10 osób interesuje się tą książką

Opis

Niektórych historii nie da się opowiedzieć w jednym życiu.

Zaskakująca reinterpretacja opowieści o podróży w czasie. Odważna, magiczna, mistrzowska.

Harry August umiera. Znowu. W chwili śmierci Harry August zawsze powraca do punktu wyjścia. Niezależnie od tego, co robi i jakie decyzje podejmuje, za każdym razem staje się chłopcem pamiętającym wszystkie fakty z życia, które przeżył dwanaście razy. Nic się nie zmienia, nigdy. Aż do teraz.

Kiedy nadchodzi kres jedenastego życia Harry’ego, przy jego łóżku pojawia się dziewczynka, która mówi: „O mało mi nie umarłeś, doktorze… Muszę wysłać wiadomość w przeszłość”.

Oto opowieść o wcześniejszych – i późniejszych – wydarzeniach z życia Harry’ego. Podejmuje on próbę ocalenia przeszłości, której nie może zmienić. Stara się uratować przyszłość, by nie dopuścić do katastrofy.

Claire North to pseudonim autorki mającej w swoim dorobku kilka znakomicie przyjętych powieści, z których pierwszą opublikowała jako czternastolatka.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 514

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 13 godz. 54 min

Lektor: Filip Kosior

Popularność


Tytuł oryginału THE FIRST FIFTEEN LIVES OF HARRY AUGUST

WydawcaGrażyna Smosna

Redaktor prowadzącyBeata Kołodziejska

RedakcjaJoanna Popiołek

KorektaEwa Grabowska Mirosława Kostrzyńska

Copyright © 2014 by Claire North Copyright © for the Polish translation by Tomasz Wyżyński, 2015

Świat Książki Warszawa 2015

Świat Książki Sp. z o.o. 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanieJoanna Duchnowska

Dystrybucja Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o., sp. j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: [email protected], tel. 22 733 50 10www.olesiejuk.pl

ISBN 9788380310384

Skład wersji elektronicznej

Wstęp

Piszę to dla ciebie.

Mój wrogu.

Mój przyjacielu.

Wiesz – musisz już wiedzieć.

Przegrałeś.

Rozdział pierwszy

Drugi kataklizm rozpoczął się w moim jedenastym życiu, w 1996 roku. Jak zawsze umierałem na tę samą chorobę, pogrążając się w ciepłej morfinowej mgiełce, kiedy nagle moją agonię przerwała dziewczynka. Wzdrygnąłem się, jakby ktoś przytknął do mojego kręgosłupa kostkę lodu.

Miała siedem lat, ja siedemdziesiąt osiem. Jej proste jasne włosy były związane w długi kucyk, moje siwe i przerzedzone. Miałem na sobie szpitalną piżamę, sterylną i pokorną, ona zaś jasnoniebieski szkolny mundurek i filcowy kapelusik. Przysiadła na skraju łóżka, machając nogami, i popatrzyła mi w oczy. Zerknęła na monitor pracy serca, którego czujniki przymocowano do mojej piersi, zauważyła, że wyłączyłem alarm, zbadała mi puls i powiedziała:

– O mało mi nie umarłeś, doktorze.

Mówiła po niemiecku z berlińskim akcentem, ale mogłaby zwracać się do mnie w każdym języku świata i zabrzmiałoby to równie przekonująco. Zaczęła się drapać po tylnej stronie lewej łydki, gdzie swędziała ją skóra, ponieważ podkolanówki zamokły jej od deszczu. Drapiąc się, powiedziała:

– Muszę wysłać wiadomość w przeszłość. Zależy mi na czasie, więc dobrze się składa, że umierasz. Prosiłabym, żebyś ją przekazał swojej filii Bractwa, podobnie jak przekazano ją mnie.

Próbowałem się odezwać, ale zaczął mi się plątać język i nie odpowiedziałem.

– Świat się kończy – ciągnęła. – Wiadomość z przyszłości pokonała tysiąclecie, przekazywana z pokolenia na pokolenie między dziećmi a dorosłymi. Świat się kończy i nie możemy temu zapobiec. Teraz wszystko zależy od ciebie.

Okazało się, że potrafię mówić zrozumiale tylko w języku tajskim, i z trudem wykrztusiłem jedno słowo:

– Dlaczego?

Szybko wyjaśniam, że nie chodziło o to, dlaczego świat się kończy, tylko dlaczego ma to jakieś znaczenie.

Zrozumiała bez słów, o co mi chodzi, i uśmiechnęła się. Pochyliła się nade mną i szepnęła mi do ucha:

– Świat się kończy, bo musi. Ale koniec świata staje się szybszy.

Był to początek końca.

Rozdział drugi

Zacznijmy od początku.

Bractwo, kataklizm, moje jedenaste życie i śmierci, które nastąpiły później – żadna nie była łagodna – są kompletnie pozbawione znaczenia. Erupcja przemocy, która nagle pojawia się i znika, zemsta bez przyczyny, dopóki nie zrozumiesz, gdzie wszystko się zaczęło.

Nazywam się Harry August.

Mój ojciec to Rory Edmond Hulne, a moją matką jest Elizabeth Leadmill, chociaż dowiedziałem się o tym dopiero w połowie swojego trzeciego życia.

Nie wiem, czy napisać, że mój ojciec zgwałcił moją matkę. Sędziowie przysięgli mieliby pewne trudności z oceną tej sprawy; inteligentny adwokat mógłby ich przekonać do obu wersji. Podobno nie krzyczała, nie stawiała oporu, nawet nie powiedziała nie, gdy ojciec przyszedł do niej do kuchni tej nocy, kiedy zostałem poczęty. W ciągu dwudziestu pięciu minut brudnej namiętności – złość, zazdrość i wściekłość są potężnymi namiętnościami – zemścił się na niewiernej żonie, wykorzystując kuchtę. Z formalnego punktu widzenia moja matka nie została zgwałcona, lecz z drugiej strony miała około dwudziestu lat, mieszkała i pracowała w domu ojca, jej przyszłość zależała od jego pieniędzy i dobrej woli rodziny, toteż argumentowałbym, że nie miała szans się bronić, że została zmuszona przez sytuację równie skutecznie, jakby przyłożono jej nóż do gardła.

Kiedy było już widać, że jest w ciąży, ojciec wrócił do Francji, gdzie służył do końca pierwszej wojny światowej jako major regimentu Gwardii Szkockiej. Niczym się nie odznaczył, lecz wydaje się, że można mu tylko zazdrościć – w czasie walk na froncie zachodnim zdarzało się, że w ciągu jednego dnia ginęły całe pułki, toteż inni uczestnicy konfliktu mieli znacznie mniej szczęścia. W czasie jego nieobecności, jesienią 1918 roku, moja babka ze strony ojca, Constance Hulne, wyrzuciła matkę z domu, odmawiając wystawienia jej referencji. Mężczyzna, który miał się stać moim przybranym ojcem – i kimś bliższym od ojca biologicznego – zawiózł moją matkę wozem ciągniętym przez kucyki do pobliskiego miasteczka, po czym zostawił ją na rynku z kilkoma szylingami w portmonetce, udzieliwszy rady, by zgłosiła się do jakiejś organizacji charytatywnej pomagającej kobietom znajdującym się w potrzebie. Kuzyn o imieniu Alistair, mający zaledwie jedną ósmą genów matki, lecz bardzo bogaty, co równoważyło odległe pokrewieństwo, zatrudnił matkę jako robotnicę w swojej papierni w Edynburgu, jednak kiedy urósł jej brzuch i nie była już w stanie wypełniać swoich obowiązków, jakiś młodszy urzędnik po cichu ją zwolnił, nie informując właściciela. W desperacji napisała do mojego biologicznego ojca, błagając o pomoc, ale list przechwyciła i zniszczyła moja podstępna babka, nim Rory Hulne zdążył go przeczytać, po czym w sylwestra 1918 roku moja matka wydała kilka ostatnich pensów na bilet kolejowy i wsiadła na stacji Edinburgh Waverley do pociągu osobowego jadącego na południe, do Newcastle. Szesnaście kilometrów dalej, w Berwick-upon-Tweed, poczuła pierwsze skurcze porodowe.

Świadkami moich narodzin, do których doszło w damskiej toalecie dworca kolejowego, byli tylko działacz związkowy Douglas Crannich i jego żona Prudence. Słyszałem, że pod drzwiami toalety stał zawiadowca stacji, pilnując, by do środka nie weszły jakieś przypadkowe kobiety; ręce założył do tyłu, na głowie miał pokrytą śniegiem czapkę, nasuniętą na oczy w sposób, który zawsze wydawał mi się niepokojący i złowieszczy. Rozpoczął się Nowy Rok i w środku nocy w przychodni nie było lekarza; przyjechał dopiero po trzech godzinach. Za późno. W chwili jego pojawienia się krew na podłodze zaczęła już krzepnąć, a Prudence Crannich trzymała mnie na rękach. Moja matka nie żyła. Okoliczności jej śmierci znam tylko z relacji Douglasa, ale przypuszczam, że zmarła wskutek krwotoku. Na jej grobie umieszczono napis: „Lisa, zmarła 1 stycznia 1919 roku. Niechaj anioły poprowadzą ją ku światłości”. Pani Crannich, spytana przez przedsiębiorcę pogrzebowego, co powinien wyryć na kamieniu, zdała sobie sprawę, że nie zna nazwiska mojej matki.

Doszło do krótkiej dyskusji, co zrobić ze mną, nagle osieroconym noworodkiem. Myślę, że pani Crannich czuła silną pokusę, by mnie zatrzymać, ale przeciwko takiej decyzji przemawiały kwestie finansowe i praktyczne, podobnie jak stanowcza, dosłowna interpretacja przepisów dokonana przez Douglasa Crannicha oraz jego prywatne poglądy na to, jak wypada postąpić w tej sytuacji. Oświadczył, że dziecko ma ojca, a ojciec ma do niego prawo. Byłaby to jedynie kwestia czysto teoretyczna, gdyby matka nie miała przy sobie adresu mojego przyszłego przybranego ojca, Patricka Augusta – prawdopodobnie zamierzała prosić go o pomoc w nawiązaniu kontaktu z moim biologicznym ojcem, Rorym Hulne’em. Zasięgnięto języka, czy moim ojcem może być Patrick, co wywołało poruszenie we wsi, ponieważ Patrick był od dawna mężem Harriet August, mojej przybranej matki, i nie miał dzieci, a kwestia bezdzietności w wiosce na północy Anglii, gdzie aż do lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku nikt nie używał prezerwatyw, stanowiła zawsze przedmiot gorących debat. Sprawa była tak szokująca, że bardzo szybko dowiedzieli się o niej właściciele dworu Hulne House, gdzie mieszkała moja babka Constance, dwie ciotki Victoria i Alexandra, kuzyn Clement oraz Lydia, nieszczęśliwa żona mego ojca. Myślę, że babka natychmiast się domyśliła, czyim jestem dzieckiem i jak doszło do mego poczęcia, ale nie chciała brać za mnie odpowiedzialności. Wreszcie Alexandra, młodsza z moich ciotek, okazała przytomność umysłu i ludzkie serce, którego brakowało reszcie rodziny. Zdała sobie sprawę, że kiedy tożsamość mojej zmarłej matki wyjdzie na jaw, podejrzenie dość szybko padnie na rodzinę Hulne’ów, po czym złożyła Patrickowi i Harriet Augustom propozycję – mają adoptować dziecko i podpisać stosowne dokumenty, poświadczone przez Hulne’ów, prawnych właścicieli Hulne Hall, co pozwoli uciszyć plotki na temat kompromitującego romansu. Jeśli Augustowie to zrobią, osobiście dopilnuje, by otrzymywali co miesiąc odpowiednią kwotę przeznaczoną na utrzymanie dziecka i stanowiącą rekompensatę za trudy związane z jego wychowaniem. Alexandra obiecała zadbać, by chłopiec uzyskał odpowiednie wykształcenie – nieprzesadnie wysokie, jednak znacznie lepsze od trzeciorzędnej edukacji, na jaką może liczyć bękart.

Patrick i Harriet zastanawiali się przez pewien czas, po czym wyrazili zgodę. Wychowałem się jako ich dziecko, Harry August, i dopiero w swoim drugim życiu zacząłem rozumieć, skąd się wziąłem i kim jestem.

Rozdział trzeci

Mówi się, że cykliczne życie ouroboran składa się z trzech etapów: buntu, eksploracji i akceptacji.

Są to dość nieostre pojęcia i w praktyce mogą oznaczać bardzo różne stany. Na przykład bunt przybiera postać rozmaitych typowych reakcji, jak samobójstwo, melancholia, szaleństwo, histeria, izolacja i samozniszczenie. Podobnie jak prawie wszyscy ouroboranie, w swoich wczesnych żywotach doświadczyłem większości ich i pamięć o nich tkwi we mnie niczym wirus wciąż wczepiony w ścianę żołądka.

W moim przypadku przejście do stanu akceptacji okazało się dość trudne.

Moje pierwsze życie było nieciekawe. Tak jak wszyscy młodzi ludzie, otrzymałem powołanie do wojska, by walczyć w drugiej wojnie światowej, i zostałem skromnym żołnierzem piechoty. Nie odznaczyłem się w czasie wojny, a po zakończeniu konfliktu również nie stałem się nikim ważnym. Po wojnie wróciłem do Hulne House i przejąłem obowiązki Patricka: dbałem o grunty wchodzące w skład posiadłości. Podobnie jak mój przybrany ojciec, kochałem tę ziemię – jej zapach po deszczu i nagły szum w powietrzu, gdy jednocześnie pękają nasiona kolcolistu i porywa je wiatr. Jeśli czułem się w jakiś sposób odizolowany od reszty społeczeństwa, to tylko dlatego, że jako jedynak nie miałem brata. Teoretyczna samotność, bez rzeczywistych przeżyć, które mogłyby nadać jej uchwytną formę.

Po śmierci Patricka stałem się formalnie ogrodnikiem w posiadłości Hulne’ów, choć stracili oni prawie cały majątek wskutek rozrzutności i inercji. W 1964 roku posiadłość wraz ze mną zakupił National Trust, państwowy fundusz muzealny. Spędziłem resztę życia na udzielaniu wskazówek turystom, którzy wybierali się na wycieczki po pustkowiach otaczających dwór, i obserwowałem, jak jego ściany powoli zapadają się w czarnym błocie moczarów.

Umarłem w 1989 roku, w chwili upadku muru berlińskiego, samotny w szpitalu w Newcastle, jako bezdzietny rozwodnik utrzymujący się z państwowej emerytury, który nawet na łożu śmierci uważał się za syna dawno nieżyjących Patricka i Harriet Augustów. Przyczyną mojego zgonu była choroba, która okazała się przekleństwem moich wszystkich żywotów – szpiczak mnogi, nowotwór szpiku kostnego, sprawiający, że w pewnej chwili cały organizm przestaje funkcjonować.

Naturalnie moją reakcją na urodzenie się dokładnie w tym samym miejscu – w damskiej toalecie na stacji kolejowej w Berwick-upon-Tweed pierwszego stycznia 1919 roku – było dość stereotypowe szaleństwo. Dokładnie pamiętałem całe swoje poprzednie życie, a kiedy moje dziecięce ciało odzyskało świadomość dorosłego, miałem kompletny mętlik w głowie. Męczyłem się, nie wiedziałem, co o tym myśleć, krzyczałem i piszczałem, aż wreszcie w wieku siedmiu lat zamknięto mnie w Szpitalu Psychiatrycznym Świętej Małgorzaty. Szczerze mówiąc, uważałem to za słuszne i po sześciu miesiącach udało mi się wyskoczyć z okna na drugim piętrze.

Spoglądając na to z perspektywy czasu, zdaję sobie sprawę, że drugie piętro nie znajduje się dostatecznie wysoko, by zagwarantować szybką, względnie bezbolesną śmierć, na jaką zasługuje taka sytuacja. Mogłem łatwo połamać sobie kości miednicy i nóg, lecz zachować przytomność. Na szczęście wylądowałem na głowie i wszystko się skończyło.

Rozdział czwarty

Jest taka chwila, gdy moczary ożywają. Szkoda, że tego nie widziałeś, ale kiedy wybierałem się z tobą na spacery po polach i lasach, nigdy nie trafiliśmy na te kilka godzin objawienia. Niebo miało szarą barwę łupku, podobną do koloru skałek rozsianych po okolicy, a czasem susza zmieniała ziemię w brązową skorupę. Raz padał tak wielki śnieg, że zaspy zablokowały drzwi kuchni, aż musiałem wyjść przez okno i odgarnąć je szuflą, byśmy mogli opuścić dom. Podczas jednej z wycieczek, w 1949 roku, bez przerwy padał deszcz – zdaje się, przez pięć dni z rzędu. Nigdy nie widziałeś kilku pierwszych godzin po deszczu, gdy niebo staje się fioletowo-żółte i czuć woń czarnej, żyznej ziemi.

Na początku naszej przyjaźni domyśliłeś się, że urodziłem się w północnej części Anglii, choć maskują to zachowania i manieryzmy nabyte w ciągu wielu żywotów. Miałeś całkowitą rację. Mój przybrany ojciec, Patrick August, nigdy nie pozwolił mi o tym zapomnieć. Był ogrodnikiem w posiadłości rodziny Hulne’ów; pełnił tę funkcję przez całe życie. Podobnie jak jego ojciec, a wcześniej dziadek, od 1834 roku, gdy niedawno wzbogaceni Hulne’owie kupili majątek ziemski i zaczęli realizować swoje marzenie o idealnym życiu klas wyższych. Sadzili drzewa, wytyczali drogi przez moczary, budowali groteskowe wieżyczki i arkady – pretensjonalne pomniki dziewiętnastowiecznej architektury ogrodowej – które w chwili moich narodzin były już omszałymi ruinami. Nie podobały im się karłowate chaszcze otaczające posiadłość, w których gdzieniegdzie sterczały grupki skałek przypominające kamienne zęby tkwiące w błotnistej ziemi. Dawni energiczni przedstawiciele rodziny Hulne’ów zajmowali się hodowlą owiec, choć należałoby raczej powiedzieć, że owce hodowały się same na przestronnych pastwiskach ogrodzonych kamiennymi murkami, jednak dwudziesty wiek nie okazał się łaskawy dla rodziny. Ziemia ciągle należała do obecnej generacji Hulne’ów, lecz leżała odłogiem i dziczała – idealne miejsce dla chłopca, który mógł się tam swobodnie bawić, gdy rodzice zajmowali się codzienną pracą. Co dziwne, przeżywając dzieciństwo po raz drugi, zachowywałem się znacznie mniej awanturniczo niż za pierwszym razem. Jaskinie i skałki, gdzie myszkowałem w swoim pierwszym życiu, wspinając się i skacząc, zaczęły mi się teraz wydawać niebezpieczne. Konserwatywny, dojrzały umysł sprawiał, że moje dziecięce ciało przypominało noszony przez starą kobietę skąpy kostium bikini ofiarowany jej przez przyjaciela z młodości.

Ponieważ próba zakończenia cyklu mojej egzystencji samobójstwem zakończyła się spektakularnym fiaskiem, teraz, w trzecim życiu, postanowiłem szukać odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Ouroboranie jako dzieci odzyskują pamięć bardzo powoli, co uważam za swoiste błogosławieństwo – dzięki temu wspomnienie skoku z okna pojawiało się stopniowo, niczym łagodnie rozwijająca się infekcja dróg oddechowych, i nie budziło mojego zdziwienia. Szybko pogodziłem się z faktem, że próbowałem coś zrobić, lecz poniosłem klęskę.

Moje pierwsze życie, chociaż pozbawione prawdziwego celu, było jednak w jakiś sposób szczęśliwe – ignorancja stała się namiastką niewinności, a samotność beztroski. Jednak następne życie, gdy pamiętałem wszystko, co mnie poprzednio spotkało, musiało być inne. Nie chodzi tylko o świadomość przyszłych wydarzeń, lecz raczej nowe spojrzenie na to, co mnie otacza – w pierwszym życiu nawet nie przychodziło mi do głowy, że wiele rzeczy, w które święcie wierzę, nie ma nic wspólnego z prawdą. Teraz znów byłem chłopcem, lecz miałem psychikę dorosłego i dobrze rozumiałem zachowania ludzi odgrywających przede mną komedię w przekonaniu, że nie potrafię niczego pojąć. Myślę, że przybrani rodzice z czasem mnie pokochali – Harriet znacznie szybciej od męża – ale Patrick August zaczął mnie traktować jak rodzonego syna dopiero po śmierci żony.

W każdym ze swoich żywotów moja przybrana matka umiera w nieco innym dniu – istnieje studium medyczne poświęcone temu zjawisku. Przyczyna jest zawsze taka sama, chyba że wcześniej pojawią się zewnętrzne czynniki gwałtownie przyśpieszające zgon. Około moich szóstych urodzin zaczyna kaszleć, a po upływie kolejnego roku pluć krwią. Moich rodziców nie stać na wizytę u lekarza, ale w końcu moja ciotka Alexandra daje pieniądze, po czym matka jedzie do szpitala w Newcastle, gdzie lekarze rozpoznają u niej raka płuc. (Moim zdaniem jest to niedrobnokomórkowy rak lewego płuca; frustrujące jest to, że czterdzieści lat później choroba dałaby się wyleczyć, lecz w latach dwudziestych dwudziestego wieku medycyna była bezsilna). Lekarze zapisują matce nikotynę i laudanum, po czym umiera ona szybko w 1927 roku. Po jej śmierci ojciec staje się milczący i spędza dużo czasu na wędrówkach wśród wzgórz, niekiedy znika na wiele dni. Potrafię już o siebie zadbać i przed śmiercią matki gromadzę trochę żywności, by mieć co jeść w czasie nieobecności Patricka. Kiedy wraca, jest milczący i obojętny; nie reaguje gniewem na moje próby nawiązania rozmowy, ale chyba głównie dlatego, że w ogóle na nic nie reaguje. W pierwszym życiu nie rozumiałem żalu ojca ani tego, w jaki sposób się przejawiał, ponieważ sam odczuwałem niemą pustkę dziecka potrzebującego pomocy, której od niego nie uzyskałem. W drugim życiu matka zmarła, gdy nadal przebywałem w szpitalu psychiatrycznym, i byłem zbyt zaabsorbowany własnym szaleństwem, by naprawdę coś odczuć, lecz w trzecim śmierć Harriet przypominała pociąg osobowy powoli toczący się w nocy w stronę człowieka przywiązanego do torów kolejowych – wydawała się nieunikniona, niepowstrzymana, dostrzegałem jej nieubłagane zbliżanie się. Świadomość, że wkrótce nastąpi, była jeszcze gorsza niż ona sama. Wiedziałem, że matka umiera, a kiedy wreszcie zakończyła życie, poczułem coś w rodzaju ulgi – koniec dręczącego oczekiwania nieco złagodził ból po stracie.

W trzecim życiu zbliżająca się śmierć matki dostarczyła mi także zajęcia. Bardzo chciałem jej zapobiec, a przynajmniej ją odwlec. Jedynym wyjaśnieniem tego, co mnie spotyka, była klątwa jakiegoś mściwego Boga, toteż szczerze wierzyłem, że za pomocą dobrych uczynków albo prób wpływania na bieg swego życia mogę przerwać zaklęty krąg powtarzającej się egzystencji, która stała się moim udziałem. Ponieważ nie popełniłem żadnych grzechów wymagających odpokutowania ani nie musiałem cofać żadnych ważniejszych wydarzeń, poświęciłem wszystkie siły na pomaganie Harriet, gdyż był to najoczywistszy sposób zrobienia czegoś pożytecznego. Zająłem się tym, angażując całą swoją inteligencję i doświadczenie, a miałem go niemało, bo choć byłem dopiero pięciolatkiem, przeżyłem już dziewięćdziesiąt siedem lat.

Wykorzystywałem pomoc udzielaną Harriet, by unikać nudnego chodzenia do szkoły, a mój ojciec był zbyt zajęty, by się zorientować, co robię. Opiekowałem się nią i doskonale wiedziałem, jaki był jej tryb życia, gdy ojciec przebywał poza domem. Można powiedzieć, że w ten sposób jako dorosły mężczyzna mogłem poznać kobietę, którą wcześniej znałem tylko jako dziecko. W tym okresie po raz pierwszy zacząłem podejrzewać, że nie jestem synem swojego ojca.

Kiedy przybrana matka zmarła wreszcie w moim trzecim życiu, na jej pogrzebie pojawiła się cała rodzina Hulne’ów. Mój ojciec powiedział kilka słów, a ja stałem obok niego – siedmiolatek ubrany w czarne spodnie i marynarkę pożyczone od Clementa Hulne’a, kuzyna starszego ode mnie o trzy lata, który w poprzednim życiu próbował mnie terroryzować, gdy przypominał sobie o moim istnieniu. Constance Hulne, oparta na lasce z gałką z kości słoniowej w kształcie głowy słonia, wygłosiła krótką mowę, w której podkreśliła lojalność i siłę Harriet oraz wspomniała o jej osieroconej rodzinie. Alexandra Hulne powiedziała mi, że muszę być dzielny; Victoria Hulne pochyliła się i uszczypnęła mnie w policzek, wywołując we mnie dziwne dziecięce pragnienie ugryzienia palców w czarnej rękawiczce, które tak bezceremonialnie poczynały sobie z moją twarzą. Rory Hulne milczał i patrzył na mnie. Robił to już wcześniej, kiedy po raz pierwszy stałem w pożyczonym ubraniu na pogrzebie matki, ale wtedy, pogrążony w żalu, który nie mógł znaleźć sobie ujścia, nie rozumiałem intensywności jego wzroku. Teraz popatrzyłem mu w oczy i po raz pierwszy zobaczyłem zwierciadlane odbicie samego siebie, człowieka, którym miałem kiedyś się stać.

Nie znasz mnie na wszystkich etapach mojego życia, więc pozwól mi je opisać.

Rodzę się z rudymi włosami, które z czasem zmieniają barwę – można by miłosiernie powiedzieć, że stają się kasztanowe, lecz w gruncie rzeczy są marchewkowe. Dziedziczę kolor włosów po rodzinie swojej biologicznej matki, podobnie jak zdrowe zęby i skłonność do dalekowzroczności. Jestem drobnym dzieckiem, nieco niższym od kolegów, a szczupła budowa ciała to efekt kiepskiego odżywiania i predyspozycji genetycznych. Po ukończeniu jedenastu lat nagle zaczynam szybko rosnąć i jako piętnastolatek mogę udawać osiemnastolatka o chłopięcym wyglądzie, co szczęśliwie oszczędza mi trzech nudnych lat oczekiwania na uzyskanie pełnoletności.

Jako młody człowiek dawniej nosiłem nieco zmierzwioną brodę, naśladując swojego przybranego ojca Patricka, lecz nie pasuje ona do mnie i w swoim naturalnym kształcie przypomina splątany gąszcz krzaków malin, w których przyczaiła się jakaś istota. Kiedy zdałem sobie z tego sprawę, zacząłem się regularnie golić, pokazując światu twarz swojego prawdziwego ojca. Mamy te same bladoszare, zbyt blisko osadzone oczy, te same niewielkie uszy, lekko kędzierzawe włosy i nos, który wraz ze skłonnością do chorób kości jest chyba najmniej miłą częścią naszego dziedzictwa genetycznego. Nie chodzi o to, że mam wyjątkowo duży nos, bynajmniej – jest jednak wyraźnie zadarty jak u krasnoludka i wygląda jak uformowany z gliny, nie kości. Ludzie grzecznie tego nie komentują, lecz kilkakrotnie zdarzyło się, że widok mojego nosa doprowadził do płaczu małe dzieci pochodzące z rodzin o cechach genetycznych predysponujących do większej urody. Na starość siwieję, co odbywa się błyskawicznie; stres może sprawić, że następuje to wcześniej niż zwykle, i nie może temu zapobiec żadna forma terapii medycznej ani psychologicznej. W wieku pięćdziesięciu jeden lat zaczynam nosić okulary do czytania. Niestety, osiągam pięćdziesiątkę w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku, niezbyt ciekawej dekadzie pod względem mody, lecz jak prawie wszyscy wracam do stylu panującego w młodości i noszę spokojne, staroświeckie okulary. Gdy je wkładam i przyglądam się swojej twarzy w lustrze w łazience, wyglądam jak starzejący się naukowiec. Kiedy grzebaliśmy Harriet po raz trzeci, miałem już blisko sto lat, by się przyzwyczaić do swojego widoku. To twarz Rory’ego Edmonda Hulne’a spoglądającego na mnie nad trumną kobiety, która nie mogła być moją matką.

Rozdział piąty

W chwili wybuchu drugiej wojny światowej jestem w odpowiednim wieku, by wstąpić do wojska, lecz w kilku pierwszych życiach w jakiś sposób zdołałem uniknąć wszystkich dramatycznych epizodów konfliktu, o których czytałem później w spokojnych latach osiemdziesiątych. W pierwszym życiu zgłosiłem się na ochotnika, szczerze wierząc w trzy wielkie złudzenia tej epoki – że wojna będzie krótka, że wojna będzie patriotyczna i że wojna pozwoli mi zdobyć nowe umiejętności. Spóźniłem się o cztery dni na okręt płynący do Francji i czułem głębokie rozczarowanie, że nie ewakuowano mnie z Dunkierki, która w owym czasie wydawała się symbolem triumfalnej klęski. Spędziłem pierwszy rok wojny na nieustannych ćwiczeniach, najpierw na plażach nadmorskich, gdy naród brytyjski – w tym ja – przygotowywał się do odparcia inwazji, która nie nastąpiła, a później w górach Szkocji, kiedy rząd zaczął myśleć o odwecie. Tak długo szykowaliśmy się do lądowania w Norwegii, że gdy w końcu zdecydowano, iż nie ma ono sensu, moja jednostka została uznana za kompletnie nieprzygotowaną do walk na pustyni, toteż nie wysłano nas do Afryki Północnej i trzymano w odwodzie aż do chwili, gdy będzie można ponownie nas przeszkolić albo staniemy się do czegoś potrzebni. Dzięki temu zrealizowałem jedną ze swoich ambicji – ponieważ nikt nie wydawał się skłonny wysyłać nas do walki, nie miałem nic lepszego do roboty niż uczyć się i czytać. Sanitariusz służący w naszej kompanii był pacyfistą, gorliwym czytelnikiem dzieł Engelsa i poezji Wilfreda Owena, a wszyscy żołnierze, łącznie ze mną, uważali go za gogusiowatego mięczaka. Zmieniło się to dopiero w dniu, gdy postawił się sierżantowi, który od dawna z przyjemnością nadużywał swojej władzy – zbeształ go przed frontem całego oddziału i nazwał nędznym tchórzem wyżywającym się na słabszych. Sanitariusz nosił nazwisko Valkeith i otrzymał za swój wybuch trzy dni ścisłego, lecz zaskarbił sobie szacunek całej kompanii. Jego erudycja, poprzednio będąca powodem nieustannych szyderstw, stała się teraz przedmiotem dumy – chociaż dalej uchodził za gogusiowatego mięczaka, był teraz naszym gogusiowatym mięczakiem. Dowiedziałem się od niego wielu rzeczy na temat arkanów współczesnych nauk ścisłych, filozofii i poezji romantycznej, choć wówczas jeszcze nie zdawałem sobie z tego sprawy. Zginął trzy minuty i pięćdziesiąt sekund po lądowaniu przez nas na plażach Normandii, trafiony w brzuch odłamkiem szrapnela. Był jedynym żołnierzem naszej kompanii poległym tego dnia, ponieważ przebywaliśmy poza rejonem walk; działo, które wystrzeliło fatalny pocisk, zostało zdobyte zaledwie dwie minuty później.

W pierwszym życiu zabiłem trzech ludzi. Zginęli razem w czołgu wycofującym się z wioski w północnej Francji. Powiedziano nam, że wioska została już zdobyta, że nie będzie żadnego oporu, lecz nagle natknęliśmy się na czołg stojący między piekarnią a kościołem – wyglądał niczym wielka mucha siedząca na plastrze melona. Byliśmy tak rozluźnieni, że zauważyliśmy go dopiero wtedy, gdy obrócił w naszą stronę lufę przypominającą oko krokodyla pokrytego warstwą błota. Po chwili wystrzelił pocisk. Dwóch naszych żołnierzy zginęło natychmiast, a młody Tommy Kenah zmarł trzy dni później w szpitalu. Pamiętam swoje działania z taką samą jasnością jak wszystko inne, a wyglądały one następująco: rzuciłem na ziemię karabin, rozpiąłem torbę i wrzeszcząc, popędziłem środkiem ulicy w stronę czołgu, który zabił moich przyjaciół. Miałem rozpięty hełm i spadł mi on z głowy dziesięć metrów przed maszyną. Zbliżając się, słyszałem ludzi poruszających się we wnętrzu, widziałem twarze w otworach obserwacyjnych, gdy załoga próbowała obrócić lufę działa w moją stronę lub otworzyć ogień z karabinów maszynowych. Jednak dobiegłem już do czołgu. Lufa była gorąca – czułem na twarzy jej ciepło nawet z odległości pół metra. Wrzuciłem granat przez otwarty przedni właz. Słyszałem krzyki, członkowie załogi zaczęli się kotłować we wnętrzu maszyny, próbowali chwycić granat, ale w ciasnej przestrzeni pogorszyło to tylko sytuację. Pamiętam swoje działania, ale nie myśli. Później kapitan powiedział, że czołg musiał pojechać niewłaściwą drogą: jedni Niemcy skręcili w lewo, a inni w prawo i właśnie dlatego zabili trzech naszych żołnierzy i sami zginęli. Otrzymałem medal, który sprzedałem w 1961 roku, gdy musiałem zapłacić za nowy bojler. Pozbywszy się go, poczułem wielką ulgę.

Była to moja pierwsza wojna. Podczas drugiej nie zgłosiłem się na ochotnika. Wiedziałem, że prawdopodobnie otrzymam powołanie do wojska, toteż postanowiłem wykorzystać umiejętności nabyte w pierwszym życiu, by nie zginąć. W trzecim wstąpiłem do RAF-u jako mechanik i gdy zaczynały wyć syreny, biegłem do schronu najszybciej z całej jednostki, aż w końcu Hitler zaczął bombardować Londyn i wiedziałem, że nic mi nie grozi. Baza lotnicza była dobrym miejscem, by przeczekać kilka lat wojny. Niemal wszyscy lotnicy ginęli w powietrzu i szybko zapominaliśmy o ich śmierci. Piloci prawie nie zadawali się z mechanikami i z łatwością przyzwyczaiłem się do myśli, że zajmuję się wyłącznie samolotami, a kierujący nimi ludzie to po prostu jeszcze jeden mechaniczny element, który można ignorować i łatwo wymienić. Później pojawili się Amerykanie i zaczęliśmy bombardować terytorium Niemiec – w powietrzu ginęli kolejni lotnicy, a ja żałowałem wyłącznie ich maszyn. Coraz więcej pilotów wracało z misji bojowych w samolotach podziurawionych kulami, a podłogi kokpitów pokrywała gruba warstwa lepkiej krwi ze śladami stóp. Zastanawiałem się, co mógłbym zrobić inaczej, znając przyszłość, i doszedłem do wniosku, że nic. Wiedziałem, że alianci zwyciężą, ale nigdy dokładnie nie studiowałem historii drugiej wojny światowej; moja wiedza miała charakter osobisty, była oparta na własnych doświadczeniach, nie pracach naukowych. Wszystko, co mogłem zrobić, to ostrzec mężczyznę o nazwisku Valkeith, pochodzącego ze Szkocji, że na plażach Normandii powinien pozostać w łodzi dwie minuty dłużej, i szepnąć szeregowemu Kenahowi, że w wiosce Gennimont między piekarnią a kościołem napotka czołg, który skręcił w lewo zamiast w prawo i zakończy jego życie. Ale nie miałem do przekazania żadnych strategicznych informacji oprócz tego, że Citroën zacznie produkować eleganckie, zawodne samochody i że pewnego dnia ludzie będą wspominać podział Europy i zastanawiać się, dlaczego do niego doszło.

W dalszym ciągu służyłem w wojsku, nie biorąc udziału w działaniach bojowych, zręcznie przekonawszy samego siebie, że to najlepszy sposób postępowania. Oliwiłem koła bombowców, które zniszczyły Drezno; słuchałem plotek, że naukowcy próbują zaprojektować silnik odrzutowy, a inżynierowie kpią z tego pomysłu. Przez chwilę słuchałem, jak gasną silniki V1, a później przez krótki okres wsłuchiwałem się w ciszę po upadku pocisków V2, a gdy nadszedł dzień zakończenia wojny, straszliwie upiłem się brandy, za którą nie przepadam, z pewnym Kanadyjczykiem i dwoma Walijczykami poznanymi zaledwie dwa dni wcześniej. Nigdy więcej ich nie spotkałem.

Cały czas pogłębiałem swoją wiedzę. Tym razem skupiłem się na nauce. Czytałem o silnikach i maszynach, o wojsku i strategii, o RAF-ie i Luftwaffe. Studiowałem mapy bombardowanych obszarów, zapamiętywałem, gdzie spadły rakiety, aby następnym razem – ponieważ byłem na sześćdziesiąt procent pewny, że to nie koniec, że wszystko znowu się powtórzy – dać sobie, a może i innym, coś bardziej użytecznego niż kilka osobistych wspomnień na temat jakości konserwowej szynki we Francji.

Jak się okazało, ta sama wiedza, która chroniła mnie przed światem, w późniejszym czasie naraziła mnie na wielkie niebezpieczeństwo i pośrednio sprawiła, że zetknąłem się z Bractwem Kronosa, a Bractwo Kronosa ze mną.

Rozdział szósty

Nazywał się Franklin Phearson.

Był drugim szpiegiem, którego spotkałem, i łaknął wiedzy.

Pojawił się w moim czwartym życiu, w 1968 roku.

Pracowałem jako lekarz w Glasgow i opuściła mnie żona. Miałem pięćdziesiąt lat i byłem złamanym człowiekiem. Nazywała się Jenny, kochałem ją i wszystko jej opowiedziałem. Była chirurgiem, jedną z pierwszych kobiet chirurgów na oddziale, a ja neurologiem znanym z prowadzenia nieortodoksyjnych badań, czasem nieetycznych, lecz legalnych. Ona wierzyła w Boga, ja nie. Moje trzecie życie to długa historia, ale na razie chciałbym po prostu powiedzieć, że moja trzecia śmierć, gdy umierałem samotnie w szpitalu w Japonii, przekonała mnie o prawdzie nicości. Żyłem i umarłem; Allah, Jehowa, Kryszna, Budda ani duchy przodków nie pojawili się, by uwolnić mnie od strachu. Znów urodziłem się dokładnie w tym samym miejscu, w tej samej ośnieżonej Anglii, z powrotem w przeszłości, gdzie wszystko się zaczęło.

Utrata wiary nie nastąpiła nagle ani nie przysporzyła mi głębokich cierpień. Przez dłuższy czas narastała we mnie rezygnacja, a wydarzenia mojego życia tylko ją wzmacniały, aż wreszcie z konieczności doszedłem do wniosku, że moje próby nawiązania kontaktu z Bogiem są całkowicie jednostronne. Śmierć i ponowne narodziny w miejscu, gdzie wszystko się zaczęło, sprawiły, że utrata wiary wydała mi się nużąco nieuchronna; i patrzyłem na problem istnienia Boga z dystansem rozczarowanego naukowca, któremu nie udało się przeprowadzić planowanej reakcji chemicznej.

Przez całe życie modliłem się o cud, lecz się nie zdarzył. A teraz spoglądałem na duszną kaplicę swoich przodków, widząc próżność i chciwość; słyszałem wezwanie do modlitwy i myślałem o władzy; czułem zapach kadzidła i zastanawiałem się, ile pieniędzy na nie zmarnowano.

W czwartym życiu odwróciłem się od Boga i próbowałem szukać odpowiedzi w nauce. Studiowałem wiele dziedzin – fizykę, biologię, filozofię – poświęcając na to cały swój czas, i stałem się najbiedniejszym studentem Uniwersytetu Edynburskiego, lecz w końcu uzyskałem dyplom lekarza z najlepszym wynikiem na roku. Jenny i ja szanowaliśmy się nawzajem za ambicję – kiedy po raz pierwszy wzięła do ręki skalpel, ignoranci śmiali się z niej, dopóki nie zobaczyli precyzji jej cięć i pewności, z jaką trzyma narzędzia. Przez dziesięć lat mieszkaliśmy ze sobą bez ślubu w nieformalnym związku, manifestacyjnie lekceważąc konwenanse, aż wreszcie zawarliśmy małżeństwo w 1963 roku, na fali ulgi, jaka zapanowała po kubańskim kryzysie rakietowym. Lał deszcz, a Jenny śmiała się i mówiła, że oboje na to zasługujemy. Byłem zakochany.

Tamtej nocy byłem zakochany do tego stopnia, że bez specjalnego powodu i bez większego namysłu wszystko jej powiedziałem.

– Nazywam się Harry August – rzekłem. – Mój ojciec to Rory Edmond Hulne, moja matka umarła przed moim urodzeniem. To moje czwarte życie. Żyłem i umierałem kilka razy, ale wszystko pamiętam.

Uderzyła mnie żartobliwie w pierś i powiedziała, żebym nie gadał głupstw.

– W ciągu kilku tygodni w Ameryce wybuchnie skandal, który zmusi prezydenta Nixona do rezygnacji z urzędu – powiedziałem. – W Anglii zostanie zniesiona kara śmierci, a terroryści z organizacji Czarny Wrzesień przeprowadzą atak na lotnisku w Atenach.

– Powinni mówić o tobie w telewizji – odparła.

Trzy tygodnie później wybuchła afera Watergate. Początek był łagodny, po drugiej stronie oceanu zwolniono ze stanowisk kilku prezydenckich doradców. Zniesiono karę śmierci, Nixon składał wyjaśnienia przed komisją Kongresu, a gdy terroryści z organizacji Czarny Wrzesień zastrzelili kilku pasażerów na lotnisku w Atenach, stało się oczywiste, że prezydent będzie musiał ustąpić.

Jenny siedziała na końcu łóżka ze zgarbionymi plecami i spuszczoną głową. Czekałem. Przygotowywałem się do tej chwili przez cztery życia. Miała kościste ramiona, ciepły brzuch i miłą twarz, na której często pojawiał się uśmiech, gdy nikt nie patrzył. Włosy obcinała krótko, chcąc w ten sposób łagodzić antyfeministyczne uprzedzenia kolegów chirurgów.

– Skąd wiedziałeś o tym wszystkim? – spytała. – Skąd wiedziałeś, że to się stanie?

– Już ci mówiłem – odparłem. – Przeżywam to po raz czwarty i mam znakomitą pamięć.

– Co to znaczy „po raz czwarty”? Jak to możliwe, że po raz czwarty?

– Nie wiem. Zostałem lekarzem, by znaleźć jakieś wyjaśnienie. Przeprowadzałem na sobie eksperymenty, badałem swoją krew, ciało, mózg, sprawdzałem, czy jest we mnie coś... nienormalnego. Ale się myliłem. To nie problem medyczny, a jeśli nawet, nie potrafię go rozwiązać. Już dawno temu rzuciłbym tę pracę, zaczął szukać czegoś nowego, ale poznałem ciebie. Jestem wieczny, ale teraz pragnę ciebie.

– Ile masz lat? – spytała ostro.

– Pięćdziesiąt cztery. Dwieście sześć.

– Nie mogę... nie mogę uwierzyć w to, co mówisz. Nie wierzę, że w to wierzysz.

– Bardzo mi przykro.

– Jesteś szpiegiem?

– Nie.

– Jesteś chory?

– Nie. Nie według podręcznikowej definicji choroby.

– Więc dlaczego?

– Dlaczego co?

– Dlaczego mówisz takie rzeczy?

– To prawda. Chcę, żebyś znała prawdę.

Podeszła do łóżka, położyła się obok mnie, uniosła moją głowę i popatrzyła mi głęboko w oczy.

– Harry – rzekła z lękiem w głosie. – Musisz mi wszystko powiedzieć. Mówisz poważnie?

– Tak – odparłem, czując przypływ ogromnej ulgi. – Zupełnie poważnie.

Odeszła ode mnie tej samej nocy. Narzuciła płaszcz na halkę, włożyła kalosze i pojechała do matki, która mieszkała w Northferry, tuż za Dundee. Zostawiła na stole wiadomość, że potrzebuje czasu. Odczekałem dzień i zadzwoniłem, a jej matka kazała mi się rozłączyć. Odczekałem kolejny dzień i znowu zadzwoniłem, prosząc, by Jenny do mnie zatelefonowała. Trzeciego dnia aparat okazał się wyłączony. Jenny wzięła samochód, toteż pojechałem pociągiem do Dundee, a potem złapałem taksówkę. Panowała piękna pogoda, morze było absolutnie gładkie, różowe słońce wisiało nisko nad horyzontem i wydawało się zbyt zainteresowane światem, by zacząć zachodzić. Matka Jenny mieszkała w niewielkim białym domku z mikroskopijnymi skrzypiącymi drzwiami, który stał na skraju ciemnego klifu. Była drobną kobietą idealnie pasującą do absurdalnie niskich drzwi. Kiedy zapukałem, uchyliła je, nie zdejmując łańcucha.

– Jenny nie może z panem rozmawiać – rzuciła. – Przykro mi, ale powinien pan odejść.

– Muszę się z nią zobaczyć – odpowiedziałem. – Muszę zobaczyć swoją żonę. Proszę!

– Niech pan odejdzie, doktorze! – zawołała. – Przykro mi, potrzebuje pan pomocy!

Gwałtownie zatrzasnęła drzwi i za białymi deskami rozległ się szczęk zasuwy. Zostałem i zacząłem walić pięścią w drzwi, a potem stukać w okna, przyciskając twarz do szyby. Wyłączyły światła, żebym nie wiedział, gdzie się znajdują, a może miały nadzieję, że się zniechęcę i odejdę. Zaszło słońce; usiadłem na ganku, płakałem i wołałem Jenny, błagałem, żeby ze mną porozmawiała, aż w końcu jej matka zatelefonowała na policję. Po rozmowie ze mną policjanci zamknęli mnie w celi z włamywaczem. Śmiał się ze mnie, więc chwyciłem go za gardło i o mało nie udusiłem. Wsadzili mnie do izolatki, w której spędziłem cały dzień, aż wreszcie przyjechał lekarz i spytał, jak się czuję.

Osłuchał moją pierś, a ja najspokojniejszym głosem zauważyłem, że nie jest to racjonalny sposób diagnozowania chorób psychicznych.

– Uważa się pan za wariata? – spytał szybko.

– Nie! – warknąłem. – Potrafię po prostu rozpoznać złego lekarza!

Musieli przyśpieszyć papierkową robotę, ponieważ następnego dnia zabrano mnie do szpitala. Roześmiałem się, gdy go zobaczyłem. Na drzwiach znajdowała się tabliczka na napisem: SZPITAL ŚW. MAŁGORZATY. Ktoś wymazał słowo PSYCHIATRYCZNY, po którym pozostała nieprzyjemna luka. Właśnie w tym szpitalu wyskoczyłem z okna w swoim drugim życiu, w wieku siedmiu lat.

Rozdział siódmy

W latach dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku przyjęło się, że osoby zajmujące się zawodowo zdrowiem psychicznym powinny regularnie poddawać się terapii i superwizji, by pozostawać w dobrym stanie psychicznym i emocjonalnym. Raz próbowałem pracować jako psycholog, ale problemy, które musiałem diagnozować, okazały się zbyt skomplikowane lub zbyt subiektywne, by je skutecznie rozwiązać, a narzędzia, jakimi dysponowałem, wydawały się dziecinne lub nieprecyzyjne. Krótko mówiąc, nie miałem do tego serca i kiedy po raz drugi w czasie mojej egzystencji – choć po raz pierwszy w tym życiu – umieszczono mnie w Szpitalu Psychiatrycznym Świętej Małgorzaty, byłem dumny, że mimo ciężkich urazów potrafiłem zachować zdrowie psychiczne, a jednocześnie czułem wściekłość, iż otaczający mnie ignoranccy śmiertelnicy kompletnie tego nie rozumieją.

Psychiatrzy i psycholodzy lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku wyglądają przy swoich odpowiednikach z lat sześćdziesiątych niczym Mozartowie przy muzycznym grafomanie Salierim. Chyba powinienem uważać się za szczęściarza, iż niektóre eksperymentalne techniki medyczne nie dotarły jeszcze w latach sześćdziesiątych do kosmopolitycznej Northumbrii. Nie testowano na mnie działania LSD ani ecstasy i nie kazano opowiadać o swoim życiu seksualnym, ponieważ nasz jedyny psychiatra, doktor Abel, uważał teorie Freuda za niezdrowe. Pierwsza odkryła to Spazmatyczka, nieszczęśliwa kobieta, której prawdziwe imię brzmiało Lucy, cierpiąca na zespół Tourette’a leczony mieszaniną apatii i brutalności. Sanitariusze chcieli oduczyć Spazmatyczkę tików i stosowali terapię awersyjną polegającą na biciu jej rękami w bok głowy, gdy zaczynała się wykrzywiać lub jąkać, a jeśli stawała się hałaśliwa – co często się zdarza w takich przypadkach – dwóch z nich siadało na niej, pierwszy na nogach, drugi na piersi, aż była bliska omdlenia wskutek niemożności oddychania. Raz próbowałem stanąć w jej obronie, po czym potraktowano mnie w ten sam sposób: leżałem na podłodze przygnieciony przez Brzydkiego Billa, szefa dziennej zmiany sanitariuszy, dawnego więźnia, czemu przyglądali się Clara Watkins i Nowy, który pracował w szpitalu od sześciu miesięcy, lecz jeszcze nie zdradził swojego imienia. Oboje wydawali okrzyki aprobaty, a Nowy stanął mi na nadgarstkach, by zamanifestować swoją gorliwość w wykonywaniu obowiązków. Brzydki Bill wytłumaczył mi, że źle się zachowuję i zakłócam spokój, a to, że uważam się za lekarza, nie oznacza, iż cokolwiek wiem. Płakałem z bezsilności i frustracji, a Brzydki Bill wymierzył mi policzek, co sprawiło, że miałem powód, by wpaść we wściekłość. Usiłowałem powstrzymać łzy, zmieniając rozczulanie się nad sobą w atak furii, lecz poniosłem fiasko.

– Penis! – wrzasnęła Spazmatyczka podczas sesji terapii grupowej odbywającej się raz w tygodniu.

Doktor Abel zamknął z trzaskiem pióro, a jego malutki wąsik zaczął dygotać niczym wąsy przestraszonej myszy.

– Ależ, Lucy...

– Penis, daj mi go, daj mi go, penis, penis, penis! – krzyczała.

Obserwowałem, jak policzki doktora Abla stają się coraz bardziej czerwone. Było to fascynujące zjawisko, prawie dostrzegałem kolejne naczynia krwionośne wypełniające się krwią i przez chwilę zastanawiałem się, czy powiększający się rumieniec odzwierciedla prędkość przepływu krwi w naskórku Abla – w takim przypadku powinien poważnie rozważyć zwiększenie częstości ćwiczeń fizycznych i skorzystanie z usług dobrego masażysty. Jego wąsik przestał być modny w dniu, w którym Hitler napadł na Czechosłowację, i słyszałem tylko jedno wypowiedziane przez niego sensowne zdanie:

– Doktorze August, najgorsza jest samotność w tłumie. Człowiek może kiwać głową, uśmiechać się, normalnie rozmawiać z innymi, ale udawanie sprawia, że jego dusza coraz bardziej oddala się od ludzi.

Spytałem, czy wyczytał to w horoskopie na papierku z ciasteczka w chińskiej restauracji, a on zrobił zdziwioną minę, po czym zagadnął, o jakie ciasteczka chodzi i czy dodaje się do nich imbiru.

– Daj mi go, daj mi go! – wrzeszczała Spazmatyczka.

– To bezproduktywne – odezwał się z niesmakiem Abel, a Lucy podciągnęła fartuch, wypięła wielki tyłek okryty barchanowymi majtkami i zaczęła tańczyć. Simon, znajdujący się aktualnie w depresyjnej fazie choroby dwubiegunowej, wybuchnął płaczem, Margaret zaczęła się kołysać, po czym do sali wpadł Brzydki Bill z pałką w ręku, trzymając w pogotowiu kaftan bezpieczeństwa, a tymczasem doktor Abel wymknął się na korytarz. Koniuszki jego uszu były czerwone jak tylne światła samochodu.

Raz na miesiąc mogliśmy przyjmować gości, lecz nikt nie przychodził.

Simon mówił, że tak jest lepiej, że nie chce, by go widziano w tym stanie, i że się wstydzi.

Margaret krzyczała i drapała ściany zakrwawionymi paznokciami, aż zabrano ją do separatki, gdzie dostała środki uspokajające.

Lucy, po której podbródku ciekła ślina, oświadczyła, że to nie my powinniśmy się wstydzić, tylko oni. Nie wyjaśniła, kim są „oni”, i nie musiała tego robić, bo po prostu miała rację.

Po dwóch miesiącach byłem gotowy do opuszczenia szpitala.

– Rozumiem teraz – wyjaśniłem spokojnie, siedząc naprzeciwko biurka doktora Abla – że przeszedłem załamanie psychiczne. Naturalnie potrzebuję psychoterapii, ale chciałbym wyrazić głęboką osobistą wdzięczność, że pomógł mi pan przezwyciężyć ten problem.

– Doktorze August – odpowiedział Abel, kładąc pióro równolegle do górnej krawędzi notatnika – moim zdaniem przeszedł pan coś znacznie poważniejszego niż zwykłe załamanie. Był to rozwinięty epizod psychotyczny świadczący o poważnym stanie chorobowym.

Popatrzyłem na Abla, jakbym go widział po raz pierwszy w życiu, i zastanawiałem się, co mógłby uznać za sukces. Doszedłem do wniosku, że wcale nie wyleczenie, tylko interesującą terapię.

– Co pan sugeruje? – spytałem.

– Chciałbym zatrzymać pana u nas trochę dłużej – odpowiedział. – Pojawiły się fascynujące nowe leki i uważam, że będą w tym przypadku idealne.

– Leki?

– Ostatnio pojawiły się nowe pochodne fenotiazyny. Wyglądają bardzo obiecująco.

– Fenotiazyna to środek owadobójczy.

– Nie, nie, doktorze, nie! Jako lekarz rozumiem pański niepokój, ale kiedy mówię o fenotiazynie, mam na myśli tylko jej pochodne.

– Chyba chciałbym uzyskać niezależną opinię na ten temat.

Zawahał się i zauważyłem w jego oczach hardy błysk, gdy pomyślał o możliwym konflikcie.

– Jestem wykwalifikowanym psychiatrą, doktorze.

– W takim razie jako wykwalifikowany psychiatra zdaje pan sobie sprawę, jak ważne jest to, by pacjent wierzył w skuteczność terapii.

– Tak – przyznał niechętnie. – Ale jestem jedynym wykwalifikowanym psychiatrą na tym oddziale.

– To nieprawda. Ja również jestem wykwalifikowanym psychiatrą.

– Doktorze – odezwał się z uśmiechem – jest pan chory. Nie jest pan w stanie wykonywać zawodu, a cóż dopiero leczyć samego siebie!

– Chciałbym, żeby pan zatelefonował do mojej żony – oświadczyłem stanowczo. – Ma prawo głosu w sprawie mojej terapii. Odmawiam przyjmowania pochodnych fenotiazyny i jeśli chce pan mnie zmusić do ich zażywania, musi pan mieć zgodę najbliższego krewnego. Ona jest moim najbliższym krewnym.

– Jak rozumiem, doktorze, ponosi częściową odpowiedzialność za umieszczenie pana w naszym zakładzie i poddanie terapii.

– Potrafi odróżnić dobre leki od złych – oznajmiłem. – Niech pan do niej zatelefonuje.

– Zastanowię się.

– Niech się pan nie zastanawia, tylko to zrobi, doktorze – odpowiedziałem.

Do dziś nie wiem, czy do niej zadzwonił.

Osobiście w to wątpię.

Kiedy podali mi pierwszą dawkę leku, starali się to zrobić dyskretnie. Przysłali Clarę Watkins, która wyglądała jak niewiniątko, lecz odczuwała złośliwą przyjemność z pracy. Przyniosła tacę ze zwykłymi tabletkami, które połknąłem, i igłą.

– Spokojnie, spokojnie, Harry – odezwała się karcąco. – To dla twojego dobra.

– Co to takiego? – spytałem, zaczynając coś podejrzewać.

– Lekarstwo! – odpowiedziała wesoło. – Lubisz brać lekarstwa, prawda?

Z tyłu sali stał Brzydki Bill i wpatrywał się we mnie. Jego obecność potwierdziła moje podejrzenia: czekał na sygnał do ataku.

– Chciałbym zobaczyć zgodę na stosowanie tego lekarstwa podpisaną przez mojego najbliższego krewnego – odezwałem się.

– Po prostu siedź spokojnie – odpowiedziała i chwyciła mnie za rękaw, lecz strząsnąłem jej dłoń.

– Żądam widzenia z adwokatem, który będzie reprezentował moje interesy.

– To nie więzienie, Harry! – odparła pogodnie Clara i spojrzała na Brzydkiego Billa, unosząc brwi. – Nie ma tu adwokatów.

– Mam prawo do niezależnej konsultacji lekarskiej!

– Doktor Abel chce ci pomóc. Stara się, jak może. A teraz, Harry...

Po tych słowach Brzydki Bill chwycił mnie od tyłu w niedźwiedzi uścisk i zacząłem się zastanawiać, zresztą nie po raz pierwszy, dlaczego w ciągu przeszło dwustu lat nigdy nie nauczyłem się żadnej sztuki walki. Bill, zanim został sanitariuszem, spędził wiele lat w zakładzie karnym i szpital psychiatryczny wydawał mu się czymś w rodzaju więzienia, tylko lepszego. Codziennie pracował przez godzinę w ogrodzie szpitalnym, brał anaboliki, które sprawiały, że czoło nieustannie błyszczało mu od potu i, jak podejrzewam, wywoływały kurczenie się jąder. Kompensował to, uprawiając kulturystykę, i oczywiście brał coraz większe dawki anabolików. Niezależnie od stanu swoich gonad, miał ramiona grubsze od moich ud. Otoczył mnie nimi i uniósł z krzesła, aż zacząłem bezsilnie wierzgać nogami w powietrzu.

– Nie! – błagałem. – Proszę, nie róbcie tego, proszę, nie róbcie...

Clara poklepała mnie po przedramieniu w okolicy łokcia, by wywołać zaczerwienienie skóry, po czym nie trafiła w żyłę. Wierzgałem nogami, Brzydki Bill ścisnął mnie mocniej, aż zrobiło mi się czerwono przed oczami i zaczęło mi się mącić w głowie. Poczułem igłę wbijaną w skórę, lecz nie zauważyłem, by ją wyciągnięto, a Brzydki Bill rzucił mnie na podłogę.

– Nie bądź niemądry, Harry! – powiedziała Clara. – Dlaczego zawsze jesteś taki niemądry, gdy próbujemy ci pomóc?

Zostawili mnie. Klęczałem na podłodze na obolałych kolanach i czekałem, aż się zacznie. Myślałem gorączkowo, zastanawiając się, skąd wziąć łatwo dostępne antidotum na truciznę krążącą w tej chwili w moich żyłach, ale byłem lekarzem tylko przez jedno życie i nie miałem czasu na badanie nowoczesnych lekarstw. Podszedłem na czworakach po podłodze do dzbanka z wodą i wypiłem całą jego zawartość, po czym położyłem się na plecach na środku sali i próbowałem zwolnić oddech i tętno, na próżno starając się opóźnić wchłanianie leku przez organizm. Przyszło mi do głowy, że powinienem obserwować pojawiające się symptomy, toteż obróciłem się na podłodze, by widzieć zegar, i zapamiętałem godzinę. Po dziesięciu minutach poczułem lekkie zawroty głowy, lecz wkrótce minęły. Po kwadransie zdałem sobie sprawę, że moje stopy znajdują się po przeciwnej stronie świata, że ktoś przeciął mnie wpół, lecz pozostawił nienaruszone nerwy, choć kości zostały połamane, a moje nogi należą do kogoś innego. Wiedziałem, że to niemożliwe, a jednak rejestrowałem ten oczywisty fakt z rezygnacją, która nie pozwalała mi walczyć z tym, co mnie spotkało.

Nadeszła Spazmatyczka, spojrzała na mnie i spytała:

– Co robisz?

Uważałem, że nie potrzebuje odpowiedzi, więc jej nie udzieliłem.

Z kącika moich warg spływał strumyczek śliny. Raczej mi się to podobało: chłód śliny działał kojąco na rozgrzaną skórę.

– Co robisz? Co robisz? Co robisz? – wrzeszczała Spazmatyczka, a ja zacząłem się zastanawiać, czy w Northumbrii słyszano już o agonistach receptorów adrenergicznych, czy to dopiero kwestia przyszłości.

Potrząsnęła mną i odeszła, ale coś po sobie pozostawiła, bo dalej dygotałem i uderzałem głową w podłogę. Wiedziałem, że zsikałem się w spodnie, lecz to również mi nie przeszkadzało – mocz wydawał się równie przyjemny jak ślina, choć miał temperaturę mojego ciała. Po pewnym czasie wysechł i zaczęła mnie piec od niego skóra. Wszystko wydawało mi się odległe, a później pojawił się Brzydki Bill ze zmasakrowaną twarzą. Jego głowa uderzyła w sufit nade mną i pękła niczym zgniły pomidor, ze zmiażdżonej czaszki pozostał tylko nos, dwoje oczu i wykrzywione usta otoczone mazią złożoną z krwi i mózgu, a kiedy się nade mną pochylił, po policzku spłynęły mu kawałki móżdżku, dotarły do kącika ust i utworzyły kroplę różowoszarej materii, która wisiała przez chwilę na dolnej wardze, po czym spadła niczym tarte jabłko z łyżeczki niemowlęcia na moją twarz, a ja krzyczałem, krzyczałem i krzyczałem, aż wreszcie mnie udusił i przestałem krzyczeć. Naturalnie w tym momencie straciłem poczucie czasu i wartość diagnostyczna eksperymentu stała się raczej iluzoryczna.

Rozdział ósmy

Odwiedziła mnie Jenny.

Kiedy przyszła, przywiązali mnie do łóżka i wstrzyknęli środek uspokajający.

Usiłowałem się odezwać, powiedzieć, co robią, ale nie mogłem.

Rozpłakała się.

Umyła mi twarz, wzięła mnie za rękę i płakała.

Ciągle nosiła obrączkę.

Przy drzwiach zaczęła rozmawiać z doktorem Ablem, który powiedział, że jest zaniepokojony pogorszeniem mojego stanu i że rozważa zastosowanie nowego lekarstwa.

Zawołałem ją i nie wydałem dźwięku.

Kiedy zamykali drzwi, odwróciła się do mnie plecami.

Później usiadł obok mnie doktor Abel, przycisnął czubek pióra do dolnej wargi i spytał:

– Opowiesz mi to jeszcze raz, Harry?

W jego głosie brzmiało napięcie, coś intensywniejszego niż zwykła fascynacja własną terapią.

Usłyszałem, jak ktoś odpowiada:

– Koniec embarga na eksport ropy naftowej. Rewolucja goździków w Portugalii, obalenie rządu. Odkrycie terakotowej armii. Indie uzyskują broń nuklearną. Niemcy Zachodnie wygrywają mistrzostwa świata w piłce nożnej.

Brzydki Bill siedział w pomarańczowej mgiełce i mówił:

– Nie taki cwany, nie taki cwany, jesteś taki cwany, taki cwany, myślisz, że jesteś taki cwany, ale nie jesteś taki cwany, nie jesteś taki cwany, cwany to nic, cwany to gówno, to ja jestem cwany, to ja tu jestem cwany...

Pochylił się nad moją twarzą i bełkotał, a ja ugryzłem go mocno w nos, usłyszałem chrupot miażdżonej chrząstki i uznałem to za bardzo, bardzo zabawne.

Później rozległ się głos nieznajomego mężczyzny, mówiącego z kulturalnym amerykańskim akcentem.

– O nie, nie, nie, nie, nie – powiedział. – To zupełnie nie do przyjęcia.

Rozdział dziewiąty

Jenny.

Mówi z akcentem z Glasgow, którego usiłowała ją oduczyć matka i poniosła fiasko. Jej matka wierzyła, że należy iść do przodu, a ojciec, że zostawać z tyłu, i w rezultacie oboje tkwili dokładnie w tym samym miejscu aż do dnia osiemnastych urodzin Jenny, gdy w końcu się rozstali i nigdy więcej się nie zobaczyli.

Spotkałem ją znowu w siódmym życiu.

Uczestniczyłem w konferencji naukowej w Edynburgu. Na mojej plakietce znajdował się napis: „Profesor H. August, University College, Londyn”, a na jej plakietce: „Dr J. Munroe, chirurg”. Siedziałem trzy rzędy za nią, słuchając niewiarygodnie nudnego wykładu na temat interakcji jonów wapnia w obwodowym układzie nerwowym, i zafascynowany obserwowałem jej szyję. Nie widziałem jej twarzy i nie mogłem być pewny, ale wiedziałem, że to ona. Wieczorem podano drinki i posiłek złożony z rozgotowanego kurczaka, ziemniaków purée i rozmiękłej fasoli. Orkiestra grała stare przeboje z lat pięćdziesiątych. Odczekałem, aż dwóch mężczyzn, z którymi rozmawiała, dostatecznie się upije, by zacząć tańczyć, zostawiwszy ją samą wśród brudnych talerzy leżących na pogniecionym obrusie. Usiadłem obok niej i wyciągnąłem rękę.

– Harry – przedstawiłem się.

– Profesor August? – poprawiła, odczytując moje nazwisko na plakietce.

– Doktor Munroe – odpowiedziałem. – Już się kiedyś spotkaliśmy.

– Doprawdy? Nie przypominam...

– Studiowała pani medycynę na Uniwersytecie Edynburskim i mieszkała na pierwszym roku w niewielkim domu w Stockbridge z czterema chłopcami, którzy bardzo się pani bali. Pracowała pani jako opiekunka bliźniąt, dzieci sąsiadki, by coś zarobić, i postanowiła pani zostać chirurgiem, gdy zobaczyła pani na stole operacyjnym bijące serce.

– Wszystko się zgadza – mruknęła, obracając się nieco na krześle, by na mnie spojrzeć. – Ale bardzo mi przykro, ciągle zupełnie pana nie kojarzę.

– To normalne – odparłem. – Byłem innym chłopcem, który bał się do pani odezwać. Zatańczy pani?

– Co takiego?

– Zatańczy pani ze mną?

– Ja... O Boże, próbuje mnie pan poderwać? Czy o to chodzi?

– Jestem żonaty i zadowolony ze swojego małżeństwa – skłamałem. – Mam rodzinę w Londynie i nie żywię wobec pani złych intencji. Podziwiam pani pracę i źle się czuję, gdy widzę samotną kobietę. Jeśli ma pani ochotę, w czasie tańca możemy porozmawiać o najnowszych postępach techniki obrazowania i o tym, co ma większy wpływ na rozwój szlaków neuronalnych w pierwszych dziesięciu latach życia dziecka: czy predyspozycje genetyczne, czy stymulacja sensoryczna w okresie rozwoju. Zatańczy pani ze mną?

Zawahała się. Obracała na palcu pierścionek zaręczynowy, trzy brylanty oprawione w złoto, kosztowniejszy, niż kupiłem jej w innym życiu, które umarło dawno temu. Popatrzyła na zatłoczony parkiet, uznała go za bezpieczne miejsce i usłyszała, że zespół muzyczny zaczyna grać nową melodię pozwalającą zachować dystans między partnerami.

– W porządku – rzekła i ujęła mnie za rękę. – Mam nadzieję, że zna pan najnowszą literaturę biochemiczną.

Tańczyliśmy.

Spytałem, czy trudno jest być pierwszą kobietą chirurgiem na oddziale.

Roześmiała się i powiedziała, że tylko idioci lekceważą ją jako kobietę, a ona traktuje ich właśnie jak idiotów.

– Korzyść polega na tym, że mogę być kobietą i cholernie dobrym chirurgiem, a oni na zawsze pozostaną idiotami – dodała.

Spytałem, czy jest samotna.

– Nie – odpowiedziała po chwili. Nie była samotna. Miała rodzinę, przyjaciół, współpracowników, których lubiła, kolegów budzących szacunek.

Miała dwoje dzieci.

Jenny zawsze chciała mieć dzieci.

Zastanawiałem się, czy chciałaby nawiązać ze mną romans.

Spytała, kiedy przestałem się jej bać, że na parkiecie stałem się taki bezczelny.

Odpowiedziałem, że przed wieloma laty, ale jest ciągle piękna i znam wszystkie jej sekrety.

– Nie słyszał pan, co mówiłam o przyjaciołach, kolegach, rodzinie, dzieciach?

Tak, słyszałem i ciążyło mi to czasie naszej rozmowy, coś krzyczało we mnie, by odejść, zostawić ją w spokoju, bo jej życie jest kompletne i nie potrzebuje dodatkowych komplikacji. Jakże wielki, powiedziałem, musi być pociąg, który do niej czuję, skoro mogę o tym wszystkim wiedzieć i mimo to szeptać jej do ucha słodkie słówka?

– Słodkie słówka? Tak pan to nazywa?

Ucieknij ze mną, na jedną noc, powiedziałem. Świat się zmieni, wszystko się skończy, a ludzie zapomną.

Przez chwilę wydawało się, że ogarnęła ją pokusa, ale później pojawił się jej mąż i wziął ją za rękę. Stała się wierną, kochającą żoną, a poza tym nie interesowałem jej ja, tylko przygoda.

Czy postępowałbym inaczej, gdybym wiedział, co spotka Jenny Munroe?

Może nie.

Okazuje się, że czas mimo wszystko nie nadaje się do opisania.

Rozdział dziesiąty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział jedenasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwunasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział trzynasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział czternasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział piętnasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział szesnasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział siedemnasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział osiemnasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dziewiętnasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty pierwszy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty drugi

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty trzeci

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty czwarty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty piąty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty szósty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty siódmy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty ósmy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty dziewiąty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział trzydziesty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział trzydziesty pierwszy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział trzydziesty drugi

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział trzydziesty trzeci

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział trzydziesty czwarty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział trzydziesty piąty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział trzydziesty szósty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział trzydziesty siódmy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział trzydziesty ósmy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział trzydziesty dziewiąty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział czterdziesty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział czterdziesty pierwszy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział czterdziesty drugi

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział czterdziesty trzeci

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział czterdziesty czwarty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział czterdziesty piąty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział czterdziesty szósty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział czterdziesty siódmy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział czterdziesty ósmy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział czterdziesty dziewiąty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział pięćdziesiąty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział pięćdziesiąty pierwszy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział pięćdziesiąty drugi

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział pięćdziesiąty trzeci

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział pięćdziesiąty czwarty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział pięćdziesiąty piąty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział pięćdziesiąty szósty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział pięćdziesiąty siódmy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział pięćdziesiąty ósmy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział pięćdziesiąty dziewiąty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział sześćdziesiąty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział sześćdziesiąty pierwszy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział sześćdziesiąty drugi

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział sześćdziesiąty trzeci

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział sześćdziesiąty czwarty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział sześćdziesiąty piąty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział sześćdziesiąty szósty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział sześćdziesiąty siódmy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział sześćdziesiąty ósmy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział sześćdziesiąty dziewiąty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział siedemdziesiąty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział siedemdziesiąty pierwszy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział siedemdziesiąty drugi

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział siedemdziesiąty trzeci

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział siedemdziesiąty czwarty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział siedemdziesiąty piąty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział siedemdziesiąty szósty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział siedemdziesiąty siódmy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział siedemdziesiąty ósmy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział siedemdziesiąty dziewiąty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział osiemdziesiąty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział osiemdziesiąty pierwszy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział osiemdziesiąty drugi

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.