Pierwsze słowo - Marta Kisiel - ebook
Opis

Pewnej nocy do jednej zamkowej celi trafia trzech morderców carów,
a
każdy z nich słuszny i jedyny. Wallenrod, Winkelried i Wawrzyniec, namaszczony może nie pośród królewskiego truchła w kościelnych podziemiach, ale przecież też w podziemiach... gorzelni.

Stanisław Kozik nieoczekiwanie dla siebie znajduje się w odmiennym stanie żywotności. Sokółek zamienia się w słup soli w pewnym rozkosznie fikuśnym przedsiębiorstwie. A Oda Kręciszewska w dniu pogrzebu w lustrze dostrzega wąsik swojej matki, co prowadzi ją do podjęcia pewnych niezbyt przemyślanych, ale całkiem udanych życiowych decyzji. W tomie opowiadań nie brakuje też postaci już czytelnikom znanych, jak choćby pewnego pisarza o wyglądzie zmiętego muszkietera i jego prywatnego anioła. W bamboszkach.

Czasem dowcipnie, innym razem mrocznie, zawsze klimatycznie i z wielką klasą. Czy to zamtuz, czy biuro komisji przyznającej Certyfikat Międzynarodowej Jakości Fantastycznej, czy carski zamek, a może tonące we mgle zaułki miasta – Marta Kisiel udowadnia, że jej wyobraźnia (podobnie jak poczucie humoru) nie ma żadnych granic.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 363

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Marta Kisiel

PIERWSZE SŁOWO

Copyright © by Marta Kisiel, MMXVIII

Wydanie I

Warszawa, MMXVIII

Od autorki

Nie umiem pisać opowiadań.

Twierdziłam tak już w 2006 roku, kiedy debiutowałam na łamach „Fahrenheita” opowiadaniem Rozmowa dyskwalifikacyjna. Rok później ukazało się pierwsze Dożywocie, które może nie podbiło całego świata, ale czytelnicze serca na pewno. Mimo to zdania nie zmieniłam. I tak też uważam dzisiaj, dwanaście lat po debiucie, tuż po tym, jak odebrałam Nagrodę Fandomu Polskiego im. Janusza A. Zajdla za – jakżeby inaczej – opowiadanie Szaławiła.

No nie umiem, i już.

Jakimś sposobem jednak na przestrzeni dwunastu lat spod mojej ręki wyszło tych opowiadań tyle, że nieoczekiwanie uzbierał się cały zbiorek. Znajdziecie w nim teksty zarówno już wcześniej publikowane w przeróżnych periodykach i antologiach, dziś praktycznie niedostępnych, jak i premierowe; teksty dłuższe i krótsze, lekkie, zabawne i… cóż, niekoniecznie. Razem, mam nadzieję, złożą się na odpowiedź na pytanie, które tak często od Was słyszę: „Co trzeba mieć w głowie, żeby tak pisać?…”.

Otóż, Drodzy Czytelnicy, właśnie to.

Oddaję Wam zatem jedenaście opowiadań o tym, co mnie bawi i fascynuje, ale też przeraża. Jedenaście opowiadań bardzo różnych, czasem lepszych, czasem gorszych, pokazujących może nie tyle drogę, ile ścieżkę, wąską i krętą, jaką kluczy moja wyobraźnia.

Mam nadzieję, że traficie z powrotem.

Marta Kisiel

lipiec 2018

Rozmowa dyskwalifikacyjna

Kłębiący się na korytarzu tłum w pełni zasługiwał na miano dzikiego. I cuchnącego. Jednak w pewnych kręgach smród był nieodłącznym składnikiem autentycznej dzikości, nikt się zatem nie uskarżał. Zresztą odkrycie, kto zalatywał czym oraz kto mniej, kto zaś bardziej, mogło stanowić nie lada wyzwanie dla najtęższych nawet umysłów i nosów.

Równie trudno było określić, na czym w zasadzie polegało owo kłębienie. Niewątpliwie tłum na korytarzu nie stał ot tak, po prostu, a już z pewnością nie stał spokojnie czy cierpliwie. To kurczył się, to rozrastał na wszystkie strony. Falował. Poruszał się i przemieszczał w sposób absolutnie nieuporządkowany i tak daleki wszelkiej koordynacji, jak to tylko możliwe. Gdyby nie ściany i strome schody na odległym końcu korytarza, zapewne rozpełznąłby się po całym budynku, a może i poza nim, infekując najbliższą okolicę. Brakowało jedynie tabliczki ostrzegawczej z wielkim napisem: „Ty, który wszedłbyś bez kolejki, żegnaj się z nadzieją”.

W tłumie jak to w tłumie: było wszystko. Włosy lśniące i kudły, które jeśli sądzić po stopniu splątania, nigdy nie zaznały ni mydła, ni grzebienia. Wąsy i wąsiska, starannie przystrzyżone bródki i gęste brody – istne skarbnice wspomnień o niedawnych posiłkach. Zakazane gęby, lica różane bądź ogorzałe, zapierające dech w piersiach mężów i niewiast w zależności od osobistych gustów i upodobań tychże. Broń wszelkiego rodzaju, wystająca to tu, to tam, zahaczająca z brzękiem o kryształowe żyrandole i żłobiąca rysy w bladoniebieskiej lamperii. Kryształowe pantofelki od najlepszych szewców i ciężkie buciory podkute przez kowala nie gorzej niźli końskie kopyta. Zbroje, kolczugi oraz seksowne kombinacje rzemieni i metalowych kółek. Futra, powłóczyste szaty, o które raz za razem ktoś się potykał, złorzecząc w różnych językach. Mycki, czapki, hełmy, kapelusze z szerokim rondem lub spiczastym czubkiem. Jak również – w przypadku osobników z przeciwległego bieguna antropomorficzności – pyski, mordy, oślizgłe macki o przyssawkach, które czepiały się wszystkich i wszystkiego, a oderwane z niejakim trudem wydawały obrzydliwe mlaśnięcie, jak również dzioby, szpony i pazury, skrzydła pierzaste i błoniaste oraz ogony rozmaitej długości. Do wyboru, do koloru.

I całe to morze rozmaitości, rozdrażnionej długim oczekiwaniem, rozstąpiło się bezzwłocznie przed tęgawym kurduplem w tabaczkowym surducie. Świadom swych praw i obowiązków, z godnością poprawił okulary na nosie i przemaszerował korytarzem, po czym bez słowa zniknął za drzwiami. Na drzwiach wisiał plakat, na plakacie zaś stało jak wół:

Niniejszym zawiadamia się, iż w dniu 1 marca roku bieżącego obradować będzie Komisja do spraw Oryginalności Dzieł i Arcydzieł. Osoby, które chcą zabiegać o Międzynarodowy Certyfikat Jakości Fantastycznej, uprasza się o złożenie w kancelarii:

– kwestionariusza osobowego (wzór dostępny w punkcie ksero na I piętrze);

– życiorysu z wyszczególnieniem dotychczas zajmowanych stanowisk i przebiegu kariery zawodowej;

– aktualnej karty szczepień;

– trzech zdjęć formatu 4,5 x 6,5 cm, bez retuszu, kolorowych, w stroju służbowym;

– dowodu wniesienia opłaty rekrutacyjnej w wysokości 75 zł (w przypadku osób ze zwielokrotnieniem jaźni lub nawiedzonych – dodatkowo 25 zł za każdą ponadnormatywną osobowość).

Termin składania dokumentów mija nieodwołalnie dnia 15 lutego bieżącego roku. W przypadku dokumentów przesyłanych listownie decyduje data stempla pocztowego. Wszelkie zażalenia rozpatrywane będą odmownie.

Komisja rozpocznie rozmowy z kandydatami w sali konferencyjnej o godzinie 10.00 czasu Greenwich.

Zapanowała niespodziewana cisza. Zgromadzeni na korytarzu kandydaci gapili się na zamknięte drzwi niczym zahipnotyzowani. Ani drgnęły. Mosiężna klamka lśniła w świetle wiszących u sufitu wielkich, kulistych lamp. Zegar na ścianie wskazywał godzinę 9.58 czasu Greenwich.

Napięcie sięgnęło zenitu.

Pierwszy w kolejce był drab – rasowy sprzedawca cegieł, odziany stosownie do uprawianej profesji. I również jako pierwszy nie wytrzymał napięcia. Postanowił zadziałać. By zwiększyć swe szanse przetrwania, instynktownie zgarbił się, ugiął lekko nogi i przybrał wyraz twarzy godny zbitego spaniela. Zapukał.

Bez odzewu.

Drab odemknął drzwi i zapytał cichym, drżącym głosem:

– E… czy już można?

Tłum zastygł w oczekiwaniu na najgorsze.

– Nie! – ryknęło z wnętrza. – Zegarka nie ma?!

Owszem, miał, nawet cały worek. Na rękę, kieszonkowe, budziki, szwajcarskie, niemieckie, japońskie, kwarcowe, wahadłowe, tarczowe, elektroniczne… Ale nie przy sobie, tylko skrzętnie ukryte w melinie. Podniósł zatem głowę i spojrzał na ścienny czasomierz. Wskazywał 9.59 czasu Greenwich.

Drab potulnie zamknął drzwi.

– Jak myślicie, o co będą pytać? – odezwał się smętny młodzieniec w zielonym kubraczku. Jeszcze przed trzema tygodniami był żabą, żył spokojnie w stawie za miastem i tylko malutka korona na głowie sugerowała, że pocałunek bezpruderyjnej damy może korzystnie wpłynąć na jego powierzchowność oraz status, zarówno społeczny, jak i materialny. Teraz co prawda wciąż miał ową koronę i wreszcie wyglądał jak człowiek, ale nie zdążył jeszcze zerwać ze starymi nawykami i zamiast stać, kucał pokracznie pod ścianą, wybałuszając gały. Sugestie sędziwego czarodzieja, żeby w najbliższym czasie koniecznie zbadał tarczycę, puścił mimo uszu. Doprawdy, ludzie potrafili być tacy upierdliwi!

– Kto ich tam wie – mruknął drab, prostując się wyniośle. – Inteligenciki, psia mać…

– No, już te papierzyska, co to kazali wypełniać, jakieś wydumane takie były.

– He, na kiego czorta im tyle numerków? PESEL, NIP, data urodzenia, data śmierci, numer obuwia… – wyliczał na palcach utopiec.

– …gatek…

– Gatek też?! – dobiegło z tyłu.

Stojący na przedzie odwrócili się jednocześnie.

– A co, nie podałeś? – zapytała strzyga. Siedziała na parapecie przy uchylonym lufciku i nonszalancko paliła papierosa.

– Cholera wie, nie pamiętam…

– Cicho, idą! – ktoś syknął ostrzegawczo.

Rzeczywiście, w drzwiach stanął zasuszony jegomość z plikiem kartek w dłoni. Potoczył po zgromadzonych pełnym najgłębszego potępienia wzrokiem i oznajmił:

– Prosimy panów… – zerknął na listę – …Renruka Hardągębę oraz… – tu nastąpiło drugie zerknięcie, a po chwili zawahania trzecie, bardzo szybkie – …Findecáno Mithrandíra.

Tłum rozstąpił się ponownie, choć już mniej ochoczo, przepuszczając wyczytanych kandydatów. Gdy zniknęli wraz z jegomościem w sali konferencyjnej, korytarz ożył na nowo.

***

– Proszę spocząć.

Jegomość, który ich wprowadził, usiadł z brzegu stołu, obok paniusi w czarnym żabociku. Przewodniczący komisji, czyli kurdupel w surducie, rozłożył przed sobą dwa wymięte i poplamione kwestionariusze.

– A więc… panowie są braćmi, nieprawdaż?

Przez moment krasnolud i elf sprawiali wrażenie, jakby nie za bardzo rozumieli, co się do nich mówi.

– Nie do końca… – odparł ostrożnie Findecáno.

Spowity w nieco wyblakłą czerń sekretarz notował każde słowo, co było dość peszące.

– Ach, tak… Ale jest panów więcej, nieprawdaż?

– Nie, tylko my dwaj. Skąd ten pomysł?

Korpulentny staruszek, zajmujący dwa krzesła po prawicy przewodniczącego, pochylił się nad dokumentami.

– „Zgłoszona działalność gospodarcza: Kompania Braci” – przeczytał, plując obficie. – „Usługi kurierskie i ochroniarskie. Faktura na życzenie klienta”. Cóż, dostrzegam tu pewną sugestię…

– Zważywszy, iż jest panów zaledwie dwóch – dodała paniusia w żabociku – i nie jesteście spokrewnieni, można uznać złożone oświadczenie za niezgodne ze stanem faktycznym.

– Co oznaczałoby natychmiastową dyskwalifikację – wyjaśnił przewodniczący. – Jednakowoż…

– Właśnie, jednakowoż… – przytaknął staruszek.

– …jesteśmy skłonni dać panom szansę.

– Jesteśmy? – zdziwiła się paniusia.

– Owszem, jako że stwierdzona niezgodność nie zalicza się do rażących i z tego powodu nie wpływa pejoratywnie na ocenę dorobku zawodowego obu panów.

– W dodatku trudno oczekiwać od wszystkich kandydatów znajomości słownikowych definicji użytych wyrazów – wtrącił sekretarz. – Nie bądźmy bezduszni.

– Zatem, panie Hardagębo, proszę pokrótce opisać, czym się pan zajmuje.

Gdzieś pod gęstwiną bujnego owłosienia Renruk zmarkotniał. Sądził, że to Findecáno będzie odpowiadał pierwszy. Sam miał niewątpliwie problem z komunikacją werbalną. Emocje, zazwyczaj bardzo proste, okazywał równie prostymi gestami, które teraz mogły nie wystarczyć bądź dać efekt odwrotny do zamierzonego.

– No… no więc, jestem krasnoludem – wydusił pierwsze, co mu przyszło do głowy.

Przewodniczący skrzywił się w uśmiechu. Przypominał Renrukowi widzianego w zoo krokodyla – niby leżał spokojnie, pogrążony w letargu, a tak naprawdę obserwował czujnie świat i czekał na odpowiedni moment, by dopaść turystę, który okaże się najgłupszy i wyciągnie rękę, żeby pogłaskać grzeczne, nieruchome zwierzątko.

– Tak, już wiemy. Może powie pan coś więcej?

– Po co?

– To może inaczej – powiedział przewodniczący, przerywając w końcu krępujące milczenie. – Proszę określić istotę swego jestestwa. Swej… jakby to ująć… krasnoludzkości.

– Mego czego? – zdurniał bez reszty Renruk. – Pan sobie jaja robi czy jak?

– Chodzi o to – zaczął pospiesznie Findecáno, chcąc uprzedzić gniew komisji – żebyś powiedział, jak wygląda twoja codzienna praca.

– Toż mówię, że jestem krasnoludem!

– Ale szanowny przewodniczący widać nie wie, co to znaczy…

– Wiem, panie… panie… – rzut okiem do kwestionariusza – …panie Mi-thran-dír – przesylabizował. – Nie pierwszy raz mam do czynienia z osobnikami pokroju pana Hardejgęby. Jestem profesjonalistą, i to najlepszym, inaczej nie przewodniczyłbym szacownej komisji. Jednakowoż moja intencja nie została właściwie odczytana. Czy wiecie, panowie, co jest celem naszej wytężonej pracy? Otóż! – Odchylił się na krześle i złożył dłonie na brzuchu. – Celem naszej wytężonej pracy jest oddzielenie ziaren od plew. Nie oszukujmy się, trudne czasy wymagają trudnych decyzji. Nie dla każdego znajdzie się miejsce w nowej rzeczywistości… – Ze smutkiem pokiwał głową. – Zatem naszym zadaniem jest, by owo miejsce przypadło tym, którzy zasłużyli! Którzy się wyróżniają! Którzy są o-ry-gi-nal-ni, rozumiecie, panowie? O-ry-gi-nal-ni! Ponadprzeciętni, ponadprogramowi, z obrzydzeniem omijający brudne kałuże stereotypów, schematów i przesądów! – Gwałtownym ruchem pochylił się nad stołem i zniżył głos niemalże do szeptu. – Czy pan, panie Hardagębo, omija te kałuże? Czy może tapla się w nich z upodobaniem? Proszę wyjaśnić szacownej komisji, dlaczego spośród setek innych krasnoludów mielibyśmy wybrać właśnie pana? Co świadczy o pańskiej o-ry-gi-nal-no-ści?

Nie dając Renrukowi szansy na odpowiedź, jegomość z listą rzekł:

– Bądźmy szczerzy, panie Hardagębo. Początkujący, a zwłaszcza młody wiekiem pisarz, zachłysnąwszy się książkami Tolkiena czy Pratchetta, może wybrałby pana na bohatera swoich opowieści. Ale już poważny, doświadczony autor… – Machnął lekceważąco ręką. – Nie, on nawet nie spojrzy w pańską stronę, o ile nie zobaczy choćby odrobiny potencjału. Choćby cienia szansy na oryginalność.

– Wszystko już było, panie Hardagębo – dodał sekretarz. – Mamy postmodernizm. A wręcz post-postmodernizm! Świat pędzi jak oszalały i literatura musi za nim nadążyć. Nawet Gerard z Rivii…

– Geralt, szanowny kolego, Geralt – sprostowała paniusia.

– Pardon, Geralt z Rivii musi się przekwalifikować, jeśli nie chce wypaść z branży. Bo jest passé. Dziesiątki takich jak on czekają już w kolejce. Widział pan tę kolejkę za drzwiami, prawda? Czuł pan gorący oddech konkurencji na plecach?…

– Istny atak klonów, że tak powiem. – Staruszek zachichotał z własnego dowcipu, aż krzesła się pod nim zatrzęsły. – Gromady elfów, krasnoludów, nieletnich czarodziejów, łowców potworów, muskularnych rębajłów…

– …melancholijnych wampirów…

– …albo wampirów krwiożerczych…

– …komicznych piratów z zaburzeniami błędnika…

– …czarownic z kurzajką na czubku nosa…

– … szlachetnych rycerzy…

– …wesołych hultajów, huncwotów i wagabundów…

– …obłożonych klątwą duchów, upiorów, widm i straszydeł…

– …upersonifikowanych pojęć abstrakcyjnych…

– …królów, królowych, królewiczów, królewien i królewiątek…

– …przerażających stworów z głębin nieświadomości…

– …oraz, co z przykrością przyznaję – zaznaczyła paniusia – młodych, skąpo odzianych kobiet, zwykle dziewic, których wyłączną rolą jest zostać wybranką lub nagrodą dla bohatera i dać się sponiewierać w imię miłości, za nic mając zdobycze feminizmu. Wszystkie, co do jednej, tak kończą!

– To rzeczywiście bardzo przykre – przyznał przewodniczący – jednakowoż skończmy wyliczankę i wróćmy do meritum. Sam pan widzi, panie Hardagębo, że rynek, choć niszowy, jest niezmiernie zatłoczony. Zasady kapitalizmu zmuszają nas, nadrzędne władze branży i kontrolerów jakości, do nieustannego weryfikowania kwalifikacji oraz przydatności zawodowej bohaterów. Autorzy poszukują nowych rozwiązań, postaci, wzorców…

– Poszukują, bo i czytelnik się rozbestwił jak nigdy! – huknął sekretarz. – Trzeba wyjść naprzeciw nowym oczekiwaniom! Określić target, sprecyzować potrzeby, zgromadzić środki i uderzyć bez zastanowienia, nim ktoś nas wyprzedzi!

– Prawda jest brutalna, panie Hardagębo, brutalna i miażdżąca. Albo udowodni pan swą o-ry-gi-nal-ność…

– …albo przekwalifikuje i wpasuje w któryś z nowych nurtów…

– …albo czeka pana dożywocie na najbardziej zakurzonej półce w najdalszym kącie gminnej biblioteki. Słuchamy zatem. Proszę nas zachwycić.

Przetworzenie masy nowych informacji, w dodatku wyrażonych niespotykanie trudnymi wyrazami, zajęło Renrukowi parę minut. Pochłonięty procesami myślowymi nie zauważył ani ponaglających spojrzeń Findecána, ani rosnącego znudzenia szacownej komisji, zwłaszcza zaś przewodniczącego, który zdążył zrobić łańcuch z biurowych spinaczy.

– No więc jestem dość niski – zaczął kandydat na oryginalnego krasnoluda.

– Ja również – zauważył przewodniczący, przekształcając łańcuch w namiastkę małpiego gaju.

– Lubię złoto.

– A któż nie lubi? Świetna lokata majątku.

– Mam bujną brodę.

– Tak samo jak Święty Mikołaj, Karol Marks czy Sinobrody. I siedem krasnoludków.

– Piję dużo piwa.

– Zjawisko dość powszechnie występujące. Szczególnie podczas mundialu.

Członkowie komisji nawet nie próbowali ukrywać narastającego znudzenia. Sekretarz starannie zdobił marginesy protokołu obrad girlandami atramentowego kwiecia. Jegomość przeglądał listę kandydatów, usiłując odgadnąć, jak się czyta co poniektóre nazwiska. Staruszek na dwóch krzesłach pstrykał długopisem, a paniusia rozmyślała nad wyższością pończoch nad rajstopami.

– Zatem czym pan się wyróżnia, panie Hardagębo? – zapytał przewodniczący, gdy już ostatni spinacz został wygięty w kształt orangutana.

– Mam jaja jak byk i pierdzę żywym ogniem! – zawołał Renruk, rad wielce, że nareszcie wymyślił coś oryginalnego.

– Pragnę zauważyć – wycedził jegomość z listą – iż nieautoryzowane posługiwanie się chronionymi prawem kwestiami innych postaci celem osiągnięcia korzyści majątkowej podlega karze więzienia od roku do lat trzech.

– Dobrze, to może pański kolega opowie, czym się zwykle zajmujecie.

Findecáno wyprostował się na krześle.

– Przerwy między zleceniami zwykle spędzamy w karczmie…

– Czemu? – przerwał mu staruszek.

– Słucham?

– Czemu akurat w karczmie?

– Karczma oznacza dach nad głową, napitek, porcję jedzenia oraz urozmaiconej rozrywki. Czasami trafia się również okazja do ćwiczeń fizycznych. Zresztą wszyscy tam siedzą. – Elf wzruszył ramionami. – I jeśli ktoś szuka zleceniobiorców, w pierwszej kolejności zagląda do karczmy.

– Ale nie siedzimy ciągle w jednym miejscu, o nie! Zaglądamy też do lupanaru – dorzucił Renruk. – Jak dziewki nie są za szpetne albo przechodzone, to się klienteli rozmaitej sporo potrafi nazbierać. Choć trudniej pogadać w spokoju, kiedy cyce gołe, gdziekolwiek spojrzysz. Koncentracja już nie ta sama…

– To seksizm! – Paniusia zerwała się na równe nogi. – Mizoginia! Obrzydliwy, męski szowinizm! Hołdowanie współczesnym formom niewolnictwa!

– Nie szkodzi, nie szkodzi – uspokoił koleżankę przewodniczący. – Pan Mi-thran-dír swą… ekhm… subtelnością zapewne równoważy nazbyt wybujałą heteroseksualność pana Hardejgęby.

Zarumieniony po czubki spiczastych uszu elf uniósł dwa palce.

– Przepraszam bardzo… Chciałem tylko zauważyć, że nie jestem gejem.

– Ależ oczywiście, panie Mi-thran-dír, oczywiście.

Cała komisja zgodnie wyszczerzyła się w uśmiechu. Findecáno odniósł wrażenie, że niewiele brakowało, by mrugnęli porozumiewawczo, i poczerwieniał jeszcze mocniej.

– Naprawdę nie jestem!!!

– Nie? No cóż, szkoda… – stwierdził ze smutkiem przewodniczący i naniósł stosowną adnotację. – Ostatnimi czasy osoby nieheteronormatywne są dobrze widziane, szczególnie przez zachodnich wydawców. Rozumie pan, to kwestia pewnych cywilizacyjnych standardów.

– To znaczy… – elf zreflektował się błyskawicznie – nie jestem, ale mam opinię bardzo otwartego. Wręcz elastycznego… w stosunkach… między, hm, ludzkich.

– Świetnie, świetnie! Tak trzymać! No, i sam pan widzi, że zawsze jest jakaś szansa. Wystarczy chcieć!

– Ale koniecznie musimy coś zrobić z pańskimi… no wie pan… uszami – wyszeptała paniusia. – Jesteśmy co prawda tolerancyjni i otwarci, lecz nie możemy promować mutacji genetycznych. To nienaturalne, niehumanitarne i niepedagogiczne.

– Czy ja wiem?… – mruknął sekretarz. – W zasadzie włosy wszystko zasłaniają…

– Włosy bezwzględnie do obcięcia – oznajmiła. – Hippisi już dawno wyszli z mody. A te zęby? No, proszę otworzyć usta… O, widzicie? Dziwne takie, spiczaste…

– Nic, czego nie załatwi komplet solidnych koronek – oznajmił pogodnie przewodniczący. – Znam świetnego stomatologa. Z uszami też żaden problem, na tablicy ogłoszeń przy głównym wejściu wisi reklama centrum chirurgii plastycznej. Pan tam zadzwoni, dowie się, co i jak… Nie ma co zwlekać, ja tu widzę po-ten-cjał!

– A czy pan się aby nie lęka wysokości? Bo anioły też są ostatnio bardzo trendy. Włosy by się wtedy zostawiło, poprawiło tylko uszy i uzębienie… I byłby anioł jak malowanie!

Jakimś nieodgadnionym sposobem zbiorowa ekstaza ominęła Renruka szerokim łukiem. Członkowie komisji prześcigali się w pomysłach na zmianę wizerunku elfa, małpi gaj ze spinaczy poszedł w niepamięć, przyszły zaś idol nastolatków przed oczyma duszy swojej widział już błysk fleszy i listy wygórowanych płac, na które dane mu będzie trafić. Oszałamiająca wizja… Jedna z tych wywołujących atak epilepsji lub zawroty głowy i mdłości.

Rodzaj ludzki zna wiele sposobów zwrócenia na siebie uwagi. Krasnoludy odkryły jeden, za to zdumiewająco skuteczny, a że chętnie kultywują tradycje przodków, stosują go bardzo często. Renruk nie należał do wyjątków.

Tak, topór wbity w sam środek stołu, choć szkodził z wolna zanikającej sztuce konwersacji, zawsze robił wrażenie.

– Ach, pan Hardagęba… – Przewodniczący wreszcie raczył go zauważyć. – Nie ma się co unosić. No, już, już. Proszę zabrać swoje narzędzie pracy, jeśli łaska. O ile pamiętam, ustaliliśmy, że niczym szczególnym się pan nie wyróżnia, nieprawdaż? Kolego – rzekł do sekretarza – niech kolega poda aktówkę. Dziękuję. Zatem, wracając do tematu, panie Hardagębo, jak widzi pan swą przyszłość?

– Zamierza się pan trzymać stylu karczemnego?

– W obecnych czasach pańskie kwalifikacje są niewystarczające, by utrzymać pozycję na rynku, że o awansie nie wspomnę.

– Może kurs korespondencyjny?

– Ale jaki? Kroju i szycia?

– No, z krojeniem, jak widać, problemu pan nie ma…

– Albo parapsychologia dla początkujących? Krasnolud jasnowidzący to rzadkość.

– Prawda, częściej trafiają się widzący w czarnych barwach.

– Rzadko trzeźwieją, w tym sęk.

– A może, panie Hardagębo, od razu postanowi pan zmienić branżę? – zasugerował przewodniczący, odnajdując w aktówce upragniony świstek papieru. – Chyba nawet mielibyśmy propozycję pracy… Proszę spojrzeć. Ale musi pan natychmiast zdecydować! – podkreślił. – Tam, za drzwiami, czekają tłumy gotowych na wszystko.

– Nie może pan sobie pozwolić na wybrzydzanie.

– Anioł byłby z pana marny.

– To… to chyba jakieś żarty – wydukał Renruk, gapiąc się na kartkę, którą mu wręczono. – W kulki lecicie?…

– Ależ skąd! Praca od świtu do zmierzchu, na świeżym powietrzu, miła okolica, ładne widoki. Płacą nie najgorzej i zawsze w terminie. Co trzy godziny kwadrans przerwy. Zimą dostanie pan od pracodawcy fufajkę, ciepłą czapkę i dodatkowe onuce. No, konieczne będzie lekkie strzyżenie… depilacja tu i ówdzie… Musiałby pan również całkowicie zmienić garderobę.

– I wziąć prysznic – dodała paniusia.

– A przede wszystkim koniec z toporem! – żartobliwie pogroził palcem przewodniczący. – Ubezpieczenie nie obejmuje amputacji dokonywanych przez osoby bez ukończonych wyższych studiów medycznych. Nie zapominajmy również, iż nowy zawód byłby w pewien sposób związany z dotychczas uprawianą przez pana profesją. To dość istotny szczegół, nieprawdaż? Podnoszący na duchu! Więc jak, panie Hardagębo?

***

– Pan Rumpelstilzchen! Pan Rumpelstilzchen! – Jegomość z listą wywoływał następnego kandydata.

Tłum przepuścił świeżą ofiarę, a gdy tylko drzwi się za nią zamknęły, runął na ocalałych z komisyjnej paszczy.

– Jak było?

– O co pytali?

– Czepiali się bardzo?

– Ej, ale co z tym numerem gatek?

Rozpromieniony, acz wciąż pełen rozterek Findecáno z dumą zaprezentował dopiero co otrzymany Międzynarodowy Certyfikat Jakości Fantastycznej. Na widok wyjątkowo pokrętnych zawijasów i grubych na cal pieczęci tłum wydał okrzyk podziwu. Każdy chciał spojrzeć z bliska, dotknąć, pomacać i nikt nie zauważył przemykającego pod ścianą Renruka.

Nikt oprócz żabiego księcia, który właśnie tam przycupnął.

– A tobie jak poszło? – zagaił. – Dostałeś papier?

– No… dostałem. Ale trochę inny… Masz papierosa?

– Łap, niskopienny. – Podsłuchująca z parapetu strzyga rzuciła mu paczkę. – No, to co teraz będziesz robił? Bez certyfikatu?

– Na saksy jadę – odrzekł od niechcenia, zaciągając się ile sił w płucach. – Między najdziksze germańskie ludy, nieść ratunek przemienionym w statuje nieszczęśnikom.

– Przemienionym w co? – nie zrozumiał książę.

– W statuje. W kamienne statuje. Wiesz… magia! – wyjaśnił. – Nie sprzedałem się, jak inni, za byle świstek. My, krasnoludy, mamy swoją godność! Nikt nas rypać nie będzie, choćby płacił za tę przyjemność złotą kartą. No, bywajcie! – zakrzyknął i tyle go widzieli.

Tak, bez wątpienia Renruk Hardagęba miał swoją godność. Miał również nadzieję, że przez wzgląd na dawne dzieje elf zdoła utrzymać język za ukoronowanymi zębami. Ponoć żadna praca nie hańbi, ale jednego był pewien – ogrodowym krasnalom trudno bajerować panienki w lupanarze, choćby te najbardziej szpetne.

Katábasis

Świat tonął w ogniu. Promienie letniego słońca rozlewały się złocistym blaskiem po łanach zbóż, które sięgały aż po horyzont i falowały ospale, hipnotycznie. Powietrze pulsowało żarem. Nawet sporadyczne powiewy wiatru nie przynosiły orzeźwienia, wzbijały jedynie kolejne tumany kurzu.

Mimo upału ostrza sunęły gładko. Nastała pora żniw, pora łagodnego umierania, i jeden za drugim kłosy padały pokornie. Nieco dalej, przy drodze, wśród wiotkich traw kwitły ostatnie w tym roku maki – mechate łodyżki zwieńczone koroną delikatnych płatków, miękkich i gładkich. Czarno-żółtymi plamkami w sercu swych kielichów spoglądały na cichą rzeź, jaka się wokoło rozgrywała. Czekały na swoją kolej.

Już dawno minęło południe, gdy wreszcie zerwała je szorstka kobieca dłoń. Dziewięć maków związała źdźbłem trawy, dziewięć maków czerwieńszych niż krew.

Kobieta wędrowała piaszczystym traktem, zgarbiona niczym źdźbło pod ciężarem dojrzałego kłosa. Pobrzękując pękiem kluczy u pasa, przeszła przez opustoszałą wieś. O tej porze roku życie toczyło się gdzie indziej, wśród pól, łąk i sadów, wśród pochłoniętych pracą ludzi. Nie słyszała ich, nie widziała – cały jej świat skurczył się do chrzęszczącego pod stopami piasku. Szła bez pośpiechu, by nie marnować sił, jej oczy były suche i puste, a w dłoni ściskała maki. Odziana w czerń i z czernią w kamieniejącym sercu, podążała dalej drogą. Krok za krokiem, krok za krokiem…

Ludzie, żniwa, świecące pustkami domy – wszystko zostawiła w tyle. Nie spostrzegła, kiedy od zachodu nadciągnął cień. Niebo pociemniało i zerwał się wiatr, który przegnał rozleniwione obłoki i zaczął tańczyć w posiwiałych włosach kobiety, chłostać ją piaskiem po nogach. Coraz mniej drzew rosło dookoła, coraz rzadsze i bledsze stawały się kępy traw. Soczysta, żywa zieleń ustępowała suchej, martwej szarości. Zagrzmiało, potem jeszcze raz i jeszcze, wiatr przybierał na sile, aż wreszcie lunął rzęsisty, ciepły deszcz. A kobieta wciąż szła ze wzrokiem wbitym w ziemię.

O zachodzie słońca burza wreszcie umilkła. W powietrzu wisiała wilgoć, a na ziemi lśniły dziesiątki kałuż, w których odbijało się różnobarwne niebo.

Wkrótce potem, po raz pierwszy od wielu godzin, kobieta przystanęła. Maki w jej dłoni, choć zroszone kroplami wody, już przywiędły. Droga urywała się u stóp wysokiego muru, nad którym rozpościerały się korony drzew. Nie był to jeden z tych porośniętych bluszczem murów, jakie okalają tętniące życiem ogrody i parki, tylko zupełnie nagi, bury od brudu, kurzu i deszczu, nieprzystępny. Zbłąkany gil nie prowadził dalej przez gęstwinę, nie zapraszał, by odkryć tajemnice, które kryły się po drugiej stronie.

Za zamkniętą na głucho bramą, gęstniejący mrok pochłaniał łapczywie prostą, wąską ścieżkę. Nie odkładając wiązanki, kobieta chwyciła za pręty i zaczęła szarpać. Metaliczny brzęk żelaza uderzającego o żelazo poniósł się echem, lecz zamek trzymał, ani myślał ustąpić. I tylko makowe płatki opadały w błoto.

Naraz przed nią rozbłysły światełka – oczy piekielnego ogara, Cerbera przywabionego hałasem, który rozdzierał uświęconą ciszę.

– Czemu zakłócasz spokój zmarłych? – Strażnik zatrzymał się nieco dalej niż na wyciągnięcie ręki. – Nie widzisz, że pora zamknięcia bram już minęła?

– Wpuść mnie – odpowiedziała głosem wypranym z barw. – Muszę tam wejść.

Pokręcił głową.

– Nie możesz. Przyjdź jutro, po świcie, kiedy brama będzie otwarta.

– Wpuść mnie – prosiła dalej, głucha na jego słowa. Nie mogła zawrócić, gdy była już tak blisko. – Przyszłam po córkę, moje słońce. Uprowadziliście ją, zabraliście, zamknęliście za bramą. Uroniłam ostatnią łzę, zwędrowałam cały świat, by ją odzyskać. Wpuść mnie. Muszę tam wejść.

– Wróć za dnia. – Choć nie dawał po sobie nic poznać, błogosławił ciemność, która ich otaczała. Pękłoby mu serce, gdyby widział zmarszczki wyżłobione w twarzy kobiety przez czas i boleść. – Wtedy otworzę bramę i znajdziesz swoje dziecko.

– Znajdę, lecz nie odzyskam! – zaprotestowała. – Nie za dnia. Wpuść mnie teraz, strażniku, póki księżyc stoi na niebie. Spójrz! Przyniosłam maki, byś mógł ich sokiem uśpić zmarłych.

– Oni nigdy nie śpią. Wróć za dnia – powtórzył łagodnie.

Strażnik na powrót przepadł w mroku, zostawiając kobietę sam na sam z jej cichą rozpaczą.

***

Świat zapadał się w sobie. Życie, eksplodujące w przedśmiertnych drgawkach orgią brązu, czerwieni i złota, niechętnie oddawało pola szarości i cieniom, rozpływało się w strugach deszczu, tonęło w błocie. Gdziekolwiek spojrzeć, zionęła pustka, smutek i coraz straszniejsza martwota.

Droga, choć ta sama, wyglądała teraz inaczej. Ciągła jesienna mżawka mąciła taflę wody, która od wielu dni zbierała się w rowach. Mokry piach oblepiał podeszwy, zachowując ślad każdego kroku, jaki stawiała kobieta. Szła, omijając co większe kałuże – przygarbiona, szczupła postać w czerni, z pękiem kluczy u pasa i rdzawymi chryzantemami w dłoni. Wilgotne włosy otulały jej czaszkę niczym siwa chusta. Nie rozglądała się. Zresztą niewiele by dostrzegła w tej szarówce, co najwyżej rozmyte plamy światła w oknach i czasem przemykające na ich tle ludzkie sylwetki. Skulone z zimna podwórkowe psiny odprowadzały ją wzrokiem z wnętrza naprędce skleconych i potem przez lata żmudnie łatanych bud.

Krok za krokiem, pobrzękując kluczami, znacząc drogę opadłymi płatkami chryzantem, kobieta dotarła do celu. Ołowiane niebo coraz bardziej ciążyło nad ziemią, niemal muskało czubki drzew, zlewało się z murem. Jak gdyby ciemność spływała z firmamentu i pełzła przez świat w poszukiwaniu ostatnich źródeł życia, by je pożreć. Jej głodowi nie oparło się żadne rzeczywiste światło – ogniki płonące w oddali, za bramą, pochodziły z zupełnie innej krainy.

Pręty były mokre i zimne, mimo to kobieta chwyciła się ich kurczowo. Już dawno zobojętniała na chłód. Wytężyła wzrok, wypatrując strażnika. Był tam na pewno, między zmarłymi, ukryty w głębi cienia. Krążył. Czuwał. Strzegł. Bez chwili wytchnienia, niestrudzony, czujny jak pies rodem z piekielnych otchłani. I jak pies przybiegł na dźwięk szarpanej bramy. Rzucił kobiecie spode łba niechętne spojrzenie.

– Wpuść mnie – odezwała się, uprzedziwszy strażnika. Kiedy targała za pręty, łodyga jednej z chryzantem nadłamała się i teraz kwiat pochylał kulistą głowę w błagalnym geście. – Muszę tam wejść.

– Nie – rzekł po prostu.

– Tam – wyciągnęła rękę – tam jest moja córka. Uwiedliście ją w noc i śmierć, choć się wzbraniała, wyrwaliście spod moich skrzydeł. Ona zgaśnie, jeśli nie ujrzy znów kwiatów i słońca. I ja też zgasnę, jeśli już nigdy nie usłyszę jej śmiechu. Wpuść mnie.

– Odejdź – westchnął z wyczuwalnym zniecierpliwieniem. – Nie każ mi dłużej stać na deszczu i chłodzie, i tak cię nie wpuszczę. Zakłóciłabyś wieczny spokój zmarłych…

– Przebłagam ich kwiatami – weszła mu w słowo – a jeśli to nie wystarczy, wyleję tyle łez, ile będzie trzeba. Może one wyrażą krzywdę, która mnie spotkała. – Z oczu kobiety wyzierały bezradność i rozpacz. – Nie boję się zmarłych ani ich gniewu. Nie mam już sił, żeby bać się kogokolwiek. Czegokolwiek. Moje cierpienie i żal powoli zabijają ten świat i jeśli zechcę, żaden, nawet najpotężniejszy bóg nie zdoła go ożywić na nowo. Miej litość, strażniku, wpuść mnie!

– Nie – odrzekł sucho i dał się wchłonąć ciemności.

Jeszcze długo stała pod zamkniętą bramą i wołała, targała za żelazne pręty, lecz strażnik nie wrócił.

***

Świat ukrył się pod całunem śniegu i lodu. Drzewa wyciągały powykręcane kikuty w stronę martwego nieba, spragnione promieni słońca, wybawienia od mrozu. Cisza, jaka zalegała nad okolicą, paraliżowała i przerażała bardziej niż wrzask. Nic dziwnego, że kto żyw, ten krył się w domowym zaciszu, byle bliżej ciepła, byle pośród swoich. Wyjątek stanowił samotny kruk, siedzący na gałęzi i kontemplujący wszechobecną biel.

Kobieta nie miała gdzie się skryć. Nie miała też domu ani nikogo, kogo mogłaby nazwać swoim. Jedynie znajomą, zaśnieżoną drogę. Z uporem przedzierała się przez zaspy do kolan albo ślizgała w głębokich koleinach. Jedną dłonią, nagą i zsiniałą, przyciskała do piersi zawiniątko w połach czarnej, wełnianej chusty, która ją opatulała. Kroki stawiała chwiejne, coraz bardziej niezgrabne. W głębi ducha czuła, że jeśli upadnie, nie zdoła ani się podnieść, ani nawet czołgać. Że sama wola, by iść dalej, już nie wystarczy.

Gdy wreszcie dobrnęła do bramy, była tak utrudzona, że ledwie mogła ustać na drżących nogach. Przez dłuższą chwilę opierała się ciężko o mur, łapiąc oddech i czekając, aż setki różnobarwnych plamek przestaną wirować jej przed oczyma, a łomoczące serce trochę zwolni. Było coraz ciemniej i zimniej, znów zaczął prószyć śnieg. Kobieta odetchnęła. Mróz i zmęczenie szarpały jej ciałem, ale nie mogła dłużej zwlekać. Tej nocy musiała przejść na drugą stronę. Wolną ręką uwiesiła się bramy i zatrzęsła nią z całych sił.

Chodź, piesku. Chodź, zaszczekaj, zawarcz, pokaż zęby. Nie przegonisz mnie, nie tym razem. Nie. Dziś wejdę do krainy cienia. No chodź. Wiem, że tam jesteś, dobry piesek, posłuszny, czuwa, jak mu kazał pan, nikogo nie przepuszcza. Widzi każdy mój ruch, czuje mój ból, mój strach, rozkoszuje się nimi. Chodź, zaśpiewam ci piosenkę, kołysankę na dobranoc. Nigdy jej nie zapomnisz. Nie bój się, piesku. Chodź.

Oczy strażnika rozgorzały nagle w ciemności tuż za bramą.

– Czego znowu? – warknął, poznawszy skuloną postać.

– Wpuść mnie.

– Idź precz, starucho. Tracisz tylko czas.

– Wpuść mnie, ja muszę… muszę wejść. Zaraz. – Kobieta opadła na kolana. – Rozejrzyj się, strażniku. Cały świat, jak długi i szeroki, skonał z tęsknoty za moją córką, a teraz konam i ja.

– Proszę bardzo, konaj sobie – zaśmiał się szyderczo. – A jak już skonasz, wtedy otworzę bramę i cię wpuszczę.

– Psie! – zakrzyknęła. – Warujesz przy tej bramie jak pies!

– Taka praca – skwitował krótko.

– Z twoich słów spływa jad… Potworze bez duszy, nie wzrusza cię udręka matki? Czy twe serce ze spiżu, że pozostaje głuche na me prośby?

– Nie wpuszczam żywych, nie wypuszczam zmarłych i nie robię wyjątków – odparł sucho. – Nigdy. Proś, płacz, rób, co chcesz. A najlepiej wynoś się, pókim dobry.

– Oddajcie mi córkę, a obiecuję, że świat odżyje. Znów okryje się kwiatami, utonie w ciepłych promieniach słońca…

– Patrzcie ją, wariatka! – Strażnik parsknął gardłowym, pogardliwym śmiechem. – Za kogo się masz, łachmaniaro, za jakąś boginię?! Poszła stąd, ale już!

Rzucił jej jeszcze spojrzenie pełne wzgardy, po czym odwrócił się i już miał odejść, gdy nagle kobieta wsunęła rękę między pręty i złapała go za ubranie.

– Nie! – wychrypiała. – Wracaj! Musisz mnie wpuścić!

W mgnieniu oka zgrzytnął otwierany zamek i strażnik wyprysnął na zewnątrz. Chwycił kobietę za gardło i pchnął na ziemię, niemal wbił w głęboką zaspę.

– Poszła stąd, mówię! – wrzasnął. Nie zwalniając uchwytu, szarpał ją, bił gdzie popadnie, na oślep, byle mocno, jak najmocniej. Bezskutecznie próbowała się zasłonić przed ciosami. – Precz, przeklęta starucho! Precz!

Krew trysnęła na śnieg. Świeża. Ciepła. Piękna.

***

I co? Nie chciałeś moich maków, nie chciałeś chryzantem, a co powiesz na ten kwiat? Spójrz, jak rozwija czerwone płatki, coraz to szersze i ciemniejsze, jak wiją się jego łodygi, jak rozkłada liście… Wspaniały, prawda? Niestraszny mu śnieg i mróz. Zdoła zakwitnąć wszędzie, na lodowych klifach, na piaskach pustyni, na prochu i popiele. Jak myślisz, spodoba się zmarłym? O, na pewno, będą zachwyceni. Tak, piesku, to wszystko dzięki tobie. To twój kwiat. Dobry piesek, grzeczny. Widzisz, to nie było wcale takie trudne. Wystarczyło umrzeć.

Dobrze umarłeś, piesku, właśnie tak, jak trzeba. No, waruj teraz. Pilnuj bramy, a ja… Ja zejdę w otchłań.

Oto kraina cieni, gdzie nie znają słońca. Czarna, posępna, skąpana w ciszy. Jak tu strasznie… jak spokojnie… Gdzieś ponad nagimi koronami drzew lśni księżyc. Nie ma wiatru, nie zdołał się wedrzeć za wysoki mur. Srebrzysta mgła wiedzie mnie przez głuszę i noc. Prowadź, milcząca przewodniczko, prowadź prosto przez styksowe bagna. Niczego się nie lękam. Już nie.

Zewsząd otaczają mnie umarli, rozedrgane cienie tych, którzy na zawsze opuścili świat po drugiej stronie. Przybyli tłumnie, tłoczą się, kłębią niczym węże, lecz żaden nie zrobi ani kroku, nie przestąpi drogi – ofiara została złożona. Ja, matka, wkupiłam się w ich łaski. Nie zawahałam się. Czują niezastygłą krew na moich rękach i ubraniu, napawają się jej słodyczą. Idę dalej, niech patrzą do woli.

Jestem taka zmęczona… Chłód już dawno zawładnął mym sercem i duszą, a teraz chciwie sięga po ciało. Tracę czucie, pomału zamieniam się w kamień… a może w sopel lodu? Nieważne. Patrzcie, bezlitośni bogowie, idę przez podziemia, by odebrać to, co tylko do mnie należy. Jeszcze trochę, niedaleko i będę u celu. A wy nie znajdziecie w sobie dość mocy i woli, by mnie zatrzymać.

Czy to już? Czy to tu? Ogromny wiąz wyrasta przede mną. Cóż za monstra straszliwe obsiadły jego gałęzie! Tu Płacz, mój wierny towarzysz, tam zaś Troski i Choroby pobladłe. Zgryźliwa, pochylona Starość, którą znam dobrze, a obok niej nieodłączna Śmierć. Zza splątanych korzeni wygląda Strach, Głód i Nędza przepychają się, kłócą, które pierwsze zajrzy mi w oczy. A tam, z boku, to kto? Kto tuli drżące Udręczenie? Nie poznaję, nie pamiętam tego oblicza. Ach, to ty… Witaj, Śnie. Wybacz, tak dawno cię nie widziałam. Spotkamy się kiedyś jeszcze? Och, twój uśmiech mówi, że tak. Może nawet wkrótce. Do zobaczenia zatem, czas na mnie.

Lecz… co się dzieje? Moje serce… jak mocno zabiło! Czujecie, cienie? Czujesz, mgło? I znów. Matczynego serca nic nie zwiedzie, choć zbolałe, woła głośno – już blisko! Tu, gdzieś tu jest moje dziecko. Nareszcie. Nie zatrzymacie mnie, bogowie!

Widzę ją.

A wy, cienie? Czy i wy widzicie?

Nawet wieczny mrok musi rozstąpić się przed jej uśmiechem. Jest piękna. Moja córka. Wiem, że tęskni za bezkresnym niebem i słońcem, za łąkami pełnymi kwiecia, śpiewem ptaków, kocim mruczeniem. To właśnie kocha. Nie was, umarłych, bo jesteście jej obcy, obmierzli, lecz nienawistni – nie. Ona nie potrafi nienawidzić. Spójrzcie, myślami krąży daleko stąd. Oddajcie mi ją, pozwólcie wrócić do krainy, o której marzy na jawie i we śnie.

Córeczko, ja cię stąd zabiorę. Chodź, nie bój się, chodź ze mną! Już nic ci nie grozi. Brama stoi otworem, a za nią czeka stęskniony świat. Nikt nas więcej nie rozdzieli. Będziemy razem, ty i ja. Słyszysz? Nigdy więcej. Wstań, musimy zdążyć przed świtem, potem będzie za późno. Czemu nic nie mówisz? Czemu nie rzucasz mi się w ramiona? Na co się tak zapatrzyłaś, przecież tam nic nie ma, tylko cienie… Cienie… Wstań, proszę. Te cienie… Proszę, zaklinam cię, córeczko!…

Bądźcie przeklęci, umarli! Wy, wasza kraina i wasz pan! Po stokroć, po tysiąckroć, na wieki! Coście zrobili z moim dzieckiem?! Jaki urok rzuciliście, że nie poznaje własnej matki?! Precz! Nie dotykajcie jej! Ja… przecież zabiłam… Czym ją spoiliście? Makowym napojem? Letejską wodą? Czym, odpowiadajcie, błagam!

Wy też milczycie.

Nie, nie odejdę. Nie zmusicie mnie. To moja córka. Moja.

Nie zostawię jej z wami samej.

***

Słońce wzeszło, przebijając się przez gęste, sine chmury. Pierwsze promienie musnęły nieskazitelnie biały śnieg, drugie – młodego mężczyznę. Leżał na wznak w zaspie, z rękami rozrzuconymi bezwładnie. W prawej dłoni wciąż trzymał pęk kluczy. Zmatowiałe oczy wlepiał w niebo, a wokół niego lśniła zamarznięta już plama krwi, która minionej nocy chlusnęła z poderżniętego gardła.

Promienie sunęły dalej.

A dalej była otwarta brama z żelaznych prętów. Wiatr bujał nią lekko to w tę, to w tamtą stronę. I mur, nagi, niedostępny. Gdzieś się kończył, gdzieś się zaczynał. Za murem od bramy biegła zaś aleja, prosto, zdecydowanie, nie zbaczając ani na krok. Pod warstwą śniegu, tego już zlodowaciałego i tego całkiem świeżego, krył się żwir. Ot, aleja, jakich wiele, więc promienie nie poświęciły jej zbytnio uwagi. Po krótkich igraszkach wśród gałęzi wiązu pomknęły przed siebie i zatrzymały się dopiero kilkadziesiąt metrów dalej, przy kobiecie w czerni.

Wydawało się, że śpi, zwinięta na ziemi. Chusta z grubej wełny zsunęła się jej z wątłych ramion. Siwe, miękkie włosy miała w nieładzie. Tuż obok, na śniegu, spoczywał sierp, pokryty krwią, tak jak jej skostniałe dłonie. Przyniosła go tu z daleka, przez całą drogę tuliła do piersi czulej niż niemowlę. Był jej przepustką na drugą stronę, za mur cmentarza. Musiała wejść, więc weszła. Na grobie córki skończyła się jej wędrówka.

Dotrzymała słowa.

Dożywocie

Wszystko było nie tak.

Siła wyższa, bez uprawnień kierująca światem, postanowiła udowodnić, że dysponuje niekończącymi się pokładami czystej, małpiej złośliwości. Najpierw w cudowny sposób rozmnożyła bagaże, zaopatrując ich właściciela w ubrania na dowolną porę roku i okazję, łącznie z balem debiutantów i kolejną powodzią stulecia. Tak na wszelki wypadek. Nie zapomniała też o zestawie naczyń stołowych, karbidówce, środkach higieny mniej lub bardziej osobistej, dmuchanym materacu i wielu, naprawdę wielu absolutnie niezbędnych rzeczach. Bez wątpienia siła była kobietą, i to nad wyraz zaradną.

Rozochocona pierwszym sukcesem, w jakiś sposób unieruchomiła na amen blokadę skrzyni biegów w tico. Dopiero wezwany na pomoc syn sąsiada zdołał przerzucić dźwignię ze wstecznego na luz, a w tym czasie etui z okularami przeciwsłonecznymi, nieodzownymi w upalny, sierpniowy poranek, zawędrowało pod siedzenie kierowcy. Korek na trasie wylotowej z miasta, którą w końcu ruszył załadowany aż po dach samochodzik, także był zasługą siły, podobnie jak atrakcje uprzyjemniające dalszą jazdę. Ot, kilka kontroli radarowych, peletony półgłuchych rowerzystów i bezstresowo hodowane, hasające po szosie krowy. I wreszcie we wczesnych godzinach popołudniowych na pustej, leśnej drodze siła zebrała się w sobie i popsuła coś. Nieważne co, ważne, że skutecznie. Tico jęknęło, stęknęło i umarło.

Cedząc pod elegancko przystrzyżonym wąsem równie eleganckie przekleństwa, Konrad włączył awaryjne i wygrzebał się z enklawy wolnej przestrzeni między kierownicą, oparciem fotela i wszechobecnymi bagażami. Nie znał się na samochodach, dlatego nawet nie zajrzał pod maskę, tylko od razu przepchnął tico na pobocze. Komórkę mógł spokojnie wyrzucić, bo na tym odludziu zasięgu, rzecz jasna, nie było.

Rozejrzał się z rezygnacją. Ani żywej duszy. Wedle znaku, który stał przy drodze, do celu zostały mu jeszcze marne dwa kilometry. Mapa, jedna z tych niemożliwych do złożenia, twierdziła, że najbliższa miejscowość znajduje się o szerokość kciuka na północny wschód. Nic to Konradowi nie mówiło, bo o kartografii miał pojęcie równie słabe co o mechanice, ale musiał podjąć jakąś decyzję. Wydobył więc plecak spod sterty pakunków, zamknął samochód i ruszył przed siebie, gotów przejść zabójczą odległość na własnych nogach.

W zaistniałych okolicznościach kontemplacja krajobrazu wydawała się jedyną w miarę rozsądną, energooszczędną rozrywką. Na lewo – las. Na prawo – też las. Pośrodku – rozgrzany asfalt, piąty żywioł współczesnego świata. Wreszcie coś znajomego i przyjaznego cywilizowanemu człowiekowi. A Konrad był wszak rdzennym mieszczuchem, wychowanym w kulturze betonu, plastiku i ruchomych schodów. Zwykle obcował z przyrodą za pośrednictwem kanałów Animal Planet i National Geographic. Mógł godzinami rozprawiać o zwyczajach godowych surykatek albo jeziorach kraterowych, ale jedynym gatunkiem drzewa, który rozpoznawał, była wierzba, a za naturalne środowisko podgrzybków uważał słoiczek. Miał za to komórkę z aparatem fotograficznym, odtwarzacz MP3, laptopa i elektryczną szczoteczkę do zębów, czyli wszystko, czego potrzebował prawdziwy mężczyzna w prawdziwej dziczy.

Po półgodzinie marszu dotarł do rozstajów. Rozmiękła szosa skręcała szerokim łukiem w lewo, z prawej zaś zaczynała się piaszczysta ścieżka przez las. Spomiędzy zarastających rów chaszczy sterczało coś na kształt drogowskazu. Po napisie zostało już tylko wyblakłe na słońcu wspomnienie, lecz poniżej jakaś litościwa ręka wydłubała strzałkę w prawo.

Spocony wędrowiec westchnął zatem i zniknął w cieniu nieznanych drzew. Piasek i kamyczki natychmiast przylepiły mu się do usmarowanych asfaltem podeszew.

Wszystko było nie tak, a nawet gorzej. Gdyby ktokolwiek mógł usłyszeć chichot siły wyższej, uznałby z pewnością, że jest to chichot nad wyraz złośliwy.

Na końcu ścieżki między drzewami stał dom. Ceglany, ani za duży, ani za mały, ot, w sam raz dla jednej rodziny, z werandą, przybudówką i… wieżyczką. Upiorną, gotycką wieżyczką rodem z kiepskich filmów grozy. Siła wyższa tryumfowała, a Konrad usiłował wyjść z osłupienia. Bezskutecznie.

– Panie! – ryknęło mu naraz do ucha. Aż podskoczył, jakby go kto dźgnął w pośladek rozpalonym do czerwoności szydłem.

– No, bo już myślałem, żeś pan udaru dostał czy coś. Upał na dupał, co nie?

Dzikie stado wątpliwości zatargało duszą Konrada. Uśmiechający się do niego z wielką życzliwością mężczyzna wyglądał jak pełnotłusta parodia miss mokrego podkoszulka.

– Turysta, co? – Pokręcił głową. – Że też się ludziom w taki upał drałować chce…

– Nie, nie turysta, samochód mi się zepsuł – wyjaśnił pośpiesznie Konrad. – Przepraszam bardzo – sięgnął do kieszonki na piersi – czy to coś… znaczy, ten dom – zerknął na pomiętą karteczkę – to może Lichotka?

– A pewnie, że Lichotka. Drugiej takiej ze świecą pan szukaj, a nie znajdziesz.

– Nie śmiem wątpić…

– Aaa, no jasne! – zakrzyknął grubas, wyraźnie rozpromieniony. – Pan pewnie z dożywociem?

– Eee… A tak, z dożywociem, tak. Konrad Romańczuk, nowy właściciel tego… budynku.

– Szymon Kusy, powitać, powitać. – Chwycił pana z dożywociem za dłoń i zatelepał nim, aż miło. – No, nareszcie! Już się baliśmy, że te adwokaty nigdy spod papierków nie wylezą. Tyle czasu po sądach się włóczyć, kto to widział? A pan bez bagaży? Nie zostaje pan?

– Ależ skąd, bagaży mam całe mnóstwo. W samochodzie.

– Ach, jasne, w tym zepsutym! No sam pan widzi, jak człowiek ma za wiele na głowie, to mu się myśli szybko gubią. Pan poczeka, podjedziemy, zobaczymy, co się stało, ja naprawić potrafię. Opona może?…

– Nie, opony całe. Coś w środku, nie znam się na tym.

– Nie szkodzi, damy radę, panie Romańczuk, co mamy nie dać?

Chwilę później trzęśli się nagrzanym jak piekarnik, wiekowym polonezem w stronę szosy. Szymon tryskał potem, optymizmem oraz przemyśleniami.

– …szczęście, że pan jeden do spadku został, urzędasy kombinować długo nie musiały, komu się Lichotka należy. Bo jak nic by to ciągli i ciągli, aż by się wszystko w diabły zawaliło. A Lichotka swoje lata już ma, dbać o nią trzeba, tu gwóźdź wbić, tam deskę wymienić… Nie żeby zaraz rudera, o nie! Charakterny domek, z klasą. Prawdziwa elegantka! Wie pan, tak czasem myślę, że gdyby była człowiekiem, to kapelusze by nosiła i takie rękawiczki aż do łokcia. A teraz, phi! Teraz to się inaczej buduje. Siedzi gryzipiórek, nabazgrze coś i nie ma zmiłuj, niczego zmienić nie pozwoli. A Lichotkę sam świętej pamięci pan Wincenty stawiał, własnymi rękami, cegła po cegle, i nikt nawet nie pomyślał, żeby choć słówko wtrącić. Wiesz pan, ile ona ma już lat? Dwieście! Głaz by się duszy przez ten czas zdążył dorobić, tradycją jak mchem porosnąć, a co dopiero dom! O, to pewnie pańska zguba?

Wykręcił i zatrzymał się tuż przed umarłym tico. Po krótkiej burzy mózgów, uznawszy, że nie ma się co bawić w przydrożny autoserwis, wzięli je na hol i zawlekli przed dom.

Drugie, znacznie już bliższe spotkanie z cudem architektury przysporzyło Konradowi wielu nowych wrażeń. Taszczył bagaże do holu, rozglądając się wokoło z dziwną mieszanką ciekawości, paniki i obrzydzenia. Nie mieściło mu się w światopoglądzie, że praprapra… daleki przodek mógł z własnej i nieprzymuszonej woli postawić coś równie kuriozalnego i jeszcze nazwać to Lichotką. Niemal widział watahy zżerających ją korników. Podłogi, boazeria, framugi, ramy okienne, kręte schody, meble o wartości już chyba tylko muzealnej – wszystko drewniane, wiekowe i bardzo stylowe. Rzeźbione detale, kwiatki, listki, łodyżki, rozety i łuki występowały w ilościach hurtowych. Całość wyglądała jak gotycki szał ciał i uprzęży, spełniony sen szalonego stolarza. Na domiar złego chodnik w holu składał się przeważnie z dziur, kinkiety na ścianach trzymały się na słowo honoru, a w drzwiach wejściowych zamiast zamka był zwykły skobel.

Podczas gdy Szymon szukał czegoś w przybudówce, Konrad krążył z bagażami, licząc w myślach, ile wyniesie chociaż podstawowy remont parteru. Ciągle mu wychodziły straszne sumy, dlatego coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że nic gorszego niż spadek nie mogło go spotkać.

Siła wyższa była z siebie bardzo zadowolona, postanowiła jednak postawić jeszcze wielką kropkę nad i.

Z usypanego pośrodku holu stosu sturlały się trzy rolki papieru toaletowego i wpadły prosto pod głęboką komodę, powiewając na pożegnanie nadrukiem w stokrotki.

– Ręce opadają… – westchnął Konrad. – Jakby mi gimnastyki brakowało.

Klęknął ostrożnie, by sięgnąć pod mebel, i dopiero niemal dotykając nosem podłogi, zauważył, że nigdzie nie ma ani grama kurzu. Żadnych kotów, żadnych pajęczyn. Nie tego się spodziewał po starym, dziwacznym domu na odludziu.

Za plecami usłyszał ciche kichnięcie.

– Na zdrowie. – Wreszcie złapał niesforne rolki i podniósł się z klęczek. – Czyścioch z pana, panie Ku…

– Apsik – kichnął ponownie stojący na schodach anioł.

Konrad nie miał już żadnych złych przeczuć ani wątpliwości. To one miały jego.