Piękne blizny - Georgia Le Carre - ebook + audiobook

Piękne blizny ebook i audiobook

Georgia Le Carre

4,3

48 osób interesuje się tą książką

Opis

Życie to nie film Disneya. Happy end nie jest gwarantowany, a bestia nie zmienia się w księcia. Czasem jednak prawdziwe scenariusze potrafią być zdecydowanie bardziej zaskakujące.

Brett King miał kiedyś wszystko: wygląd, władzę, bogactwo i idealną rodzinę. Ale całe to godne pozazdroszczenia życie zniknęło w ciągu kilku chwil, kiedy uległ wypadkowi. Teraz musi ukrywać swoją poznaczoną bliznami twarz, żona odwróciła się od niego, zajęta kolejnymi kochankami, a pięcioletni syn nie może nawet spojrzeć na niego bez strachu.

Charlotte jest młodą opiekunką zatrudnioną przez panią King do opieki nad małym Zackarym. Mimo absurdalnych zasad, jakie panują w olbrzymiej rezydencji jej nowych pracodawców, dziewczyna robi wszystko, aby jak najlepiej zająć się tym wrażliwym i nieśmiałym chłopcem. W tym celu musi przeciwstawić się jego matce i dojść do porozumienia z ojcem, który całkowicie wycofał się z życia syna.

Czy człowiek ukrywający się w południowym skrzydle domostwa rzeczywiście jest takim potworem, jak twierdzą niektórzy? Czy Charlotte da radę ujrzeć więcej niż szpecące go blizny?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 219

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 5 godz. 47 min

Lektor: Georgia Le Carre

Oceny
4,3 (463 oceny)
269
102
58
24
10
Sortuj według:
darab

Dobrze spędzony czas

Historia trochę w stylu baśni, przyjemnie się czyta, choć fabuła mogłaby być bardziej rozbudowana. Tempo akcji trochę za szybkie - gdyby nie to, książka spokojnie mogłaby mieć dwa razy więcej stron, bo historia jest zbyt skomplikowana żeby się tak spieszyć z jej opowiedzeniem.
30
pacynkowapanna

Dobrze spędzony czas

Książka fajna, lekka taka na godzinkę do kawy. Można było ją rozwinąć bardziej na więcej stron. Ja należę do osób które uważają ,że jeżeli książka nie ma 360 stron to nie książka tylko opowiadanie. Fabuła fajna dość niespotykana. Polecam
30
Anulkowa123

Z braku laku…

Słaba.
20
fliegensky

Z braku laku…

Fajna historia ale zbyt fantastyczna
20
anna_emem

Całkiem niezła

mam wrażenie, że jest napisana chaotycznie.. chciało się czytać wciąga owszem, ale ... brak kunsztu moim zdaniem...
20

Popularność




Rozdział 1

Charlotte

Queen, I Want To Break Free

– Mam tego dość, April. To już szósty… Nie, czekaj, siódmy raz, jeśli policzę tę zdradliwą wiedźmę w Hammersmith, gdy zostałam wylana z pracy, bo czyjejś żonie wydaje się, że coś jest między mną a jej grubym, obrzydliwym mężem.

April nie okazała sympatii.

– Cóż, nie można mieć ciastka i zjeść ciastka.

– A co to, do cholery, ma znaczyć? – odpowiedziałam.

– Tylko spójrz na siebie. Naturalne blond włosy, niebieskie oczy, zabójcze ciało. Chyba nie jesteś zaskoczona, że mężczyźni za tobą szaleją, a ich żony cię nienawidzą?

Spojrzałam na nią z niedowierzaniem.

– Nie wierzę, że to powiedziałaś. Po pierwsze, moje ciało wcale nie jest zabójcze. Mam grube uda. Po drugie, nawet jeśli to, co mówisz, jest prawdą, co powinnam zrobić? Utyć sto kilo i pociąć sobie twarz, żeby móc utrzymać pracę?

April się wyszczerzyła.

– Nie masz grubych ud. Są rozkosznie krągłe. Przestań odstawiać dramaty. Może po prostu do następnej pracy ubierz się skromniej?

– Skromniej? – fuknęłam, opierając dłonie na biodrach. – Nie widziałaś tych bezkształtnych worków, w których pracuję?

Spojrzała na mnie niewzruszona.

– Widziałam, ale problem w tym, że płótno tylko podkreśla twoje wielkie niebieskie prowokujące oczy.

Przewróciłam wspomnianymi oczami.

– Super, może po prostu je sobie wydłubię.

– Nie gadaj głupot. Może odpowiedzią są okulary? – Sięgnęła po opakowanie chipsów Pringles i otworzyła je. Wzięłam od niej chipsa, którego mi podała.

– Okulary? Czułabym się głupio, nosząc okulary, których nie potrzebuję. A co ważniejsze, czemu miałabym robić to wszystko tylko dlatego, że mężczyźni nie potrafią się kontrolować?

– Myślałam, że naprawdę chcesz tej pracy – odparła April.

Zamknęłam swoje prowokujące oczy.

– Bo chcę. Naprawdę. Zakochałam się w Walii, gdy byłam tam dwa lata temu. Zero smogu, hałasu. Powietrze było takie czyste… Nawet nie musiałam czyścić nosa.

April się zaśmiała.

– Charlotte, dlaczego jesteś taką dziwaczką?

Zapatrzyłam się rozmarzonym wzrokiem w przestrzeń.

– A ludzie… Przyjaźni, serdeczni i szczęśliwi. Nikt się nie krzywił ani wciąż za niczym nie gonił. Kurczę, gdy tak pomyślę, to owce miały przyjaźniejsze osobowości niż większość londyńczyków. I strasznie podobało mi się to, że można było spacerować wiele godzin i nikogo nie spotkać. Kiedy moi gospodarze wyprowadzili się do Ameryki, pękło mi serce. Bardzo chciałabym tam wrócić i znów mieszkać w zamku.

– Cóż, twoje życzenie się spełniło.

Przygryzłam wargę w zamyśleniu.

– Owszem. Nie mogłam uwierzyć w swoje szczęście, kiedy Christine zadzwoniła i powiedziała mi o tej pracy.

– Super, ale pamiętasz, o czym jeszcze wspomniała?

Westchnęłam.

– Że pani domu potrafi być trudna. Że jest jakąś byłą królową piękności.

– Trudna? Była królowa piękności? Obie wiemy, co to oznacza. Jeśli naprawdę chcesz jechać do Walii…

– Chcę – wpadłam jej w słowo.

– …to pogódź się z okularami. Wiesz, jak to jest. Zjawiasz się w domu innej kobiety. Jeśli szybko jej udowodnisz, że nie stanowisz zagrożenia, wyluzuje się i da ci spokojnie pracować i żyć.

Pokiwałam głową.

– Ale nigdy nic nie wiadomo. Może się okaże kochaną, pozbawioną kompleksów żoną jak ta, u której byłaś wcześniej. Wtedy możesz się pozbyć okularów oraz włosiennicy i spokojnie bawić się z dzieciakiem.

– Okej… – zgodziłam się z ociąganiem. Naprawdę nie podobał mi się pomysł udawania ślepej jak kret tylko po to, by jakaś niepewna siebie, zazdrosna kobieta mogła być spokojna o zatrudnienie mnie i nie bać się o swojego męża. Nigdy w życiu nie ukradłabym komuś męża. To byłoby wbrew wszelkim moim przekonaniom.

Mama za dobrze mnie wychowała. Ale gdybym sama miała męża, nigdy nie próbowałabym go chronić przed innymi kobietami – jeśli byłby tak słaby, by im ulegać, to do widzenia!

– Kiedy wyjeżdżasz? – April przerwała moje rozmyślania.

– W poniedziałek.

– Będę za tobą tęsknić, wiesz?

Roześmiałam się.

– Wcale nie będziesz. Od kiedy poznałaś tego swojego rosyjskiego męża, ciągle leżysz z rozwartymi nogami. Nawet nie zauważysz, że mnie nie ma.

– To nie jest zabawne. Oczywiście, że będę tęsknić. Zresztą nie wiem, czemu upierasz się, by tak ciężko harować i nadal płacić tu czynsz. Yuri przecież zaoferował, że kupi ci piękny dom obok naszego.

Uśmiechnęłam się do niej. April nigdy się nie dowie, jak bardzo ją kocham. Jest dla mnie niczym siostra, której nigdy nie miałam.

– Wiem, ale ja lubię pracować. Dzięki temu czuję się potrzebna. Nie wyobrażam sobie być jedną z tych kobiet, które cały dzień spędzają na lunchach i u kosmetyczki, zamiast zająć się pracą.

– Rozumiem, jasne. Ale czemu nie pozwolisz Yuriemu kupić ci mieszkania? Nie musiałabyś płacić czynszu.

Pokręciłam zdecydowanie głową.

– Yuri spełnił wszystkie moje marzenia, kupując dom mojej mamie. Jestem mu za to dozgonnie wdzięczna. Nie chcę od niego niczego więcej. Najważniejsze, że cię uszczęśliwia.

Uśmiechnęła się szeroko.

– Owszem. – Nagle zrobiła wielkie oczy. – O Boże, dziecko znowu się poruszyło. Muszę powiedzieć Yuriemu. – Sięgnęła po telefon.

Jęknęłam.

– Jezu, gdzie jest wiadro na wymioty? Czy znowu muszę słuchać, jak do siebie gruchacie?

April wcisnęła guzik w telefonie i spojrzała na mnie z zadowoleniem.

– Lepiej uważaj, młoda damo. Nie zapomnę ci tego, gdy sama znajdziesz faceta i zwariujesz na jego punkcie.

Parsknęłam.

– Mało prawdopodobne, jeśli będę ubrana we włosiennicę, obsypana prochami i przyozdobiona okropnymi okularami.

Rozdział 2

Brett

B.B. King, The Thrill is Gone

Jezu! Połowa mojej twarzy płonęła; ciało odpadało od kości, które wtapiały się w wilgotną ziemię. Smród spalenizny wiercił mi w nosie. Dopiero gdy w panice uniosłem dłonie do twarzy, zrozumiałem, że wcale się nie palę. Spojrzałem zszokowany na ręce. Były pokryte odłamkami szkła i ociekały krwią.

Co do kurwy nędzy?!

Coś się jednak paliło.

Odwróciłem głowę oszołomiony. Kilka metrów dalej dostrzegłem swój samochód. Stał w ogniu. Przyglądałem się, jak płomienie strzelają w niebo. Nawet zdezorientowany potrafiłem docenić ich piękno. Nagle dostrzegłem Stanleya. Uniósł twarz z siedzenia. Widniał na niej wyraz absolutnego przerażenia. Usta miał otwarte w krzyku. Nie zapiąłem pasa, dlatego siła zderzenia wyrzuciła mnie przez przednią szybę. On jednak miał zapięty pas. Był uwięziony.

Musiałem go uwolnić.

Próbowałem unieść swoje ciało, lecz nie dałem rady. Miałem wrażenie, jakbym był odlany z betonu. Nic nie czułem, nawet mrozu. Usiłowałem się czołgać, ale ciało przeszył mi ból nie do zniesienia. Zaszlochałem.

– Stanley! – Ledwo dobyłem głosu. – Stanley! – krzyknąłem, czołgając się ku niemu i szukając zaczepienia dla palców w asfalcie i potłuczonym szkle. Stanley coś mówił. Jego twarz się topiła i pokrywała bąblami. – Boże, nie…

Wciągnąłem zamarzające powietrze do płuc i próbowałem się unieść. Poczułem, jakby tysiąc noży dźgało moje ciało. Nie byłem w stanie się ruszyć. Pot lał się ze mnie strumieniami. Sfrustrowany waliłem pięścią w asfalt. W agonii obserwowałem, jak człowiek, który był dla mnie niczym ojciec, pada i znika mi z oczu.

„To sen, koszmar!” – krzyczał głos w mojej głowie. Zacząłem się okładać pięściami. Obudź się, Brett! Obudź się, kurwa, natychmiast!

Obudziłem się gwałtownie w ciemnościach swojego pokoju. Spocony jak szczur zaniosłem się kaszlem, walcząc o oddech. Wyskoczyłem z łóżka. Plecy przeszył mi tak potworny ból, że padłem na kolana. Zamarłem z zaciśniętymi zębami. Musiałem odczekać, aż spazmy miną. Zawsze w końcu mijały. Trzeba tylko cierpliwie poczekać. Ból zmalał do znośnego poziomu, jednak sen nadal był jak żywy.

Koszmar, który będzie mnie prześladował do końca życia.

Czoło miałem zroszone potem. Spojrzałem na elektroniczny zegar przy łóżku. Parę minut po drugiej. Położyłem się spać zaledwie czterdzieści pięć minut wcześniej. Na myśl o czekającej mnie długiej nocy jęknąłem z rozpaczy.

Westchnąłem, uniosłem się i pokuśtykałem do okna. Siedem miesięcy wcześniej potrafiłem jedynie do niego podpełznąć na czworakach, więc był to jakiś postęp. Byłem za to wdzięczny opatrzności.

Otworzyłem okno, wpuszczając do pokoju chłodny jesienny wiatr. Oparłem się o framugę i nabrałem głęboko powietrza, próbując się pozbyć potwornych obrazów z głowy. Było tak cicho, że słyszałem, jak bije mi serce. Na niebie widniał skrawek księżyca. Oświetlał dziki płaski krajobraz, nadając mu magiczny klimat. Zamknąłem oczy i przypomniałem sobie chwilę, gdy po raz pierwszy ujrzałem tę scenerię. Nie potrafiłem docenić jej dzikości i izolacji. Nie byłem chłopakiem ze wsi. We krwi miałem zgiełk miasta.

A jednak nie mogłem nie kupić tej fortecy. Jakiś pierwotny instynkt kazał mi ją nabyć. Myślałem, że po kilku latach sprzedam ją z zyskiem. Nie wiedziałem jeszcze, że skryję się w niej przed światem jak ranne zwierzę.

Z zamyślenia wyrwał mnie odgłos silnika samochodu dochodzący z oddali. Otworzyłem oczy i spojrzałem przez okno ku masywnej żelaznej bramie. Dostrzegłem jasnoczerwone porsche mknące pod górę. Skrzydła bramy otworzyły się jedno za drugim i samochód wjechał na dziedziniec. Drzwi po stronie pasażera się otworzyły. Na kamieniach dziedzińca ukazała się para błyszczących obcasów, a za nią długie białe nogi.

Należały do mojej żony, z którą byłem w związku małżeńskim niemal dziesięć lat. Wyglądała powalająco w srebrzystej minisukience. Fale długich jedwabistych blond włosów powiewały na wietrze. Roześmiała się perliście. Przyglądałem się, jak mężczyzna siedzący w fotelu kierowcy otworzył drzwi, wysiadł i podszedł do niej. Miał ciemne włosy ulizane do tyłu i klasyczną śródziemnomorską urodę. Ubrany był w drogi garnitur. Coś w jego posturze sugerowało, że nigdy w życiu nie przepracował uczciwie ani dnia, a jego życiową misją było usługiwanie bogatym samotnym kobietom.

Zamknął drzwi po stronie pasażera za moją żoną, po czym brutalnie przycisnął ją do gładkiego metalu, a ona natychmiast uniosła kolana i rozwarła szeroko nogi. Wsunął jej gwałtownie dłoń między uda, a ona odrzuciła głowę do tyłu, otwierając usta z zaskoczenia i rozkoszy.

Trudno było myśleć o niej jako o jedynej córce Stanleya, jego Księżniczce – jedynej prawdziwej miłości jego życia. Oddałby za nią życie. W dzień naszych zaślubin z płaczem wyznał mi, że spełniłem jego największe marzenie.

Ciemnowłosy mężczyzna zaczął posuwać moją żonę palcami tak gwałtownie, jakby chciał ją rozerwać na strzępy. Jej okrzyki bólu i rozkoszy niosły się po całej okolicy.

W końcu znalazła idealnego partnera.

Rozdział 3

Brett

Odsunąłem się od okna. Nie czułem absolutnie nic. Może oprócz irytacji, że przedstawienie, które obserwowałem, pozbawiło mnie resztek nadziei na sen. Stanąłem przy łóżku przygarbiony. Życie miało sens wyłącznie z jednego powodu. Tylko jedna osoba mogła mi przywrócić spokój ducha.

Założyłem maskę na twarz i włożyłem szlafrok, po czym opuściłem pokój. Po cichu zszedłem po schodach mojej wieży, najwyższego i najbardziej niedostępnego punktu zamku, i udałem się do głównej części mieszkalnej. Dotarcie do pokoju mojego syna zajęło mi jakieś pięć minut. W chwili gdy ująłem klamkę w dłoń, korytarz wypełnił się potężnym hukiem.

Puściłem klamkę i udałem się w kierunku, z którego dobiegł hałas. Stanąłem w cieniu u szczytu głównych schodów i zobaczyłem moją żonę opartą o ścianę. Słaniała się, próbując zebrać myśli. Na podłodze leżała antyczna urna z brązu.

Odepchnęła się od ściany, skopując buty ze stóp, po czym posnuła się ku schodom. Wspinała się na nie, jakby każdy krok groził stoczeniem się w otchłań. Odwróciłem się, by odejść. Zauważyła ruch i spojrzała w moim kierunku. Zszokowana zachwiała się na stopniu i w ostatnim momencie zdążyła się chwycić balustrady.

– Kurwa! – zaklęła, mierząc mnie wściekłym wzrokiem. Zrobiłem kolejny krok w stronę pokoju syna. – Zaczekaj! – zawołała. Przystanąłem i obserwowałem beznamiętnie, gdy próbowała odzyskać pion. W końcu jej się to udało. – Wystraszyłeś mnie niemal na śmierć – rzuciła oskarżycielskim tonem bez śladu wstydu czy poczucia winy. Jedną dłoń oparła na szczupłym biodrze, drugą nadal trzymała się kurczowo balustrady.

– Nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałem cię trzeźwą – zauważyłem. Przekrzywiła głowę i zmierzyła mnie niezbyt przytomnym spojrzeniem.

– A ja nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałam cię bez maski.

Przeniosłem ciężar ciała na drugą nogę. Zaczęła pulsować bólem.

– Jak chcesz być matką dla Zackary’ego, skoro pijesz całą noc, a potem śpisz cały dzień?

– Przyganiał kocioł garnkowi. Przynajmniej przy nim jestem. – Zachwiała się, ale zdążyła złapać równowagę. – Ciebie nigdy nie widuje. A on potrzebuje także ojca, wiesz?

Ta wymiana zdań zaczynała mnie wkurzać. Wprawdzie w jej obecnym stanie nie było sensu z nią dyskutować, ale nie mogłem się powstrzymać.

– Chciałbym z nim przebywać, ale jak doskonale wiesz, przerażam go.

– Nie tylko jego… – wymamrotała pod nosem, lecz i tak ją usłyszałem. Jeszcze parę lat temu zraniłoby mnie to do głębi, ale obecnie byłem już zbyt znieczulony. Nie obchodziło mnie, co myśleli inni. Nawet ona.

– Ogarnij się – rzuciłem surowo. – Albo będę musiał coś zrobić.

Odwróciłem się na pięcie, by odejść.

– Jak śmiesz tak do mnie mówić? – dotarły do mnie jej słowa. – Nie jestem twoją służącą. Jestem twoją żoną, matką twojego dziecka.

– To zacznij się zachowywać jak matka. Biedne dziecko.

– Ja też mam potrzeby… – wyjęczała.

– Na pewno są one zaspokajane – odparłem zimno. Ta rozmowa mnie nudziła. Jedyne, czego od niej chciałem, to żeby była dobrą matką dla Zackary’ego.

– To, czego potrzebuję od ciebie, to porządne rżnięcie, ale skoro zarzuciłeś ten podstawowy obowiązek małżeński, muszę szukać zaspokojenia gdzie indziej. Wiem, że widziałeś, co się działo przed domem. Lubisz sobie popatrzeć? – Nie zamierzałem się zatrzymywać, ale jej kolejne stwierdzenie spowodowało, że stanąłem jak wryty. – Nie wiem, czy cię to interesuje, ale wynajęłam niańkę.

Obróciłem się ku niej powoli.

– Co?

– Wiedziałam, że to zwróci twoją uwagę – wypluła z siebie. Na jej pięknej twarzy zagościł wyraz triumfu.

– Po co Zackary’emu niańka? Wybierasz się gdzieś? – zapytałem cichym głosem.

Uniosła buńczucznie podbródek.

– Nie, ale potrzebuję pomocy. On dorasta, jeśli tego nie zauważyłeś. Wymaga czasu i uwagi, a moje życie nie może się ciągle obracać wokół niego.

Pomyślałem o ciemnowłosym mężczyźnie z pięścią w jej pochwie.

– Czym zatem masz zamiar się zająć?

Parsknęła gorzko.

– Zawsze traktowałeś mnie z góry. W twoich oczach jestem nikim, panie biliarderze. Ale wiesz co? Zasłużyłeś na to, co ci się stało. To mój ojciec znalazł się w złym miejscu o złym czasie. To on przypłacił życiem twoje nieszczęście. Gdyby zobaczył, jak mnie traktujesz, przewróciłby się w grobie.

Minęła mnie, a ja odsunąłem się, by ją przepuścić. Milczałem, bo nie chciałem powiedzieć za wiele. Byłem na nią wściekły za wzmiankę o Stanleyu. Jak śmiała? Rozpuścił ją kompletnie. Nigdy naprawdę go nie kochała. Był dla niej chodzącym portfelem. Jeśli przewracał się w grobie, to z powodu tego, na kogo wyrosła.

– Będziemy się z Zackarym trzymać od ciebie z dala, nie martw się – rzuciła. – Niania zjawi się tu w poniedziałek.

– Będzie z nami mieszkać? – wysyczałem z zaciśniętymi zębami.

– Oczywiście, ale nie przejmuj się, ostrzegę ją, by cię unikała. Możesz po prostu przekazywać jej instrukcje tak jak mnie, przez swój fantastyczny interkom. – Dobranoc, mężu – dorzuciła sarkastycznie, mijając mnie. Zatrzymała się jednak na początku korytarza prowadzącego do jej skrzydła. Spojrzała na mnie przebiegle. – Nie żartowałam wcześniej, wiesz? Jestem pijana, ale nie miałabym nic przeciwko małemu numerkowi, jak za dawnych czasów. Jednak twoja oziębłość wystarcza, żeby mnie uśpić. Ale jestem ciekawa… Nie chciałbyś sprawdzić, czy twój kutas jeszcze działa?

Poczułem falę odrażenia.

– Idź spać, Jillian.

Na jej twarzy pojawiła się rozpacz.

– Brett, pamiętasz, jak przychodziłeś do mojego pokoju w nocy i rżnąłeś mnie, gdy spałam, jak totalną obcą? Bez słowa?

– To było osiem lat temu – odparłem ostro. – Byłem wtedy innym człowiekiem.

– Przepraszam. Byłam pijana, nie wiedziałam, co robię. Sam nigdy nie popełniłeś błędu?

– Tracisz czas, Jillian.

– Ile razy muszę cię przepraszać? Jestem twoją żoną, Brett. Kiedy zaczniesz mnie traktować jak żonę?

Właśnie dlatego nie miałem ochoty z nią rozmawiać, gdy była pijana. To była strata czasu i energii.

– Jesteś moją żoną wyłącznie na papierze. Mamy umowę, dla dobra naszego syna. Kiedy tylko przestanie mu ona służyć, koniec umowy. Rób swoje, a ja swoje.

– Brett, brakuje mi ciebie. Potrzebuję cię. – Stała w wejściu do swojego skrzydła, patrząc na mnie błagalnie. W tym momencie niemal jej współczułem. Nie była szczęśliwa. Nikt nie był w stanie jej uszczęśliwić. Przysiągłem Stanleyowi, że będę się nią opiekował do końca swojego życia, i zamierzałem dotrzymać tej obietnicy, ale to wszystko. Odwróciłem się bez słowa i ruszyłem ku drzwiom pokoju syna. Wszedłem do środka i długo stałem nad łóżkiem, wpatrując się w Zackary'ego. Zalała mnie fala wspomnień. Dzień, kiedy Jillian ogłosiła, że jest w ciąży – nie mnie, lecz gościom zebranym na przyjęciu w naszym domu. Następnie upiła się tak, że urwał jej się film, zanim ostatni z gości zdążył wyjść.

Następnego dnia zabrałem ją do Szwajcarii.

Znienawidziła mnie za to, ale nie miała tam dostępu do alkoholu.

Potem przypomniałem sobie, jak blond główka syna ukazała się między jej nogami. Mój zachwyt był nie do opisania, poczułem też zupełnie nową dla mnie falę wrażliwości. Po raz pierwszy w życiu byłem przerażony. On był taki mały i bezradny… Zastanawiałem się, co będzie, jeśli nie dam rady go ochronić?

To uczucie nigdy mnie nie opuściło. Czułem je nawet teraz, stojąc nad nim. Na zewnątrz zerwał się silny wiatr i wył między wieżycami zamku.

Rozdział 4

Charlotte

Choć byłam jeszcze daleko, zamek był już widoczny – niczym potężny żywy potwór okryty całunem porannej mgły wznosił się nad krajobrazem i górował nad sennym miasteczkiem w dolinie.

Wpatrywałam się w niego z zachwytem i niedowierzaniem. Wyglądał jak siedziba Sarumana. W łagodnym świetle szare kamienie sprawiały wrażenie niemal czarnych i groźnych. Stanowił kontrast z bajkowym zamkiem, w którym spędziłam niemal rok. Zakochałam się w tamtym miejscu i opuszczałam go z ciężkim sercem.

W porównaniu z tym zamkiem tamten wyglądał niemal sztucznie. Gdyby ktoś powiedział mi, że ta budowla została wzniesiona przez Numenorejczyków lub dawno wymarłych magów, uwierzyłabym mu.

Kiedy się nieco zbliżyliśmy, dostrzegłam, że zamek oddzielają od świata dwa mury. Taksówka zatrzymała się przed solidną żelazną bramą. Kierowca odwrócił się do mnie i uniósł brwi.

– Co teraz, proszę pani?

– Proszę mi dać chwilę – odparłam, wysiadając. Poranek był rześki, a powietrze świeże. Rozprostowałam kończyny i podeszłam do panelu, który wyglądał jak interkom.

Wcisnęłam przycisk i czekałam. Minęła mniej więcej minuta. Spojrzałam przepraszająco na taksówkarza, ale ten po wyjeździe z Londynu wyraźnie się uspokoił. W mieście klął i wrzeszczał na każdego, kto mu się nawinął. Obecnie wydawał się równie zachwycony zamczyskiem jak ja. Zauważyłam pionową, podnoszoną bramę z drewna, którą w czasach średniowiecznych wojen opuszczano, by chroniła główną bramę. Była jednocześnie surowa i piękna.

Już miałam znowu wcisnąć przycisk, tym razem dłużej, gdy z głośnika dobiegł mnie głos z mocnym akcentem. Mógł należeć do kamerdynera hrabiego Drakuli.

– Tak?

Spojrzałam w oko kamery.

– Eee… Tu nowa niania. Charlotte Conrad.

– Tak, jest pani oczekiwana. Proszę podejść z boku domu. Jest tam wejście dla personelu.

Za moimi plecami rozległ się przerażający mechaniczny warkot. Skrzydła bramy otworzyły się automatycznie. Zadrżałam. Ogarnęło mnie irracjonalne poczucie, że nie wyjdę stąd jako ta sama osoba, która weszła. Pokręciłam głową i szybko wsiadłam z powrotem do taksówki.

– Będzie pani tu pracować? – zapytał kierowca, mijając pierwszą strażnicę.

– Tak – wymamrotałam, nie spuszczając wzroku z mordowni w suficie wysoko nad nami. Z owych otworów setki lat temu można było lać wrzącą wodę, sypać rozgrzany piasek lub wapno na wrogów, którym udało się przedrzeć przez pierwszą bramę. Umierali w męczarniach, gotując się lub piekąc na śmierć w swoich zbrojach.

Przed nami otworzyła się druga brama. Otaczała ją fosa, za którą wznosił się zamek. Był to najbardziej imponujący budynek, jaki widziałam w życiu.

Dwie grube wieże stały po obu stronach mostu zwodzonego. Gotycka bryła z murami obronnymi, bastionami, blankami, kroksztynami i dziwnie pięknymi krenelażami sprawiała, że poczułam się, jakbym cofnęła się w czasie do dawno zaginionego i zapomnianego świata.

Taksówka zbliżyła się do zamku. Główne drewniane odrzwia były nabijane żelaznymi ćwiekami. Dostrzegłam także skryte w cieniu mniejsze drzwi z boku.

– Może pan podjechać z tej strony? – Wskazałam w lewo.

Samochód zatrzymał się, a ja wysiadłam. April zapłaciła już z góry. Nalegała, by to zrobić, bo wiedziała, że inaczej pojadę pociągiem. Kierowca nie włączył taksometru, ale ten na pewno pokazałby setki funtów. Uśmiechnął się po raz pierwszy, od kiedy wsiadłam, życzył mi powodzenia i odjechał.

Podeszłam do bocznych drzwi opatrzonych wielką kołatką w kształcie głowy lwa. Zanim jednak zdążyłam zapukać, drzwi się otworzyły i stanął w nich łysiejący, przerażająco chudy mężczyzna w białych rękawiczkach, dziwacznej zielonej kamizelce i surducie z długimi połami. Wow, prawdziwy kamerdyner!

– Nazywam się Barnaby Boothsworth – przedstawił się. Był wyprostowany jak kij, a wzrok miał beznamiętny.

– Charlotte Conrad – odparłam z krzywym uśmiechem. – Byłam umówiona z panią King.

– Oczywiście. – Odsunął się uprzejmie, po czym zamknął za mną drzwi i zaoferował, że zaniesie moją walizkę do mojego pokoju. Wręczyłam mu mój jedyny bagaż, a on poprowadził mnie w głąb ciemnego korytarza.

– Pani King spotka się z panią w bawialni – rzucił przez ramię.

Dotarliśmy do drewnianych drzwi. Kamerdyner umieścił moją walizkę w zakamarku korytarza, a następnie wprowadził mnie do potężnej głównej sali.

Światło wpadało do niej przez barwione okna umieszczone wysoko w niebosiężnych ścianach. W jedną z nich wbudowany był gargantuiczny kominek, który w zimie na pewno był w stanie ogrzać całe pomieszczenie. Na środku stał stół, przy którym na krzesłach tapicerowanych zielonym welwetem mogło zasiąść dwadzieścia osób. Nad nim zwisał potężny żyrandol. Środek stołu przyozdabiała przepiękna rzeźba unoszącego ramiona centaura – wyglądał, jakby chciał dotknąć świateł żyrandola.

Ściany udekorowano arrasami ze scenami z polowań. W wystroju dominował kolor zielony. Teraz rozumiałam, skąd kamizelka kamerdynera. Dało mi to też pewien wgląd w charakter pani domu, która dopasowała stroje służby do wystroju wnętrz. Przypomniałam sobie książkę napisaną przez wiktoriańskiego służącego. Pisał w niej, że najlepszy służący to taki, który jest niewidzialny.

Nasze obcasy stukały głośno na kamiennej podłodze. Przeszliśmy przez główną salę i weszliśmy do mniejszej komnaty, którą pan Boothsworth określił mianem bawialni.

– Proszę tu zaczekać – rzucił sucho, po czym cicho zamknął za sobą drzwi.

Rozejrzałam się. Wystrój wnętrza był bez wątpienia dziełem profesjonalisty. Skojarzył mi się z programem telewizyjnym o miliarderze, który chciał sprzedać swój jacht, by kupić większy. Jego największą zaletę stanowiło to, że był unikatowy – nikt inny nie miał takiego jachtu. Popatrzyłam na stolik do kawy wykonany ze skór jaszczurek.

Na ścianie wisiał olbrzymi portret pięknej kobiety o blond włosach. Na głowie miała tiarę i siedziała na potężnym złotym tronie. Obok niej stał mały chłopiec o jasnych włosach. Wyglądał niemal jak duch. Od razu domyśliłam się, że to portret pani King.

Zahipnotyzowana splendorem portretu, podeszłam bliżej i zagapiłam się na kobietę. Miała coś w oczach – coś nieuchwytnego. Nie byłam w stanie określić co, ale czułam, że w końcu to pojmę.

Z zamyślenia wyrwał mnie odgłos obcasów na korytarzu. Kroki zatrzymały się przed drzwiami.

Rozdział 5

Charlotte

Dalsza część dostępna w wersji pełnej

Spis treści:

Okładka
Karta tytułowa
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Rozdział 31
Rozdział 32
Rozdział 33
Rozdział 34
Rozdział 35
Rozdział 36
Rozdział 37
Rozdział 38

TYTUŁ ORYGINAŁU:

The Man in the Mirror

Redaktorki prowadzące: Ewelina Kapelewska, Ewa Pustelnik

Wydawczyni: Joanna Pawłowska

Redakcja: Ewa Kosiba

Korekta: Beata Wójcik

Projekt okładki: Marta Lisowska

Zdjęcie na okładce: © FXQuadro / Shutterstock.com

Copyright © 2018. The Man in the Mirror by Georgia Le Carre

Copyright © 2021 for the Polish edition by Niegrzeczne Książki an imprint of

Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Copyright © for the Polish translation by Grzegorz Gołębski, 2021

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2021

ISBN 978-83-66967-86-1

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: [email protected]

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek