Piękne ciało - Christie Daugherty - ebook
lub
Opis

Dowody nigdy nie kłamią. Trzeba tylko dobrze je odczytać.

W prestiżowej dzielnicy Savannah popełniono morderstwo. Ofiarą jest Naomi Scott, młoda studentka prawa. Dziewczynę zastrzelono i brakuje świadków tragicznego zdarzenia.

Morderstwem interesuje się reporterka kryminalna Harper McClain. Dziennikarka odnosi wrażenie, że zna ofiarę. Wydaje się jej, że kojarzy tę twarz! Tylko skąd? Zupełnie nie może przypomnieć sobie okoliczności spotkania z Naomi.

Według policji zabójcą może być jeden z trzech mężczyzn: były chłopak z kryminalną przeszłością, szalenie zadurzony właściciel baru lub syn prokuratora generalnego, z którym Naomi się spotykała. Wszyscy trzej twierdzą, że ją kochali. Czy któryś z nich mógł zabić?

Gdy całe miasto domaga się odpowiedzi na pytanie „kto zabił?”, Harper spotykają problemy zawodowe. W redakcji gazety szykuje się kolejna fala zwolnień. Szefowa Harper obawia się, że obie mogą stracić pracę. Jeżeli chcą przetrwać, dziennikarka musi rozwiązać zawiłą zagadkę pełną zazdrości, miłości i intrygi.

Christi Daugherty – przez wiele lat pracowała jako dziennikarka. Pod pseudonimem C.J. Daugherty napisała cykl thrillerów dla młodzieży „Wybrani”, który przetłumaczono na 24 języki. Jej pierwsza powieść kryminalna „Echo morderstwa” ukazała się w 2018 roku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 412

Popularność


Rozdział pierwszy

Ósemka do narożnika.

Harper McClain pochyliła się nad stołem bilardowym wpatrzona w długą połać pustego zielonego filcu. Kij w jej dłoniach był gładki i chłodny. Wypiła dziś w nocy cztery bardzo mocne margarity zrobione przez Bonnie, ale jej chwyt wciąż był pewny.

Istniał taki delikatny, ulotny punkt, gdzieś między zbyt dużą ilością alkoholu a zbyt małą, w którym jej umiejętności bilardowe wkraczały na najwyższy poziom. Właśnie w tym punkcie się znalazła.

Wypuszczając powoli powietrze, pchnęła kulę. Bila pomknęła prosto i celnie, uderzyła w ósemkę i pchnęła ją w róg. Ani przez chwilę nie było wątpliwości: kula leciutko musnęła wypolerowaną drewnianą krawędź stołu i wpadła do otworu jak kamień.

– Tak! – Harper uniosła pięść. – Trzy z rzędu.

Ale bila wciąż się toczyła. Harper opuściła rękę i oparła się o stół.

– Nie, nie, nie – szepnęła błagalnie.

Obserwowała z konsternacją, jak biała, porysowana bila podąża za ósemką niczym wierny pies.

– No dalej, kuleczko – zawołała przymilnie Bonnie stojąca po drugiej stronie stołu. – Mamie przydadzą się nowe buty.

Bila dotarła do krawędzi otworu, przez chwilę drżała, jakby podejmowała decyzję, po czym ze stanowczym „łup” zniknęła we wnętrzu stołu, kończąc grę.

– No wreszcie. – Bonnie uniosła kij nad głowę. – Wygrałam.

Harper spojrzała na nią ze złością.

– Czekałaś cały wieczór, żeby to powiedzieć?

– O Boże, no pewnie! – odparła Bonnie bez cienia skruchy.

Było bardzo późno. Oprócz nich dwóch w barze Biblioteka było pusto. Naomi, która pracowała z Bonnie na ostatniej zmianie, godzinę temu skończyła przecierać bar i poszła do domu.

W pełnym zakamarków lokalu paliły się wszystkie światła; oświetlały podniszczone książki na półkach, które wisiały na ścianach od czasów, gdy faktycznie mieściła się tutaj bibliteka. Z łatwością mieściło się tu sześćdziesiąt osób, ale gdy były tylko we dwie, to miejsce wydawało się wygodne i na swój sposób wręcz przytulne. Z szafy grającej Tom Waits pomrukiwał o nieszczęśliwej miłości.

Mimo późnej godziny Harper nie śpieszyło się do wyjścia. Do domu miała tylko parę kroków. Ale tam czekał na nią tylko kot, butelka whisky i mnóstwo złych wspomnień. A ostatnio spędziła z nimi wystarczająco dużo czasu.

– Rewanż? – Zerknęła z nadzieją na Bonnie. – Zwycięzca bierze wszystko?

– Przegrany płaci – odparła. A po chwili dodała: – A poza tym, skończyły mi się drobne.

– Myślałam, że barmani zawsze mają drobne – poskarżyła się Harper, wyciągając z kieszeni ostatnie monety.

– Barmani są na tyle mądrzy, żeby chować swoje pieniądze, zanim zaczną z tobą grać w bilard – odrzekła przyjaciółka.

Muzyka na chwilę umilkła, szafa grająca zmieniała płytę. W tej nagłej ciszy aż podskoczyły, gdy rozległ się przenikliwy sygnał komórki Harper.

Ta chwyciła telefon leżący dotąd na sąsiednim stoliku i zerknęła na wyświetlacz.

– Poczekaj chwilę – powiedziała, odbierając połączenie. – To Miles.

Miles Jackson był fotografem kryminalnym z „Savannah Daily News”. Nie dzwoniłby o trzeciej nad ranem bez ważnego powodu.

– Co się dzieje? – rzuciła Harper zamiast powitania.

– Zbieraj się do centrum. Mamy morderstwo na River Street – oświadczył.

– Chyba żartujesz… – Harper odłożyła kij bilardowy na stół. – Jesteś na miejscu?

– Właśnie podjeżdżam. Są tu chyba wszyscy gliniarze z miasta.

Miles rozmawiał z nią przez zestaw głośnomówiący – w tle słyszała pomruk silnika i natarczywe trzaski policyjnego skanera. Ten dźwięk ją zelektryzował.

– Już jadę. – Harper rozłączyła się bez pożegnania.

Bonnie spojrzała na nią pytająco.

– Muszę się zbierać – oświadczyła Harper, sięgając po torebkę. – Właśnie zamordowali kogoś na River Street.

Bonnie opadła szczęka.

– Na River Street? O rany.

– Wiem. – Harper wyjęła notes i policyjny skaner i ruszyła przez lokal, obliczając w głowie, ile zajmie jej dojazd. – Jeśli to jakiś turysta, naszej burmistrz odbije.

River Street stanowiła samo serce dzielnicy turystycznej i była najbezpieczniejszym miejscem w mieście. Aż do teraz.

Bonnie pobiegła za przyjaciółką.

– Daj mi chwilę na zamknięcie – powiedziała. – Pojadę z tobą.

Harper się odwróciła i spojrzała na nią zaskoczona.

– Wybierasz się na miejsce zbrodni?

Muzyka znów zaczęła grać.

– Wypiłaś cztery margarity – przypomniała jej Bonnie. – Zrobiłam ci mocne. Masz za dużo alkoholu we krwi. Ja wypiłam dziś w nocy tylko dwa piwa.

Otworzyła jakiś panel ukryty w ścianie za barem i wcisnęła kilka przycisków. Muzyka w jednej chwili umilkła. Chwilę później zaczęły kolejno gasnąć światła i został tylko czerwony blask znaku z napisem „Wyjście”.

Bonnie chwyciła kluczyki i podbiegła do przyjaciółki. W ciszy, która nagle zapadła, obcasy jej kowbojskich butów stukały o betonową podłogę. Krótka spódniczka łopotała wokół jej ud.

Harper wciąż nie była do końca przekonana, czy to dobry pomysł.

– Wiesz, że tam będą nieżywi ludzie, prawda?

Bonnie wzruszyła ramionami, przekręciła zamek we frontowych drzwiach i je otworzyła. Do baru wtargnęło parne powietrze południowej nocy.

– Jestem dorosła, jakoś to przeżyję.

Obejrzała się przez ramię z taką miną, że Harper wiedziała, że nie warto się spierać. Nauczyła się tego, kiedy obie miały po sześć lat.

– Chodźmy.

* * *

River Street była wąską brukowaną uliczką łączącą stare nabrzeże i magazyny, które kiedyś obsługiwały olbrzymie statki wyruszające do Europy oraz na szerokie, ciemne wody Savannah River.

Na tej najczęściej fotografowanej ulicy w mieście za kilka godzin miało się roić od robotników, turystów i autokarów. Ale gdy Bonnie wjechała w nią swoim różowym pikapem z jaskrawożółtym napisem „Mavis” na bagażniku, a potem zaparkowała i wyłączyła silnik, było tu całkiem pusto.

Kawałek dalej, nad samą wodą, widziały migające niebieskie światła.

Na ten widok serce Harper zabiło szybciej. Dochodziła trzecia nad ranem. O tej godzinie lokalne kanały telewizyjne mogły nie mieć nikogo, kto dyżurowałby pod telefonem. Ta sprawa mogła być tylko jej.

– No chodź – rzuciła do Bonnie, otworzyła drzwi i wyskoczyła.

Gdy jej stopy zetknęły się z krawężnikiem, blizna po ranie postrzałowej w ramieniu ostrzegawczo zapulsowała. Harper się skrzywiła i przycisnęła do niej rękę.

Minął ponad rok, odkąd została postrzelona. Zranione miejsce rzadko ją pobolewało. Zdarzało się to zwykle przy zmianie pogody.

– Teraz będzie pani chodzącym barometrem – zauważył jowialnie chirurg, gdy przyszła na jedną z kontroli. – Zawsze będzie pani wiedziała, czy zanosi się na deszcz.

– Nie na takie supermoce liczyłam – odpowiedziała mu.

Ale w głębi ducha cieszyła się, że wciąż czuje ból. Tę ranę odniosła, gdy zdemaskowała jako mordercę człowieka, który był dla niej jak ojciec i mentor, byłego starszego detektywa Roberta Smitha, i teraz przypominało jej to, żeby uważała, komu ufa.

Bonnie nie dostrzegła bólu na jej twarzy – wpatrywała się w wozy policyjne poniżej.

– O cholera. To naprawdę samo centrum. Tylko dwie przecznice od Spanky’s.

Spanky’s Bar był popularnym lokalem dla turystów. Gdyby kilka godzin wcześniej doszło tam do zabójstwa, narażone mogły być setki osób.

Harper już zwróciła na to uwagę. Musiała tam pójść.

– Chodźmy.

Niemal biegnąc, ruszyły stromą brukowaną uliczką opadającą w stronę rzeki. Wcześniej padało i buty Harper ledwie trzymały się śliskich zaokrąglonych kamieni. Usłyszała, jak Bonnie za jej plecami też się ślizga i klnie pod nosem.

Po minucie były już nad wodą.

Było tu ciemniej. Bryza od rzeki wrzynała się chłodną smugą w wilgotne powietrze.

Harper zazwyczaj trzymała się z dala od River Street. Znajdowały się tu głównie pułapki na turystów i jak dotąd nie przychodziło jej na myśl nawet jedno interesujące przestępstwo, które by się tu wydarzyło.

Przed nimi, między dwoma latarniami, rozciągnięto policyjną taśmę blokującą wejście w wąską uliczkę. Migające światła oświetlały krzykliwe flagi przed zamkniętymi barami i okiennicami sklepów.

Harper się rozejrzała. Na drodze stało mnóstwo policyjnych wozów, ale nie dostrzegła furgonetek z oznaczeniami miejscowych stacji telewizyjnych.

Na szczęście Miles nie spał przez całą noc i słuchał skanera. Dzięki mu za to!

Jakieś trzydzieści jardów za taśmą zebrała się grupka mundurowych i detektywów po cywilnemu. Wszyscy spoglądali na coś, czego Harper stąd nie widziała.

– Patrz, tam jest Miles. – Bonnie wskazała na drugą stronę ulicy i pomachała. – Hej, Miles!

Fotograf stał sam tuż przy taśmie. Słysząc jej głos, odwrócił się i pomachał, by do niego podeszły.

Jak zwykle elegancko się prezentował w koszuli z wyłogami kołnierzyka przypinanymi na dwa guziki. Zupełnie jakby czekał na to przestępstwo.

– No, no, no – powiedział, gdy do niego podeszły. – Dziś w nocy dają dwie w cenie jednej? Nie przyniosłem kuponu.

– Cześć, Miles. – Bonnie się rozpromieniła. – Kto by pomyślał, że wpadnę na ciebie na miejscu zbrodni.

– To noc pełna niespodzianek – przyznał.

– Co nas ominęło? – Harper wskazała na grupkę policjantów. – Zidentyfikowali ofiarę? To jakiś turysta?

– Nic nie chcą powiedzieć – odparł Miles. – Gdy tu dotarłem, taśma już wisiała. Starali się być dyskretni przez radio. Nie gadają o tym. Niemal sam to przegapiłem. Usłyszałem coś o koronerze i zorientowałem się, co jest grane. Gdyby nie to, wciąż byłbym w domu.

– Dzwoniłeś już do Baxter? – spytała Harper.

Pokręcił głową.

– Za mało mam – odparł.

Bonnie się temu przysłuchiwała, ale się nie odzywała. Ze ściągniętymi brwiami obserwowała policjantów. Oświetlali latarkami coś, co leżało na bruku.

Przez te osiem lat, gdy Harper pracowała w gazecie, jeszcze nigdy nie widziała Bonnie na miejscu zbrodni. To było dziwne uczucie. To nie był jej świat. Była artystką – za barem pracowała po to, żeby starczało jej na farby. Morderstwa to nie była jej działka.

Tylko Harper.

Harper była reporterką kryminalną, odkąd przerwała naukę w college’u, by w wieku dwudziestu lat zostać stażystką w „Savannah Daily News”. Od tamtej pory zarywała noce, badając najgorsze przestępstwa w mieście. Morderstwa już nie sprawiały, że skręcał jej się żołądek.

Teraz, gdy patrzyła na zwłoki, widziała tylko słowa, jakich będzie potrzebowała, by je opisać.

Kawałek dalej grupka policjantów się przesunęła. Harper zmrużyła oczy i dostrzegła drobną kobietę w ciemnym garniturze kucającą na bruku.

– Daltrey prowadzi tę sprawę? – spytała, zerkając na Milesa.

– Na to wygląda. – Uniósł aparat fotograficzny, na wszelki wypadek zrobił zdjęcie i obejrzał je na wyświetlaczu.

To nie były bardzo złe wieści. Daltrey nie była detektywem, z którym najłatwiej się współpracowało, ale nie była też najgorsza.

Właściwie to z żadnym z nich współpraca nie była łatwa.

Ciszę przerwał pomruk silnika i gdy się odwrócili, zobaczyli, że do policyjnej taśmy podjeżdża biała furgonetka jednostki technicznej. Opony bębniły na bruku.

Zimne, jasne reflektory wozu przesunęły się po grupce śledczych, oświetlając całe miejsce niczym plan filmowy.

Wszyscy w tej samej chwili zobaczyli zwłoki. Młoda kobieta leżała na nierównym bruku, twarzą do góry. Była ubrana w ciemny T-shirt i spódnicę do kolan.

Z miejsca, w którym stała, Harper nie widziała jej twarzy, ale jedno było pewne – to nie wyglądało na żaden zbiorowy gwałt.

Miles uniósł aparat i szybko wykonał serię zdjęć.

Reporterka wspięła się na palce, by lepiej widzieć. Coś w tej kobiecie wydawało się znajome.

Zszokowana Bonnie obok niej stłumiła jęk.

– Nie patrz na zwłoki – rzuciła Harper.

Ale Bonnie nie odwróciła wzroku. Naparła mocniej na policyjną taśmę, aż się ugięła.

Jeden z mundurowych z dezaprobatą skierował na nią promień latarki.

– Hej, ty! Cofnij się!

Harper odwróciła się do Bonnie, by spytać ją, co, u diabła, wyprawia. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowała, było wkurzenie gliniarzy. Układy z nimi i bez tego były złe.

Ale gdy spojrzała na Bonnie, słowa zamarły jej na ustach.

Przyjaciółka była blada jak ściana.

– O mój Boże, Harper – powiedziała, patrząc na leżące na ulicy ciało. – To chyba Naomi.

Rozdział drugi

Zanim Harper zdążyła jej powiedzieć, że się myli – że musi się mylić, to nie ma sensu i nie widzą stąd dokładnie ciała – ubiegł ją gliniarz w mundurze.

– Mówiłaś, że znasz ofiarę. – Uniósł latarkę i zaświecił Bonnie prosto w twarz.

Zamarła – w ostrym świetle jej źrenice skurczyły się do maleńkich punkcików.

– Tak mi się wydaje… Chyba – odparła niepewnie. – Jej T-shirt… Czy wygląda jak mój?

Policjant zerknął na jej czarny T-shirt. Na piersi widniał napis BIBLIOTEKA: OD PIWA DO WIECZNOŚCI.

Był młody. Nocną zmianę zawsze przydzielali młodym. Nie nauczył się jeszcze ukrywać, co myśli. Harper zobaczyła prawdę wypisaną na jego twarzy.

Wstrząsnęło nią to.

Zmrużyła oczy i spojrzała na ciało.

Czy to naprawdę była Naomi? To niemożliwe, prawda?

Pracowała w barze od kilku miesięcy, ale Harper wiedziała o niej wystarczająco dużo, by nie uważać jej za typ potencjalnej ofiary. Miała w sobie naturalne piękno, choć wydawała się nie do końca zdawać sobie z tego sprawę. Mól książkowy, trochę nieśmiała, stroniła od krótkich spódniczek, jakie lubiła nosić Bonnie. Na tle eklektycznie ubranych studentów szkoły artystycznej z jaskrawo ufarbowanymi włosami, którzy lubili przychodzić do baru, wydawała się dość konserwatywna. Pod tym względem się wyróżniała.

Kto by zabił taką dziewczynę?

– Proszę tutaj zostać – polecił policjant, omiatając całą ich trójkę promieniem latarki. – Niech nikt się stąd nie rusza.

Odwrócił się i podbiegł do grupki detektywów. Na cichej ulicy jego kroki wydawały się takie głośne.

Miles posłał Harper zaintrygowane spojrzenie. Odwróciła się do Bonnie.

– Jesteś pewna?

Przyjaciółka pokręciła głową.

– Nie. Przez chwilę mi się wydawało…

Moment później od grupki przy schodach oderwała się kobieta i ruszyła w ich stronę wraz z mundurowym.

Była ciemnoskóra, około czterdziestki, najwyżej metr sześćdziesiąt. Nosiła prosty granatowy garnitur i białą bluzkę. Krótka, zwykła fryzura. Schyliła się pod policyjną taśmą zwinnie jak sportowiec.

– Która z was uważa, że zna ofiarę?

Ton detektyw Julie Daltrey był rzeczowy i oficjalny. Spojrzała krótko na Harper. Z jej obojętnego wyrazu twarzy nie dałoby się odczytać, że znała ją od lat. Że kiedyś w takich miejscach zbrodni plotkowały i żartowały.

Bonnie z wahaniem uniosła rękę.

– Ja.

Harper obserwowała, jak Daltrey przygląda się niebieskim pasemkom w kucyku Bonnie, jej mini i czarnemu T-shirtowi z pracy.

– Nazwisko proszę.

– Bonnie Larson – odparła jakby po chwili wahania.

Daltrey zapisała to sobie w małym notesie.

– I kto to jest, według pani? – Daltrey wskazała notesem na leżące na ulicy zwłoki.

Bonnie przełknęła. Kurczowo przyciskała ręce do boków.

– Ja… wydawało mi się… to znaczy, to chyba Naomi. – Jej głos opadł do szeptu. – Naomi Scott.

Daltrey od dawna pracowała w policji. Jej twarz nic nie zdradzała, gdy robiła notatki. Potem podniosła wzrok i spojrzała Bonnie w oczy.

– Co może mi pani powiedzieć o Naomi Scott?

Bonnie zamrugała.

– Ja nie…

– Cokolwiek, co przychodzi pani do głowy – zachęciła ją detektyw. – Kim jest, gdzie pracuje, ile ma lat.

– P-pracuje ze mną w Bibliotece – odparła niepewnie Bonnie. – Obie jesteśmy barmankami. W dzień się uczy. S-studiuje prawo.

Daltrey coś sobie zapisała.

– Proszę – jęknęła łamiącym się głosem Bonnie – niech mi pani powie, że to nie ona.

Detektyw milczała przez chwilę, jakby zastanawiała się, czy jej powiedzieć. Jednak gdy się odezwała, przekazała wieści szybko, bez osładzania.

– Z przykrością muszę panią poinformować, że dowód tożsamości znaleziony przy ofierze wskazuje, że to Naomi Scott.

– O mój Boże. – Bonnie zatoczyła się do tyłu, jakby ją uderzono. Do jej niebieskich oczu napłynęły łzy. – To niemożliwe, że nie żyje – dodała błagalnie, patrząc to na detektyw, to na Harper. – Pracowała dziś w nocy. Nic jej nie było. Miała tylko dwadzieścia cztery lata.

Daltrey skupiła się na Harper.

– To nieoficjalne, rozumiesz?

Harper kiwnęła głową, choć próbowała zapamiętać wszystko, co mówiono.

Cyniczne spojrzenie Daltrey przekonało ją, że ta czytała jej w myślach. Powiedziała jednak tylko:

– Ty też znałaś ofiarę?

– Tylko trochę. Widziałam ją dziś w nocy w barze. Skończyła zmianę jakąś godzinę temu. Mówiła, że idzie do domu.

Daltrey to sobie zanotowała, po czym podniosła na nią wzrok.

– Mieszka przy River Street?

Harper pokręciła głową.

– Nie wydaje mi się.

Daltrey zatrzasnęła notes i zerknęła na zegarek.

– Dobra. Macie obie przyjść na komendę i złożyć zeznania.

Harper to dobiło.

– Możemy przyjść później? – spytała. – Najpierw muszę napisać artykuł. I niewiele mogę wam powiedzieć…

– Nie obchodzi mnie twój artykuł – przerwała jej detektyw. – To zabójstwo, McClain. Albo sama natychmiast stawisz się na komendzie, albo każę was obie tam zawieźć. Wyrażam się jasno?

Nie było sensu dyskutować.

– Pojedziemy prosto na komendę – zgodziła się ponuro Harper.

– Spotkamy się tam – odparła Daltrey. Potem zanurkowała pod taśmą i ruszyła z powrotem w stronę zwłok.

Gdy już sobie poszła, Harper odwróciła się do Milesa.

– Wszystko słyszałeś?

Kiwnął głową.

– Chcesz, żebym zadzwonił do Baxter?

Harper westchnęła ciężko. Ostatnie, czego chciała, to żeby obudził redaktorkę działu miejskiego i przekazał jej, że Harper musiała opuścić miejsce morderstwa w samym centrum strefy turystycznej, bo okazało się, że godzinę wcześniej rozmawiała z ofiarą.

Ale właśnie tak musieli zrobić.

– Tak. – Potarła czoło. Wypita tequila przeradzała się w ból głowy.

– Nie spodoba jej się to – ostrzegł Miles. – Kiedy się dowie, że opuściłaś miejsce zbrodni, wkurzy się.

Ale Harper już odchodziła, prowadząc ze sobą Bonnie. Spojrzała przez ramię i rzuciła w odpowiedzi:

– A to jakaś nowość?

* * *

Tuż przed trzecią nad ranem hol komendy policji w Savannah wydawał się ogromny i pusty. Wchodząc, Harper poczuła na skórze arktyczny podmuch klimatyzacji i przeszył ją dreszcz.

Dyżurny policjant Dwayne Josephs spoglądał to na nią, to na Bonnie.

– Coś się stało, Harper? – Dostrzegł zaczerwienioną twarz i zapuchnięte oczy jej przyjaciółki i podniósł się z krzesła. – Bonnie jest ranna?

Harper znała Dwayne’a od czasu, gdy miała dwanaście lat. Był jednym z gliniarzy, którzy wzięli ją pod swoje skrzydła, gdy zamordowano jej matkę.

Teraz zaliczał się do małej garstki policjantów, których wciąż uważała za przyjaciół.

Reszta się od niej odcięła. Uważali, że ich zdradziła, ujawniając przestępstwo Smitha.

Od ponad roku wzruszali ramionami i odwracali się do niej plecami. Kiedy dzwoniła i na początku się przedstawiała, chwilę później słyszała kliknięcie odkładanej słuchawki. Zatrzymywali ją za drobne wykroczenia drogowe, choć wiedziała, że ich nie popełniła.

Czuła więc wdzięczność za każdym razem, gdy Dwayne serdecznie ją witał.

– Nie jest ranna – zapewniła go. – Słyszałeś, co się stało na River Street?

– O tym zabójstwie?

– Tak. Znamy ofiarę. Daltrey nas poprosiła, żebyśmy przyszły złożyć zeznania.

Twarz Dwayne’a spochmurniała.

– Naprawdę przykro mi to słyszeć.

Harper podprowadziła Bonnie do twardego plastikowego krzesełka, a Dwayne zniknął za ladą i pojawił się chwilę później z papierowym kubkiem.

– Napij się trochę wody – powiedział do Bonnie. – Na pewno dobrze ci to zrobi.

Drętwo przyjęła kubek.

– Dziękuję, Dwayne.

– Detektyw Daltrey powinna niedługo tu być – zapewnił, ściskając jej ramię.

Co do tego się jednak pomylił.

Harper i Bonnie czekały w lodowatym holu przez ponad pół godziny.

Od czasu do czasu ciszę przerywało brzęczenie komórki Harper. Miles przysyłał jej krótkie, enigmatyczne wiadomości z miejsca zbrodni.

„Według mojego policyjnego źródła torebka nietknięta, ale zginął telefon”.

Czytając to, Harper zmarszczyła brwi. Chyba nikt nie zamordował Naomi z powodu komórki?

Odpisała szybko:

„A portfel/pieniądze?”

Wpatrywała się w telefon i czekała niecierpliwie na jego odpowiedź.

Dobijało ją, że nie może z nim tam być. Mogłaby w tej chwili robić tyle rzeczy, zamiast tutaj siedzieć.

Jednak gdy jej komórka znów zapiszczała, zdziwiła się, widząc odpowiedź.

„Powiedziałem Baxter, że znasz ofiarę – jest zachwycona. Mówiła, że masz być w biurze przed dziewiątą”.

Gwałtowniej niż to było potrzebne Harper wepchnęła telefon z powrotem do kieszeni.

Kiedy pod komendę zajechał policyjny wóz, wyciągnęła szyję, żeby zobaczyć, czy to Daltrey. Z samochodu wysiadło jednak dwóch mundurowych, którzy tylnym wejściem zaprowadzili skutego podejrzanego na przesłuchanie.

Później wchodzili i wychodzili różni policjanci, ale minęło prawie czterdzieści minut, nim przez drzwi z kuloodpornego szkła w końcu weszła Daltrey. Bonnie siedziała wtedy skulona na plastikowym krześle, z głową opartą na ramieniu Harper.

Dochodziła czwarta nad ranem. Zaczynało im się wydawać, że ta noc nie ma końca.

– Przepraszam, że musiałyście czekać – rzuciła lakonicznie detektyw. – Chodźcie ze mną.

Znużone ruszyły za nią.

Oczy Bonnie były zapuchnięte; twarz czerwona od płaczu. W tym oficjalnym świecie wydawała się tak nie na miejscu z turkusowymi pasemkami we włosach i w kowbojskich butach, że Harper aż ściskało się serce.

Dwayne nacisnął przycisk w recepcji i drzwi otworzyły się przy wtórze irytującego brzęczenia.

Po obu stronach długiego korytarza na tyłach komendy mieściły się biura – to tam odbywała się prawdziwa praca departamentu policji. Za dnia roiłoby się tutaj od detektywów, operatorów linii alarmowych oraz mundurowych. O tej porze jednak korytarz był cichy i pełen cieni.

– Tędy. – Głos Daltrey odbił się echem, gdy pokierowała je w prawo.

Minęły kilkoro drzwi i dotarły do pokoju, do którego zmierzała detektyw.

Daltrey włączyła światło i odstawiła torebkę obok składanego metalowego krzesła.

– Usiądźcie, moje panie – poleciła, uśmiechając się przelotnie.

Pomieszczenie było małe i pozbawione okien. Znajdowały się tu tylko cztery krzesła i porysowany drewniany stół. Na jednej ze ścian błyszczało zimno wąskie lustro.

Daltrey odczekała, aż zajmą miejsca naprzeciw niej. W ostrym blasku jarzeniówki Harper zobaczyła, że ta długa noc odbiła się również na policjantce. Detektyw miała podkrążone oczy, a na jej skórze lśniła warstewka potu.

– To nie potrwa długo – oznajmiła, wyjmując z torebki notes i długopis. – Chcę, żeby każda z was opowiedziała mi własnymi słowami o dzisiejszej nocy. O waszych wrażeniach związanych z ofiarą.

Harper zdawała sobie sprawę, że ma niewiele do powiedzenia. Wiedziała tylko, że trzy godziny temu Naomi żyła – drobna, z poważną twarzą w kształcie serca, pochłonięta pracą, gdy szybkimi pełnymi złości ruchami przecierała szmatką bar w Bibliotece. Gdy usiadła, prawie nie patrzyła na Harper, a Harper też nie zwracała na nią uwagi. Była skupiona na własnych problemach. I na margaricie z lodem, którą postawiła przed nią Bonnie.

Właśnie na nią wskazała Daltrey.

– Najpierw pani, panno Larson. Jak rozumiem, to pani znała ją lepiej.

Bonnie zerknęła niepewnie na Harper.

– Nie wiem, co powiedzieć.

– Jakiekolwiek spostrzeżenia mogą nam się przydać. – Daltrey skupiła jej uwagę na sobie. – Proszę zacząć od najprostszych rzeczy. Jaka wydawała się dziś w nocy? Szczęśliwa? Nieszczęśliwa? Wystraszona? Czy podczas jej zmiany wydarzyło się coś dziwnego?

Bonnie zacisnęła palce na blacie i przez chwilę się zastanawiała.

– No cóż – zaczęła ostrożnie – przez większość nocy wydawało się, że czuje się w porządku. To znaczy, normalnie.

Daltrey przekrzywiła głowę.

– Powiedziała pani „przez większość nocy”. Co pani ma na myśli?

– Tuż przed pierwszą ktoś do niej zadzwonił na komórkę – wyjaśniła Bonnie. – Po tym wydawała się… sama nie wiem. Jakaś zaniepokojona… zdenerwowana. Spytała, czy może wyjść wcześniej. Ruch był niewielki, więc powiedziałam, że może. Posprzątała swoje stanowisko i wyszła tuż po zjawieniu się Harper.

Daltrey szybko notowała.

– Nie mówiła dlaczego?

Bonnie pokręciła głową.

– Zakładałam, że chodziło o jej chłopaka albo o jej tatę. – Zawahała się na chwilę, a potem wyjaśniła: – Była naprawdę blisko z tatą. Czasem odbierał ją po pracy.

Oczy Daltrey się zwęziły.

– A dziś w nocy ją odebrał?

– Nie wiem – przyznała Bonnie. – Zostałam już wtedy sama przy barze. Jeśli tak, to nie wchodził do środka.

– Ale mówiła pani, że Naomi wydawała się zaniepokojona. Dlaczego tak się pani wydawało?

Bonnie się zastanowiła.

– Wcześniej żartowała sobie z różnych rzeczy, była taka wyluzowana. Ale po tamtym telefonie… trudno to wyjaśnić. Wydawała się spięta. Rozkojarzona. Jakby dostała złą wiadomość. – Nagle do oczu napłynęły jej łzy. – Gdybym wiedziała, że miała kłopoty, zrobiłabym coś. Spróbowałabym jej pomóc.

Daltrey dalej notowała, dając Bonnie czas, by ta wzięła się w garść.

Ma dobrą technikę, pomyślała z aprobatą Harper. Jest szybka, ale nie bezduszna.

Gdy Bonnie doszła już do siebie, detektyw podniosła wzrok.

– Przepraszam, że zadaję pani tyle pytań. Wiem, że to była długa noc. Ale jestem wdzięczna za pomoc, panno Larsson.

Bonnie, drżąc, kiwnęła głową.

– A teraz… – Daltrey zerknęła do notatek – …wspominała pani o jej chłopaku. Widziała go pani dziś w nocy?

Bonnie pokręciła głową.

– Nie wydaje mi się, żeby był w barze. Gdy przychodził ją odebrać, zwykle wchodził na drinka i czekał, aż Naomi skończy pracę. – Umilkła na chwilę. – A poza tym chyba ostatnio zrobili sobie przerwę.

Harper dostrzegła błysk zaciekawienia w oczach Daltrey.

– Jak się nazywa jej chłopak?

– Wilson – odparła Bonnie. – Wilson Shepherd.

Podała tę informację bez oporów, przekonana, że w ten sposób pomaga. Harper domyślała się, że przyjaciółka tak by się do tego nie paliła, gdyby wiedziała, do czego detektyw potrzebowała tej informacji.

Daltrey poprosiła Bonnie, żeby przeliterowała. Następnie powiedziała:

– Proszę mi jeszcze raz przypomnieć: o której Naomi wyszła dziś w nocy?

– Tuż po pierwszej – odrzekła Bonnie. – Nie wiem, która była dokładnie…

– Ja z całą pewnością mogę odpowiedzieć na to pytanie – wtrąciła Harper.

Daltrey posłała jej zimne spojrzenie.

– Ach tak? A to dlaczego?

– Kiedy wychodziła, zerknęłam akurat na zegar nad barem – wyjaśniła reporterka. – Zobaczyłam, że jest wpół do drugiej, i pomyślałam, że dość wcześnie wychodzi. Zwykle Bonnie nie zostawała sama, żeby zamknąć lokal.

– W barze powinno zawsze być dwoje pracowników – wyjaśniła Bonnie, uprzedzając pytanie Daltrey. – Ze względów bezpieczeństwa. Ale ponieważ była ze mną Harper, nie martwiłam się tym.

Daltrey zanotowała to i powiedziała:

– Jeśli masz rację, wyszła z baru przy College Row o wpół do drugiej, a dwadzieścia pięć minut później znaleziono ją zastrzeloną na River Street. Czy któraś z was ma jakiś pomysł, co mogła tam robić?

Bonnie w milczeniu potrząsnęła głową. Do oczu napłynęły jej łzy.

– Nie mam pojęcia – odparła Harper.

– Chciała się spotkać ze swoim chłopakiem? – podsunęła Daltrey.

– Jej chłopak mieszka w Garden City. – Bonnie kantem dłoni otarła łzę. – Naomi mieszka na Trzydziestej Drugiej. Oba te miejsca są bardzo daleko od śródmieścia.

Telefon Daltrey zapiszczał. Sięgnęła po niego i zerknęła na wyświetlacz.

– W porządku. Na razie to by było na tyle, moje panie. – Odsunęła krzesło i gwałtownie wstała. – Zostawcie swoje numery Dwayne’owi, on poda wam mój. Dajcie mi znać, jeśli przyjdzie wam do głowy cokolwiek, o czym nie wspomniałyście. Skontaktuję się z wami, jeśli będę miała więcej pytań.

Pokierowała je w stronę holu. Bonnie oszołomiona ruszyła korytarzem, ale Harper została z tyłu z Daltrey, która gasiła światła w pokoju przesłuchań.

– Czy Naomi obrabowano? Jeśli nie, to co się stało z jej komórką? Wiemy, że wcześniej tej nocy miała ją przy sobie.

Daltrey przyszpiliła ją chłodnym spojrzeniem.

– Nie rozumiem, dlaczego wciąż gadasz, McClain. Nie udzielam informacji zdrajcom.

Harper się wzdrygnęła.

Bez względu na to, ile razy ją to spotykało, nie potrafiła się do tego przyzwyczaić. Detektywi, którzy wcześniej zapraszali ją na imprezy, pili z nią piwo i pokazywali jej zdjęcia swoich dzieci, teraz traktowali ją jak przestępcę.

– Próbuję tylko pomóc – powiedziała sztywno i wyszła z pokoju.

Nie zaczekała na odpowiedź Daltrey. Ostatnio odpowiedzi ich wszystkich zawsze brzmiały tak samo.

Zdrajczyni.

Rozdział trzeci

Pięć godzin później Harper weszła do biura gazety. Ściskała w ręce duży kubek czarnej kawy i mrugała w słońcu zalewającym pomieszczenie przez wysokie okna.

Po opuszczeniu komendy odpoczęła kilka godzin w obłędnie różowym wolnym pokoju u Bonnie. Wykradła się wcześnie od przyjaciółki, by pójść do domu, wziąć prysznic i przebrać się przed pójściem do pracy. Czuła się tak, jakby w ogóle nie spała.

W newsroomie wrzała praca, dwanaścioro dziennikarzy i redaktorów równocześnie stukało w klawiatury.

Z labiryntem korytarzy i wąskich klatek schodowych ten pełen zakamarków stuletni budynek lepiej by się nadawał na pensjonat niż na siedzibę gazety, ale choć czas odcisnął na nim swoje piętno, było w nim coś niezaprzeczalnie okazałego. Najbardziej wyczuwało się to w newsroomie, zdobnym w solidne białe kolumny i wysokie okna wychodzące na rzekę.

Biurka reporterów ustawiono w rzędy, powyżej, w najdalszym końcu pomieszczenia, znajdowały się biurka trojga redaktorów, zaś za nimi mieścił się przeszklony gabinet redaktora naczelnego gazety Paula Dellsa.

Biurko Harper znajdowało się w połowie rzędu stojącego pod samymi oknami. Dostała to świetne stanowisko po ostatniej rundzie zwolnień, gdy z gazety odeszło wielu zasłużonych dziennikarzy i newsroom w połowie opustoszał.

Gdy tylko odstawiła kawę, DJ Gonzales odwrócił się na krześle i na nią spojrzał. Jego kręcone ciemne włosy wydawały się jeszcze bardziej niesforne niż zwykle.

– Co tu robisz tak wcześnie? – spytał oskarżycielsko. – Myślałem, że dzienne światło cię parzy.

– Nie jestem wampirem, DJ – odparła, opadając na swoje miejsce. – Pracuję po nocach. Gadaliśmy już o tym.

Włączyła komputer tak zautomatyzowanym gestem, że dwie sekundy później już o tym nie pamiętała. Upiła łyk z kubka.

Ta gorycz pasowała do jej nastroju.

– Jezu, ale jestem zmęczona. – Potarła oczy.

DJ podjechał bliżej na krześle.

– Przez całą noc zajmowałaś się tym morderstwem, o którym wszyscy gadają?

Harper machnęła kubkiem w geście, który wyrażał niejasne potwierdzenie.

DJ nie próbował ukryć zazdrości. Sam pisał o edukacji. Działka Harper wydawała mu się nieskończenie ważniejsza.

– Zapowiada się ciekawie. W telewizji mówili o tym przez cały ranek. Jutrzejsza pierwsza strona będzie należała do ciebie. – W jego głosie pojawił się tęskny ton. – Nie mogę uwierzyć, że kropnęli jakąś laskę na samym środku River Street.

– A ja nie mogę uwierzyć, że ktoś wciąż mówi „kropnęli” – odparła.

– To już niemodne? – zdziwił się DJ. – Wydawało mi się, że to słowo jest na topie.

– Harper!

Ostre szczeknięcie Emmy Baxter z przedniej części pomieszczenia sprawiło, że DJ ze zdumiewającą precyzją okręcił się na krześle i skulił za swoim monitorem, jakby to była tarcza.

Redaktorka działu miejskiego przeszła przez pomieszczenie. Jej ciemne, obcięte na pazia włosy podskakiwały nad ramionami granatowej marynarki. Tuż za nią szedł jej szef, Paul Dells.

– O cholera – szepnęła Harper.

Dells zazwyczaj nie mieszał się w sprawy działu kryminalnego, ale to zdarzenie było na tyle ważne, że przykuło jego uwagę.

– Co masz o River Street? – spytała Baxter, zbliżając się do biurka Harper. – Dlaczego Miles twierdzi, że znasz ofiarę?

Kątem oka Harper dostrzegła, że DJ podnosi głowę.

– Właściwie to jej nie znam. Tak się akurat złożyło, że byłam wczoraj w barze, w którym pracowała – wyjaśniła Harper, zerkając na Dellsa.

– Doskonale – warknęła Baxter. – Napisz mi emocjonalną relację w pierwszej osobie. „Dotyk śmierci”. Możemy to puścić obok twojego głównego artykułu o zabójstwie.

Dells wystąpił naprzód. Jak zawsze był nienagannie ubrany w ciemnoniebieski garnitur i świeżo wyprasowaną białą koszulę. Ta ostatnia wyglądała, jakby była droższa od samochodu Harper. Do tego nosił bladoniebieski jedwabny krawat, a jego włosy były elegancko ostrzyżone.

– Co na tę chwilę wiemy? – spytał. – Stacje telewizyjne mają niewiele.

– Denatka to Naomi Scott, studentka drugiego roku prawa. – Harper otworzyła notes. – Niczym specjalnym się nie wyróżniała; taka typowa amerykańska dziewczyna. O pierwszej trzydzieści wyszła z pracy, zginęła od dwóch ran postrzałowych. Znaleziono przy niej torebkę, ale nie komórkę. Policja nie chce powiedzieć, czy chodziło o rabunek. Nikt nie ma pojęcia, co, u diabła, robiła nad rzeką.

– Wiemy coś na temat jej rodziny? – spytał Dells. – Są stąd?

– Tak mi się wydaje – odparła Harper. – Właśnie próbuję dowiedzieć się więcej.

Baxter zerknęła na świecącą pustkami stronę w jej notesie.

– Tylko tyle masz?

– Daj spokój – odparła defensywnym tonem Harper. – Pół nocy spędziłam na komisariacie.

– Rezerwujemy dla tego artykułu większość pierwszej strony – poinformował ją Dells. – Stacje telewizyjne się na to rzucą.

– Zacznę obdzwaniać ludzi – powiedziała Harper.

– Dobrze – rzuciła energicznie Baxter. – Chcę wiedzieć, kim była ta dziewczyna. Jeśli była taka idealna, to w jaki sposób skończyła martwa na ulicy o drugiej nad ranem? Zadzwoń do biura burmistrz. Zapytaj ją, co zamierza zrobić z faktem, że ktoś strzela do ludzi w samym środku pieprzonej dzielnicy turystycznej.

Dells wrócił do swojego gabinetu. Baxter odwróciła się tak szybko, że marynarka aż zsunęła się z jej kościstego ramienia, i ruszyła za nim.

Ostatnie słowa rzuciła za siebie jak bombę kasetową:

– Pośpiesz się. Potrzebujemy czegoś na stronę internetową i to już.

Kiedy sobie poszli, DJ okręcił się na krześle i spojrzał na Harper. Jego brązowe oczy za umazanymi okularami w drucianej oprawce się rozszerzyły.

– Rany! Piłaś w jej barze, a potem zginęła?

Harper posępnie kiwnęła głową.

Wyglądał, jakby zrobiło to na nim wrażenie.

– Powiedz mi jedną rzecz: zastanawiasz się czasami, czy nie jesteś przeklęta?

Harper zmiażdżyła go spojrzeniem i zalogowała się na swój komputer.

– Mam robotę, DJ.

– Mówię tylko, że warto byłoby o tym pomyśleć – rzucił i okręcił się z powrotem do swojego biurka.

To był tylko kiepski dowcip, ale gdy Harper na stronach miejscowych stacji telewizyjnych zaczęła pośpiesznie sprawdzać materiały o zabójstwie, przyłapała się na tym, że i tak się nad tym zastanawia. Bądź co bądź Naomi nie była pierwszą ofiarą morderstwa w jej życiu.

Pierwszą była jej matka.

Kiedy Harper miała dwanaście lat, znalazła jej zwłoki na podłodze w kuchni. Ta wciąż nierozwiązana sprawa morderstwa uruchomiła łańcuch wydarzeń, które doprowadziły do jej bliskich związków z policją. I do tego, że już w wieku dwudziestu lat została reporterką.

Jak również do wszystkiego, co stało się w zeszłym roku, gdy porucznik Smith został skazany za morderstwo, które pod każdym względem było niczym lustrzane odbicie morderstwa jej matki.

Opisanie tej historii – i stanie się jej częścią, gdy została postrzelona przez Smitha – zwróciło uwagę na Harper; zapewniło jej pozycję w gazecie nawet w tych chwiejnych finansowo czasach.

Na Baxter przeszłość jej podwładnej nie robiła jednak wrażenia. Potrzebowała stałego dopływu soczystych artykułów o przestępstwach na pierwszą stronę gazety.

Harper wzięła do ręki telefon i wybrała numer biura burmistrz. Asystentka odebrała dopiero po pięciu sygnałach.

– Dziękuję za kontakt z biurem burmistrz Cantrelle. W czym mogę pomóc?

– Tu Harper McClain z „Daily News”. Chciałabym zadać burmistrz kilka pytań na temat zabójstwa na River Street ubiegłej nocy.

– Jest na spotkaniu. – Ton asystentki wskazywał, że Harper nie dzwoniła jako pierwsza. – Poproszę ją, żeby do pani oddzwoniła.

– Proszę zrobić to szybko, dobrze? Śpieszy nam się.

– Tak jak mówiłam – asystentka była niewzruszona – burmistrz jest na spotkaniu.

Czekając, aż oddzwonią do niej z biura burmistrz, Harper otworzyła wyszukiwarkę i wpisała: „Naomi Scott”.

Monitor zapełniła rzeka błędnych trafień. Dominowała wśród nich blogerka z czterdziestoma tysiącami śledzących ją na Twitterze oraz jakaś adwokat z Chicago.

Harper dodała do wyszukiwania „Savannah” i znalazła to, o co jej chodziło.

Był to jakiś serwis społecznościowy dla studentów z Uniwersytetu Stanowego w Savannah. Zdjęcie na profilu Naomi było niesamowite. Czarne włosy opadały jej falami na ramiona. Idealna cera, wysokie kości policzkowe i wielkie oczy barwy cynamonu nadawały jej jakieś eteryczne piękno.

Harper przez chwilę wpatrywała się w znajomą twarz.

– W coś ty się wpakowała? – mruknęła pod nosem.

Krótka notka pod zdjęciem brzmiała: „Młoda, wolna i ambitna. Gotowa zmieniać świat”.

Jako kierunek studiów widniało prawo karne. Poza tym jedynymi informacjami były numer telefonu i studencki adres mailowy.

Żeby nie blokować linii stacjonarnej w oczekiwaniu na telefon burmistrz, Harper sięgnęła po telefon i wybrała numer Naomi.

Sygnały przebrzmiały i nie włączyła się nawet skrzynka głosowa.

Harper się rozłączyła i natychmiast wybrała inny numer. Znała go na pamięć. Gdy mijały kolejne sygnały, wpatrywała się w zdjęcie pełnej życia młodej kobiety o wyzywającym spojrzeniu.

Kto mógł chcieć jej śmierci?

Sygnał w telefonie gwałtownie się urwał.

– Dział Informacji Publicznej Policji w Savannah.

Męski zdyszany głos – jakby facet chwycił telefon, kiedy biegał w kółko i szukał gaśnicy. Harper słyszała też inne głosy w tle oraz stukanie klawiatur – dźwięki biurowej krzątaniny.

– Tu Harper McClain – przedstawiła się. – Szukam wszelkich możliwych informacji o zamordowaniu Naomi Scott wczoraj w nocy.

– To tak jak wszyscy – odparł mężczyzna. – Co chciałabyś wiedzieć?

– Podstawowe rzeczy. Macie jakichś podejrzanych?

– Na ten temat nic nie mogę powiedzieć.

– Szukacie jej chłopaka? – spróbowała, choć znała odpowiedź i podejrzewała, że mężczyzna nie potwierdzi tego oficjalnie.

Parsknął śmiechem.

– To ma być jakiś kawał? Masz jakieś prawdziwe pytania?

Harper spróbowała inaczej.

– Możesz potwierdzić, że w jej torebce był portfel?

Usłyszała, że zaczął stukać w klawiaturę.

– Zgadza się – powiedział.

– A były w nim pieniądze? – spytała, przyciskając telefon podbródkiem do ramienia, żeby móc robić notatki.

– Tak.

W takim razie zdecydowanie nie chodziło o napad na tle rabunkowym. Informator Milesa miała rację.

– Ale jej telefonu nie znaleziono? – drążyła dalej.

– Tak mi się wyświetla na monitorze – odparł i dodał: – W tej chwili nie wiemy, czy go zgubiła, zostawiła w domu, czy też może zastrzelono ją z jego powodu.

Harper wiedziała, że Naomi nie zostawiła komórki w domu. Bonnie widziała, jak odbierała połączenie niecałą godzinę przed wyjściem z pracy.

– Jacyś świadkowie?

Chwila ciszy, a potem usłyszała, że zaczął stukać w klawiaturę.

– Nie – odparł po chwili. – Nie zgłosili się żadni świadkowie. Zwłoki znalazły dwie przypadkowe osoby wracające do domu z imprezy w hotelu Hyatt.

– Możesz mi podać ich nazwiska? – spytała.

– No jasne. – Jego głos ociekał sarkazmem. – A na urodziny chciałabyś perfumy czy wystarczą kwiaty?

– Proszę. Tylko jedno nazwisko?

Westchnął poirytowany.

– Wiesz, że nie mogę ci tego powiedzieć, McClain.

– To może chociaż podasz mi nazwisko najbliższego żyjącego krewnego?

– To mogę zrobić. Nazwisko krewnego, którego tu mamy, to… – nastąpiła chwila przerwy, gdy stukał w klawiaturę – Jerrod Scott. Mam tu napisane, że to jej ojciec. Tylko mnie poproś o jego dane kontaktowe, to się rozłączę.

– Nigdy bym czegoś takiego nie zrobiła – skłamała Harper, wpisując nazwisko do wyszukiwarki.

Usłyszała, że po drugiej stronie dzwoni inny telefon.

– To już wszystko? – spytał zniecierpliwiony. – Jestem dziś popularny.

– To by chyba było…

Zanim zdołała dokończyć zdanie, przerwał połączenie.

No cóż, miała przynajmniej nazwisko ojca. A w internecie znalazła numer telefonu.

Wybrała go i czekała, gdy mijały kolejne sygnały. Po ośmiu się rozłączyła.

Skoro nie mogła skontaktować się z rodziną, musiała znaleźć kogoś innego. Ale przynajmniej miała teraz dość do artykułu na stronę internetową.

Odwróciła się do swojego komputera i szybko napisała krótką, skąpą notatkę na temat zabójstwa.

Morderstwo na River Street

Harper McClain

Dziś nad ranem miastem wstrząsnęła wieść o morderstwie popełnionym w samym sercu dzielnicy turystycznej.

Ofiarą była Naomi Scott, dwudziestoczteroletnia studentka prawa, która dorabiała jako barmanka w barze Biblioteka przy College Row. Policja twierdzi, że postrzelono ją dwukrotnie około drugiej w nocy z wtorku na środę.

Na razie nie ustalono motywu, choć napad na tle rabunkowym wydaje się mało prawdopodobny.

W chwili pisania niniejszego artykułu detektywi wciąż badają szczegóły przestępstwa.

Ciało znalazły dwie przypadkowe osoby kilka minut po popełnieniu morderstwa. Policja twierdzi, że nie zgłosili się żadni świadkowie.

Wciąż czekamy na telefon z komentarzem pani burmistrz Melindy Cantrelle.

Ledwie wysłała notatkę do Baxter, gdy zadzwoniła jej komórka.

– McClain – odebrała, wrzucając pusty kubek po kawie do kosza.

– Słuchaj, Harper, moje biuro wyda oświadczenie o wpół do jedenastej. Nie waż się pisać, że nie oddzwaniam albo że próbuję robić uniki w sprawie tego morderstwa.

Burmistrz Melinda Cantrelle miała charakterystyczny głos – głęboki i donośny, jakby stworzony do telewizji. I rzeczywiście, dwadzieścia lat temu rozpoczęła karierę jako prezenterka porannych wiadomości w miejscowej stacji. To doświadczenie dawało jej spokój i obycie w większości sytuacji i telewizyjny uśmiech. Ale dziś mówiła szybko, słowa wydawały się krótkie i urywane.

Harper odchyliła się na krześle i oparła notes o kolano.

– Oczywiście, że nie, pani burmistrz – odparła słodko. – Ale pierwsza notatka za chwilę trafi na stronę internetową i nie mogę dopuścić, żeby nasi czytelnicy pomyśleli, że nie próbowałam się z panią skontaktować.

– Och, daj spokój, Harper… – Burmistrz nie wydawała się zadowolona.

– Może da mi pani chociaż jakiś drobiazg – poprosiła przymilnie Harper. – Co to morderstwo oznacza dla turystyki? Zamierza pani wysłać do śródmieścia więcej policjantów? Cokolwiek w tym stylu wystarczyłoby, żebym mogła usunąć z notatki uwagę o braku komentarza.

Nastąpiła długa chwila ciszy. Harper podejrzewała, że burmistrz usiłuje nad sobą zapanować. Przejęła władzę w mieście rok wcześniej i Harper prawie ją lubiła. Melinda Cantrelle miała bezpośredni sposób bycia, co stwarzało przynajmniej pozory uczciwości. Jako czterdziestopięciolatka była młodsza od siwowłosych mężczyzn, którzy zazwyczaj bywali burmistrzami, i wciąż była na tyle nowa na stanowisku, by odbierać telefon w chwilach takich jak ta.

– Policja mnie poinformowała, że szukają podejrzanego – odparła gładko burmistrz. – Sądzimy, że to jakiś rodzinny incydent. Dalsze komentarze z mojej strony byłyby niestosowne, dopóki wciąż trwa śledztwo. Ale zapewniam cię, że zamierzamy dotrzeć do sedna tej sprawy. Uważam za swój absolutny priorytet zapewnienie bezpieczeństwa turystom i mieszkańcom.

Harper notowała, ołówek przesuwał się po notesie.

– Rodzinny incydent? Może pani powiedzieć coś konkretnego? – spytała, nie odrywając wzroku od notesu. – Chyba nie chce pani powiedzieć, że jej ojciec miał z tym coś wspólnego, prawda?

– To nieoficjalne – uprzedziła ją burmistrz – ale słyszałam, że policja szuka jej chłopaka. Detektywi uważają, że to była sprawa osobista. – W tle ktoś zaczął coś mówić i dźwięk nagle stał się stłumiony. Gdy burmistrz wróciła do telefonu, brzmiała, jakby się śpieszyła. – Posłuchaj, obawiam się, że muszę już kończyć. Za godzinę wydamy pełne oświadczenie. Cathy przyśle ci je mailem. Jeśli będziesz potrzebować czegoś jeszcze, zadzwoń do niej.

Gdy się już rozłączyła, Harper opadła na oparcie krzesła.

Tak jak się domyśliła, gdy Daltrey przesłuchiwała wczoraj w nocy ją i Bonnie, policja uważała, że sprawcą jest chłopak Naomi.

Nie zaskoczyło jej to. Przeważająca większość zamordowanych kobiet pada ofiarą kogoś bliskiego – męża, chłopaka, przyjaciela. Zaledwie jedną na dziesięć zabija ktoś nieznajomy.

Harper od dawna sądziła, że kobiety boją się nie tego, co trzeba. Przerażają je nastolatkowie w kapturach na stacji benzynowej albo obcy mężczyzna, który nocą zbliża się ciemną ulicą.

Powinny się bać własnych mężów.

Jeśli się temu dokładnie przyjrzeć, to dla kobiety śmierć z rąk kogoś, kogo kocha, jest najzwyczajniejszym ze wszystkich morderstw.

Dla jej artykułu była to zła wiadomość. Gazeta prawie nie zajmowała się przemocą w rodzinie. Baxter nie znosiła takich spraw.

– To przecież żadna nowość – powtarzała wielokrotnie. – Nikt nie chce czytać o takich rzeczach.

Nie myliła się.

Przypadkowe morderstwo to zagrożenie dla każdego. To bezprawie na ulicach.

Ale jeśli kobietę zastrzeli jej były chłopak? No cóż… Powinna była bardziej uważać, kogo wybiera.

Jeśli Naomi Scott zamordował jej chłopak, to sprawa za dwa dni trafi na szóstą stronę.

Harper usiłowała sobie przypomnieć, czy poznała chłopaka Naomi. Przywołała z pamięci obraz pucułowatego, poważnego młodzieńca, schludnie ubranego, siedzącego w milczeniu przy końcu baru.

Nic o nim nie wiedziała.

Przewertowała notes i otworzyła go na stronie, gdzie robiła notatki po tym, jak Bonnie poszła się położyć. Nazwisko, które przyjaciółka podała Daltrey, znajdowało się na samej górze.

Wilson Shepherd.

Sprawdziła jego nazwisko w bazie danych gazety, ale nic nie znalazła.

Jeśli miała się czegoś dowiedzieć o Wilsonie Shepherdzie, będzie musiała to zrobić w jakiś inny sposób.

Sporządziła szybką aktualizację z oświadczenia burmistrz, przesłała ją do redaktorki, po czym sięgnęła po skaner i wstała.

DJ zerknął na nią pytająco.

– Wychodzę – oświadczyła, wpychając do kieszeni nowy notes. – Jeśli Baxter będzie mnie szukać, powiedz, że wyszłam znaleźć mordercę.

Rozdział czwarty

Gdy wyszła z siedziby gazety, wściekle prażyło słońce. Powietrze było tak wilgotne, że wisiała w nim biała mgiełka, która nadawała złotej kopule ratusza w oddali dziwnie elektryczny blask.

Sierpień zawsze był miesiącem strasznych upałów, ale ten rok wydawał się jeszcze gorszy niż zwykle. Od dwóch tygodni codziennie było ponad trzydzieści dwa stopnie. Gorąco było nieubłagane.

Harper odrzuciła do tyłu kasztanowe włosy, upięła je w węzeł na karku i przyjrzała się ruchowi ulicznemu na Bay Street. Zamierzała wsiąść do samochodu i pojechać prosto do biblioteki, by dowiedzieć się więcej o Naomi i Wilsonie Shepherdzie, ale w tej chwili dojazd gdziekolwiek zająłby jej co najmniej pół godziny.

Zamiast tego ruszyła pieszo w stronę miejsca zbrodni.

Spocona przedzierała się przez korki, wdychając ostrą woń spalin i rozgrzanego chodnika. Bez względu na obawy burmistrz, wiadomość o morderstwie najwyraźniej nie dotarła jeszcze do turystów odwiedzających miasto. Kolorowe tłumy przechadzały się ulicami w T-shirtach, luźnych szortach i bejsbolówkach, z przewodnikami pod pachą.

Gdy Harper ruszyła nierówną brukowaną uliczką w stronę River Street, uderzyła ją zuchwałość tego morderstwa. Ze wszystkich stron otaczali ją ludzie. Spacerujący, śpieszący w różne strony, siedzący w samochodach. Dwadzieścia stóp od niej tkwił w korku wóz policji z Savannah.

Nawet o drugiej w nocy nie mogło być tutaj pusto. W pobliżu wznosił się hotel Hyatt z oknami wychodzącymi na rzekę. Ze wszystkich stron otaczały ją hotele, bary i apartamentowce.

Do większości morderstw dochodzi w cieniu. To wstydliwe czyny ukryte przed wścibskimi oczyma.

Ale to nie było zwyczajne morderstwo. Lokalizacja czyniła z niego coś w rodzaju publicznej egzekucji.

Nad rzeką Harper poczuła na skórze chłodną bryzę. Smród spalin osłabł i zastąpiły go zapach mulistej wody oraz słodka woń karmelu z cukierenek.

Nad wodą zaczęła się już krzątanina. Po placu biegały dzieciaki, nieświadome tego, co wydarzyło się tu kilka godzin wcześniej. W oddali stateczek z kołem łopatkowym pomalowany w biało-czerwone pasy czekał na pasażerów. Uliczny artysta grał na banjo, wykonując swoją wersję Summertime; przed słońcem chronił go podniszczony cylinder.

To właśnie dlatego burmistrz panikowała. Dlatego ona i Baxter przyszły do pracy siedem godzin wcześniej.

Śmierć Naomi Scott temu wszystkiemu zagrażała.

Savannah żyło z turystów. Morderstwo na tej ulicy było jak zatrucie studni.

Harper przyśpieszyła kroku i ruszyła wąską uliczką, szukając miejsca zbrodni. Trudno było pogodzić widok tej ulicy nocą z tym pełnym życia miejscem, które widziała teraz w jasnym blasku słońca. Przez kilka minut nie mogła znaleźć tego, czego szukała.

W końcu pomogły jej postrzępione białe resztki policyjnej taśmy powiewające u podstaw słupów latarni ulicznych.

Teraz już bez trudu rozpoznała miejsce zbrodni. Przy krawężniku leżały porzucone lateksowe rękawiczki i kilka innych rzeczy, które technicy przeoczyli, gdy pośpiesznie sprzątali po sobie w ciemności.

Bruk był wilgotny – ktoś spłukał go z węża, próbując zmyć dowody. Ale plamy po krwi pozostały.

Ciemniejsze kamienie wyraźnie pokazywały, gdzie upadło ciało.

Harper zatoczyła pełne koło, nie zwracając uwagi na potrącających ją turystów.

To nie miało sensu. Dlaczego Naomi w środku nocy opuściła Bibliotekę i przyszła tutaj? Czy tak jak podejrzewała policja, miała się spotkać z chłopakiem tylko po to, by ten ją zastrzelił? I jeśli tak, to czemu akurat tutaj?

To było szalone miejsce na popełnienie morderstwa.

* * *

Pół godziny później Harper zaparkowała camaro w ocienionym miejscu na wąskiej uliczce po drugiej stronie śródmieścia.

Ukryta w pobliżu Wyższej Szkoły Plastycznej uliczka College Row za dnia zdawała się cicha i obskurna, zaśmiecona puszkami po piwie i niedopałkami. Nie służyła żadnemu innemu celowi prócz tego, że mieściły się tutaj dwa bary i mały sklepik z odzieżą słynący z ekscentrycznych T-shirtów.

Kiedy Harper podeszła do Biblioteki, światła były pogaszone. Neonowy szyld – otwarta książka ze stojącym na niej kieliszkiem martini – nie świecił.

Nacisnęła klamkę i stwierdziła, że drzwi są zamknięte na klucz.

– Halo? – zawołała i zapukała. – Jest tam ktoś?

Żadnej odpowiedzi. Zapukała jeszcze raz i podniosła głos.

– Halo?!

Tym razem coś w środku się poruszyło. Usłyszała kroki.

Po chwili drzwi odrobinę się uchyliły.

Wyjrzała na nią wymizerowana, znajoma twarz.

Harper ledwie poznała Jima „Fitza” Fitzgeralda, jowialnego właściciela baru. Normalnie elegancko się ubierał, miał słabość do tweedowych marynarek, podwijanych mankietów i świeżutkich białych koszul. Dziś miał na sobie flanelową koszulę i pomięte spodnie, a jego gęste siwe włosy były rozczochrane.

– Mamy zamknięte – oświadczył i zaczął zamykać drzwi.

Harper szybko wykonała ruch, ustawiając się tak, że zatrzaśnięcie ich jej przed nosem byłoby nieuprzejme lub wręcz niewykonalne.

– Cześć, Fitz – powiedziała. – Nie wiem, czy mnie pamiętasz, ale jestem przyjaciółką Bonnie. Harper McClain z gazety, no wiesz…

Przez chwilę nie reagował, ale potem coś najwyraźniej mu zaświtało.

– Jesteś tą dziennikarką kryminalną – rzekł. – Tą, którą postrzelili.

Nawet z tej odległości czuła od niego ostrą woń wódki.

– To ja – potwierdziła. – Słuchaj, nie chcę ci zawracać głowy w takiej chwili, ale muszę zadać kilka pytań o Naomi Scottt.

– O mój Boże, sam nie wiem… – Spojrzał na nią zapuchniętymi oczami. – Chcesz to puścić do druku?

Harper postanowiła nie odpowiadać na to pytanie.

– Potrzebuję kogoś, kto ją znał, żeby mi opowiedział, jaką była osobą. Spotkałam ją tylko kilka razy, ale wiem, że była inteligentna i miła. Potrzebuję kogoś, kto mi opowie, kim była, żeby ludzie, którzy nigdy jej nie poznali, mogli to zrozumieć.

Wpatrywał się w nią zaczerwienionymi oczami.

– Nie wiem, czy jej bliscy by tego chcieli.

– Wyświadczyłbyś im przysługę – zapewniła go. I przynajmniej to było prawdą. – Wiedzą, jaką mieli wspaniałą córkę, ale w tej chwili trudno by im było ze mną o tym rozmawiać.

Zawahał się. Oparł się ciężko o drzwi, rękę wciąż trzymał na klamce, jakby w każdej chwili mógł je zatrzasnąć.

– Byłabym ci naprawdę wdzięczna za pomoc. – Harper wytrzymała jego spojrzenie, starając się nadać swojej twarzy szczery, sympatyczny wyraz.

W końcu cofnął się o krok.

– Chyba będzie lepiej, jeśli wejdziesz do środka. Wpuszczamy upał.

Harper ruszyła za nim i zamknęła za sobą drzwi.

W środku panował półmrok i było chłodno. Unosił się tu słaby zapach środków dezynfekujących i piwa.

Fitz, powłócząc nogami, podszedł do baru i chwiejnie wspiął się na stołek naprzeciw wysokiej szklanki z lodem i jakimś przezroczystym napojem.

Harper usadowiła się na stołku obok niego.

– Nie mogę tego pojąć. – Odwrócił do niej umęczoną twarz skrytą pod grzywą rozczochranych włosów. – Wczoraj w nocy tu była. – Wskazał na puste miejsce za barem. – Wszystko było w porządku. A teraz mówią, że nie żyje.

Zabrzęczał lód, gdy trzęsącą się ręką uniósł szklankę i upił spory łyk.

Było wpół do jedenastej rano. Jeśli już teraz był pijany, Harper nie potrafiła sobie wyobrazić, w jakim stanie będzie za kilka godzin.

Musiała go szybko skłonić do mówienia, zanim urwie mu się film.

– Co mi możesz powiedzieć o Naomi? – spytała. – Jaka naprawdę była?

– Och, każdy, kto ją znał, powie ci, że była wspaniałym dzieciakiem – odparł i zerknął na nią. – I to prawda. Ciężko pracowała. Była cholernie bystra. I zawsze uśmiechnięta. Ludzie przychodzili tu tylko po to, żeby zobaczyć jej uśmiech, przysięgam, że tak było. I do tego ambitna jak diabli. Myślałem, że pewnego dnia zostanie prezydentem. – Popatrzył na nią bezradnie. – Kto mógł jej zrobić coś takiego? Możesz mi chociaż tyle powiedzieć?

Wydawał się szczerze zrozpaczony.

W pewnym stopniu pasowało to do tego, co Harper o nim wiedziała. Rzadko widywała Fitza – na nocnej zmianie z reguły go nie było, a ona nieczęsto przychodziła do baru przed pierwszą w nocy. Bonnie jednak zawsze mówiła o nim z czułością.

Fitz dla wszystkich jest jak tata – opowiadała kiedyś. Martwi się o mnie bardziej niż mój własny ojciec.

Ale mimo wszystko Naomi pracowała w barze tylko przez kilka miesięcy. Harper była trochę zaskoczona intensywnością jego reakcji.

– Byłeś blisko z Naomi? – spytała. – Dobrze znałeś jej rodzinę?

– Kilka razy spotkałem jej tatę, kiedy po nią przyszedł. – Fitz sięgnął po szklankę. – Nie mogę powiedzieć, żebym go jakoś szczególnie dobrze znał. Ale to dobry człowiek. – Upił duży łyk, lód zagrzechotał w szklance. A potem dodał: – To go zabije.

– Wiem, że policja prowadzi śledztwo. Chcą dorwać tego gościa.

– Lepiej, żeby tak było.

Sięgnął ręką za ladę, złapał stojącą tam butelkę i nalał sobie niezdrowo pokaźną porcję.

– Możesz mi coś jeszcze o niej opowiedzieć?

Machnął szklanką.

– Kilka lat temu zmarła jej mama. Jej tata jest taksówkarzem. – Mówił coraz bardziej niewyraźnie. – Była jedynaczką, trzymała się bardzo blisko z ojcem. – Mocno uderzył ręką o bar. – Szlag by to trafił! To nie ma sensu.

– Wiem. – Harper starała się zachować swobodny ton.

– Cały czas myślę, że ktoś tu przyjdzie i powie mi, że to była pomyłka. Przez chwilę tak właśnie pomyślałem, kiedy się pojawiłaś. – Potarł ręką jednodniowy zarost.

– A co z jej chłopakiem? – spytała Harper. – Nazywa się Wilson Shepherd, prawda?

– Wilson? – Spojrzenie Fitza się wyostrzyło. – Co z nim?

– Od dawna byli razem?

– Chyba z rok… – Zapatrzył się w lód na dnie szklanki. – Biedny Wilson.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki