Opis

Pies Baskerville’ów – kryminał zwany przez niektórych dreszczowcem, wywołujący owe dreszcze na naszych plecach w sposób wysmakowany, nieśpieszny i pełen staroświeckiego wdzięku. Starannie budowane napięcie, elegancka narracja, smaczne dialogi – to wielka przyjemność czytania! Conan Doyle, podobnie jak inni znakomici pisarze, jakoś się nie starzeje.

                                                                                                   Monika Szwaja

 

Wydana w 1901 roku powieść Arthura Conan Doyle’a uchodzi dziś za klasyczny kryminał. Jest niewątpliwie arcydziełem gatunku, legendarnym tekstem, inspirującym – wciąż – także współczesnych autorów. Pisarz sięgnął w niej umiejętnie po popularną estetykę grozy, wzbogacając o wątki niesamowite opowieść o zagadce ewidentnie kryminalnej. I choć jej wyjaśnienie, mimo że – w zgodzie z przekonaniami filozoficznymi Doyle’a – dokonuje się na gruncie nauki, to jednak niesamowity klimat narracji, opisy mgielnych pejzaży spowijających angielskie mokradła – na trwałe zagościły w świadomości czytelników.

Genialny detektyw Sherlock Holmes, wraz ze swym asystentem, nieco ociężałym doktorem Watsonem, muszą tym razem zmierzyć się z tajemniczym potworem, przypominającym ogromnego psa, który grasuje na angielskiej prowincji zabijając samotnych wędrowców.

Czy detektywi rzeczywiście stają tym razem wobec paranormalnego zjawiska? Czy ofiary potwora coś łączy?

Dzisiejszy miłośnik mrocznych filmowych obrazów, jak “Z archiwum X”, a także fani rysunkowych ruchomych obrazów z serii o Scoobie Doo i wesołej ferajnie przyjaciół stawiających czoła rozmaitym zjawom, duchom i potworom – z przyjemnością znajdzie w powieści Doyle’a podobne wątki.

                                                                                            Jarosław Klejnocki

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 236

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Rozdział 1. Sherlock Holmes

Sherlock Holmes, który wstawał zazwyczaj bardzo późno, chyba że nie kładł się wcale spać, co zdarzało mu się dość często, siedział właśnie przy śniadaniu. Ja stałem przy kominku, oglądając laskę pozostawioną przez naszego wczorajszego gościa. Była to piękna, gruba laska z dużą gałką, pod którą znajdowała się srebrna obwódka szerokości około cala z napisem: „Jakubowi Mortimerowi M.R.C.S. od przyjaciół z C.C.H.”, oraz data „1884”.

– I cóż, Watsonie, sądzisz o tej lasce?

Holmes siedział odwrócony plecami, ja zaś nie zdradziłem ani gestem, ani słowem, czym byłem zajęty.

– Skąd wiesz, co ja robię? – zapytałem zdumiony. – Gotów jestem uwierzyć, że masz oczy z tyłu głowy.

– Nie, ale mam przed sobą srebrny imbryk, wypolerowany jak zwierciadło – odparł Holmes. – Powiedz mi, co myślisz o lasce naszego gościa. Skoro nie zastał nas wczoraj, a nie mamy pojęcia, jaki mógł być cel jego odwiedzin, ta przypadkowa zguba nabiera znaczenia. Niechże się dowiem, co na podstawie tej laski sądzisz o jej właścicielu?

– Sądzę – odpowiedziałem, starając się naśladować sposób rozumowania mojego towarzysza – że doktor Mortimer jest starszym, bardzo wziętym i bardzo poważnym lekarzem, skoro znajomi obdarzyli go takim dowodem uznania.

– Dobrze – odparł Holmes. – Wyśmienicie!

– Sądzę także, że najprawdopodobniej doktor Mortimer jest lekarzem wiejskim, odwiedzającym chorych przeważnie pieszo.

– Dlaczego?

– Dlatego, że ta laska, zapewne bardzo ładna, gdy była nowa, jest już tak zniszczona, iż nie wyobrażam jej sobie w rękach lekarza miejskiego. Gruba skuwka jest niemal zupełnie ścięta. Świadczy to, że doktor odbywał z tą laską długie spacery.

– Doskonale, zupełnie słusznie! – przytakiwał Holmes.

– A wreszcie jest tu jeszcze napis: „Od przyjaciół z C.C.H.”. Przypuszczam, że litery „C.C.H.” stanowią skrót jakiegoś miejscowego kółka łowieckiego. Doktor udzielał pewnie członkom tego koła lekarskiej pomocy, a oni, w dowód wdzięczności, ofiarowali mu ten drobny upominek.

– Doprawdy, Watsonie, przechodzisz samego siebie – rzekł Holmes. – Muszę przyznać, że we wszystkich sprawozdaniach, jakie łaskawie pisałeś o moich skromnych osiągnięciach, nie doceniłeś własnych zdolności. Nie jesteś może samym źródłem światła, lecz umiesz kierować światłem. Są ludzie, którzy, sami nie mając geniuszu, posiadają talent pobudzania go u innych.

Holmes nigdy jeszcze nie przemawiał tak do mnie. Muszę przyznać, że słowa jego sprawiły mi wielką przyjemność. Często bywałem dotknięty obojętnością Holmesa dla mego podziwu i dla moich wysiłków zmierzających do nadania rozgłosu jego metodom. Duma ogarniała mnie także na myśl, że przyswoiłem sobie jego system tak dalece, iż zdobyłem uznanie samego mistrza. Holmes wyjął mi z rąk laskę i przyglądał jej się przez kilka minut. Po czym podszedł do okna, gdzie zabrał się do badania laski przez lupę.

– Ciekawe, chociaż proste – rzekł, wróciwszy na swoje ulubione miejsce na kanapie. – Dostrzegam na tej lasce parę wskazówek, które doprowadzą nas do wielu wniosków.

– Czyżby coś uszło mojej uwagi? – spytałem z pewną zarozumiałością w tonie. – Nie sądzę, żebym ominął jakiś ważny szczegół.

– Obawiam się, mój drogi, że większość twoich wniosków była mylna. Gdy mówiłem, że dodajesz mi bodźca, miałem na myśli, mówiąc szczerze, to, iż stwierdzenie twoich pomyłek doprowadziło mnie wielokrotnie do odkrywania prawdy. W tym wypadku nie mylisz się bynajmniej co do istoty rzeczy. Właściciel laski jest niewątpliwie lekarzem wiejskim i chodzi dość dużo.

– Miałem zatem słuszność.

– Pod tym względem tak.

– Ale to chyba wszystko.

– Nie, nie, mój drogi, nie wszystko… bynajmniej nie wszystko. Na przykład wydaje mi się bardziej prawdopodobne, że ofiarowany doktorowi podarunek pochodzi od pracowników szpitala, a nie od kółka łowieckiego. Toteż gdy litery „C.C.” umieścimy przed słowem „szpital”, wyrazy „Charing Cross” nasuwają się same przez się.

– Może masz słuszność.

– Moje wyjaśnienie ma wszelkie cechy prawdopodobieństwa i jeśli przyjmiemy tę hipotezę, mamy nową podstawę, która pozwoli nam odtworzyć postać naszego nieznanego gościa.

– Dobrze. Przypuszczając zatem, że C.C.H. znaczy „Charing Cross Hospital”, jakież inne wnioski stąd wysnujemy?

– Czyż nie nasuwa ci się żaden? Znasz moją metodę. Zastosuj ją!

– Jedynym wnioskiem oczywistym jest fakt, że nasz nieznajomy praktykował w mieście, zanim przeniósł się na wieś.

– Myślę, że możemy posunąć się nieco dalej w naszych przypuszczeniach. Spójrz na to z innego punktu widzenia. Przy jakiej sposobności ofiarowano Mortimerowi ten podarunek? Kiedy przyjaciele mogli w ten sposób wyrazić mu dowód swej wdzięczności i uznania? Niewątpliwie w chwili, gdy doktor opuszczał szpital, żeby rozpocząć prywatną praktykę. Wiemy już, że był to podarunek. Przypuszczamy, że doktor opuścił szpital miejski i przeniósł się na wieś. Czy zatem zbyt śmiałe byłoby nasze twierdzenie, że laskę ofiarowano mu właśnie przy pożegnaniu?

– Jest to bardzo prawdopodobne.

– A teraz zechciej zauważyć, że doktor Mortimer nie mógł należeć do składu stałych lekarzy szpitalnych. Na te stanowiska wyznaczani są tylko pierwszorzędni lekarze londyńscy, a ci nie przenoszą się na wieś. Kim był zatem? Jeżeli pracował w szpitalu, a nie należał do stałego personelu lekarskiego, to był zapewne tylko asystentem i zajmował stanowisko niewiele wyższe niż studenci ostatniego roku medycyny. Opuścił zaś szpital przed pięciu laty… masz datę na lasce. Tak więc twój poważny doktor w średnim wieku znika jak widmo, mój drogi, a na jego miejsce ukazuje się nam trzydziestoletni mężczyzna, miły, skromny, roztargniony i posiadający ulubionego psa, którego określiłbym mniej więcej jako większego od teriera, a mniejszego od buldoga.

Uśmiechnąłem się z niedowierzaniem, a Sherlock Holmes rozsiadł się wygodnie, puszczając pod sufit kółka dymu.

– Nie mam możliwości sprawdzenia tego ostatniego wywodu – rzekłem – ale nic łatwiejszego niż dowiedzieć się kilku szczegółów dotyczących wieku i kariery zawodowej doktora.

Wziąłem z mojej biblioteki Przewodnik lekarski i odszukałem literę M. Znalazłem kilku Mortimerów, ale tylko jeden z nich mógł być naszym gościem. Przeczytałem głośno odpowiednią notatkę:

Mortimer Jakub, M.R.S.C.*, 1882; Grimpen, Dartmoor, Devon. Asystent-chirurg w szpitalu Charing Cross od 1882 do 1884. Laureat Nagrody Jacksona za pracę z dziedziny patologii porównawczej Wpływ cech wstecznych na powstawanie pewnych chorób. Członek-korespondent Szweckiego Towarzystwa Patologicznego. Autor Kilku kaprysów atawizmu („The Lancet”, 1882), Czy idziemy naprzód („Journal of Psychology”, marzec 1883). Lekarz urzędowy gmin: Grimpen, Thorsley i High-Barrow.

– O kółku łowieckim ani wzmianki – rzekł Holmes z drwiącym uśmiechem – ale jest lekarzem wiejskim, jak to sprytnie wywnioskowałeś. Zdaje mi się, że nasze wywody się potwierdzają. Co do przymiotników określających naszego doktora, powiedziałem, jeśli się nie mylę: miły, skromny i roztargniony. Wiem z doświadczenia, że podarunki otrzymuje na tym świecie tylko człowiek miły, jedynie skromny człowiek rezygnuje z kariery londyńskiej i osiedla się na wsi, a tylko roztargniony zostawia ci laskę zamiast biletu wizytowego po godzinnym wyczekiwaniu w twoim pokoju.

– A pies?

– Pies zwykle nosi laskę swego pana. Ponieważ jest ciężka, pies mocno trzymał ją pośrodku; ślady jego kłów są wyraźnie widoczne. Wskazują one moim zdaniem, że szczęka jest za duża na teriera, a za mała na buldoga. To może… tak, do licha, to jest spaniel!

Mówiąc to, Holmes chodził po pokoju, a gdy zatrzymał się przy oknie, w głosie jego nagle zabrzmiała taka stanowczość, że spojrzałem na niego zdumiony.

– Mój drogi, skąd ta pewność?

– Stąd po prostu, że widzę tego psa u naszych drzwi wejściowych, a oto dzwoni jego pan. Nie odchodź, proszę cię, Watsonie. To przecież twój kolega po fachu i twoja obecność może mi się bardzo przydać. Oto dramatyczna chwila: słyszysz na schodach kroki człowieka wchodzącego w twoje życie i nie wiesz, z czym przychodzi: z dobrym czy złym. Czego może chcieć doktor Jakub Mortimer, człowiek nauki, od Sherlocka Holmesa, specjalisty w kryminalistyce?… Proszę!

Postać naszego gościa przejęła mnie zdumieniem, gdyż spodziewałem się ujrzeć typowego lekarza wiejskiego. Doktor Mortimer zaś był bardzo wysoki i chudy; nos miał długi, haczykowaty, oczy szare, przenikliwe, bardzo blisko siebie osadzone iskrzyły się zza okularów w złotej oprawie. Ubrany był w strój ogólnie przyjęty przez lekarzy, choć mocno zaniedbany: surdut miał wytarty, spodnie w dole obszarpane. Jakkolwiek młody jeszcze, plecy miał zgarbione, idąc, pochylał głowę, a na twarzy jego malowała się wielka dobroduszność.

Gdy spostrzegł laskę w ręku Holmesa, rzucił się ku niemu z radosnym okrzykiem.

– Co za szczęście! Nie byłem pewny, czy zostawiłem ją tutaj, czy w biurze okrętowym. Za nic na świecie nie chciałbym jej zgubić.

– Podarunek, nieprawdaż? – spytał Holmes.

– Owszem, proszę pana.

– Od pracowników szpitala Charing Cross?

– Od kilku przyjaciół w szpitalu z okazji mojego ślubu.

– Do licha! Niedobrze – odezwał się Holmes, potrząsając głową.

Na twarzy doktora Mortimera pojawił się wyraz zdziwienia.

– Niedobrze? Dlaczego?

– Dlatego, że nasze wnioski okazały się mylne. Mówi pan zatem, że to podarunek z okazji ślubu?

– Tak, ożeniłem się i porzuciłem szpital. Trzeba było pomyśleć o stworzeniu własnego domu.

– Co prawda – rzekł Holmes – nie pomyliliśmy się znowu aż tak bardzo. A teraz, doktorze Jakubie Mortimer…

– Proszę mnie tak nie tytułować… jestem tylko skromnym lekarzem.

– I najwyraźniej człowiekiem o umyśle ścisłym.

– Jestem dyletantem w nauce, panie Holmes. Zbieraczem muszelek na wybrzeżach wielkiego, nieznanego oceanu. Przypuszczam, że mówię do pana Sherlocka Holmesa, nie zaś…

– Tak, a oto mój przyjaciel, doktor Watson.

– Bardzo mi przyjemnie. Słyszałem często nazwisko pana, wymieniane wespół z nazwiskiem pańskiego przyjaciela. Panie Holmes, interesuje mnie pan niesłychanie. Nie spodziewałem się zobaczyć czaszki tak dolichocefalicznej jak pańska i do tego stopnia rozwiniętych guzów nadoczodołowych. Czy pozwoli mi pan przesunąć palec po szwie ciemieniowym? Odlew pańskiej czaszki – dopóki oryginał jest nieosiągalny – byłby ozdobą każdego muzeum antropologicznego. Nie pragnę bynajmniej pańskiej śmierci, ale przyznaję, że na czaszkę pańską mam wielką ochotę.

Sherlock Holmes wskazał krzesło osobliwemu gościowi.

– Jest pan entuzjastą swojego zawodu, podobnie jak ja mojego – rzekł. – Widzę po pańskim palcu wskazującym, że pan sam sobie zwija papierosy. Proszę, niech się pan nie krępuje.

Gość wyjął z kieszeni bibułkę i ze zdumiewającą wprawą zwinął papierosa. Palce miał długie, zwinne i ruchliwe jak macki owada. Holmes milczał, ale bystre spojrzenia, jakimi raz po raz obrzucał naszego gościa, dowodziły, jak bardzo się nim interesuje.

– Przypuszczam – odezwał się wreszcie – że nie tylko dla zbadania mojej czaszki zaszczycił mnie pan swoimi odwiedzinami wczoraj i ponownie w dniu dzisiejszym.

– Nie, proszę pana, jakkolwiek rad jestem niezmiernie, że nastręczyła mi się sposobność ku temu. Przyszedłem do pana, panie Holmes, bo orientuję się, że nie jestem człowiekiem biegłym w tych sprawach, a znalazłem się wobec niezwykle poważnego i zadziwiającego zagadnienia. Ponieważ uważam pana za drugiego specjalistę w swojej dziedzinie w Europie…

– Doprawdy? A czy wolno wiedzieć, kto ma zaszczyt być tym pierwszym? – spytał Holmes z odcieniem niezadowolenia.

– Dla człowieka o umyśle naukowca prace pana Bertillona są nieocenione.

– A więc dlaczego nie udaje się pan do niego po poradę?

– Jeśli chodzi o praktyczne podejście, pan jest jedyny. Mam nadzieję, że mimo woli nie uraziłem…

– Tylko trochę – przerwał Holmes. – Sądzę, doktorze, że najwyższy czas, aby pan wyjaśnił mi teraz dokładnie, na czym polega zagadnienie, które wymaga mojej pomocy.

Rozdział 2. Przekleństwo Baskerville’ów

Mam w kieszeni rękopis – zaczął doktor Mortimer.

– Spostrzegłem to, gdy pan wszedł do pokoju – odparł Holmes.

– Rękopis ten jest bardzo stary.

– Z pierwszej połowy osiemnastego wieku, jeśli nie jest podrobiony.

– Skąd pan wie?

– Podczas rozmowy z panem miałem możność przyjrzenia się rękopisowi, którego kawałek wystawał z pańskiej kieszeni. Marny byłby to znawca, który nie umiałby określić daty dokumentu z dokładnością do dziesięciu lat. Może czytał pan moją monografię na ten temat? Rękopis pański pochodzi mniej więcej z roku 1730.

– Dokładnie z 1742 – odparł Mortimer, wydobywając go z kieszeni. – Ten dokument rodzinny został mi powierzony przez sir Charlesa Baskerville’a, którego tragiczna śmierć wywołała przed trzema miesiącami takie wzburzenie w Devonshire. Pragnę nadmienić, że byłem jednocześnie jego lekarzem i przyjacielem. Był to człowiek stanowczy, przenikliwy, praktyczny i miał równie trzeźwą wyobraźnię jak i ja. Niemniej jednak traktował poważnie ten dokument i przygotowany był, że zginie w taki właśnie sposób.

Holmes wyciągnął rękę po dokument i rozłożył go sobie na kolanach.

– Zauważ, Watsonie – rzekł, zwracając się do mnie – jak różnie jest pisana litera „s”. Raz „s” jest długie, raz krótkie. To jedna ze wskazówek, która pozwoliła mi określić datę.

Spojrzałem przez jego ramię na pożółkły papier i wyblakłe pismo. W nagłówku widniał napis „Baskerville Hall”, a później wielkimi, niekształtnymi cyframi: „1742”.

– Wygląda to na jakąś opowieść.

– Tak, to pewna legenda krążąca w rodzinie Baskerville’ów.

– Sądziłem, że pragnie pan zasięgnąć mojej rady w sprawie bardziej aktualnej i życiowej.

– Sprawa jest jak najbardziej aktualna i nagląca. Trzeba ją koniecznie wyjaśnić w ciągu dwudziestu czterech godzin. Rękopis ten jest krótki i ściśle z nią związany. Pozwoli pan zatem, że go przeczytam.

Holmes zagłębił się w fotelu, splótł dłonie i zamknął oczy, przybrawszy wyraz twarzy pełen rezygnacji. Doktor Mortimer odwrócił się do okna i zaczął czytać wysokim, szorstkim głosem następującą ciekawą starodawną opowieść:

O pochodzeniu psa Baskerville’ów krążyły różne pogłoski. Ponieważ jestem jednak potomkiem w prostej linii Hugona Baskerville’a, a historię niniejszą słyszałem z ust mojego ojca, który znał ją od swego ojca, przeto spisałem ją, przekonany szczerze o jej prawdziwości. I chciałbym, synowie moi, żebyście wierzyli, że ta sama Sprawiedliwość, która karze za grzechy, umie również przebaczać miłosiernie i że nie ma tak strasznego przekleństwa na świecie, którego by nie można okupić skruchą i modlitwą. Z opowieści niniejszej zatem wyciągnijcie tę naukę, że nie należy obawiać się przekleństwa przeszłości, pod warunkiem że uniknie się w przyszłości tych ciężkich grzechów, które ściągnęły na naszą rodzinę takie nieszczęście.

Wiedzcie tedy, że w czasach wielkiej rebelii (której dzieje spisane przez wielce uczonego lorda Clarendona polecam gorąco waszej uwadze) zamek Baskerville był własnością Hugona tegoż nazwiska. Zaprzeczyć trudno, iż był to człowiek szalony i bezbożny. Sąsiedzi byliby mu wybaczyli owe błędy, gdyż strony te nigdy nie obfitowały w świętych, ale był on zarazem tak rozpustny i okrutny, że imię jego stało się przysłowiowe w całej okolicy. Zdarzyło się, iż ów Hugon zapałał miłością (jeśli szlachetnym tym mianem można nazwać jego nieszlachetne uczucie) do córki ziemianina, którego grunty sąsiadowały z posiadłościami Baskerville’ów. Ale młoda dziewczyna, skromnie i pobożnie wychowana, unikała wielbiciela, znając jego złą sławę.

Pewnego razu, a było to w dniu świętego Michała, ów Hugon z kilkoma towarzyszami hulanek wtargnęli do majątku sąsiada i porwali pannę pod nieobecność jej ojca i braci. Przywiózłszy brankę do zamku, umieścili ją w jednej z górnych komnat, a sami zasiedli do uczty, by jak zwykle spędzić noc na pijatyce. Nieszczęśliwa dziewczyna była bliska obłędu, słysząc dochodzące z dołu śpiewy, wrzaski i straszne przekleństwa. Mówiono bowiem, że same słowa wypowiadane przez Hugona w stanie nietrzeźwym powinny były doprowadzić go do piekła. Aż wreszcie, zdjęta śmiertelną trwogą, zdobyła się na czyn, przed którym zawahałby się najodważniejszy mężczyzna. Po bluszczu, który okrywał (i nadal okrywa) południową ścianę zamku, zsunęła się na dół i zaczęła uciekać przez moczary do swego domu oddalonego od zamku o dziewięć mil.

Wkrótce potem Hugon opuścił gości, by zanieść trochę jadła i wina swej brance – a może żywił i jakieś gorsze zamiary – ale klatkę zastał pustą, ptaszek uciekł. Wówczas, jak opętany przez diabła, zbiegł w szalonym pędzie ze schodów, wpadł do sali jadalnej, wskoczył na stół, tłukąc dzbany i talerze, i wobec przerażonych biesiadników zaprzysiągł głośno, iż jeśli zdoła schwytać zbiegłą dziewczynę, to jeszcze tej samej nocy zaprzeda czartu ciało i duszę. Przez chwilę obecni stali oszołomieni furią Hugona, gdy naraz jeden bardziej podły, a może bardziej pijany od innych krzyknął, żeby puścić psy gończe śladem zbiega. Wtenczas Hugon wybiegł z zamku, wołając na służbę, by mu osiodłali klacz i puścili ogary z psiarni, po czym cisnął im chustkę dziewczyny, aby skierować psy na trop. I tak w świetle księżyca pościg pomknął przez moczary.

Wszystko to dokonało się z tak błyskawiczną szybkością, że biesiadnicy zrazu nie zrozumieli, co zaszło. Niebawem jednak, pomimo zamroczenia, zaczęli pojmować, że na moczarach może stać się coś strasznego. Powstał zamęt. Jedni wołali o pistolety, inni o konie, inni znów o wino. W końcu trochę oprzytomnieli i wszyscy, w liczbie trzynastu, dosiedli koni i puścili się w pogoń. Księżyc świecił jasno. Jechali szybko zwartą gromadą, kierując się w stronę domu panny.

Ujechali tak ze dwie mile, gdy spotkali nocnego pastucha i spytali go, czy nie widział pogoni. Opowieść niesie, że nieborak był oniemiały ze strachu, lecz wreszcie wykrztusił, że widział nieszczęsną dziewczynę i pędzące za nią psy.

– Ale widziałem więcej jeszcze – dodał – widziałem Hugona Baskerville’a na karej klaczy, a za nim cicho biegnącego psa o iście piekielnym wyglądzie, takiego, że niechaj mnie Bóg uchowa, abym go kiedykolwiek miał spotkać na swojej drodze.

Pijani młodzieńcy sklęli pastucha i popędzili dalej. Ale niebawem zamarli z przerażenia, gdyż nagle rozległ się tętent kopyt końskich i kara klacz, okryta pianą, minęła ich w pełnym galopie, bez jeźdźca, z luźno zwisającymi cuglami.

Zdjęci trwogą jeźdźcy zbliżyli się do siebie, lecz nie zaniechali pogoni, jakkolwiek każdy z nich, gdyby był sam, chętnie zwróciłby konia.

Jadąc wolno, natrafili wreszcie na sforę psów, które, jakkolwiek znane z odwagi i wszelkich przymiotów dobrej rasy, stały zbite w gromadę, skowycząc nad krawędzią głębokiego wąwozu. Jedne zaczynały już się wymykać, inne, z najeżoną sierścią, wpatrywały się w wąwóz.

Grono mężczyzn – już niemal zupełnie trzeźwych, jak łatwo się domyślić – zatrzymało się. Większość nie miała odwagi zapuszczać się dalej, lecz trzej najśmielsi, czy też może najmniej trzeźwi, zjechali do wąwozu. Wąska gardziel rozszerzała się dalej w szeroką kotlinę, gdzie wznosiły się dwa z owych wielkich kamieni, ustawionych w zamierzch­łych czasach przez mieszkańców. Kotlina tonęła w blasku księżyca. Na środku leżała bez życia nieszczęsna ofiara. Tutaj widocznie upadła i skonała ze znużenia i trwogi. Ale nie na jej widok ani na widok zwłok Hugona Baskerville’a, leżących w pobliżu, skamienieli trzej śmiałkowie. Nad trupem Hugona stał okropny potwór – czarne wielkie zwierzę podobne do psa, ale psa nigdy niespotykanych rozmiarów. Na ich oczach potwór rozerwał gardło Hugona, a gdy zwrócił ku przybyłym swe ogniste ślepia i paszczę broczącą krwią, trzech śmiałków wrzas­nęło z przerażenia i krzycząc, ratowało się ucieczką przez moczary.

Powiadają, że jeden z nich umarł jeszcze tej samej nocy z przerażenia, a dwaj inni pozostali obłąkani do końca życia.

Tak brzmi, synowie moi, opowieść o pierwszym ukazaniu się psa, który od owego czasu stał się okrutną plagą naszego rodu. Spisałem tę opowieść dlatego tylko, że wzmianki i domysły wzbudzają zawsze więcej trwogi niż rzeczy dokładnie wiadome. Nie można zaprzeczyć, że wielu członków naszej rodziny zginęło śmiercią gwałtowną, nagłą i tajemniczą. Powinniśmy jednak ufać w nieskończoną dobroć Opatrzności, która rzadko kiedy karze niewinnych poza trzecim lub czwartym pokoleniem, jak mówi Pismo Święte. Polecam was, synowie moi, opiece tej Opatrzności i radzę gwoli ostrożności unikać moczarów w godzinach nocnych, kiedy panuje moc złego ducha.

(Spisał Hugon Baskerville dla synów swoich, Rodgera i Johna, zalecając wszakże, aby pod żadnym pozorem nie powtarzali opowieści powyższej siostrze swojej, Elisabeth).

Gdy doktor Mortimer skończył czytać tę niezwykłą opowieść, odsunął okulary na czoło i zwrócił spojrzenie na Sherlocka Holmesa. Ten ziewnął, cisnął niedopałek papierosa w ogień i spytał lakonicznie:

– I cóż?

– Czy cała ta historia nie wydaje się panu zajmująca?

– Owszem, dla amatora bajek.

Doktor Mortimer wyjął z kieszeni starannie złożoną gazetę.

– Teraz, panie Holmes, pokażę panu coś bardziej aktualnego. Oto numer „Devon County Chronicle” z dnia 14 czerwca tego roku, zawierający szczegóły śmierci sir Charlesa Baskerville’a zmarłego kilka dni przedtem.

Mój przyjaciel pochylił się nieco, a twarz jego przybrała wyraz skupienia. Gość poprawił okulary i zaczął:

„Nagła śmierć sir Charlesa Baskerville’a, którego w zbliżających się wyborach wymieniano jako kandydata stronnictwa liberalnego dla okręgu środkowego Devonu, pogrążyła w smutku całe hrabstwo. Jakkolwiek sir Charles mieszkał dopiero od niedawna w Baskerville Hall, niemniej jednak ujmującym podejściem i wielką szczodrobliwością zdobył przywiązanie oraz szacunek wszystkich tych, którzy go znali.

W czasach panoszenia się »nowobogackich« przyjemnie jest widzieć, jak potomek starego, choć podupadłego rodu przywraca dawną świetność rodzinnemu gniazdu.

Sir Charles, jak wiadomo, zarobił duże pieniądze w Afryce Południowej. Roztropniejszy od tych, którzy spekulują dopóty, dopóki fortuna nie odwróci się od nich, zrealizował wszystkie swoje zyski i powrócił do Anglii. Dwa lata zaledwie minęło od chwili, kiedy zamieszkał w Baskerville Hall, a wiadomo już było wszystkim, że nosi się z zamiarem odbudowania zamku i wprowadzenia różnych ulepszeń w swoich posiadłościach. Śmierć nie pozwoliła urzeczywistnić tych planów, powziętych na wielką skalę. Będąc bezdzietny, pragnął, by cała okolica korzystała z jego bogactw, toteż wiele osób ze względów osobistych opłakuje przedwczesny zgon naszego darczyńcy. Niejednokrotnie na łamach naszego pisma wspominaliśmy o jego szczodrych dotacjach na różne cele dobroczynne.

Śledztwo nie mogło dokładnie wyjaśnić okoliczności, które towarzyszyły śmierci sir Charlesa Baskerville’a, ale rozproszyło przynajmniej pewne pogłoski zrodzone z zabobonu. Nie ma bowiem powodów do przypuszczeń, że zaszło tu coś podejrzanego lub że śmierć nie nastąpiła z przyczyn naturalnych.

Sir Charles był wdowcem i uchodził pod pewnymi względami za dziwaka. Pomimo znacznej fortuny żył bardzo skromnie, a cała jego służba składała się jedynie z małżeństwa nazwiskiem Barrymore; mąż był lokajem, a żona gospodynią.

Zeznania ich, potwierdzone przez kilku przyjaciół, wskazują, iż od pewnego czasu sir Charles silnie niedomagał. Trapiło go cierpienie sercowe, objawiające się nagłym blednięciem, napadami duszności i ostrymi atakami nerwowymi. Doktor Jakub Mortimer, przyjaciel i lekarz zmarłego, złożył zeznanie w tym samym duchu.

Fakty są bardzo proste. Co wieczór, przed udaniem się na spoczynek, sir Charles przechadzał się po słynnej alei cisowej w Basker­ville Hall. Małżonkowie Barrymore stwierdzili w swoich zeznaniach, że taki był zwyczaj ich pana.

Dnia czwartego maja sir Charles oznajmił, iż wyjeżdża nazajutrz do Londynu i polecił Barrymore’owi, aby mu zapakował rzeczy. Wieczorem wyszedł na zwykłą przechadzkę, podczas której zawsze palił cygaro.

Z przechadzki tej już nie powrócił.

O północy Barrymore, widząc, że drzwi do holu są jeszcze otwarte, zaniepokoił się i zapaliwszy latarnię, poszedł szukać swego pana.

Dzień był dżdżysty, odnaleziono więc z łatwością ślady stóp sir Charlesa na rozmiękłej ziemi alei. Mniej więcej w jej połowie znajduje się furtka prowadząca na moczary. Głębsze w tym miejscu ślady wskazywały, że sir Charles zatrzymał się tutaj na chwilę. Następnie udał się widocznie dalej, ponieważ zwłoki jego znaleziono na samym końcu alei.

Pewien szczegół zeznania Barrymore’a pozostaje jeszcze niewyjaśniony: kształt stóp zmienił się z chwilą, kiedy sir Charles Baskerville minął furtkę. Wyglądało na to, że szedł dalej na palcach.

Niejaki Murphy, Cygan, handlarz koni, znajdował się wówczas w pobliżu na moczarach, lecz jak sam zeznał, był kompletnie pijany. Oświadczył wszakże, iż słyszał krzyki, ale nie wiedział, skąd dochodziły. Na zwłokach sir Charlesa nie stwierdzono żadnych śladów obrażeń, jakkolwiek zeznanie lekarza wspomina o niezwykłym, wprost konwulsyjnym wykrzywieniu twarzy – wykrzywieniu tak strasznym, że zrazu doktor Mortimer nie chciał wierzyć, że ma istotnie przed sobą swego pacjenta i przyjaciela. Wyjaśniono jednak, że jest to objaw pojawiający się często w przypadku dusznicy i śmierci spowodowanej atakiem serca. Oględziny zwłok pozwoliły na taką właśnie diagnozę, a sędzia śledczy potwierdził wyjaśnienie lekarskie.

Radzi jesteśmy z takiego wyniku śledztwa. Spadkobierca sir Charlesa powinien jak najprędzej osiąść na zamku i prowadzić dalej w tak tragiczny sposób przerwane dzieło swego poprzednika. Gdyby trzeźwy werdykt sędziego nie zniweczył ostatecznie romantycznych opowieści krążących w związku z tą śmiercią, trudno byłoby znaleźć nowego pana dla Baskerville Hall.

Najbliższym krewnym zmarłego jest – jeżeli jeszcze żyje – pan Henry Baskerville, syn najmłodszego brata sir Charlesa. Gdy ostatnio o nim słyszano, przebywał w Ameryce. Podjęto odpowiednie kroki celem znalezienia go i zawiadomienia o dziedzictwie, jakie mu przypadło w udziale”.

Doktor Mortimer złożył gazetę i schował ją do kieszeni.

– Tak przedstawiają się, panie Holmes, fakty podane do publicznej wiadomości – rzekł.

– Dziękuję panu – odparł Holmes – za zwrócenie mojej uwagi na sprawę, która pod wielu względami jest niewątpliwie interesująca. Swego czasu czytałem o niej kilka wzmianek w prasie, ale byłem wówczas całkowicie pochłonięty sprawą watykańskich kamieni. Oddając swoje usługi papieżowi, przestałem na razie interesować się tym, co się działo w Anglii. Powiada pan, że artykuł ten zawiera wszystkie publicznie znane fakty.

– Tak.

– Niech mi pan poda nieznane. – Holmes zagłębił się znów w fotelu, splótł dłonie, a twarz jego przybrała wyraz powagi i skupienia.

– Aby uczynić zadość pańskiemu żądaniu – powiedział doktor Mortimer, okazując coraz silniejsze zdenerwowanie – opowiem panu to, z czego nie zwierzyłem się dotąd nikomu. Zataiłem to przed sędzią, bo człowiekowi nauki trudno przyznać się publicznie do wiary w zabobony. Nadto kierował mną też i ten wzgląd, wspomniany w artykule, że Baskerville Hall pozostałby bezpański, gdyby coś jeszcze wzmocniło ponurą sławę tej siedziby. Dla tych dwóch przyczyn uważałem za stosowne powiedzieć mniej, niż wiedziałem; ale z panem chcę być zupełnie szczery.

Okolica moczarów jest bardzo rzadko zaludniona, dlatego też sąsiedzi pozostają w bliskich ze sobą stosunkach. Oto przyczyna mojej zażyłości z sir Charlesem Baskerville’em. Z wyjątkiem pana Franklanda w Lafter Hall i pana Stapletona, przyrodnika, nie ma w promieniu kilku mil innych ludzi wykształconych.

Sir Charles lubił samotność, ale choroba jego zbliżyła nas, a wspólne zainteresowania naukowe utrwaliły to zbliżenie. Podczas swoich podróży po Afryce Południowej zdobył dużo ciekawych wiadomości i spędziliśmy razem niejeden miły wieczór, rozprawiając o anatomii Buszmenów i Hotentotów.

W ciągu ostatnich kilku miesięcy dostrzegłem u sir Charlesa wzmagające się rozdrażnienie nerwowe. Przejął się on do tego stopnia legendą, którą przeczytałem przed chwilą, że nic na świecie nie mogło go zmusić do wyjścia w nocy poza teren parku. Jakkolwiek wyda się to panu nieprawdopodobne, niemniej jednak sir Charles był święcie przekonany, iż okrutny los ciąży nad jego rodem, a kroniki rodzinne tylko tę wiarę wzmacniały.

Myśl o ciągłej obecności jakiegoś ducha ścigała go nieustannie. Często zapytywał mnie, czy podczas moich nocnych wizyt lekarskich nie dostrzegłem nigdy jakiejś niezwykłej postaci i czy nie słyszałem szczekania psa. Ostatnie pytanie zadawał mi wielokrotnie, i to zawsze drżącym ze wzruszenia głosem.

Przypominam sobie doskonale drobny wypadek, który się zdarzył na kilka tygodni przed jego śmiercią. Zajechałem pewnego wieczoru przed zamek i zastałem sir Charlesa na ganku. Zeskoczyłem z dwukółki i podszedłem do niego, by się przywitać, gdy naraz zauważyłem, że wpatruje się w coś za moimi plecami z wyrazem okropnego przerażenia. Odwróciłem się i dostrzegłem jeszcze na skręcie drogi coś nieokreślonego; zdawało mi się, że było to wielkie czarne cielę. Sir Charles był tym zjawiskiem tak wzburzony i zaniepokojony, że uważałem za swój obowiązek udać się na poszukiwanie zwierzęcia. Ale zniknęło bez śladu. Zdarzenie to wywarło na moim przyjacielu straszne wrażenie. Spędziłem z nim cały wieczór i wówczas, aby wyjaśnić mi swój stan, powierzył mojej pieczy rękopis, który panu przeczytałem. Wspomniałem o tym drobnym zajściu dlatego tylko, że nabiera ono pewnego znaczenia ze względu na późniejszą tragedię; wtenczas nie przywiązywałem do niego żadnej wagi i uważałem, że zdenerwowanie mego przyjaciela nie jest niczym usprawiedliwione.

Na skutek moich nalegań sir Charles postanowił pojechać do Londynu. Wiedziałem, że ma wadę serca, a nieustający niepokój – choćby nawet bezpodstawny – oddziaływał ujemnie na jego zdrowie. Sądziłem, że kilkumiesięczny pobyt w Londynie i rozrywki miejskie wpłyną na niego uspokajająco, a pan Stapleton, nasz wspólny przyjaciel, podzielał moje zdanie. W ostatniej chwili przed wyjazdem nastąpiła ta straszna katastrofa.

Tej nocy, gdy zmarł sir Charles, Barrymore, jego lokaj, przysłał po mnie chłopca stajennego Perkinsa, a ponieważ jeszcze nie spałem, w godzinę po wypadku byłem już w Baskerville Hall. Stwierdziłem osobiście wszystkie fakty wspomniane podczas śledztwa: zbadałem ślady kroków w alei cisowej, obejrzałem miejsce przy furtce, gdzie mój przyjaciel się zatrzymał, zauważyłem zmianę kształtu śladów, począwszy od tego miejsca, widziałem, że poza nimi nie ma innych śladów prócz tych, które pozostawił Barrymore, potem zbadałem uważnie zwłoki, których przede mną jeszcze nikt nie dotknął. Sir Charles leżał twarzą do ziemi, ręce miał rozkrzyżowane, palce zaciśnięte kurczowo, a rysy tak wykrzywione, że nie odważyłbym się stwierdzić pod przysięgą jego tożsamości. Na ciele nie znalazłem żadnych obrażeń. Wszelako na śledztwie Barrymore złożył jedno nieścisłe zeznanie. Powiedział, że w sąsiedztwie zwłok nie było żadnych śladów. Nie widział ich. Ja jednak dostrzegłem… choć w pewnej odległości, lecz świeże i wyraźne.

– Ślady kroków?

– Tak, ślady kroków.

– Mężczyzny czy kobiety?

Doktor Mortimer spoglądał na nas przez chwilę szczególnym wzrokiem, po czym, szeptem niemal, odpowiedział:

– Panie Holmes, to były ślady łap olbrzymiego psa.

Rozdział 3. Problem

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 4. Sir Henry Baskerville

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 5. Trzy zerwane nici

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 6. Baskerville Hall

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 7. Państwo Stapleton z Merripit House

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 8. Pierwsze sprawozdanie doktora Watsona

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 9. Drugie sprawozdanie doktora Watsona. Światło na moczarach

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 10. Wyjątek z dziennika doktora Watsona

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 11. Człowiek z Czarnego Szczytu

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 12. Śmierć na moczarach

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 13. Zarzucanie sieci

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 14. Pies Baskerville’ów

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 15. Rzut oka wstecz

Dostępne w wersji pełnej

Tytuł oryginału: The Hound of the Baskerville

Copyright © 2017, MG

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.

ISBN: 978-83- 7779-409- 8

Projekt okładki: Zuzanna Malinowska

Na okładce wykorzystaliśmy symbol Sherlock Holmesa inspirowany znakiem pochodzącym ze strony:

© The Sherlock Holmes Museum

221b Baker Street, London, England

www.sherlock-holmes.co.uk

Korekta: Dorota Ring

www.wydawnictwomg.pl

[email protected]

[email protected]

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com