Piękni,  młodzi i bogaci - Jolanda Maloy - ebook
Opis

„Piękni, młodzi i bogaci” to historia o przyjaźni, miłości i zdradzie. Są to losy bliskich sobie osób, które spotykają się w kolejnych wcieleniach na Ziemi. Dla niektórych czytelników będzie to przygodowy romans, toczący się w osiemnastowiecznej południowej Francji, zaś dla mnie jest opowieścią o tym, że nic w życiu nie jest przypadkowe. Książka nie jest prawdą historyczną. Daty i miejsca pojawiają się tylko po to, aby określić czasoprzestrzeń toczącej się powieści.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 452

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Jolanda Maloy

Piękni, młodzi i bogaci

© Jolanda Maloy, 2017

„Piękni, młodzi i bogaci” to historia o przyjaźni, miłości i zdradzie. Są to losy bliskich sobie osób, które spotykają się w kolejnych wcieleniach na Ziemi. Dla niektórych czytelników będzie to przygodowy romans, toczący się w osiemnastowiecznej południowej Francji, zaś dla mnie jest opowieścią o tym, że nic w życiu nie jest przypadkowe. Książka nie jest prawdą historyczną. Daty i miejsca pojawiają się tylko po to, aby określić czasoprzestrzeń toczącej się powieści.

ISBN 978-83-8126-158-6

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Powieść dedykuję

mojemu przedwcześnie zmarłemu bratu

oraz przyjaciołom

z którymi spędziłam najwspanialsze lata

młodzieńczego życia.

J. K. Maloy

1. Armand i Juliette

Południe Francji, 1739

W sali panował półmrok. Po rozgwieżdżonym niebie przechadzał się księżyc. Jego jasne światło wpadało do wnętrza komnaty przez strzeliste okna. Granatowe sklepienie, poznaczone srebrnymi gwiazdami, do złudzenia przypominało niebo w środku nocy. Strzeliste sklepienie podtrzymywały dwa filary. Przed każdym stał pięcioramienny lichtarz.

Płomienie świec oświetlały twarze zgromadzonych w komnacie mężczyzn. Na środku, między filarami stał tron, na którym siedział mężczyzna w średnim wieku. W ciemnym oświetleniu jego jasne włosy robiły wrażenie dużo ciemniejszych niż w rzeczywistości. Z jego spojrzenia biła wielka mądrość oraz niespotykana wręcz łagodność. Hrabia Filip de Lapierre, zasiadający na tronie, był aktualnym Mistrzem Loży.

Tuż przed tronem znajdował się ołtarz. Dalej stał stolik, a na nim trójdzielny świecznik z zapalonymi świecami. Po obu stronach sali, za filarami, stały dwa rzędy wyściełanych krzeseł, na których zasiadali członkowie bractwa.

Rozległo się tępe uderzenie drewnianego młotka, po którym hrabia zabrał głos.

— Usłyszeliśmy przed chwilą od Paula Duvalle, że jego rodzony brat Pierre, prawy i szlachetny młodzieniec, pragnie wstąpić w szeregi masonów. Niespełna pół roku temu skończył dwadzieścia cztery lata, nic więc nie stoi na przeszkodzie, by został członkiem naszego zgromadzenia.

— Bracie Armandzie de Beries, czy zgadzasz się przyjąć do naszego bractwa Pierre’a Duvalle?

— Zgadzam się — odparł niebieskooki blondyn, siedzący jako pierwszy w rzędzie po prawej stronie Mistrza Loży.

— Bracie Michaelu Roscherie?

— Znam Pierre’a od ponad dwóch lat — odpowiedział siedzący tuż za Armandem ciemny blondyn. — Uważam, że jest godzien wstąpienia w nasze szeregi, jak mało kto.

— Jeanie de Chavannese, jakie jest twoje zdanie na ten temat? — pytał dalej hrabia.

— Również znam Pierre’a osobiście. Może nie tak dobrze jak mój przedmówca, ale wiem, że używa on szpady tylko w obronie pokrzywdzonych. Oczywiście popieram — odparł ciemnooki młodzieniec o długich, czarnych, falowanych włosach.

Każdy następny z pytanych przez Mistrza Loży mężczyzn poparł kandydaturę, zaproponowaną przez Paula Duvalle.

— W takim razie ogłaszam, że Pierre Duvalle jednogłośnie zostaje przyjęty w szeregi naszego bractwa — mówiąc to, hrabia spojrzał na Paula.

Ten uśmiechnął się lekko pod nosem. Widać było, że jest zadowolony z wyniku przeprowadzonego głosowania.

— Dzisiaj mamy ostatni dzień kwietnia — kontynuował hrabia. — Ponieważ niektórzy z nas będą zajęci w tych dniach osobistymi sprawami — tu spojrzał na Armanda de Beries — ogłaszam zaprzysiężenie Pierre’a Duvalle w dniu dwunastego czerwca.

Znowu rozległo się trzykrotne uderzenie młotka, po którym Mistrz Loży ogłosił:

— Posiedzenie loży uważam za zamknięte.

* * *

Nastał maj, jeden z najpiękniejszych miesięcy w roku. Nad Niceą zapadał zmrok. Niebo rozgwieździło się milionem gwiazd, wieczór był wyjątkowo ciepły. Dochodziła dziesiąta.

— Jestem wykończona tą podróżą. Chętnie udałabym się na spoczynek — rzekła Juliette do młodszej siostry.

— Naprawdę, mogłabyś tak spokojnie zasnąć po tym, co tu przed chwilą zobaczyłaś? — zdziwiła się Henrietta.

— Widzę, iż pałac zrobił na tobie ogromne wrażenie.

— Pomyśleć, że to wszystko będzie niedługo należało do ciebie. Nie przypuszczałam, że twój narzeczony ma aż tak dobry gust.

— Mnie również zaskoczył przepych, jaki tu zastałam. Czuję w tym jednak rękę jego matki, markizy de Beries.

— Słyszałam, że tu w Nicei, na nadmorskim bulwarze częściej można spotkać Anglika niż Francuza — dodała po chwili Henrietta.

— Dobrze wiesz, iż zarówno ja, jak i Armand mówimy płynnie po angielsku.

Juliette zajęła miejsce przy toaletce z kryształowym potrójnym lustrem. Chwyciła zapinkę, przytrzymującą długie włosy i jednym ruchem rozpostarła je na ramionach. Po chwili odwróciła się w stronę młodszej siostry.

— Poczeszesz mnie? Proszę — powiedziała błagalnym tonem. — A potem ja ciebie. Jak za dawnych lat.

Henrietta ochoczo przystała na propozycję siostry.

— Twoje włosy są takie piękne — oznajmiła wykonując pierwsze ruchy szczotką.

— Naprawdę tak myślisz? — spytała z niedowierzaniem Juliette. — Może masz rację, jednak dobrze wiesz, że nie do końca jestem zadowolona z ich koloru. Są ani jasne, ani ciemne. Mama twierdzi, że to średni blond. Ja jednak wolałabym być jasną blondynką, tak jak ty.

— Nie doceniasz tego, co masz. Dzięki temu twoje rzęsy i brwi są czarne. Ja, gdybym nie miała brązowych oczu… Henrietta zamyśliła się. — Pamiętasz ciocię Klarę..?

— Nie pomyślałam o tym — przyznała Juliette, spoglądając na swoje odbicie w lustrze.

— Aż trudno uwierzyć, że masz jakieś zastrzeżenia do swojej urody. Dobrze wiesz, że mnóstwo kawalerów podkochuje się w tobie. Wielu też starało się o twoją rękę. Pamiętam, jak papa opowiadał o ich minach, gdy dowiadywali się, że jesteś obiecana markizowi de Beries.

Było w tym sporo racji. Młodą hrabiankę Juliette de Lapierre, chociaż nie była typem kokietki, zawsze otaczał wianuszek wielbicieli. A ona zdawała się tego nie zauważać. Przykuwała wzrok mężczyzn delikatnymi rysami twarzy oraz zgrabną sylwetką. Szczególną zazdrość rywalek budziły jej niewiarygodnie długie czarne rzęsy.

— Wiesz, czego ja ci zazdroszczę, Henrietto? Chciałabym mieć tyle lat co ty. Ja w sierpniu skończę dziewiętnaście. Czuję się strasznie stara. Moje koleżanki, z którymi pobierałam nauki u sióstr Zmartwychwstanek, mają już mężów, dzieci, a ja… — w głosie Juliette można było wyczuć nutkę żalu.

— Chciałabyś mieć niespełna siedemnaście lat? Nie wierzę! — zdziwiła się Henrietta. — Zapomniałaś, że to właśnie ty półtora roku temu przełożyłaś ślub z Armandem.

— Oczywiście! Nasza mama była wtedy ciężko chora! Nie mogłaby uczestniczyć w tak ważnej uroczystości. Zapomniałaś?!

— Postąpiłaś słusznie — odparła Henrietta.

Spojrzała na wzburzoną minę Juliette i dodała:

— Nie rozumiem, o co ci zatem chodzi?

— O to, że rok temu, nie kto inny, jak markiza de Beries zaproponowała przełożenie naszych zaręczyn. Chciała, żeby Armand ukończył studia w Paryżu. Poza tym miała nadzieję, że zostanie zakończona budowa pałacu w Nicei. Właśnie tego, w którym teraz jesteśmy.

— I nie myliła się — oznajmiła Henrietta. — Pałac jest już gotowy. Trzeba przyznać, że Armand kupił piękny kawałek ziemi, tuż nad samym morzem. Szkoda, że dzisiaj tak późno przyjechałyśmy, nie zdążyłyśmy obejrzeć ogrodu.

— Nie martw się, wszystko w swoim czasie. Jutro przejdziemy się po ogrodzie.

— Jutro odbędą się wasze zaręczyny.

— Masz rację Henrietto, ale dopiero wieczorem. Ogród zwiedzimy przed południem, obiecuję ci to.

— W głębi serca trochę ci zazdroszczę — dodała po chwili Henrietta. — Armand de Beries jest przystojny, bogaty i wpatrzony w ciebie jak w obrazek.

— Naprawdę tak sądzisz? — spytała z niedowierzaniem Juliette. — To chyba dobrze, gdy narzeczony kocha swą wybrankę?

— Oczywiście! Wiesz, co mnie często zastanawia? — dodała po chwili namysłu. — Markiza de Beries i nasza mama postanowiły, że zostaniecie małżeństwem, gdy byliście zupełnie małymi dziećmi. Tak naprawdę nikt nie liczył się z waszym zdaniem, a mimo to połączyło was wielkie uczucie.

— Wyobraź sobie, Henrietto, że też często o tym myślałam. Pamiętam dzień, w którym dowiedziałam się, że mam narzeczonego. Miałam wtedy zaledwie kilka lat, sześć, siedem? Nie rozumiałam nawet, co to znaczy. Zastanawiałam się, jak on wygląda. Czy mu się spodobam, gdy mnie po raz pierwszy zobaczy. Kiedy oficjalnie nas sobie przedstawiono, on był już osiemnastoletnim młodzieńcem, a ja dwunastoletnią panienką. Wydał mi się nieziemsko przystojny. Wysoki, gładka twarz i te jasnoblond włosy … Takie jak twoje.

— To dlatego się w nim zakochałaś?!

— Może tak, a może nie… Sądzę, że zadecydowało coś więcej, niż kolor jego włosów.

Juliette oczami duszy ujrzała błękitne oczy Armanda oraz jego uśmiechniętą twarz. Jednak nie tylko uroda była atutem młodego markiza. Armand był niezwykle oczytany, inteligencją przewyższał niejednego rówieśnika. Z taką samą pasją rozprawiał o literaturze i sztuce, jak i o naukach ścisłych. Budziło to podziw wielu jego rozmówców. Juliette miała wrażenie, że nie ma dziedziny życia, na której by się nie znał.

— Henrietto — zwróciła się znów do siostry — pamiętasz rozmowę, którą przypadkowo kiedyś podsłuchałyśmy?

— Masz na myśli wyznanie markizy w rozmowie z naszą mamą?

— Tak. Mówiła, że Armand jest jej niezmiernie wdzięczny za wybór narzeczonej.

— Pamiętam, Armand podobno zwierzył się matce, iż pokochał cię od pierwszego wejrzenia. To takie romantyczne — westchnęła Henrietta.

— Szkoda, że młodszy syn markizy, François nie poczuł tego samego do ciebie.

— Siedem lat temu był jeszcze dzieckiem. Miał jedenaście, najwyżej dwanaście lat. Dobrze wiesz, że chłopców w tym wieku nie interesują dziewczęta. Zresztą, gdy z nim rozmawiam, mam wrażenie, że jedyną jego miłością jest literatura.

— Widocznie jeszcze żadna kobieta nie zawładnęła jego sercem — stwierdziła Juliette. — Podobno François sam pisze wiersze.

Powiedziała to, sadząc, iż siostra spojrzy łagodniejszym okiem na młodszego syna markizy. Na Henrietcie nie zrobiło to jednak najmniejszego wrażenia. Wzruszyła ramionami.

— Nie sądzę, żeby z poezji można było utrzymać żonę i dzieci. Zapomniałaś, że cały majątek dziedziczy pierworodny syn.

Juliette spojrzała na nią nieco zdziwiona. Pragnęła, żeby Henrietta była szczęśliwa. Traktowała ją nie tylko jak młodszą siostrę, ale również jak przyjaciółkę. Nic dziwnego, razem się wychowały, czytały te same książki, słuchały tej samej muzyki. Były dla siebie nawzajem powierniczkami najskrytszych tajemnic.

* * *

Na błękitnym niebie płynęły leniwie białe obłoczki. Zapowiadał się ciepły, słoneczny dzień. Nie było w tym nic dziwnego. W Nicei prawie zawsze świeciło słońce.

Po porannym posiłku młodzież, czyli Juliette, Henrietta, Armand oraz jego młodszy brat François postanowili zjeść deser na tarasie.

— Proponuję spacer — odezwał się młody markiz, widząc, że obie panienki kończą dopijać czekoladę.

Armand de Beries, chociaż skończył już dwadzieścia pięć lat, wyglądał dużo młodziej. Zapewne za sprawą gładkiej, niemal chłopięcej twarzy. Szczególnego uroku dodawały mu błękitne oczy, osadzone w ciemnej oprawie brwi i rzęs.

— Sądzę, że przechadzka po ogrodzie dobrze nam wszystkim zrobi — odpowiedziała Juliette, zerkając w stronę siostry.

Domyślała się, że Henrietta będzie szczególnie zachwycona tym pomysłem. Już wczoraj wieczorem, zaraz po przyjeździe, chciała obejrzeć ogród, jednak mama jej odradziła.

Armand podał dłoń młodej hrabiance, odwracając się w stronę François. Ten, domyśliwszy się, w czym rzecz, podszedł do Henrietty.

— Będę zaszczycony móc towarzyszyć panience — rzekł podając jej dłoń.

Dziewczyna uśmiechnęła się do niego życzliwie. Widać było, że rozpierała ją energia. Siedzenie na tarasie najwyraźniej już ją trochę znużyło.

Za chwilę cała czwórka zeszła rozłożystymi schodami wprost do ogrodu. Juliette i Armand szli w pierwszej parze. Kilka kroków za nimi kroczyła dumnie Herrietta u boku François.

Po przejściu niespełna kilkunastu metrów Juliette stanęła. Rozejrzała się. Zauważyła, że posadzoną tu roślinność dobrano z dużą starannością. Ogród robił wrażenie wprost baśniowego.

— Jak tu pięknie! — nie mogła powstrzymać sie od wyrażenia zachwytu.

— Wiedziałem, że ci się spodoba, najdroższa — z radosnym uśmiechem oznajmił Armand.

Dobrze wiedziała, co narzeczony ma na myśli. Zarówno pałac, jak i ogród były ślubnym prezentem dla niej, jego przyszłej małżonki. Nic nie odpowiedziała, spuszczając skromnie oczy. Wtedy on mógł dostrzec jej niewiarygodnie długie rzęsy.

Trzeba przyznać, że Juliette wyglądała wyjątkowo powabnie. Jej gęste włosy, zakręcone tego dnia w grube loki, opadały na odkryte ramiona. Miała na sobie suknię w kolorze lodów waniliowych. Obcisły gorset, podkreślający jej wąską talię, i szeroki dół sutej krynoliny sprawiały, że wyglądała bardzo dziewczęco. W dłoni trzymała białą parasolkę. Miała chronić jej twarz przed palącym niemiłosiernie słońcem.

Kiedy Juliette się zatrzymała, podziwiając roślinność, Armand stanął naprzeciwko niej. Stali przez chwilę w milczeniu, wpatrzeni w siebie, jakby zapomnieli o całym świecie.

— Może przejdziemy w głąb ogrodu?! — usłyszeli nagle głos François.

Oderwali od siebie wzrok. Juliette wydała się mocno zmieszana. Armand wprost przeciwnie. Uśmiechnął się do brata.

— Dobry pomysł. Pozwól za mną, kochanie — podał dłoń narzeczonej.

Cała czwórka skierowała się ku miejscu, gdzie po obu stronach alejki kwitły krzewy migdałowca. Kolor ich kwiatów aż raził w oczy mocnym różowym odcieniem.

— Czuję się jak w ogrodzie z bajki — Juliette wciąż nie mogła oprzeć się zachwytowi.

Widać było, że młody markiz jest kontent z reakcji swej wybranki. Zrobił przecież wszystko, żeby zarówno pałac, jak i ogród wyglądały imponująco.

— Obejrzyj się, proszę — odezwał się Armand, chwytając Juliette za ramię. — Spójrz na pałacyk. Jak znajdujesz go z tej perspektywy?

Pałac także robił wrażenie baśniowego. Stojąc na niewielkim wzniesieniu, górował nad resztą ogrodu. Z tarasu prowadziły rozłożyste schody, mieszczące się zarówno po jego lewej, jak i prawej stronie. Na dole łączyły się w jedną całość.

Okazały pałac cieszył oczy nietypową architekturą. Szczególnie tu, od strony ogrodu, znajdowało się wiele balkonów i balkoników. W kolorze polnego maku świetnie współgrały z kremowym odcieniem pałacowych ścian. Pozłacane ozdoby na szczycie oraz wiązania dachu lśniły w jasnym słońcu jak drogie klejnoty.

Armand widział po minie wybranki, że widok ją urzekł. Nie chciał więc jej dręczyć dalszymi pytaniami. Spojrzał na Henriettę, kroczącą kilka metrów za nimi u boku François. Sądząc po jej minie, mógł się domyślać, że pałacyk i na niej zrobił duże wrażenie.

Po krótkiej chwili spacerujący znaleźli się w ogrodzie o zgoła odmiennym charakterze. Królowały tu drzewka cytrusowe, palmy oraz agawy. Między nimi rósł młody wawrzyn, mający niespełna metr wysokości. Jeszcze mniejsze były drzewka mirty. Przykuwały one wzrok zwiedzających pięknymi białymi kwiatami.

W pewnym momencie Armand nachylił się i szepnął do ucha Juliette:

— Uciekniemy im?

Spojrzała na niego z niedowierzaniem. Chociaż znała go od dzieciństwa, nie posądzała o tego rodzaju żarty.

— Naprawdę byś to zrobił?

Uważała narzeczonego za osobę bardzo poważną pomimo młodego wieku. Wydawał się jej taki wyważony, zawsze postępujący według ustalonych zasad. Jakże odmienny od niej, pełnej emocji i spontaniczności.

Armand tymczasem chwycił ją za rękę i pociągając za sobą, pobiegł tak szybko, że ledwo mogła za nim nadążyć.

— Poczekaj, gdzie się tak spieszysz? — spytała zasapana.

— Chcę ci pokazać coś jeszcze.

Mówiąc to, podprowadził ją do misternie rzeźbionej balustrady, wykonanej z jasnego piaskowca. Przed nimi rozpościerał się niezwykły widok.

Juliette spojrzała przed siebie i ujrzała lazurową toń Morza Śródziemnego. Daleko, na horyzoncie, woda niemal zlewała się z błękitem nieba.

— Jak tu pięknie. Czy to aby nie sen?

— Daję słowo, że nie — odpowiedział Armand z uśmiechem. — Pragnąłem, żeby ten pałac i ogród zrobiły na tobie ogromne wrażenie. Udało mi się, mam nadzieję?

— Jest piękniejszy, niż mogłabym sobie wymarzyć. Wprost nie dowierzam, że będziemy tu mieszkać. A ten widok…

— Wiedziałem, że urzeknie cię to miejsce — na jego twarzy pojawił się ponownie uśmiech zadowolenia.

— Tak dobrze mnie znasz? — zdziwiła się.

— Nie rozumiem, skąd to zdumienie? — Spojrzał w jej szmaragdowe oczy. — Przecież znam cię od dziecka.

Juliette spuściła wzrok. Armand pogładził ją delikatnie po policzku. Następnie uniósł lekko jej małą bródkę i zatopił wzrok w turkusowych oczach narzeczonej. Widząc speszoną i zakłopotaną minę dziewczyny, puścił jej twarz.

— Chyba już najwyższy czas na niespodziankę.

— Niespodziankę?! — zdziwiła się.

— Pozwól za mną — zakomunikował chwytając ją za rękę.

Juliette z zaciekawieniem udała się alejką, którą wskazał Armand. Wzdłuż niej rosły drzewka cytrusowe oraz młode palmy. Widać było, że są niedawno posadzone, gdyż ich wysokość nie przekraczała dwóch metrów.

Jak urosną, będzie tu pięknie, pomyślała.

Spojrzała w bok i w odległości kilkunastu metrów ujrzała fontannę. Tryskająca do góry woda wylewała się z wielkiej marmurowej rzeźby, przypominającej kwiat lotosu. Na dole z wody wyłaniały się trzy małe delfinki. Całe były pomalowane na złoty kolor. Z ich pyszczków wytryskiwały strumienie wody.

Juliette podbiegła bliżej. Usiadła na marmurowym brzegu fontanny i ciesząc się jak dziecko, zamoczyła koniuszki palców w lazurowej wodzie.

— Nie wspominałeś nic o fontannie!

— Przecież to miała być niespodzianka.

Juliette, nie zwracając uwagi na narzeczonego, ciągle siedziała, zanurzając dłoń w wodzie.

— Nie przypuszczałem, że sprawię ci taką radość.

Na te słowa Juliette wstała i spojrzawszy w oczy Armanda, powiedziała nieśmiało:

— Chyba czytasz w moich myślach.

— Chciałbym — ujął jej dłoń, przyłożył do ust i pocałował.

Speszyła się. Spuściła skromnie oczy, a na jej twarzy pojawił się rumieniec.

— Za chwilę będą się zjeżdżać goście, powinniśmy już wracać — oznajmiła, spojrzawszy w jego błękitne oczy. Na twarzy Armanda pojawił się lekki uśmiech.

Przez chwilę stali wpatrzeni w siebie. Czuli się tak, jakby czas się zatrzymał.

— Tu jesteście! — usłyszeli nagle głos François.

Towarzyszyła mu Henrietta. Zauważywszy ich, Juliette, nieco speszona, pospiesznie wyrwała dłoń z objęć Armanda.

— Właśnie mieliśmy wracać — oznajmiła.

Rozłożyła jasną parasolkę i szybkim krokiem udała się w drogę powrotną. Armand, niewiele myśląc, przyspieszył kroku i dogonił ją.

— Służę swym ramieniem — rzekł z uśmiechem na ustach. — Wrócimy inną drogą. Może nie będzie tak widowiskowa, ale za to sporo krótsza.

Juliette nic nie odpowiedziała. Posłusznie chwyciła narzeczonego pod ramię.

2. Napad

Nastało piękne majowe popołudnie. Na błękitnym niebie nie było ani jednej chmurki.

Czarna kareta, zaprzężona w sześć karych koni, mknęła z Nicei do Montpellier. Po obu stronach drogi rozciągały się zielono-fioletowe wzgórza. To za sprawą kwitnących kwiatów lawendy oraz plantacji winogron.

Do rodzinnego domu wracały obie hrabianki de Lapierre. Towarzyszyła im guwernantka Henrietty, panna Venessa Marsin. Była to kobieta dwudziestoośmioletnia, wyglądała jednak dużo młodziej, zapewne dzięki szczupłej, zgrabnej sylwetce.

W podróż powrotną narzeczonej Armand de Beries oddelegował dwóch zbrojnych ludzi. Wszyscy twierdzili, że zachowuje się irracjonalnie, tak jakby się czegoś obawiał. Jednak on nic sobie nie robił z tych uwag. Bezpieczeństwo narzeczonej było dla niego najważniejsze.

— Cóż za wspaniały widok! — odezwała się Juliette, wychylając lekko głowę przez otwarte okno karety.

— Chciałabym już być w domu — odpowiedziała Henrietta, nie podzielając entuzjazmu siostry.

Robiła wrażenie zmęczonej wielogodzinną podróżą.

— W pałacu panienek będziemy dopiero wieczorem — odezwała się panna Marsin.

Patrząc na nią, miało się wrażenie, że ulubionym jej kolorem jest czerń. Suknię w takim właśnie kolorze miała na sobie również dzisiejszego dnia. Uważała, że ciemny strój jest najbardziej praktyczny, szczególnie w daleką podróż. Na wierzch miała narzuconą cienką pelerynkę w kolorze bordo. Jak twierdziła, poranki i wieczory są jeszcze chłodne. To samo doradzała dziewczętom. Jednak młode hrabianki nie bardzo liczyły się z jej zdaniem.

Juliette miała na sobie suknię w kolorze fuksji. Górę stanowił obcisły gorset z głębokim dekoltem. Szyję zdobiła czarna aksamitka. Odkryte ramiona osłaniał szal z połyskującej tafty, w kolorze zgaszonego różu. Jej długie włosy, zakręcone tego dnia w grube loki, spinała klamra z kości słoniowej. Jednak znaczna ich część opadała na odkryte ramiona. W uszach można było zauważyć szafirowe kolczyki, kształtem przypominające zwisające łezki.

Henrietta tego dnia miała na sobie nieco skromniejszą suknię. Mama dziewcząt uważała, że szesnastolatka nie powinna tak bardzo eksponować ciała, dlatego też dekolt jej błękitnej sukni zakrywała suto marszczona koronka. Młodzież zdobi młodość, tak mawiała hrabina Natalie de Lapierre. Zapewne też dlatego długie włosy Henrietty zostały związane z tyłu dużą szafirową kokardą.

— Ostatnie dni dostarczyły mi tylu wrażeń, że chętnie odpocznę w domu — oznajmiła Juliette trochę znużonym głosem.

— Nie dziwię ci się — odparła Henrietta. — Muszę przyznać, że przyjęcie zaręczynowe wypadło wyśmienicie. Wyglądałaś tak ładnie w tej kremowej sukni, ozdobionej perełkami. Aż zaparło mi dech…

— Naprawdę? — zdziwiła się Juliette.

— Gdybyś zobaczyła miny wpatrzonych w ciebie mężczyzn. Suknia zrobiła ogromne wrażenie, również na twoich rywalkach. I te szafirowe kolczyki…

Henrietta najwyraźniej rozmarzyła się. Następnie spojrzała na siostrę i dodała, nie kryjąc zdziwienia.

— Masz je na sobie?!

— Uważasz, że nie powinnam zakładać tych kolczyków? Pierścionek zaręczynowy też mam na palcu — dodała z lekkim przekąsem.

Mówiąc to zdjęła z prawej dłoni białą jedwabną rękawiczkę. Oczom podróżujących kobiet ukazał się złoty pierścionek z okazałym szafirowym oczkiem oraz drobnymi brylancikami.

— Ten pierścień i te kolczyki musiały sporo kosztować — stwierdziła Henrietta.

Jednak Juliette nie słuchała już siostry. Jej myśli krążyły gdzieś daleko. Przypomniała sobie moment, kiedy Armand jej się oświadczył. Zamknęła oczy i ujrzała szczęśliwą twarz mamy. Wiedziała, że spełniło się jej największe marzenie. Potem przypomniała sobie twarz Armanda w chwili pożegnania. Widać było, że jest szczęśliwy, gdy oprócz pierścionka zaręczynowego zauważył również kolczyki.

— Armand ucieszył się, że je założyłam — oznajmiła.

— To oczywiste, przecież to prezent od niego.

— Przepraszam, że przerwę rozmowę panienek — wtrąciła panna Marsin. — Może bezpieczniej byłoby zdjąć kolczyki oraz pierścień i schować do woreczka. Lepiej nie kusić losu. Najroztropniej postąpiłaby panienka, oddając te klejnoty rodzicom, gdy wracali do domu.

— Może ma pani rację, lecz mama i papa wyjechali zaraz po zaręczynach. Zresztą, jak mogłabym zdjąć z palca pierścionek, który dostałam od narzeczonego!

Juliette robiła wrażenie oburzonej na samą myśl o tym.

— Słyszałam, że zdjęcie zaręczynowego pierścionka to zła wróżba dla związku.

Chociaż nie uważała się za osobę przesądną, wolała nie sprawdzać tego na własnej skórze.

— Rozumiem — odparła panna Marsin bez entuzjazmu w głosie.

Wtem dał się słyszeć wyraźny odgłos wystrzału z broni palnej. Spłoszone konie zaczęły gnać jak oszalałe. Juliette i Henrietta spojrzały na siebie przerażone.

Kareta mknęła teraz przez las z zatrważającą szybkością. Konie ciągnęły ją od pobocza do pobocza drogi. Najwyraźniej nikt nimi nie kierował. Obie hrabianki sparaliżował strach, do tego stopnia, że nie mogły wydobyć z siebie słowa.

Panna Marsin, chociaż dużo od nich starsza, była bliska omdlenia. Wszystkie trzy dobrze wiedziały, co to oznaczało. Stangret był ranny i nie miał siły utrzymać lejców w dłoniach, albo, co gorsza, już nie żył.

— Coś się musiało stać… — wydusiła z siebie Juliette.

Henrietta, cała drżąca, przytuliła się do niej.

— Mam nadzieję, że to nie napad? — odezwała się panna Marsin.

— Jeśli nawet, to wierzę, że ci dwaj mężczyźni, przydzieleni nam do obrony, poradzą sobie — odparła Juliette z nadzieją w głosie.

Wtem karoca stanęła. Najwyraźniej komuś udało się zatrzymać spłoszone konie. Dziewczęta usłyszały zza okna jakieś męskie głosy. Chwilę potem doszedł je dźwięk uderzających o siebie szpad. Juliette zerknęła przez uchylone okno. Ujrzała dwóch walczących ze sobą mężczyzn. Poznała, że żaden z nich nie należał do ochrony przydzielonej im przez Armanda.

To, co rzuciło się jej w oczy, to uroda jednego z nich. Długowłosy młodzieniec okazał się bardzo zręczny i szybki we władaniu szpadą. Zmieniał co chwila sposób walki, atakując przeciwnika z dwóch różnych stron. Robił to wszystko w tak zadziwiająco krótkim czasie, że tamten z trudem odpierał jego ciosy.

— Nie zabijaj go, tylko odbierz mu szpadę! — usłyszała głos innego mężczyzny.

Nie mogła jednak dojrzeć rozmówcy. Bała się wychylić głowę przez otwarte okno karety.

Szpada wyłuskana z rąk jednego z rabusiów frunęła o kilkanaście metrów dalej. Obaj walczący ze sobą mężczyźni skoczyli po nią niemal jednocześnie. Jeden, by ją zabrać, drugi, by mieć czym dalej walczyć. Gdy odziany w czarny, mocno poszarpany strój, mężczyzna dosięgnął dłonią szpady, młodzieniec postawił na niej nogę. Następnie oparł swoją szpadę na piersi obalonego przeciwnika.

— Daruj mi życie, panie — rzekł tamten błagalnym głosem.

— Nie jestem mordercą — odparł młodzieniec. — Jeśli cię jeszcze tu kiedyś zobaczę, nie daruję!

Mężczyzna, który wypowiadał te słowa, był wysokim, szczupłym szatynem. Po dość wytwornym stroju można było się domyślić, że jest szlachcicem. Odziany w granatowy surdut, czarne spodnie oraz brązowe skórzane buty, sięgające aż za kolana, wyglądał dość wytwornie. Jego głowę zdobił granatowy kapelusz z białymi piórami.

— Wydaje mi się, że ktoś przyszedł nam z pomocą — oznajmiła panna Marsin, wyglądając ostrożnie przez uchylone okno.

Juliette pomyślała, że powinna zdjąć kolczyki, bo za bardzo rzucają się w oczy. Uniosła obie dłonie do prawego ucha, szukając jednego z nich, gdy w tym momencie drzwi karety otworzyły się. Przerażona spojrzała w tamtą stronę i ujrzała wysokiego młodego mężczyznę. Młodzieniec szarmanckim ruchem zdjął z głowy kapelusz i wtedy Juliette dostrzegła piękne jasne włosy. Lśniły złotym blaskiem, odbijając chyba całe światło słońca.

— Jesteście panie już bezpieczne — rzekł spojrzawszy na Juliette.

To dziwne, nie znała go, ale jakiś wewnętrzny głos podpowiadał jej, że może mu zaufać, że przy nim nie stanie jej się żadna krzywda.

— Z kim mamy przyjemność? — spytała zerknąwszy w szaroniebieskie oczy młodzieńca.

— Pierre Duvalle, do usług — przedstawił się.

Juliette wolno i z pietyzmem podała mu dłoń. Jasnowłosy młodzieniec, spojrzawszy w jej oczy, stanął jak zahipnotyzowany. Patrzył tylko na nią, jakby w karecie nie było innych kobiet.

Juliette również nie była w stanie oderwać wzroku od oczu młodzieńca. Wpatrzona w jego twarz, zauważyła, że wyglądał bardzo młodo, chociaż domyślała się, że skończył już dwadzieścia lat. Widziała wpatrzone w siebie oczy, szaroniebieskie jak niebo w lekko zachmurzony dzień.

Wreszcie po kilku minutach, które dla obserwatorów z zewnątrz wydawać się mogły wiecznością, odpowiedziała na zadane przed chwilą pytanie.

— Ma pan przyjemność z hrabianką de Lapierre, Juliette de Lapierre. To moja młodsza siostra — wskazała Henriettę — oraz panna Marsin — wskazała guwernantkę, siedzącą naprzeciwko.

— Młodzieńcze, chciałybyśmy dowiedzieć się, co tak naprawdę się wydarzyło. Gdzie są jeźdźcy przydzieleni nam do ochrony? Co stało się ze stangretem? — panna Marsin dosłownie zalała Pierre’a lawiną pytań.

W tym momencie, w oknie po przeciwnej stronie karety, ukazał się jeden z mężczyzn, przydzielonych przez Armanda de Beries do ochrony. Wyglądał nie najlepiej. Odzież miał poszarpaną, jak się można było domyślić, za sprawą czyjejś szpady. Trzymał się lewą ręką za prawe ramię. Prawdopodobnie w wyniku walki doznał niegroźnych obrażeń.

— Może panienka zaufać tym młodzieńcom — zwrócił się do Juliette. — Gdyby nie oni, nie wiem, jak by się to wszystko skończyło. Napastników było aż dziesięciu.

— Stangret ma przestrzelone ramię! Musimy się pospieszyć! — usłyszały głos innego mężczyzny.

— Mnie już panienki poznały — rzekł Pierre Duvalle. — A oto mój brat bliźniak, ma na imię Paul — złotowłosy mężczyzna odwrócił się w stronę szatyna.

Juliette poznała, że to właśnie jego walkę obserwowała z okna karety. Drugi młodzieniec był równie przystojny, jak jego brat. Miał jednak włosy dużo ciemniejsze. Gdy podszedł, by na przywitanie pocałować jej dłoń, zauważyła, że jego oczy są niewiarygodnie błękitne.

Zdziwiło ją nieco, że obaj młodzieńcy są bliźniakami, a tak się od siebie różnią. Słyszała jednak, że nie wszyscy bliźniacy są identyczni. Na pewno był to właśnie taki przypadek. Jej rozmyślania przerwał nagle stanowczy męski głos.

— Proponuję już ruszać!

Drugi z mężczyzn przyprowadził stangreta, który ledwo trzymał się na nogach i coś majaczył pod nosem.

— Za pozwoleniem panienek, ten biedak powinien jechać w karecie. Jest ciężko ranny i nie da rady usiedzieć na koźle.

— Oczywiście! — hrabianki odezwały się niemal chórem.

Tak więc młodzieńcy podprowadzili woźnicę i posadzili na wolnym miejscu obok panny Marsin.

Trzeci z mężczyzn, już nie tak przystojny jak jego koledzy, był średniego wzrostu, włosy miał ani ciemne, ani jasne, a pod nosem lekki zarost, co powodowało, że wydawał się nieco starszy od pozostałych. Jedną ręką trzymał się za udo i lekko kulał. Zdjął kapelusz, zniżył głowę i przedstawił się.

— Michael Roscherie, do usług panienek. Jeśli panienki pozwolą, zajmę miejsce stangreta i będę powoził karetą.

— Jesteś panie ranny? — spytała zaniepokojona panna Marsin.

— Tak, ale to tylko draśnięcie — pocieszył ją Michael. — Właśnie dlatego wolę usiąść na koźle, niż jechać konno — wyjaśnił.

Damy udały, że zrozumiały jego logiczne wytłumaczenie. Nie miały innego wyjścia, jak zdać się na łaskę nieznajomych. Musiały im zaufać.

— Odwieziemy panienki bezpiecznie do domu — zaproponował Paul. — Wkoło są same lasy. Nie wiadomo, co się jeszcze może wydarzyć.

— Chyba nie mamy wyboru — rzekła Juliette, ciesząc się w duszy, że sprawy przybrały taki obrót.

Kareta powoli ruszyła z miejsca. Obaj nowo poznani młodzieńcy jechali na koniach. Jeden z nich, ten o imieniu Paul, prowadził obok siebie konia rannego Michaela. Jego brat Pierre przyspieszał od czasu do czasu, żeby móc spojrzeć w okno, w którym można było dojrzeć Juliette. Chociaż starał się to robić dyskretnie, hrabianka czuła na sobie jego wzrok. Jakaś niewidzialna siła ciągnęła go do niej. Widział ją po raz pierwszy w życiu, a miał wrażenie, jakby znał ją od wielu lat.

— O czym tak rozmyślasz, braciszku? — spytał go Paul.

— O tym, co się nam dzisiaj przydarzyło.

Paul spojrzał na niego, uśmiechnął się pod nosem i dodał:

— Spodobała ci się jedna z nich? Nie zaprzeczaj, znam cię.

— Tak bardzo rzuca się to w oczy? — zaniepokoił się Pierre.

— Może dla innych nie, ale przecież jesteś moim bratem. Tak rozmarzonego widzę cię po raz pierwszy.

— Masz rację. To co poczułem, patrząc w jej oczy, nie zdarzyło mi się jeszcze nigdy w życiu.

— Oj, źle z tobą! Czuję, że wpadłeś po same uszy.

— Do tej pory żadna kobieta nie zrobiła na mnie takiego wrażenia — mówił dalej Pierre i widać było, że mówi szczerze.

Kareta mknęła przez pola, łąki, lasy. Henrietta spoglądała w okno sennym wzrokiem.

— Chyba zbliżamy się do domu! — ożywiła się nagle. — Poznaję po tym rozłożystym dębie.

— Masz rację, Henrietto — odpowiedziała Juliette, wychylając lekko głowę przez okno.

Na rozstaju dróg rósł okazały dąb. Przewyższał swą wielkością inne dęby, rosnące w tej okolicy. Chociaż była to odmiana dębów karłowatych, z trudnością można go było zaliczyć do tego gatunku. Jego rozłożyste gałęzie były widoczne z odległości kilku kilometrów. Nic dziwnego, dookoła rozciągały się tylko plantacje winorośli oraz pola porośnięte lawendą.

Dzień chylił się ku zachodowi. Kareta mknęła tak szybko, jakby powożący nią chciał dotrzeć do celu jeszcze przed nocą. Juliette wyjrzała przez okno. Jej oczom ukazał się przepiękny widok. Między dwoma wzgórzami widniała wielobarwna, rozbłyskująca poświata. Tarcza słońca tworzyła jasne, złociste półkole. Wyżej rozpościerała się czerwona łuna. Ponad wszystkim kłębiły się na przemian granatowe i pomarańczowe chmury. Zupełnie jakby zbierało się na burzę. A za chwilę, wprost przeciwnie, ciemne chmury odpływały, ustępując miejsca promieniom słońca.

Nim się zorientowała, kareta znalazła się na przedmieściach Montpellier.

* * *

Hrabia Filip de Lapierre oraz jego żona Natalie niecierpliwie wypatrywali powrotu córek. Widząc karetę, wjeżdżającą przez bramę, oboje wybiegli na pałacowy dziedziniec.

— Co tak późno? Czy coś się stało? — spytała hrabina wychodzącą właśnie z karety pannę Marsin.

Gdy tylko wypowiedziała te słowa, zauważyła niespodziewanych gości. Mocno zaskoczona spojrzała na męża.

W tym czasie Pierre zeskoczył z konia. Podszedł szybkim krokiem do hrabiego i jego małżonki.

— Z kim mamy przyjemność? — spytał hrabia de Lapierre.

— Pierre Duvalle, do usług — rzekł młodzieniec, całując dłoń hrabiny.

Hrabia de Lapierre kiwnął głową na przywitanie. Gdy ujrzał Paula, zeskakującego z konia, na jego twarzy dało się zauważyć pewien rodzaj ulgi. Młodzieniec uśmiechnął się do niego dyskretnie. Następnie podszedł do hrabiny i skłonił się nisko.

— Paul Duvalle, do usług. Na powóz państwa córek napadli w lesie bandyci. Przybyliśmy w samą porę.

— Gdyby nie ci młodzieńcy, nie wiem, co by się stało — oznajmiła panna Marsin.

— Woźnica oraz jeden ze zbrojnych ludzi potrzebują pomocy medyka — oznajmił Paul.

Odwrócił głowę w stronę karocy i zobaczył, jak Michael schodzi z kozła. Następnie, domyśliwszy się, że hrabia nie zna jego brata, zakomunikował:

— Oto mój brat, Pierre Duvalle.

Młodzieniec ponownie się skłonił. Hrabia uśmiechnął się życzliwie do obu kawalerów. Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale w tym momencie pojawiła się przy nich Juliette. Wybiegła z karocy i błyskawicznie zjawiła się obok rodziców.

— Proszę mamy! Gdyby nie ci trzej kawalerowie, nie wiem, co by się z nami stało! Bandyci napadli na nas, gdy jechaliśmy przez las! — mówiła szybko, jakby chciała jednym tchem opowiedzieć całą historię.

— Opowiesz nam wszystko przy wieczerzy — hrabina starała się pohamować emocje córki. — Zapraszam wszystkich na poczęstunek — rzekła i spojrzała w stronę męża, czekając zapewne na aprobatę z jego strony.

— Oczywiście, kochanie. Nasze córki zawdzięczają tym młodzieńcom zdrowie, a może nawet życie. Myślę, że panowie zasłużyli nie tylko na poczęstunek, ale również na nocleg.

W tym momencie Michael dołączył do Paula i Pierre’a. Hrabia na jego widok wyraźnie się rozpromienił. Uśmiechnął się do żony.

— Przecież to Michael Roscherie. Kochanie, poznajesz?

— Poznaję, mieliśmy przyjemność spotkać się z panem na jednym z balów u Izabelli… u markizy de Beries — poprawiła się.

— Ależ oczywiście. Przyjaźnię się z synem pani markizy, Armandem. Często bywam na tamtejszych przyjęciach — odpowiedział młodzieniec.

— Jaki ten świat mały — zdziwiła się hrabina.

Po krótkim namyśle dodała:

— Jestem pewna, że gdybym panów nie przenocowała, markiza gotowa by się na nas obrazić. Przy wieczerzy poproszę o szczegółową relację z tego, co się wydarzyło.

— Zapewne to dobry pomysł, ale teraz proponuję wezwać medyka. Należy opatrzyć rannych — oznajmił Michael.

— Sprowadzić medyka! — krzyknął hrabia do służby. — Jaśnie panów zaś proszę na pokoje.

* * *

— Proszę o wybaczenie, ale pokojówki nie przygotowały jeszcze wszystkich pokojów — oznajmiła hrabina de Lapierre.

— Proszę się nie kłopotać, przywykliśmy do niewygód — odparł Pierre.

— Najwyżej posiedzimy trochę dłużej przy kominku — dodał Paul.

— W takim razie życzę dobrej nocy — odpowiedziała hrabina. — Jeśli panowie pozwolą, udam się już na spoczynek.

— Dobrej nocy — odpowiedzieli obaj młodzieńcy, kłaniając się.

Kiedy zostali sami, Pierre podszedł do tlącego się kominka. Stanął, wpatrując się w palące się w nim drzewce. Paul zbliżył się do brata. Opierając dłoń o marmurowy blat, spytał:

— O czym tak rozmyślasz?

— Nie domyślasz się? O kobiecie, którą dziś poznałem, o Juliette de Lapierre.

— Widzę, że źle z tobą. Jeszcze w takim stanie cię nie widziałem.

— Nie żartuj, mówisz mi to już dzisiaj drugi raz — oburzył się Pierre. — Nie wiem dlaczego, ale nie mogę przestać o niej myśleć.

— Przecież znasz ją zaledwie od kilku godzin!

— Właśnie, to dziwne. Czuję się, jakbym znał ją od dawna.

— Nie wiem, czy zauważyłeś, ale ona jest córką hrabiego, a ty prostym szlachcicem. Mam nadzieję, że jej to nie przeszkadza.

— Wcale mi tym nie pomagasz. Sądzisz, że o tym nie wiem? Mam nadzieję, że ona poczuła to samo, co ja. Może jutro nadarzy się okazja, żebyś z nią porozmawiał. Wybadał, co o mnie myśli.

— Ja?! — zdziwił się Paul. — Chciałbyś, żebym wywnioskował, jakie na niej zrobiłeś wrażenie?

— Proszę — błagalnym głosem rzekł Pierre.

Paul spojrzał na niego z niedowierzaniem. Gdzie podział się jego beztroski brat?

W tym momencie pojawiła się pokojówka, oznajmiwszy, że jeden z pokojów jest już gotowy.

— Idź na górę, odpocznij — rzekł Pierre. — Ja i tak nie mógłbym zasnąć.

Młodzieniec postanowił wykonać polecenie brata. Pierre został w salonie zupełnie sam. Oparty o kominek, wyglądał tak, jakby ogrzewał się jego ogniem. Jednak tak naprawdę, myślami był daleko stąd. W swej wyobraźni ujrzał Juliette, jej seledynowe oczy. Wiedział, że to miłość od pierwszego wejrzenia. Nieraz o niej słyszał, jednak nie przypuszczał, że ją kiedyś spotka.

Nagle jego rozmyślania przerwał znajomy głos.

— Nie jesteś, kawalerze, zmęczony?

Odwrócił się. Przed nim stała Juliette. Miała na sobie powiewny peniuar w kolorze jasnego błękitu. Jej rozpuszczone długie włosy sięgały prawie do pasa. Wyglądała jak nimfa morska.

— Czekam, aż służba przygotuje dla mnie pokój — odpowiedział.

— Przepraszam za tę niedogodność. Powiem, żeby się pospieszyli. Chciałabym, żeby panowie wspominali mile wizytę w naszym domu.

— Zapewniam panienkę, że tak właśnie będzie.

— Miło mi to słyszeć — odpowiedziała uszczęśliwiona.

Wyglądała jeszcze ładniej niż za dnia. Zapewne za sprawą tych włosów.

Czując na sobie wzrok młodzieńca, zmieszała się trochę. Spojrzała w dół. Wtedy Pierre ujrzał jej długie czarne rzęsy. Przez chwilę stali w milczeniu. Po chwili Juliette rzekła nieśmiało.

— Zupełnie zapomniałabym. Moja siostra zgubiła bransoletkę. Gdy siadaliśmy do wieczerzy, miała ją jeszcze na ręku. Sądzi więc, że musiała jej się odpiąć podczas kolacji.

— Chętnie pomogę panience szukać zguby — rzekł Pierre, nieco zaskoczony, że widzi tu Juliette, a nie Henriettę.

Juliette, niemal czytając w jego myślach, oznajmiła.

— Henrietta dobrze wie, że gdyby o tak późnej porze pojawiła się tu, na dole, wzbudziłaby niepotrzebną ciekawość służby. Wolała tego uniknąć i dlatego poprosiła mnie o pomoc. Rodzice uważają mnie za starszą i rozsądniejszą.

— A tak nie jest?

— Do tej pory tak właśnie było.

— Czyżby miało się coś zmienić? — roześmiał się Pierre.

— Chyba nie, ale nie mogę za to ręczyć.

— Wracając do zguby, postaram się panience pomóc.

— Będę bardzo wdzięczna. Henrietcie bardzo na tym zależy. Dostała bransoletkę w prezencie od naszej mamy. Jest to pamiątka, przechodząca z pokolenia na pokolenie. Nie chcę nawet myśleć, jak bardzo mama zmartwiłaby się, gdyby zguba się nie odnalazła.

— Musi się znaleźć, nie ma dwóch zdań! — rzekł Pierre stanowczym tonem.

— Proponuję, abyśmy przeszli do jadalni. Mogło odpiąć się zapięcie, gdy siedziała przy stole. W tych starych bransoletach i naszyjnikach mechanizm często zawodzi. Jednak moje zguby zawsze się odnajdywały.

— Ta też się znajdzie! — odparł Pierre.

Gdy weszli do sali, w której jeszcze nie tak dawno spożywali wieczerzę, ich uwagę zwrócił panujący tam półmrok. Cała srebrna zastawa była już posprzątana. Na stole pozostał tylko biały obrus oraz duży pięcioramienny lichtarz. Tlące się świece oświetlały pomieszczenie nikłym światłem. Boczne ścienne kandelabry zostały już wygaszone. Juliette rozejrzała się po komnacie. Następnie podeszła do stołu i uniosła brzeg batystowego obrusa. Nachyliła się i spojrzała na podłogę.

— Chyba coś widzę — uklękła, wyciągając rękę w stronę niewielkiego przedmiotu.

— Nie kłopocz się, panienko! — krzyknął Pierre, w mgnieniu oka znalazłszy się pod stołem.

Juliette w tym samym momencie kucała już przy jednej ze stołowych nóg. Oboje znaleźli się więc pod stołem niemal jednocześnie. Gdy ona położyła swą rękę na bransoletce, poczuła dotyk jego dłoni. Widać było, iż tego nie planowali. Ich dłonie musnęły się jakby przypadkiem. Jednak Pierre postanowił wykorzystać nadarzającą się chwilę. Przytrzymał nieco dłużej swoją rękę na delikatnej, drobnej dłoni Juliette. Ona odruchowo cofnęła rękę, jakby chciała się uwolnić z jego uścisku. Zrobiła to jednak bardzo delikatnie, raczej dla zasady, niż z prawdziwej chęci wyswobodzenia się. Całe jej ciało przeszył dreszcz, a serce zaczęło bić jak oszalałe.

Co by służba powiedziała, widząc mnie tutaj, pomyślała. I to jeszcze w towarzystwie obcego mężczyzny…

Młodzieniec zachował jednak zimną krew. Chwycił bransoletkę i po chwili oddał ją Juliette.

— Oto zguba panienki — rzekł wkładając perły w jej dłoń.

— Dziękuję za pomoc — odpowiedziała podnosząc się z klęczek.

— Do usług panienki. Wiedz, panienko, że zawsze możesz na mnie liczyć.

— Zapamiętam to — odrzekła z udawaną obojętnością. Tak naprawdę, we wnętrzu, cała aż drżała. Czuła, że serce mocno jej wali, a głos brzmi nienaturalnie. Coś takiego przydarzyło jej się chyba po raz pierwszy. Dobrze, że jest tu tak ciemno, pomyślała. Inaczej Pierre dostrzegłby rumieńce na jej twarzy.

— Wybacz kawalerze, ale jest już późno. Powinnam udać się na spoczynek. Dobranoc.

— Dobranoc — odpowiedział skinąwszy głową na pożegnanie.

Juliette spojrzała jeszcze raz w jego stronę, po czym wyszła z pokoju. Pierre stał przez dłuższą chwilę, wpatrzony w drzwi, w których zniknęła.

* * *

— Odzyskałam twoją zgubę — zakomunikowała Juliette, wchodząc do sypialni siostry.

— Ciszej, bo jeszcze ktoś nas usłyszy.

— Masz rację, Henrietto, w nocy ściany mają uszy — roześmiała się, siadając na brzegu jej łóżka.

— Wiesz, kogo tam spotkałam? — dodała po chwili rozmarzonym głosem.

— Widziałaś go? Tego blondyna? Opowiadaj! — Henrietta ożywiła się.

— Ma na imię Pierre, jak mogłaś nie zapamiętać jego imienia — oburzyła się.

— Mnie bardziej przypadł do gustu jego brat, Paul.

— Niebrzydki, owszem, ale gdy spojrzałam w oczy Pierre’a…

— Mówisz tak, jakbyś się zakochała? Przejdzie ci — oznajmiła Henrietta.

— Chciałabym, żeby tak było. Jednak jakiś wewnętrzny głos mówi mi, że nie jest to zwykłe zauroczenie. Obawiam się, że moje życie nie będzie już nigdy takie, jak dawniej.

Henrietta patrzyła, jak do oczu Juliette zaczynają napływać łzy. Chciała pocieszyć siostrę, ale nie bardzo wiedziała, jak ma to zrobić.

— Tak naprawdę, nie rozumiem cię. Armand jest tak samo przystojny, a do tego bardzo bogaty — powiedziała sądząc, że to rozchmurzy Juliette.

— Zapewne masz rację, ale znam go od dziecka i traktuję prawie jak brata. Uczucie, jakim obdarzyłam Pierre’a, jest zupełnie inne. Serce bije mi szybciej na jego widok. Coś takiego poczułam po raz pierwszy w życiu… To uczucie jest silniejsze ode mnie! Nie rozumiesz mnie?!

Henrietta spoglądała na siostrę i widać było, że trudno jej było to wszystko pojąć.

3. Odwiedziny

Minęły dwa tygodnie od pamiętnego napadu. Ledwo młodzieńcy wyjechali, a Juliette znów zapragnęła ich towarzystwa. Miała ku temu powody. Żegnając się obiecali, że w drodze powrotnej odwiedzą Montpellier.

Każdy kolejny dzień ciągnął się w nieskończoność. Nie mogła skupić się na codziennych czynnościach. Całymi dniami rozmyślała o nowo poznanym młodzieńcu. Gdy zamykała oczy, widziała moment ich poznania.

Starała się zachowywać normalnie, jednak udawało jej się to z wielkim trudem. Żeby rodzice nie spostrzegli jej dziwnego zachowania, wiele czasu spędzała w swoich apartamentach na pierwszym piętrze.

Któregoś dnia, wyglądając przez okno, ujrzała trzech mężczyzn, wjeżdżających na pałacowy dziedziniec. To byli oni! Tak długo wyczekiwani przez nią Pierre, Paul oraz Michael.

Rozpromieniona zbiegła schodami na dół. Odruchowo wzięła ze sobą książkę, którą właśnie czytała. „Sen nocy letniej” Szekspira.

Wbiegła do salonu. Pokój był pusty. Usiadła na kanapie, rozłożywszy książkę na stronie, na której przed chwilą skończyła czytać. Chociaż wodziła oczami po tekście, nie mogła skupić się na ani jednym zdaniu.

Myśli jej krążyły tylko wokół Pierre’a oraz tego, czy ona sama wystarczająco ładnie wygląda. Chciała podejść do lustra, żeby to sprawdzić, jednak zawahała się, widząc wchodzącą do salonu pokojówkę.

— Ma panienka gości — oznajmiła służąca, kłaniając się grzecznie.

— Ja? — Juliette była zaskoczona.

Czyżby mama była aż tak zajęta?

— Mama panienki pojechała do modystki. Pana hrabiego nie ma już od jakiegoś czasu, zapewne panienka o tym wie — wyjaśniła służąca, widząc zdziwione spojrzenie hrabianki.

— Oczywiście, pamiętam. Papa dwa dni temu wyjechał w interesach.

— Sądzę, iż siostra panienki jest jeszcze trochę za młoda na przyjmowanie mężczyzn — dodała pokojówka, z lekkim cynizmem w głosie.

— Rozumiem — odparła Juliette. — Bardzo proszę, wprowadź gości do salonu. Przypomnij mi proszę Gertrudo, kto zawitał w nasze progi? — udała, że nie wie, o kogo chodzi.

— Przybyli panowie Michael Roscherie, Pierre Duvalle oraz Paul Duvalle.

— Wprowadź, proszę — odpowiedziała, starając się powstrzymać wzruszenie.

Po krótkiej chwili w salonie pojawiło się trzech młodych mężczyzn. Wszyscy, jak na komendę, skłonili się młodej hrabiance.

— Miło mi widzieć panów — powiedziała Juliette, wyciągając dłoń na przywitanie.

Paul podszedł pierwszy. Widać było, że jest najbardziej energiczny z całej trójki.

— Pięknie panienka wygląda — całując dłoń, uwodzicielsko zatopił wzrok w jej oczach.

Uśmiechnęła się, spoglądając dyskretnie w stronę Pierre’a. Machinalnie podała dłoń, zbliżającemu się właśnie, Michaelowi. Gdy w końcu Pierre podszedł do niej, miała wrażenie, że cała drży. Ze wzruszenia nie mogła wydusić z siebie słowa.

— Witaj, panienko — usłyszała jego ciepły, a zarazem bardzo męski głos.

Serce zaczęło jej bić jak oszalałe. Miała wrażenie, że cały świat wiruje razem z nią, a jej ciało przeszywa dziwny dreszcz. Gdy wyciągnęła rękę w stronę Pierre’a, zdawało jej się, że dłoń drży. Nie była pewna, czy to jej subiektywne odczucie, czy naprawdę jej dłonie drżały z nadmiaru emocji. Pierre spojrzał w jej seledynowe oczy, uśmiechnął się i przytrzymał mocniej jej dłoń. Stali tak przez dłuższą chwilę w milczeniu, wpatrzeni w siebie. Nagle usłyszeli głos Henrietty, wbiegającej do salonu.

— Jak miło panów widzieć!

Wszyscy w salonie odruchowo zwrócili się w jej kierunku. Juliette, lekko speszona widokiem siostry, wysunęła pospiesznie dłoń z uścisku Pierre’a.

Ochłonąwszy trochę, zaproponowała:

— Panowie na pewno zmęczeni i głodni. Zapraszam zatem na obiad.

— Nie chcielibyśmy sprawiać kłopotu — odezwał się Michael.

— To żaden kłopot. Myślę, a nawet jestem tego pewna, że mama miałaby do mnie pretensję, gdybym puściła panów bez poczęstunku. Wybawili nas panowie z opresji, może nawet uratowali życie? — dodała zerkając w stronę Pierre’a.

* * *

Pogoda była wymarzona na popołudniowy spacer. Na błękitnym niebie przesuwały się drobne białe obłoczki. Wiał lekki wiosenny wietrzyk.

Juliette i Pierre kroczyli przodem. Kilka kroków za nimi podążała Henrietta w towarzystwie Paula oraz Michaela.

— Zobaczą panowie nasz piękny ogród. Co prawda, nie umywa się do ogrodu, który niedawno…

— Henrietto, myślę, że panów nie bardzo interesują tak przyziemne sprawy, jak ogrody — przerwała jej w pół zdania Juliette.

Henrietta zamilkła, zrozumiawszy, iż lepiej nie wspominać nic o Armandzie oraz ogrodzie, który niedawno zwiedzały. Cała piątka stała na tarasie, podziwiając widok rozciągający się poniżej.

Gdy zeszli na dół, mogli z bliska przyglądać się pięknie rozkwitającym różanym krzewom. Między kwiatami rósł specjalnie przystrzyżony bukszpan. Szerokie alejki, wysypane jasnym żwirkiem, umożliwiały swobodne poruszanie się dam w rozłożystych sukniach.

Po bokach alejek rosły kaktusy oraz agawy. Gdzieniegdzie pojawiały się cisy, przycięte w stożkowate formy.

— Przejdźmy może dalej. Pokażę panom naszą alejkę widokową — zaproponowała Juliette.

Prowadziła do niej owalna brama, obrośnięta pnącym bluszczem. Za nią rozpościerała się dębowa alejka. Gałęzie drzew tworzyły swoistą półokrągłą kopułę nad głowami spacerujących.

— Robi wrażenie! — zachwycił się Paul, spoglądając w górę.

Cała piątka oddaliła się sporo od pałacu. Nagle niebo się zachmurzyło. Pod osłoną gałęzi drzew nie zauważyli, że zaczął kropić drobny deszcz.

Z czasem krople deszczu stawały się coraz większe. W pewnym momencie niebo pojaśniało, a za chwilę usłyszeli grzmot. Najwyraźniej zbliżała się burza.

— Wracajmy do domu! — zaproponowała zaniepokojona Juliette.

Deszcz z minuty na minutę stawał się coraz większy. Cała piątka przyspieszyła kroku. Pierre zauważył, że parasolka, którą Juliette trzyma w dłoni, już ich nie chroni.

Porywy wiatru wygięły druciany szkielet w przeciwną stronę. Juliette złożyła nieprzydatny przedmiot. Wtedy dopiero oboje poczuli na ciele zimne krople wiosennego deszczu. Pierre, niewiele myśląc, zdjął surdut i rozpostarł go nad ich głowami.

Henrietta, Paul i Michael, biegnący przodem, dawno zniknęli im z oczu. Do schodów prowadzących na taras było jeszcze daleko. Gdy byli już na wysokości pałacu, Pierre spojrzał w bok. Zauważył uchylone, nieduże drzwi. Niewiele myśląc, pobiegł w ich stronę, ciągnąc za sobą Juliette.

Za chwilę oboje znaleźli się w słabo oświetlonym korytarzu. Mokra, zziębnięta dziewczyna wtuliła się w ramiona młodzieńca. Zrobiła to odruchowo; sama nie wiedziała, czy chcąc się ogrzać, czy szukając bliskości jego ciała.

— Dlaczego tu jesteśmy? — spytała rozglądając się po pomieszczeniu.

— Wolała panienka moknąć na deszczu? — w głosie młodzieńca można było usłyszeć nutkę ironii.

W tym momencie usłyszeli mocne uderzenie pioruna. Juliette aż drgnęła, Pierre przytulił ją do piersi. Chociaż w pomieszczeniu było prawie zupełnie ciemno, oczy obojga przywykły już do mroku.

— Surdut pana zupełnie przemókł. Proszę go teraz nie zakładać, można się przeziębić — w jej głosie dało się wyczuć troskę.

— To nie byłoby takie złe — roześmiał się Pierre. — Ja musiałbym tu zostać, żeby się kurować, a panienka by mnie doglądała.

— Żarty się pana trzymają, a ja mówię poważnie.

— Ja również. Cieszę się, że tak się panienka o mnie troszczy — szepnął.

Poczuła, jak ustami dotyka jej wilgotnych włosów, jak gładzi je swymi dłońmi.

— Myślałaś o mnie, panienko?

— A pan? — odpowiedziała pytaniem.

— Nie mogę przestać o panience myśleć.

— Naprawdę? — udała zdziwienie.

Uniosła głowę do góry i wtedy poczuła na wargach jego wilgotne usta. Oboje byli siebie spragnieni. Juliette niemal bezwiednie uniosła dłonie, obejmując go za szyję. Stali tak przez dłuższą chwilę, połączeni w miłosnym pocałunku. Wszystko dokoła przestało mieć jakiekolwiek znaczenie.

— Jeszcze nas ktoś zobaczy? — powiedziała, najwyraźniej przypomniawszy sobie, gdzie się znajdują.

— Mówiła panienka, że to wyjście dla służby. Kto przy zdrowych zmysłach wyszedłby w taką pogodę? — roześmiał się Pierre.

— Trochę mnie pan uspokoił.

Przytuliła się do niego, a on objął ją mocno ramieniem. Oboje wtuleni w siebie, wsłuchani tylko w bicie swych serc, zapomnieli o całym świecie.

W pewnej chwili Juliette uniosła głowę, a Pierre nachylił się lekko. Wtedy ich usta, niby przypadkiem, znowu się połączyły.

— Zawładnęłaś mym sercem, panienko.

— Czuję dokładnie to samo. Żebyś wiedział, panie, jak się ucieszyłam, gdy cię dzisiaj ujrzałam.

— Czekała panienka na mnie?

Juliette spuściła głowę i spłoniła się nieco. Po chwili kiwnęła głową i cichutko powiedziała.

— Dobrze wiesz, panie…

— Chciałem to usłyszeć z twoich ust, panienko. Upewnić się, że to prawda.

Juliette nic nie odpowiedziała, tylko uśmiechnęła się w duchu, jakby sama do siebie. Oboje byli tak zaabsorbowani sobą, że uszło zupełnie ich uwagi, iż deszcz przestał już padać.

Nagle na końcu korytarza pojawił się cień ludzkiej postaci.

— Ktoś tu idzie?! — zaniepokoiła się Juliette.

— Tym razem muszę przyznać panience rację.

Pierre chwycił Juliette za rękę i szybkim krokiem opuścili boczny korytarz.

* * *

— Gdzie się podziewaliście? — spytała Henrietta.

— Przeczekaliśmy burzę w bocznym korytarzu — odpowiedziała Juliette.

Na twarzy Michaela i Paula pojawiło się lekkie zdziwienie.

— Mama bardzo się niepokoiła. Już chciała wysyłać służbę na poszukiwania..Ledwo dała się odwieść od tego pomysłu.

— Nic złego nie mogłoby mi się przydarzyć, byłam przecież ze swym wybawcą — odparła Juliette, spojrzawszy na Pierre’a.

Do salonu weszła hrabina de Lapierre. Na widok córki całej i zdrowej poczuła wyraźną ulgę.

— Jesteś w końcu, Juliette. Niepokoiłam się o ciebie.

— Zupełnie niepotrzebnie, proszę mamy.

— Pani hrabina wybaczy, to moja wina — mówiąc to Pierre, położył dłoń na sercu.

Kobieta spojrzała na niego z lekkim zdziwieniem. On, widząc jej minę, rzekł:

— To ja namówiłem hrabiankę, żeby schroniła się przed deszczem w przejściu dla służby. Deszcz się wzmagał, zaproponowałem więc, żebyśmy tam przeczekali burzę. Nie chciałem, żeby panienka się przeziębiła.

— Rozumiem i dziękuje za troskę — odpowiedziała oschłym tonem. — Cieszę się, że wszystko dobrze się skończyło. Zapraszam wszystkich na poczęstunek. Ciepły posiłek oraz łyk czerwonego wina dobrze nam wszystkim zrobi.

4. Antuanette

Było majowe popołudnie, gdy na dziedziniec zamkowy wjechała żółto-czarna kareta. Armand wyjrzał przez okno biblioteki. Domyślił się, że przyjechała właśnie jego matka. Szybkim krokiem podążył więc w jej stronę.

— Witaj, pani matko — pocałował jej dłoń na przywitanie.

— Witaj, kochanie — odparła markiza.

— Jak przebiegła podroż?

— Dziękuję, dobrze. Jednak minęły czasy, kiedy podróżowanie sprawiało mi przyjemność.

W tym momencie młodzieniec ujrzał, jak z karocy wychodzi jeszcze jakaś kobieta. Spojrzał na matkę, nie kryjąc zdziwienia.

— Och! Zapomniałam cię uprzedzić. Ustaliliśmy to bowiem w ostatniej chwili. Ojciec Antuanette, mój cioteczny brat, ostatnio niedomaga. Poprosił, żebym zaopiekowała się jego córką przez jakiś czas.

— Rozumiem — odpowiedział Armand, spoglądając na kuzynkę niezbyt przychylnym wzrokiem.

— Przecież wiesz, że jestem jej matką chrzestną.

W tym momencie Antuanette majestatycznym krokiem podeszła do nich.

— Witam pannę — kiwnął głową Armand. Jednak ton tego powitania był dość oschły.

Antuanette grzecznie dygnęła nóżką, jak przystało na dobrze wychowaną panienkę. Tego dnia miała na sobie suknię w kolorze dojrzałej brzoskwini. Jej długie, ciemne, lekko falowane włosy opadały na ramiona.

— Poprosiłam, żeby założyła na podróż coś bardziej praktycznego, ale uparła się na tę jasną suknię — poskarżyła się markiza.

Armand uśmiechnął się pod nosem. Pomyślał sobie, że kuzynka ma charakterek, skoro potrafiła przeciwstawić się jego matce. Wszyscy wiedzieli, że markiza jest kobietą nieuznającą sprzeciwu. Jeśli coś postanowi, tak właśnie ma być. Z jednaj strony był pełen podziwu dla uporu kuzynki, z drugiej jednak niezbyt kontent z jej widoku.

— Dlaczego mama przywiozła ją do nas? Pojutrze wyprawiam bal. Juliette nie będzie zachwycona — rzekł, gdy wchodzili do zamkowych komnat.

— Nie rozumiesz? Musiałam tak postąpić. Czuję się w obowiązku otoczyć ją opieką, szczególnie teraz, gdy mój kuzyn zaniemógł. Zresztą, przyjechała tu tylko na jakiś czas.

— Chyba zapalę świecę w intencji szybkiego powrotu do zdrowia naszego wuja — powiedział Armand, uśmiechając się pod nosem.

Markiza spojrzała na niego surowym wzrokiem, co świadczyło o braku zrozumienia dla jego specyficznego poczucia humoru.

* * *

Następnego dnia, jak było wcześniej ustalone, przyjechała Juliette wraz z rodzicami oraz młodszą siostrą. Armand, widząc karetę wjeżdżającą na dziedziniec, wybiegł na przywitanie.

— Witaj, najdroższa — podbiegł do narzeczonej. — Stęskniłem się za tobą.

— Ja też cieszę się, że cię widzę — odpowiedziała skromnie Juliette.

Młody markiz najpierw przywitał się z hrabiostwem, potem zaś z Henriettą.

Gdy znaleźli się w hallu, zwrócił sie do narzeczonej.

— Zanim przejdziemy na pokoje, chciałbym ci coś zakomunikować.

— Co takiego?

— Wczoraj moja matka wróciła od swego kuzyna i przywiozła ze sobą Antuanette. Bądź pewna, że gdyby to ode mnie zależało, zapewne nie byłoby jej tutaj.

— Skąd wiesz, że za nią nie przepadam? — zdziwiła się.

Czyżby to, co mówię i czuję, było takie oczywiste dla obserwatorów z zewnątrz?, pomyślała z lekkim niepokojem. Chyba muszę bardziej panować nad emocjami. Skąd Armand wie, że nie lubię jego kuzynki? Przecież nigdy mu o tym nie mówiłam. Zawsze starałam się być dla niej miła, chociaż niekiedy drażnił mnie jej wyniosły styl bycia.

— Sądzę, że jakoś to przeżyję — odpowiedziała, starając się, by zabrzmiało to żartobliwie.

* * *

W sali jadalnej markiza urządziła wystawny podwieczorek dla domowników oraz najbliższych gości. Główne miejsce przy stole zajęła pani domu. Po jej prawej stronie usiadł Armand, tuż obok niego Juliette. Naprzeciwko Armanda zasiadła Antuanette. Widać było, że dziewczynę rozpiera duma.

— Jak czuje się papa panienki? — spytał Armand, zwracając się do kuzynki.

— Nie najlepiej — odparła. — Spadł z konia na polowaniu i złamał nogę. Medyk powiedział, że powinien ją mieć unieruchomioną. Myślę, że spędzi w łóżku przynajmniej dwa miesiące. Jeśli natomiast noga źle się zrośnie i nastąpią komplikacje, może to potrwać dużo dłużej.

— Nie powinna panienka pozostać przy ojcu? Ktoś powinien doglądać interesów.

— Nie sadzę, żebym się na coś przydała. Przecież został tam mój starszy brat, Louis. Ja na buchalterii zupełnie się nie znam — broniła się dziewczyna.

— Ktoś powinien doglądać służby — upierał się przy swoim Armand.

— A od czego jest zarządca?

— Oczywiście, dla kobiet najważniejsze jest wydawanie pieniędzy — dodał z lekką ironią.

Kto jeszcze o tym nie wiedział, teraz mógł się domyślić, iż nie przepada on za swoją kuzynką.

— Kochani, zmieńmy temat — poprosiła markiza. Spojrzała na syna surowym wzrokiem i dodała:

— Nie dręcz już tej biedaczki. Dobrze wiesz, że nie jest tu z własnej woli. Obiecałam jej ojcu, że zajmę się nią, i dotrzymam słowa. Jako jej matka chrzestna jestem do tego zobowiązana.

Armand spojrzał na Antuanette. W jej oczach dostrzegł błysk zadowolenia.

— Oczywiście, pani matko — dodał po chwili. — Domyślam się, że Antuanette może pozostać tu tak długo, jak tylko zechce. I oczywiście, może czuć się, jak u siebie w domu.

— Nikt chyba nie ma co do tego wątpliwości — odparła markiza.

— Słyszałem kuzynko, że jesteś zaręczona — Armand nie dawał za wygraną.

— Owszem. Z weneckim księciem Vimordone z rodu Viscontich — bez specjalnego entuzjazmu odpowiedziała baronówna.

— No, no! Widzę, że wysoko mierzysz — z lekką ironią odpowiedział Armand. — Słyszałem, że książę stracił dla ciebie głowę.

— To plotki tak łatwo się rozchodzą? — zdziwiła się.

Zmierzyła kuzyna przenikliwym wzrokiem. Po chwili zaś dodała:

— Jesteśmy już po słowie, jednak nie ustaliliśmy jeszcze konkretnej daty ślubu. Książę ma jeszcze żałobę po pierwszej żonie.

— Niedługo będę musiał zwracać się do ciebie: księżno — roześmiał się Armand.

Antuanette spojrzała na niego niezbyt uradowana.

— Nie tak prędko, jak sądzisz. Trochę się jeszcze waham. Książę jest w wieku mego ojca, jego najstarszy syn w moim. Zresztą… stara się o mnie jeszcze kilku innych arystokratów — mówiąc to, spojrzała w stronę młodego markiza, jakby chciała sprawdzić, czy słowa te wzbudziły w nim chociaż odrobinę zazdrości.

On jednak nie zwracał na nią najmniejszej uwagi. Natomiast Juliette nie mogła powstrzymać się od wtrącenia swojej sugestii na ten temat.

— Wnoszę z twych słów, że żadnego ze swych zalotników nie darzysz prawdziwym uczuciem. Skoro nie czujesz nic do księcia, może rzeczywiście nie powinnaś spieszyć się ze ślubem. Poczekaj może na kogoś, kogo szczerze pokochasz, a na jego widok zabije ci mocniej serce.

W tym momencie oczy wszystkich zwróciły się na Juliette. Młoda hrabianka poczuła się nieswojo. Widząc wpatrzone w nią oczy tylu osób, spłoniła się nieco.