Wydawca: Wydawnictwo JK (Aha, Feeria) Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 317 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Piękne samobójczynie - Lynn Weingarten

Jak to jest mieć najprawdziwszą przyjaciółkę, taką, która zawsze cię obroni, z którą rozumiesz się bez słów, która jest ważniejsza nawet niż chłopak? June miała niesamowite szczęście. W jej życiu był ktoś, z kim łączyła ją absolutnie wyjątkowa więź, jakby wspólne sekrety spajały silniej niż cokolwiek na świecie. Bo June i Delia do niedawna były nierozłączne. Rok temu wydarzyło się jednak coś, co sprawiło, że zaczęły się od siebie oddalać. Wieczór we troje, alkohol, dziwna gra… A teraz? Teraz Delia jest martwa i nic już nie da się naprawić. Tylko czy na pewno sama odebrała sobie życie? Przecież nie bała się nikogo i niczego na świecie… June desperacko chce dotrzeć do prawdy – czuje, że jest to winna dawnej przyjaciółce. Jeszcze nie wie, że ta prawda doprowadzi ją na skraj… No właśnie, czego? Thriller psychologiczny, w którym nic nie jest takie, jak się spodziewasz. Bestseller New York Timesa

Opinie o ebooku Piękne samobójczynie - Lynn Weingarten

Fragment ebooka Piękne samobójczynie - Lynn Weingarten

Rozdział 1

Zapomniałam już, jak to jest czuć się tak samotnie.

Podczas przerwy świątecznej przez całe dziesięć dni nie robiłam nic poza jeżdżeniem samochodem. Mijałam popadające w ruinę domy w mojej okolicy, eleganckie posesje kilka mil dalej, kierowałam się w stronę dalekich gór, by potem wracać przez połacie zimnej, płaskiej ziemi. Jeździłam wzdłuż rzeki Schuylkill aż do miejsca, w którym uchodzi do Delaware, podkręcałam radio i głośno śpiewałam. Miałam ogromną potrzebę słuchania ludzkiego głosu, a mogłam liczyć tylko na siebie.

Ale ferie się skończyły. Idę teraz w stronę szkoły z najdalszej części parkingu i cieszę się, że już tu jestem, cieszę się, że już po wszystkim. Wiem, przerwa świąteczna to takie trochę wakacje, ale dla mnie był to bardzo samotny czas, taka prawda. Czułam się tak, jakbym zaraz miała bezwolnie ulecieć w kosmos, nieuwiązana do niczego.

Czuję w kieszeni wibrację telefonu. Wyciągam go. To SMS od Ryana, z którym jeszcze się nie widziałam, bo wrócił dopiero wczoraj wieczorem: tak w ogole to przywiozlem ci cos z vermont. Chwilę później kolejny: ale nie opryszczke.

Odpisuję: to dobrze, glupio by wyszlo, gdybysmy dali sobie takie same prezenty.

Klikam „wyślij” zmarzniętym palcem. Uśmiecham się, wypuszczając przy tym z ust obłoczki ciepłego powietrza.

Kiedy wchodzę do sali, Krista podnosi wzrok, jakby właśnie na mnie czekała.

– O mój Boże, June – rzuca na mój widok. Ma półotwarte oczy, a zamiast zwyczajowych soczewek kontaktowych nosi dziś okulary w czerwonych plastikowych oprawkach. – Czy to możliwe, tak z medycznego punktu widzenia, żebym nadal miała kaca po wtorku? To przecież było całe dwa dni temu! – mówi, zdejmując z krzesła swoją wielką pomarańczową torbę, żebym mogła usiąść koło niej.

– Po tym, co się działo we wtorek, tak, to bardzo prawdopodobne – odpowiadam.

Uśmiecha się, jakby uważała moje słowa za komplement.

Jedyną rzeczą, jaką zrobiłam podczas ferii poza jeżdżeniem samochodem, było pójście na imprezę do chłopaka Kristy, co w sumie było dość dziwne, bo nie jesteśmy superprzyjaciółkami ani nic takiego. Ale rozmawiamy czasem na godzinie wychowawczej, a poza tym prawda jest przede wszystkim taka, że żadna z nas nie ma lepszej opcji, i tyle. Kiedy dostałam od niej SMS-a o imprezie w domu jej chłopaka, po prostu musiałam się zgodzić, inaczej zwariowałabym z samotności.

Jej chłopak, Rader, mieszka trzydzieści pięć minut jazdy stąd, na obrzeżach Filadelfii, w zapuszczonym mieszkaniu, które dzieli z kilkoma kolegami. Jest od nas starszy, jego koledzy też, niektórzy mają nawet po dwadzieścia parę lat. Na imprezie byli głównie faceci, a w powietrzu unosiły się najróżniejsze rodzaje dymu. Kiedy tam dotarłam, Krista była już porządnie wstawiona i szła właśnie na górę do sypialni Radera. A ja poczułam, jak wszyscy faceci w pomieszczeniu taksują mnie spojrzeniem od góry do dołu. Wtedy nagle zrozumiałam, dlaczego zostałam zaproszona – dla nich. Spędziłam całą noc, podpierając ścianę. Z nikim nie rozmawiałam. Przypatrywałam się całej imprezie, jakbym oglądała film.

– Rader powiedział mi, że Buzzy chce twój numer telefonu – mówi Krista, pocierając oczy.

Nie mam pojęcia, kim jest Buzzy. Może to ten wysoki koleś, który co chwila wychodził z łazienki, pociągając nosem, a może ten gość z tatuażem D-U-P-A na kostkach dłoni, albo ten w jedwabnej koszuli, który bez przerwy dopytywał, czy przypadkiem nie chciałabym jej dotknąć (nie chciałam) i który próbował wrzucić kieliszek z tequilą do akwarium (przed czym go powstrzymałam).

– Mam chłopaka – mówię.

– Zaraz, masz? Kto to?

– Ryan Fiske.

Krista unosi wysoko brwi, jakby uważała, że żartuję.

– Serio – zapewniam ją.

Przechyla głowę lekko na bok.

– Ale dajesz.

Wzruszam ramionami. Nie dziwi mnie jej zaskoczenie. Jesteśmy z Ryanem parą od ponad roku, ale większość ludzi o tym nie wie. W sumie nie za bardzo wyglądamy na ludzi, którzy mieliby być razem.

– Nie przyszłoby mi do głowy, że spotykasz się z kimś tak… normalnym. – To ostatnie słowo brzmi w jej ustach jak obelga pod adresem Ryana.

– No wiesz, nie znasz go – odpowiadam. Ale prawda jest taka, że Ryan rzeczywiście jest zupełnie normalny. I jest to w jakiś sposób pocieszające.

Ryan jest jedną z tych osób, które wtapiają się bez najmniejszego wysiłku w dowolną grupę, nieomal nieświadomie. Czuje się dobrze i pewnie w każdym środowisku, wysoki i przystojny w ten przyjemny sposób, że nawet jeśli nie do końca jest w twoim guście, zapewne docenisz układ jego kości policzkowych i fakt, że są dokładnie w tym miejscu, co trzeba, żeby miło się na niego patrzyło.

Wydaje mi się, że z Ryanem chodzi o to, że jest wszystkim po trochu. A ja nie jestem pewna, jaka właściwie jestem. Sądzę, że bardzo niewiele osób w ogóle zwraca na mnie uwagę, co zresztą zupełnie mi nie przeszkadza.

– No cóż, mam nadzieję, że jest choć trochę szalony – mówi Krista. A potem zaczyna mrugać i wydaje z siebie cichy jęk bólu. – Och, moje oczy nie są jeszcze gotowe na ten wysiłek.

Sekundę później ze szkolnych głośników rozlega się komunikat:

– Dzień dobry, uczniowie i nauczyciele North Orchard. Czy mogę prosić wszystkich o uwagę? – To wicedyrektor Graham. Jego głos brzmi jakoś dziwnie. Prostuję się na swoim krześle i zaczynam nasłuchiwać. – Z ogromnym bólem serca i żalem jestem zmuszony przekazać wam bardzo smutną wiadomość na temat śmierci członka społeczności naszego liceum North Orchard… – przerywa, żeby odkaszlnąć, a ja w tym momencie przestaję oddychać. Jak pewnie wszyscy. W tym momencie to może być absolutnie każdy. – Wczoraj zmarła Delia Cole, uczennica trzeciej klasy. Pani Dearborn, pan Finley i pozostali nauczyciele są do waszej dyspozycji, gdybyście tylko chcieli o tym porozmawiać. Drzwi mojego gabinetu również są dla was otwarte. Jesteśmy myślami i modlitwą z rodziną i przyjaciółmi Delii w tym trudnym dla nich czasie.

Klik – głośnik wyłączony. I zostaje cisza, którą rozdziera po chwili dźwięk dzwonka. Oficjalnie rozpoczęły się lekcje.

Moja głowa odłącza się od ciała, unosi się wysoko w powietrzu i sunie w stronę drzwi, więc ruszam za nią.

– Nie powiedział, jak umarła – szepcze ktoś. – Co się mogło stać? – Głos jest zdezorientowany, jak gdyby śmierć Delii była zupełnie nieprawdopodobna.

Ale ja wyobrażam sobie jej śmierć na milion sposobów. Może wdrapała się na ten stary, zamknięty most, który wisi nad jeziorem i mijając napis ZAKAZ WSTĘPU, weszła na jego spróchniałą część. Albo może chciała popatrzeć na wielką pełnię księżyca, więc wlazła na czyjś dach, a potem balansowała na jego krawędzi, mimo że wszyscy błagali ją, żeby tego nie robiła. Może chciała przejść przez ulicę z zawiązanymi oczami, bo się z kimś założyła, a w ostatnich sekundach życia towarzyszył jej dźwięk klaksonu, nagły przypływ adrenaliny i oślepiające światła.

Ryan czeka na mnie pod klasą. Patrzymy sobie w oczy, a on po prostu stoi, nieruchomo, jakby nie do końca wiedział, jaki przybrać wyraz twarzy. Ja zresztą też nie jestem pewna, co zrobić z twarzą, szczególnie że wydaje mi się, jakby ta twarz wcale nie była moja. Podchodzę do niego, a on przyciąga mnie do siebie i obejmuje. Jego ramiona są silne i ciepłe, jak zwykle, ale w tej chwili praktycznie tego nie czuję.

– To jest… – zaczynam, ale zaraz urywam, bo mój mózg nie znajduje odpowiednich słów. W mojej głowie nie ma niczego poza powietrzem.

– …kompletnie popieprzone – mówi Ryan, kręcąc głową. I nagle uświadamiam sobie, że jest to pierwszy raz od ponad roku, kiedy któreś z nas wspomina o Delii, nawiązuje do niej w jakikolwiek sposób. Wiedziałam, że kiedyś do tego dojdzie. I wiedziałam, że będzie to bardzo dziwna rozmowa.

Idziemy razem przez kampus w stronę budynku, w którym mam za chwilę zajęcia z angielskiego. Ryan odprowadza mnie i na pożegnanie pochyla się i przytula jeszcze raz. Czuję na policzku gładki i chłodny materiał jego kurtki.

Kiedy wypuszcza mnie z objęć, wbija wzrok w ziemię.

– Nie mogę uwierzyć w to, co się stało.

Tyle tylko, że teraz, kiedy to się rzeczywiście stało, odnosi się wrażenie, jakby od dawna się na to zanosiło. Jakby w jakiś pokręcony sposób przez ten cały czas Delia była martwa, a my dopiero teraz zaczynaliśmy to pojmować.

– Nie wiem, czy to nie dziwne, mówić to teraz, ale bardzo za tobą tęskniłem.

A ja wiem, że w innej wersji świata niż ta, w której się obecnie znajdujemy, na dźwięk tych słów poczułabym dreszcz radości biegnący wzdłuż kręgosłupa. Dlatego mówię mu, że ja też za nim tęskniłam, chociaż tak naprawdę nasze rozstanie na czas przerwy świątecznej i w ogóle wszystko, co wydarzyło się przed tym momentem, który trwa teraz, wydaje mi się bardzo, bardzo odległe. Nie pamiętam już, co to za uczucie tęsknić. Nie pamiętam w ogóle żadnych uczuć.

Rozdział 2

Poszłam na zajęcia. Mój mózg nie zarejestrował podczas nich absolutnie niczego. I tylko jeszcze bardziej niż zwykle nie miało to dla mnie znaczenia.

Teraz jest tuż po przerwie obiadowej. Jestem w łazience, stoję przy umywalce. Poza mną, trzy umywalki dalej, są tu jeszcze dwie dziewczyny z trzeciej klasy, tak jak ja. Nie znam ich za dobrze, ale znam ich imiona: to Nicole i Laya. Nicole zawsze nosi w uszach duże, srebrne koła, a Laya ma włosy spięte w niesamowicie ciasny kucyk, tak że wygląda, jakby zaraz miało jej rozwalić twarz na pół. Przekazują sobie nawzajem czarny eyeliner.

Nie zwracam na nie większej uwagi, w ogóle nie zwracam na nic uwagi aż do momentu, w którym rozlega się bzyczący dźwięk – to Laya dostała SMS-a. Pół sekundy później rozlega się jej piskliwy głos:

– O w mordę!

Podnoszę wzrok. Nicole maluje sobie właśnie dolną powiekę, ściągając skórę pod okiem tak, że widać jej różowawą spojówkę.

– Co jest?

Mimo że nie mam pojęcia, co Laya zaraz powie, moje serce najwyraźniej jest jasnowidzem, bo zaczyna walić jak oszalałe.

– No więc słyszałaś pewnie, że starszy brat Hanny szkoli się na policjanta, nie?

Nicole kiwa głową, która podskakuje tak, jakby była zbyt ciężka, żeby jej szyja mogła coś takiego unieść.

– I czaisz, że nie powiedzieli nam, w jaki sposób umarła, co nie? No więc Hanna powiedziała, że jej brat jej powiedział, że… – Laya robi dramatyczną pauzę, szykując się na wystrzelenie bomby – to było samobójstwo.

Przez mgłę kompletnego otępienia czuję nagle ucisk w żołądku, a moje serce przestaje bić. Zginam się wpół, jakbym właśnie dostała w brzuch. Nicole odwraca się do Layi.

– No nie…

– Nooo. I to w Nowy Rok.

– O mój Boże, jakie to smutne! – W głosie Nicole słychać ekscytację. – A wiadomo jak?

Laya wzrusza ramionami.

– Tego już brat Hanny nie powiedział.

– Czytałam gdzieś, że kobiety, czy tam dziewczyny, nie pamiętam, zazwyczaj łykają prochy, ale nie wiem, w sumie to jestem w stanie wyobrazić ją sobie, no wiesz… – Nicole podnosi dwa palce i wkłada je sobie do ust. Potem przekrzywia głowę na bok i wywiesza język.

Strumień wody rozbryzguje się w umywalce, chlapiąc na moją bluzkę. Chyba będę rzygać.

– Zawsze wydawała się dość popieprzona… – mówi Laya.

– Totalnie. Jak jedna z tych gwiazd, które robią różne szalone rzeczy. Tyle, że ona nie była sławna.

– Ta, była sławna, ale tylko w swojej wyobraźni.

Umywalka, przy której stoję, jest już pełna. Woda zaczyna się wylewać na podłogę.

Staję teraz twarzą do nich. Czuję, jakby przeskoczyła we mnie jakaś iskra i wywołała pożar.

– Przestańcie tak o niej mówić – odzywam się. Próbuję opanować drżenie głosu. Odwracają się w moją stronę, jakby dopiero teraz zauważyły moją obecność. – Po prostu, kurwa, przestańcie.

– Yyy, przepraszam, że co? – mówi Nicole. – To prywatna rozmowa. Poza tym byłaś jej przyjaciółką czy kimś bliskim?

Patrzy na mnie, lekko zaciskając usta.

– Tak, byłyśmy przyjaciółkami – odpowiadam.

– Och – mówi Laya. – W takim razie sorry.

I przez krótką chwilę jej słowa brzmią prawie szczerze. Laya i Nicole wymieniają krótkie spojrzenia i zaraz potem po cichu ruszają do wyjścia. Są najlepszymi przyjaciółkami, co oznacza, że czasem rozumieją się bez słów. Patrzę, jak odchodzą. Czuję ucisk w piersi i łzy napływające do oczu. Zamykam powieki. Zaciskam zęby i mrugam raz za razem, żeby odgonić łzy.

Bo tak właściwie, kiedy mówiłam, że Delia i ja byłyśmy przyjaciółkami, to nie była do końca prawda.

Gdybyśmy nadal były przyjaciółkami, to dwa dni temu, kiedy po raz pierwszy od ponad roku zobaczyłam jej imię na wyświetlaczu mojej komórki, odebrałabym połączenie, zamiast je odrzucić i nie odsłuchać nawet potem nagranej wiadomości. Odebrałabym i usłyszałabym głos Delii, i wiedziałabym, że coś jest nie tak. A potem, bez względu na to, co by powiedziała, bez względu na to, jaki miałaby plan, powstrzymałabym ją.

Rozdział 3

1 rok, 6 miesięcy i 4 dni wcześniej

To było takie wspaniałe uczucie – wiedzieć, że nie musi niczego tłumaczyć. Co za ulga. Nie musiała mówić o bólu rozpierającym jej pierś, o ziejącej dziurze, jaką czuła w żołądku, ani o tym, skąd się to wszystko brało i dlaczego tak bardzo nie chciała o tym mówić. Delia po prostu rozumiała. Wszystko.

June wyobrażała sobie, co powie jej Delia. Może coś w stylu: „Ech, rodzice. Pieprzyć ich” albo „Tylko nudziarze mają idealne życie”. Delia potrafiła sprawić, że człowiek czuł, że tak naprawdę wcale nie potrzebuje tego, czego nie może mieć. W ten sposób zmieniała świat.

I właśnie czegoś takiego spodziewała się po niej June, kiedy tak stała w letnim słońcu i czekała, aż Delia sprawi, że wszystko będzie dobrze. Delia przechyliła głowę na bok, jakby się nad czymś zastanawiała. Założyła włosy za ucho, podciągnęła swoje opadające szorty, a potem wzięła June za rękę. Ścisnęła ją mocno, ale nic nie powiedziała. Tylko wyszczerzyła zęby w uśmiechu i poruszyła brwiami.

A potem zaczęła biec.

A ponieważ nadal mocno trzymała rękę June, a ręka June była przytwierdzona do ramienia June, które z kolei przytwierdzone było do jej ciała, June nie miała innego wyjścia, jak tylko pobiec razem z nią. Na początku się potknęła i kiedy prawie wylądowała twarzą na ziemi, poczuła uderzenie adrenaliny, ale po chwili się wyprostowała. Delia była przed nią, z ręką wyciągniętą przed siebie pędziła przez puste pola, długimi susami, ciągnąc za sobą June.

– Czekaj! – błagała June. – Proszę!

June miała na nogach japonki. Klapały głośno o miękką trawę, dopóki jeden z nich nie spadł w biegu.

– Zgubiłam but! – krzyknęła.

Ale Delia nie miała zamiaru czekać ani się zatrzymywać.

– Pieprzyć buty! – zawołała.

Więc co innego mogła zrobić June? Strząsnęła ze stopy drugi klapek i przyspieszyła. Nie pamiętała, kiedy po raz ostatni zdarzyło jej się biec ile sił w nogach.

– Ale dokąd biegniemy? – krzyknęła June.

– PO PROSTU BIEGNIEMY – odkrzyknęła Delia. Mijały w pędzie drzewa, niemal frunęły w powietrzu.

Dziura w żołądku June zaczęła znikać, poczuła na plecach krople potu, rozrywało jej płuca z wysiłku. Mimo to biegły nadal, bez opamiętania i bez tchu, a fragmenty życia June odkruszały się kawałek po kawałku aż do chwili, kiedy cała stała się tylko ciałem w ruchu, rozpędzonymi nogami, ramionami, sercem, ręką trzymaną w mocnym uścisku. Potykającym się, chwiejnym, bliskim upadku ciałem. Tyle że nie upadała. O to właśnie chodziło. Delia by do tego nie dopuściła.

Rozdział 4

Po szkole spotykam się z Ryanem i idziemy razem do jego domu jakby nigdy nic. Zawsze chodzimy do niego, mimo że u mnie w porze powrotu ze szkoły jest prawie zawsze pusto, a u niego prawie zawsze ktoś jest, a teoretycznie powinniśmy marzyć o byciu sam na sam.

Ryan obejmuje mnie ramieniem i wchodzimy razem do przestronnego holu. Rodzice Ryana są bardzo bogaci. Z jakiegoś powodu, kiedy zaczęłam do niego przychodzić, zupełnie nie zwróciłam na to uwagi. To znaczy, oczywiście, miałam świadomość, że jego dom jest o wiele ładniejszy od mojego, i w tych wielkich, pięknych pomieszczeniach czułam się o wiele lepiej niż u siebie, ale o to akurat nie było trudno. To Delia zwróciła mi na to uwagę, kiedy przyszła tu ze mną po raz pierwszy. Ryan wyszedł na chwilę z pokoju, a ona wtedy przechyliła się przez oparcie olbrzymiej skórzanej kanapy i wpatrywała się we mnie tym swoim intensywnym, nieco rozjechanym spojrzeniem, jak zawsze, kiedy była już pijana.

– W mordę, J. – powiedziała. Trzymała w dłoni róg jednej z niewiarygodnie miękkich narzut i głaskała go jak królika. – Dlaczego nie powiedziałaś mi, że twój kooochaś jest dziaaany?

Ale ponieważ już wtedy było między nami trochę dziwnie, nie odpowiedziałam: „Jak to, naprawdę?”, mimo że to właśnie sobie pomyślałam. Po prostu wzruszyłam ramionami bez słowa, jakby to nie było nic wielkiego.

Teraz siedzę na sofie, podczas gdy Ryan robi coś w kuchni. Obserwuję go ze swojego miejsca.

– Na pewno niczego nie chcesz? – pyta, otwierając lodówkę. – Może poczujesz się lepiej, jak coś zjesz?

Kręcę tylko głową. Czuję się, jakbym była za szybą.

Ryan wkłada coś do mikrofali, a ja wpatruję się w telefon komórkowy na moich kolanach, w małą ikonkę na ekranie – wiadomość głosową od Delii. Nadal jej nie odsłuchałam. Nie mogę się nawet zebrać w sobie, żeby mu o niej powiedzieć.

Rozlega się brzęk mikrofalówki. Ryan wyciąga talerz i wraca z nim do pokoju. Siada obok mnie i wyciąga laptopa, kładzie go sobie na kolanach i odpala stronę Kaninhus, co po szwedzku znaczy „króliczy domek”. Generalnie chodzi o to, że w Szwecji jest koleś, który hoduje dwa króliki. Te króliki żyją sobie na ogrodzonej przestrzeni w jego ogródku, a gość zamontował tam kamerę, która kręci wszystko dwadzieścia cztery godziny na dobę. Ryan pokazał mi tę stronę, kiedy zaczęliśmy się spotykać.

– Ale serio, ja naprawdę lubię te króliki – wyznał, niemal jakby się tego wstydził, co było naprawdę urocze. Powiedział mi, że gdyby jego znajomi się o tym dowiedzieli, uznaliby to za megadziwne (jego znajomym naprawdę niewiele potrzeba, żeby uznać coś za „dziwne”).

Widoczne w komputerze króliczki głównie obwąchują wszystko wokół, poruszają noskami i jedzą różne rzeczy. Dużo o nich rozmawiamy, zupełnie jakby miały swoją osobowość, plany, marzenia i bogate życie wewnętrzne.

– Cześć, Adi. Cześć, Alva. – Zwracając się do króliczków na ekranie, Ryan przybiera okropny szwedzki akcent. To jeszcze jeden z naszych wspólnych zwyczajów. – Jak się dziś miewacie, króliczki?

Najwyraźniej próbuje mnie czymś zająć, żebym nie myślała o tych innych rzeczach, tak jakby to w ogóle było możliwe. A może po prostu nie ma pojęcia, jak ze mną o tym pogadać, nie wie, jak zmierzyć się z tematem. Cóż, ja też nie wiem, do cholery.

Ale myślę o tym, że jest coś niestosownego w tym, że siedzę tutaj i gapię się na króliki, kiedy Delia nie żyje.

I myślę sobie, że Delia powiedziałaby pewnie: „Przecież nie żyję, to co się, kurwa, przejmujesz? Oglądaj te pieprzone króliczki, skoro masz ochotę”. A potem kącik jej ust uniósłby się lekko w krzywym uśmiechu, jak zawsze, kiedy wiedziała, że przegina.

– Jak tam twój scenariusz, Adi? – pyta Ryan. Normalnie od razu włączyłabym się do rozmowy, podpytała Alvę o jej ostatni występ na slamie poetyckim albo czymś takim (bo udajemy, że obydwoje są sfrustrowanymi artystami, którzy uciekli do Szwecji w poszukiwaniu weny). Zamiast tego wyrzucam z siebie wszystko, czego do tej pory nie mówiłam o Delii.

Nie jestem w stanie dłużej trzymać tego w sobie. Otwieram usta, a słowa wyrywają się na wolność.

– Słyszałam, że to nie był wypadek.

Ryan odwraca się powoli w moją stronę, a uśmiech natychmiast znika z jego twarzy.

– Zaraz, chwila, chcesz powiedzieć, że ona…

Kiwam głową.

– Sama to zrobiła.

– Jezu. Jak?

– Nie wiem. Ale… jest coś jeszcze. – Moje serce wali jak oszalałe. Muszę to z siebie wyrzucić. – Delia zadzwoniła do mnie dwa dni temu. – Nienawidzę siebie za to, co mówię. Nienawidzę siebie za to, że to prawda. – Ale nie odebrałam. Pozwoliłam, żeby włączyła się poczta głosowa. Zostawiła mi wiadomość. Nie odsłuchałam jej wtedy, bo… – urywam. Nie odsłuchałam jej, bo nie byłam w stanie. Bo tak ciężko pracowałam nad tym, żeby wyrzucić Delię ze swojego życia.

– I co było w tej wiadomości? – pyta.

– Ciągle jeszcze jej nie odsłuchałam.

Ryan powoli wypuszcza powietrze z płuc.

– Może wcale nie ma takiej potrzeby – mówi w końcu. – Może to tylko pogorszy sprawę.

– Jak może pogorszyć, skoro już jest najgorzej?

W odpowiedzi kręci tylko głową, wbija wzrok w podłogę, a potem odchyla się i otwiera ramiona w sposób, który uwielbiam, kiedy jestem w stanie czuć cokolwiek. Tyle że teraz niczego nie czuję.

Przysuwam się do niego mimo to i tonę w jego mocnym uścisku. Siedzimy tak przytuleni kilka minut, aż do momentu, w którym drzwi wejściowe otwierają się i do domu wpada mama Ryana i jego siostra Marissa. Odskakujemy od siebie jak oparzeni. Wstaję.

– Witaj, Junie, skarbie! – mówi z uśmiechem mama Ryana. – Brakowało nam ciebie przez święta! – dodaje, odkładając klucze i elegancką torebkę na stolik w przedpokoju.

Jego siostra jest już w drodze na górę i macha do mnie ze schodów.

– Marissa wspomniała mi o tym, co się wydarzyło u was w szkole – mówi mama Ryana ze zmartwioną miną. – Co za tragiczna historia, potworna strata. Któreś z was znało tę dziewczynę?

Nie chcę, żeby mama Ryana zaczęła drążyć temat, co na pewno się stanie, jeśli pozna prawdę.

– Ja trochę, jakiś czas temu – stwierdzam więc tylko. – Ale to stare dzieje.

– Och, kochanie, to i tak okropne. Ogromnie mi przykro – podchodzi i mnie przytula. Wiem, że jeśli będzie ściskać mnie za długo, nie wytrzymam i pęknę, bo nagle okazuje się, że ledwo daję radę. Muszę natychmiast uciec. Niezgrabnie wyplątuję się z jej objęć.

– Przepraszam, muszę do toalety – mówię. Wychodząc, czuję na sobie wzrok Ryana.

Znalazłszy się w bezpiecznym wnętrzu łazienki, odkręcam kran i osuwam się na podłogę, oparta plecami o drzwi.

Nie mogę czekać ani chwili dłużej. Wyciągam telefon z kieszeni i dzwonię na pocztę głosową. Wstrzymuję oddech.

Najpierw nagranie automatycznej sekretarki: „Wiadomość otrzymana we wtorek, trzydziestego pierwszego grudnia, o godzinie piętnastej pięćdziesiąt dziewięć”, a potem głos Delii: „Cześć, J., to ja, twoja stara kumpela”. Jej głos brzmi jednocześnie bardzo znajomo i tak, jakbym nigdy wcześniej go nie słyszała. „Zadzwoń do mnie, okej?” Chwila milczenia. „Muszę ci coś powiedzieć.”

I tyle. To wszystko.

Nagle czuję, jak drzwi napierają na moje plecy. Ktoś próbuje wejść do środka.

– Sekundkę! – wołam łamiącym się głosem.

Wsuwam telefon z powrotem do kieszeni i podnoszę się na miękkich nogach. Ochlapuję twarz wodą i osuszam jednym z ich delikatnych ręczników.

Miałam nadzieję, że usłyszę coś w jej głosie, coś, co sprawi, że to wszystko będzie miało jakiś sens, ale Delia brzmiała w nagraniu dokładnie tak jak zawsze. Nie brzmiała jak dziewczyna gotowa na to, żeby umrzeć. Tylko że… była. Była gotowa. Zadzwoniła do mnie dzień wcześniej. Musiała wiedzieć. Czy dzwoniła, żeby mi o tym powiedzieć? Dzwoniła po to, żebym ją powstrzymała?

Otwieram drzwi. Marissa stoi w korytarzu i z uśmiechem gapi się w telefon.

– Przepraszam – mówi, nie podnosząc wzroku. – Myślałam, że jesteś z Ryem. Siedzi w swoim pokoju.

Idę na koniec korytarza. Ryan siedzi na swoim łóżku, oparty o zwiniętą w kłębek kołdrę w niebieską kratę. Czeka na mnie.

– Odsłuchałaś? – pyta.

Kiwam głową.

– Dała mi tylko znać, że musi mi o czymś powiedzieć. To wszystko. Zawsze lubiła trzymać ludzi w niepewności. W tym wypadku na zawsze. – Usiłuję parsknąć śmiechem. Delię na pewno by to rozbawiło. Ale śmiech więźnie mi w gardle, a to, co się ze mnie wydobywa, przypomina raczej kaszlnięcie połączone ze szlochem. Nie pozwalam sobie na płacz. Nie mogę.

– Nie rozumiem – szepczę.

Ryan kręci głową, a jego twarz tężeje.

– Pewnych rzeczy nie jesteśmy w stanie pojąć.

On też wygląda tak, jakby miał się zaraz rozpłakać.

– Junie? – głos Ryana wyrywa mnie z transu. Minęło trochę czasu. Nie spaliśmy, po prostu leżeliśmy w łóżku przytuleni. Słońce już zaszło i teraz pokój pogrążony jest w ciemności.

Ryan wyciąga do mnie rękę, trzyma coś w dłoni.

– Prezent dla ciebie. – To mała szklana kula śnieżna z uroczą scenką ze stoku narciarskiego. Kiedy przybliżam wzrok, okazuje się, że narciarzem jest królik.

– To Alva – mówi. – Albo Adi – dodaje z uśmiechem. – Pamiątka z ich ferii zimowych.

Próbuję odwzajemnić uśmiech, ale czuję, że wargi odmawiają mi posłuszeństwa.

– Dziękuję. To idealny prezent – stwierdzam.

I myślę o portfelu z królikiem, który czeka na Ryana u mnie w domu, o tym, jak zamówiłam go na stronie Etsy i jaka byłam podekscytowana, kiedy go wreszcie przysłali. Myślę o tym, ile czasu spędziłam, zastanawiając się, czy kupowanie mu prezentu nawiązującego do naszego zabawnego sekretu nie jest przesadą, zbytnim narzucaniem się. I jeszcze, że przez długi czas nie mogłam się zdecydować, czy na portfelu mają być dwa króliczki, czy jeden.

Wspominam dziewczynę, która nie miała poza tym żadnych zmartwień. Wydaje się, jakby to było milion lat temu. Schodzimy z powrotem na dół. W kuchni jest ciepło i jasno i unosi się słodkawy zapach duszonej cebuli. Z lśniącego głośnika stojącego na blacie za zlewem sączy się muzyka – jakiś radosny instrumentalny kawałek, mnóstwo perkusji. Marissa siedzi przed laptopem przy stole w kuchni. Starszy brat Ryana i Marissy, Mac, też już jest w domu i stoi przy kuchennej wyspie. Przed nim skwierczy na patelni mieszanina papryki i cebuli.

Mac ma dziewiętnaście lat i jest trochę inny niż pozostali członkowie rodziny. Oni wszyscy tak ładnie wpasowują się w świat radosnych obiadów rodzinnych, niewymuszonych uśmiechów. Nawet Ryan taki jest, choć podejrzewam, że jakaś jego część chciałaby, żeby było inaczej. To naprawdę miły świat, jednak zawsze czuję się tutaj jak obserwator. Czasem wydaje mi się, że Mac czuje podobnie. W zeszłym roku skończył liceum, a potem wyjechał w podróż po Europie ze swoim zespołem. Wrócił parę miesięcy temu i teraz z kumplami rozkręca firmę – jakieś supertajne przedsięwzięcie związane z technologiami i robieniem filmów. Dzieli z kilkoma innymi kolesiami mieszkanie w centrum Filadelfii, ale często wpada tutaj na obiady i z innymi sprawami. Odnoszę wrażenie, że Mac prowadzi jakieś podwójne życie. Może należy do tego świata, do którego ja należałam, zanim poznałam Ryana, kiedy wszystko kręciło się wokół Delii.

– Mama poszła na jakieś ćwiczenia, a tata pracuje do późna – mówi Mac. – Jest jedzenie, gdybyście mieli ochotę.

I wręcza każdemu z nas talerz, na którym piętrzą się grillowane krewetki z papryką i cebulą. Na środku stolika kawowego stawia półmisek z tortillami, kwaśną śmietaną i guacamole domowej roboty. Mac jest świetnym kucharzem, ale sama myśl o jedzeniu wydaje mi się kompletnie absurdalna.

Choć nie tak bardzo absurdalna jak świadomość, że Delia nie żyje.

Siadam na kanapie z talerzem na kolanach prawie całkiem nieruchomo.

Delia chłonęła życie wielkimi, łapczywymi kęsami. Nigdy nie było jej łatwo – dużo złego działo się w jej rodzinie i być może te sprawy wgryzły się w jej umysł. Jednak bez względu na to jak źle się działo, Delia nigdy nie zdecydowałaby się odejść z tego świata, gdyby widziała choć cień nadziei na to, że coś się zmieni. A zawsze się zmienia. Zawsze jest nadzieja. I Delia, którą znałam, doskonale o tym wiedziała.

W takim razie co się, do cholery, stało?

Nikt nie mówi zbyt wiele w trakcie kolacji. Ryan zgarnia cebulę z mojego talerza i daje mi w zamian swoją porcję guacamole. Zmuszam się do przełknięcia kęsa. Kiedy cała trójka kończy jeść, Ryan zbiera naczynia i wychodzi, żeby włożyć je do zmywarki, a Marissa idzie na górę do swojego pokoju. Jesteśmy tylko ja i Mac. Mac podchodzi do kanapy, na której siedzę, pochyla się i mówi cichym głosem:

– Dziś wieczorem coś dla niej organizują. Wiesz, jej przyjaciele z Bryson.

Gapię się na niego. Zastanawiam się, czy specjalnie nie wspomniał o tym przy Ryanie. Czyżby Ryan opowiedział mu o tym, co się kiedyś wydarzyło?

– Gdzie? – pytam.

Ale Mac kręci głową.

– Niestety, nie wiem zbyt wiele. Słyszałem tylko, że spotykają się w jej ulubionym miejscu. A nie mam pojęcia, gdzie to jest.

Ale ja tylko kiwam głową i nieomal się uśmiecham, bo tak się składa, że to akurat wiem doskonale.

Rozdział 5

2 lata, 5 miesięcy i 24 dni wcześniej

Kiedy Delia i June dotarły wreszcie nad jezioro, chłopcy już tam byli.

Delia wzięła June pod ramię.

– Tylko bez nerwów – szepnęła. – Jeszcze możesz zmienić zdanie – dodała tym swoim słodkim głosikiem zarezerwowanym tylko dla June i jej kota.

Ale June pokręciła głową.

– Chcę mieć to za sobą.

Było lato, ósma klasa się skończyła i June zdecydowała, że już najwyższy czas.

Delia parsknęła wesoło.

– Cóż, skoro tak na to patrzysz.

Szły dalej ścieżką w stronę jeziora. Do June zaczęły docierać różne dźwięki – śmiech, brzdęk butelek, muzyka puszczana z czyjegoś telefonu. Delia twierdziła, że w lecie zbierali się tam niemal co wieczór. Wszyscy chodzili do Bryson, szkoły, do której chodziłaby też Delia, gdyby nie przeprowadziły się z matką do ojczyma Delii.

– Chłopaki z Bryson to niezłe ciacha – stwierdziła kiedyś Delia. – Bardziej w typie skejta niż piłkarza. I dlatego lepiej nie chodzić z nimi do szkoły. Wtedy nie musisz patrzeć z samego rana na ślady po pryszczach, które wyciskali sobie po wyjściu spod prysznica, ani wąchać ich kawowych pierdów i generalnie oglądać tego wszystkiego, co sprawiłoby, że szybko staliby się dla ciebie totalnie obrzydliwi.

Dlatego kiedy June wspomniała, że z nikim się jeszcze nie całowała i nie chce tak zaczynać liceum, Delia najpierw zażartowała, że ona ją chętnie pocałuje, a potem roześmiała się i oznajmiła:

– Cóż, w takim razie będziesz musiała pocałować któregoś z chłopaków z Bryson.

Powiedziała to takim tonem, jakby była to najbardziej oczywista oczywistość. Delia, rzecz jasna, całowała się już z wieloma chłopakami. Jedenastoma, według jej listy.

Podeszły do niewielkiego ogniska i przystanęły. Delia wychynęła zza pleców jednego z chłopaków i wyjęła mu z ręki butelkę piwa, po czym wycofała się i usiadła na kamieniu nieco dalej. Trzymała się z daleka od ognia. Zawsze. Ogień był jedyną rzeczą na świecie, której się bała.

– Cześć, D. – powiedział chłopak, nie odwracając się w jej stronę. Miał swobodnie opadające, dłuższe włosy i koszulkę w czarno-białe paski.

– Cześć, chłopaki – odpowiedziała Delia. – Poznajcie June. – To mówiąc, zwróciła się w stronę June i podała jej piwo. – Słuchaj, June, nie pamiętam imienia żadnego z nich. Ale w sumie nie ma to zbyt wielkiego znaczenia.

June wyszczerzyła zęby w uśmiechu. Typowa Delia. Faceci uwielbiali, kiedy zachowywała się w ten sposób. June oplotła palcami butelkę z piwem, żeby nikt nie zauważył, że trzęsą jej się ręce. Udała, że upija łyk, i uważniej przyjrzała się grupce.

Było ich czterech: jeden bez koszulki, umięśniony, dwóch w czarnych koszulkach, wyglądających na niezłych twardzieli, i ten czwarty, któremu zwędziły piwo. Patrzyła, jak odgarnia włosy z twarzy. Na nadgarstku, w miejscu, gdzie zwykle nosi się zegarek, miał tatuaż, chyba coś na kształt ósemki, chociaż nie była w stanie stwierdzić na sto procent. Uchwycił jej spojrzenie i w słabym blasku ogniska dostrzegła na jego twarzy cień uśmiechu – albo tak jej się przynajmniej wydawało.

– June, powiedz szczerze – zagaił Ten bez Koszulki. – Czy Delia płaci ci za to, żebyś się z nią kolegowała?

– Nie. Jestem jej wyimaginowaną przyjaciółką – odparowała June.

June nie miała pojęcia, co powie, dopóki te słowa nie wyleciały z jej ust. W towarzystwie Delii stawała się lepszą, bardziej błyskotliwą wersją siebie. Zupełnie jakby rzeczywiście była kimś, kogo Delia sobie wymyśliła.

Wszyscy chłopcy wybuchli śmiechem. Przez ułamek sekundy June miała poczucie winy. Może nie powinna była żartować sobie z Delii razem z nimi? Ale Delia też się roześmiała i z dumą objęła June ramieniem.

– W takim razie dlaczego my też cię widzimy? – spytał Ten bez Koszulki.

– Delia musi mieć niezwykle bujną wyobraźnię – powiedział Ten w Paski. – Pełną nieprzyzwoitych myśli.

Patrzył teraz prosto na June. Poczuła, że się rumieni, i ucieszyła się, że wokół jest ciemno. Podobał jej się ton jego głosu, seksowny, ale żartobliwy. Jakby mówił to, co rzeczywiście myśli, a jednocześnie żartował z kogoś, kto by to powiedział.

June zerknęła w stronę Delii, która patrzyła to na nią, to na Tego w Paski. Delia ledwo dostrzegalnie kiwnęła głową. On. Chwilę później, kiedy chłopcy zaprosili je, żeby usiadły, Delia rozegrała to tak, żeby June i Ten w Paski usiedli obok siebie. A jeszcze chwilę później Delia ruszyła w stronę wody.

– Hej! – wrzasnęła. – Kto nie idzie ze mną, ten cykor!

Wszyscy patrzyli, jak rozbiera się do stanika i majtek, wspina się na szczyt wysokiej skały i skacze do wody.

– Lepiej chodźmy sprawdzić, czy nie utonęła – odezwał się Ten bez Koszulki, mimo że słychać już było jej pluski i okrzyki. Ten bez Koszulki i dwaj w czerni wstali. Ten w Paski nie ruszył się z miejsca.

– Następnym razem, kiedy napijecie się wody z kranu – oznajmił Ten bez Koszulki – pamiętajcie, że moczyłem swoje jaja w waszej wodzie! – I z tym okrzykiem skoczył do wody, a pozostali poszli w jego ślady. I tak oto przy ognisku została tylko June z Tym w Paski, dokładnie tak, jak zaplanowała to Delia. Pochylił się, opierając łokcie na kolanach. Znowu zauważyła tatuaż na jego nadgarstku. Był pokryty kawałkiem przezroczystej folii. Dotknął go, jakby chciał, żeby zauważyła, że go ma.

– Mam go dopiero od kilku dni – powiedział. – Nieźle swędzi.

– Czy ten tatuaż coś oznacza?

– Tak – odparł krótko.

A ona nie była pewna, czy powinna drążyć ten temat, więc wzięła do ręki patyk i zaczęła grzebać nim w ognisku. Dużo by dała, żeby Delia nadal była obok niej, a nie tam daleko, w wodzie. Serce June waliło jak oszalałe. Czuła się mała i wystraszona. Zamknęła oczy i wyobraziła sobie Delię, jak kiwa głową. On.

June wzięła głęboki wdech, odwróciła się w stronę Tego w Paski, jednym zwinnym ruchem chwyciła kołnierzyk jego koszulki i przyciągnęła go do siebie, aż ich usta się zetknęły.

Przez krótką, przerażającą chwilę po prostu siedział bez ruchu, z zaciśniętymi wargami. Jego usta były zimne i smakowały piwem, a June zaczęła myśleć o rybach, które czasem skubały ją w stopy, kiedy szła pływać w jeziorze, i że pewnie całując jedną z nich, czułaby się bardzo podobnie. Ale pół sekundy później chłopak odwzajemnił pocałunek, a chwilę potem pozwoliła, żeby wsunął język do jej ust.

„To mój pierwszy pocałunek – pomyślała. – Właśnie po raz pierwszy w życiu się z kimś całuję”.

Ale nie był to wcale wyrafinowany, cool ani nawet dobry pocałunek. To wszystko było raczej dziwne i, co tu dużo mówić, odrobinę obrzydliwe. Nagle June przyszła do głowy jeszcze jedna myśl: już do końca życia, bez względu na to, ile razy będzie się jeszcze z kimś całować, bez względu na to, kto to będzie i co te pocałunki będą dla niej znaczyć, to był ten jeden, który poprzedził je wszystkie, tutaj, w ciemnościach, z chłopakiem, którego imienia nie znała. Już na zawsze będzie to jej pierwszy pocałunek.

Ten w Paski uniósł rękę i położył dłoń na jej piersi. Miała wrażenie, że jego ręce są odrażająco małe, jak u dziecka. Pomyślała, że chyba wolałaby, żeby przestał, chciała się z tego wszystkiego wymiksować. Ale nie była pewna, jak to zrobić.

Chwilę później wróciła Delia z resztą ekipy, wszyscy drżący z zimna i ociekający wodą. June i Ten w Paski odskoczyli od siebie jak oparzeni.

– Łooo, a tu co?… – Ten bez Koszulki natychmiast zaczął się wycofywać, ale Delia stała bez ruchu, wyżymając wodę z włosów. June czuła, że jeszcze chwila i się rozpłacze.

– Chodź tu, D. – zawołał jeden z chłopaków. – Chyba nasz ziomek i twoja wyimaginowana przyjaciółka chcieliby zostać sami.

– Jak tam woda? – spytała June. Z całych sił starała się, żeby jej głos brzmiał swobodnie, ale przede wszystkim miała wielką nadzieję, że Delia jakimś cudem usłyszy to, czego nie wypowiedziała na głos. I wszystko naprawi.

Delia uniosła mały palec dłoni i przejechała nim po dolnej wardze, intensywnie wpatrując się w June. June podrapała się w ucho. To był ich tajny kod.

Sekundę później Delia zerknęła na komórkę i powiedziała głośno tonem, który tylko June rozpoznała jako fałszywy:

– Sorry, chłopaki, ale musimy już lecieć. Sorry, Junester, ale wygląda na to, że moja mama skminiła, że nie ma nas w domu. Musimy wracać, już i tak mam przesrane.

June podniosła się niezgrabnie.

– To kiepsko – powiedział Ten bez Koszulki.

– Starzy, co poradzisz – powiedział inny.

– To co, zobaczymy się tu jeszcze? – zwrócił się do June Ten w Paski.

A June tylko przytaknęła, nawet na niego nie patrząc. Nie miała najmniejszego zamiaru tu wracać.

Potem oddaliły się w milczeniu. Przez całą drogę do domu Delia trzymała June za rękę. Nigdy więcej o tym nie wspomniała.

Rozdział 6

Kiedy docieram do domu, w mieszkaniu panuje mrok, ale słyszę jazgot telewizora za zamkniętymi drzwiami sypialni mojej matki. Jest po dziewiątej, a ona dziś nie pracuje, co oznacza, że jest pijana. Co tu gadać. Już dawno temu przyzwyczaiłam się do takiego stanu rzeczy i generalnie staram się o tym wszystkim nie myśleć. Ale kiedy wchodzę na piętro po wąskich schodach, daję na moment upust swojej słabości i wyobrażam sobie, że pukam do jej drzwi i mówię jej o tym, co się stało. Wyobrażam sobie, że przytula mnie mocno, tak jak mama Ryana. Wyobrażam sobie, jak mówi mi, że wszystko będzie dobrze. I czuję, jak uderza mnie fala… Czego? Może tęsknoty? Szybko otrząsam się z tych myśli. Moja matka nigdy by się tak nie zachowała. A nawet gdyby tak było, nie uwierzyłabym jej.

Wchodzę do pokoju, przyklękam obok komody i zaczynam wyciągać rzeczy z szuflad. W tym momencie znowu jestem spokojna, w taki dziwny, odległy sposób, zupełnie jakby w ogóle mnie tutaj nie było.

Ryan próbował przekonać mnie wcześniej, żebym została u niego na noc.

– Moi rodzice nie mają nic przeciwko – powiedział. – Biorąc pod uwagę okoliczności… – zaczął miękko, a ja, chociaż nie czułam właściwie nic, wiedziałam, że gdyby to wszystko się nie wydarzyło, byłabym bardzo szczęśliwa, że chce, żebym została. I jakaś część mnie tak bardzo chciałaby przytaknąć, zostać tu i siedzieć na kanapie z całą rodziną, gdzie wszyscy czują się dobrze i ciepło, i bezpiecznie. Kiedy tata Ryana wróciłby do domu, rzuciłby kilka kiepskich żarcików i włączył wiadomości. Potem pocałowałby mamę Ryana w usta, a Ryan żartobliwie przewróciłby oczami. Potem Marissa zrobiłaby popcorn z mnóstwem masła, tak jak lubi, i usiedlibyśmy sobie wszyscy razem. Chłonęłabym ich normalność i pozwoliłabym, żeby mnie otuliła. Udawałabym, że to wszystko w ogóle się nie wydarzyło.

– Powinnam wracać do domu – powiedziałam Ryanowi. – Chyba muszę pobyć trochę sama.

I wydawało się, że rozumie, a przynajmniej, że wydaje mu się, że rozumie. Odprowadził mnie do samochodu i stał przed domem, patrząc, jak odjeżdżam. Sama. Czułam się źle z tym, że go okłamałam. Ale nie miałam wyboru.

Teraz, w swoim pokoju, rozbieram się szybko. Naciągam na nogi parę grubych, wełnianych rajstop, a na nie z powrotem spodnie. Wsuwam stopy w skórzane kozaki i zapinam suwaki. Tak bardzo staram się nie myśleć o niczym, nie myśleć o tym, dokąd zaraz pojadę i dlaczego.

Przetrząsam szuflady, aż wreszcie znajduję to, czego szukam. Sweter – cudownie miękki, ciemnozielony, poprzetykany złotymi nitkami. Należał do Delii. Nie nosiłam go od bardzo dawna. Dała mi go w czasach, kiedy między nami wszystko jeszcze było dobrze. „Wyglądam w nim blado”, stwierdziła któregoś razu Delia i cisnęła go w moją stronę. „Musisz mnie od niego uwolnić”. Delia była zawsze niesamowicie szczodra, a zachowywała się, jakby to nie było nic wielkiego. Jakby człowiek oddawał jej przysługę, akceptując jej podarunki.

To z pewnością najładniejszy sweter, jaki kiedykolwiek miałam. Zakładam go, narzucam na niego kurtkę i czarny szal rozmiarów koca, bo jest styczeń, a ja wiem, że nad wodą będzie zimno.

Parkuję na poboczu i wysiadam. Od wieków mnie tu nie było, ale znam tę trasę na pamięć. Ktoś zaparkował tuż przy dziurze w ogrodzeniu biegnącym wokół jeziora. Kręcę z niezadowoleniem głową. Przecież wiadomo, że powinno się parkować dalej. Nikt nie powinien wiedzieć, że ktoś wchodzi na ogrodzony teren – to nielegalne.

Przeciskam się przez dziurę i ruszam wąską, zarośniętą ścieżką. Mój żołądek wariuje. Słyszę ciche pomruki, a kiedy podchodzę bliżej, pomruki zamieniają się w słowa.

– Stary, nie uda ci się rozpalić ogniska. Jest za zimno.

– Odpieprz się, byłem skautem. Mam z tego sprawność.

– Ach tak. – Kilka osób wybucha śmiechem. – A dawali u ciebie odznaki za skręcanie jointów?

Widzę ich teraz, niewielką grupę stłoczoną ciasno wokół miejsca na ognisko. Jedna osoba pochyla się, trzaskając zapalniczką nad stertą gałązek. Tlą się delikatnie, wypuszczając w powietrze cienkie wstążki dymu.

Mój wzrok powoli przyzwyczaja się do ciemności. W świetle wielkiego, jasnego księżyca zaczynam dostrzegać puchówki, parki, czapki, rękawiczki. Oddechy wypuszczane na lodowate powietrze przypominają kłębki waty.

Podchodzę do nich, a serce wali mi jak oszalałe. Nie powinno mnie tu być, wśród jej przyjaciół.

– Hej – mówię.

Parę osób odwraca się częściowo w moją stronę. Dołączam do kręgu wokół ogniska, stając pomiędzy wysokim, żylastym chłopakiem i wysoką dziewczyną z krótkimi ciemnymi włosami i ustami w kolorze tak intensywnej czerwieni, że widzę je nawet w świetle księżyca.

Ktoś wyciąga wódkę, jedną z tych tańszych, które sprzedają w wielkich plastikowych butlach.

– Za Delię – mówi jeden z chłopaków. – Dziewczynę, która potrafiła chlać jak mało kto.

– Za Delię – powtarzają pozostali.

Potem rozlega się chlupot wódki. To ktoś przechyla butelkę, a mnie ogarnia fala potężnego smutku – to jest ten moment, to jest jej pożegnanie. Kilka osób stojących na zimnie w styczniową noc, wylewających gównianą wódkę na zamarzniętą ziemię. Butelka przechodzi z rąk do rąk, wszyscy biorą duże łyki. Kim dla niej byli? Jak dobrze ją znali? Jak dużo dla nich znaczyła?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki