię, Watsonie. To przecież twój kolega zawodowy, a obecność twoja może być użyteczna. Oto dramatyczna chwila losu: słyszysz na schodach kroki człowieka, wchodzącego w twoje życie i nie wiesz co ci przyniesie, złą czy dobrą dolę. Czego może chcieć dr. Jakób Mortimer, człowiek nauki, od Sherlocka Holmesa, specjalisty w kryminalistyce?... Proszę!

 Postać naszego gościa przejęła mnie zdumieniem, gdyż spodziewałem się ujrzeć typowego lekarza wiejskiego. Dr. Mortimer zaś był bardzo wysoki, chudy, nos miał długi, zakrzywiony jak haczyk, wystający między parą oczu szarych, przenikliwych, bardzo do siebie zbliżonych i iskrzących się za okularami w złotej oprawie. Ubrany był w tradycyjny choć nieco zaniedbany strój, przyjęty przez lekarzy; surdut miał wytarty, spodnie w dole obszarpane. Jakkolwiek młody jeszcze, plecy miał zgarbione, głowę pochyloną naprzód, a na twarzy jego malowała się wielka dobroduszność.

 Wchodząc spostrzegł laskę w ręku Holmesa i rzucił się ku niemu z radosnym okrzykiem.

 — Co za szczęście! — rzekł. — Nie byłem pewien, gdzie ją zostawiłem, tutaj, czy w biurze żeglugi. Za nic w świecie nie chciałbym zgubić tej laski.

 — Podarunek, nieprawda? — pytał Holmes.

 — Tak jest.

 — Od szpitala Charing Cross?

 — Od kilku przyjaciół stamtąd... z okazji mego ślubu.

 — Tam do licha! to niedobrze — odezwał się Holmes, potrząsając głową.

 Dr. Mortimer przymrużył oczy i spojrzał ze zdziwieniem na mówiącego.

 — Niedobrze? co? dlaczego?

 — Pokrzyżował pan nasze wnioski. Mówi pan zatem, że to podarunek z okazji ślubu?

 — Tak jest. Ożeniłem się i porzuciłem szpital, a wraz z nim wszelką nadzieję praktyki konsultacyjnej. Trzeba było stworzyć ognisko domowe.

 — Co prawda, — rzekł Holmes — nie pomyliliśmy się znów tak bardzo. A teraz, doktorze Jakóbie Mortimerze...

 — Przepraszam, panie, poprostu... jestem skromnym M. R. C. S.

 — I widocznie człowiekiem naukowym.

 — Partaczem w nauce, panie Holmes; zbieraczem muszelek na wybrzeżach wielkiego nieznanego oceanu. Przypuszczam, że mówię do pana Sherlocka Holmesa, nie zaś...

 — Nie, oto mój przyjaciel, dr. Watson.

 — Bardzo mi przyjemnie. Słyszałem często nazwisko pana, wymieniane wespół z nazwiskiem pańskiego przyjaciela. Panie Holmes, zajmuje mnie pan niesłychanie. Rzadko zdarzyło mi się widzieć czaszkę tak szerokogłową jak pańska i do tego stopnia rozwinięte guzy nadoczodołowe. Czy pozwoli mi pan przesunąć palec po szwie ciemieniowym? Odlew czaszki pańskiej, w czasowem zastępstwie oryginału, byłby ozdobą każdego muzeum antropologicznego. Nie pragnę bynajmniej pańskiej śmierci, ale przyznaję, że na czaszkę pańską mam wielką chętkę.

 Holmes wskazał krzesło osobliwemu gościowi.

 — Jesteś pan entuzjastą swojego zawodu, podobnie jak ja mojego — rzekł. — Odgaduję z pańskiego palca wskazującego, że zwija pan sam swoje papierosy. Proszę, niech się pan nie krępuje.

 Nasz gość wyjął z kieszeni bibułkę i tytoń i ze zdumiewającą sprawnością zwinął papierosa. Palce miał długie, zwinne i ruchliwe, jak macki owadu.

 Holmes milczał, ale wzrok jego, utkwiony uparcie w naszego gościa, mówił mi dowodnie, do jakiego stopnia przybysz ten budził jego zajęcie.

 — Przypuszczam, — odezwał się wreszcie — że nietylko dla zbadania mojej czaszki zaszczycił mnie pan swojemi odwiedzinami wczoraj i powrócił pan dzisiaj.

 — Nie, panie, nie, jakkolwiek rad jestem niezmiernie, że nastręczyła mi się sposobność po temu. Przyszedłem do pana, panie Holmes, bo wyznaję, że nie jestem człowiekiem praktycznym, a nadto dlatego, że znalazłem się wobec zagadki zarówno poważnej jak i tajemniczej. Ponieważ uważam pana za drugiego wśród najwytrawniejszych biegłych w Europie...

 — Doprawdy! A czy wolno wiedzieć, kto ma zaszczyt być pierwszym? — spytał Holmes z odcieniem goryczy.

 — Prace pana Bertillona muszą zawsze oddziaływać na umysł człowieka, lubującego się w ścisłości naukowej.

 — A więc dlaczego nie udaje się pan do niego po radę?

 — Mówiłem o ścisłości naukowej, ale co do praktycznej strony sprawy pan jest jedyny. Spodziewam się, że mimowoli nie...

 — Cokolwiek — przerwał Holmes. — Sądzę, doktorze, że dobrze będzie, gdy damy temu wszystkiemu pokój i wyjaśnisz mi dokładnie naturę zagadki, której bez mojej pomocy nie możesz rozwiązać.

II.PRZEKLĘTY RÓD.

Mam w kieszeni rękopis — zaczął doktór.

 — Spostrzegłem to, gdy pan wszedł — odparł Holmes.

 — Rękopis ten jest bardzo stary.

 — Z pierwszej połowy XVIII wieku, jeśli nie jest podrobiony.

 — Skąd pan wie?

 — Papiery wystają z pańskiej kieszeni, a przez ten czas, jak pan mówił, widziałem ze dwa cale rękopisu. Nieświetny byłby to biegły, któryby, z tego sądząc, nie mógł określić daty dokumentu, myląc się co najwyżej o jakie lat dziesięć. Może pan czytał moją monografję o tym przedmiocie? Rękopis pański jest mniej więcej z r. 1730.

 — Z 1742, według daty ścisłej, — odparł Mortimer, wydobywając go z kieszeni. — Papiery te powierzył mi sir Karol Baskerville, którego tragiczna śmierć wywołała trzy miesiące temu takie wzburzenie w Devonshire. Byłem jednocześnie jego lekarzem i przyjacielem. Człowiek umysłu wyższego, przenikliwy, praktyczny, miał równie trzeźwą wyobraźnię jak ja. Niemniej jednak wierzył w ten dokument, a ta wiara przysposobiła go do takiej śmierci, jaką zginął.

 Holmes wyciągnął rękę po rękopis i rozłożył go na kolanach.

 — Spójrzyjno Watsonie, — rzekł, zwracając się do mnie, — na te s, raz długie, to znów krótkie. Jestto jedna ze wskazówek, które mi pozwoliły określić datę.

 Spojrzałem przez jego ramię na pożółkły papier i zamazane prawie pismo. Jako nagłówek widniał napis: „Basherville Hall,“ a poniżej wielkiemi niekształtnemi cyframi: „1742.“

 — Widzę, że to jakby jakieś sprawozdanie.

 — Tak, to opis pewnej legendy, obiegającej o rodzinie Baskerville’ów.

 — Sądziłem, że pan chce zasięgnąć mojej rady w sprawie nowszej i mającej zastosowanie praktyczne.

 — Wierzaj mi pan, że to sprawa bardzo nowa i nagląca, którą trzeba koniecznie wyjaśnić w ciągu dwudziestu czterech godzin. Rękopis, który przyniosłem ze sobą, jest krótki i ściśle ze sprawą związany. Pan pozwoli zatem, że go przeczytam.

 Holmes wsunął się w głąb fotelu, splótł dłonie i zamknął oczy, przybrawszy postawę pełną rezygnacji. Dr. Mortimer rozłożył rękopis pod światło i głosem donośnym, suchym, czytał następującą ciekawą starodawną opowieść:

 „O pochodzeniu psa Baskerville’ów obiegały różne pogłoski. Ponieważ jednak jestem potomkiem Hugona Baskerville’a w prostej linji, a historję niniejszą słyszałem z ust swego ojca, któremu znów przekazał ją ojciec jego, przeto spisałem ją, przekonany szczerze o jej prawdziwości. I chciałbym, potomkowie moi, abyście wierzyli, że ta sama Sprawiedliwość, która karze za grzechy, umie również przebaczać miłosiernie i że niema tak strasznego przekleństwa na świecie, któregoby niemożna okupić skruchą i modlitwą. Z opowieści niniejszej zatem wyciągnijcie tę naukę, że nie należy obawiać się skutków przeszłości, lecz trzeba stać się baczniejszym w przyszłości i unikać tych okropnych nałogów, które ściągnęły na naszą rodzinę takie wielkie nieszczęścia.

 „Wiedzcie tedy, że w czasach wielkiej rewolucji (której historję, napisaną przez wielce uczonego lorda Charendona polecam gorąco waszej uwadze), zamek Baskerville był własnością Hugona tegoż nazwiska, człowieka dzikich namiętności, bezbożnego i rozpustnika. Sąsiedzi byliby mu wybaczyli te błędy, wiedząc, iż zamek nie był nigdy siedliskiem świętych, ale okrucieństwa, jakie popełniał podczas hulaszczych zabaw, stały się przysłowiowe w całej okolicy. Zdarzyło się, że ów Hugon zapałał miłością (jeżeli określenie to, użyte w danym wypadku, nie będzie profanacją) do córki ziemianina, którego grunty sąsiadowały z posiadłościami Baskerville’ów. Ale panna, skromnie i pobożnie wychowana, unikała wielbiciela, znając jego złą sławę.

 Pewnego dnia, w wigilję Ś-go Michała, ów Hugon z pięciu czy sześciu towarzyszami pohulanek, wtargnęli do folwarku i porwali pannę, podczas nieobecności jej ojca i braci. Przyniósłszy brankę do zamku, osadzili ją w wieży, a sami udali się do jadalni, by, jak zwykle, spędzić noc na pijatyce. Nieszczęśliwa dziewczyna była bliska obłędu, słysząc w więzieniu swojem śpiewy, wrzaski i bluźnierstwa ucztujących, które dobiegały jej uszu, aż wreszcie, zdjęta śmiertelną trwogą, zdobyła się na czyn, przed którym zawahałby się najodważniejszy mężczyzna. Wyszła przez okno i, przy pomocy gałęzi bluszczu, który okrywał (i okrywa jeszcze) mur, zsunęła się po rynnie i uciekła przez łąki do folwarku rodzicielskiego, oddalonego o trzy mile.

 Wkrótce potem Hugon opuścił gości, aby zanieść trochę jadła i picia swej brance, — a może żywił i jakie gorsze zamiary, — ale zastał klatkę pustą. Na ten widok, jak opętany przez szatana, zbiegł w szalonym pędzie ze schodów, wpadł do jadalni, wskoczył na stół, tłukąc talerze i kryształy, wobec przerażonych, nawpół pijanych biesiadników i przysiągł, że jeśli tej nocy jeszcze zdoła schwytać zbiegłą dziewczynę, zaprzeda czartu ciało i duszę. Przez chwilę obecni w osłupieniu patrzyli na niego, gdy naraz jeden, podlejszy, a może bardziej pijany od innych, krzyknął, żeby puścić psy gończe śladem dziewczyny. Propozycja przypadła do smaku Hugonowi, wyleciał z zamku, wrzeszcząc na stajennych, by mu klacz osiodłali, na dojeżdżaczy, by wypuścili psy z psiarni, poczem cisnął psom chustkę dziewczęcia i uszykował je do biegu. Człowiek klnąc a zwierzęta wyjąc popędzili śród bladego blasku księżyca ku łąkom.

 Wszystko to dokonało się z taką błyskawiczną szybkością, że biesiadnicy zrazu nie zrozumieli co zaszło. Niebawem jednak zaświtało w ich zamroczonych umysłach, uprzytomnili sobie o co chodzi i powstał piekielny hałas. Jedni wołali o pistolety, inni o konie, inni znów o świeże butelki wina. W końcu oprzytomnieli do reszty i wszyscy, w liczbie trzynastu, dosiedli koni i puścili się w pogoń. Księżyc rzucał na ziemię srebrzyste blaski, a konie pędziły wyciągniętym galopem tą drogą, którą podążać musiała nieszczęśliwa dziewczyna, chcąc się dostać do domu.

 Ujechali tak ze dwie mile, gdy spotkali nocnego pastucha, pilnującego trzody na łące, a mijając go krzyknęli, czy nie widział ściganej zwierzyny. Opowieść niesie, że nieborak taki był wystraszony, iż nie mógł na razie odpowiedzieć, dopiero w końcu objaśnił, że widział młodą dziewczynę i psy pędzące za nią.

 — Ale widziałem więcej jeszcze, — dodał — widziałem dziedzica z Baskerville’u na czarnej klaczy, a za nim leciał milczkiem pies taki potworny, że niechaj mnie Bóg uchowa, abym go spotkał na swej drodze.

 Opoje posłali pastucha do wszystkich djabłów i popędzili dalej.

 Ale niebawem krew ścięła się mrozem w ich żyłach. Na równinie rozległ się tętent kopyt końskich i czarna klacz, okryta pianą, minęła ich w piekielnym galopie, bez pana, wlokąc cugle za sobą.

 Zdjęci trwogą, jeźdźcy zbliżyli się do siebie, lecz pogoni nie zaniechali, jakkolwiek każdy z nich, gdyby był sam, chętnie zawróciłby konia.

 Jadąc wolnym już biegiem, spotkali nareszcie sforę psów, które, jakkolwiek znane z odwagi i wszelkich przymiotów dobrej rasy, stały, wyjąc ponuro, dokoła krzaku nad krawędzią głębokiego wąwozu. Niektóre zaczynały się już cofać, inne, z najeżoną sierścią, ze ślepiami krwią nabiegłemi, patrzyły w wąwóz.

 Grono mężczyzn, już zupełnie otrzeźwionych, jak się łatwo domyśleć, zatrzymało się. Większość nie miała odwagi zapuszczać się dalej, lecz trzej najśmielsi zjechali do wąwozu. Rozszerzał się w tem miejscu znacznie i tu, na dość obszernej polance, wznosiły się dwa z owych wielkich kamieni, jakiemi niektóre zapomniane ludy znaczyły w dawnych czasach miejsca swego pobytu. Księżyc oświetlał jasno płaszczyznę, a na środku leżała biedna dziewczyna bez życia. Tutaj widocznie upadła i skonała ze znużenia i z trwogi. Ale nie na jej widok ani na widok wyciągniętych o parę kroków dalej martwych zwłok Hugona Baskerville’a skamienieli trzej śmiałkowie. Nad trupem Hugona stał potwór, — czarne, wielkie zwierzę, kształtu psa, ale psa rozmiarów dotąd niewidzianych.

 Potwór miał kły zapuszczone w gardło Hugona, a w chwili gdy trzej mężczyźni się zbliżyli, wyrwał szmat ciała z szyi trupa i zwrócił ku przybyłym swe ogniste ślepie i paszczę krwią broczącą... Śmiała trójka wrzasnęła przeraźliwie i, krzycząc ciągle, popędziła w cwał zpowrotem przez równinę.

 Utrzymują, że jeden z tych trzech umarł jeszcze tej samej nocy, a dwaj pozostali obłąkani do końca życia.

 Tak brzmi, synowie moi, opowieść o pierwszem ukazaniu się psa, który od owego czasu stał się okrutną plagą dla naszego rodu. Spisałem tę opowieść, bo wzmianki i domysły wzbudzają zawsze więcej trwogi niż rzeczy dokładnie wiadome.

 Nie można zaprzeczyć, że kilku członków naszej rodziny zginęło śmiercią gwałtowną, nagłą i tajemniczą. Powinniśmy jednak ufać w nieskończoną dobroć Opatrzności, która rzadko kiedy karze niewinnych po za trzeciem lub czwartem pokoleniem, jak powiedziano w Piśmie Świętem.

 Polecam was, synowie moi, opiece tej Opatrzności i radzę unikać, przez ostrożność, chodzenia w pobliżu owego wąwozu, w godzinach nocy, kiedy panuje moc złego ducha.

 Spisał Hugon Baskerville dla synów swoich Rogera i Jana, zalecając wszakże, aby pod żadnym pozorem nie powtarzali opowieści powyższej siostrze swojej Elżbiecie.”

 Dr. Mortimer, ukończywszy czytanie, wsunął okulary na czoło i zwrócił spojrzenie na p. Sherlocka Holmesa. Ten ziewnął, cisnął resztkę papierosa w ogień i spytał lakonicznie:

 — I cóż?

 — Czy ta historja nie wydaje się panu zajmująca?

 — Owszem; dla amatora bajek o żelaznym wilku.

 Dr. Mortimer wyjął z kieszeni starannie złożony dziennik.

 — Teraz panie Holmes, poczęstujemy pana czemś świeższem. Oto numer pisma Devon County Chronicle, z dnia 15 maja r. b., zawierający szczegóły śmierci sir Karola Baskerville’a, który zmarł na kilka dni przedtem.

 Mój przyjaciel pochylił się nieco naprzód, a wyraz jego twarzy wykazywał pewne zajęcie. Nasz gość poprawił okulary i zaczął:

 „Nagła śmierć sir Karola Baskerville’a, którego wymieniano jako kandydata stronnictwa wolnomyślnego z Mid-Devon na zbliżających się wyborach, pogrążyła w smutku całe hrabstwo. Jakkolwiek sir Karól krótki czas mieszkał w Baskerville Hall, niemniej ujmującem obejściem i wielką szczodrobliwością zdobył przywiązanie, oraz szacunek wszystkich tych, którzy go znali.

 W tych czasach „świeżych bogaczy” pocieszający jest widok potomka starego rodu, który miał ciężkie przejścia, zdołał dobić się majątku i przywrócić dawną świetność gniazda rodzinnego.

 Sir Karol, jak wiadomo, zarobił znaczne sumy w Afryce południowej. Roztropniejszy od tych, którzy spekulują dopóty, dopóki koło fortuny nie odwróci się, zrealizował wszystkie swoje zarobki i powrócił do Anglji. Dwa lata minęło zaledwie od chwili, kiedy zamieszkał w Baskerville Hall, a wiadomo jest wszystkim, że nosił się z zamiarem odbudowy zamku i zaprowadzenia różnych ulepszeń w gospodarstwie rolnem. Śmierć nie pozwoliła urzeczywistnić tych planów, powziętych na wielką skalę. Będąc bezdzietnym, pragnął, żeby cała okolica korzystała z jego majątku, a liczni są ci, którzy opłakują przedwczesny zgon jego. Niejednokrotnie na szpaltach niniejszych zdawaliśmy sprawę z jego szczodrych darów na różne cele dobroczynne w hrabstwie.

 Śledztwo nie mogło wyjaśnić dokładnie okoliczności, które towarzyszyły śmierci sir Karola Baskerville’a, ale rozproszyło przynajmniej pewne pogłoski zrodzone z zabobonu.

 Sir Karol był wdowcem i uchodził za dziwaka pod pewnemi względami. Pomimo znacznej fortuny, żył bardzo skromnie, a domowa jego służba składała się z małżeństwa, nazwiskiem Barrymore, — mąż był lokajem, żona gospodynią.

 Zeznania ich, potwierdzone przez kilku przyjaciół, wskazują, że od pewnego czasu sir Karol silnie niedomagał. Trapiło go cierpienie sercowe, objawiające się nagłem blednięciem, napadami duszności i rozstroju nerwowego. Dr. Mortimer, przyjaciel i lekarz nieboszczyka, złożył zeznanie w tym samym duchu.

 Fakty w tym razie są bardzo proste. Co wieczór, przed udaniem się na spoczynek, sir Karol przechadzał się po słynnej alei cisowej w Baskerville Hall. Małżonkowie Barrymore stwierdzili w zeznaniach swoich, że taki był zwyczaj ich pana.

 Dnia 4-go maja sir Karol oznajmił, iż wyjeżdża nazajutrz do Londynu i polecił Barrymore’owi aby mu zapakował rzeczy. Wieczorem wyszedł na zwykłą przechadzkę, podczas której palił zawsze cygaro.

 Z przechadzki tej już nie powrócił.

 O północy, Barrymore, widząc, że drzwi przedsionka zamku jeszcze otwarte, zaniepokoił się i, zapaliwszy latarkę, poszedł szukać pana.

 Dzień był dżdżysty, odnaleziono więc z łatwością na rozmiękłej ziemi w alei ślady nóg sir Karola. W połowie tej alei znajduje się furtka, która wychodzi na moczary. Głębsze w tem miejscu ślady wskazywały, że sir Karol zatrzymał się tutaj. Następnie podjął znów widocznie przechadzkę, bo zwłoki jego znaleziono znacznie dalej.

 Pewien szczegół zeznania Barrymore’a pozostaje jeszcze niewyjaśniony; kształt śladów zmienił się z chwilą, kiedy sir Karol Baskerville minął furtkę; zdało się, że szedł dalej na palcach.

 Niejaki Murphy, cygan, handlarz koni, znajdował się naówczas blisko, na moczarach; lecz, jak sam zeznał, był zupełnie pijany. Oświadczył wszakże, iż słyszał krzyki, nie mogąc wskazać skąd pochodzą. Na zwłokach sir Karola nie stwierdzono żadnych śladów gwałtu, jakkolwiek raport lekarza wspomina o niezwykłem wykrzywieniu konwulsyjnem twarzy, — wykrzywieniu takiem strasznem, że zrazu. dr. Mortimer nie chciał wierzyć, iż to istotnie jego przyjaciel i pacjent leży przed nim. Wyjaśniono jednak, że jestto objaw zdarzający się często w wypadkach dusznicy i śmierci spowodowanej atakiem sercowym. Oględziny zwłok taką właśnie wykazały djagnozę, a sędzia śledczy potwierdził wyjaśnienie lekarskie.

 Radzi jesteśmy z takiego wyniku śledztwa. Spadkobierca sir Karola powinien jaknajrychlej osiąść na zamku i prowadzić dalej, przerwane w taki tragiczny sposób, dzieło swego poprzednika. Gdyby prozaiczny raport sędziego nie zniweczył ostatecznie romantycznych opowieści, obiegających śród publiczności o tej śmierci, nie możnaby wcale wydzierżawić Baskerville Hallu.

 Spadkobiercą nieboszczyka jest — jeżeli żyje jeszcze — p. Henryk Baskerville, syn najmłodszego brata sir Karola. Ostatnie listy młodzieńca datowane były z Ameryki. Zarządzono odpowiednie środki, celem odnalezienia go i zawiadomienia o dziedzictwie, jakie nań spadło.“

 Dr. Mortimer złożył dziennik i wsunął go do kieszeni.

 — Takie są, panie Holmes, wiadome publicznie szczegóły śmierci sir Karola Baskerville’a — rzekł.

 — Dziękuję panu — odparł Holmes — za zwrócenie uwagi mojej na ten wypadek, zajmujący pod niejednym względem. Zauważyłem wówczas niektóre wzmianki w dziennikach, ale byłem niesłychanie zajęty sprawą drogich kamieni, które zginęły w Watykanie, tak, że zobojętniałem narazie na wszystko, co się działo w Anglji. Powiada pan tedy, że artykuł ten zawiera wszystko, o czem wie publiczność?

 — Tak jest.

 — Powiedzże mi pan teraz to, czego nie wie.

 Holmes wsunął się znów w fotel, splótł dłonie, a twarz jego przybrała wyraz powagi i obojętności.

 — Czyniąc zadość żądaniu pańskiemu — mówił dr. Mortimer, który zaczął już okazywać gwałtowne wzruszenie — opowiem panu to, czego nie mówiłem nikomu. Milczałem wobec sędziego, bo człowiek nauki zawaha się nieraz, zanim przyzna się publicznie, że podziela powszechny zabobon. Nadto kierował mną też i ten wzgląd, że, jak słusznie pisze dziennik, niepodobna byłoby wydzierżawić Baskerville Hallu, gdyby jeszcze cokolwiek wzmogło straszną sławę tej siedziby. Dla tych dwóch przyczyn uważałem za stosowne powiedzieć mniej, niż wiedziałem; ale z panem nie mam najmniejszego powodu nie być zupełnie szczerym.

 I Mortimer opowiedział nam, co następuje:

 „Równina jest prawie niezamieszkana, a tych, którzy sąsiadują z sobą, łączą ścisłe stosunki. Oto przyczyna mojej zażyłości z sir Karolem Baskerville’m. Z wyjątkiem pana Frankland’a w Lafter Hall i pana Stapleton’a, przyrodnika, niema w promieniu kilkomilowym dokoła, ludzi wykształconych.

 Sir Karol lubił samotność, ale choroba jego zbliżyła nas wzajemnie, a wspólne zamiłowanie do nauki utrwaliło to zbliżenie. Sir Karol przywiózł z Afryki południowej dużo obserwacji naukowych i spędziliśmy razem niejeden miły wieczór, rozprawiając o anatomji Bushmana i Hotentota.

 W ciągu ostatnich kilku miesięcy dostrzegłem u sir Karola wzmagające się coraz bardziej rozdrażnienie nerwowe. Legenda, którą przeczytałem przed chwilą, prześladowała go do tego stopnia, że nic na świecie nie byłoby go zniewoliło do wyjścia w nocy poza kratę parkową. Jakkolwiek wyda się to panu nieprawdopodobne, niemniej jednak sir Karol był szczerze przeświadczony, iż okrutna fatalność ciąży nad jego rodem, a kroniki familijne nie mogły istotnie dodać mu otuchy.

 Myśl o ciągłej obecności jakiegoś ducha ścigała go nieustannie. Często zapytywał mnie, czy podczas nocnych wycieczek nie dostrzegłem nigdy jakiej postaci fantastycznej, czy nie słyszałem szczekania psa. Ostatnie pytanie zadawał mi niejednokrotnie, a zawsze drżącym ze wzruszenia głosem.

 Przypominam sobie doskonale drobne zajście, które się zdarzyło na kilka tygodni przed jego śmiercią. Zajechałem pewnego wieczora przed zamek i zastałem sir Karola w drzwiach przedsionka. Zeskoczyłem z amerykana i stanąłem wprost swego przyjaciela, gdy naraz zauważyłem, że oczy jego skierowały się po za moje ramię i patrzyły z wyrazem najokropniejszej trwogi. Odwróciłem się i dostrzegłem jeszcze na skręcie drogi coś nieokreślonego; zdawało się, że to wielkie czarne cielę.

 Sir Karol był tem zjawiskiem taki wzburzony i zaniepokojony, że musiałem pójść na miejsce, gdzie zwierzę się ukazało i szukać go. Ale zniknęło bez śladu. Zdarzenie to wywarło na nim straszne wrażenie. Spędziłem z nim cały wieczór i wówczas to dla wytłómaczenia wzruszenia, powierzył pieczy mojej rękopis, który panu przeczytałem. Wspominam o tem drobnem zajściu dlatego tylko, że nabiera pewnego znaczenia ze względu na późniejszą tragedję; narazie nie przywiązywałem do niego żadnej wagi uważałem, że wzburzenie mojego przyjaciela nie jest niczem usprawiedliwione.

 Na skutek moich nalegań sir Karol postanowił jechać do Londynu. Wiedziałem, że ma serce chore, a nieustająca trwoga, w jakiej żył — choćby jej powód był urojony — oddziaływała jaknajgorzej na jego zdrowie. Sądziłem, że rozrywki miejskie wpłyną na niego dobroczynnie, a pan Stapleton, wspólny przyjaciel, wezwany do rady, był tego samego zdania. W ostatniej chwili nastąpiła straszna katastrofa.

 W nocy zgonu sir Karola, Barrymore, lokaj, przysłał po mnie chłopca stajennego Perkinsa, a ponieważ nie spałem jeszcze, w godzinę po wypadku byłem w Baskerville Hall.

 Stwierdziłem osobiście wszystkie fakty wspomniane w śledztwie: śledziłem ślady kroków w alei cisowej, widziałem przy furtce miejsce, gdzie nieboszczyk się zatrzymał; zauważyłem zmianę kształtu śladów, począwszy od tego miejsca, widziałem, że na piasku niema innych śladów prócz pochodzących od butów Barrymore’a, poczem zbadałem uważnie trupa, którego jeszcze nikt nie dotknął.

 Sir Karol leżał wyciągnięty, twarzą do ziemi, ręce miał rozkrzyżowane, palce zaciśnięte kurczowo i zagłębione w ziemi, a rysy takie wykrzywione, pod wpływem gwałtownego wzruszenia, że nie odważyłbym się stwierdzić pod przysięgą jego tożsamości.

 Na ciele nie znalazłem obrażenia fizycznego. Wszelako zeznania Barrymore’a nie były dokładne. Powiedział, że przy trupie nie było żadnego śladu kroków. Nie widział ich. Ja jednak dostrzegłem... świeże, wyraźne, niedaleko od widowni wypadku...

 — Ślady kroków?

 — Tak jest, ślady kroków.

 — Mężczyzny, czy kobiety?

 Dr. Mortimer spoglądał na nas przez chwilę szczególnym wzrokiem, poczem, szeptem niemal, odpowiedział:

 — Panie Holmes, to były ślady łap olbrzymiego psa!

III.ZAGADKA.

Wyznaję, że słowa te przejęły mnie dreszczem. Głos doktora Mortimera drżał także, znać było, że wzruszyło go jego własne opowiadanie.

 Nieco pochylony naprzód, Holmes słuchał go z błyskiem w oczach, który był dowodem żywego zainteresowania się.

 — Czyś pan je widział? — zapytał.

 — Tak dokładnie, jak widzę pana w tej chwili.