Wydawca: AGORA SA Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2014

Pierony. Górny Śląsk po polsku i niemiecku. Antologia ebook

Lidia Ostałowska   Dariusz Kortko  

5 (1)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 932 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pierony. Górny Śląsk po polsku i niemiecku. Antologia - Lidia Ostałowska, Dariusz Kortko

Czego na Śląsku szukał Goethe? Jak Katowice stały się miastem-ogrodem? Dlaczego praca szkodziła kobiecym duszom? Za co walczyli Ślązacy na frontach Wielkiej Wojny? Śląskie Powstania, czyli sąsiedzi przeciwko sąsiadom. Katowicko-Krakowska wojna futbolowa. O czym pisali w listach dziadkowie z Wehrmachtu? Gorole pchają się na Śląsk. Bieda w Stalinogrodzie. Władza ludowa wsiada górnikowi na kark. 9 tysięcy górników, 100 talonów na poloneza. Krew na śniegu. Śląska historia pisana na nowo...
Reporterska antologia ukazująca historię Górnego Śląska i kształtowanie się górnośląskiej tożsamości odległej od romantycznej tradycji i mitu szlacheckiego dworku.

„Wielka księga śląskich radości, rozpaczy, życia codziennego. Ponad 120 lat – pomiędzy powstaniem miasta Katowice (1865) a upadkiem muru berlińskiego (1989). Z wycieczkami w głąb (dlaczego technicy śląscy obrazili się na Goethego za wpis do księgi pamiątkowej kopalni „Fryderyk”?). 71 reportaży i dokumentów. Piszą autorzy ze Śląska i spoza Śląska, Polacy, Niemcy, Czesi, Żydzi, Rosjanie. Wielcy reporterzy, wielcy pisarze i zwykli dziennikarze; z prawa, z lewa i centrum. Dzieło pełne niespodzianek, ogrom informacji i refleksji. Uczące, wzruszające i niestroniące od śmiechu. Księga, ciężka na wagę, jest zdumiewająco lekka w czytaniu, bo mądra, ciekawa, dobrze ułożona przez dwoje autorów wyboru, którzy sami są wybitnymi reporterami. Dobrze, że powstała, takie dzieło należało się od dawna Śląskowi, reszcie Polski i Europie Środkowej” – Małgorzata Szejnert

Opinie o ebooku Pierony. Górny Śląsk po polsku i niemiecku. Antologia - Lidia Ostałowska, Dariusz Kortko

Fragment ebooka Pierony. Górny Śląsk po polsku i niemiecku. Antologia - Lidia Ostałowska, Dariusz Kortko

Redakcja
Justyna Wodzisławska
Konsultacja merytoryczna
Prof. Ryszard Kaczmarek
Korekta
Bartosz Choroszewski
Fotoedytor
Agnieszka Żelazko
Zdjęcie na okładce
fot. Grzegorz Celejewski/Agencja Gazeta
obraz autorstwa Ludwika Holesza
Projekt graficzny okładki
Przemek Dębowski, Wojtek Kwiecień-Janikowski
Projekt graficzny makiety, skład
PANCZAKIEWICZ ART. DESIGN – www.panczakiewicz.pl
Producenci wydawniczy
Małgorzata Skowrońska, Robert Kijak
Redaktor naczelny
Paweł Goźliński
Koordynacja projektu
Magdalena Kosińska
© Copyright by Lidia Ostałowska 2014
© Copyright by Dariusz Kortko 2014
© Copyright by Agora SA 2014
Wydanie elektroniczne 2014
ISBN: 978-832-681-691-8 (epub)

Familok. Cztery klatki schodowe, 24 mieszkania. W każdym kuchnia z piecem węglowym, dwa pokoje. Wspólne ubikacje na podwórku. Taka sama bieda dla wszystkich.

W pierwszej klatce na parterze mieszkali S. Rodzina z piątką dzieci. Oboje urodzili się na wsi niedaleko Lwowa. Młodzi, silni, zdrowi, zostali wywiezieni do Rzeszy na przymusowe roboty. Poznali się w gospodarstwie u bauera, pokochali i pobrali. Gdy skończyła się wojna, chcieli wracać do siebie. W urzędzie repatriacyjnym urzędnik w wojskowym mundurze poinformował, że ich wioski są teraz w ZSRR i wracać tam nie mogą. Dał bilet na przejazd do Krakowa. Stamtąd zostali skierowani do Państwowego Gospodarstwa Rolnego w Zabrzu. I dostali mieszkanie w familoku.

Na pierwszym piętrze babka Berta całymi dniami przesiadywała w oknie. Cieszyła się na lato, bo mogła się wygodnie oprzeć na poduszce ułożonej na parapecie. Zimą zerkała tylko zza firanki. Widziała wszystko: kto przychodzi, kto wychodzi, z kim i o której. Szczególne oko miała na dzieci. Jak się komuś działa krzywda, pędziła do matki winowajcy ze skargą:

– Sąsiadko, a tyn wosz gizd juzaś komuś naklupoł.

Dla grzecznych zawsze miała bonbona. Ale pewnie i tym niesfornym też coś zostawiała.

Babką nazwały ją właśnie dzieci, bo miała twarz porysowaną zmarszczkami. Wojna dopadła Bertę – jak większość mieszkańców Zabrza – dopiero w 1945 roku. Rosjanie wywieźli ją do obozu pracy w Workucie. Wróciła po kilku latach, odmieniona. Mówiła, że „nigdy nikaj niy była, ino u tych Ruskich”. To teraz wie, że ten familok to „nojpiykniejsze miejsce na cołki ziemi”.

Pani M. z trzeciej klatki w każdy poniedziałek rano odświętnie ubrana jechała na targowisko do centrum miasta. Między stoiskami z warzywami, nabiałem i używanymi ciuchami odbywała się giełda „romanów”. Cienkie książeczki formatu A4 pisane gotykiem mówiły o wielkiej miłości, która „w prawdziwym życiu nigdy się nie zdarza”. Pani M. czytała je nocą przy świeczce (z chorobliwej oszczędności nigdy nie zapalała światła) i płakała, śledząc losy bohaterów. Nie wyszła za mąż, może dlatego, że żaden z adoratorów nie dorównywał bohaterom jej „romanów”?

Do pani M. chodzili w konfidencji – o czym wiedział cały familok – małżonkowie Sz. Tłumaczyła im pisma do niemieckiej ambasady, bo Sz. chcieli potwierdzić swoje niemieckie pochodzenie i zapisać się na wyjazd „do Rajchu”. Nikogo to nie obchodziło poza babką Bertą. Nie mogła zrozumieć, jak może czuć się Niemcem ktoś, kto ma korzenie na wsi pod Krakowem i „niy godo po niemiecku”.

Berta, która urodziła się w Zabrzu i przed wojną chodziła tu do podstawówki, miała koleżankę, sprzedawczynię w kiosku Ruchu na rogu ulicy Lenina. Rozmawiały ze sobą po niemiecku, a gdy ktoś się zbliżał, zniżały głosy niemal do szeptu. Przy dzieciach się nie krępowały, przy obcych przechodziły na polski.

W familoku mieszkał też Janek, młody chłopak z centralnej Polski. Przyjechał na Śląsk w poszukiwaniu lepszego życia, zatrudnił się w kopalni „Ludwik”. Berta opiekowała się nim jak synem, którego nigdy nie miała. I cieszyła się, gdy Janek coraz rzadziej „mówił”, a coraz częściej „godoł”, jak jego koledzy z kopalni.

Każdy dostosował się do nowych warunków. Razem szli na pochód pierwszomajowy z czerwonymi szturmówkami i biało-czerwonymi flagami. I razem na niedzielną sumę do kościoła. A gdy Manfred powiesił się w szopie, wszyscy mówili tylko o tym, że na pogrzebie piorun uderzył w trumnę i ksiądz uciekł z cmentarza, a nie o tym, że na pomniku wdowa zamiast „Manfred” kazała wyryć imię Marian, bo to było naturalne.

Familok, w którym babka Berta opierała kiedyś łokcie na poduszkach, nadal stoi w Zabrzu. A opowieści o przypadkach, które zdarzyły się jego mieszkańcom, zachęciły nas do ułożenia tego tomu. Tym bardziej że w 1989 roku prywatna i oficjalna historia Polski wreszcie się spotkały. Ale nie na przemysłowym Górnym Śląsku. Przez lata władze PRL podtrzymywały w obywatelach złudzenie, że po epoce Piastów na tych ziemiach dzieje się zatrzymały, a ich tryby ruszyły dopiero po wojnie. Wielu nadal w to wierzy, a Górnoślązacy historię wciąż przekazują swoim dzieciom w domach. Wiedzą, że ich rodzinne doświadczenie nie przystaje do romantycznych tradycji i mitu szlacheckiego dworku.

Wybór, który przedstawiamy, próbuje pokazać rozmaite spojrzenia na przemysłowy Górny Śląsk – polskie, niemieckie, czeskie, żydowskie, rosyjskie. Składa się głównie z reportaży. W Niemczech nie ma tradycji reportażu literackiego, dlatego włączyliśmy do książki ważne osobiste świadectwa – fragmenty listów, wspomnień i esejów. Wybraliśmy teksty ze 124 lat. Zaczynamy w 1865 roku, gdy powstaje miasto Katowice – jeden z symboli rewolucji przemysłowej. Kończymy, gdy upada berliński mur, a historię można odkrywać na nowo. Książkę zamyka fragment eseju Horsta Bienka z 1988 roku.

Nie wszystkie ważne wydarzenia uwzględniliśmy, bo nie znaleźliśmy ciekawych tekstów. Brakuje na przykład oryginalnych polskich relacji z czasu drugiej wojny światowej i wielu powojennych materiałów – o obozie w Świętochłowicach-Zgodzie, o przymusowej pracy w kopalniach, o wywózkach Górnoślązaków na Wschód. W Polsce można było o tym pisać dopiero po 1989 roku. Ale znaleźliśmy także teksty, głównie niemieckie, które nigdy nie były tłumaczone na język polski, oraz świadectwa wcześniej niepublikowane.

Jesteśmy wdzięczni autorom wcześniejszych antologii i zbiorów, bo stanowiły dla nas cenne źródło. Nie poradzilibyśmy sobie bez pomocy wielu osób i instytucji. Dziękujemy Edycie Sytniewskiej, naczelniczce wydziału kultury Urzędu Miasta Katowice, która zapaliła się do naszego pomysłu i wsparła go finansowo. Dziękujemy też Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej i Deutsches Kulturforum Östliches Europa z Poczdamu, szczególnie Thomasowi Schultzowi, za podpowiedzi, gdzie szukać i z kim rozmawiać po niemieckiej stronie. Sebastianowi Rosenbaumowi z katowickiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej i Marcinowi Wiatrowi z Georg-Eckert-Institut w Brunszwiku za nieocenioną pomoc w przekopywaniu niemieckich gazet. Profesorowi historii Ryszardowi Kaczmarkowi, dyrektorowi Instytutu Badań Regionalnych Biblioteki Śląskiej w Katowicach, za dostęp do niepublikowanych dotąd materiałów. Profesor Ewie Chojeckiej z Zakładu Historii Sztuki Uniwersytetu Śląskiego i profesor Monice Adamczyk-Garbowskiej z Instytutu Kulturoznawstwa Uniwersytetu imienia Marii Curie-Skłodowskiej za bezcenne podpowiedzi. A Józkowi Krzykowi, który wie wszystko, za cierpliwość.

Dariusz Kortko, Lidia Ostałowska

Rozdział 1

Johann Wolfgang Goethe nie chce w 1790 roku wyruszyć na Śląsk. Lasy, bagna, torfowiska. Koniec świata. A jednak ciekawość każe mu wsiąść do karety. Tylko na Śląsku może obejrzeć cud techniki. Pierwsza na świecie maszyna parowa do odwadniania kopalnianych chodników płynęła z Cardiff w Walii statkiem do Szczecina, potem barkami po Odrze do Deszowic. Stamtąd furmanki przywlokły ją w częściach do Tarnowskich Gór. Wysoka, ważyła 34 tony. Kosztowała aż 15 tysięcy talarów, więcej niż całoroczne zarobki wszystkich pracowników kopalni „Fryderyk”, dla której jest przeznaczona.

Do kopalnianej księgi pamiątkowej poeta wpisuje zdania: „Z dala od wykształconych ludzi, na rubieżach państwa, kto wam pomaga skarby odkrywać i je szczęśliwie podnosić do światła? Tylko rozum i uczciwość. Są to bowiem klucze prowadzące do każdego skarbu, który ziemia kryje”. Dla urzędników i inżynierów górniczych protekcjonalizm ukryty w sentencji poety to zniewaga. Odpowiadają Goethemu, że wprawdzie pozostają „na rubieżach państwa”, lecz zawsze „przy wykształconych ludziach”.

Przybyło ich tu wielu, zwabionych bogactwem regionu, rozmachem planowanych inwestycji, skalą szans. Na Górnym Śląsku wyrastają szyby nowych kopalń: „Brandenburg”, „Koenigin Luise”, „Prinz Karl von Hessen”...

W 1807 roku król pruski znosi poddaństwo, bo zakłady potrzebują rąk do pracy. Przemysł zmienia życie chłopów. Dawniej: zimą się śpi, a latem obrabia pole. Teraz: trzeba wstać na szychtę każdego dnia o tej samej porze.

Połowa XIX wieku. Już trzy czwarte światowej produkcji cynku pochodzi ze Śląska. Wszystko tu liczy się w tysiącach. W zakładach pracują 23 tysiące ludzi. Górny Śląsk rocznie wydobywa 975 tysięcy ton węgla, 200 tysięcy ton rudy żelaza, 170 tysięcy ton galmanu. W hutach wytapia się 62 tysiące ton żelaza, 28 tysięcy ton cynku, a także 700 ton ołowiu i 580 kilogramów srebra.

Śląsk to cywilizacja dla każdego. Pierwszy elektryczny tramwaj zaczyna jeździć między Katowicami a Królewską Hutą (dzisiaj Chorzów) w 1899 roku, dziewięć lat wcześniej niż elektryczne tramwaje w Warszawie. Ulice już od 1889 roku oświetlane są lampami elektrycznymi, a mieszkania – nawet dla robotników – wyposażone w spłukiwane bieżącą wodą toalety.

Rosną fortuny. Szlacheckie rody Hohenlohów, Hochbergów, Ballestremów, Tiele-Winklerów, Schaffgotschów, ale także ludzie wzbogaceni dzięki własnemu talentowi, jak syn leśnika spod Zabrza Karol Godula, budują przemysł i swoje rezydencje. Guido Henckel von Donnersmarck, właściciel kilku hut i kopalń, stawia dla kochanki pałac przy Polach Elizejskich w Paryżu, przyjaźni się z cesarzem Wilhelmem II, funduje kościoły i zakłada pierwszą na Śląsku spółkę akcyjną. Swoim pracownikom buduje mieszkania, bibliotekę i krytą pływalnię. Berlińskie gazety zachwycają się jego wzniesionym na wzór Wersalu pałacem w Świerklańcu koło Tarnowskich Gór. W salonie obrazy Cranacha, w gabinecie galeria przodków, a w parku kopia fontanny z Ogrodu Luksemburskiego w Paryżu.

Robotnikom też coś z tego się dostaje. Mają powszechną oświatę (analfabetyzm tu nie istnieje), płatne urlopy, zasiłki chorobowe, renty. Inne życie.

Ale dla Niemców to mimo wszystko „dziki Wschód”, zapuszczona słowiańska kolonia. Uważają, że zadaniem niemieckiej kultury jest wzniesienie Górnego Śląska na poziom odpowiedni do jego bogactw naturalnych. Przybywają, by poznać tę nieznaną ziemię.

Augusta Scholtisa zdumiewa, że w rodzinach tubylców zawsze „wódka uchodzi nie tylko za największą przyjemność dla zdrowych, lecz także za lekarstwo dla chorych. Szczególnie chorym dzieciom podaje się ją w ogromnych ilościach, tak że bywa, że lekarz staje przed niecodziennym zadaniem i musi rozróżniać objawy choroby od objawów zatrucia alkoholowego”. Dziennikarz martwi się, że robotnicy jedzą tylko kwaszoną kapustę i żur, a jeszcze piją. Jak więc mają wydajnie pracować?

Polacy w swoich gazetach rozprawiają o poniżeniu. „Na kopalniach teraz biją, przezywają zdechłymi psami, polskimi świniami. Kto konia bije, ten musi zapłacić karę, lecz robotnika wolno bić. Tysiące górników takich rzeczy doświadcza” – skarży się dwudziestosiedmioletni górnik redakcji pisma „Katolik”. A inny wylicza: „Zarobiłem za rok 1881 za 271 szycht 624 marki i 97 fenigów. Wszystkich wydatków uczyniłem 314 marek i 27 fenigów. Na wyżywienie rodziny pozostało 310 marek i 70 fenigów. Dzięki Bogu, że nas tylko dwoje, ja i żona, lecz znajduje się bardzo wiele takich robotników, co posiadają aż do pięciorga dziatek, a też tyle zarobią, co i ja. I rozważcie sobie wszyscy ludzie, czy to można się wyżywić. A jeszcze nam mówiono, że gdybyśmy nie przepili, tobyśmy we złotych domach mieszkać mogli”.

Dziś polscy i niemieccy historycy dostrzegają kolonialną pychę w ocenie rdzennych mieszkańców regionu. Badają, jak w tamtych czasach tworzyła się elita górnośląska, zwłaszcza tak zwane wykształcone mieszczaństwo. Na czym polegały aktywność i oddziaływanie junkrów. Jak budowano zręby kapitalizmu. Jakim przemianom podlegało chłopstwo i jak tworzyła się warstwa robotnicza.

Richard Holtze, jeden z założycieli Katowic, ocenia: „Przyjechali tu i osiedli na stałe bardzo różni ludzie [...]; różnili się między sobą pochodzeniem, wiarą, mową, zwyczajem, wykształceniem i zamożnością, przyjeżdżali z sąsiednich miejscowości i powiatów, i z pozostałych części Śląska, z dalekich niemieckich stron i spoza Niemiec, z prowincji i ze stolic, z odrębnymi poglądami, wymaganiami i towarzyskimi przyzwyczajeniami, z pieniędzmi lub bez, z głową lub bez głowy, trzeźwo kalkulując lub licząc na szczęście – owi wszyscy pracowici pionierzy kultury na wschodzie lub tylko daremni poszukiwacze złota powtarzali w tym pomniejszeniu Amerykę”.

Amerykę, którą Rzesza kształtuje na swoją modłę, w jednolitym narodowo duchu. Administracja, oświata, instytucje kulturalne, całe obszary życia politycznego i społecznego są niemieckie. Obywatel ma być niemieckojęzyczny, żeby bez trudu porozumieć się w urzędzie. Język polski i śląska godka są tępione. Kościół katolicki używa polszczyzny w duszpasterstwie. Władza uważa, że to przejaw zacofania – hamuje modernizację regionu i utrudnia administrowanie. A państwo musi być sprawne, nie tylko na Górnym Śląsku, lecz także w Bawarii czy Alzacji.

Rzesza Niemiecka, która powstaje w 1871 roku, rozwija się błyskawicznie, przyciąga tym Górnoślązaków. Ale i odpycha, bo daje przywileje Niemcom, atakuje język polski i wyznanie katolickie. W tym państwie narodowym Górnoślązak, który wcale nie utożsamia się z niemczyzną, może się jednak uważać za dobrego Prusaka. A jego lojalność wobec cesarza i państwa nie kłóci się z przywiązaniem do godki. Bo państwo to monarcha, dla wielu nadal pomazaniec boży.

Anton Oskar Klaussmann

Górny Śląsk przed laty (fragment)

Katowice

W ostatnim czasie czytałem sporo relacji o Katowicach w berlińskiej prasie. Chwalono tę najmłodszą z wielkich gmin Górnego Śląska latorośl jako „stolicę rozrywki”, jako „duchowe centrum okręgu przemysłowego”, „perłę wśród miast Górnego Śląska”. Czytałem te prezentacje z wielką satysfakcją, ale i niejakim sceptycyzmem.

Akurat Katowice znałem dość dobrze z tamtych lat i metamorfoza osady, której centrum przed 50 laty stanowiło potężne bajoro ze stojącym nad nim długim, niskim zabudowaniem podobnym do szopy, w dzisiejsze wielkie miasto wydała mi się nieprawdopodobna. Ale gdy zobaczyłem obecne Katowice i poznałem je dokładniej, mogę tylko potwierdzić tamte opinie i dodać jedną: to powstałe w 1867 roku miasto[1] należy do najbardziej niezwykłych miejsc w całym kraju. Skok od około 9 tysięcy mieszkańców (w momencie uzyskania praw miejskich) do więcej niż 43 tysięcy nie jest wcale tym, co najbardziej godne podziwu. Miasto ogromnie przypomina mi Stuttgart i kilka innych, nieco mniejszych niemieckich miejscowości. Ma w sobie coś eleganckiego, wysmakowanego, ma styl, nawet w najstarszych swych częściach. Dla odwiedzającego, który znał Katowice tylko na północ od linii kolejowej, rozwój rozległej dzielnicy na południu jest doprawdy zaskakujący. Dotyczy to zwłaszcza bardzo pięknego architektonicznie placu Blüchera. Na północ od kolei żelaznej Katowice składają się przecież przede wszystkim z długiej ulicy prowadzącej od Załęża do Zawodzia, a Zawodzie w swej wschodniej części właściwie wcale się nie zmieniło w stosunku do tamtego czasu. Ulice Fryderyka i Grundmanna, a jeszcze bardziej odchodzące od nich prostopadle ulice Pocztowa i Dyrekcyjna, mogą natomiast bez jakiegokolwiek retuszu ze swymi witrynami, życiem i rozgwarem znaleźć się w Berlinie czy we Wrocławiu. Jest to zasługą zmarłego radcy sanitarnego, [Richarda] Holtzego, którego można nazwać ojcem miasta Katowice. Przeforsował on, by w ówczesnej niepozornej gminie zostały zaprojektowane i założone szerokie i regularne ulice. Jego pomnik, który mu się słusznie od miasta należy, stoi przed okazałym gmachem łaźni miejskiej na ulicy Augusta Schneidera, która może się poszczycić wieloma jeszcze innymi pięknymi budowlami. Restauracje, hotele, kawiarnie, teatr, variétés, kabaret, bar-kasyno odpowiadają wszelkim wymogom, jakie się stawia wielkiemu miastu, i w niczym nie ustępują berlińskiemu stylowi. Doprawdy wiarygodne jest twierdzenie, że do Katowic codziennie przybywa 5 tysięcy gości, którzy tu dokonują zakupów albo oddają się rozrywkom. O wielkości ruchu pasażerskiego łatwo się przekonać, obserwując przybycie jednego z pociągów zagranicznych, gdy na przykład po przybyciu któregoś z pociągów zza rosyjskiej granicy zobaczy się ludzką rzekę przelewającą się na ulice miasta.

Wieczorem wrażenie wielkomiejskości potęgują jeszcze bardziej rozrzutne oświetlenie wystaw sklepowych oraz ożywiony ruch panujący do późnych godzin wieczornych i nocnych na nielicznych przecież dotąd ulicach miasta. Charakterystyczne, że przed 32 laty w miejscowości było tylko czterech lekarzy, dziś jest ich przeszło 40. Wśród nich znaczna liczba specjalistów, z których konsultacji korzystają nie tylko mieszkańcy Katowic, lecz także całego Górnego Śląska. Miasto dysponuje wszystkimi urządzeniami koniecznymi do życia we współczesnym wielkim mieście: rzeźnią miejską, szkołami średnimi, kanalizacją, halą mięsną, kąpieliskami i odleg­łym o kwadrans spacerkiem Parkiem Południowym, po części leżącym już w obrębie lasu. On również odpowiada standardom współczesnej metropolii i jest poważnym atutem dla mieszkańców posiadających przecież także w niedalekich Murckach prawdziwy raj krajobrazowy, do którego dotrzeć można po bardzo krótkiej podróży pociągiem.

Człowiek znajduje się tu nagle pośród wspaniałych starych buków, wśród porośniętych lasem wzgórz, z panoramą Beskidów i widokiem na miasta okręgu przemysłowego, hen aż do granicy austriackiej, zanurza się w sam środek jakiejś idylli, daleko od gwaru i zaduchu przemysłu. Spoglądając z Parku Południowego na Katowice, możemy ocenić, jak artystycznie wysmakowany kształt nabrało to miasto, co jest ogromną zasługą architektów, którzy potrafili najbardziej monumentalne, rzucające się w oczy budowle, zaprojektowane w oryginalnym stylu, wtopić zręcznie w otaczający je krajobraz. Gdy porówna się Gliwice, Bytom, Zabrze, Chorzów z Katowicami, wtedy korona musi przypaść Katowicom, miastu górnośląskiej inteligencji. I choć Katowice do tej pory nie mają takiej liczby mieszkańców, jak wymienione miasta, posiadają przecież największy pasażerski ruch kolejowy, pocztowy, telegraficzny, telefoniczny i największe obroty miejscowej filii Banku Centralnego. Tu wyraźnie odczuwa się potężne uderzenia pulsu przemysłu górnośląskiego. Przed miastem otwierają się najwspanialsze perspektywy na przyszłość, może się ono stać nawet miastem turystycznym, jeśli tylko ktoś zada sobie trud otwarcia dla turystów z północnych Niemiec Beskidów, do których z Katowic można dotrzeć tak wygodnie...

My, berlińczycy, mamy naprawdę już dość gór bawarskich, dialektu bawarskiego i strojów bawarskich, z których korzystamy nie tylko latem u źródeł, lecz także zimą podczas wszystkich uroczystości. Tęskni się za jakimś nowym miejscem dla rzeszy turystów, a ponieważ Karkonosze i Harc są już za dobrze znane, z pewnością wyruszyłoby się z przyjemnością w Beskidy, o ile stworzyłoby się tam warunki dobrego przyjęcia i zaopatrzenia. Katowice stałyby się centrum ruchu turystycznego, a to wyszłoby na dobre nie tylko miastu, lecz także całemu Górnośląskiemu Zagłębiu Przemysłowemu. Należałoby turystom udostępnić do zwiedzania zakłady przemysłowe, ażeby mogli pojąć, jak ciekawy dla Prus i Niemiec jest Górny Śląsk. Kraina niezmiernie ważna, szczególnie zaś jej okręg przemysłowy.

Jedno jest pewne: Górny Śląsk, dzisiejszy Górny Śląsk, rozwinięty w sposób ongiś niewyobrażalny, wciąż rosnący, nieustannie rozkwitający cywilizacyjnie na samej południowo-wschodniej krawędzi państwa, jest stanowczo za mało znany. A doprawdy zasługuje na to, by rocznie tysiące turystów z północy, południa i z zachodu przybywały tu, by zdumiewać się tym, co w ostatnich 50 latach stworzono w regionie.

Górny Śląsk stoi przed wielką przyszłością; mimo obecnej złej koniunktury na żelazo, mimo słabego zbytu węgla. I choć dziś tylko koniunktura na cynk jest w jakiejś mierze zadowalająca, Górny Śląsk posiada tak dużo rezerw, tak wiele wdzięku, który można ujawnić, że łatwo przewidzieć tu wielkie sukcesy w innych niż tylko przemysł dziedzinach i to już w ciągu najbliższych dziesięcioleci.

Anton Oskar Klaussmann, Górny Śląsk przed laty,

tłum. Antoni Halor, Katowice 1997.

Przypisy
[1] Klaussmann się myli. Król pruski Wilhelm I Hohenzollern nadał Katowicom prawa miejskie 11 września 1865 roku.