Pierwsza miłość, ostatnie posługi - Ian McEwan - ebook

Pierwsza miłość, ostatnie posługi ebook

Ian McEwan

3,3

Opis

Zbiór ośmiu opowiadań koncentrujących się na okresie dojrzewania, brutalna opowieść o końcu niewinności.
Z szokującą śmiałością pisarz podejmuje tematy uchodzące za tabu – ocierające się o perwersję relacje seksualne, przemoc prowadzącą do zbrodni, masturbację, kazirodztwo, gwałt. Przybliża czytelnikowi zagmatwany świat ludzkiej psychiki. Jakie są konsekwencje rodzicielskiej nadopiekuńczości? Jak rodzi się moralne zepsucie? Czy morderstwo można popełnić z nudy?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 237

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




WYRÓŻNIONY NAGRODĄ SOMERSETA MAUGHAMA DEBIUTANCKI ZBIÓR OPOWIADAŃ, DZIĘKI KTÓREMU IAN MCEWAN STAŁ SIĘ JEDNYM Z NAJBARDZIEJ ROZPOZNAWALNYCH BRYTYJSKICH PISARZY

Mężczyzna przechowujący w słoju penisa i wykorzystujący ezoteryczną geometrię do pozbycia się żony, szczur dręczący młodych kochanków, kazirodcze stosunki między bratem i siostrą, chłopcy znęcający się nad kotem, pedofilia, zabójstwo… Trudno sobie wyobrazić bardziej ponure historie niż takie, w których nuda doprowadza do morderstwa, ciekawość staje się źródłem perwersji, a ludzka podłość może po prostu wynikać z samotności. A jednak w tych mrocznych opowieściach, w których autor podejmuje tematy uchodzące za tabu, można znaleźć elementy charakterystycznego humoru McEwana.

Ian McEwan(ur. 1948 r.)

Jest jednym z najwybitniejszych współczesnych brytyjskich pisarzy i laureatem wielu nagród literackich. Jego dorobek obejmuje scenariusze filmowe, zbiory opowiadań i powieści tłumaczone na kilkanaście języków. W Polsce ukazały się m.in. opowiadania Pierwsza miłość, ostatnie posługi oraz powieści: Dziecko w czasie, Niewinni, Amsterdam, Pokuta, Sobota, Na plaży Chesil, Słodka przynęta i W imię dziecka. Był wielokrotnie nominowany do Booker Prize, najbardziej prestiżowej brytyjskiej nagrody literackiej, i otrzymał ją za Amsterdam. Inna książka – Dziecko w czasie – zdobyła Whitbread Prize i Prix Femina Etranger. Pokuta, która została uznana przez krytyków za jego najwybitniejsze dzieło i otrzymała aż trzy znaczące nagrody (w tym National Book Critics Circle Fiction Award), przez długi czas nie schodziła z czołówki list bestsellerów. Na kanwie Niewinnych i Pokutypowstały głośne filmy. W 2007 r. McEwan został wyróżniony Common Wealth Award.

W 2018 r. na ekrany polskich kin weszła ekranizacja książki McEwana Na plaży Chesil z Saoirse Ronan. Z kolei telewizja BBC wyprodukowała film na podstawie Dziecka w czasie, z Benedictem Cumberbatchem w roli głównej. Na język filmu przełożono także powieść W imię dzieckaz Emmą Thompson i Stanleyem Tuccim w rolach głównych.

Tego autora

POKUTA

NA PLAŻY CHESIL

UKOJENIE

DZIECKO W CZASIE

NIEWINNI

SOBOTA

AMSTERDAM

CZARNE PSY

PIERWSZA MIŁOŚĆ, OSTATNIE POSŁUGI

W POŚCIELI

SOLAR

SŁODKA PRZYNĘTA

W IMIĘ DZIECKA

W SKORUPCE ORZECHA

MASZYNY TAKIE JAK JA

Tytuł oryginału:

FIRST LOVE, LAST RITES

Copyright © Ian McEwan 1975

Introduction copyright © Ian McEwan 2015

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2019

Polish translation copyright © Zofia Uhrynowska-Hanasz 1987 & 2009Introduction Polish translation copyright © Andrzej Szulc 2019

Zdjęcie na okładce: © Elisabeth Fredriksson/Arcangel Images

Projekt graficzny okładki: Kasia Meszka

ISBN 978-83-8125-804-3

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Dla Elaine

Wstęp(Przełożył Andrzej Szulc)

W 1970 roku, kiedy miałem dwadzieścia dwa lata, przeniosłem się do Norwich i zamieszkałem w małym, sympatycznym pokoju w domu na skraju miasta. Miałem robić magisterium z filologii angielskiej na Uniwersytecie Anglii Wschodniej, ale moim głównym celem było pisanie prozy. Pod koniec pierwszego tygodnia, gdy już się zadomowiłem, usiadłem wieczorem przy karcianym stoliku za łóżkiem i powiedziałem sobie, że będę pracował tak długo, aż napiszę całe opowiadanie. Nie miałem żadnych notatek, wyłącznie strzęp, mgliste pojęcie, jakiego rodzaju to będzie historia.

W ciągu godziny z kartki papieru zaczął do mnie przemawiać dziwny głos. Pozwoliłem mu mówić. Pełen romantycznych wyobrażeń na własny temat, widząc się w roli pisarza heroicznie wcielającego w życie fascynujący pomysł, ślęczącego aż do świtu, podczas gdy miasto śpi, pracowałem przez całą noc. Skończyłem koło szóstej nad ranem.

Opowiadanie zatytułowane Rozmowa z człowiekiem z szafy było jednym z kilku, które napisałem w owym roku i które weszły do mojej debiutanckiej książki Pierwsza miłość, ostatnie posługi, opublikowanej w 1975 roku. Jego narratorem jest mężczyzna, który nie chce dorosnąć – dziwny wybór tematu, gdyż właśnie w tamtym roku uznałem, że jestem wreszcie w pełni dorosły i niezależny. Wyjazd do Norwich był pierwszą w moim życiu poważną decyzją, którą podjąłem, nikogo nie pytając i nikogo się nie radząc. Po studiach chciałem zacząć coś nowego. Uważałem, że jestem pełnokrwistym zdeklarowanym pisarzem. Praca magisterska była czymś, co mogłem napisać w wolnej chwili. Utrzymanie miało mi zapewnić stypendium.

W tamtym roku ujawniły się inne dziwne głosy, inni pokręceni lub wredni osobnicy, którzy zaludniali bądź nawiedzali moją prozę. Agresywni, perwersyjni i samotni, byli bardzo odlegli od życia, które prowadziłem wówczas w Norwich. Nawiązywałem wiele nowych znajomości, zakochiwałem się, czytałem z wypiekami na twarzy najnowszą amerykańską literaturę, zwiedzałem wybrzeże północnego Norfolk, zażywałem na wsi halucynogeny i byłem zadziwiony ich działaniem – a jednak za każdym razem, gdy otwierałem notes albo siadałem do maszyny, dawałem się ponieść jakiemuś mrocznemu, dzikiemu instynktowi. Kazirodcze stosunki między bratem i siostrą, przebieranie się w damskie ciuszki, szczur, który dręczy młodych kochanków, aktorzy uprawiający seks podczas próby w teatrze, dzieci przypiekające kota, molestowanie dziecka i morderstwo, mężczyzna, który przechowuje w słoju penisa i posługuje się ezoteryczną geometrią, by unicestwić żonę – bez względu na to, jak ponure to były opowieści, wydawało mi się, że są w nich również elementy komiczne. Niekiedy mówiłem sobie, że jestem kimś w rodzaju dzikusa, fowistą, walczącym z burżuazyjną powieścią o rozwodzie, na którą tak narzekano.

Czterdzieści lat po wydaniu tamtego małego zbioru opowiadań mam na ten temat inne zdanie. Angielska literatura lat siedemdziesiątych była oczywiście o wiele bogatsza, nie kończyła się na tak zwanej Hampstead divorce novel. Świadczy o tym najlepiej niedawna krótka lista „nieprzyznanych” Nagród Bookera. Poza tym rozwód to ciekawy temat, a Hampstead jest całkiem porządnym miejscem. Zanim przyjechałem do Norwich, byłem poważnym, nieco nieśmiałym lub zachowującym rezerwę dzieckiem i nastolatkiem. Nie przysparzałem wielu kłopotów, bez problemów przeszedłem przez młyny edukacji, a seks i narkotyki poznałem później od większości swoich rówieśników – odpowiednio w wieku osiemnastu i dwudziestu jeden lat. Literatura stanowiła w moim życiu część łagodnej eksplozji, poczucia, że zakończywszy w gruncie rzeczy formalną edukację, mogę robić, co dusza zapragnie.

I w moim wyobrażeniu literatura była równoznaczna z wolnością. Poprzedzające wydanie Ulissesa Joyce’a batalie prawne, proces o publikację Kochanka Lady Chatterley, a także przełamywanie tabu w książkach takich jak Kompleks Portnoya Rotha i Nagi lunch Borroughsa przekonały mnie, że pisząc prozę, jestem zobligowany zaprowadzić czytelnika za rękę nad skraj przepaści… i skoczyć. Chodziło o to, by znaleźć jakąś granicę i ją przekroczyć.

Gdyby te powieści Joyce’a i Lawrence’a trafiły dziś do sądu, z pewnością bez większych problemów zezwolono by na ich wydanie. Nie jestem jednak do końca pewien, co działoby się w „salach sądowych” Twittera. Ponieważ wolność seksualna trochę nas dziś uwiera. Doniesienia o licznych i potwornych przypadkach molestowania dzieci wywołały u nas szok i pozbawiły pewności. Dorośli, a zwłaszcza mężczyźni, muszą uważać, gdy rozmawiają z dziećmi na ulicy. Feministki słusznie zwracały nam uwagę, jak opresyjne może być publiczne okazywanie męskiego pożądania. (Jeśli w to wątpicie, obejrzyjcie jeszcze raz koszmarny, wcale nie śmieszny i wprawiający w zakłopotanie film Słomiany wdowiec z Marilyn Monroe, z 1955 roku). Ale pożądanie, zarówno u kobiet, jak i u mężczyzn, jest faktem, jest tematem. Czy nie potrafimy odróżnić go od nękania? Kiedy Craig Raine opublikował w maju 2015 roku smutny i intrygujący wiersz o pozbawionych nadziei seksualnych myślach starzejącego się mężczyzny, wywołało to w mediach społecznościowych gniew, nienawiść oraz agresywne mściwe pomysły o okaleczaniu genitaliów. Wznawiając niedawno jedną z powieści Jilly Cooper, dostosowano oryginalną okładkę sprzed trzydziestu lat do współczesnych gustów – męska dłoń została grzecznie przesunięta z pośladków na biodra kobiety. Jednocześnie w literaturze, a jeszcze bardziej na ekranach, nadal króluje seksualna dosłowność. Pod względem kulturowym nie jesteśmy ani purytańscy, ani „wyzwoleni”. Wyłącznie głęboko zdezorientowani.

Wolność, z jej korzyściami i nadużyciami, była powietrzem, którym oddychaliśmy w latach siedemdziesiątych. Nie tęsknię dziś za tamtymi czasami, ale też ich nie odrzucam. Miały swoje zalety, zdarzały się, rzecz jasna, i ekscesy. Kiedy pokazywałem swoje opowiadania znajomym w Norwich, a także Malcolmowi Bradbury’emu i Angusowi Wilsonowi, dwóm pisarzom, którzy patrzyli na mnie wówczas przychylnym okiem, żaden nie był zszokowany, żaden nie uważał, że są skandaliczne czy niemoralne. „Całkiem niezłe – mówił na przykład Bradbury. – Kiedy pokażesz mi następne?”

Gdzieś w okolicy roku 1975 „lata sześćdziesiąte” zaczęły się zwijać. Kultura budziła się z bólem głowy i robiła bilans zysków i strat. Kiedy zbiór opowiadań Pierwsza miłość, ostatnie posługi ukazał się w twardym wydaniu, spotkał się z uznaniem krytyków, lecz z całą pewnością nie odniósł komercyjnego sukcesu. Jednak nawet pozytywne recenzje były skandalizujące. Cóż to za monstrum pojawiło się wśród nas! W gruncie rzeczy niełatwo było czasem odróżnić dobre recenzje od złych, bo w jednych i drugich z upodobaniem przytaczano obsceniczne kawałki i barokowe perwersje. Trudno było mi wówczas – a jeszcze trudniej byłoby zapewne dzisiaj – przekonać czytelników, że przyświecały mi właściwie moralne intencje. Spodziewano się przede wszystkim, że moi amoralni narratorzy sami się potępią. Ja uważałem, że ciekawiej jest, gdy autor się nie wtrąca.

Przed napisaniem tych uwag zdjąłem z półki egzemplarz Pierwszej miłości, ostatnich posług, żeby przeczytać tytułowe opowiadanie. Ten akurat egzemplarz należał kiedyś do moich rodziców i jest w nim moja dedykacja, z 24 kwietnia 1975 roku. (Byli bardzo dumni i nieco przerażeni). Nie sądzę, żebym po korekcie autorskiej, którą wykonałem pod koniec 1974 roku, choć raz przeczytał to opowiadanie. Gdy przestało mnie już irytować używanie przecinków w charakterze pełnoprawnych kropek (sztuczka, której musiałem się nauczyć od Becketta), uświadomiłem sobie, że patrzę na tę historię z perspektywy całej swojej dorosłości – czasu, który upłynął od dwudziestego drugiego do prawie siedemdziesiątego siódmego roku życia.

Chrobocząca za podłogową listwą ciężarna szczurzyca była wytworem wyobraźni, ale piękna, małomówna nastoletnia dziewczyna, jej rozkrzyczany, uroczy brat, ich rozpadająca się rodzina, mała rybacka miejscowość i poroniony biznes z połowem węgorzy – to wszystko stanowiło przez krótki okres treść mojego życia. Czytając, czułem zapach nadrzecznego mułu, który wpadał mi w nozdrza w tamto upalne lato 1971 roku. Czterdzieści pięć lat, które minęły od napisania tego opowiadania, skurczyło się do małej chwilki. Immanentną cechą literatury pięknej jest to, że istnieje w niekończącym się czasie teraźniejszym. Przeszłość, którą uważało się za zapomnianą, przycupnęła za ramieniem i czeka, by przypomnieć, że życie jest rzeczywiście krótkie i trzeba jak najlepiej wykorzystać to, co z niego zostało.

Ian McEwan, 2015

STEREOMETRIA

W roku 1875 na licytacji „cennych ciekawostek” w Melton Mowbray mój pradziadek, w towarzystwie M, swojego przyjaciela, kupił penisa kapitana Nichollsa zmarłego w roku 1873 w więzieniu w Horsemonger. Penis, zakonserwowany w szklanym słoju wysokości trzydziestu centymetrów, zachował się, jak to zanotował mój pradziad owego dnia wieczorem w swoim diariuszu, „w pięknym stanie”. Na tej samej licytacji można było nabyć również „niewymowną część świętej pamięci lady Barrymore. Przypadła Samowi Israelsowi za cenę pięćdziesięciu gwinei”. Mój pradziadek upierał się, że te dwie rzeczy stanowiłyby wspaniały komplet, ale M mu ten pomysł wyperswadował. Oto znakomita ilustracja ich przyjaźni. Mój pradziadek podpała-teoretyk, M, człowiek czynu, który wiedział, kiedy licytować. Pradziadek żył sześćdziesiąt dziewięć lat. Z tego przez czterdzieści pięć codziennie przed pójściem spać zasiadał i zapisywał swoje myśli w dzienniku. Te dzienniki leżą teraz na moim stole, czterdzieści pięć tomów oprawnych w cielęcą skórę, a na lewo siedzi kapitan Nicholls w szklanym słoju. Mój pradziadek żył z dochodu, jaki mu przynosił wynalazek jego ojca, zmyślna haftka używana przez gorseciarki aż do wybuchu pierwszej wojny światowej. Pradziadek lubił plotki, liczby i teorie. Lubił także tytoń, dobre porto, potrawkę z zająca i – z rzadka – opium. Uważał się za matematyka, chociaż nigdy nie pracował ani nie opublikował żadnej książki. Tak samo nigdy nie podróżował ani nie doczekał się tego, żeby jego nazwisko znalazło się na łamach „Timesa”, nawet po śmierci. W roku 1869 poślubił Alice, jedyną córkę wielebnego Toby’ego Shadwella, współautora niezbyt wysoko cenionego dzieła o dzikich kwiatach Anglii. Jestem przekonany, że mój pradziad był wspaniałym pamiętnikarzem, i kiedy skończę redagowanie jego dzienników i zostaną one wydane, z pewnością doczeka się należnego mu uznania. A ja wezmę wtedy długi urlop i wyjadę gdzieś, gdzie jest zimno, czysto i bezdrzewnie, na przykład na Islandię czy w rosyjskie stepy. Zawsze sobie myślałem, że na koniec, po tym wszystkim, rozwiodę się ze swoją żoną Maisie, o ile to będzie możliwe, ale teraz już nie ma takiej potrzeby.

Maisie często krzyczała przez sen i musiałem ją budzić.

– Obejmij mnie – prosiła. – To był straszny sen. Już kiedyś mi się to śniło. Leciałam samolotem nad pustynią. Ale tak naprawdę to nie była pustynia. Zeszłam tym samolotem niżej i wtedy zobaczyłam, że to tysiące niemowląt spiętrzonych aż po horyzont, nagich, włażących jedno na drugie. Kończyło mi się paliwo i musiałam lądować. Usiłowałam znaleźć miejsce, więc leciałam dalej i dalej, wypatrując miejsca do lądowania…

– Ale teraz już śpij – mówiłem, ziewając. – To był tylko sen.

– Nie – odpowiadała, płacząc. – Nie wolno mi teraz zasnąć, jeszcze nie.

– Dobrze, ale przynajmniej ja chcę zasnąć – broniłem się. – Muszę wcześnie wstać.

Potrząsała mnie za ramię.

– Proszę cię, jeszcze nie zasypiaj. Nie zostawiaj mnie tu samej.

– Ale przecież ja jestem w tym samym łóżku – mówiłem. – Nie zostawiam cię.

– Nie o to chodzi. Nie zostawiaj mnie na jawie. – Ale mnie już zamykały się oczy…

Ostatnio nabrałem zwyczajów mojego pradziadka. Zanim się położę, siadam sobie na pół godziny, żeby przemyśleć miniony dzień. Nie mam żadnych matematycznych wizji ani seksualnych teorii do zanotowania. Głównie zapisuję to, co ja powiedziałem Maisie i co Maisie powiedziała mnie. Czasami, dla uzyskania całkowitego spokoju, zamykam się w łazience, siadam na sedesie i kładę sobie notatnik na kolanach. Poza mną znajduje się czasem w łazience jakiś pająk, nieraz dwa. Włażą po rurze i siedzą tam, idealnie nieruchome, na tle jaskrawej bieli emalii. Pewnie się zastanawiają, dokąd to one trafiły. Po godzinach takiego czajenia się zawracają, zdumione czy też zawiedzione, że niczego więcej nie zdołały się dowiedzieć. O ile wiem, mój pradziadek tylko raz wspomniał o pająkach. Ósmego maja 1906 roku napisał: Bismarck jest pająkiem.

Popołudniami Maisie przynosiła mi herbatę i opowiadała swoje koszmarne sny. Ja zwykle wtedy przeglądałem stare gazety, robiłem indeksy, spisywałem różne rzeczy, to odkładałem jakiś tom, to znów brałem inny. Maisie powiadała, że jest w złej formie. Ostatnio po całych dniach przesiadywała w domu, gapiąc się na książki z dziedziny psychologii i okultyzmu, i prawie co noc miewała złe sny. Od czasu kiedy wymieniliśmy ciosy w sensie fizycznym, czatując na siebie pod drzwiami łazienki z tym samym butem, nie miałem dla niej współczucia. Jej problem w dużej mierze wynikał z zazdrości. Była bardzo zazdrosna… o czterdziestopięciotomowy dziennik mojego pradziadka i o upór i energię, z jakimi przygotowywałem go do druku. Maisie nie robiła nic. Kiedy weszła z herbatą, odkładałem właśnie jeden tom i brałem następny.

– Czy mogę ci opowiedzieć mój sen? – spytała. – No więc leciałam tym samolotem nad czymś w rodzaju pustyni…

– Później mi opowiesz, Maisie. Jestem bardzo zajęty. – Po jej wyjściu gapiłem się na ścianę przed biurkiem i myślałem o M, który przez piętnaście lat regularnie przychodził do pradziadka na kolację aż do swojego nagłego i niezrozumiałego zniknięcia któregoś wieczoru w roku 1898. M był w pewnym sensie uczonym, a zarazem człowiekiem czynu. Na przykład wieczorem dziewiątego sierpnia 1870 roku omawiają z pradziadkiem pozycje przy stosunku i M mówi mojemu pradziadkowi, że pozycja a posteriori jest najbardziej naturalna w świecie z powodu położenia łechtaczki i dlatego, że małpy człekokształtne też ją preferują. Mój pradziadek, który kopulował może ze sześć razy w całym swoim życiu, i to z Alice w pierwszym roku ich małżeństwa, zastanawia się głośno, co na to kościół, na co M z miejsca mu odpowiada, że teolog z siódmego wieku, Theodore, uważał kopulację od tyłu za grzech równy masturbacji, a tym samym zasługujący na pokutę czterdziestu zdrowasiek. Później tego samego wieczoru mój pradziadek udowodnił matematycznie, że maksymalna ilość pozycji nie może przekraczać liczby pierwszej siedemnaście. M wyszydził go i oświadczył, że widział kolekcję rysunków Romano, ucznia Rafaela, w której autor pokazał dwadzieścia cztery pozycje. A ponadto, dodał, słyszał o niejakim panu F.K. Forbergu, który wymieniał dziewięćdziesiąt. Herbata, którą mi Maisie postawiła, była już zimna, kiedy sobie o niej przypomniałem.

Ważny etap rozkładu naszego małżeństwa osiągnęliśmy w sposób następujący. Pewnego wieczoru siedziałem w łazience i spisywałem naszą rozmowę na temat kart do taroka1, kiedy nagle Maisie zaczęła walić w drzwi i szarpać za gałkę.

– Otwórz mi! – zawołała. – Chcę wejść.

– Musisz chwilę poczekać – odpowiedziałem. – Już kończę.

– Wpuść mnie zaraz! – krzyknęła. – Ty wcale nie używasz klozetu!

– Poczekaj – odparłem i napisałem jeszcze jedną czy dwie linijki. Teraz już Maisie kopała w drzwi.

– Dostałam miesiączki i muszę sobie coś wziąć! – Zignorowałem jej wrzaski i skończyłem pisać coś, co wydawało mi się szczególnie ważne. Gdybym to zostawił na później, umknęłyby mi pewne detale. Ponieważ Maisie się uspokoiła, uznałem, że jest w sypialni. Ale kiedy otworzyłem drzwi, stwierdziłem, że stoi przede mną z butem w ręce. Z całej siły wyrżnęła mnie obcasem w głowę, tak że ledwie zdołałem zrobić lekki unik. Obcas trafił mnie w czubek ucha i rozciął mi je paskudnie. – Masz – powiedziała, omijając mnie i wchodząc do łazienki. – Teraz krwawimy oboje. – I zatrzasnęła za sobą drzwi.

Podniosłem pantofel i trzymając chusteczkę przy uchu, stałem cicho i cierpliwie pod drzwiami. Maisie siedziała w łazience z dziesięć minut, a kiedy wyszła, trafiłem ją dokładnie w sam czubek głowy. Nie zostawiłem jej czasu na żaden ruch. Stała przez chwilę bardzo spokojnie, patrząc mi prosto w oczy.

– Ty padalcu – wydyszała i poszła do kuchni opatrzyć sobie głowę.

Wczoraj podczas kolacji oświadczyła, że człowiek zamknięty w celi tylko z kartami do taroka miałby praktycznie klucz do wszystkiego. Stawiała sobie karty po południu i do tej pory leżały porozkładane na podłodze.

– Czy mógłby wyczytać z kart plan ulic Valparaiso? – zapytałem.

– Jesteś głupi – odparła.

– Czy karty mogłyby mu powiedzieć, jak najlepiej założyć pralnię, jak zrobić automat do smażenia omletów i cynaderek?

– Jesteś strasznie ograniczony – narzekała Maisie. – Masz bardzo wąskie horyzonty i zawsze wiadomo, co powiesz.

– A czy mógłby – nalegałem – powiedzieć mi, kim był M albo dlaczego…

– Te sprawy się nie liczą! – krzyknęła. – Nie są ważne.

– Ale to też wiedza. Czy mógłby to ujawnić?

Zawahała się.

– Owszem, mógłby.

Uśmiechnąłem się i nic nie powiedziałem.

– Ciekawe, co w tym śmiesznego? – Wzruszyła ramionami, zaczynała być zła. Chciała, żeby jej wykazać, że nie ma racji. – Po co zadajesz te wszystkie bezsensowne pytania? – Znów wzruszyła ramionami.

– Chciałem się przekonać, czy rzeczywiście masz na myśli wszystko.

Maisie, bębniąc palcami po stole, wrzasnęła:

– Pocałuj mnie w dupę! Dlaczego zawsze się tak ze mną drażnisz?! Dlaczego nie powiesz czegoś sensownego?

W tym momencie zrozumieliśmy, że osiągnęliśmy punkt, do którego zmierzały wszystkie nasze rozmowy, i zapanowało pełne goryczy milczenie.

Nie posunę się w pracy nad dziennikami, dopóki nie wyjaśnię tajemnicy otaczającej M. Po piętnastu latach przychodzenia na kolację i dostarczania mojemu pradziadkowi bogatego materiału do jego teorii M po prostu znika z kart diariusza. We wtorek szóstego grudnia mój pradziadek zaprosił go na sobotnią kolację i mimo że M przyszedł, pradziadek w tym dniu zapisuje po prostu: „M na kolacji”. W inne dni ich rozmowy podczas tych posiłków są potraktowane bardzo obszernie. M był na kolacji w poniedziałek piątego grudnia i rozmowa dotyczyła geometrii; wszystkie zapiski z owego tygodnia dotyczą tego samego tematu. Nie ma najmniejszego śladu jakiegokolwiek antagonizmu między panami. Poza tym M był mojemu pradziadkowi potrzebny. Dostarczał mu materiału, był dobrze poinformowany, znał Londyn i wiele razy był na kontynencie. Wiedział wszystko o socjalizmie i Darwinie i miał znajomego w ruchu na rzecz wolnej miłości, przyjaciela Jamesa Hintona. M był człowiekiem światowym w sensie, w jakim mój pradziadek, który tylko raz w życiu opuścił Melton Mowbray, żeby pojechać do Nottingham, nie był. Nawet w młodości pradziadek wolał teoretyzować przy kominku; nie potrzebował niczego więcej poza historiami, których mu dostarczał M. Na przykład pewnego wieczoru w czerwcu 1884 roku M, który właśnie przyjechał z Londynu, zdał mojemu pradziadkowi sprawę z tego, jak ulice w stolicy są zapaskudzone i zawalone końskim łajnem. W tym samym tygodniu pradziadek przeczytał esej Maltusa Prawo ludności. Również z tego wieczoru datuje się pełen podniecenia zapisek w dzienniku na temat broszury, którą chciałby napisać i opublikować. Miała nosić tytuł De Stercore Equorum. Broszura nigdy nie została opublikowana, a najprawdopodobniej nawet nie napisana, ale od tego wieczoru poczynając, przez dwa tygodnie pradziadek robił w dzienniku szczegółowe notatki. W De Stercore Equorum (O końskim łajnie) przyjmuje, że populacja końska rośnie w postępie geometrycznym, i na podstawie szczegółowego planu ulic oblicza, że do roku 1935 stolica będzie nieprzejezdna. Przez „nieprzejezdna” pradziadek rozumie warstwę (sprasowaną) o przeciętnej grubości trzydziestu centymetrów na każdej większej ulicy. Opisał też eksperymenty, jakich dokonywał przed swoimi stajniami w celu zbadania ściśliwości końskiego nawozu, co udało mu się przedstawić matematycznie. Była to oczywiście czysta teoria. Jego wyniki opierały się na założeniu, że przez najbliższe pięćdziesiąt lat nikt nie będzie tego łajna uprzątał. Jest wysoce prawdopodobne, że to właśnie M wyperswadował mojemu pradziadkowi ten projekt.

Pewnego ranka, gdy po długiej, ciemnej nocy koszmarów sennych Maisie leżeliśmy w łóżku, spytałem:

– O co ci właściwie chodzi, Maisie? Dlaczego nie wrócisz do pracy? Te twoje spacery, te analizy, przesiadywanie w domu, wylegiwanie się przez całe ranki, tarok, te koszmarne sny… O co ci właściwie chodzi?

– Chodzi mi o to, żeby sobie wyprostować w głowie. – Co mówiła już nieraz przedtem.

– Twoja głowa, twój umysł – powiedziałem – to nie jest kuchnia hotelowa, kapujesz, z której możesz powyrzucać różne rzeczy w rodzaju starych puszek po konserwach. Twój umysł bardziej niż miejsce przypomina rzekę, ruchomą i zmieniającą się cały czas.

– Nie zaczynaj tego wszystkiego od początku. Nie mam zamiaru prostować rzek, mam zamiar wyprostować sobie w głowie.

– Ale ty musisz coś robić – próbowałem ją przekonać. – Nie możesz nie robić nic. Dlaczego nie wrócisz do pracy? Jak pracowałaś, nie miałaś koszmarnych snów. Nigdy nie byłaś taka nieszczęśliwa.

– Muszę się trzymać od tego wszystkiego z daleka – powiedziała. – Nic z tego nie rozumiem.

– Moda – odparłem. – To wszystko moda. Modne metafory, modne czytanie, modna choroba. Co ty wiesz o Jungu na przykład? Czytasz dwanaście stron na miesiąc.

– Przestań – prosiła. – Wiesz, że to do niczego nie prowadzi.

Ale ja nie przestałem.

– Nigdzie nie byłaś – ciągnąłem. – Nigdy nic jeszcze nie zrobiłaś. Jesteś miłą dziewczyną nawet bez dobrodziejstwa nieszczęśliwego dzieciństwa. Twój sentymentalny buddyzm, ten mistycyzm dla ubogich, twoje pseudochińskie metody leczenia, astrologia rodem z brukowców… nic z tego nie jest twoje własne, żadnej z tych rzeczy nie wypracowałaś sama. Wpadłaś w to wszystko. Wpadłaś w bagno szacownych przeczuć. Brak ci oryginalności czy pasji, żeby wyczuwać cokolwiek innego poza własnym nieszczęściem. Po co wypełniasz swoją wyobraźnię cudzymi banałami i narażasz się tylko na koszmarne sny? – Wstałem z łóżka, rozsunąłem zasłony i zacząłem się ubierać.

– Mówisz jak na seminarium z literatury – powiedziała Maisie. – Dlaczego mi jeszcze utrudniasz? – Zaczęła się rozczulać nad sobą, ale się opanowała. – Kiedy tak mówisz – podjęła – czuję się jak miętoszony świstek papieru.

– A może właśnie uczestniczymy w seminarium z literatury – odparłem ponuro.

Maisie usiadła w łóżku zapatrzona w swoje kolana. Nagle zmieniła ton. Poklepała poduszkę i powiedziała łagodnie:

– Chodź. Chodź tu, usiądź koło mnie. Chcę cię dotknąć. Chcę, żebyś ty dotknął mnie…

Ale ja tylko westchnąłem i byłem już w drodze do kuchni.

W kuchni zrobiłem sobie kawę i zabrałem ją do gabinetu. W ciągu źle przespanej nocy uświadomiłem sobie, że klucz do zniknięcia M może być zawarty na stronach dotyczących geometrii. Do tej pory zawsze je opuszczałem, ponieważ nie interesuje mnie matematyka. W poniedziałek piątego grudnia 1898 roku M i mój pradziadek dyskutowali o vescia piscis – najwyraźniej przedmiot pierwszej tezy Euklidesa – który dał podstawy planom wielu budynków kultu religijnego w starożytności. Przeczytałem dokładnie przebieg rozmowy, usiłując, jak mogłem najlepiej, zrozumieć zawartą w niej geometrię. Następnie, przewróciwszy kartkę, znalazłem przydługą anegdotę, którą M opowiedział jeszcze tego samego wieczoru po wniesieniu kawy i zapaleniu przez panów cygar. Dokładnie w chwili kiedy zacząłem czytać, weszła Maisie.

– A ty? – zagadnęła, jakby w naszej wymianie zdań nie było godzinnej przerwy. – Ty masz tylko te swoje książki. Grzebiesz się w przeszłości jak mucha w gównie.

Byłem oczywiście wściekły, ale uśmiechnąłem się i powiedziałem wesoło:

– Grzebię się? Być może, ale to przynajmniej jakiś ruch.

– Ty już do mnie nie mówisz – odparła Maisie. – Grasz mną jak w kręgle mechaniczne, na punkty.

– Witaj, Hamlecie – wygłosiłem, usiadłem w fotelu i czekałem cierpliwie, co ma mi jeszcze do powiedzenia. Ale ona nie odezwała się więcej. Wyszła, zamykając za sobą cicho drzwi.

M zaczął opowiadać mojemu pradziadkowi:

We wrześniu 1870 wpadły mi w ręce dokumenty, które nie tylko unieważniają wszystko, co zgodnie z naszą wiedzą stanowi podstawy stereometrii, ale także podważają kanony praw fizycznych i zmuszają człowieka do ponownego określenia swojego miejsca w naturalnym porządku rzeczy. Te dokumenty wydają się ważniejsze niż prace Marksa i Darwina razem wzięte. Zostały mi powierzone przez młodego amerykańskiego matematyka i są owocem pracy Szkota – Dawida Huntera, również matematyka. Amerykanin nazywał się Goodman. Przez wiele lat korespondowałem z jego ojcem w związku z jego pracą na temat cyklicznej teorii menstruacji, która – o dziwo – jest dalej w naszym kraju dość powszechnie dyskredytowana. Młodego Goodmana spotkałem w Wiedniu, gdzie uczestniczył wraz z Hunterem i matematykami z kilkunastu krajów w międzynarodowej konferencji matematycznej. Goodman był blady i bardzo wzburzony i zamierzał wracać do Ameryki następnego dnia, mimo że konferencja jeszcze się nie skończyła. Powierzył te dokumenty mojej opiece i powiedział, żebym je oddał Dawidowi Hunterowi, jeśli go kiedykolwiek spotkam. A następnie, po wielkich perswazjach i naleganiu z mojej strony, powiedział mi, czego był świadkiem trzeciego dnia konferencji. Spotkania zaczynały się codziennie o wpół do dziesiątej wygłoszeniem jakiegoś referatu i dyskusją. O jedenastej wnoszono napoje i wtedy wielu uczestników zebranych wokół stołu politurowanego na wysoki połysk wstawało i przechadzając się po obszernej, eleganckiej sali, ucinało z kolegami pogawędki. Konferencja miała trwać dwa tygodnie i zgodnie z dawno ustalonym programem wszyscy najwybitniejsi matematycy mieli przeczytać swoje doniesienie jako pierwsi, po nich nieco mniej wybitni i tak dalej, według hierarchii, co wywoływało, jak to bywa w środowiskach ludzi wysoce inteligentnych, przypadkowe, ale silne zawiści. Hunter, chociaż zdolny matematyk, jako człowiek młody był praktycznie nieznany poza swoim uniwersytetem macierzystym, czyli edynburskim. Zgłosił na konferencję pracę, którą uważał za bardzo ważną w dziedzinie stereometrii, a ponieważ w tym panteonie zajmował miejsce dość poślednie, wyznaczono mu na wystąpienie przedostatni dzień trwania konferencji, kiedy to już wielu luminarzy zdążyłoby wrócić do swoich krajów. Tak więc trzeciego dnia rano, kiedy służba wniosła napoje, Hunter zerwał się nagle z miejsca i zwrócił do kolegów w momencie, kiedy zaczęli wstawać z krzeseł. Był to duży mężczyzna z kudłatą czupryną i mimo młodego wieku odznaczał się autorytetem, który sprawiał, że szmery rozmów ucichły.

– Panowie – rzekł – wybaczcie mi, proszę, tę niewłaściwą formę wystąpienia, ale mam do poruszenia sprawę najwyższej wagi. Otóż odkryłem płaszczyznę bez powierzchni. – Pośród ironicznych uśmieszków i rozbawienia zebranych Hunter wziął ze stołu dużą białą kartkę papieru. Scyzorykiem zrobił w niej nacięcie długości jakichś dziesięciu centymetrów nieco w bok od środka. Potem szybko, w bardzo skomplikowany sposób poskładał kartkę i trzymając ją wysoko, tak żeby wszyscy mogli to zobaczyć, przeciągnął jeden róg przez nacięcie, w wyniku czego kartka zniknęła. – Popatrzcie, panowie – powiedział Hunter, demonstrując zgromadzonym puste ręce – oto płaszczyzna bez powierzchni.

Maisie weszła do pokoju, umyta już i pachnąca mydłem toaletowym. Stanęła za moim krzesłem i położyła mi ręce na ramionach.

– Co czytasz? – spytała.

– Fragmenty dziennika, których do tej pory nie czytałem. – Zaczęła mi delikatnie masować kark. Podziałałoby to na mnie kojąco, gdyby to był pierwszy rok naszego małżeństwa. Ale był to rok szósty, więc jej zabiegi wywołały we mnie rodzaj napięcia, które odczuwałem wzdłuż krzyża. Maisie czegoś chciała. Żeby ją powstrzymać, położyłem prawą dłoń na jej lewej ręce, a ona, biorąc to za pieszczotę, pochyliła się i pocałowała mnie w okolice ucha. Jej oddech pachniał pastą do zębów i grzanką. Pociągnęła mnie za ramię.

– Chodźmy do sypialni – wyszeptała. – Nie kochaliśmy się już ze dwa tygodnie.

– Wiem – powiedziałem. – Wiesz, jak to jest… z tą moją pracą. – Nie pragnąłem ani Maisie, ani żadnej innej kobiety. Chciałem jedynie móc przewrócić następną kartkę dziennika mojego pradziadka. Maisie zdjęła ręce z moich ramion i stanęła koło mnie. W jej milczeniu nagle pojawiła się taka zaciekłość, że poczułem napięcie jak sprinter na starcie. Sięgnęła ręką po zamknięty szczelnie słój z kapitanem Nichollsem. Kiedy go podniosła, penis kapitana leniwie podryfował z jednej strony słoja w drugą.

– Jesteś taki cholernie zadowolony z siebie! – wrzasnęła, a zaraz potem cisnęła słojem o ścianę przed moim stołem. Instynktownie zasłoniłem twarz z obawy przed odpryskami szkła. Kiedy otworzyłem oczy, usłyszałem swój głos:

– Dlaczego to zrobiłaś? To należało do mojego pradziadka. – Wśród potłuczonego szkła i coraz intensywniejszego odoru formaliny leżał kapitan Nicholls, wylany na skórzaną oprawę dziennika mojego pradziadka, szary, wiotki, złowrogi, z cennej ciekawostki przemieniony w ohydne świństwo.

– To było podłe. Dlaczego to zrobiłaś? – powtórzyłem.

– Idę się przejść – odpowiedziała Maisie i strzeliła drzwiami, tym razem już wychodząc z pokoju.

Długo nie ruszałem się z miejsca. Maisie zniszczyła coś, co przedstawiało dla mnie wielką wartość. Kapitan Nicholls stał w gabinecie pradziadka za jego życia, a potem stał w moim, łącząc w ten sposób moje życie z jego życiem. Zebrałem z kolan kilka odłamków szkła, gapiąc się na stusześćdziesięcioletni kawałek innej ludzkiej istoty leżący na moim stole. Patrzyłem na niego i myślałem o tych wszystkich homunkulusach, które się wzdłuż niego roiły. Myślałem o tych miejscach, w których był, Kapsztad, Boston, Jerozolima, podróżując w ciemnym, cuchnącym wnętrzu skórzanych spodni kapitana Nichollsa, by od czasu do czasu wychynąć na oślepiające słońce i pozbyć się ładunku moczu w jakimś zatłoczonym miejscu publicznym. Myślałem też o wszystkich rzeczach, których dotykał, o ich cząsteczkach, o badawczych rękach kapitana Nichollsa w samotne, nieodzwajemnione noce na morzu, o zapoconych ściankach piczek młodych dziewcząt i starych prostytutek – ich cząsteczki muszą istnieć do dziś w postaci drobniutkiego pyłu unoszonego wiatrem od Cheapside do Leicestershire. Ciekawe, jak długo istniałyby w tym szklanym słoju. Zacząłem sprzątać bałagan. Przyniosłem z kuchni kubeł na śmieci. Zmiotłem i pozbierałem wszystkie odłamki szkła, które zdołałem znaleźć, i wytarłem formalinę. A następnie, ująwszy kapitana Nichollsa za jeden koniec, usiłowałem przełożyć go na gazetę. Żołądek podjeżdżał mi do gardła, kiedy napletek zaczął mi się usuwać pod palcami. Wreszcie zamknąłem oczy i zawinąwszy go starannie w gazetę, zaniosłem do ogrodu i pochowałem pod geranium. Przez cały czas usiłowałem pohamować wzbierającą we mnie urazę do Maisie. Chciałem wrócić do przerwanej lektury. Zasiadłem w fotelu, wytarłem kilka kropel formaliny, która rozmazała atrament, i zabrałem się do czytania.

Na minutę sala zamarła i wydawało się, że z każdą sekundą zamiera coraz bardziej. Pierwszy odezwał się dr Stanley Rose z Uniwersytetu w Cambridge, który miał wiele do stracenia z powodu płaszczyzny bez powierzchni Huntera. Swoją pozycję, istotnie bardzo znaczną, opierał na opublikowanych przez siebie Zasadach stereometrii.