Wydawca: Filia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 267 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pierwsza na liście - Magdalena Witkiewicz

Historia przyjaźni, która po latach rodzi się na nowo, miłości, która wybucha gwałtownie i niespodziewanie…
Opowieść o trudnych wyborach, które mogą podarować komuś życie, o przebaczeniu i zrozumieniu oraz o wielkiej nadziei i sile kobiet. Czy najbliższej przyjaciółce potrafiłabyś wybaczyć wszystko? Mimo tego, że zabrała Tobie to, co kochałaś najbardziej? A gdyby jej wybór okazał się błędem? A gdyby jej dni były policzone? Ina myślała, że przeszłość zostawiła daleko za sobą. Teraz jej życie przebiegało tak, jak sobie tego życzyła. Czasem zapraszała do niego mężczyzn, ale tylko na chwilę. Patrycja w każdej chwili mogła wszystko stracić. Los postawił przed nią najtrudniejsze z zadań. Jak w ciągu kilku tygodni nauczyć ukochane córki jak żyć? Karola musiała wziąć sprawy w swoje ręce.
Wyruszyła w podróż aby odnaleźć pierwszą na liście.
Odnalazła. Ale wraz z nią wróciły bolesne wspomnienia.
Mimo niezagojonych ran, dawnych zdrad, i upływającego czasu, przyjaźń powróciła. Powróciła z wielką mocą, która kruszy góry, sprawia, że niemożliwe staje się możliwe.

Kolejny raz Magdalena Witkiewicz ukazała wielką siłę zwyczajnych kobiet.  Bo ona jest w nas, musimy ją tylko w sobie odkryć i wszystko stanie się możliwe.

Opinie o ebooku Pierwsza na liście - Magdalena Witkiewicz

Fragment ebooka Pierwsza na liście - Magdalena Witkiewicz

 

 

 

 

Bognie Kozłowskiej –

i innym aniołom z niewidzialnymi skrzydłami,

którzy ukrywają w sobie ogromną siłę,

za wszystko dziękuję.

 

PROLOG

Gdyby którąkolwiek z siedzących przy ognisku kobiet zapytać o to, czy ważniejsza jest przyjaźń czy miłość, jeszcze niedawno każda odpowiedziałaby, że miłość. Miłość – a czasem zwykłe zauroczenie, fascynacja – wysuwała się na pierwszy plan. Bywało nawet, że kosztem wielkiej przyjaźni.

Ostatnie wydarzenia jednak pokazały, że żaden mężczyzna nie jest wart stracenia dwudziestu lat. A czasem potrzeba dwudziestu lat, by odzyskać to, co najważniejsze.

– To która pierwsza? – Wysoka kobieta okryła się rozpiętym śpiworem i zaciągnęła cienkim papierosem. Sięgnęła po butelkę z winem.

– Nie pal! – odpowiedziały chórem pozostałe. Najmłodsza trzymała różową teczkę. Wystawały z niej niedbale włożone papierzyska, jakby ktoś je tam pośpiesznie upychał. Widać, że były wiele razy czytane. Dziewczyna tuliła je niczym największy skarb.

Obok niej, przy ognisku, siedziały trzy kobiety. Jedna pod kocem, z podkulonymi nogami, dwie przykryte wspólnym śpiworem, patrzące na siebie z niedowierzaniem. Jak dawne znajome, które się długo nie widziały i nagle odnalazły się przypadkowo w tłumie ludzi. Może tak właśnie było?

– To już ostatni papieros – powiedziała blondynka, uśmiechając się nieśmiało. – Ten rozdział trzeba zamknąć. – Znowu zaciągnęła się głęboko i mocniej wtuliła w śpiwór. – Zapomniałam, że sierpniowe wieczory są takie chłodne, chyba ze sto lat nie byłam pod namiotem.

– No, może nie sto. – Siedząca obok kobieta się roześmiała.

– Na pewno dwadzieścia parę. – Blondynka się zamyśliła.

– Może i tak… Wtedy księżyc świecił tak samo, pamiętasz?

– Piotr grał na gitarze…

– Ina! – odezwał się znowu chórek koleżanek.

– Okej. Po kolei. To która pierwsza? – ponowiła pytanie Ina.

– Ty.

– Dlaczego ja? – obruszyła się, gasząc papierosa.

– Dlaczego? Bo byłaś pierwsza na liście.

 

 

CZĘŚĆ PIERWSZA

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Problemy twoje, moje, nasze boje, polityka

A przecież każdy włos jak nasze lata policzony.

Kto jest bez winy niechaj pierwszy rzuci kamień, niech rzuci.

Daleko raj, gdy na człowieka się zamykam.

– Stanisław Soyka, Tolerancja

INA

Najbardziej chciałabym zacząć od tej Brdy dwadzieścia lat temu. Nie wiem, Karola, co ci też z tą Brdą przyszło do głowy, żeby tu teraz przyjechać. Jakby nie można było normalnie, po ludzku, przy kawie albo w jakiejś fajnej knajpie. Chociaż wtedy byłoby ryzyko, że uciekniemy, zanim wszystko sobie wyjaśnimy. A stąd raczej ciężko uciec – kajakiem, po ciemku. Chyba to niemożliwe. Możemy co najwyżej się pozabijać.

Nawet dzisiaj ciężko mi to wszystko rozgrzebywać. Za dużo się wydarzyło. Ale teraz to, co kiedyś uważałam za najważniejsze w życiu, nagle straciło na znaczeniu. Dopiero Karola mi uświadomiła, co jest dla mnie tak naprawdę ważne. A raczej kto jest dla mnie ważny.

Ale zacznijmy od początku, a właściwie od końca.

Pamiętam dokładnie dzień, w którym Karolina zapukała do moich drzwi. Może raczej powinnam powiedzieć, że waliła do moich drzwi. Pewnie gdyby dzwoniła przez domofon, nie otworzyłabym. Pracowałam. Mam taki zwyczaj, że gdy pracuję, to całkowicie się wyłączam. Wyciszam telefon, nie przyjmuję gości. Kiedyś przyjaciel obraził się na mnie śmiertelnie, bo go nie wpuściłam, a chciał tylko wpaść na kawę. Akurat coś pisałam. Pewnie jak zwykle na ostatnią chwilę. Artykuł pod presją szefa, który wisiał po drugiej stronie słuchawki i popędzał, bo zaraz, już, natychmiast kolejny numer gazety szedł do druku. Nie otworzyłam mu drzwi, a on więcej nie zadzwonił. Ale wtedy byłam już całkiem dużą dziewczynką i wiedziałam, że ludzie po prostu przychodzą i odchodzą. I to zwykle ci, na których nam najbardziej zależy. Czasem niektórzy z nich powracają, ale w najmniej oczekiwanych momentach. Powiedziałabym nawet, że przychodzą niczym bardzo niechciany gość.

Tak jak wtedy Karolina.

Siedziałam w szlafroku, paliłam jednego papierosa za drugim i kończyłam artykuł. Dokładnie pamiętam ten gorący temat o pewnej posłance bardzo praworządnej partii, która w życiu prywatnym zachowywała się zupełnie niepraworządnie… Mniejsza o to. Musiałam skończyć tekst na wczoraj. Pisałam ostatnie akapity, gdy usłyszałam to natrętne walenie w drzwi. Już nie pukanie – ktoś rytmicznie w nie uderzał pięścią. Wstałam tylko dlatego, że ten hałas niemiłosiernie mi przeszkadzał!

Zwykle pracowałam w niczym niezmąconej ciszy. W torebce nosiłam stopery do uszu, by móc pracować w każdych okolicznościach, ale w domu miałam najlepsze warunki do pisania. Naczelny o tym wiedział. Mogłam się nie pojawiać w redakcji przez cały tydzień. Zaglądałam tylko na kolegium, ale jeśli się nie pojawiałam, to też nic się nie działo. Wypracowałam to sobie ciężką, mozolną pracą. Może do celu doszłam trochę po trupach, ale w tej pracy nie można być miękkim.

Pracuję głównie dla dwóch gazet. Jedna to tygodnik z górnej półki, piszę tam, by zaspokoić swoje ambicje. Druga to zupełne przeciwieństwo – szmatławiec szukający taniej sensacji, prowokujący ludzi, by robili świństwa. A potem opisujący te świństwa ze szczegółami.

Każdy z nas ma w swoim życiu takie chwile, których się wstydzi, w których nie chciałby mieć żadnych świadków, a tym bardziej nie chciałby znaleźć się na okładkach setek tysięcy gazet w całym kraju. Moim zadaniem było właśnie tropienie takich chwil. W życiu polityków, celebrytów, znanych osobistości. Byłam w tym świetna. Mówię „byłam”, bo właśnie wczoraj zakończyłam ten etap mojego życia… Długo się do tego zbierałam, ale najpierw musiałam pozamykać pewne sprawy. Teraz szukam. Szukam czegoś nowego. A może wystarczy mi to, co mam? Może teraz powinnam się skupić na czymś innym?

Ale wróćmy do tamtego dnia – ktoś walił w drzwi. Wkurzona wstałam i poszłam zobaczyć, kto burzy mój spokój. Spokój w oparach dymu i przy szczelnie zasłoniętych roletach. W drzwiach stała dziewczyna. Młoda, ładna, jakby trochę przestraszona. Kapało jej z włosów, wyglądała, jakby ktoś chwilę wcześniej oblał ją wiadrem wody.

Nawet nie zauważyłam, że rzęsisty deszcz bębnił w dachowe okno. Mimo dość wczesnego popołudnia na zewnątrz było szaro i ponuro. Dziewczyna też wydawała mi się szara i ponura. I na dodatek zmoknięta. Miałam wrażenie, że już ją kiedyś widziałam. Czyżby kochanka jakiegoś polityka, któremu obrobiłam dupę na łamach naszej gazety? A może jego córka? Ale skąd miałaby mój adres? Dla mnie zdobycie adresu jakiegokolwiek prominenta czy gwiazdy filmowej nie stanowiło problemu, ale dla zwykłej dziewczyny? I to takiej młodej?

– Dzień dobry. Pani Karolina Rybińska? – usłyszałam.

– Słucham? – Tak naprawdę nie słuchałam, tylko myślałam o mojej przerwanej pracy. Miałam ochotę zamknąć przed nią drzwi.

– Ale to pani, tak? – Dziewczyna odgarnęła dłonią spadający na czoło długi mokry kasztanowy kosmyk włosów. Ten ruch skądś znałam, pamiętałam jakby przez mgłę.

– No ja, ale o co chodzi? – zapytałam chyba z grzeczności, chociaż tak naprawdę grzeczna nigdy nie byłam. Może to pozostałości po wychowaniu przez matkę, a w zasadzie przez babcię, która była dla mnie najważniejsza w życiu. No cóż, babcia odeszła kilkanaście lat temu, matka też zniknęła z mojego życia. Jak każdy, którego pokochałam. Boże, tyle rzeczy muszę wam opowiedzieć. Inaczej nie zrozumiecie.

Nie potrzebowałam niczego ani nikogo. Wtedy miałam ochotę siedzieć w swoim domu sama. I miałam ochotę w spokoju popracować. Nie chciałam rozmawiać z jakąś wystraszoną mokrą dziewczyną, której udało się pokonać drzwi wejściowe, domofon i ciecia przechadzającego się wzdłuż bloku. Chociaż jak znam życie, siedział w tej swojej kanciapie zapatrzony w telewizor. Muszę coś z tym zrobić.

– Ja przyjechałam… przyjechałam z Gdańska – dukała. Widać było, że chciała wejść do mieszkania. Tak bardzo chciała wejść do środka, jak bardzo ja nie chciałam jej tam wpuścić. Resztkami dobrego wychowania powstrzymywałam się, by nie zamknąć jej drzwi przed nosem. Nie miałam zamiaru pomagać jej wydusić to, co najwyraźniej ona miała zamiar powiedzieć. Byłam już bardzo poirytowana tą dziwną wizytą.

– Bo… pani była pierwsza na liście – wyszeptała dziewczyna, trzymając w rękach różową teczkę pełną papierów.

Zrobiło mi się zimno. Poczułam pewien niepokój. Jedyną listą, która mi przyszła wtedy do głowy, była lista Wildsteina sprzed kilku lat. Jakkolwiek był to rewelacyjny kąsek dziennikarski, to przecież mimo czterdziestki na karku byłam zbyt młoda, by na niej być. Tym bardziej na pierwszej pozycji. Poza tym już chyba wszyscy zostali rozliczeni.

– Okej. Przyjęłam do wiadomości. To wszystko? – zapytałam, jak najszybciej chcąc się pozbyć wariatki, która przyszła do mnie z epokowym odkryciem, że byłam pierwsza na jakiejś cholernej liście. Na liście do odstrzału? Tym bardziej tego nie chciałam wiedzieć, bo naraziłam się niejednej osobie w swoim życiu. Chociażby tej niepraworządnej posłance, o której właśnie miałam pisać. Wolałam już zginąć nagle, niespodziewanie, bo przecież i tak w zasadzie nie miałam się z kim żegnać. W końcu byłam sama. Mieszkałam sama, sama biegałam co rano, nawet sama chodziłam do restauracji. Seks uprawiałam czasem z kimś. A czasem… sama. Byłam zupełnie samowystarczalna. I chciałam, by tak pozostało zawsze.

– Mogę wejść? – spytała. Wydawało mi się to trochę bezczelne, bo chyba nie dałam jej do zrozumienia, że jest mile widziana.

– Nie mam teraz czasu – powiedziałam. Po prostu. Oczywiście normalny człowiek dodałby jakieś „przepraszam”, ale wtedy w tym zwariowanym świecie daleko mi było do normalności. Zatem, krótko mówiąc, wygnałam dziewczynę z domu. Wyrzuciłam ją na tę cholerną ulewę. Zamknęłam za sobą drzwi i poszłam obsmarowywać dupę posłance. W dosłownym tego słowa znaczeniu, bo właśnie tę dupę moczyła w basenie z posłem z przeciwległej partii. Następnego dnia miało się o tym dowiedzieć jakieś siedemset tysięcy czytelników. Tylko dzięki mnie. Nawet byłam z tego dumna.

KAROLA

Obserwowałam ją już wcześniej. Dużo wcześniej. Najpierw przyjechałam na jeden dzień. Zabrałam się z Filipem, który miał w Warszawie coś do załatwienia. Wieczorem musiałam wracać.

Po tygodniu znowu siedziałam pod jej domem. Tydzień później również. Zawsze, gdy Filip jechał do Warszawy, jechałam razem z nim. Obserwowałam i wieczorem grzecznie wracałam do Gdańska. Tym razem zamierzałam zostać w Warszawie dłużej, by wreszcie wszystko wyjaśnić. Ciekawa byłam, dlaczego właśnie ona była pierwsza na liście. Co takiego zrobiła, że się tam znalazła. Myślałam, że jest fantastyczną osobą, miłą, dobrą i przyjmie mnie z otwartymi rękami, niczym własną córkę.

Podczas tych jednodniowych warszawskich wycieczek zaczynałam poznawać jej zwyczaje. Prawie nie wychodziła z domu. Nawet zakupy zamawiała z dostawą ze sklepu. Młody facet wnosił jej jogurty, owoce i proszki do prania w wielkich papierowych torbach. Czasem wybiegała, stukając obcasami. Niejednokrotnie nasz wzrok się skrzyżował. Ja patrzyłam na nią z zainteresowaniem, ona z zupełną obojętnością. Zawsze elegancka, jak z katalogu – nie spodziewałam się, że ktoś naprawdę może mieć szpilki od Louboutina. Czasem wychodziła wyrzucić śmieci, ale nawet wtedy pełna była niedbałej elegancji w dzianinowych ciuchach od znanych projektantów mody. Widać to był jej codzienny strój domowy. Też miałam taką dzianinową sukienkę, ale wkładałam ją na imprezy…

Po tych kilku dniach obserwacji znałam plan dnia poszczególnych mieszkańców. Wiedziałam, że ktoś z jej klatki wychodzi regularnie z psem na spacery. Nie wiedziałam, o której godzinie rano, bo zwykle nie przychodziłam tam przed dziesiątą, ale facet wychodził z przepięknym labradorem na pewno o szesnastej, a potem tuż po dwudziestej. Właśnie wtedy udało mi się pokonać drzwi do klatki. Pamiętam, że pogoda była okropna, lało jak z cebra i co chwilę grzmiało. Miałam wrażenie, że wszystko mam mokre. Chyba gdyby nie ta pogoda, nie odważyłabym się na ten krok. Wolałabym poczekać, może jakoś poznać ją przez przypadek. Może mimochodem się zaprzyjaźnić. Ale w tamtym momencie po prostu miałam nadzieję, że będę mogła wejść do ciepłego domu, pożyczy mi jakieś ciuchy, da herbatę i w spokoju pogadamy. Byłam zmarznięta i na dodatek zadzwoniłam do Filipa, że zostaję w Warszawie na noc. Oczywiście pytał gdzie, z kim i jak… Próbował mi to wyperswadować, choć wiedział, że jestem bardzo uparta. Nie chciał mnie zostawiać samej, ale powiedziałam, zgodnie z prawdą, że na pewno uda mi się pogadać z kimś bardzo ważnym dla mojej mamy, dlatego nie mogę wracać. Więc zostawił mnie mimo tej pogody. Poprzednim razem, gdy sterczałam pod jej blokiem, był upał. Teraz było zdecydowanie mniej przyjemnie. Gdy zobaczyłam tego faceta wychodzącego z psem, po prostu weszłam do środka.

– Dobrze, że pan mnie wpuścił, bo myślałam już, że będę tu pół nocy stać. Ciotka ma domofon popsuty – powiedziałam, szczękając zębami.

– Ciotka?

– Karolina Rybińska – mruknęłam.

– A, Ina. Ona często odwiesza słuchawkę. Albo jakieś kable przecina. Wszystko jej przeszkadza, człowiek nawet muzyki nie może posłuchać. Sąsiadami jesteśmy. Ja pod siódemką, a ona pod ósemką. Pewnie coś pisze i nie otwiera. Proszę, wejdź. Bo czekając, aż ci otworzy, naprawdę możesz stać tutaj całą noc.

Poszło mi łatwiej, niż się spodziewałam. Myślałam, że na ślepo będę pukać we wszystkie drzwi po kolei, udając roznosiciela czegokolwiek. Choćby dobrej nowiny, której niestety nie miałam. Na szczęście nie musiałam.

Stałam pod numerem ósmym i waliłam w drzwi. Oczywiście najpierw zapukałam. Nikt nie otworzył. Byłam pewna, że jest w domu, bo dwie godziny wcześniej tam wchodziła, a na pewno nie przeoczyłabym jej wyjścia. Nie spuszczałam wzroku z drzwi do klatki. Już zaczęłam się bać, że coś się stało, gdy nagle drzwi się otworzyły.

Z bliska Ina wydawała się jeszcze wyższa. Stała nieuczesana, bez makijażu, tym razem nie w dzianinowych ciuchach, a w puszystym frotowym szlafroku. Wyglądała zupełnie inaczej niż ta osoba, która przed kilkoma godzinami wbiegała do klatki, stukając wysokimi obcasami eleganckich szpilek. Gdy otworzyła drzwi, z mieszkania doleciał zapach – a właściwie smród – dymu papierosowego.

Oczywiście najpierw upewniłam się, czy to ona, bo przecież mogłam latać za kimś innym. Ale to była ona. Kobieta najważniejsza dla mojej matki.

I ta najważniejsza kobieta, zaraz po tym, gdy zaczęłam jej o wszystkim mówić, po prostu zamknęła drzwi i zostawiła mnie na klatce. Mokrą, zziębniętą i bardzo rozczarowaną. Byłam wtedy przekonana, że to jakaś pomyłka. Że to na pewno jakaś inna Karolina Rybińska była na tej liście, a nie ta kobieta, która mnie wysłała na deszcz. Zadzwoniłam do Filipa. Może jakimś cudem jeszcze nie wyjechał?

– Cześć, Filip. – Starałam się, by nie usłyszał w moim głosie rozczarowania. – Gdzie jesteś?

– A stało się coś? – Jednak wyczuł, że coś nie gra.

– Nie, nie. – Roześmiałam się. Jak to łatwo grać zadowolenie. Może jeśli będę grać jeszcze bardziej przekonująco, to sama w ten dobry nastrój uwierzę? – Chciałam tylko wiedzieć, gdzie jesteś. No wiesz, martwię się o ciebie.

– Nie wiem, gdzieś przed Nidzicą. A co, wracać po ciebie? – zapytał. Zabrzmiało to nawet dość poważnie.

Ile bym dała za to, by po mnie wrócił. Może gdyby był gdzieś bliżej, na przykład w Ciechanowie, poprosiłabym, by zawrócił. Ale w tej sytuacji? Przecież Nidzica to blisko połowa drogi do Gdańska.

– Nie, no co ty. – Granie osoby zadowolonej z życia szło mi coraz lepiej. – Myślałam, że jesteś gdzieś bliżej, bo chyba zostawiłam w samochodzie jedną reklamówkę. Wiesz, szczoteczki do zębów nie mam – paplałam beztrosko.

– Teraz to trochę daleko. Gdybyś powiedziała, że musisz się ze mną natychmiast zobaczyć, to bym zawrócił. Ale dla szczoteczki? Nie warto!

Miałam ochotę mu powiedzieć, że wcale nie chodzi o szczoteczkę. Ta była przecież, jak zawsze, w mojej kosmetyczce w plecaku. Tu chodziło o mnie.

Wstałam ze schodów i wyszłam z klatki. Miałam zamiar dotrzeć na dworzec i stamtąd pojechać do domu pociągiem. Jeszcze autobus wchodził w grę, ale bilety można było kupić tylko przez Internet. Najchętniej usiadłabym na murku i się poryczała. Mama bardzo się pomyliła z tą pierwszą na liście. Bardzo. Podobnie jak z innymi pozycjami.

Gdy przeszłam przez małą uliczkę, ostatni raz spojrzałam w jej okno. Stała w nim, machała do mnie ręką i coś krzyczała. Podeszłam bliżej.

– Hej! No dobra! Wejdź! – usłyszałam.

Oczywiście godność kazała mi odwrócić się na pięcie i iść dalej. Jednak miałam coś do zrobienia. Czasami trzeba schować dumę do kieszeni i się uśmiechać, by załatwić to, co jest do załatwienia. Nauczyłam się tego podczas choroby mamy. Zatem schowałam tę dumę i wróciłam. Znowu stałam przed tymi samymi drzwiami, ale tym razem zostałam zaproszona do środka.

Nigdy wcześniej nie widziałam takiego mieszkania. Takiego… pustego. Mało zamieszkanego, jeżeli wiecie, o co mi chodzi. Myślałam, że takie mieszkania są tylko w katalogach z wystrojem wnętrz albo w serialach, w których zapłakane panny mają lepszy makijaż niż kiedykolwiek widziałam w rzeczywistości.

– Mieszkasz tu od niedawna? – zapytałam, by zagaić rozmowę. Stałam w progu, na małym dywaniku w kolorze, który jeszcze przed chwilą był biały, a teraz miał brudne ślady po moich mokrych butach. Bałam się ruszyć dalej. Tym bardziej, że dalej też było biało. Biało, szklisto i metalowo. Czyli w stylu, który zupełnie mi się nie podobał.

Rozwiązałam buty i zostawiłam je na wycieraczce. Ina przypatrywała mi się z przekąsem.

– Wiesz co… – spojrzała na mnie zdegustowana – może ci dam coś na przebranie. Łazienka jest tutaj, weź prysznic, jeśli chcesz. Zaraz ci coś przyniosę.

Pokiwałam głową.

Poszła do pokoju, a ja, w samych skarpetkach, ośmieliłam się wejść dalej na nieskazitelnie czystą podłogę. W naszym domu chyba nigdy nie było tak czysto. No, może gdy mama lepiej się czuła… Majka była mała i wszędzie walały się zabawki. Jesienią mama robiła przetwory, więc w korytarzu, w kuchni i nawet w pokoju stały puste słoiki, które wkrótce miały się zapełnić to ogórkami, to jabłkami, to gruszkami w occie i tysiącem różnych powideł. A jak nie słoiki, to wiadra z owocami i warzywami. Najpierw przybywały ogórki, które dostawaliśmy od sąsiadki z drugiego piętra, albo jabłka, które rosły pod naszą kamienicą. Gdy mama była mała, przy kamienicy uprawiano ogródek. Rosły pietruszka i marchewka, było kilka drzew owocowych. My też kiedyś sadziliśmy, ale potem były inne rzeczy na głowie. Jednak mama, gdy tylko lepiej się czuła, szukała w Internecie coraz to nowych przepisów na przetwory. Lubiła nowinki. Zawsze eksperymentowała. Chyba nie potrafiła powtórzyć przepisu z ubiegłego roku. Potem ozdabiała słoiki naklejkami z oryginalnymi, wymyślonymi nazwami, nakładała na zakrętki szydełkowe serwetki i rozdawała w prezencie wszystkim swoim przyjaciołom. Na półkach u znajomych stały „ogórki ostre niczym horda krwiożerczych szwoleżerów” i inne „życiowe dżemy – słodkie z odrobiną goryczy”. W naszym domu nawet pachniało inaczej niż wszędzie. Nie wiem, co to był za zapach, czy płynu do płukania, czy gotowanego obiadu. Nie wiem. Ale gdyby ktoś zawiązał mi oczy i zaprowadził tam, od razu wiedziałabym, że to mój dom. U Iny tego nie było. Mieszkanie sprawiało wrażenie niezamieszkanego.

Jedynym zapachem, jaki poczułam, była woń dymu. Waniliowe cygaretki. Wiem, bo kiedyś, gdy się dowiedziałam o chorobie mamy, wypaliłam całą paczkę. Chyba na znak jakiegoś buntu, bo tak naprawdę nawet nie umiem się zaciągać. Oczywiście pół nocy rzygałam.

Teraz też zrobiło mi się niedobrze.

– Sorry, zaraz wywietrzę. Tak mam, gdy pracuję. – Wskazała ręką biały narożnik i papiery rozłożone niedbale na małym szklanym stoliku. Na szczycie papierzysk leżał mały Mac. Notebook Apple’a był moim marzeniem. Nierealnym marzeniem.

– Spadnie ci zaraz. – Kiwnęłam głową w stronę komputera.

Podeszła do niego i przesunęła go bliżej środka stołu. Potem znikła w innym pokoju. Po chwili wróciła z ręcznikiem i jakimiś ubraniami.

– Powinno być na ciebie dobre. – Wręczyła mi kolorowe legginsy i bluzę. – Majtki są nowe, jeszcze z metką. Proszę. Skarpetki też.

Wzięłam od niej ubrania.

– Dzięki – mruknęłam. Po tym, jak mnie potraktowała, najchętniej zostałabym w swoich starych ciuchach. Tylko że wtedy zapalenie płuc byłoby murowane. Tak jak przemoczenie białej kanapy w salonie. Pewnie dała mi ciuchy, bym nie zniszczyła kanapy.

– Muszę coś szybko skończyć. Daj mi dwie godziny, wykąp się, tam masz lodówkę. Nie wiem sama, co tam mam, możemy potem coś zamówić. – Popatrzyła na mnie. – Ja siadam do roboty. Już i tak za dużo czasu zmarnowałam.

Poczułam się jeszcze gorzej. Byłam jej zmarnowanym czasem. Naprawdę wydawało mi się, że ta misja była zupełnie bezcelowa. Zobaczyłam na tej kartce jej nazwisko, zdobyłam adres i pomyślałam, że mnie przyjmie z otwartymi ramionami i pogłaszcze po głowie. Moja mama musiała się chyba pomylić.

Pierwsza na liście. To z pewnością był jakiś błąd.

INA

Zamknęłam drzwi za dziewczyną. W pewnym momencie myślałam, że ma zamiar mi na to nie pozwolić, wstawiając stopę między drzwi, ale jakby się rozmyśliła. Usłyszałam jeszcze, że młoda z kimś rozmawia przez telefon, ale docierały do mnie tylko strzępki zdań.

Wróciłam na sofę, by dalej pisać. Nie potrzebowałam biurka. Najlepiej mi się pisało, półleżąc na miękkiej kanapie. Nogi miałam podkurczone, na nich laptop, a wokół porozrzucane materiały, zdjęcia, gazety i kubki z niedopitą kawą. Tak, wiem, to niezdrowe dla kręgosłupa, oczu, żył i innych organów, ale dzięki jodze i bieganiu jakoś udawało mi się zachować pełną sprawność.

Rozsiadłam się gotowa do pracy, ale jednak nie mogłam się skupić. Czas uciekał, a ja myślałam o dziewczynie. Pierwsza na liście? O co, do cholery, chodzi? Nie mogłam tego tak zostawić. Instynkt dziennikarski podpowiadał mi, że dziewczyna trafiła do mnie nieprzypadkowo. Wstałam i podeszłam do okna. Lało w dalszym ciągu, a ona zmoknięta właśnie przechodziła przez ulicę. Otworzyłam okno.

– Hej! – krzyknęłam. – No dobra! Wejdź!

Przystanęła na chwilę, jakby się zastanawiała, czy skorzystać z mojego zaproszenia, ale w końcu cofnęła się i pobiegła w stronę drzwi wejściowych do klatki.

Nie zawołałam jej z powodu wyrzutów sumienia, że wyrzuciłam ją na deszcz. To nie była litość. Po prostu zaintrygowała mnie. Zawsze wyczuwałam, czy warto się czymś zainteresować, czy gdzieś kryje się dobry temat. Tym razem również poczułam, że „pierwsza na liście” oznacza coś więcej. Że nie jest to tylko głupia zagrywka zmokniętej nastolatki, ale coś, co dotyczy mnie bezpośrednio. Nie pomyliłam się…

Dziewczyna stała na mojej wycieraczce jak zmokła kura. Nie miałam żadnego doświadczenia z nastolatkami, a tym bardziej nigdy nie zapraszałam takich do domu i nie musiałam się nimi opiekować. To mieszkanie było moim azylem. Nawet rodzice do mnie nie przyjeżdżali… No, może tata był raz. Czasami pojawiał się jakiś mężczyzna, ale gdy tylko zaczynał się zastanawiać, na której półce ulokować swoją szczoteczkę do zębów i w której szufladzie trzymać swoje skarpetki, uznawałam, że nadchodzi czas zakończenia znajomości. Nie chciałam się z nikim wiązać na poważnie. Jak już wspominałam – wszyscy, których kochałam, szybko odchodzili, a ja nie chciałam znowu przeżywać tego samego bólu.

Dziewczyna stała i się krzywiła. Widać było, że dym jej przeszkadza. Zawsze paliłam, gdy pracowałam. Oczywiście kłóciło się to z bieganiem i jogą, ale co tam. Lubiłam palić i dlatego to robiłam. Tak, miałam bardzo hedonistyczne podejście do życia i byłam egoistką. Uważałam, że życie już mnie tak mocno skopało, że teraz należą mi się od niego same przyjemności. Chciałam być i byłam samolubna. Przez lata dość już naginałam się do innych ludzi, teraz wszyscy powinni dopasować się do mnie.

Dlatego wpuszczenie do domu jakiejś obcej dziewczyny, podczas gdy miałam w cholerę roboty, było zupełnie nie w moim stylu. Ale bardzo mnie zastanawiało, czego może ode mnie chcieć. Ciekawość walczyła z poczuciem obowiązku – musiałam skończyć artykuł, tymczasem ona stała w korytarzu, a mokra kałuża na podłodze robiła się coraz większa. Nie chciałam, by pomoczyła moją ukochaną sofę i zabłociła dywan, więc przyniosłam jej swój dres i kazałam iść do łazienki.

Sobie zaś nalałam wina, zapaliłam kolejnego papierosa i usiadłam do komputera. Posłanka szczerzyła się do mnie z monitora. Nie myślałam wtedy o tym, że mój tekst może komuś zrujnować karierę albo nawet życie. Liczyło się moje zadowolenie. Im bardziej byłam złośliwa, im więcej brudów zdemaskowałam, tym byłam szczęśliwsza. Dlaczego komuś miało ujść wszystko na sucho, skoro ja ciągle dostawałam od życia kopniaki? Teraz ja chciałam dyktować warunki i sprawować kontrolę nad istnieniem nie tylko swoim, ale też innych. To ja decydowałam, co jest dla mnie dobre. Do wszystkiego doszłam zupełnie sama, ciężką pracą. Byłam panią swego losu i uważałam, że ode mnie zależy dosłownie wszystko.

Gdy Karola przyszła do pokoju, ubrana w moje domowe ciuchy, prawie jej nie zauważyłam. Wskazałam lodówkę, a sama dalej rujnowałam życie matce, żonie i – o czym świat miał się nazajutrz dowiedzieć – kochance.

KAROLA

Nawet posmarowałam się jej balsamem. Nie mogłam się powstrzymać. W jej łazience czułam się jak w czasie dni otwartych Sephory – pełen luksus, bogactwo zapachów i same pokusy. Ina nie używała normalnego mydła z Biedronki. Ona miała jakieś cudo w eleganckiej butelce. Pachniało też niebiańsko i pewnie było nieziemsko drogie.

Potrzebna mi była ta kąpiel. Leżąc w gorącej wodzie, zastanawiałam się, dlaczego moja mama myślała, że właśnie ta kobieta może w jakikolwiek sposób pomóc mi po jej śmierci. Może chodziło o jej pieniądze? Bo tych Ina najwyraźniej miała sporo. Ale to raczej niepodobne do mamy.

Byłam tak zmarznięta, że co chwilę musiałam dolewać sobie ciepłej wody i nie chciałam wyjść z wanny. W łazience Iny wszystko było beżowo-brązowe, jakby inne kolory na świecie nie istniały. Wszystkie ręczniki były identyczne, kremowe. U nas w domu każdy był inny. Majki – mały, bardzo kolorowy z uśmiechniętym kotem, mój – z obozu żeglarskiego z logo sponsora, mamy – zwykły, bawełniany, pamiętający dużo lepsze czasy. Każdy innej długości, grubości, innego koloru. Kafelki też sprawiały wrażenie przypadkowych: terakota i glazura z zupełnie innej bajki. Jakby nikt nie pomyślał, jak to będzie wyglądać razem. Bo i pewnie tak było. Nasza łazienka była remontowana jeszcze za czasów, gdy moja mama była nastolatką i mieszkała tam razem z dziadkami. Po tylu latach przydałoby się ją odświeżyć.

Lubiłam sobie wyobrażać nasze mieszkanie po remoncie. Czasem rysowałam moje nierealne marzenia: piękne tapety w przedpokoju, elegancką kuchnię, łazienkę przemyślaną w najmniejszych drobiazgach. Widziałam, jak mama przeglądała czasem te projekty. Uśmiechała się wtedy do siebie. Potem nawet przynosiłam jej te rysunki do szpitala. Mówiłam, że gdy wygram w totka, to tak zrobię. Że gdy wyjdzie ze szpitala, to wróci do zupełnie nowego, odmienionego domu.

To, żebym zdawała na architekturę, było jej pomysłem. Ale jakże trafionym! Nawet załatwiła mi lekcje rysunku u jakiejś swojej koleżanki z ASP. Uwielbiałam te zajęcia. Najczęściej pracowałam nad portretami Majki. Lubiłam siedzieć przy jej łóżku, gdy spała, i wtedy ją szkicować. Chyba żadne dziecko nie ma tylu śpiących portretów!

Gdy już wyszłam z łazienki, Ina nadal coś pisała, uśmiechając się do siebie i mocno stukając w klawiaturę. Boże, gdybym ja miała Apple’a, chybabym z namaszczeniem go głaskała, a nie waliła niczym młotkiem w gwóźdź. Usiadłam na brzegu sofy. Dopiero teraz, gdy było mi ciepło, rozejrzałam się wokół.

Ina mruknęła coś, wskazując lodówkę. Otworzyłam ją. Same chude twarogi i warzywa. Tak zwane zdrowe żarcie. Może gdybyśmy my dbali o zdrowe jedzenie, mama nie zachorowałaby. Ciągle zadaję sobie pytanie: „co by było gdyby?”, ale wiem, że nigdy nie dostanę na nie odpowiedzi.

Wyjęłam miskę z szafki. Jedyną zjadliwą rzeczą w tym domu był chudy twaróg. Ona chyba wcale tutaj nie jadła. Rozejrzałam się po kuchni – na płycie grzewczej była jeszcze folia zabezpieczająca.

– Boże, czy ty w ogóle tutaj gotujesz? – wyrwało mi się.

– Rzadko – odpowiedziała Ina, gryząc ołówek. – Jadam na mieście – dodała i wróciła do pisania.

Rozłożyłam twaróg ze szczypiorkiem i jogurtem na dwa talerze. No cóż, inaczej sobie wyobrażałam spotkanie z najważniejszą osobą w życiu mojej mamy. Niestety nie wszystko wygląda tak, jak sobie tego życzymy. Najczęściej wygląda zupełnie inaczej.

Na stoliku obok sofy były rozłożone papiery, leżały dyktafon i telefon komórkowy. Nie było miejsca, by postawić talerz, więc usiadłam i położyłam go na kolanach. Oczywiście bałam się, że wybrudzę tę doskonałą biel. Ten idealny minimalizm, jaki panował w całym mieszkaniu. Kompletny brak ozdób, bibelotów, życia. Jedynym ozdobnym akcentem były powieszone na ścianie nad wielkim telewizorem przestrzenne litery, tworzące napis: „Because you are the most important person in your life”.

– Skończyłam – powiedziała nagle Ina. – Wysłałam naczelnemu. Jeszcze przez chwilę będę musiała sprawdzać maila, czy są jakieś poprawki. Czy możesz mi wreszcie powiedzieć, o co chodzi z tą całą listą? – Poszła do kuchni, wzięła talerz i widelec. – Sorry, ale nie mam chleba. Odzwyczaiłam się. – Wzruszyła ramionami. – No to jak? O co chodzi z tą pierwszą na liście?

 

ROZDZIAŁ DRUGI

Gdy nagle zgubisz się,

sama, gdzieś w środku nocy –

spójrz, tam spod najwyższych drzew

prowadzić Cię będą moje oczy.

A gdy w deszczowy dzień

będzie niełatwo Ci żyć

mój cień wskaże Ci światło i ścieżki przez mgły.

Gdy nagle zgubisz się,

samej Cię nie zostawię.

Bo my jeszcze spotkamy się.

Samej Cię nie zostawię.