Wydawca: AGORA SA Kategoria: Poradniki Język: polski Rok wydania: 2014

Piersi. Historia naturalna i nienaturalna ebook

Florence Williams  

3.5 (2)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 442 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Piersi. Historia naturalna i nienaturalna - Florence Williams

Kogo nie interesują piersi? Mężczyzn fascynują. Kobiety – ciekawią, z wielu względów. Ale dlaczego kobiety w ogóle mają piersi? Jak pisze Florence Williams, biust to o wiele więcej niż tylko męska przytulanka, źródło mleka dla dzieci czy główny zabójca kobiet. Gdyby nie piersi, nie mielibyśmy szczęśliwego dzieciństwa. I nie umielibyśmy mówić, bo usta wykształciły się, żeby ssać pierś. Nie nauczylibyśmy się też – niby szczegół, ale jaki! – całować. To piersi, obok mózgu i dwunożności, zdecydowały o tym, kim jesteśmy.

„Każda kobieta (mężczyźni też!) powinna przeczytać tę książkę!”.

„Guardian”

Opinie o ebooku Piersi. Historia naturalna i nienaturalna - Florence Williams

Fragment ebooka Piersi. Historia naturalna i nienaturalna - Florence Williams

TYTUŁ ORYGINAŁU

Breast. A Natural and Unnatural history

TŁUMACZENIE

Tomasz Ulanowski

REDAKCJA

Ewa Zientarska

KOREKTA

Marta Śliwińska

ZDJĘCIE NA OKŁADCE

Przemek Dębowski i Wojtek Kwiecień-Janikowski

PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI

Przemek Dębowski i Wojtek Kwiecień-Janikowski

OPRACOWANIE GRAFICZNE

ProDesGraf

REDAKTOR NACZELNY

Paweł Goźliński

PRODUCENCI WYDAWNICZY

Małgorzata Skowrońska, Robert Kijak

KOORDYNACJA PROJEKTU

Magdalena Kosińska

Copyright © 2014 by Agora SA

Copyright © by 2014 W.W. Norton & Company, Inc.

Copyright © 2014 by Florence Williams

Przedruki za zgodą licencjodawcy

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2014

ISBN: 978-83-268-1677-2 (epub); 978-83-268-1678-9 (mobi)

Moim babciom – Florence Higinbotham Williams i Carolyn Loeb Boasberg – oraz mamie Elizabeth Friar Williams

Ratujcie zderzaki

– nalepka na zderzak samochodowy

Jaśki, bufory, bimbały, balony, bufet, pączusie, pieszczoszki. Kiedy dorastałam, moja mama nazywała je ninnies. Według słownika języka angielskiego Webstera słowo to oznacza kogoś niezbyt rozgarniętego, wręcz głupiego; a jego synonimami są: bałwan, wariat i głuptak. Wychowując moje dzieci, zmieniłam je więc na milej brzmiące nummies. Kiedy jednak sprawdziłam jego etymologię, okazało się, że nummies oznacza tyle co yummy [ang. – pyszne]. I może pochodzić od numbskull [tępak]. Choć wszyscy kochamy piersi, to nie potrafimy traktować ich do końca poważnie. Nazywamy je słowami pełnymi afektu, ale brzmi w nich gorzka nuta. Piersi nas zawstydzają. Są nieprzewidywalne. Durne. Potrafią zmienić zarówno dzieci, jak i dorosłych mężczyzn w zombi.

To zadziwiające, że te jakże popularne części ciała ludzkiego – nawet dzisiaj, kiedy zostały już odsłonięte, obnażone, wystawione na widok publiczny, pomierzone, napompowane, zakolczykowane, wytatuowane, sfotografowane i sfilmowane, a potem rzucone na pożarcie ludzkości, sprzedane i sfetyszyzowane – mają ciągle przed nami tak wiele tajemnic. Że tak mało znamy ich biologię. No bo co w końcu wiemy? Że pojawiają się znikąd w wieku dojrzewania. Że rosną, kiedy kobieta jest w ciąży. Że można z nich wydoić bańki mleka. I że czasem chorują. Wiemy też, że niekiedy rosną nawet mężczyznom, i to nas już lekko przeraża.

Nawet specjaliści nie są pewni, dlaczego to wszystko się dzieje ani dlaczego piersi w ogóle są. A nigdy w historii ludzkości zrozumienie ich fenomenu nie było ważniejsze niż dziś.

Teraz cywilizacja pomaga nam żyć dłużej i wygodniej. Niestety, jednocześnie odciska piętno na piersiach. Są one większe niż kiedyś[1] – producenci i sprzedawcy biustonoszy oferują miseczki nawet w rozmiarze H i KK. Poza tym rosną nam coraz wcześniej. Wypełniamy je roztworem soli albo sylikonem, a nawet zasilamy komórkami macierzystymi, żeby nadać im wymarzone kształty. Większość z nas wcale nie karmi nimi noworodków czy niemowląt, ale warto wiedzieć, że mleko matek, które to robią, zawiera zanieczyszczenia, których nasi przodkowie nigdy nie skosztowali i które nie nadają się do jedzenia. Piersi upodobał też sobie rak – żadne inne części ciała nie są tak na niego narażone – i jest to najbardziej powszechny nowotwór złośliwy u kobiet na całym świecie. Od lat 40. ubiegłego wieku[2] liczba zachorowań prawie się podwoiła i ciągle rośnie. Dzisiejsze życie piersi coraz mniej przypomina to, którego doświadczały one dawno temu.

Na szczęście naukowcy odsłaniają coraz więcej sekretów, które kryją przed nami piersi. Dzięki temu możemy bardziej świadomie dbać o zdrowie i pojąć nasze miejsce w przyrodzie. Ale żeby zrozumieć tę zależność, musimy się cofnąć w przeszłość i zadać kilka pytań. Dlaczego piersi? Dlaczego zdarzyły się nam? Dzielimy 98 proc. materiału genetycznego z szympansami, ale to w tych pozostałych 2 proc. są geny zarządzające piersiami. Szympansy, co za pech, ich nie mają. W świecie naczelnych tylko ludzie zostali obdarzeni miękkimi półkulami, którymi mogą się cieszyć od okresu dojrzewania. Karmiącym samicom innych małp rosną ledwie niewielkie opuchnięcia wokół sutków, które znikają po zakończeniu laktacji. Piersi to cecha szczególna rodzaju ludzkiego, a gruczoły mlekowe decydują o naszej przynależności taksonomicznej. Zrozumiał to już Karol Linneusz. Dlatego nazwał nas „ssakami”.

Piersi to my.

NIESPECJALNIE JEDNAK O NICH MYŚLAŁAM, ZANIM ZOSTAŁAM MATKĄ. Piersi urosły mi wtedy, kiedy trzeba. Byłam z nich zadowolona. Były wystarczająco małe, żeby nie przeszkadzać mi w uprawianiu sportu i nie powodować bólu pleców, ale też wystarczająco duże, żebym wiedziała, że są. Symetryczne, ładnie wyglądały w kostiumie kąpielowym, który i tak rzadko zakładałam, bo dorastałam w Nowym Jorku. Nie miałam takich problemów jak Nora Ephron, która w magazynie „Esquire” napisała esej o swojej obsesji na punkcie zbyt małych piersi. Ale ona dorastała w Kalifornii w latach 50., kiedy modne były staniki typu torpeda. „Siedziałam w wannie, gapiłam się na moje cycki i wiedziałam, po prostu wiedziałam, że lada moment zaczną normalnie rosnąć. Ale nie rosły”[3].

Biedna Nora. Jej zamartwianie się to kolejny dowód na pogląd, który kiełkował w nas od końca epoki plejstoceńskiej – piersi są naprawdę ważne. Jesteśmy ssakami i dzięki temu jako niemowlęta nie musieliśmy sami zbierać, przeżuwać, trawić ani oczyszczać jedzenia wyszperanego w okolicy. Inne zwierzęta, na przykład gady, musiały żyć w pobliżu specyficznych, bogatych w składniki odżywcze źródeł pożywienia. Ssaki musiały się tylko trzymać swoich mam, i to one wykonywały za swoje maleństwa całą brudną robotę. Dzięki temu ssaki są na tyle elastyczne, że łatwiej im przetrwać ciężkie czasy zmian klimatycznych czy niedostatku jedzenia. Kiedy w erze mezozoicznej naszym przodkom z gruczołów potnych wyewoluowały gruczoły mlekowe, ssaki zyskały potężną przewagę nad dinozaurami. Świat bardzo się zmienił.

Piersi pomogły w ewolucji naszego gatunku w oczywisty, ale i nieoczekiwany sposób. Dzięki ich odżywczemu mleku dzieci mogą się rodzić małe, a ich mózgi szybko rosną. Mniejsze noworodki pozwoliły kobietom mieć węższe biodra, co pomogło nam stanąć na dwóch nogach. Karmienie piersią mogło zaś ułatwić rozwój mowy ciała, bliskość i nawiązanie kontaktu z innym człowiekiem, a więc uspołecznić nasz gatunek. Przecież w formowaniu się aparatu mowy pomagają sutki – po to by je ssać, noworodek ma wargi.

Piersi nie tylko więc ułatwiły człowiekowi podbój świata, ale także wyszkoliły go w sztuce całowania. Nie było łatwo, ale stanęły na wysokości zadania.

Miliony lat ewolucji i presji środowiska naturalnego wykształciły narząd, który okazał się boskim dziełem sztuki. A przynajmniej tak nam się wydawało.

MOJE WYGLĄDAŁY BOSKO PRZEZ BLISKO DZIEWIĘĆ MIESIĘCY, KIEDY BYŁAM w ciąży z pierwszym dzieckiem. A kiedy się urodziło, po raz pierwszy były cudownie użyteczne. Mimo to, jak na tak doskonały produkt ewolucji, często zawodziły. Czułam się przez nie zdradzona, sfrustrowana, wątpiłam w siebie i po prostu koszmarnie mnie bolały. To wtedy poznałam te wszystkie techniczne metafory. Nie potrafiłam „zamknąć luku”, nie „włączyłam ssania” i moje sutki za to płaciły. Tydzień po narodzinach syna po raz pierwszy zachorowałam na zapalenie sutka – właściwie średniowieczną przypadłość, która zaczyna się od zapchanego przewodu mlecznego. Miałam ją jeszcze trzy razy, zanim moje pierwsze dziecko skończyło rok.

Mimo że uwielbiałam karmienie piersią, to nie robią mi się maślane oczy na samą myśl o nim. Piersi to właściwie jedyny narząd, którego musimy nauczyć się używać, i nie jest to zabawa dla każdego. Byłam oczywiście zauroczona wyobrażeniem, że moje mleko to dla mojego maleństwa czyste dobro. Sztuczne jest produkowane z krowiego albo z białka sojowego, dlatego książki dla młodych mam pouczają, że tylko kobiecy pokarm jest idealny dla noworodka. Zawiera setki substancji – w tym te, które zwalczają zarazki – i wielu z nich nie można odtworzyć. No i ma zawsze odpowiednią temperaturę, właściwe proporcje lipidów, białek i cukrów. Żywi i leczy oraz jest – przynajmniej dla dziecka – pyszne. To idealne jedzenie dla malucha, a ja, młoda mama, miałam mu je dostarczać. Po raz pierwszy, po raz drugi, sprzedana!

Karmiłam właśnie piersią swoje drugie dziecko, beztrosko żyjąc w tym magicznym bąblu szczęścia otaczającym mamę i jej niemowlę, kiedy natknęłam się na artykuł, który na zawsze zmienił moje zdanie o piersiach. Przeczytałam w nim, że naukowcy znaleźli w tkankach ssaków lądowych i morskich, a także w kobiecym mleku związki chemiczne stosowane w przemyśle. I to był koniec rozkosznej błogości wczesnego macierzyństwa. Piersi, choć stworzone do celów wyższych, świetnie chłoną, jak przeczytałam, wszelkie zanieczyszczenia. Zdałam sobie sprawę, że moje piersi są nie tylko pomostem pomiędzy mną a moimi dziećmi, ale także pomiędzy mną (i siłą rzeczy dziećmi) a ekosystemem, w którym żyję. Okazało się, że karmienie piersią to świetny sposób na przekazanie przyszłym pokoleniom przemysłowych odpadków pozostawianych przez naszą cywilizację.

Odstawiłam więc córeczkę od cyca i zaczęłam szukać odpowiedzi na moje pytania. Jakie trucizny zdążyłam wpompować w dzieci? Co to oznaczało dla ich i mojego zdrowia? Czy nadal powinnam karmić? Jak te wszystkie chemikalia wpływają na nasze ciała? Czy kobiece mleko będzie jeszcze kiedyś nieskażone?

Zrobiłam więc to, co robią dziennikarze – napisałam o tym artykuł. Ale zanim „New York Times Magazine” go wydrukował[4], wysłałam próbkę swojego mleka do Niemiec. Tam naukowcy przeanalizowali jego skład, szukając w nim środków zwiększających odporność różnych materiałów na ogień. To bardzo często używana grupa związków chemicznych, o których wiadomo, że odkładają się w tłuszczu i wywołują problemy zdrowotne u zwierząt laboratoryjnych.

Moje wyniki okazały się gorsze, niż się spodziewałam. Stężenie środków zmniejszających palność było w moim mleku 10–100 razy wyższe niż w mleku karmiącej Europejki. Chłonęłam je ze sprzętów elektronicznych, mebli i jedzenia.

Przetestowałam moje mleko także na zawartość innych chemikaliów, w tym nadchloranów. Są one składnikiem paliwa lotniczego, którym małe dzieci na pewno nie powinny popijać obiadku. I znowu przykra niespodzianka. Chociaż w USA nie odstawałam od średniej, mimo to nieprzyjemnie było dowiedzieć się, że w XXI wieku aż tak zatruliśmy swoje ciała.

– Przynajmniej twoje piersi nie ulegają samozapłonowi – żartował mój mąż. Cóż innego mógł zrobić? Oboje czuliśmy się bezradni. Ale ja już zaczęłam się nakręcać. Chemiczny koktajl w moich piersiach pobudził mnie do dziennikarskiego śledztwa. Chciałam wiedzieć, jak to się stało, że eliksir życia, wypracowany przez miliony lat ewolucji, zmieniliśmy w ściek. Zastanawiałam się też, czy nowoczesny sposób życia w jakikolwiek inny sposób zmienia piersi albo zagraża zdrowiu.

Znalezienie odpowiedzi na te pytania nie było łatwe.

W SUMIE NIE MA SIĘ CO DZIWIĆ – PIERSI CZĘSTO ZABURZAJĄ JASNOŚĆ MYŚLI. Każdy patrzy na nie trochę inaczej. Zamiast nazywać nas ssakami, Linneusz mógł inaczej wyróżnić naszą gromadę[5] – na przykład wykorzystać łączącą nas specyficzną budowę ucha wewnętrznego czy serca (dwa przedsionki, dwie komory). Jednak wybrał sutki i wydaje się, że oprócz motywów naukowych kierowały nim także motywy polityczne.

Linneusz miał siedmioro dzieci. Brzydził się też instytucją mamki wykorzystywanej wśród wyższych sfer – dzieci bogatych ludzi były karmione piersią przez matki zastępcze, które tym samym zaniedbywały swoje niemowlęta. W efekcie wiele dzieci umierało z powodu niedożywienia i chorób. W 1752 roku, kilka lat przed wprowadzeniem terminu mammalia do dziesiątego wydania swoich Systema Naturae, Linneusz napisał traktat O najemnych mamkach. Historyczka nauki Londa Schiebinger przekonuje[6], że choć na pewno przejmowało go zdrowie dzieci, to jednocześnie mocno niepokoiła go możliwość większego równouprawnienia między mężczyznami a kobietami, która pojawiła się w oświeceniu. Uważał, że miejsce kobiety jest w domu, jak matka natura przykazała. Dowodem na to mamy być my wszyscy – ssaki.

Ale z drugiej strony może Linneusz po prostu lubił piersi? Nie on jeden zaciągnął tę część ciała w służbę ideologii. Piersi uwielbiają też biolodzy ewolucyjni i ubierają je w różne kolorowe historie „o ich powstaniu”, które mogą, ale nie muszą, mieć oparcie w rzeczywistości. Naukowcy poświęcili dziesięciolecia, gapiąc się na piersi oraz próbując dociec, dlaczego mieliśmy takiego farta. Przez lata wielu z nich uważało, że piersi to cudowna dekoracja – coś jak pawi ogon – która ma przyciągnąć płeć przeciwną. Kiedy więc humorysta Dave Barry napisał, że „główną biologiczną przyczyną istnienia piersi jest ogłupianie mężczyzn”[7], podsumował tym samym pół wieku badań na ten temat. Całe pokolenie akademików upierało się przecież, iż piersi wyewoluowały dlatego, że mężczyźni je uwielbiali. I jeszcze żyjąc w jaskiniach, woleli spółkować z kobietami, które miały szczęście i były obdarzone biustem.

A jednak w ostatniej ćwiartce XX wieku, kiedy kobiety dopchały się wreszcie do stanowisk na wydziałach antropologii i biologii, okazało się, że mają inne pomysły na rozwiązanie zagadki kobiecej klatki piersiowej. Te rewolucjonistki zaczęły snuć hipotezy, że ewolucje piersi zawdzięczamy kobiecie matce. Być może nasze przodkinie po prostu potrzebowały tych ekstra gramów tłuszczu, żeby wykarmić swoje dzieci i zapewnić im odpowiedni rozwój – w końcu są one najbardziej pyzatymi małymi naczelnymi w historii świata.

Debata o ewolucji piersi jest ważna. Opowieści o ich wykształceniu się mają wpływ na ich obraz, na to, jaki z nich robimy użytek i jakie wiążemy z nimi oczekiwania. Zwykle koncentrujemy się na tym, co widzimy, a zapominamy, że istota piersi leży w ich wnętrzu. Jak ten mechanizm funkcjonuje? W jaki sposób jest złączony z resztą ciała? Jak na piersi wpływa nasza ekologia, to, gdzie i jak żyjemy?

WCALE NIE CHCIAŁAM ZADAWAĆ TYCH WSZYSTKICH PYTAŃ, ale kiedy pisałam swój tekst, weszłam w nowy dla mnie świat dotyczący wpływu środowiska na zdrowie. Nasze ciała, jak się dowiedziałam, nie są wcale świątyniami. Przypominają raczej drzewa. Zasysają z zewnątrz zarówno składniki odżywcze, jak i świństwa. W XX wieku medycyna nauczyła nas, że to zarazki odpowiadają za choroby. Jednak ludzkie zdrowie to sprawa o wiele bardziej skomplikowana. Zależy także od miejsca, w którym żyjemy, od tego, co jest w wodzie, którą pijemy, od cząsteczek, które dotykamy, wdychamy i połykamy. Gdy zmieniamy środowisko naturalne, sami ulegamy zmianom, które wywołujemy.

Piersi są na nie szczególnie wrażliwe, a nawet, można by powiedzieć, wystawione. Taka ich wada, ale także zaleta – zostały stworzone do komunikacji. Już od zalążka są niezwykle wrażliwe i „rozmawiają” nie tylko z resztą ciała, lecz również ze światem zewnętrznym. Ponieważ są jak spiżarnia ze słoninką, absorbują i gromadzą chemikalia, które lubią tłuszcz. Niektóre z tych związków potrafią przetrwać w naszych organizmach dziesiątki lat. Z kolei komórki budujące piersi są obsadzone receptorami wyłapującymi cząsteczki estrogenów, żeńskich hormonów płciowych potrzebnych zarówno kobietom, jak i mężczyznom. Mamy te receptory od pradawnych czasów. Zanim nasze organizmy nauczą się same produkować estrogeny[8], komórki muszą je pobrać z zewnątrz. W XXI wieku piersi dostają ich dużo więcej, niż potrzebują. Bo związki chemiczne o budowie podobnej do estrogenów są produkowane przez rośliny, a także przez zakłady chemiczne i farmaceutyczne. Te naśladujące estrogeny chemikalia potrafią subtelnie, a nawet poważnie rozregulować nasze ciała. A zanieczyszczenia wsiąkają w piersi jak w gąbkę.

Aby zrozumieć, dlaczego piersi tak chętnie zadają się z byle kim, musiałam zrozumieć biologię komórek i ich reakcję na zmiany środowiskowe. Miałam na to przeszło rok podczas stypendium dziennikarsko-badawczego na Uniwersytecie Kolorado. Uczyłam się zatem o komórkach, genetyce i endokrynologii. Odkrywałam to, co już odkryte, i to, co jeszcze czai się w cieniu. Rozmawiałam z ekspertami od takich młodych dziedzin nauki jak epigenetyka czy endokrynologia środowiskowa oraz z uczonymi zajmującymi się biologią ewolucyjną, komórkową czy nowotworów.

To, czego się dowiedziałam, było nie tylko ważne i niepokojące, ale czasem też zabawne i szokujące. Weźmy choćby taką lalkę Barbie i jej kształty rzekomo idealne niczym klepsydra. Kobiety, które mają podobne wymiary – proporcje bioder, talii i biustu – produkują też więcej estrogenów. Niby dobrze, prawda? Ale z drugiej strony te kobiety częściej zdradzają swoich partnerów i częściej chorują na raka piersi. A kobiety o mniej bujnych kształtach, jak powiedział mi pewien naukowiec, radzą sobie w życiu wcale nie gorzej (dzięki mu za to!). I w chwilach próby to właśnie one[9] – za sprawą trochę wyższego poziomu tzw. męskich hormonów – potrafiły upolować obiad albo dać po głowie natrętowi. Bardzo to sexy. Podobnie jest zresztą u mężczyzn – choć ci z bardziej rozbudowaną muskulaturą są bardziej ponętni, to mają słabszy układ immunologiczny. Uroda ma swoją cenę.

Dowiedziałam się, że kobiece mleko, kiedyś magiczny koktajl zmieszany przez ewolucję, dzisiaj może nas cofać w rozwoju i upośledzać. Zawarte w nim toksyny mogą mieć związek z niższym ilorazem inteligencji[*1], gorszą odpornością, z problemami wychowawczymi, nowotworami. Dzisiejszy świat nie tylko zatruwa kobiece mleko, ale też na nowo modeluje nasze dzieci, powodując wcześniejsze pokwitanie dziewczynek. Jednym z pierwszych sygnałów dojrzałości płciowej są piersi. Ale kiedy rosną zbyt wcześnie, kobiety są bardziej narażone na raka sutka w późniejszym wieku. Co więcej, zmienione przez nas środowisko wpływa na cały rozwój piersi – od okresu niemowlęcego, przez dojrzewanie, ciążę, karmienie, po menopauzę.

Cywilizacja oznacza także, że odsunęliśmy piersi od ich naturalnych zadań. Zatrudniałyśmy mamki, szłyśmy do klasztorów, kontrolujemy urodzenia i zmieniamy piersi za pomocą chirurgii plastycznej. Jeszcze na początku lat 70. moja babcia nosiła po mastektomii protezę, która kształtem i lekkością przypominała głowicę atomową. Jak na ironię pierwsze protezy były promowane – a potem nawet projektowane – przez Ruth Handler, która wymyśliła lalkę Barbie i która sama chorowała na raka sutka. Dzisiejsze „pompowane” piersi wyglądają dużo bardziej naturalnie, prawie każda kobieta chciałaby takie mieć. Tylko w USA firma Wonderbra sprzedaje rocznie push-upy warte 70 mln dol.

Nowoczesność zazwyczaj jest dobra dla kobiet, ale niekoniecznie dla ich piersi. Coraz większa liczba przypadków raka to na pewno wynik lepszej wykrywalności tej choroby i dłuższego życia. Ale to tylko część prawdy. Najbogatsze i najbardziej uprzemysłowione kraje mają najwyższe wskaźniki zachorowalności na raka sutka na świecie. Ci, których bliscy chorowali już na ten nowotwór, to tylko 10 proc. przypadków. Większość kobiet (a także mężczyzn), które nań zapadają, jest pierwsza w rodzinie. Tu musi chodzi o coś więcej, i to „więcej” jest związane z nowoczesnym stylem życia. Z kanapą, na której siadamy, z tym, czy i kiedy rodzimy dzieci, z pigułkami, które łykamy, i z tym, co jemy.

Oprócz rodzinnej historii chorób mam, tak jak wiele innych kobiet, także inne czynniki ryzyka – dość późno urodziłam pierwsze dziecko i niewiele razy byłam w ciąży, co oznacza, że przez wiele lat w moim organizmie krążyły duże ilości estrogenów. Pigułki antykoncepcyjne zaczęłam brać, kiedy jeszcze byłam nastolatką. Podobnie jak większość Amerykanów mam obniżony poziom witaminy D – kolejny czynnik ryzyka związany z tym, jak dziś żyjemy. Podsumowując, jestem całkiem przeciętna, podobnie jak moje piersi. Dlatego pisząc tę książkę, czasem wykorzystywałam własne ciało jako model nowoczesnej kobiety. Poddawałam je testom na dobrze znane i potencjalne czynniki rakotwórcze, pozwalałam swoje piersi prześwietlać i badać na różne sposoby. W niektórych eksperymentach chętnie wzięła udział także moja córka Annabel.

„Piersi” to opowieść o związku otaczającego nas środowiska z naszymi organizmami. Mówi o tym, jak najpierw doprowadziło ono piersi do doskonałości, a potem zaczęło im szkodzić. To dziennikarska książka o biologii, antropologii i medycynie. Jej pierwsze wydanie ukazało się w pięćdziesiątą rocznicę dwóch bardzo ważnych wydarzeń w naturalnej historii piersi – publikacji książki Silent Spring [Wiosna w ciszy] w której Rachel Carson opisała, jak zanieczyszczenia przemysłowe zmieniają środowisko, oraz operacji wszczepienia pierwszego implantu piersi (w Houston w Teksasie wszczepiono go pewnej kobiecie, która chciała tylko zmniejszyć swoje odstające uszy).

Dlaczego powinniśmy lepiej poznać piersi? Czemu mają nas obchodzić? Otóż z kilku powodów. Po pierwsze, kochamy je do bólu i sporo im zawdzięczamy. Po drugie, chcemy o nie dbać i chronić je, a żeby to zrobić, musimy zrozumieć, jak funkcjonują i jak mogą się popsuć. Po trzecie, są ważniejsze, niż nam się wydaje. Pokazują, jak zmienia się ludzkość. Jeśli będziemy coraz częściej bezdzietne, a nasze mleko będzie coraz bardziej zanieczyszczone oraz jeśli będziemy wcześniej dojrzewać, a menopauzę przechodzić później, to czy spełnimy naszą powinność wobec całego gatunku? Czy piersi są miękką awangardą dewolucji? A jeśli tak, to czy potrafimy przywrócić im dawną chwałę bez odrzucenia zdobyczy cywilizacji? Piersi czują ciężar wszystkich przewinień, które popełniliśmy wobec naszej planety. Mówią nam o nich wyraźnie, choć nie zawsze chcemy ich słuchać.

Jeśli dzięki piersiom jesteśmy ludźmi, to od tego, czy je uratujemy, zależy, czy uratujemy nas samych.

[Piersi] to część ciała, z którą nie przyszłyśmy na świat... Zupełnie nowy narząd, a właściwie dwa, który trudno ukryć i którego trudno się pozbyć. Sterczą tak, żeby cały świat mógł je dostrzec... Bliźniaczy posłańcy donoszący o naszej bezradności, oznajmiający, że Przyroda ma dla nas plan, przy którego pisaniu nie zasięgała naszej opinii.

Francine Prose, Master Breasts [Piersi po mistrzowsku][1]

Jeśli takie gwiazdy jak Jayne Mansfield i Mae West cokolwiek rozumiały, to na pewno potęgę obfitego posagu danego im przez matkę naturę. We wspomnieniach Goodness Had Nothing to Do with It [Dobrocią nic nie wskórasz] wydanych w 1959 r. West opisuje, że odkąd była nastolatką, wcierała sobie w piersi masło kakaowe i męczyła je zimnymi natryskami. „Dzięki temu były gładkie[2] i mocne. Miały też mięśnie, które utrzymywały je tam, gdzie trzeba”. West nie jest oczywiście jedyną, która sprzedaje innym kobietom „dobre rady” dotyczące tego, jak mają dbać o biust. W internecie można znaleźć specjalne kremy, pigułki, pompki, ćwiczenia na mięśnie klatki piersiowej, a na YouTubie nawet filmik instruktażowy wyjaśniający, jak opanować korzystanie z photoshopowego filtra „Skraplanie”, za pomocą którego można napompować sobie cycki na zdjęciu.

W kulturze zachodniej duże piersi zwracają uwagę. Tak przynajmniej wszyscy mówią. Moje nie odstają od amerykańskiej przeciętnej – noszę staniki o miseczce B[*2]. Znajome opowiadały mi, że bycie posiadaczką dużych piersi przypomina chodzenie z neonem wiszącym na szyi. Mężczyźni, kobiety, dzieci – wszyscy się gapią, bo obfity biust przyciąga wzrok. Niektórzy faceci wzdychają. Nic dziwnego, że są antropolodzy, którzy nazywają piersi „sygnalizacją”. Jak twierdzą, biust sygnalizuje reszcie świata, jak zdrowy, dojrzały i w jakiej kondycji jest organizm jego posiadaczki. W przeciwnym razie po co komu piersi?

Wszystkie ssaki są wyposażone w gruczoły mlekowe, ale żaden inny oprócz nas nie ma „piersi”[3]. Tych przyjemnych półkul, które pączkują, kiedy dojrzewamy, i zostają z nami, niezależnie od tego, czy chcemy mieć dzieci, czy nie. Bo kobiece piersi to coś więcej niż tylko gruczoły mlekowe. Są zbudowane także z tłuszczu i tkanki łącznej, która zapewnia im szkielet. Do wykarmienia niemowlęcia gruczołowi mlekowemu wystarczy objętość nie większa niż pół kurzego jaja. Wielki biust nie jest mu do tego potrzebny. Obok dwunożności, mowy i bezwłosej skóry sterczące dumnie i miękko piersi wyróżniają nas w świecie zwierząt. Inaczej jednak niż dwunożność czy brak futra piersi to cecha charakterystyczna tylko dla jednej płci (przynajmniej zazwyczaj). A to oznacza, jak wskazywał już Darwin, że mogły wyewoluować w celu zasygnalizowania czegoś potencjalnym partnerom.

Ale czego konkretnie? I czy wyjaśnia to, jak ludzkość wygrała los na tej cyckowej loterii?

W hipotezę „sygnalizacyjną” wierzy wielu uczonych, którzy poświęcili kawał życia, żeby znaleźć odpowiedzi na powyższe pytania. Jedno jest pewne – ich praca należy do radosnych. Nie jest specjalnie trudno wymyślić badanie, które udowodni, że mężczyźni lubią piersi. Trudniej jednak wykazać, że ma to jakieś ewolucyjne znaczenie.

Miałam nadzieję, że odpowiedzi udzielą mi pomysłowe eksperymenty Alana i Barnaby’ego Dixsonów – ojcowsko-synowskiego duetu naukowców, którzy zawodowo gapią się na piersi. Obaj pracują w Wellington w Nowej Zelandii i opublikowali już wiele wyników badań na temat męskich preferencji dotyczących biustu – jego rozmiarów, kształtu, koloru aureoli otaczających sutki – oraz kobiecego ciała i seksualności na wyspach Samoa, w Papui-Nowej Gwinei, Kamerunie i Chinach.

Alan to znakomity prymatolog, były dyrektor naukowy ogrodu zoologicznego w San Diego w USA, który do wspólnego projektu wnosi doświadczenie w badaniu seksualności małp naczelnych. Barnaby, świeżo po doktoracie z antropologii kulturowej, jest świetny w komputerowej wizualizacji danych i ma młodzieńczy zapał do pracy w terenie.

Z Barnabym spotkaliśmy się w wietrzny, jesienny dzień w Wellington. Ten wysoki, zawadiacki 26-latek z burzą kręconych kasztanowych włosów opadających na rybacki sweter wyglądał w sumie dość poważnie. Ciągle zamyślony i ze zmarszczonym czołem nie przestawał gubić różnych drobiazgów (posiał gdzieś bilet parkingowy). Chyba nie jest łatwo być ekspertem od sygnałów seksualnych.

– Wszyscy myślą, że marnuję państwowe pieniądze, żeby popatrzeć sobie na piersi. Nic nie rozumieją – wyjaśnił mi rzeczowo swoim twardym brytyjskim akcentem. Jak dodał, w krajach takich jak Samoa – intensywnie działają w nim misjonarze – pytanie mężczyzn o to, jakie piersi im się podobają, to sprawa dosyć delikatna. Czasem ankietowani biorą go za zboczeńca i reagują dość ostro. Dlatego unika zaczepiania facetów po alkoholu. Narzekał też, że trudno mu zdobywać fundusze na badania, kiedy o finansowanie ubiegają się naukowcy szukający leków na raka piersi. – Powinienem był zostać lekarzem – zaznaczył. – Ale jestem na to za delikatny.

W ostatnim eksperymencie Barnaby wykorzystał maszynę do śledzenia ruchu gałki ocznej EyeLink 1000 i zestaw specjalistycznego oprogramowania. Całość kosztowała 60 tys. dol. i spoczywa w pokoiku nazwanym „Laboratorium percepcji/uwagi”, który należy do wydziału psychologii Uniwersytetu Wiktorii. Urządzenie wygląda jak przeniesione z gabinetu optometrysty. Brodę umieszczasz na podstawce, a czoło opierasz o metalową obręcz. Potem patrzysz przez małe szkiełka. Zamiast jednak zobaczyć piramidę złożoną z liter, widzisz obrazki nagich kobiet migające na ekranie komputerowym. Gdyby każde badanie oczu tak wyglądało, nie trzeba by było namawiać mężczyzn, żeby poszli wreszcie do okulisty.

Kiedy odwiedziłam Barnaby’ego w laboratorium, instruował właśnie kolejnego ochotnika, studenta ekologii. Miał on na imię Roan i cierpliwie wpatrywał się w wizjer, kiedy Barnaby kalibrował urządzenie. Potem naukowiec wyjaśnił nam, na czym eksperyment będzie polegał. Roan dostanie do oceny sześć zdjęć tej samej dorodnej modelki. Na wszystkich jej ciało zostanie jednak komputerowo zmienione. Pacjent będzie miał pięć sekund, żeby napatrzyć się na każdą fotografię, a potem będzie musiał ocenić przedstawioną na nich modelkę w skali od jednego do sześciu (od najmniej do najbardziej atrakcyjnej). Na zdjęciach modelka będzie miała większe albo drobniejsze piersi, a także różny stosunek obwodu talii do obwodu bioder. Te dwa współczynniki – rozmiar piersi i tzw. WHR [ang. waist-to-hip ratio] – to lingua franca badań nad atrakcyjnością, które, wierzcie bądź nie, są uznaną podspecjalizacją w antropologii, socjobiologii i neuropsychologii. W teorii to, jak samce i samice oceniają swoje wymiary, ma nam coś powiedzieć o ewolucji naszego gatunku oraz o tym, kim jesteśmy.

Maszyna do śledzenia ruchu gałek ocznych nie kłamie. Dokładnie pokaże, które fragmenty ciała modelki Roan omiecie wzrokiem, zanim dokona jego oceny. Jak wytłumaczył mi Barnaby, maszyna mierzy ruch obrotowy źrenic z dokładnością do jednej setnej stopnia i zapisuje czas, jaki poświęcają każdej części ciała.

– Piękno tego eksperymentu polega na tym, że pozwala on sprawdzić reakcję na bodźce. Można dosłownie zmierzyć ruchy oka oceniającego atrakcyjność innej osoby – mówił uczony.

Roan zaczął się wgapiać i oceniać. Zajęło mu to parę minut. Na koniec był odrobinę zarumieniony.

Został z nami, żeby zobaczyć, jak sobie poradził. Barnaby zwizualizował wyniki badania na ekranie komputera. Zielone okręgi objęły modelkę – każdy oznaczał, że Roan zatrzymał wzrok na konkretnej części jej ciała. Niektóre otoczyły twarz, kilka biodra, ale najwięcej owinęło się wokół piersi.

Barnaby zaczął tłumaczyć: – Najpierw patrzył na piersi, potem na twarz, znowu na piersi, następnie na krocze, brzuch, twarz, piersi, twarz, piersi. Za każdym następnym razem, kiedy patrzył na piersi, spoglądał na nie odrobinę dłużej.

Zafiksowany na biuście Roan przyglądał mu się najwięcej czasu. A modelkę, która miała na zdjęciach jednocześnie szczuplejsze kształty i bujniejsze piersi, ocenił jako atrakcyjniejszą.

Innymi słowy, Roan zachował się jak typowy facet, tak jak spodziewałaby się po nim Jayne Mansfield. Gdyby to ona decydowała o zakupach do laboratorium Barnaby’ego, Uniwersytet Wiktorii oszczędziłby kupę pieniędzy.

Choć jednak wyniki uzyskane podczas badania mogą się wydawać oczywiste, to tylko dane potwierdzone eksperymentalnie są podstawą pracy naukowej. Barnaby zamierzał opublikować efekty swoich badań[4] w magazynie „Human Nature”. Uważał, że jego doświadczenia potwierdzały dość powszechnie przyjmowaną hipotezę, że piersi wyewoluowały jako bardzo ważny sygnał dla potencjalnych partnerów seksualnych. To dlatego już jedną piątą sekundy po spojrzeniu na kobietę – ładne kwiatki! – mężczyzna rzuca okiem na jej piersi.

– Teoria mówi, że kiedy nasi przodkowie wybierali partnerkę seksualną, jej wiek i płodność były dla nich najważniejsze – wyjaśnił Barnaby. – Dlatego oceniając kobietę wzrokiem, ciągle szukamy oznak świadczących o jej wartości, młodzieńczości, zdrowiu, płodności.

Uczony uważa, że dla prehistorycznych mężczyzn rzut oka na piersi był przydatny. A ponieważ podobały im się te dyndające półkule – które jak każda nowa cecha musiały się pojawić na tym świecie przypadkowo – to wybierali partnerki, które je miały. Piersiaste kobiety były więc najbardziej popularne w stadzie i miały dostęp do najlepszych samców. Dlatego to one przekazały swoje cechy kolejnym pokoleniom. W „świecie według Barnaby’ego” na tym właściwie sprawa się kończy.

Zastanawiałam się, czy Roan – który pochodzi z RPA i zajmuje się badaniem nosorożców – rzeczywiście podświadomie wyłapywał informacje o zdrowiu i młodzieńczości modelki z obrazków pożeranych wzrokiem przez ledwie kilka sekund.

– U kobiet zwracasz uwagę głównie na piersi? – zapytałam go.

– Dobre pytanie – odpowiedział. – Tak, ale nie tylko. Nie mam obsesji jak niektórzy goście gadający tylko o cyckach. Ale obfity biust zdecydowanie mi nie wadzi.

Zezłościło mnie to całe badanie i jego konsekwencje dla relacji międzyludzkich. Mężczyzna gapi się przez pięć sekund na kobiece biodra oraz piersi i w ten sposób decyduje, czy pójść z nią do łóżka? Czy tak wygląda ewolucyjna historia naszego gatunku? Czy dobieranie się w pary nadal tak przebiega? A nawet jeśli tak, to czy naprawdę pomaga nam to zrozumieć, dlaczego mamy piersi?

– Mam nadzieję, że kiedy patrzycie na kobietę, to widzicie coś więcej niż tylko jej cycki – spojrzałam na Barnaby’ego i Roana.

Roan zaczerwienił się i roześmiał: – Oczywiście! Wyluzuj!

– No jasne, nie będę się przecież gapił tylko na piersi – dodał Barnaby.

– Ale niektórzy tak – podsumował Roan.

Barnaby poczuł się w obowiązku, żeby ruszyć mi na ratunek. – To tylko eksperyment. Bada pierwsze spojrzenie, czyli filtr, który pozwala mężczyźnie na szybką ocenę najbardziej widocznych sygnałów seksualnych. Ale później, kiedy dochodzi już do spotkań i rozmów, w grę zaczyna wchodzić wiele zmiennych: osobowość, religijność, status społeczno-ekonomiczny.

– Poczucie humoru? – podrzuciłam.

– Oczywiście, oczywiście – przytaknął Roan.

PÓŹNIEJ JEDLIŚMY OBIAD W MAŁYM DOMU PRZY STRUMIENIU NA WZGÓRZACH WELLINGTON. Barnaby mieszka ze swoją dziewczyną Monicą, która jest Kanadyjką i studiuje etologię ptaków. Ugotowała fantastyczną zupę z pieczonych słodkich ziemniaków, na które w Nowej Zelandii mówią „kumara”. Nad kuchnią wisiał napis: „Prosimy nie karmić niedźwiedzia”.

Okazało się, że badania Barnaby’ego nie tylko mnie otworzyły oczy i nie tylko mnie wyprowadziły z równowagi.

– Kiedy Barny prowadzi zajęcia na temat stosunku obwodu talii do obwodu bioder[5], wszystkie studentki potem się mierzą – powiedziała Monica.

(Badania Barnaby’ego i innych naukowców pokazały, że mężczyźni preferują marilynowski współczynnik WHR wynoszący 0,7, czyli kiedy kobiety mają w talii 70 proc. tego co w biodrach. Niektórzy uczeni stawiają hipotezy, że ta magiczna liczba pokazuje optymalny poziom zdrowia i hormonów płciowych u kobiety. Ale znaczenie, jakie nadają WHR, wzbudza w świecie naukowym kontrowersje).

Barnaby wyraźnie zesztywniał.

– Cóż, to przykre.

– Ja się zmierzyłam – przyznała się Monica.

– I co wyszło? – zapytałam.

– 0,75.

A zresztą sam Barnaby też poddawał się rezultatom swoich dociekań naukowych. Na przykład zapuścił brodę. Podczas studiów antropologicznych dowiedział się, że broda jest męska i symbolizuje autorytet. Jego ojciec Alan Dixson, który też wykłada na uniwersytecie i mieszka w sąsiednim miasteczku z żoną Amandą i 40-kilogramowym buldogiem o imieniu Huxley[6], nosi pokaźne siwe wąsiska.

Ściany w domu Barnaby’ego pokryte są rysunkami Alana. Na jednym – mandryl, na innym – goryl. Ojciec sam ilustruje większość pisanych przez siebie podręczników. Barnaby woli grafiki komputerowe. Ostatnia książka Alana[7] nosi tytuł Sexual Selection and the Origins of Human Mating Systems [Wybory seksualne i dlaczego w ten sposób ich dokonujemy]. Oprócz ośmiu wspólnych publikacji ojca i syna łączą miłość do zwierząt i grzeczny, wręcz nieśmiały sposób bycia.

– Barnaby to taka nowsza wersja Alana – śmiała się Monica.

Młodszy z Dixsonów urodził się w Anglii, ale wychował w Szkocji i zachodniej Afryce. W Gabonie, gdzie Alan prowadził centrum prymatologiczne i badał „wyścigi plemników”, rodzina Barnaby’ego miała w domu małpiatkę z gatunku potto o imieniu Percy. Dixsonowie żyli w otoczeniu zwierząt, więc zwierzęce zachowania – seksualne i inne – nikogo z nich nie dziwiły. Starszy brat Barnaby’ego też jest naukowcem. Specjalizuje się w ogromnych świerszczach nielotach.

Zarówno Alan, jak i Barnaby wierzą, że badanie zachowań seksualnych innych naczelnych może nam pomóc w zrozumieniu naszych własnych narządów rozrodczych. Weźmy choćby ich rozmiar. Mężczyźni w porównaniu z innymi samcami naczelnych mają niewielkie jądra[8]. Według Alana może to oznaczać, że nasi dalecy przodkowie byli poligamiczni (choć naukowcy toczą na ten temat zaciekłe spory, bo ewolucjoniści to niezwykle krwiożercze bestie).

Dla Dixsonów powiększone kobiecie piersi, podobnie jak potężne jądra u szympansów albo broda u orangutanów, to „dworskie fatałaszki” zrodzone ze współzawodnictwa seksualnego. Duże jądra produkują więcej plemników, co zwiększa szansę, że to geny ich posiadacza, a nie jego rywala, zdołają dotrzeć do jaja rozwiązłej kobiety. Samce z większymi jądrami miały więcej potomków, którzy też mieli duże jądra. Jeśli zaś chodzi o brody i piersi, to Dixsonowie uważają je za uwodzicielskie ozdoby, które mają zareklamować genetyczną jakość prima sort. Ci, którzy przyciągali najlepszych partnerów seksualnych, mieli lepiej przystosowane do środowiska potomstwo i w efekcie najwięcej genetycznych spadkobierców, którzy dalej rozpowszechniali cechy przodków. Taki pogląd to esencja selekcji naturalnej według Karola Darwina.

– Wiele napisano na temat tego, o czym piersi mogą informować mężczyznę – powiedział Barnaby. – W uproszczeniu mówią mu, że ma przed sobą dojrzałą seksualnie kobietę. Reszta to tylko bardzo ciekawe hipotezy. Jedna z nich, która akurat mnie się podoba, jest oparta na obserwacji ludu zbieracko-łowieckiego Hadza żyjącego w Tanzanii. Według niej mężczyźni mają obsesję[9] na punkcie piersi o pełnych kształtach.

Jak tłumaczył, kiedy kobieta się starzeje i ma za sobą coraz więcej ciąż (zmniejszając w ten sposób swoją wartość na „rynku seksualnym”), jej piersi się zmieniają. – Jak by to ładnie powiedzieć... – kręcił. – Cóż, lata i siła ciążenia robią swoje. Piersi tracą jędrność i nieco opadają. A to dla mężczyzn konkretna informacja o wieku i płodności kobiety oraz o szansie na potomstwo z nią.

Innymi słowy, chłopaki, zajmijcie się może kimś bardziej wartościowym – z biologicznego punktu widzenia.

Pieskie to życie.

Tym niuansom nie ma końca. Większe piersi zwisają bardziej niż małe, więc jak mówił Barnaby, mężczyznom bardziej odpowiadają te pierwsze, bo więcej mówią o wieku potencjalnej partnerki seksualnej.

Są nawet badania, które wspierają te hipotezy. Kilka lat temu w Bretanii we Francji[10] pewna 20-letnia aktorka o „przeciętnej urodzie” i niewielkim biuście dostała przedziwną fuchę. Miała siedzieć przy barze, żeby naukowiec „w cywilu” mógł zanotować, ilu mężczyzn ją zaczepi. Potem miała sobie włożyć do stanika poduszeczki, podbić swój biust do rozmiaru B i zmienić bar. W kolejnej knajpie występowała już jako C. Za każdym razem była tak samo ubrana – w dżinsy i ciasną bluzę. Poinstruowano ją, żeby patrzyła na tańczących na parkiecie, ale nie zwracała uwagi na mężczyzn, którzy kręcili się naokoło. Eksperyment powtórzono przez 12 wieczorów w ciągu trzech tygodni.

Kiedy aktorka nosiła biustonosz o miseczkach A, poproszono ją do tańca 13 razy. Kiedy awansowała do klasy B – 19 razy. A kiedy jej piersi urosły do rozmiaru C? 44 razy.

Potem pani Elastyna wzięła udział[11] w kolejnym eksperymencie. W słoneczny letni dzień łapała stopa na jednej z dróg w pięknej Bretanii. We wcieleniu A udało jej się zatrzymać 15 mężczyzn. Kiedy powiększyła sobie biust do rozmiaru B, złapała 20 kierowców. A kiedy do C – 25. Natomiast kobietom za kierownicą nie robiło różnicy, czy zatrzymująca je aktorka miała mały, czy duży biust.

Z wcześniejszych badań wiadomo też, że bardziej piersiaste kelnerki[12] dostają większe napiwki.

Steven Platek, neurobiolog ewolucyjny z college’u stanowego w Gwinnett w Georgii w USA, przeskanował rezonansem magnetycznym mózgi swoich studentów, kiedy patrzyli na zdjęcia piersi. Jak można się spodziewać, widok drażnił ośrodek nagrody w ich mózgach.

– Większość zdjęć tak pochłonęła badanych mężczyzn, że nie byli w stanie zająć się niczym innym, tak byli rozkojarzeni – opowiadał mi Platek.

Słownik ulicznej angielszczyzny Urban Dictionary opisuje ten stan jako „bimbałowaty”.

W porządku, piersi rozkojarzają mężczyzn. Ponieważ zostaliśmy wychowani w kulturze zachodniej, dobrze o tym wiemy. Trudno jednak formułować teorie dotyczące ewolucji, opierając się tylko na zachowaniu samców w pubach. Przede wszystkim niepokoi mnie „hipoteza pełnych piersi”, którą równie dobrze można by nazwać „hipotezą zwisającego worka”. Z mojego doświadczenia wynika bowiem, że po ciąży moje piersi nabrały pełni i wielkości. Nie mogę powiedzieć, żeby mi „zwisały”, przynajmniej na razie. Mimo że już dawno mam za sobą okres, który antropolodzy nazywają szczytowym wiekiem reprodukcyjnym. Czy mężczyzna naprawdę musi spojrzeć na piersi, żeby dowiedzieć się, że kobieta się starzeje? Czy nie ma ku temu bardziej oczywistych sygnałów, które nie wymagają niegrzecznego zerkania?

Każda kobieta, która kiedykolwiek była pod prysznicem z innymi kobietami, a nawet każdy, kto wiosną wybierze się do jakiegokolwiek miasteczka uniwersyteckiego, zaświadczy, że w przyrodzie istnieje dosłownie przeogromna różnorodność biustów. Ich rozmiarów i kształtów. Objętość piersi kobiet w tym samym wieku potrafi się różnić trzy–pięciokrotnie. Jaka inna część kobiecego ciała jest tak różnorodna? Jeśli piersi są ważnym sygnałem dotyczącym wieku, to czy nie powinny raczej być podobnych rozmiarów?

Aby sprawę jeszcze bardziej skomplikować – także mężczyźni mają różnorodne upodobania. Nawet Barnaby musiał przyznać, że zawiódł się na męskich wyborach. Spodziewał się, że wszyscy faceci wolą duże piersi. Ale to nieprawda. W swojej wcześniejszej pracy[13] opublikowanej przez „Archives of Sexual Behavior” wyliczał, że ta sama liczba badanych przezeń mężczyzn preferowała duże i średniej wielkości piersi, a wcale nie tak mało facetów szalało na punkcie małych biustów. W badaniu, zaznaczmy, wzięli udział tylko biali, heteroseksualni faceci z Nowej Zelandii. Inne obserwacje pokazały[14], że mężczyźni z plemion Azande i Ganda lubią kobiety o długich i obwisłych piersiach, a z kolei Masajowie i mężczyźni z ludu Manus wolą te o okrąglejszych kształtach. Jeszcze inne eksperymenty udowadniają, że w kulturze zachodniej[15], kiedy przyjdzie kryzys gospodarczy, mężczyźni szukają bujnych kobiet – może dlatego, że widzą w nich symbol dobrobytu. Barnaby dowiódł, że mężczyźni lubią po prostu gapić się na cycki – niezależnie od ich rozmiarów i tego, jak atrakcyjne im się wydawały.

Błędnie założył też, że jeśli piersi są tak ważnym sygnałem stanu zdrowia kobiety, to równie ważne dla mężczyzn powinny być aureole otaczające sutki. U młodych kobiet, które nie miały jeszcze dzieci, są one jaśniejsze. I takie, wydawało się Barnaby’emu, powinni woleć mężczyźni[16]. Dlatego zdziwił się, kiedy z badań wyszło, że faceci wolą ciemniejsze aureole kobiet, które są już mamami. Bardzo rozstrzelone były za to wyniki badań dotyczące rozmiaru aureoli.

I choć większość mężczyzn lubi piersi, to w wielu rejonach świata nie przywiązuje się do nich tak dużej wagi. Nie w każdej kulturze mają restauracje sieci Hooters [w których kelnerki są ubrane jak cheerleaderki]. W Japonii podniecają się gołym karkiem. W niektórych rejonach zachodniej Afryki i Ameryki Południowej królują tyłeczki. Kiedy mój syn był mały, mroził mnie często, podśpiewując piosenkę ze „Shreka”: „Lubię duże tyłki i nie umiem kłamać”.

Barnaby zdaje sobie sprawę z tych wszystkich niekonsekwencji i czasem boli go od nich głowa. Ale choć przyznaje, że wyniki eksperymentów nie są jednoznaczne, to ciągle uważa, że układają się w dość logiczną całość. – Skoro badania pokazują, że mężczyźni poświęcają piersiom tyle czasu i uwagi, to coś musi być na rzeczy. Musi być jakiś ewolucyjny mechanizm, który ich do tego zachęca i który spowodował, że kobiety w ogóle mają piersi.

BARNABY NALEŻY DO GRUPY BADACZY, którzy już od co najmniej pół wieku zastanawiają się nad wpływem męskich spojrzeń na ewolucję piersi. Ten ruch w interesie zaczął się co najmniej w 1967 r., kiedy Desmond Morris opublikował słynną i ważną książkę[17] pt. Naga małpa (Morris to brytyjski zoolog, który zasłynął także wymyśleniem choreografii, gestów i chrząknięć dla bohaterów francusko-kanadyjskiego filmu Walka o ogień). Próbuje w niej wytłumaczyć, dlaczego ludzie zachowują się tak, jak się zachowują. I opisuje prehistoryczny świat w taki sposób, jakby to były martwe przedmieścia sypialnie jakiejś metropolii z połowy XX wieku. Wyjaśnia między innymi, jak z plejstocenu wyłonił się wyjątkowy wśród naczelnych człowiek łowca. I jak mężczyzna, wracając do domu po ciężkim dniu spędzonym na tropieniu zwierzyny, potrzebował pobudzających zabiegów ze strony dbającej o ognisko domowe kobiety. Inaczej za nic nie zmusiłby się do ciągłych powrotów i dbania o rodzinę (nieważne, że w społecznościach zbieraczo-łowieckich to kobiety, a nie mężczyźni, dostarczały rodzinie większości pożywienia – badania na ten temat ukazały się później, a Morris nigdy nie dopasował do nich swojej hipotezy o pochodzeniu piersi).

Skoro Żona Wielkiego Łowcy musiała ciągle wyglądać seksownie, potrzebowała dużej i umieszczonej w widocznym miejscu „sygnalizacji”, która odróżniałaby ją od samic innych naczelnych – niechodzących przecież na dwóch nogach. One informowały samców o gotowości do spółkowania i o rui za pomocą obrzmiałych pośladków i warg sromowych.

„Czy można jednak – pytał Morris – spoglądając na przednią stronę ciała samic naszego gatunku, dopatrzyć się czegokolwiek, co imitowałoby widok półkulistych pośladków i czerwonych warg sromowych, ukazywanych kokieteryjnie naszym praprzodkom przez ich samice? Odpowiedź na to pytanie rzuca się natychmiast w oczy, niczym obfity biust samicy. Sterczące półkuliste piersi samicy muszą być niewątpliwie odpowiednikiem mięsistych pośladków, ostro zaś zarysowane czerwone wargi ust – odpowiednikiem warg sromowych”[*3]. Chyba już nigdy nie będę tak bezrefleksyjnie malować sobie ust szminką.

Dzisiaj Nagą małpę czyta się jak zawstydzający manifest męskiej dominacji opublikowany dokładnie w tym samym czasie, kiedy ruch wyzwolenia kobiet nabierał rozpędu. Morris naśladował chyba Linneusza, który z powodów politycznych określił nas jako ssaki (mammalia), bo chciał, żeby kobiety czasów oświecenia nie zapominały, że przede wszystkim mają być matkami. Z drugiej strony może Linneusz i Morris, podobnie jak dość spora grupa mężczyzn, po prostu najbardziej lubili u kobiet piersi.

Kocha je w końcu wielu antropologów. W ilustracjach zdobiących podręczniki, na wystawach muzealnych dodają piersi wszystkim „brakującym ogniwom” ewolucji, mimo że wykopaliska nie dają na to żadnych dowodów[*4]. Ardi? Lucy? Piersi i jeszcze raz piersi. Nawet mityczna Pani Wielka Stopa z Gór Skalistych ma na wielu rysunkach przyjemną parkę.

Wszystkie znamy mężczyzn takich jak Morris. Jest ich bardzo wielu. Ale są i tacy, którzy zwracają uwagę głównie na nogi, jak mój mąż, niech go Bóg błogosławi. Tak czy inaczej, badania nad atrakcyjnością seksualną nawet dziś wywołują żarliwe spory i toczą się w ogniu oskarżeń o szowinizm.

Spróbujcie na przykład powiedzieć jakiejś antropolożce feministce, że ma piersi dzięki mężczyznom. Możecie za to dostać po głowie gumową miednicą australopiteka. Walijska pisarka Elaine Morgan[18] napisała całą, pyszną wręcz książkę, w której odpowiada na hipotezy Morrisa i jemu podobnych. W Pochodzeniu kobiety odrzuca tezę, jakoby rozwój każdej części ludzkiego ciała, w tym piersi, był warunkowany męskimi potrzebami.

Morgan uważa, że to mocno niewiarygodna historyjka. „Desmond Morris, zastanawiając się nad kształtem kobiecego biustu, natychmiast wydedukował, że wyewoluował on, ponieważ partner kobiety został wspaniałym myśliwym, i broni tej niedorzecznej tezy z największą pomysłowością. Jest coś w tej postaci Tarzana, co wszystkich zauroczyło”[*5]. Według Frances Mascii-Lees, antropolożki z Uniwersytetu Rutgersa w USA, całe ostatnie półwiecze badań naukowych nad piersiami i atrakcyjnością należy wyrzucić do kosza. – Ci sami ludzie ciągle powtarzają te same argumenty – powiedziała mi. – Za nic się ich nie wyrzekną. Ale prawda jest taka, że jeśli chcesz znaleźć partnera seksualnego i mieć z nim dzieci, to rozmiar twoich piersi nie ma znaczenia – choć wielu speców od reklamy i chirurgów plastycznych będzie ci wciskać kit, że jest odwrotnie.

Badaczka wskazała też na luki w teorii traktującej piersi jako sygnalizację dla potencjalnych partnerów. Jeśli duże i mocne piersi oznaczają, że kobieta jest płodna i chętna na seks, to dlaczego są one największe, kiedy już jest w ciąży i potem, kiedy karmi dziecko? Skąd wzięło się tak ogromne zróżnicowanie rozmiarów i kształtów biustu? Dlaczego tak wiele kobiet, które mają niewielkie piersi, świetnie radzi sobie z rodzeniem, karmieniem i wychowywaniem dzieci?

Głupio mi to przyznać, ale zastanawiałam się, czy takie przekorne nastawienie nie wynika z tego, że Mascia-Lees sama ma małe piersi. W końcu zapytałam ją o to i okazało się, że wręcz przeciwnie. Ma biust rozmiaru 36DD. Kiedy dostała się na studia w 1981 r., na jej wydziale było 15 facetów i jedna kobieta. Amerykańska obsesja na punkcie piersi stała się dla niej nie do zniesienia. – Kobieta o obfitym biuście szybko stawała się dla mężczyzn obiektem seksualnym – wspominała. – Byłam na tym punkcie dość drażliwa i musiałam się namęczyć, żeby zaczęli traktować mnie poważnie, jak intelektualistkę.

W tamtych czasach teoria Wielkiego Łowcy rządziła bezspornie. To on miał sprowokować wykształcenie się dużego mózgu, mowy, zachowań społecznych, dwunożności, zapoczątkować używanie narzędzi itp. Frances to wkurzało. I popchnęło do pracy naukowej. A że zemsta jest słodka, razem z innymi badaczami wymyśliła kontrscenariusz, w którym to samice miały doprowadzić do ewolucji tych wszystkich cech – poprzez laktację i wyjątkowe potrzeby ludzkiego niemowlęcia. Pomyślcie przez chwilę, panowie akademicy, że piersi wyewoluowały, ponieważ to ONA ich potrzebowała, a nie dlatego, że pożądał ich jej uzbrojony w kij jaskiniowiec.

Mascia-Lees dowodzi, że piersi wyewoluowały w wyniku doboru naturalnego, a nie seksualnego. Wydaje się to sensowne, nawet bardziej niż „męska” hipoteza. Piersi miały doprowadzić do tego, by kobiety i ich dzieci lepiej przystosowały się do środowiska naturalnego. I stały się bardziej wprawne w tym, co Darwin ze smutkiem nazwał „walką o byt”. Potrzeby mężczyzn, nawet jeśli zgodzimy się, że istnieją i są uniwersalne, były tu drugorzędne. Uczona twierdzi też, że dzięki piersiom kobiety miały większe – choć tylko o kilka procent – zapasy tłuszczu[19]. A w trudnym i nieprzewidywalnym środowisku naturalnym, w którym ewoluowali pierwsi ludzie (na przykład na otwartych równinach, gdzie temperatura skakała jak szalona), taki zapas mógł decydować o utrzymaniu ciąży i laktacji. Ludzie potrzebują więcej tłuszczu niż inne naczelne, bo w przeciwieństwie do nich nie mają ciepłego futra. I co najważniejsze, potrzebują więcej tłuszczu, żeby podczas karmienia dotrzymać kroku swoim pyzatym niemowlakom, których wielkie, szybko rosnące mózgi potrzebują ciągłej dostawy wielonienasyconych kwasów tłuszczowych. To dlatego kobiece ciała nie dopuszczają do owulacji, jeśli nie zgromadzą zapasów. Przeciętna kobieta w okresie rozrodczym ma dwa razy większy tłuszczyk niż mężczyzna.

Ale czemu przechowujemy go w piersiach, a nie na przykład w łokciach? Mascia-Lees znalazła na to dobre wytłumaczenie. Tłuszcz i cholesterol produkują estrogeny. Mamy zatem więcej estrogenów niż samice innych naczelnych, bo mamy więcej tłuszczu niż one. Natomiast gruczoły mlekowe są pełne komórek wrażliwych na estrogeny. Sekwencja zdarzeń wygląda tak: podczas dojrzewania i po nim musimy mieć więcej tłuszczyku, żeby poradzić sobie z „produkcją” dzieci; tłuszcz produkuje estrogeny; a nasze piersi rosną, bo ich komórki je kochają.

Według Mascii-Lees piersi są więc „produktem ubocznym gromadzenia zapasów tłuszczu”. Badaczka przyznaje, że jej hipoteza nie jest ani tak łatwa do sprawdzenia eksperymentalnie, ani tak seksowna jak ta stworzona przez Morrisa i jego kumpli. Ale o to chodziło.

– Próbuję wykazać, iż moje założenia są o wiele bardziej umocowane w rzeczywistości – powiedziała mi. – Że nie są tylko projekcją kultury na naszą biologię.

Może dlatego, że nie mam biustu, na który mężczyźni by się gapili, chętnie rozważyłabym też inne hipotezy. A jest ich bez liku. Problem w tym, że w odróżnieniu na przykład od wykształcenia się przeciwstawnego kciuka ewolucja piersi nie zostawiła po sobie żadnych skamielin. Nie jest możliwe wskazanie, w którym dokładnie momencie wyposażyła nas w te babskie wieszaki. Czy stało się to, zanim stanęłyśmy na dwóch nogach, czy dopiero potem? Zanim zgubiłyśmy sierść? Dlatego wszystkie hipotezy ewolucyjne dotyczące piersi, w tym te stworzone przez Mascię-Lees i Dixsonów, można raczej zaliczyć do przypuszczeń.

PONIEWAŻ PIERSI SĄ OBIEKTEM ZBIOROWYCH I INDYWIDUALNYCH FANTAZJI, nic dziwnego, że ulegają im nie tylko naukowcy. Kiedy zastanawiamy się nad tajemnicą ich pochodzenia, stają się metaforą naszych marzeń i alegorią innych obiektów pożądania – od pośladków po władzę absolutną. Jeden z zoologów pustyni widzi w biuście coś w rodzaju wielbłądziego garbu[20], w którym gromadziłyśmy tłuszcz oraz wodę i dzięki któremu łatwiej było nam przetrwać w suchym klimacie. Z kolei dla feministek historia piersi jest przypowieścią o ich determinacji.

Podobnie zabawnych opowieści o powstaniu piersi jest zresztą wiele. W XIV wieku Henri de Mondeville, nadworny lekarz króla Francji Filipa Pięknego, pisał: „Są trzy powody, dla których kobiety mają piersi[21] na klatce piersiowej, mimo że u pozostałych zwierząt najczęściej są one gdzie indziej. Po pierwsze, klatka piersiowa to szlachetne, czyste i widoczne miejsce, z którego można je pokazać w sposób przyzwoity. Po drugie, będąc ogrzewanymi przez serce, zwracają mu swoje ciepło, dzięki czemu narząd ten się umacnia. Trzeci powód odnosi się tylko do dużych piersi, które osłaniając klatkę piersiową, grzeją, chronią i wzmacniają brzuch”.

W 1840 r. jakiś lekarz wymyślił[22], że obfitujące w tłuszcz piersi podgrzewają mleko i „amortyzują straszne ciosy, które kobiety z niższych sfer często przyjmują podczas ich pijackich zawodów pięściarskich”. Chyba naczytał się zbyt dużo gotyckich powieści.

Całkiem niedawno badacz z Izraela twierdził[23], że dzięki tłustym piersiom kobieta utrzymuje równowagę w pozycji wyprostowanej. Bo bez nich upadłaby na swoją tłustą pupę. Moja bratowa mówi, że to dokładnie jej przypadek.

Walijka Elaine Morgan podparła swoje teorie na temat piersi wnikliwymi obserwacjami ludzkiej anatomii. Zauważa, że utrata futra przez naszych przodków mogła być problemem dla niemowląt. Inne małe naczelne czepiają się matczynej sierści. Dzięki temu matka ma wolne ręce, może sprawnie skakać po drzewie i wydłubywać mrówki, nawet kiedy malec ssie cyca. My nie mamy takich ułatwień. Musimy trzymać nasze dzieci, a najłatwiej nam tulić je w zgięciach ramion. Ale nawet wtedy ich ustom daleko do sutka. Chyba że tkwi on na końcu półokrągłej piersi. A kiedy dzieci przestały nas już łapać za sierść, to mogły wykorzystać swoje ramiona do gestykulowania. I tak rozwinęły kolejną formę wyrażania swoich uczuć, która pomogła nam się stać tym, kim jesteśmy.

Te nasze wszystkie umiejętności wspaniale wspomaga elastyczny, swobodnie unoszący się sutek. Jak pisze Morgan, genialnie ukształtowana ludzka pierś sprawiła, że „sutek przestaje być zakotwiczony[24] sztywno przy żebrach, jak u małp. Skóra piersi wokół sutka staje się bardziej luźna, co sprawia, że łatwiej nim manewrować, a pod luźniejszą skórą zostaje miejsce, które wypełnia tkanka gruczołowa i tłuszcz. Dorośli mężczyźni uważają te specyficzne dla gatunku kształty za stymulujące seksualnie, ale ich sprawcą i pierwszym beneficjentem zmiany było dziecko”[*6].

Z całą mocą zaświadczam, że karmienie bez sutka, który dziecko może pomiętosić w ustach, byłoby trudne. Kiedy Gillian Bentley, brytyjska antropolożka z Uniwersytetu w Durham, karmiła niemowlę, doznała olśnienia dotyczącego ludzkiej anatomii. U źródeł ontogenezy zaokrąglonych piersi leży kształt ludzkiej głowy. Tym, co bardzo odróżnia nas od innych naczelnych, a także od większości ssaków, jest brak... pyszczka.

Powodów tej różnicy może być kilka. Jednym z nich jest to, że nasze specyficzne uzębienie i szczęka lepiej nadają się do naszej zróżnicowanej diety. Ponieważ w jej skład wchodzi pieczyste, nie potrzebujemy wielkich szczęk, którymi rozrywalibyśmy surowe mięso.

Poza tym mamy ogromne mózgi i tym samym już podczas narodzin stosunkowo duże głowy, pięć razy większe niż u innych naczelnych podobnych rozmiarów. Dlatego, jak twierdzi Bentley, żeby noworodek przecisnął się między wąskimi biodrami swojej dwunożnej mamy, musi mieć płaską buzię. A płaskie twarze i płaskie klatki piersiowe nie pasują do siebie. Spróbujcie pocałować lustro – gdyby dziecko musiało przyciskać buzię do piersi deski swojej mamy, nie mogłoby oddychać przez nos.

Teraz do głowy może wam przyjść pytanie, które i mnie przyszło. Czemu ewolucja nie znalazła nam innego miejsca na nos, na przykład koło ucha? I w sumie czemu wszystkie ssaki mają nosy pomiędzy oczami i ustami? Ten prymitywny układ odziedziczyliśmy po naszych rybich przodkach; to szablon, którego nie da rady zmienić. Niewątpliwie naszym genom łatwiej było zmajstrować kobietom piersi.

Podsumowując – dzięki matczynym piersiom jesteśmy inteligentniejsi.

Kiedy zaczęłam się wczytywać w literaturę o budowie głowy i szyi, natknęłam się na wyjątkową ludzką cechę. Chodzi o to, że potrafimy zgiąć szyję w miejscu, w którym spotyka się ona z głową. Ta cecha wyróżnia nas spośród innych zwierząt – to dlatego noworodki nie potrafią sztywno utrzymać główki. Wydaje się, że spośród ssaków[25] tylko my nie możemy tego zrobić. Mamy za to wyjątkowo wielgachne głowy i długie szyje, w których jest krtań, dzięki czemu umiemy mówić. Noworodka trzeba podtrzymywać podczas karmienia (bo nie mamy sierści, której mógłby się złapać) i podpierać mu głowę, bo inaczej jego krtań by pękła. Także dlatego wygodniej jest posługiwać się sutkiem, który można opuścić do dziecięcej buzi.

To tylko hipoteza, ale mnie się podoba. Dzięki półokrągłym piersiom nauczyliśmy się mówić.

Samicom innych naczelnych podczas laktacji także puchną piersi, ale bez stałej poduszeczki tłuszczowej nie powiększają się one tak bardzo jak nasze i nie są tak okrągłe. Pociągające we wszystkich „kobiecych” hipotezach dotyczących ewolucji piersi jest to, że próbują wytłumaczyć ich pochodzenie, analizując, jak one funkcjonują. Męskie „cycoteorie” nie mają takich ambicji.

To właśnie nie podoba się Danowi Sellenowi, antropologowi z Uniwersytetu w Toronto specjalizującemu się w odżywianiu i ekologii. – Większość antropologów nie bada piersi, nie ma pojęcia, jak one funkcjonują – powiedział mi. – Za to wielu z nich studiuje dobór płciowy. Oczywiście, mężczyźni lubią piersi, ale to wcale nie musi oznaczać, że głównym powodem istnienia biustu jest przyciąganie uwagi samców.

– Byłoby dziwne, gdyby ze wszystkich ssaków mających gruczoły mlekowe tylko ludzie wyhodowali je sobie w wyniku doboru seksualnego – dodał po chwili. – Niby dlaczego piersi u innych ssaków miałyby nie mieć takiego znaczenia?

Można się oczywiście upierać, że to nieważne, dlaczego mamy piersi. Mamy je, kochamy i wiemy, jak z nich korzystać. „Są ładne, zmysłowe, nieodparcie atrakcyjne”[26] – pisze Natalie Angier w książce Kobieta. Geografia intymna. – „Ale też czysto przypadkowe i praktycznie mają o wiele mniejsze znaczenie, niż myślimy”[*7].

Jednak przyczyna, dla której akurat nam rosną piersi, jest istotna. Tym bardziej że za „wyjaśniającymi” ją hipotezami ciągnie się polityczny, seksualny i społeczny zapaszek. Nasze wierzenia na temat pochodzenia – a więc i celu istnienia – piersi mogą mieć nawet wpływ na ich zdrowie i pracę. Nie tylko feministki mają dość historii o wpływie doboru płciowego. Zmęczony jest nimi także Sellen. Jego zdaniem przeseksualizowanie piersi odwraca uwagę od zdrowia niemowląt i stresuje młode kobiety przewrażliwione na punkcie swojego wyglądu. Już teraz trudno zachęcić młode mamy, żeby karmiły piersią. – Jeśli będziemy ciągle podkreślać, że piersi są tylko atrybutem seksualnym, osłabimy ich podstawową i wartą wsparcia rolę, jaką jest karmienie noworodków i niemowląt. Uważam, że powód, dla którego ludzie mają trochę inną budowę piersi niż reszta ssaków, musi być związany z dostarczaniem dziecku składników odżywczych.

Sellen specjalizuje się w odżywianiu niemowląt i przyznaje, że ma w związku z tym swoje uprzedzenia. Ale uważa, że te wpływające na poglądy Dixsonów i innych następców Morrisa są mocniejsze, zwłaszcza że są zakorzenione w ludzkiej naturze. – Dla ludzi wszystko jest związane z seksem. Dlatego zawsze będziemy nadawać różnym rzeczom znaczenie seksualne.

– Jak na przykład stopom krępowanym bandażami i zdeformowanym? – spytałam.

– Dokładnie. Kiedy kultura zmusza kobiety do zakrywania różnych części ciała, mężczyźni natychmiast zaczynają się nimi fascynować. Piersiom nadaliśmy wiele symbolicznych znaczeń, a tymczasem one wyewoluowały z prostszych powodów. Musimy podchodzić do tego bardziej naukowo.

TAKIE TO AKADEMICKIE PRZEPYCHANKI zaprzątały mi głowę w Wellington. Ostatniego dnia pobytu w tym mieście umówiłam się na poranną kawę z Barnabym i Alanem Dixsonami. Alan był w różowej koszuli z kołnierzykiem zapinanym na guziczki, w szelkach i brązowej marynarce. Na szyi miał wisiorek z maoryskim haczykiem na ryby wykonanym z krowiej kości. Wyglądał zarazem jak Anglik elegancki i Anglik ekscentryczny. Z pokaźnym wąsem i rozwianymi białymi włosami przypominał mi trochę przedstawiciela któregoś z gatunków naczelnych, które badał przez tak wiele lat.

Zapytałam, czy uważa, że ewolucją piersi mógł zarządzać dobór naturalny, a nie dobór płciowy.

– Myślę, że jeden i drugi przyczynił się do ich powstania – odpowiedział z pewnością. – Umiejętność tworzenia zapasów tłuszczu w oczywisty sposób się przydaje. Pytanie, w którym miejscu go odłożysz. Jeśli jesteś gryzoniem z rodziny popielicowatych, upchniesz nadmiar tłuszczyku w ogon. Jeśli jesteś mandrylem, otłuścisz sobie tyłek.

Kawa wyraźnie zaczynała już działać i Alan wszedł w pełen tryb profesorski.

– A jeśli jesteś człowiekiem i zrobisz zapasy tłuszczu na klatce piersiowej, to może docenią to twoi partnerzy seksualni, bo będziesz dla nich dobrze wyglądać. A mężczyznom może na tym zależeć. Piersi to przecież nie pawi ogon, z którego właściwie nie ma żadnego cholernego pożytku. Są atrybutem, który sygnalizuje zdrowie i dobrostan kobiety. Dlatego sądzę, że w ich przypadku nie chodzi tylko o laktację i ciążę. Są także sposobem na pokazanie, że kobieta jest gotowa do rozmnażania się.

– Tak – zamyślił się Barnaby. Potem nachylił się nad swoim espresso i znowu zmarszczył brwi. – Te dwie rzeczy mogą być ze sobą związane; tak rzeczywiście mogła wyglądać ewolucja piersi.

Cóż, chyba udało się nam wypracować bezpieczny kompromis. Wreszcie mogłam wracać do domu. Choć z jakichś powodów ciągle byłam niezadowolona. Im dłużej myślałam, tym mniej byłam przekonana, że w przypadku ewolucji piersi dobór naturalny i płciowy grały w jednej orkiestrze. Prawdę powiedziawszy, byłam coraz bardziej pewna, że historia najnowsza obsadziła piersi w roli, do której słabo się nadawały.

Zastanawiałam się nad tym, kiedy mój samolot wzbijał się nad Ocean Spokojny. Dawno temu mężczyźni i kobiety przemierzali go w chwiejnych dłubankach, poszukując gdzieś daleko lepszego życia. A potem, tak samo jak inni ludzie przez całą historię swojej obecności na Ziemi, zakochiwali się albo pożądali nawzajem i każdy, kto mógł, miał dzieci.

A może to nie mężczyźni dobrali sobie piersi, tylko piersi dobrały sobie mężczyzn? To przecież możliwe, że dawni mężczyźni zakochiwali się w bardzo różnych dawnych kobietach – w tych bez piersi, w tych z małymi piersiami, w tych z włochatymi, obojętnie. Mężczyźni, jak wiadomo, bywają niewybredni. A potem z tych wszystkich powodów, o których już pisałam – odkładania tłuszczu, kształtu czaszki, rozwoju mowy, długiej szyi – kobiety o bujnych piersiach i ich dzieci powoli przegoniły resztę zawodniczek. W końcu właśnie tak działa dobór naturalny.

W efekcie ludzie, którzy potrafili mówić, śpiewać i mieli największe, najlepiej odżywione mózgi, byli dziećmi kobiet mających piersi. Byłoby zupełnie naturalne, gdyby stąd się wziął nasz afekt dla tych przyjemnych baloników. A dużo później zaczęlibyśmy fotografować je jak szaleni i wrzucać ich zdjęcia do uniwersyteckich maszyn do śledzenia wzroku.

Może wszystko, co mamy, zawdzięczamy piersiom.

Wstęp. PLANETA PIERSI
[1] Wywiad autorki z Susan Nethero (znaną jako „Zaklinaczka biustonoszy”), założycielką i właścicielką firmy Intimacy Management Co. LLC, lipiec 2011
[2] Barry A. Miller i in., Recent Incidence Trends for Breast Cancer in Women and the Relevance of Early Detection, [w:] A Cancer Journal for Clinicians”, tom 43, 1993, s. 27–41. Zobacz także: Stephanie E. King i in., The Epidemic of Breast Cancer in the U.S. – Determining Factors, [w:] „Oncology”, tom 10, nr 4, 1996, s. 453–462„CA
[3] Nora Ephron, A Few Words about Breasts, [w:] „Esquire”, 1972. Przedrukowany w Crazy Salad: Some Things about Women, Nowy Jork 1975, Knopf, s. 4.
[4] Florence Williams, Toxic Breast Milk? [w:] „New York Times Magazine”, 9 stycznia 2005
[5] Karol Linneusz, Systema Naturae, wydanie 10, Sztokholm 1758, Laurentius Salvius
[6] Londa Schiebinger, Nature’s Body: Gender in the Making of Modern Science, Boston 1993, Beacon Press, s. 67
[7] Dave Barry, Men Get Braced; Wonderbra Coming, [w:] „Aitken Standard”, 27 lutego 1994. Barry żartował sobie: „Udowodniono to w 1978 r. podczas słynnego eksperymentu, w którym grupa mężczyzn – czołowych psychologów z Yale – codziennie celowo wgapiała się w zdjęcia piersi. Po dwóch latach, kiedy skończyli swoje doświadczenie, zorientowali się, że nie zrobili podczas niego żadnych notatek”.
[8] Michael Baker z Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego uważa, że nasze receptory estrogenowe wyewoluowały, by wyłapywać ze środowiska estrogeny produkowane przez rośliny czy grzyby (wywiad autorki z naukowcem z marca 2011). Z kolei Kenneth Korach z Narodowych Instytutów Zdrowia jest zdania, że te obce estrogeny w krytyczny sposób kontrolowały ludzką reprodukcję (wywiad autorki z uczonym z marca 2011).
[9] W październiku 2009 roku przeprowadziłam wywiad z Elizabeth Cashdan, profesor antropologii z Uniwersytetu Utah. Cashdan powiedziała mi m.in.: „Siedziałam na konferencji, podczas której każdy mówca opowiadał o tym, jakie ciała kobiece lubią mężczyźni. Co za nuda”. Zobacz także: Elizabeth Cashdan, Waist-to-Hip Ratio across Cultures Trade-Offs between Androgen- and Estrogen-Dependent Traits, [w:] „Current Anthropology”, tom 49, nr 6, 2008, s. 1099–1107
Rozdział 1. KOMU BIJĄ DZWONY
[1] Sarah Boxer, As a Gauge of Social Change, Behold: The Breast, [w:] „New York Times”, 22 maja 1994, (cytat z Francine Prose) [Fragmenty Master Breasts autorstwa Francine Prose. Copyright Francine Prose 1998 r. Przedruk za zgodą Denise Shannon Literary Agency, Inc. Wszelkie prawa zastrzeżone.]
[2] Mae West, Goodness Had Nothing to Do with It, Englewood Cliffs N.J 1959, Prentice-Hall, s. 56
[3] Wywiad autorki z Owenem Lovejoyem, profesorem antropologii z Uniwersytetu Stanowego Kent, przeprowadzony w lipcu 2010. Zobacz także: R.V. Short, The Origins of Human Sexuality (1980) [w:] C.R. Austin i R.V. Short (praca zbiorowa), Reproduction in Mammals and Human Sexuality, wydanie 2. Cambridge 1982, Cambridge University Press, s. 1–33
[4] Barnaby Dixson i in., Watching the Hourglass: Eye Tracking Reveals Men’s Appreciation of the Female Form, [w:] „Human Nature”, tom 21, nr 4, 2010, s. 355–370
[5] Naukowcy lubią badać piersi i proporcję talii do bioder (WHR), bo jedno i drugie łatwo pomierzyć. WHR oznacza się, dzieląc obwód talii przez obwód bioder. WHR Jennifer Lopez wynosi ponoć 0,67, a Marilyn Monroe i Wenus z Milo wynosiło 0,7 – co oznacza, że obwód ich talii stanowił 70 proc. obwodu ich bioder. Choć niektórzy antropolodzy uważają, że mężczyźni na całym świecie preferują WHR wynoszące 0,7, to inni wskazują, że ważniejszym wskaźnikiem zarówno atrakcyjności, jak i krzepkości fizycznej jest wskaźnik masy ciała (BMI). W jednym z badań naukowcy dowodzili, że w organizmach kobiet, które mają duże piersi i WHR wynoszące 0,7, krąży więcej estrogenu o nazwie estradiol – co może oznaczać, że są one bardziej płodne (Grażyna Jasieńska i in., Large Breasts and Narrow Waists Indicate High Reproductive Potential in Women, [w:] „Proceedings of the Royal Society, London”, tom 271, 2004, s. 1213–1217). Ale w pracy tej brakuje odniesień środowiskowych – nikt nie zbadał, czy trochę wyższe stężenie hormonów u kobiet rzeczywiście skutkowało większą gromadką dzieci.
[6] Thomas Huxley, biolog współczesny Darwinowi, tak mocno bronił pracy O powstawaniu gatunków..., że nazywał sam siebie „buldogiem Darwina”.
[7] Alan Dixson,