Wydawca: Wydawnictwo Literackie Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 588 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Piękno to bolesna rana - Eka Kurniawan

Magiczna opowieść o brutalnym świecie. Czasy wojny i pokoju. Tajemnica rodzinnego skarbu, który „ukradł Pan Bóg”, zawirowania wielkiej historii oraz trudy codzienności. A w ich centrum kobieta —  wieczna zakładniczka męskiego pragnienia.

Dewi Ayu wie doskonale, że uroda potrafi być źródłem nieszczęścia. Uświadomiła jej to wojna, która wkroczyła w życie tyleż niespodziewanie, co definitywnie. Wywózki, więzienie, walki okupantów z partyzantami, rozdzielane rodziny i konfiskowane majątki. W burzliwym tyglu historii znalazło się jednak miejsce, o które dbała każda walcząca formacja – burdel. Odkąd kobieta trafiła tam po raz pierwszy, minęło wiele lat. Od tamtego czasu jest uwielbiana przez mężczyzn szukających w jej ramionach słodkiego zapomnienia. Nie ma w mieście człowieka, który by jej nie znał, nie kochał lub nie nienawidził. Każda z jej trzech córek, jedna piękniejsza od drugiej, podzieliła los matki. Jak mawia Dewi Ayu: „nie ma gorszego przekleństwa od rodzenia ładnych kobiet w świecie mężczyzn zajadłych jak goniące się psy”. Gdy więc kobieta zachodzi w ciążę czwarty raz, postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i rzuca klątwę. Wkrótce miasto obiega wieść o narodzinach potwora…

 Jedna z najlepszych powieści roku według „The New York Timesa”. Autor nominowany do nagrody Bookera. Indonezyjczyk Eka Kurniawan to kolejny, po Eleanor Catton oraz Richardzie Flanaganie, pisarz „zza końca świata”, który zachwycił czytelników w Europie i Stanach Zjednoczonych.

Opinie o ebooku Piękno to bolesna rana - Eka Kurniawan

Fragment ebooka Piękno to bolesna rana - Eka Kurniawan

Cantik Itu Luka © by Eka Kurniawan, 2002 By Agreement with Pontas Literary & Film Agency © Copyright for the Polish translation by Jędrzej Polak © Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2016 TYTUŁ ORYGINAŁU: "Cantik Itu Luka" PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Maithili Doshi Aphale; opracowanie okładki na podstawie oryginału: Robert Kleemann REDAKTOR PROWADZĄCY: Paweł Ciemniewski REDAKCJA: Aneta Tkaczyk KOREKTA: Kamil Bogusiewicz, Lidia Timofiejczyk, Anna RudnickaWydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl fax: (+48-12) 430 00 96 tel.: (+48-12) 619 27 70 ISBN: 978-83-08-05914-2 Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Tak tedy wyszorowawszy należycie zbroicę, z nagłówka wysztukowawszy sobie hełm przyzwoity, rumaka ochrzciwszy wspaniale, a siebie znamienicie, mniemał, że teraz nie brakuje mu już nic więcej, jak tylko damy, w której by był zakochanym; bo rycerz błędny bez miłości to tak samo jak drzewo bez liścia i owocu, a nawet, po prawdzie, jak ciało bez duszy.

Miguel de Cervantes Saavedra, Don Kichot z La Manchy1

Przełożył Walenty Zakrzewski. [wróć]

[ 1 ]

PEWNEGO NIEDZIELNEGO POPOŁUDNIA, w marcu, Dewi Ayu wstała z grobu, w którym przeleżała dwadzieścia jeden lat. Pasterz drzemiący pod drzewem plumerii wrzasnął i posikał się w gatki, a jego cztery owce rozbiegły się na łeb na szyję pomiędzy kamienie nagrobne i nagrobne drewniane tablice, jakby wrzucono pomiędzy nie tygrysa. Wszystko zaczęło się od rumoru, dobiegającego ze starego grobu porośniętego trawą sięgającą kolan, z nagrobkiem bez imienia i nazwiska. Wszyscy wiedzieli, że w grobie tym leży Dewi Ayu. Umarła jako pięćdziesięciodwulatka, wstała z martwych po dwudziestu jeden latach, więc od tamtej pory nikt nie miał pojęcia, jak liczyć jej wiek.

Ludzie z okolicy zbiegli się do grobu, kiedy pasterz powiedział im, co się dzieje. Podwinąwszy poły sarongów, nieśli dzieci, ściskali kije od mioteł lub przybiegli ubłoceni z pól i zebrali się za krzewami wiśni, drzewami obrzydlca oraz na pobliskich plantacjach bananów. Nikt nie ośmielił się podejść bliżej, wsłuchiwali się tylko w łoskot ze starej mogiły, niczym w okrzyki przekupnia zielarza zachwalającego w każdy poniedziałek cudowne medykamenty na targu. Tłum sycił oczy przerażającym widowiskiem, nie przejmując się tym, że każdy z osobna wpadłby w popłoch na widok czegoś takiego. Niektórzy spodziewali się nawet jakiegoś cudu, a nie tylko starego rozwalającego się grobu, a to dlatego, że kobieta pochowana na tym spłachetku ziemi prostytuowała się w czasach wojny z Japończykami, a kyai1 zawsze powtarzał, że ludzie naznaczeni grzechem poniosą karę nawet po śmierci. Rumor brał się pewnie ze świstu bata karzącego anioła i szybko wszystkim się znudził, bo czekali na jakiś inny nieduży cud.

Kiedy się objawił, przybrał najbardziej niewyobrażalną formę. Grób zadygotał i pękł, a grunt eksplodował, jakby wysadzono go od spodu w powietrze, co wywołało małe trzęsienie ziemi i wichurę, która zmiotła nagrobki i trawę, a zza spadającej z nieba błotnej kurtyny wyłoniła się stara kobieta. Stała sztywno, była poirytowana i spowita w całun, jakby pochowano ją wczoraj. Ludzie dostali histerii i rozbiegli się w jeszcze większej panice niż owce, a ich wrzaski unisono odbijały się echem od ścian odległych wzgórz. Matka rzuciła dziecko w krzaki, a ojciec tego dziecka przytulił do piersi kiść bananów. Dwaj mężczyźni zanurkowali do rowu, inni padli bez czucia na poboczu drogi, a jeszcze inni popędzili przed siebie nieprzytomnie i przebiegli piętnaście kilometrów bez ustanku.

Widząc to wszystko, Dewi Ayu zakasłała tylko i odchrząknęła, zafascynowana tym, że znalazła się na środku cmentarza. Zdołała już rozplątać dwa najwyższe węzły pogrzebowego całunu, a potem zabrała się do dwóch najniższych, żeby uwolnić stopy. Cudownie urosły jej włosy, więc kiedy kręceniem głowy wyplątała je z perkalowego turbanu, rozwiały się w popołudniowym wietrze i omiotły ziemię, pobłyskując niczym czarne porosty na dnie rzeki. Miała pomarszczoną skórę, ale jaśniejące kredowo oblicze. Jej oczy rozbłysły w oczodołach, gdy spozierała na wychodzących z kryjówek za krzakami gapiów: połowa z nich uciekła, a reszta omdlała. Poskarżyła się nie wiadomo komu, że ludzie są źli, skoro pochowali ją za życia.

Pierwszą rzeczą, o której pomyślała, było dziecko, które — ma się rozumieć — nie było już dzieckiem. Przed dwudziestu jeden laty umarła dwanaście dni po połogu, urodziwszy ohydną dziewczynkę — tak brzydką, że akuszerka obecna przy porodzie nie była pewna, czy to dziewczynka, i miała wrażenie, że patrzy na kupkę gnoju, gdyż otwór, z którego wychodzi dziecko, od otworu, z którego wydobywa się kał, oddzielają zaledwie dwa centymetry. Ale mała wierciła się i uśmiechała, więc akuszerka uwierzyła w końcu, że to ludzka istota, i powiedziała leżącej na łóżku osłabionej matce, która wcale nie chciała zobaczyć noworodka, że dziecko ma się dobrze i wydaje się miłe.

— To dziewczynka, prawda? — zapytała Dewi Ayu.

— Owszem — odpowiedziała akuszerka — tak samo jak te trzy przed nią.

— Cztery córki, a jedna piękniejsza od drugiej — odezwała się bardzo poirytowana Dewi Ayu. — Powinnam otworzyć własny burdel. Powiedz mi, czy ta jest ładna?

Dziecko wiło się skrępowane w powijakach i zapłakało w ramionach akuszerki. Po izbie kręciła się kobieta wynosząca zakrwawione płótna i łożysko, więc akuszerka przez chwilę milczała, bo za nic w świecie nie powiedziałaby, że dziecko, które wygląda jak kupka gnoju, jest ładne. By zmienić temat, zauważyła:

— Jesteś już starą kobietą, pewnie nie będziesz mogła karmić.

— To prawda. Wyschłam przez te trzy wcześniejsze córki.

— I setki mężczyzn.

— Stu siedemdziesięciu dwóch mężczyzn. Najstarszy miał dziewięćdziesiąt lat, a najmłodszy dwanaście i przyszedł do mnie tydzień po obrzezaniu. Dobrze ich wszystkich pamiętam.

Dziecko znów zapłakało. Akuszerka mruknęła, że poszuka mamki. Jeśli jej nie znajdzie, musi rozejrzeć się za krowim mlekiem albo suczym, a choćby nawet i szczurzym.

— Dobra, idź — odrzekła Dewi Ayu.

— Biedna nieszczęsna dziewczynka — rzuciła akuszerka na odchodne, zerkając na przygnębiająco szkaradną buzię dziecka. Nie byłaby w stanie jej opisać, ale uważała, że przypomina przeklętego potwora z piekła rodem. Całe ciałko noworodka było czarne jak smoła, jakby go spalili żywcem, i miało przedziwne, nierozpoznawalne rysy. Nie była na przykład pewna, czy widzi nosek dziewczynki, bo bardziej przywodził na myśl gniazdko elektryczne niż jakikolwiek nos. Usta dziecka wyglądały jak szpara w śwince skarbonce, a uszy jak ucha garnka. Była przekonana, że na całym świecie nie ma ohydniejszej istoty niż ta mała brzydula, i gdyby była Bogiem, prawdopodobnie od razu uśmierciłaby dziecko, zamiast pozwolić mu żyć, bo bezlitosny świat urządzi tej małej piekło na ziemi.

— Biedna dziewczynka — powtórzyła raz jeszcze akuszerka, zanim wyszła rozejrzeć się za mamką.

— Właśnie, biedne dziecko — zgodziła się Dewi Ayu, rzucając się i obracając na łóżku. — Zrobiłam już wszystko, żeby cię zabić. Powinnam była połknąć granat i zdetonować go w brzuchu. Och, mała pokrako… pokraki, jak wszyscy winowajcy, nie umierają tak łatwo.

Na początku akuszerka ukrywała buzię dziewczynki przed przybyłymi sąsiadkami. Ale kiedy oznajmiła im, że potrzebuje mleka dla dziecka, wepchnęły się, żeby zobaczyć noworodka, bo ci, którzy znali Dewi Ayu, zawsze zachwycali się jej rozkosznymi dziewczynkami. Akuszerka nie zdołała powstrzymać naporu ciał szturmujących kołyskę i sięgających po gazę przesłaniającą maleńką twarzyczkę, a kiedy w końcu sąsiadki ją odsłoniły, wrzasnęły przeraźliwie, bo nigdy dotąd czegoś takiego nie widziały, lecz akuszerka uśmiechnęła się tylko i przypomniała im, że robiła, co mogła, żeby oszczędzić im widoku piekielnego oblicza.

Później akuszerka pośpiesznie wyszła, a sąsiadki stały przez chwilę z głupimi minami, jakby odebrano im i pamięć, i rozum.

— Powinno się je zabić — powiedziała sąsiadka, która jako pierwsza odzyskała pamięć.

— Już próbowałam — odrzekła Dewi Ayu, która podniosła się z łoża w pogniecionej podomce, owinięta w pasie ręcznikiem. Włosy miała w nieładzie i poruszała się tak, jakby schodziła chwiejnym krokiem z areny po walce z bykiem.

Kobiety przyglądały się jej ze współczuciem.

— Jest ładna, prawda? — zapytała.

— Hm, tak.

— Nie ma gorszego przekleństwa od rodzenia ładnych kobiet w świecie mężczyzn zajadłych jak goniące się psy.

Nikt jej nie odpowiedział, sąsiadki wpatrywały się w nią dalej ze współczuciem, wiedząc, że ją okłamują. Rosina, góralka niemowa, która od lat służyła u Dewi Ayu, zaprowadziła ją do łazienki, gdzie w wannie czekała gorąca kąpiel. Dewi Ayu namydliła się pachnącym siarką mydłem, a niemowa umyła jej włosy olejkiem aloesu. Rosina pozostała niewzruszona, choć na pewno widziała już szkaradną dziewczynkę, bo jako jedyna pomagała akuszerce przy porodzie. Wyszorowała plecy pani pumeksem, owinęła ją w ręcznik i posprzątała łazienkę po wyjściu Dewi Ayu.

Któraś z sąsiadek, by poprawić smętny nastrój, zwróciła się do Dewi Ayu:

— Musisz dać jej ładne imię.

— Owszem — odparła. — Dam jej na imię Piękna.

— Ach! — westchnęły zawstydzone sąsiadki i jedna przez drugą zaczęły ją od tego odwodzić.

— Lepiej by było Cierpiąca!

— Albo Zbolała.

— Na Boga, nie nazywaj jej Piękna!

— Doskonale, zatem dam jej na imię Piękna.

Przyglądały się bezradnie, gdy odwróciła się na pięcie i poszła się ubrać. Popatrywały bezsilnie jedna na drugą, wyobrażając sobie czarną jak sadza dziewczynkę z gniazdkiem elektrycznym zamiast nosa, noszącą imię Piękna. Co za okropieństwo!

Prawdą było jednak i to, że Dewi Ayu chciała zabić dziecko, kiedy zdała sobie sprawę, że choć przeżyła już pół wieku, znów jest ciężarna. Tak jak w przypadku poprzednich córek, nie miała pojęcia, kim był ojciec, ale inaczej niż wcześniej, wcale nie chciała, żeby dziecko przeżyło. Zażyła zatem pięć mocnych tabletek paracetamolu, które dostała od wiejskiego doktora, i popiła je pół litrem gazowanej wody, co o mało nie doprowadziło jej do śmierci, ale, jak się okazało, nie wystarczyło do zabicia dziecka. Przyszedł jej do głowy inny sposób i wezwała akuszerkę gotową zabić i wyjąć z jej łona dziecko za pomocą krótkiego, drewnianego, wkładanego do brzucha patyka. Przez dwa dni i dwie noce obficie krwawiła, a potem wyrzuciła z siebie patyk w drzazgach, a dziecko dalej w niej rosło. Próbowała sześciu innych sposobów, żeby się go pozbyć, ale wszystkie zawiodły, więc w końcu poddała się i poskarżyła:

— Ta to prawdziwa awanturnica i pokona matkę w tej walce.

Pozwoliła zatem rosnąć brzuchowi coraz bardziej, a w siódmym miesiącu wydała uroczystą selamatan2 i pozwoliła dziecku przyjść na świat, choć nie chciała na nie spojrzeć. Miała już trzy dziewczynki, a wszystkie były przepiękne, niczym rodzące się jedna po drugiej trojaczki. Znudziły się jej takie dzieci, które zdaniem Dewi Ayu przypominały manekiny na sklepowej wystawie, więc nie chciała przyjrzeć się najmłodszemu, pewna, że nie będzie się niczym różnić od trzech starszych sióstr. Pomyliła się, rzecz jasna, lecz jeszcze nie wiedziała, jak bardzo odpychająca jest jej najmłodsza córka. Nawet kiedy sąsiadki szeptały ukradkowo, że dziecko jest owocem przypadkowego związku małpy z ropuchą i waranem, nie przypuszczała, że mówią o jej córce. A kiedy dodały, że poprzedniej nocy w lesie wyły dzikie psy i zleciały się sowy, nie potraktowała tego w najmniejszym stopniu jako złowróżbnych znaków.

Przebrawszy się, znów się położyła, czując w kościach nagłe wyczerpanie rodzeniem czworga dzieci i życiem przez ponad pół wieku. I wtedy przyszła jej do głowy przygnębiająca myśl, że skoro nie chciało umrzeć dziecko, to pewnie powinna odejść matka, która nigdy nie ujrzy córki jako młodej kobiety. Wstała i pokuśtykała ku drzwiom, patrząc na zgromadzone za nimi sąsiadki, ciągle plotkujące o niemowlęciu. Z łazienki wyszła Rosina, która stanęła u boku Dewi Ayu, wyczuwając, że pani wyda jej jakieś polecenie.

— Idź kup mi całun pogrzebowy — zwróciła się do niej Dewi Ayu. — Sprowadziłam już cztery dziewczynki na ten przeklęty świat. Nadszedł czas, żeby odprowadził mnie z niego kondukt pogrzebowy.

Sąsiadki wrzasnęły i patrzyły na Dewi Ayu wybałuszonymi oczami. Urodzenie takiego szkaradzieństwa było sporym nietaktem, ale porzucanie go na łaskę losu to już coś naprawdę oburzającego. Nie podeszły jednak do niej, żeby to powiedzieć, próbowały za to odwieść ją od myśli o umieraniu w tak głupi sposób, twierdząc, że niektórzy dożywają ponad stu lat, zatem Dewi Ayu jest wciąż o wiele za młoda, żeby umrzeć.

— Gdybym dożyła stu lat — odpowiedziała z udawanym spokojem — musiałabym urodzić ośmioro dzieci, a to o wiele za dużo.

Rosina poszła i kupiła czysty biały perkal, którym Dewi Ayu natychmiast się owinęła, choć to było za mało, żeby od razu umrzeć. Tak więc kiedy akuszerka przemierzała okolicę w poszukiwaniu mamki (jak się okazało, na próżno, i musiała nakarmić dziecko wodą, którą płukano ryż), owinięta w całun Dewi Ayu położyła się na łóżku, czekając z zadziwiającą cierpliwością na zjawienie się anioła śmierci.

Kiedy skończyła się ryżowa woda i Rosina zaczęła karmić dziecko krowim mlekiem (sprzedawanym w sklepie jako „mleko niedźwiedzie”), Dewi Ayu wciąż leżała w łóżku, nie pozwalając nikomu na przyniesienie do izby dziewczynki o imieniu Piękna. Ale wieść o szkaradnym dziecku i jego spowitej w całun matce rozniosła się jak zaraza, ściągając nie tylko mieszkańców miasta, lecz i przybyszów z najdalszych okolic. Ludzie zjeżdżali, jak mówiono, na narodziny prorokini i porównywali wycie dzikich psów do Gwiazdy Betlejemskiej widzianej przez Mędrców po narodzinach Jezusa; sprzyjał temu widok matki owiniętej w całun, która przypominała podobno wyczerpaną Najświętszą Panienkę, choć było to zbyt daleko idące porównanie.

Przyjezdni prosili wędrownego fotografa, by zrobił im zdjęcia z małym szkaradzieństwem, a ich przerażone twarze przypominały dziewczynki pozujące podczas głaskania małego tygrysa w zoo. Z takimi samymi minami ustawiali się obok Dewi Ayu, która leżała owładnięta przedziwnym spokojem ducha, nie zwracając najmniejszej uwagi na nielitościwy zgiełk. Paru przybyszów cierpiących na śmiertelne i nieuleczalne choroby chciało dotknąć dziewczynkę, ale Rosina szybko tego zakazała, obawiając się, że zarazki przejdą na niemowlę, i wystawiała na dwór wiadra z wodą po kąpieli Pięknej. Inni zjeżdżali się z nadzieją na wygraną w zakładach albo korzystny interes. Dla nich niema Rosina — która szybko stała się opiekunką dziewczynki — wystawiała pudełka na datki, a te wkrótce napełniły się rupiami. Młoda góralka, całkiem rozsądnie biorąc pod uwagę możliwość odejścia Dewi Ayu, postanowiła zarobić trochę pieniędzy przy tak niezwykłej okazji, żeby nie martwić się o zapasy niedźwiedziego mleka czy ich wspólną z Piękną przyszłość w pustym domu, w którym raczej nie pojawią się trzy starsze siostry dziewczynki.

Ale poruszenie szybko dobiegło końca, bo nadjechała policja wraz z kyaiem, który uznał to wszystko za herezję. Ten kyai aż kipiał ze złości i polecił Dewi Ayu skończyć z sianiem zgorszenia, a nawet zdjąć pogrzebowy całun.

— Prosisz kurwę, żeby się rozebrała — stwierdziła Dewi Ayu z przyganą w głosie. — Lepiej więc wyjmij pieniądze i zapłać mi.

Kyai szybko pomodlił się o zmiłowanie i poszedł dalej, żeby już nigdy nie wrócić.

I w domu została tylko Rosina, której nigdy nie przeszkadzały szaleństwa Dewi Ayu bez względu na to, jaką przybierały formę, co po raz kolejny dowiodło, że góralka jest jedyną osobą, która naprawdę rozumie tę kobietę. Zanim Dewi Ayu zabrała się do zabijania dziecka w swoim łonie, oznajmiła, że znudziło się jej rodzenie, dzięki czemu Rosina domyśliła się, że pani jest w ciąży. Gdyby Dewi Ayu powiedziała coś takiego tej czy innej z sąsiadek, których upodobanie do plotek biło na głowę zamiłowanie psów do wycia, sąsiadka taka uśmiechnęłaby się pogardliwie i mruknęła, że to tylko puste gadanie: przestań się kurwić, powiedziałaby, a nie będziesz się musiała martwić, że ktoś zmajstruje ci dziecko. Między nami mówiąc, coś takiego można by powiedzieć każdej lafiryndzie, ale nie Dewi Ayu. Nigdy nie myślała o swoich trzech (obecnie czterech) córkach jak o przekleństwie nierządu, a jeśli dziewczynki nie miały ojców, mówiła, oznaczało to, że naprawdę ich nie miały, a nie że nie wiedziały, kim są ich ojcowie, bo z całą pewnością nie z tej przyczyny, że stanęła obok jakiegoś wiejskiego głupka przed naczelnikiem wioski. Uważała, że jej córki są dziećmi demonów.

— Szatan lubi się zabawić tak samo jak Pan Bóg albo inni bogowie — mówiła. — Maria porodziła Bożego Syna, a dwie żony Pandu3 zrodziły mu boskie dzieci, za to moje łono jest tyglem, w którym nasienie składają demony, żebym rodziła im diabelski pomiot. I mam już tego dosyć, Rosina.

Rosina, jak zwykle, tylko się uśmiechnęła. Nie umiała mówić, wydawała z siebie jedynie niezrozumiały bełkot, ale potrafiła i lubiła się uśmiechać. Dewi Ayu miała do niej słabość z powodu tego uśmiechu. Mawiała o niej niegdyś, że jest małym słoniątkiem, bo słonie, choć mogą być wściekłe, ciągle się uśmiechają, tak jak te, które widzi się w cyrku przyjeżdżającym do miasta pod koniec niemal każdego roku. Rosina odpowiedziała Dewi Ayu za pomocą rąk i języka, którego nie można przyswoić w żadnej szkole i trzeba uczyć się go od Rosiny: odpowiedziała jej, że nie powinna mieć dość, bo nie urodziła dwadzieściorga dzieci, a tymczasem Gandari zrodziła aż s t u Kuru4. Usłyszawszy to, a raczej zobaczywszy, Dewi Ayu roześmiała się głośno. Lubiła naiwne poczucie humoru Rosiny i wciąż się śmiejąc, odrzekła, że Gandari nie rodziła setki dzieci jedno po drugim, ale wydała na świat wielki połeć mięsa, który potem zamienił się w stu Kuru.

Taka właśnie była Rosina i tak pracowała — radośnie, nie przejmując się niczym. Opiekowała się dzieckiem, dwa razy w ciągu dnia znikała w kuchni, a każdego ranka robiła pranie, podczas gdy Dewi Ayu leżała niemal bez ruchu, faktycznie przypominając trupa, czekającego, aż wykopią mu grób. Kiedy była głodna, wstawała rzecz jasna i jadła, chodziła do łazienki każdego ranka i popołudnia. Ale wróciwszy stamtąd, znów spowijała się w całun i kładła się sztywno wyprostowana, splatając dłonie na brzuchu, zamykając oczy i przywołując na usta lekki uśmiech. Niektóre z sąsiadek podglądały ją przez otwarte okno. Rosina raz po raz je przeganiała, ale nigdy nie zdołała przegonić ich do końca, wskutek czego pytały Dewi Ayu, dlaczego się zwyczajnie nie zabije. Dewi Ayu nie odpowiadała: milczała, leżała nieruchomo i nie uciekała się do zwykłego dla siebie sarkazmu.

Długo oczekiwana śmierć nadeszła wreszcie po południu dwunastego dnia po narodzinach szkaradnej Pięknej — tak przynajmniej wierzyli ludzie. Znakiem, że śmierć jest bliska, było wydane przez Dewi Ayu rankiem tamtego dnia polecenie, aby Rosina dopilnowała, żeby nikt nie umieszczał jej imienia i nazwiska na nagrobnej tablicy. Zamiast tego chciała, aby na tablicy znalazła się jako epitafium jednozdaniowa inskrypcja: „Urodziłam czworo dzieci i umarłam”. Rosina nie była głucha, słyszała doskonale, umiała także czytać i pisać, zapisała więc epitafium w całości, ale polecenie pani natychmiast odrzucił imam z meczetu, który miał prowadzić pogrzeb. Uznał, że cała ta sytuacja sieje jeszcze większe zgorszenie, i zadecydował, iż na nagrobku kobiety nie będzie żadnego napisu.

Martwą Dewi Ayu znalazła po południu jedna z sąsiadek, która podglądała ją przez okno; kobieta była pogrążona w spokojnym śnie, który widuje się tylko w ostatnich godzinach życia. Ale było coś jeszcze: w powietrzu unosił się zapach boraksu. Rosina kupiła boraks w piekarni, a Dewi Ayu osobiście posypała się środkiem mumifikującym, którego inni używają do pulpetów mie bakso. Rosina pozwalała ogarniętej obsesją śmierci Dewi Ayu na wszystko i nawet gdyby ta kazała jej wykopać grób i pochować się w nim żywcem, posłuchałaby, przypisując to wyjątkowemu poczuciu humoru pani. Inaczej rzecz się miała z głupią podglądaczką. Sąsiadka wskoczyła bowiem przez okno do izby, święcie przekonana, że tym razem Dewi Ayu posunęła się za daleko.

— Posłuchaj mnie, ty kurwo, która spałaś z naszymi mężami! — zawołała z urazą. — Jeśli chcesz zdechnąć, zdychaj, ale nie mumifikuj ciała, bo to tylko ścierwo, na które nikt nie spojrzy!

Pchnęła Dewi Ayu: ciało przewróciło się na bok, nie otwierając oczu.

Rosina wpadła do izby i pokazała sąsiadce, że pani pewnie umarła.

— Ta kurwa zdechła?

Rosina kiwnęła głową.

— Zdechła?!

Wtedy babsko nieoczekiwanie zalało się łzami, jakby umarła jej własna matka, i między gardłowymi szlochami wyrzucało z siebie chaotycznie:

— Ósmy stycznia zeszłego roku był najpiękniejszym dniem w naszym życiu, całej naszej rodziny. Tamtego dnia mój mąż znalazł przypadkowo pod mostem trochę pieniędzy i poszedł do burdelu Mamy Kalong, i spał z tą kurwą, która teraz leży martwa przede mną. Kiedy wrócił do domu, był łagodny jak baranek. A ósmy stycznia był jedynym dniem, kiedy nikogo z nas nie zlał!

Rosina zerknęła na nią pogardliwie, jakby chciała powiedzieć, że trudno winić męża, że tłucze taką jędzę, a potem pozbyła się krzykaczki, każąc jej rozgłosić nowinę o śmierci Dewi Ayu. Nie trzeba było szykować pogrzebowego całunu, bo kupiła go przed dwunastoma dniami. Nie trzeba było kąpać Dewi Ayu, bo pani wykąpała się sama i sama zmumifikowała ciało.

Gdyby mogła — Rosina pokazywała rękami imamowi najbliższego meczetu — zmówiłaby za siebie modlitwy.

Imam obrzucił dziewczynę nienawistnym spojrzeniem i odrzekł, że nie ma zamiaru zmawiać modlitw za to truchło prostytutki ani tym bardziej chować go w ziemi.

Ponieważ umarła — pokazała Rosina — nie jest już prostytutką.

Kyai Jahro, ten imam z meczetu, poddał się w końcu i poprowadził pogrzeb Dewi Ayu.

A ona aż do śmierci, w której szybkie nadejście wierzyło tak niewielu, nie widziała swojego ostatniego dziecka. Mówiono, że miała niebywałe szczęście, bo żadna matka nie przeżyłaby widoku tak obmierzłego niemowlęcia. Nie zaznałaby spokojnej śmierci ani wiecznego odpoczynku. Tylko Rosina powątpiewała, czy aby na pewno Dewi Ayu nie przeżyłaby widoku córki, bo pani za życia niczego nienawidziła tak bardzo jak ładnych małych dziewczynek. Byłaby uradowana, widząc, jak bardzo różni się jej najmłodsze dziecko od swych starszych sióstr. Ale zobaczyć tego już nie mogła. Ponieważ niema góralka była zawsze posłuszna swej pani, przez wszystkie dni oczekiwania na śmierć nie przystawiała dziecka matce, choć gdyby Dewi Ayu ujrzała córeczkę, mogłaby odłożyć zgon przynajmniej o parę lat.

— To bzdury — oburzał się kyai Jahro. — Gdyż chwila śmierci jest w rękach Boga.

Pani chciała umrzeć przez dwanaście dni i umarła — pokazała rękami Rosina, uparta jak Dewi.

Wedle ostatniej woli zmarłej Rosina stała się teraz opiekunką szkaradnego dziecka. I to ona wzięła na siebie niedorzeczny obowiązek wysłania telegramów do trzech córek Dewi Ayu, informując je, że ich matka umarła i zostanie pochowana na komunalnym cmentarzu Budi Dharmy. Żadna z nich oczywiście nie przyjechała, ale pogrzeb odbył się następnego dnia, poprzedzony eksportacją, jakiej nigdy tam nie widziano i jakiej nie będzie się widzieć przez wiele kolejnych lat. A stało się tak dlatego, że niemal wszyscy mężczyźni, którzy spali z tą ladacznicą, przyszli ją pożegnać czułym pocałunkiem, składanym w bukiety jaśminu, płatki rzucali następnie na drogę, którą przemierzała trumna. Żony i kochanki tych mężczyzn też stłoczyły się wzdłuż całej drogi, wpychając się na plecy żałobników i zerkając zazdrośnie na kondukt, wiedząc, że ich podochoceni mężowie i kochankowie nadal biliby się między sobą o szansę spółkowania z Dewi Ayu, zupełnie nie troszcząc się o to, że ich wybranka jest już tylko trupem.

Rosina szła za trumną niesioną przez czterech sąsiadów. Dziecko szybko usnęło w jej ramionach, osłonięte czarnym welonem, który miała na głowie. Obok niej szła sąsiadka, ta krzykaczka, i niosła kosz pełen płatków kwiatów. Rosina sięgała po nie raz po raz i wyrzucała je wysoko w powietrze razem z monetami, o które walczyły dzieci, biegnące specjalnie w tym celu pod trumną, ryzykując, że zostaną wepchnięte do rowu albo zdeptane przez żałobników, wznoszących błogosławieństwa dla Proroka.

Dewi Ayu pochowano w odległym kącie cmentarza wśród innych złoczyńców, bowiem tak postanowili kyai Jahro oraz grabarz. W kącie tym leżeli niepoprawny złodziej z epoki kolonialnej, szalony morderca oraz komuniści, a teraz dołączyła do nich nierządnica. Wierzono, że wszyscy ci nieszczęśnicy są poddawani w grobach nieustannym ordaliom, zatem roztropnie jest trzymać ich z dala od grobów pobożnych, którzy chcą spoczywać w pokoju, gnić w pokoju i zostać zjedzeni w pokoju przez robaki, a także bez zbędnego zamieszania kochać się z boskimi hurysami.

Kiedy tylko zakończyły się uroczystości pogrzebowe, wszyscy natychmiast zapomnieli o Dewi Ayu. Od tamtej pory nikt nie nawiedzał jej grobu, nawet Rosina z Piękną. Jego ruiny były smagane przez oceaniczne wichry, pokrywały je warstwy gnijących liści plumerii, wyrastał na nich dziki chiński miskant. Jedynie Rosina miała przekonujący powód, dla którego nie dbała o grób Dewi Ayu:

Dbamy tylko o groby zmarłych śmiercią naturalną — powiedziała małej szkaradnej dziewczynce (własnym językiem migowym, którego dziecko oczywiście nie rozumiało).

Być może prawdą było i to, że Rosina miała dar przepowiadania przyszłości — skromny, odziedziczony po mądrych przodkach talent. Przyjechała do miasta po raz pierwszy przed pięciu laty, wraz z ojcem, który przez całe życie kopał w górach piach, a teraz był już stary i cierpiał na dotkliwy reumatyzm. Miała wtedy zaledwie czternaście lat. Oboje pojawili się w pawilonie Dewi Ayu w burdelu Mamy Kalong. Ladacznica początkowo w ogóle nie była zainteresowana dziewczynką ani jej ojcem — starcem z nosem jak papuzi dziób, ze srebrzystymi kręconymi włosami, pomarszczoną śniadą jak miedź skórą i nade wszystko z tym jego przesadnie ostrożnym sposobem chodzenia, który wyglądał tak, jakby mężczyzna miał się rozpaść, gdyby pchnęła go leciusieńko. Poznała jednak starca i powiedziała w końcu:

— Uzależniłeś się, staruszku. Kochaliśmy się zaledwie przed dwoma dniami.

Starzec uśmiechnął się nieśmiało, niczym chłopak na pierwszym spotkaniu z dziewczyną, i kiwnął głową.

— Chcę umrzeć w twoich ramionach — powiedział. — Nie mogę ci zapłacić, ale oddam ci to nieme dziecko, moją córkę.

Dewi Ayu popatrzyła niepewnie na dziewczynkę. Rosina stała nieopodal i uśmiechała się miło. Była wtedy bardzo chuda i miała na sobie haftowaną sukienkę o wiele na nią za dużą. Przyszła boso, a pofalowane włosy ściągnęła gumką. Miała gładką skórę jak większość góralek, okrągłą buzię, inteligentne wejrzenie, spłaszczony nosek i szerokie usta, którymi obdarzała świat tym przemiłym uśmiechem. Dewi Ayu nie miała pojęcia, do czego mogłaby się jej przydać taka dziewczyna, i spojrzała pytająco na starca.

— Mam już trzy własne córki, więc co miałabym zrobić z tym dzieckiem?

— Umie czytać i pisać, choć nie umie mówić — odrzekł ojciec Rosiny.

— Wszystkie moje dzieci potrafią czytać i pisać oraz mówią — rzuciła Dewi Ayu z drwiącym uśmieszkiem. Ale starzec już wbił sobie do głowy, że pójdzie z nią do łóżka i umrze w jej ramionach, płacąc za to niemą córką.

— Możesz zrobić z niej, co ci się żywnie podoba, nawet dziwkę i brać od niej pieniądze, które będzie zarabiać do końca życia — stwierdził. — A jeśli żaden mężczyzna nie zechce się z nią położyć, porąbiesz ją na kawałki i sprzedasz jej mięso na targu.

— Nie jestem pewna, czy ktoś chciałby zjeść mięso z tego dziecka — odparła Dewi Ayu.

Starzec nie chciał dać za wygraną i po pewnym czasie zaczął przypominać chłopczyka, któremu bardzo chce się sikać. Nie chodzi o to, że Dewi Ayu nie była wspaniałomyślna i nie chciała ofiarować starcowi kilku pięknych ostatnich godzin na swoim materacu, ale o to, że wpadła w konsternację na myśl o tej dziwnej transakcji i nie wiedziała, co począć, więc przenosiła raz po raz wzrok ze starca na niemą dziewczynkę, aż w końcu ta poprosiła o papier i ołówek i napisała:

„Wyświadcz mu tę łaskę i prześpij się z nim, bo za chwilę umrze”.

Więc przespała się ze starcem, nie dlatego, że przystała na transakcję, ale dlatego, że córka wstawiła się za kończącym żywot ojcem. Zmagali się i kotłowali na łóżku, a niema dziewczynka siedziała na krześle przed drzwiami izby i czekała, ściskając torbę wypełnioną odzieniem, którą wcześniej niósł ojciec. Jak się okazało, Dewi Ayu nie potrzebowała zbyt wiele czasu i przyznała później, że mało co wtedy poczuła: ledwie słabe łaskotanie pośrodku krocza.

— Jakby ważka usiadła mi na pępku — powiedziała.

Starzec bez zbędnych wstępów zaatakował ją wściekle, niczym batalion holenderskich żołnierzy siejących śmierć i pożogę. Poruszał się przy tym całkiem swobodnie, jakby zapomniał o reumatyzmie. Jego pośpiech szybko przyniósł owoce, bo wydał z siebie zduszony jęk, a jego ciałem wstrząsnął spazm. Dewi Ayu sądziła początkowo, że to spazm mężczyzny opróżniającego zawartość jąder, ale wyszło na to, że było w tym coś więcej, gdyż starzec wyzionął ducha. Umarł w jej ramionach z ciągle sztywną i mokrą dzidą.

Pochowali go po cichu w tym samym kącie cmentarza, w którym później złożono Dewi Ayu. Choć Rosina nie dbała o grób swojej pani, odwiedzała grób ojca pod koniec każdego miesiąca postu, wyrywając chwasty i modląc się bez przekonania. Dewi Ayu zabrała niemowę do domu, lecz nie jako zapłatę za smutny wieczór, ale dlatego, że mała niemowa nie miała już ani ojca, ani matki, ani nikogo innego z rodziny. Dotrzyma mi przynajmniej towarzystwa, myślała wówczas o dziewczynce, będzie iskała mi wszy każdego popołudnia i pilnowała domu, kiedy ja będę w burdelu.

Rosina spodziewała się, że znajdzie się w jakimś rozpustnym domostwie, ale dom Dewi Ayu był cichy i spokojny. Ściany miały kremowy kolor i wyglądały, jakby nie malowano ich od lat, na lustrze pojawił się kurz, a w oknach wisiały pokryte pleśnią zasłony. Nawet kuchnia sprawiała wrażenie, jakby nikt z niej nie korzystał, a jeśli już, to tylko parzył kawę. Zadbane były tylko łazienka z dużą wanną w japońskim stylu oraz należąca do pani sypialnia. Po kilku dniach spędzonych w nowym domu Rosina okazała się dziewczyną wartą każdych pieniędzy i z nawiązką zarobiła na swoje utrzymanie. W czasie kiedy Dewi Ayu kładła się na popołudniową drzemkę, niemowa odmalowała ściany, wyszorowała podłogę, umyła szyby w oknach i wypolerowała je trocinami od stolarza, zmieniła zasłony i zaczęła sprzątać podwórko, które wkrótce rozkwitło kwiatkami.

Pewnego popołudnia Dewi Ayu obudził po raz pierwszy od bardzo dawna dobiegający z kuchni aromat ziół i przypraw; zjadły razem obiad, zanim pani wyszła do pracy. Rosina nie miała nic przeciwko panującym wcześniej w domu opłakanym warunkom, ale nie miała też nic przeciwko sprzątaniu, choć zaintrygowało ją to, że mieszkają tylko we dwie. Dewi Ayu nie znała jeszcze języka znaków niemej dziewczyny, więc Rosina sięgnęła po kartkę.

„Mówiła pani, że ma troje dzieci?”

— Owszem — odpowiedziała Dewi Ayu. — Wyprowadziły się, kiedy tylko nauczyły się rozpinać męskie rozporki.

Rosina przypomniała sobie te słowa, kiedy kilka lat później Dewi Ayu stwierdziła, że nie chce znów zajść w ciążę (choć była już ciężarna) i ma dość rodzenia dzieci. Często gawędziły ze sobą popołudniami, siedząc w kuchennych drzwiach i przyglądając się, jak hodowane przez Rosinę kury grzebią w ziemi. Dewi Ayu opowiadała wówczas niczym Szeherezada przeróżne fantastyczne historie, najczęściej o swoich pięknych córkach. Tak zrodziła się ich pełna zrozumienia przyjaźń. Dlatego kiedy Dewi Ayu wzięła się do zabijania ostatniego dziecka w brzuchu na różne najprzemyślniejsze sposoby, Rosina nie próbowała jej powstrzymać. Dewi Ayu wpadła w rozpacz, ale Rosina okazała się mądrą dziewczyną i pokazała ladacznicy rękami:

Niech się pani modli, żeby była brzydka.

Dewi Ayu spojrzała na nią i powiedziała:

— Minęło wiele lat, odkąd się modliłam.

Wszystko zależy od tego, do kogo się pani modli. — Rosina się uśmiechnęła. — Niektórzy bogowie są, mówiąc szczerze, skąpi.

Więc Dewi Ayu zaczęła się modlić niezobowiązująco. Modliła się, kiedy przyszła jej na to ochota: w łazience, w kuchni, na ulicy, a nawet wtedy, kiedy jakiś tłuścioch wiosłował na jej ciele, a ona nagle sobie o tym przypominała; mówiła wtedy: o wy, którzy słuchacie mej modlitwy, bogowie czy demony, aniołowie czy ifryty5 — sprawcie, żeby moje dziecko było paskudne. Zaczęła nawet wyobrażać sobie przeróżne brzydkie rzeczy. Na przykład diabła z rogami, z wystającymi jak u dzika kłami, i dziecko w takiej upragnionej postaci. Któregoś dnia zobaczyła gniazdko elektryczne i pomyślała, że tak mógłby wyglądać jego nos. Wyobraziła sobie także jego uszy jak ucha garnka i usta jak szparka w śwince skarbonce, i włosy jak rózgi miotły. Skakała nawet z radości, kiedy ujrzała w klozecie jakieś szczególnie obrzydliwe gówienko i prosiła bogów o właśnie takie dziecko: o skórze warana z Komodo i nogach żółwia. Dewi Ayu żyła tymi wyobrażeniami, które z dnia na dzień stawały się coraz bardziej szalone, a tymczasem w jej brzuchu rosło dziecko.

Zwieńczeniem tego wszystkiego był pewien wieczór po siódmym pełnym księżycu ciąży, kiedy kąpała się w różanej wodzie w towarzystwie Rosiny. Tego dnia ciężarne wypowiadają życzenia skierowane do dziecka i rysują jego twarz w łupinie kokosowego orzecha. Większość przyszłych matek narysowałaby oblicza Draupadi, Szinty czy Kunti6, czy też innej prześlicznej bohaterki teatru lalek wayang, a gdyby liczyły na syna, narysowałyby Judistirę, Arjuna albo Bimę7. Natomiast Dewi Ayu — jako zapewne pierwsza matka na świecie, która nie była pewna efektu zaklęć aż do samej śmierci — narysowała węglem drzewnym dziecko najszkaradniejsze z możliwych. Miała nadzieję, że nie będzie przypominało nikogo ani niczego, co do tej pory widziała, z wyjątkiem, być może, dzikiej świni albo małpy. Narysowała więc postać przerażającego potwora — takiego, jakiego jeszcze nie spotkała i nie spotka do czasu, aż ją pochowają.

Ale w końcu go ujrzała — po dwudziestu jeden latach, w dniu, w którym zmartwychwstała.

Dzień zamieniał się już w noc, a cyklony sprowadziły ulewny deszcz, który oznaczał zmianę pór roku. Na wzgórzach dzikie psy, ajaki, wyły przeszywająco, zagłuszając nawet muezina, który wzywał wiernych do przedwieczornej modlitwy Al-Maghrib w meczecie. Miał niewątpliwie utrudnione zadanie, bo większość ludzi nie lubiła wychodzić w ulewie o zmroku, w dodatku kiedy ujadały psy, a po drogach przechadzał się biadolący duch w pogrzebowym całunie i dosyć opłakanym stanie.

Na Jawie muzułmański teolog i uczony [wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza]. [wróć]

Jawajska uczta. [wróć]

W Mahabharacie król Hastinapur i ojciec pięciu braci Pandawa. [wróć]

W Mahabharacie mężem Gandari był ślepy Dritarasztra z dynastii Kuru. [wróć]

W wierzeniach arabskich: zły duch, najpotężniejszy z dżinów. [wróć]

W Mahabharacie odpowiednio: żona braci Pandawów; żona Ramy; matka trzech najstarszych Pandawów. [wróć]

W Mahabharacie: bracia Pandawowie. [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki